Imię wiatru

Imię wiatru

Autorzy: Patrick Rothfuss

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.00 zł

Pierwszy tom Kronik Królobójcy.

Kvothe to człowiek legenda. Wielki mag, geniusz muzyki, bohater i złoczyńca - namówiony przez Kronikarza - wspomina swe barwne życie. Od dzieciństwa spędzonego w trupie wędrownych aktorów poprzez lata chłopięce spędzone w półświatku mrocznego miasta po szaloną, ale udaną próbę wstąpienia na Uniwersytet. Powoduje nim pragnienie władania magią i zemsty na demonach, które zabiły jego rodziców i cały jego świat obróciły w perzynę.

Niezwykle żywo i naturalnie snuta opowieść na homerycką skalę. Intrygująca i poruszająca odyseja Kvothe’a doskonale harmonizuje z nienachalnym klimatem fantasy. Ten debiut literacki zdobył kilka prestiżowych nagród, m.in. Quill Award oraz Onion AV Club. Prawa do wydania sprzedano już do ponad 20 krajów.

"To niezwykle rzadka przyjemność trafić na autora piszącego z precyzją niezbędną do tworzenia nie tylko fantasy, w którego słowach brzmi prawdziwa muzyka" - Ursula K. Le Guin

"Książka ma wszystko, co lubia czytelnicy fantasy: magię, tajemnice, starożytne zło. Ale jest także zabawna i przerażająca, a na dodatek przekonująca. Wzorem najlepszych książek gatunku to nie elementy fantasy czynią ją niezwykłą, ale to, co autor ma do powiedzenia o codziennych sprawach, zwykłym życiu, ambicjach i upadkach, sztuce, miłości i stracie" - Tad Williams

Patrick Rothfuss (ur. 1973) studiował m.in. chemię, psychologię i literatureęangielską. Jest wykładowcą akademickim w Wisconsin. Gdy nie czyta (nałogowo) i nie pisze, marnuje czas na gry komputerowe i eksperymenty z formułami alchemicznymi.

Mojej matce, która nauczyła mnie czytać książki

i otworzyła mi drzwi do Narnii, Pernu i Śródziemia

A także mojemu ojcu, który nauczył mnie,

że jeśli mam już coś zrobić,

powinienem się przyłożyć

i zrobić to dobrze

Podziękowania

Dla…

…wszystkich czytelników wcześniejszych wersji książki. Jest was legion, zbyt wielu, aby wszystkich tutaj wymienić, ale nie nazbyt wielu, żeby was nie kochać. Dzięki waszym słowom otuchy ukończyłem tę książkę. Wasze krytyczne uwagi pomogły mi w doskonaleniu pisarskich umiejętności. Gdyby nie wy, nie wygrałbym…

…konkursu Writers of the Future. A gdyby nie warsztaty przez nich organizowane, nigdy bym nie spotkał wspaniałych kolegów z 18. tomu ich antologii ani…

…Kevina J. Andersona. Gdyby zaś nie jego rady, nigdy nie poznałbym…

…Matta Bialera, najlepszego z agentów literackich. Bez którego z kolei nigdy bym nie sprzedał książki…

…Betsy Wolheim, wspaniałego wydawcy i prezesa wydawnictwa DAW. To ona jest ostatecznie odpowiedzialna za książkę, którą trzymacie w ręku. Gdyby nie ona, byłaby to zupełnie inna książka. Być może podobna, ale z pewnością nie taka sama. Tej książki by nie było.

I na koniec panu Bohage’owi, mojemu nauczycielowi historii z liceum. W 1989 roku obiecałem mu, że wspomnę o nim w mojej pierwszej powieści. Właśnie wywiązuję się z tej obietnicy.

Prolog

Cisza na trzy ręce

Znów była noc. Karczmę „Ostaniec” spowijała cisza i była to cisza na trzy ręce.

Przede wszystkim grało w niej to puste, głuche echo, które pojawia się tam, gdzie milkną rzeczy, przyroda, ludzie. Gdyby wiał wiatr, to gwizdałby w gałęziach drzew, poruszał skrzypiącym na hakach godłem gospody i wymiótłby ciszę jak chmarę jesiennych liści. Gdyby w gospodzie panował tłok lub była w niej bodaj garstka klientów, ciszę wypełniłyby ich rozmowy, śmiech i zgiełk, które zawsze wylewają się z knajp ciemną, nocną godziną. Gdyby grała muzyka… ale nie, oczywiście muzyka nie grała. Po prawdzie nie było żadnej z wymienionych rzeczy i dlatego cisza trwała.

W „Ostańcu” dwoje ludzi skupiło się przy narożniku baru. Pili w milczeniu, unikając poważniejszych rozmów na temat niepokojących wieści. W ten sposób tworzyli drobny, posępny motyw w przestrzeni głuchej ciszy. Swego rodzaju inkluzję, kontrapunkt.

Trzecią melodię ciszy wyłowić było niełatwo. Gdyby posłuchać przez jakąś godzinę, być może usłyszałoby się ją w deskach podłogi pod nogami i w szorstkich, obłupanych klepkach beczek za barem. W wielkich kamieniach poczerniałego paleniska, które zachowały jeszcze ciepło dawno wygasłego ognia. W miarowych ruchach białej lnianej ścierki, poruszającej się w tę i we w tę po usłojeniu drewnianego kontuaru. I w dłoniach mężczyzny, który stał za nim, polerując mahoniową powierzchnię, i bez tych zabiegów już lśniącą jak lustro w świetle lamp.

Mężczyzna miał włosy rude jak płomień. W ciemnych oczach czaiło się nieobecne spojrzenie; poruszał się z dufną swobodą znamionującą tych, którzy wiele wiedzą o różnych rzeczach.

„Ostaniec” należał do niego i do niego też należała trzecia melodia ciszy. Zresztą jak najbardziej stosownie, ponieważ była to najgłębsza partia ciszy, otulająca pozostałe. Była głęboka i długa niczym schyłek jesieni. I ciężka jak wielki kamień wygładzony przez wody rzeki. Cierpliwy, przywiędły oddech człowieka, który czeka na śmierć.

Rozdział 1

Miejsce dla demonów

To była noc dnia felling i w gospodzie „Ostaniec” zebrała się zwyczajowa gromadka gości. A choć pięciu mężczyzn trudno nazwać gromadką, oberżę ostatnio rzadko odwiedzało naraz więcej klientów, ponieważ czasy były, jakie były.

Stary Cob ze swadą grał rolę, w której czuł się najlepiej: bajarza i szafarza dobrych rad. Mężczyźni popijali przy barze i słuchali. W tylnym pomieszczeniu stał za drzwiami młody karczmarz i z uśmiechem przysłuchiwał się kolejnym odsłonom znanej opowieści.

– Obudziwszy się, Taborlin Wielki zrozumiał, że uwięziono go w wysokiej wieży. Że zabrano mu miecz i wszystkie instrumenty: klucz, moneta i świeca zniknęły. Ale nie to było najgorsze, rozumiecie… – Cob urwał dla spotęgowania efektu – …najgorsze było to, że lampy na ścianach płonęły niebieskim płomieniem!

Graham, Jake i Shep pokiwali głowami. Trzem przyjaciołom dzieciństwo upłynęło na słuchaniu opowieści Coba i ignorowaniu jego rad.

Gawędziarz wbił spojrzenie w najnowszego, najbardziej pochłoniętego opowieścią słuchacza: czeladnika kowalskiego.

– Czy wiesz, co to znaczy, chłopcze?

Nikt nie zwracał się do czeladnika inaczej niż „chłopcze”, mimo iż był o dłoń wyższy od wszystkich zgromadzonych. Ponieważ małe miasteczka były, jakie były, zapewne pozostanie „chłopcem”, póki nie wyrośnie mu gęsta broda lub wreszcie, zdenerwowany przezwiskiem, nie rozkwasi czyjegoś nosa.

Chłopiec powoli pokiwał głową.

– Chandrianie.

– Racja – skwapliwie przyznał Cob. – Chandrianie. Wszyscy wiedzą, że niebieski płomień świadczy o ich obecności. A więc był…

– Ale jak go znaleźli? – wtrącił chłopiec. – I dlaczego go nie zabili, kiedy mieli szansę?

– Cicho, w końcu dowiesz się wszystkiego – skarcił go Jake. – Tylko daj mu opowiedzieć.

– Nie traktuj go tak ostro, Jake – wtrącił się Graham. – Chłopiec jest po prostu ciekawy. Pij, co masz nalane.

– Już wypiłem – odciął się Jake. – Mógłby mi ktoś nalać następnego, ale karczmarz wciąż patroszy szczury w kuchni. – Uniósł głos i postukał w krawędź kufla stojącego na kontuarze. Kufel odpowiedział głuchym echem. – Hej! Pić się chce!

Pojawił się karczmarz, niosąc pięć misek gulaszu i dwa okrągłe, jeszcze ciepłe bochny chleba. Z ostentacyjną sprawnością napełnił kufle Jake’a, Shepa i Starego Coba.

Opowieść musiała zaczekać, póki mężczyźni nie skończą posiłku. Stary Cob pierwszy z drapieżną zręcznością starego kawalera uporał się ze swą porcją i odsunął pustą miskę. Pozostali wciąż dmuchali na parujący posiłek, gdy on tymczasem przełknął ostatni kęs chleba i dalej snuł swoją historię.

– Taborlin wiedział, że musi jak najszybciej uciec z wieży, ale kiedy się rozejrzał, zobaczył, że komnata, w której go uwięziono, nie ma drzwi. Ani okien. Wokół widział tylko gładki, lity kamień. Gdyż trzeba wam wiedzieć, że zamknięto go w celi, z której nikt jeszcze nigdy nie uciekł. Wszelako Taborlin znał imiona wszystkich rzeczy i istot, a tym samym wszystkie rzeczy i istoty musiały słuchać jego rozkazów. Rzekł więc do kamienia: „Pęknij!”, a kamień pękł. Ściana rozstąpiła się jak rozdarta kartka papieru, w szczelinie Taborlin zobaczył niebo, a twarz owionęło mu świeże powietrze wiosny. Podszedł do krawędzi otworu, spojrzał w dół i nie wahając się, dał krok w pustkę…

Oczy chłopca rozszerzyły się.

– Nie!

Cob z powagą pokiwał głową.

– Tak, Taborlin dał krok w pustkę i runął w dół, ale bez lęku. Ponieważ znał imię wiatru i tym samym wiatr musiał mu być posłuszny. Przemówił więc do wiatru, a ten ukołysał i utulił go. I wreszcie zniósł go na ziemię delikatnie niczym puch dmuchawca i postawił tak miękko, jakby chodziło o pocałunek matki. A kiedy stał już na ziemi i macał bok, w który otrzymał pchnięcie, przekonał się, że rana nie jest poważna. Więc może po prostu tym razem dopisało mu szczęście. – Cob wszystkowiedzącym gestem postukał się w nos. – A może miało to coś wspólnego z amuletem, który nosił pod koszulą.

– Jakim amuletem? – zapytał niecierpliwie chłopiec z ustami pełnymi gulaszu.

Stary Cob rozparł się na stołku, zadowolony z okazji do kolejnej dygresji.

– Kilka dni wcześniej Taborlin spotkał na drodze druciarza. I choć sam nie miał wiele pożywienia, podzielił się ze starcem.

– I dobrze zrobił – cicho rzekł Graham do chłopca. – Wszyscy wiedzą: „Za przysługę druciarz odpłaca po dwakroć”.

– Nie, nie – zaprotestował Jake. – Dokładnie to brzmi tak: „Za przysługę rada druciarza odpłaci po dwakroć”.

Po raz pierwszy tego wieczora odezwał się karczmarz:

– Tak naprawdę, to nawet połowy nie zapamiętaliście – powiedział, stając w drzwiach za barem.

Druciarz zawsze spłaca długi:

W zwykły sposób, gdy chodzi o gażę,

Po dwakroć za wyświadczone przysługi,

Po trzykroć za doznaną obrazę.

Mężczyźni przy barze wydawali się nieomal zaskoczeni na widok stojącego za barem Kote’a. Od miesięcy pojawiali się w „Ostańcu” każdej nocy dnia felling, a Kote nigdy wcześniej sam z siebie się nie odzywał. Z drugiej strony, nikt tego po nim nie oczekiwał. W miasteczku był dopiero od jakiegoś roku. Wciąż traktowano go jak obcego. Czeladnik kowala mieszkał tu, odkąd skończył jedenaście lat, a wciąż mówiono o nim „ten chłopiec z Rannish”, jakby miasteczko leżało gdzieś za granicą, a nie w odległości niecałych trzydziestu mil.

– Po prostu gdzieś mi to kiedyś wpadło w ucho – powiedział Kote w przedłużającej się ciszy, wyraźnie zakłopotany.

Stary Cob pokiwał głową, odkaszlnął i podjął przerwaną opowieść.

– Trzeba wam wiedzieć, że amulet ten był wart pełnego kosza złotych nobli, ale ze względu na przysługę, jaką mu Taborlin wyświadczył, druciarz sprzedał mu go za nie więcej niż trzy grosze: jeden żelazny, jeden miedziany i jeden srebrny. Amulet był czarny jak zimowa noc i w dotyku chłodny niczym lód, póki jednak wisiał na szyi Taborlina, żadne złe istoty nie mogły mu nic zrobić. Ani demony, ani żadne inne.

– W czasach, jakie nastały, dużo dałbym za taki amulet – ponuro wtrącił Shep.

Przez cały wieczór pił najwięcej ze wszystkich, a mówił najmniej. Wszyscy wiedzieli, że nocą ostatniego dnia cendling coś złego zdarzyło się na jego farmie, ale ponieważ byli jego przyjaciółmi, wiedzieli, że nie należy wyciągać z niego szczegółów. Przynajmniej nie od razu, nie na trzeźwo.

– No, któżby nie dał? – zauważył znacząco Stary Cob, a potem upił długi łyk.

– Nie wiedziałem, że Chandrianie to demony – zauważył chłopiec. – Słyszałem, że…

– To nie są demony – zdecydowanie oznajmił Jake. – To było pierwszych sześciu ludzi, którzy odmówili wejścia na drogę wskazaną przez Tehlu, za co on przeklął ich i rozproszył na wszystkie strony…

– Ty opowiadasz tę historię, Jacobie Walker? – ostro zapytał Cob. – Bo jeśli tak, pozwalam ci ją skończyć.

Przez dłuższą chwilę dwaj mężczyźni patrzyli na siebie ze złością. W końcu Jake odwrócił wzrok, mruknąwszy coś, co prawdopodobnie mogło być przeprosinami.

Cob znów zwrócił się do chłopca.

– Na tym polega tajemnica Chandrian – wyjaśnił. – Skąd przychodzą? Dokąd odchodzą, gdy już wykonają krwawe dzieło? Czy są ludźmi, którzy zaprzedali swe dusze? Demonami? Duchami? Tego nie wie nikt. – Cob obrzucił Jake’a do szpiku pogardliwym spojrzeniem. – Choć każdy półgłówek wyobraża sobie, że to on właśnie wie…

W tym momencie opowieść przeszła w sprzeczkę na temat natury Chandrian, znaków, z których uważni obserwatorzy mogli wnosić o ich obecności, oraz kwestii tego, czy amulet ochroniłby Taborlina także przed bandytami, wściekłymi psami tudzież upadkiem z konia. Utarczka powoli stawała się coraz bardziej gorączkowa, gdy nagle z łoskotem otworzyły się frontowe drzwi.

Jake spojrzał w tamtą stronę.

– Akurat na ciebie czas, Carter. Wyjaśnij temu przeklętemu głupcowi różnicę między demonem a psem. Każdy wi… – Jake urwał w pół słowa, poderwał się i pobiegł ku drzwiom. – Na miłość boską, co ci się stało?

Carter wszedł w światło, twarz miał bladą i zakrwawioną. Do piersi przyciskał starą derkę. Miała dziwny, nieforemny kształt, jakby zawinięto w nią wiązkę chrustu.

Na jego widok pozostali przyjaciele też zeskoczyli ze stołków i podeszli bliżej.

– Nic mi nie jest – powiedział, wlokąc się na środek wspólnej sali. Oczy miał rozbiegane i dzikie jak nerwowy koń. – Nic mi nie jest. Nic mi nie jest.

Położył zawiniątko z derki na blacie najbliższego stołu i rozległ się głośny stuk, jakby w środku były kamienie. Jego ubranie znaczyły długie, proste rozcięcia. Szara koszula wisiała w strzępach; wyjątkiem były miejsca, gdzie przykleiła się do ciała ciemnymi, ponurymi plamami krwi.

Graham próbował posadzić go na krześle.

– Rany boskie. Siadaj, Carter. Co się stało? Siadaj.

Carter z uporem pokręcił głową.

– Mówię ci, że nic mi nie jest. To są właściwie draśnięcia.

– Ilu ich było? – zapytał Graham.

– Jeden – odrzekł Carter. – Ale to nie tak, jak myślisz…

– Do diaska. Mówiłem ci, Carter – wybuchnął Stary Cob, a w jego głosie pobrzmiewał ten rodzaj przerażenia pomieszanego z gniewem, na które stać tylko krewnych lub najbliższych przyjaciół. – Od miesięcy ci powtarzam. Nie możesz włóczyć się sam po okolicy. Nawet jeśli tylko do Baedn. To niebezpieczne.

Jake uspokajającym gestem położył dłoń na ramieniu starego.

– Usiądź chociaż – powiedział Graham, wciąż próbując zaciągnąć Cartera w kierunku krzesła. – Zdejmiemy ci koszulę, umyjesz się trochę.

Carter pokręcił głową.

– Nic mi nie jest. Trochę mnie poharatało, ale ta krew to głównie od Nelly. Skoczył na nią. Zabił ją jakieś dwie mile od miasta, za Mostem Starokamienia.

Po tych słowach zapadła pełna przejęcia cisza. Czeladnik kowalski położył ze współczuciem dłoń na ramieniu Cartera.

– Cholera. To straszne. Była przecież łagodna jak owieczka. Podczas podkuwania nigdy nie próbowała gryźć ani wierzgać. Najlepszy koń we wsi. Cholera. Ja… – Urwał. – Cholera. Nie wiem, co powiedzieć. – Bezradnie rozejrzał się po zebranych.

Cobowi w końcu udało się uwolnić od Jake’a.

– Mówiłem ci – powtórzył, wymachując palcem przed nosem Cartera. – Ostatnimi czasy kręcą się tu ludzie, którzy zabiliby za parę groszy, nie mówiąc już o koniu i wozie. Co teraz zrobisz? Sam się zaprzęgniesz?

W pełnym napięcia milczeniu Jake i Cob mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, podczas gdy pozostałym najwyraźniej zabrakło słów – stali, nie wiedząc, jak mitygować przyjaciół.

Po milczącej scenie zastygłych postaci poruszał się tylko karczmarz. Mimo iż ręce miał pełne, zręcznie wyminął Shepa i na najbliższym stole zaczął rozkładać przyniesione przedmioty: miskę z gorącą wodą, szarpie, trochę czystego lnianego płótna, kilka szklanych butelek, igłę i katgut.

– To by się nigdy nie wydarzyło, gdybyś chciał mnie posłuchać – mruczał Stary Cob. Jake próbował go uciszyć, ale Cob nie zwracał na niego uwagi. – Mówię tylko, jak jest. To wstyd, co przez niego spotkało Nelly, ale teraz lepiej niech mnie posłucha, bo inaczej sam skończy martwy. Z takimi ludźmi nie ma co liczyć, że dwa razy dopisze szczęście.

Usta Cartera zacisnęły się w wąską kreskę. Wyciągnął rękę i odsunął kraj zakrwawionego koca. Cokolwiek znajdowało się w środku, drgnęło, szarpnięte przez materiał. Carter pociągnął mocniej i wtedy rozległ się głośny stuk, jakby na blat stołu posypały się kamienie.

W środku znajdował się pająk wielki jak koło wozu i czarny jak łupek.

Czeladnik kowala odskoczył, uderzył plecami o stół, przewrócił go i omalże sam nie upadł na podłogę. Twarz Coba pobladła. Z gardeł Grahama, Shepa i Jake’a wydobyły się nieartykułowane odgłosy, cofnęli się jak jeden mąż, zasłaniając rękoma twarze. Sam Carter też drgnął lekko, jakby zdjęty nerwowym tikiem, cofnął się o krok. Cisza wypełniła salę niczym wilgotna mgła.

Karczmarz zmarszczył brwi.

– Wcześniej nie docierały tak daleko na zachód – powiedział cicho.

Gdyby nie grobowa cisza, zapewne nikt by go nie usłyszał. Niemniej usłyszeli. Sześć par oczu oderwało się od spoczywającej na stole istoty i wpatrzyło niemo w rudowłosego mężczyznę.

Jake pierwszy odzyskał głos.

– Wiesz, co to jest?

Karczmarz patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem

– To scrael – powiedział z roztargnieniem. – Myślałem, że w górach…

– Scrael? – wszedł mu w słowo Jake. – Na poczerniałe ciało Boga, Kote. Widziałeś już takie stwory?

– Co? – Rudowłosy karczmarz spojrzał na niego nie całkiem przytomnie, jakby dopiero w tej chwili przypomniał sobie, gdzie jest. – Och. Nie. Nie, oczywiście, że nie. – Nagle zorientował się, że jako jedyny stoi w zasięgu ręki ciemnego stwora, i spokojnie odsunął się o krok. – Tylko o nich słyszałem.

Pozostali wciąż nie odrywali odeń wzroku.

– Pamiętacie tego handlarza, który przejeżdżał tędy jakieś dwa cykle temu? – spytał.

Wszyscy pokiwali głowami.

– Drań próbował zedrzeć ze mnie dziesięć groszy za pół funta soli – zauważył odruchowo Cob, powtarzając już pewnie po raz setny tę samą skargę.

– Teraz żałuję, że od niego nie kupiłem – mruknął Jake.

Graham pokiwał głową.

– To był prawdziwy zły szeląg. – Cob splunął, najwyraźniej odnajdując rezon w znajomych słowach. – Mógłbym zapłacić dwa, bo czasy są ciężkie, ale dziesięć to zdzierstwo.

– Nie w sytuacji, gdy na drogach grasuje tego więcej – ponuro zauważył Shep.

Wszyscy spojrzeli na stwora leżącego na stole.

– Mówił mi, że niedaleko Melcombe mu o nich opowiadano – szybko podjął Kote, przyglądając się obliczom mężczyzn. – Uznałem, że po prostu chce w ten sposób wyśrubować ceny.

– Co jeszcze powiedział? – zapytał Carter.

Karczmarz jakby się zastanawiał, ale po chwili wzruszył ramionami.

– Nie wyciągnąłem z niego całej historii. Był w miasteczku tylko parę godzin.

– Nie lubię pająków – oznajmił czeladnik kowala. Trzymał się po przeciwnej stronie stołu, jakieś piętnaście stóp od stwora. – Zakryjcie go.

– To nie jest pająk – powiedział Jake. – Nie ma oczu.

– Pyska też nie ma – zauważył Cob. – Czym je?

– Co je? – ponuro zapytał Shep.

Karczmarz wciąż z ciekawością przyglądał się poczwarze. Pochylił się, wyciągnął rękę. I znów pozostali jak jeden mąż odsunęli się od stołu.

– Ostrożnie – ostrzegł Carter. – Łapy ma ostre jak noże.

– Bardziej jak brzytwy – poprawił go Kote. Smukłymi palcami musnął czarne, pozbawione cech anatomicznych ciało scraela. – Jest gładki i twardy jak ceramika.

– Nie ryzykuj – powiedział czeladnik kowala.

Karczmarz ostrożnie ujął jedną z długich, gładkich łap, a potem spróbował ułamać ją dwoma rękoma, jakby to była gałąź.

– Z pewnością nie jest to ceramika – sprostował. Oparł łapę na krawędzi stołu, nacisnął na nią całym ciężarem ciała. Złamała się z głośnym trzaskiem. – Bardziej coś jak kamień. – Spojrzał na Cartera. – Skąd się wzięły wszystkie te pęknięcia? – Wskazał palcem cieniutkie rysy pokrywające gładką powierzchnię korpusu.

– Nelly upadła na niego – odrzekł Carter. – Skoczył z drzewa i zaczął wdrapywać się po niej, tnąc łapami. Poruszał się tak szybko. Nie zdążyłem się nawet zorientować, co się dzieje. – W końcu usiadł na krześle, podsuniętym mu przez Grahama. – Zaplątała się w uprzęży i zwaliła na niego, łamiąc kilka łap. Potem rzucił się na mnie, dopadł mnie, biegał po mnie całym. – Skrzyżował ramiona na zakrwawionych piersiach, zadrżał. – Udało mi się go strącić i deptałem po nim co sił w nogach. Potem znowu wlazł na mnie… – Urwał, jego twarz przybrała barwę popiołu.

Karczmarz pokiwał głową do jakichś swoich myśli, nie zaprzestając oględzin poczwary.

– Nie ma krwi. Żadnych organów. W środku jest po prostu szary. – Dźgnął korpus stwora palcem. – Jak grzyb.

– Wielki Tehlu, zostaw go w spokoju – błagał czeladnik kowala. – Pająki czasami jeszcze się ruszają po tym, jak je zabijesz.

– Sami nie wiecie, co mówicie – zrugał go Cob. – Pająki nie są wielkie jak świnie. Wiecie, co to jest. – Rozejrzał się wokół, patrząc każdemu po kolei w oczy. – To demon.

Znowu spojrzeli na pokiereszowaną istotę.

– Och, daj spokój – powiedział Jake, protestując raczej już tylko z przyzwyczajenia. – Nie jest jak… – Wykonał niewyraźny gest dłonią. – Nie może być sobie…

Wszyscy wiedzieli, co mu chodzi po głowie. Rzecz jasna, demony żyły na świecie. Ale były jak anioły Tehlu. Były jak herosi i królowie. Należały do legend. Żyły w jakichś innych miejscach. Taborlin Wielki przyzywał ogień i błyskawicę, żeby zabijać demony. Tehlu kładł na nich swą karzącą dłoń i odsyłał, wyjące, do bezimiennej pustki. Przyjaciel z dzieciństwa nie deptał ich na śmierć na drodze do Baedn-Bryt. To było zupełnie bez sensu.

Kote przeczesał dłonią rude włosy. Wreszcie odezwał się, przerywając milczenie.

– Jest jeden sposób, żeby się upewnić – powiedział, sięgając do kieszeni. – Żelazo lub ogień. – Wyciągnął pękatą skórzaną sakiewkę.

– I imię Boga – wskazał Graham. – Demony boją się trzech rzeczy: chłodnego żelaza, czystego ognia i świętego imienia bożego.

Usta karczmarza zacisnęły się w cienką linię, której wszak nie sposób było do końca uznać za grymas otwartej niechęci.

– Oczywiście – powiedział i wysypał zawartość sakiewki na stół. Od razu zaczął rozgarniać stosik monet. Ciężkie srebrne talenty, cienkie sztuki srebra, miedziane joty, ukruszone półgroszówki i żelazne denary. – Ma ktoś szeląga?

– Weź denara – poradził Jake. – To dobre żelazo.

– Nie potrzebuję dobrego żelaza – odparł karczmarz. – Denar ma za dużo węgla. To prawie stal.

– Ma rację – oznajmił czeladnik kowala. – Z tym że nie chodzi o węgiel. Do wyrobu stali używa się koksu. Koksu i wapna.

Karczmarz z uznaniem skinął chłopakowi głową.

– Ty wiesz najlepiej, młody panie. W końcu to twój zawód. – Jego smukłe palce odnalazły w końcu szeląga w stosiku monet. Uniósł go na wysokość oczu. – Proszę, oto mamy.

– Po co to? – zapytał Jake.

– Żelazo zabija demony – głos Coba leciutko drżał – ale ten już jest martwy. Więc może nic się nie stanie.

– Jest jeden sposób, żeby się przekonać. – Karczmarz powiódł wzrokiem po obecnych, przyglądając się każdemu po kolei, jakby ich mierzył i ważył. Potem zdecydowanie odwrócił się do stołu, a oni cofnęli się jeszcze o krok.

Kote przycisnął żelazny szeląg do czarnego boku poczwary i wszyscy usłyszeli krótki, ostry odgłos niczym trzask sosnowego polana w płomieniach. Drgnęli, ale po chwili uspokoili się, widząc, że czarny stwór pozostał bez ruchu. Cob uśmiechnął się do towarzyszy, oni odpowiedzieli uśmiechami, jak chłopcy, których na moment przeraziła historia o duchach. Uśmiechy jednak zaraz zniknęły z ich twarzy, gdy pomieszczenie wypełnił słodko-kwaśny odór gnijących kwiatów i spalonych włosów.

Karczmarz uderzył szelągiem w blat stołu z głośnym brzękiem.

– No, tak – powiedział, wycierając ręce w fartuch. – Myślę, że sprawa jest jasna. Co robimy?

Wiele godzin później karczmarz stał w drzwiach „Ostańca”, pozwalając swym oczom odpoczywać w ciemnościach. Plamy światła wylewającego się z okien gospody kładły się na zabłoconej drodze i drzwiach kuźni po drugiej stronie. Droga nie była szczególnie szeroka ani też zbytnio uczęszczana. W przeciwieństwie do wielu innych dróg nie wyglądała na taką, która dokądkolwiek prowadzi. W pewnej chwili karczmarz wciągnął głęboko w płuca jesienne powietrze i niespokojnie rozejrzał się dookoła, jakby naszło go przeczucie bliskich wydarzeń.

Kazał nazywać się Kote. Starannie wybrał sobie takie imię, gdy przybył do miasteczka. O brzmieniu imienia zdecydowała większość zwykłych w takich wypadkach względów, jak i też kilka niezwykłych, wśród których nie najmniej ważnym było to, że doceniał wagę imion.

Uniósł wzrok i zobaczył tysiąc gwiazd migoczących na głębokim aksamicie bezksiężycowej nocy. Znał je wszystkie – towarzyszące im opowieści i nazwy. Znał je w sposób intymny, jak własne dłonie.

Wreszcie Kote opuścił wzrok, mimowolnie westchnął i wrócił do środka. Zaryglował drzwi i zawarł okiennice szerokich okien, jakby chciał odgrodzić się od gwiazd i bezliku ich nazw.

Metodycznie zamiótł podłogę, nie omijając żadnego kąta. Umył blaty stołów i powierzchnię kontuaru, a wszystko z cierpliwą starannością. Po godzinie sprzątania woda w jego wiadrze wciąż była tak czysta, że każda szlachetnie urodzona dama mogłaby w niej umyć ręce.

Na koniec wstawił sobie stołek za bar i zabrał się do polerowania potężnej baterii butelek, ustawionych między dwiema wielkimi beczkami. Zajęciu temu nie oddawał się nawet w połowie tak energicznie i metodycznie jak wcześniejszym obowiązkom, wkrótce więc dla każdego ewentualnego obserwatora stałoby się jasne, że stanowi ono tylko wymówkę, aby móc brać w dłonie i przez chwilę trzymać szkło o fantazyjnych kształtach. Nawet nucił przy tym cicho pod nosem, choć nie zdawał sobie z tego sprawy i przestałby, gdyby się zorientował.

Kiedy tak brał w smukłe, delikatne dłonie kolejne butelki i miarowo wycierał, tak dobrze znane ruchy sprawiły, że z jego twarzy zniknęło parę zmarszczek, czyniąc ją młodszą – z pewnością nie było to oblicze trzydziestolatka – raczej człowieka, któremu do trzydziestki jeszcze daleko. Wyglądał teraz zbyt młodo jak na karczmarza. I jak na człowieka, którego twarz mimo wszystko wciąż jeszcze znaczyły bruzdy zmęczenia.

Kote wszedł po schodach i otworzył znajdujące się na ich szczycie drzwi. Jego pokój był urządzony surowo, omal jak mnisia cela. W środku znajdował się kominek z czarnego kamienia, dwa fotele, małe biurko. Umeblowania dopełniało wąskie łóżko i wielki, czarny kufer w jego nogach. Ściany były pozbawione jakichkolwiek ozdób. Podłoga naga.

W korytarzu rozległy się kroki i do pokoju wszedł młody człowiek z miską parującego gulaszu mocno pachnącego pieprzem. Młodzieniec był smagłoskóry i czarujący, łatwo się uśmiechał, chytrze patrzyło mu z oczu.

– Od wielu tygodni nie zostawałeś w karczmie do tak później pory – powiedział, podając karczmarzowi miskę. – Zapewne dzisiejszego wieczora musiałeś usłyszeć jakieś interesujące historie, Reshi.

Reshi było to kolejne imię karczmarza, właściwie coś w rodzaju przydomku. Na jego dźwięk kącik jego ust wygiął ironiczny uśmiech, po chwili jednak mężczyzna zapadł się w głęboki fotel przed kominkiem.

– A więc czego się dzisiaj nauczyłeś, Bast?

– Dzisiaj, mistrzu, nauczyłem się, że wielcy kochankowie mają lepszy wzrok niż wielcy uczeni.

– A dlaczegóż miałoby tak być, Bast? – zapytał Kote głosem, w którym dźwięczały nutki rozbawienia.

Bast podszedł do drzwi, zamknął je, a potem wrócił, by zasiąść w drugim fotelu, wcześniej ustawiwszy go tak, żeby stał przodem do ognia i nauczyciela. Poruszał się z zadziwiającą lekkością i gracją, prawie jakby tańczył.

– Cóż, Reshi, wszystkie wartościowe książki przechowywane są w miejscach kiepsko oświetlonych. Natomiast piękne dziewczęta wolą dla siebie blask słońca, zatem przyglądając im się, nie ryzykujemy osłabienia wzroku.

Kote pokiwał głową.

– Ale inteligentny student może zabrać książkę na zewnątrz, uwalniając się od lęku przed osłabieniem tak dlań cennych narządów poznania, jakimi są oczy.

– O tym samym sobie pomyślałem, Reshi. Ponieważ jestem, rzecz jasna, inteligentnym studentem.

– Rzecz jasna.

– Ale kiedy znalazłem sobie miejsce w słońcu, odpowiednie dla lektury, pojawiła się piękna dziewczyna i uniemożliwiła mi oddanie się pierwotnemu zamiarowi – odrzekł Bast, podkreślając ostatnie słowa ceremonialnym gestem.

Kote westchnął.

– Czy słusznie się domniemywam, że dziś nie udało ci się przeczytać ani jednego fragmentu z Celum Tinture?

Bast zdołał udać lekkie zawstydzenie.

Patrząc w ogień, Kote spróbował przybrać srogi wyraz twarzy, ale ostatecznie zrezygnował.

– Ach, Bast, mam nadzieję, że jej widok był równie słodki jak podmuch ciepłego wiatru w ponurym cieniu. Mówiąc to, z pewnością okazuję się kiepskim nauczycielem, ale jestem zadowolony. Teraz nie mam szczególnej ochoty na dłuższe lekcje. – Przez chwilę milczał. – Cartera zaatakował dzisiaj scraeling.

Swobodny uśmiech spełzł z twarzy Basta jak spękana gliniana maska, ujawniając oblicze wstrząśnięte i blade.

– Scrael? – Na poły poderwał się z fotela, jakby miał zamiar uciec z pokoju, po chwili jednak zmarszczył ze wstydem czoło i usiadł znowu. – Skąd wiesz? Kto znalazł ciało?

– Carter przeżył, Bast. To on przywiózł scraela. Był tylko jeden.

– Nie ma czegoś takiego jak pojedynczy scraeling – odrzekł beznamiętnie Bast. – Sam dobrze wiesz.

– Wiem – rzekł Kote. – A jednak był tylko jeden.

– I on go zabił? – dopytywał się Bast. – To nie mógł być scraeling. Może…

– Bast, to był scrael. Widziałem na własne oczy. – Kote spojrzał na tamtego z całkowitą powagą. – Miał szczęście, to wszystko. Mimo to porządnie oberwał. Czterdzieści osiem szwów. Zużyłem prawie cały zapas katgutu. – Kote wziął do rąk miskę z gulaszem. – Jeśli będą pytać, powiedz im, że mój ojciec był strażnikiem karawan i nauczył mnie, jak oczyścić i zszyć ranę. Dziś wieczorem byli zbyt wstrząśnięci, żeby o to zapytać, ale jutro może się w nich obudzić ciekawość. A tego nie chcę. – Podmuchał w miskę, przed jego twarzą uniósł się w powietrze kłąb pary.

– Co zrobiłeś z truchłem?

– Ja nic z nim nie zrobiłem – znacząco odrzekł Kote. – Ja jestem prostym karczmarzem. Te rzeczy są mi całkowicie obce.

– Reshi, nie możesz ich stawiać w sytuacji, w której sami będą musieli sobie z tym radzić.

Kote westchnął.

– Zabrali je do kapłana. Zrobił wszystko co należało, kierując się jak najbardziej niewłaściwymi przesłankami.

Bast otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale Kote nie dopuścił go do głosu.

– Tak, zadbałem, aby dziura w ziemi była odpowiednio głęboka. Tak, zadbałem, aby w stosie znalazło się drewno jarzębiny. Tak, zadbałem, aby paliło się długo i gorącym płomieniem, zanim zagrzebali dziurę. Tak, zadbałem, aby nikt nie zachował bodaj fragmentu na pamiątkę. – Nachmurzył czoło, ściągnął brwi. – Nie jestem idiotą, przecież wiesz.

Bast rozluźnił się, wygodniej rozparł w fotelu.

– Wiem, że nie jesteś, Reshi. Ale połowa tych ludzi nie potrafi sikać z wiatrem bez pomocy. – Przez chwilę wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. – Nie potrafię pojąć, dlaczego był tylko jeden.

– Może reszta zginęła podczas pokonywania gór – podsunął Kote. – Wszystkie prócz tego jednego.

– To możliwe – niechętnie zgodził się Bast.

– Może to ta burza sprzed paru dni – poddał myśl Kote. – Prawdziwa huśtawka wozów, jak mawialiśmy ongiś w wędrownej trupie. Ten deszcz i wiatr mogły odłączyć jednego od stada.

– Twoja pierwsza hipoteza znacznie bardziej mi się podoba, Reshi – niepewnie zauważył Bast. – Trzy lub cztery scraele przeszłyby przez to miasteczko jak… jak…

– Jak rozgrzany nóż na maśle?

– Bardziej jak kilka rozgrzanych do czerwoności ostrzy przez ciała kilku chłopów – sucho rzekł Bast. – Ci ludzie nie umieją się bronić. Założę się, że na całe miasteczko nie przypada więcej jak sześć mieczy. Choć oczywiście miecze na nic się nie przydadzą przeciwko scraelom.

Przed dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach. W końcu Bast zaczął się niespokojnie wiercić.

– Jakieś wieści?

Kote pokręcił głową.

– Dzisiejszego wieczora nie doszliśmy do momentu, gdy zaczynają się wymieniać plotkami. Carter pojawił się w czasie, gdy jeszcze opowiadali sobie bajki. Ale przypuszczam, że coś wisi w powietrzu. Wrócą jutro wieczorem. Dzięki temu będę miał coś do roboty. – Machinalnie obracał łyżką w gulaszu. – Powinienem kupić scraela od Cartera – pomyślał na głos. – Przydałyby mu się pieniądze na nowego konia. Ludzie schodziliby się ze wszystkich stron, żeby go obejrzeć. Dla odmiany byłby jakiś ruch w interesie.

Bast obrzucił go pełnym grozy spojrzeniem, widać było, że na samą myśl zaparło mu dech w piersiach.

Kote uspokoił go gestem dłoni, w której trzymał łyżkę.

– Żartuję, Bast. – Uśmiechnął się słabo. – Niemniej, byłoby miło.

– Nie, Reshi, z całą pewnością nie byłoby miło – gorąco sprzeciwił się Bast. – Ludzie schodziliby się ze wszystkich stron, żeby go obejrzeć – powtórzył szyderczo. – Też coś.

– Mówiąc, że byłoby miło, miałem na myśli wyłącznie interes – wyjaśnił Kote. – Miło byłoby mieć coś do roboty. – Znowu zanurzył łyżkę w gulaszu. – Cokolwiek… byłoby miłe.

Potem znowu przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Kote marszczył czoło, wbijając spojrzenie niewidzących oczu w miskę z gulaszem w dłoniach.

– Musisz strasznie się tutaj czuć, Bast – powiedział na koniec. – Pewnie umierasz z nudów.

Bast wzruszył ramionami.

– W miasteczku jest kilka młodych mężatek. Stadko córeczek. – Uśmiechnął się niewinnie jak dziecko. – Staram się jakoś zabawić.

– To dobrze, Bast. – I znowu kolejna chwila milczenia. Kote wziął do ust łyżkę gulaszu, przeżuł, połknął. – Uznali, że to demon, sam rozumiesz.

Bast wzruszył ramionami.

– No i bardzo dobrze. Najlepiej będzie, jak tak sobie pomyślą.

– Wiem. Po prawdzie, to sam im podsunąłem tę myśl. Ale zdajesz sobie sprawę, co to oznacza. – Spojrzał Bastowi prosto w oczy. – Przez następnych kilka dni interes kowala będzie się kręcił znakomicie.

Bast zadbał, by jego oblicze pozostało całkowicie bez wyrazu.

– Och.

Kote pokiwał głową.

– Nie będę cię winił, jeżeli zechcesz wyjechać. Jest wiele miejsc, w których ci będzie lepiej niż tu.

Tym razem na twarzy Basta odbiła się niekłamana groza.

– Nie mogę wyjechać, Reshi. – Kilka razy otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale zamykał je, nie znajdując słów. – Kto inny zechce mnie uczyć?

Kote uśmiechnął się szeroko i przez chwilę wyglądał tak młodo, na tyle lat, ile miał w rzeczywistości. Pod zmarszczkami i opanowaniem karczmarza krył się człowiek równy wiekiem swemu ciemnowłosemu towarzyszowi.

– No właśnie, kto? – Machnął łyżką w kierunku drzwi. – A więc wracaj do swej lektury lub idź się naprzykrzać czyjejś córce. Z pewnością masz lepsze rzeczy do roboty, niż patrzeć, jak jem.

– Prawdę mówiąc…

– Precz, demonie! – rzekł Kote, przechodząc na mocno akcentowany temicki, którego wymowę dodatkowo zniekształcały usta pełne gulaszu. – Tehus antausa eha!

Zaskoczony Bast roześmiał się w głos, a potem wykonał ręką obsceniczny gest.

Kote przełknął i przeszedł na kolejny język:

– Aroi te denna-leyan!

– Och, daj spokój – skarcił go Bast, już się nie śmiejąc. – To już jest naprawdę obraźliwe.

– Na ziemię i kamień, wyklinam cię! – Kote zanurzył palce w kubku stojącym obok jego fotela, a potem skropił Basta kilkoma kroplami płynu. – Niech przeklęta będzie uroda!

– Cydrem? – Ocierając kroplę wilgoci ze swej koszuli, Bast wyglądał zarazem na rozbawionego i nieco rozdrażnionego. – Lepiej dla ciebie, żeby nie została plama.

Kote wrócił do swej kolacji.

– Idź, namocz. Jeśli stan koszuli okaże się beznadziejny, zalecam ci skorzystanie z którejś z licznych formuł na rozpuszczalnik, zawartych w Celum Tinture. Jeżeli dobrze pamiętam, rozdział trzynasty.

– Świetnie. – Bast wstał i podszedł do drzwi, stąpając z tą swoją dziwną, niedbałą gracją. – Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś potrzebował. – Zamknął drzwi za sobą.

Kote jadł powoli, w końcu wytarł talerz resztką chleba. Jedząc, popatrzył w okno, a przynajmniej próbował, ponieważ w świetle lamp ciemność panująca za nim zmieniała szybę w lustro.

Jego spojrzenie bez ustanku wędrowało po pomieszczeniu. Kominek zrobiony był z czarnego kamienia, jak ten znajdujący się we wspólnej sali na dole. Zajmował środek pokoju, co stanowiło mały triumf sztuki inżynierskiej, z którego Kote był dość dumny. Łóżko było niewielkie, właściwie niewiele lepsze od pryczy, a kładąc się na nim, można było od razu stwierdzić, że materaca właściwie nie ma.

Uważny obserwator mógłby też zauważyć, że w pokoju było coś, przed czym spojrzenie Kote’a się wzbraniało. Tak jak unika się wzroku byłej kochanki podczas oficjalnego przyjęcia albo oczu starego wroga siedzącego pod przeciwległą ścianą zatłoczonej piwiarni późną nocą.

Kote spróbował się rozluźnić, ale nie udało mu się, więc siedział jak na szpilkach, wciąż zmieniając pozycję. Wreszcie, chcąc nie chcąc, jego spojrzenie spoczęło na kufrze stojącym w nogach łóżka.

Kufer wykonany był z roah, rzadkiego, ciężkiego drewna, czarnego niczym węgiel i gładkiego jak szkło. Cenione było tak bardzo przez wytwórców perfum i alchemików, że za kawałek wielkości kciuka już płacono złotem. Zrobienie zeń całej skrzyni dalece przekraczało najśmielszą ekstrawagancję.

Kufer był po trzykroć zamknięty. Na zamek z żelaza, na zamek z miedzi i na zamek, który był niewidzialny. Tego wieczora drewno wypełniało pokój prawie niewyczuwalną wonią cytrusów i hartowanego żelaza.

Kiedy spojrzenie Kote’a już spoczęło na kufrze, nie potrafiło się odeń oderwać. Widząc go, nie mógł udawać, że nie istnieje. Ale w tym samym momencie na jego twarz powróciły wszystkie zmarszczki, które wcześniej wygładziły proste przyjemności dnia. W okamgnieniu zniknął spokój, jaki ofiarowały mu jego flaszki i książki, w oczach pozostała tylko pustka i ból. Potem, na ulotny moment, przez jego twarz przemknęły tęsknota i żal.

Ale i one zaraz zniknęły i została zmęczona twarz karczmarza, człowieka, który kazał nazywać się Kote. Znów mimowolnie westchnął i wstał.

Minęło jeszcze dużo czasu, zanim przeszedł obok kufra i położył się do łóżka. Leżał, długo nie mogąc zasnąć.

Zgodnie z przypuszczeniem Kote’a, następnego wieczora wszyscy wrócili do „Ostańca” spragnieni jadła i napoju. Po kilku niezdecydowanych próbach zabawienia towarzystwa opowieściami okazało się, że nikt nie ma do nich serca. Nikt nie był w nastroju.

Stosunkowo wcześnie więc dyskusja dotknęła spraw bardziej doniosłych. Omawiano plotki, jakie dotarły do miasteczka, z których większość była dość niepokojąca. Król Pokutnik miał kłopoty z buntownikami w Resavek. Wieści o tym wzbudziły wprawdzie niepokój, ale jego źródło wydawało się dość odległe. Resavek było gdzieś daleko i nawet Cob, najbardziej obyty w świecie z nich wszystkich, miałby kłopoty ze wskazaniem go na mapie.

Rozmowa o wojnie toczyła się w perspektywie lokalnych spraw. Cob przewidywał trzeci podatek na zaciąg wojska po zbiorach. Nikt się z nim nie kłócił, choć w niczyjej też pamięci nie zachował się rok potrójnej taksy.

Jake uważał, że zbiory w tym roku będą wystarczająco dobre, aby trzeci podatek nie zrujnował większości rodzin. Wyjątkiem mogli być Bentleyowie, którym tak czy siak było nielekko. I Orissonowie, którym wciąż znikały owce. Oraz Szalony Martin, który tego roku posiał wyłącznie jęczmień. Każdy rolnik, który miał choć połowę mózgu, siał fasolę. To była jedyna dobra rzecz związana z wojną – żołnierze jedzą fasolę, więc ceny będą wysokie.

Po kilku kolejkach do głosu doszły poważniejsze troski. Na drogach pełno było dezerterów i innych łowców okazji, przez co nawet niedalekie podróże wiązały się ze sporym ryzykiem. Rzecz jasna drogi zawsze były niebezpieczne, podobnie jak zimy zawsze były srogie. Skarżono się, podejmowano odpowiednie środki ostrożności, a potem wszyscy na własną rękę starali się radzić sobie z kłopotami przynoszonymi przez życie.

Tym razem jednak chyba było nieco inaczej. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy sytuacja na drogach stała się tak zła, że ludzie przestali się uskarżać. Ostatnia karawana kupiecka liczyła dwa wozy i czterech strażników. Kupiec żądał dziesięciu groszy za pół funta soli, piętnastu za głowę cukru. Pieprzu, cynamonu czy czekolady w ogóle nie miał. Natomiast miał mały woreczek kawy, za który policzył sobie dwa srebrne talenty. Z początku ludzie się śmiali. Potem, kiedy okazało się, że nie ma najmniejszego zamiaru spuścić z ceny, spluwali i przeklinali go.

Było to dwa cykle temu – dwadzieścia dwa dni. Od tego czasu do miasteczka nie zawitał ani jeden poważniejszy handlarz, mimo iż przypadała właśnie pora roku na handel idealna. Tak więc, choć we wszystkich głowach tłukły się myśli o trzecim podatku, ludzie zerkali do sakiewek i żałowali, że nie kupili trochę tego czy tamtego, na wypadek gdyby śnieg miał spaść wcześnie.

Nikt ani słowem nie wspomniał o wydarzeniach ubiegłej nocy ani o istocie, którą spalili i pogrzebali. Inni, rzecz jasna, gadali. Miasteczko trzęsło się od plotek. Z powodu ran Cartera wszystkie opowieści traktowano dość poważnie, ale nie całkiem. Słowo „demon” też przewijało się w rozmowach, ale towarzyszyły mu uśmiechy, skrywane częściowo za uniesionymi do ust dłońmi.

Tylko szóstka przyjaciół widziała tę istotę, zanim została spalona. Jeden z nich był ranny, pozostali pili. Kapłan również widział, ale w końcu jego praca polegała na kontaktach z demonami. Demony napędzały jego interes.

Rzekomo karczmarz również go widział. Ale on nie był stąd. Nie był w stanie dostrzec prawdy, tak oczywistej dla wszystkich urodzonych i wychowanych tutaj: wprawdzie opowiadano tu sobie legendy i rozmaite historie, ale ich akcja zawsze działa się gdzie indziej. To nie było miejsce dla demonów.

Poza tym rzeczy miały się już i tak dostatecznie źle, żeby jeszcze brać sobie na barki dalsze kłopoty. Cob i pozostali wiedzieli, że nie ma sensu o niczym gadać. Gdyby nawet ze wszystkich sił próbowali przekonać pozostałych mieszkańców, zrobiliby tylko z siebie pośmiewisko, jak Szalony Martin, który już od lat próbował wykopać studnię wewnątrz własnego domu.

Mimo to każdy z nich kupił u kowala pręt z kutego na zimno żelaza, na tyle ciężki, żeby można wziąć nim porządny zamach – i żaden nie mówił, co naprawdę myśli. Zamiast tego uskarżali się na złą i pogarszającą się sytuację na drogach. Rozmawiali o kupcach, dezerterach, podatkach i kłopotach z solą, której nie starczy do wiosny. Wspominali, że trzy lata temu nikt nawet nie pomyślałby o zamknięciu drzwi na noc, nie wspominając już o zawarciu ich.

Od tego momentu rozmowa coraz bardziej kulała i choć nikt nie zdradził się ze swoimi myślami, wieczór dobiegł końca w ponurych nastrojach. Jak większość wieczorów ostatnio, ponieważ czasy były, jakie były.

Rozdział 2

Piękny dzień

To był jeden z tych niedoścignionych jesiennych dni, tak często opiewanych w opowieściach i tak rzadko przydarzających się w codziennym życiu. Było ciepło i sucho, a więc pogoda idealna dla dojrzewającej pszenicy czy kukurydzy. Po obu stronach drogi drzewa powoli zmieniały barwy. Wysokie topole przybrały szatę koloru maślanej żółci, a krzaczasty sumak wciskający się na drogę powlekły cętki wściekłej czerwieni. I tylko stare dęby wyraźnie niechętnie rozstawały się z latem, a ich liście na równi malowały złoto i zieleń.

Krótko mówiąc, trudno było sobie wyobrazić piękniejszy dzień na to, żeby sześciu maruderów uzbrojonych w łuki pozbawiło człowieka całości posiadanego majątku.

– Klacz właściwie nie zasługuje na miano konia – protestował Kronikarz. – Niewiele więcej niż zwierzę pociągowe, a kiedy pada deszcz…

Mężczyzna przerwał mu zdecydowanym gestem.

– Posłuchaj, przyjacielu, armia królewska dobrze płaci za wszystko, co ma cztery nogi i choćby jedno oko. Nawet gdybyś był szaleńcem i wybrał się w drogę na koniu na biegunach, też bym ci go zarekwirował.

Przywódca bandy roztaczał wokół siebie aurę władczości. Kronikarz domyślał się, że jeszcze niedawno musiał być młodszym oficerem.

– Nie marudź, wyskakuj z siodła – rzekł tamten, już całkiem poważnie. – Załatwmy tę sprawę i możesz ruszać swoją drogą.

Kronikarz zsiadł z konia. Parę razy w życiu zdarzyło mu się zostać obrabowanym i wiedział, że tym razem nic nie zyska, wykłócając się. Ci ludzie znali się na swojej robocie. Nie marnowali energii na pokaz czy próżne groźby. Teraz jeden z nich obejrzał konia: sprawdził kopyta, zęby, uprząż. Dwaj następni z wojskową sprawnością przetrząsnęli juki, rozkładając na ziemi cały jego materialny dobytek. Dwa koce, płaszcz z kapturem, oklapnięta skórzana torba i ciężki, nabity worek podróżny.

– To wszystko, dowódco – powiedział jeden z nich. – Oprócz jakichś dwudziestu funtów owsa.

Dowódca przyklęknął, otworzył skórzaną torbę, zajrzał do środka.

– Tam są tylko papiery i pióra – wyjaśnił Kronikarz.

Dowódca obejrzał się na niego przez ramię.

– Więc jesteś skrybą?

Kronikarz skinął głową.

– Tym zarabiam na utrzymanie. Wam na nic się nie przydadzą.

Tamten przetrząsnął zawartość torby, przekonał się, że wyjaśnienia Kronikarza są prawdziwe, i odłożył ją na bok. Potem wysypał zawartość worka podróżnego na rozłożony na ziemi płaszcz Kronikarza i zaczął grzebać w stosie rzeczy.

Przywłaszczył sobie większość soli i parę sznurowadeł. W końcu, ku rozgoryczeniu skryby, wybrał sobie koszulę, którą Kronikarz nabył w Linwood. Koszula była z delikatnego lnu, ufarbowanego na głęboki, prawie fioletowy granat, zbyt ładna, aby wkładać ją na drogę. Prawdę mówiąc, Kronikarz jeszcze ani razu nie miał okazji jej włożyć. Westchnął.

Pozostałe rzeczy dowódca zostawił w takim stanie, w jakim je wcześniej rozrzucił na płaszczu, i wstał. Teraz pozostali przystąpili do szperania w dobytku Kronikarza.

Dowódca powiedział:

– Masz tylko jeden koc, no nie, Janns?

Jeden z maruderów skinął głową.

– Weź ten, będziesz potrzebował drugiego, zanim zima dobiegnie końca – polecił dowódca.

– Jego płaszcz jest w znacznie lepszym stanie niż mój, dowódco – odezwał się inny.

– Weź go sobie, ale zostaw mu swój. To samo dotyczy ciebie, Witkins. Jeżeli zabierasz jego krzesiwo, musisz mu zostawić swoje stare.

– Gdzieś je zgubiłem, dowódco – tłumaczył Witkins. – Inaczej bym tak zrobił.

Cały proceder przebiegał w zaskakująco cywilizowany sposób. Kronikarz stracił wszystkie swoje igły prócz jednej, obie pary pończoch, garść suszonych owoców, głowę cukru, pół flaszki alkoholu oraz dwie kości do gry wykonane z kości słoniowej. Zostawili mu resztę jego ubrań, suszone mięso oraz na poły skonsumowany bochenek zupełnie czerstwego żytniego chleba. Zawartości płaskiej skórzanej torby nikt nawet nie tknął.

Podczas gdy maruderzy wrzucali jego dobytek z powrotem do podróżnego worka, dowódca zwrócił się do Kronikarza:

– Teraz sakiewka.

Kronikarz podał mu.

– I pierścień.

– Tyle w nim srebra co kot napłakał – wymamrotał Kronikarz, ściągając pierścień z palca.

– Co masz na szyi?

Kronikarz rozpiął koszulę; z rozcięcia wyłonił się matowy metalowy pierścień zawieszony na skórzanym rzemyku.

– To tylko żelazo.

Dowódca podszedł bliżej i sięgnąwszy ręką, potarł metal między palcami, a wreszcie pozwolił mu opaść na pierś Kronikarza.

– Wobec tego możesz go zatrzymać – rzekł łaskawie, wysypując na dłoń zawartość sakiewki. Kiedy przebierał palcami w monetach, z jego gardła wydobył się pełen zaskoczenia i satysfakcji odgłos. – Skrybom płaci się lepiej, niż można byłoby sądzić – skwitował, odliczając przypadającą na jego ludzi część.

– Mniemam, że nie jesteś gotów zostawić mi pensa lub dwóch? – zapytał Kronikarz. – Choć tyle, żeby mi wystarczyło na parę gorących posiłków?

Sześciu mężczyzn zapatrzyło się na Kronikarza, jakby nie do końca potrafili uwierzyć, że słyszą właśnie te słowa.

Dowódca pokręcił głową.

– Na Boga, naprawdę masz jaja, co? – W jego głosie pobrzmiewały tony niepozbawionego niechęci szacunku.

– Wydajesz się rozsądnym człowiekiem – wyjaśnił Kronikarz, wzruszając ramionami. – A jeść trzeba.

Po raz pierwszy od początku całej przygody dowódca uśmiechnął się.

– Z tym akurat mogę się zgodzić. – Z garści monet wybrał dwa grosze, uniósł w palcach, a potem wsunął z powrotem do sakiewki Kronikarza. – Oto para monet za twoją parę jaj. – Rzucił Kronikarzowi sakiewkę, podszedł do swojego konia i upchnął piękną ciemnogranatową koszulę w jukach.

– Dziękuję, panie oficerze – rzekł Kronikarz. – Zapewne wolałbyś wiedzieć, że we flaszce przywłaszczonej sobie przez jednego z twoich ludzi jest alkohol metylowy, którego używam do czyszczenia piór. Źle by się dla niego skończyło, gdyby go wypił.

Dowódca uśmiechnął się i pokiwał głową.

– Widzicie, ile można skorzystać na tym, jak się ludzi dobrze traktuje? – rzekł do swojej świty, wskakując na siodło. – Spotkanie z tobą było dla mnie prawdziwą przyjemnością, panie skrybo. Jeżeli zaraz ruszysz w drogę, może przed zmierzchem zdążysz do Brodu Abbotta.

Kiedy tętent kopyt bandy ucichł w oddali, Kronikarz przepakował worek podróżny, układając rzeczy we właściwym porządku. Zzuł jeden z butów, wyciągnął wkładkę i ciasne zawiniątko z monetami, wciśnięte mocno w czubek buta. Przełożył kilka do sakiewki. Potem rozwiązał spodnie, spod kilku warstw odzieży wydobył kolejne zawiniątko z monetami i z nich też odliczył kilka do sakiewki.

Cały dowcip polegał na tym, aby w sakiewce znajdowała się odpowiednia suma. Gdyby pieniędzy było zbyt mało, rozczarowani rabusie z pewnością szukaliby dalej. Gdyby było ich zbyt dużo, podnieciliby się i zaślepieni żądzą złota również szukaliby dalej.

W bochenku czerstwego chleba, którym zainteresowaliby się tylko najbardziej zdesperowani przestępcy, zapieczone było kolejne zawiniątko monet. Kronikarz zostawił rzeczy tak, jak się miały, nie tknął też całego talentu srebra, ukrytego w wypełnionym atramentem kałamarzu. W trakcie przeżytych w drodze lat powoli zaczął go traktować jako swój szczęśliwy talizman. Nikt nigdy go nie znalazł.

Po chwili zastanowienia musiał przyznać, że był to prawdopodobnie najbardziej cywilizowany rabunek, przez jaki w życiu przeszedł. Maruderzy okazali się przyzwoici, sprawni i niezbyt rozgarnięci. Utrata konia i uprzęży była bolesna, ale swobodnie mógł kupić jedno i drugie w Brodzie Abbotta, i wciąż zostanie mu dość pieniędzy na wygodne życie do czasu, póki nie załatwi tych głupot tutaj i nie spotka się ze Skarpim w Trei.

Reagując na naglący zew natury, Kronikarz przedarł się przez krwistoczerwone zarośla sumaka rosnącego na skraju drogi. Kiedy zapinał spodnie, w poszyciu coś się gwałtownie zaszamotało i spod pobliskich zarośli wyskoczył ciemny kształt.

Kronikarz szarpnął się do tyłu przestraszony i krzyknął, dopiero po chwili zrozumiał, że to tylko wrona z łopotem skrzydeł podrywająca się do lotu. Pośmiał się nad własną strachliwością, wygładził ubranie i poprzez zarośla sumaka wrócił na drogę, gdzie stał jeszcze przez chwilę i ocierał twarz z pajęczych nici.

Zarzucił na ramię worek podróżny oraz skórzaną torbę i jakoś tak nagle zrobiło mu się wyjątkowo lekko na sercu. Najgorsze miał już za sobą i wcale nie poszło tak źle. Wiatr zaigrał w gałęziach drzew, strącając liście topoli, które niczym złote monety spłynęły na porytą koleinami błotnistą drogę. Dzień był istotnie piękny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Dedykacja

Mapa

Podziękowania

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: The Kingkiller Chronicles: Day One. The Name of The Wind

Copyright © 2007 by Patrick Rothfuss

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Fotografie na okładce

© Collaboration JS / Arcangel

© TomasSkopal / iStock

Mapy: Nathan Taylor

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Imię wiatru, wyd. II, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-795-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Strach mędrca. Tom 2 Imię wiatru Strach mędrca. Tom 1 Muzyka milczącego świata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów