Fala gniewu

Fala gniewu

Autorzy: Winston Graham

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 22.49 zł

Kornwalia, 1798–1799. Ross Poldark zasiada w Izbie Gmin jako poseł z Truro – dzieli swój czas między Londynem a Kornwalią i przeżywa rozterki związane ze swoją żoną Demelzą. W dalszym ciągu trwa odwieczny spór z Georgeʼem Warlegganem, a tymczasem Drake, brat Demelzy, nie może zapomnieć o miłości do Morwenny, która poślubiła kogoś innego. Przed nadejściem nowego stulecia dochodzi do serii tragicznych wydarzeń. George i Ross tracą ukochaną osobę, a dla Morwenny i Drakeʼa świta promyk nadziei...

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: THE ANGRY TIDE

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcie na okładce: © Andy & Michelle Kerry / Trevillion Images

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący:Anna Brzezińska

Copyright © Winston Graham 1977. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-467-4

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Jean

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

I

Było wietrznie. Blade popołudniowe niebo pokrywały strzępiaste chmury, a na gościńcu, który w ciągu ostatniej godziny stał się wyjątkowo wyboisty i pełen tumanów kurzu, leżały zwiędłe liście, szeleszcząc w podmuchach wiatru.

W dyliżansie jechało pięć osób: chudy, wyglądający na kancelistę mężczyzna o szczurzej twarzy, ubrany w wyświechtany surdut, jego jeszcze chudsza żona, nastoletnia córka i dwóch innych pasażerów. Pierwszym z nich był wysoki, kościsty, dumny dżentelmen zbliżający się do czterdziestki, a drugim tęgi duchowny, młodszy o kilka lat. Wysoki mężczyzna miał na sobie brązowy aksamitny żakiet z mosiężnymi guzikami, w większości rozpiętymi, a poza tym czystą koszulę, podniszczoną żółtą kamizelkę, ciasne płowożółte spodnie i buty do konnej jazdy. Duchowny, choć nosił koloratkę, wyglądał jak dandys. Ubrany był w zielony jedwabny surdut, jedwabną kamizelkę, czerwone pończochy i czarne trzewiki ze sprzączkami.

Kancelista i jego żona, trochę onieśmieleni towarzystwem ważnych osób, wśród których przyszło im podróżować, szeptali do siebie niekiedy, a tymczasem dyliżans podskakiwał z trzaskiem na wybojach. Chociaż w tej chwili panowała cisza, wcześniej zamieniono kilka zdań i pasażerowie wiedzieli nieco o sobie. Wysokim mężczyzną był kapitan Poldark, od niedawna sławny w całej Kornwalii, poseł do Izby Gmin z Truro, duchownym zaś Osborne Whitworth, proboszcz kościoła Świętej Małgorzaty w Truro i tytularny proboszcz kościoła Świętego Sawle na północnym wybrzeżu hrabstwa.

Przez chwilę rozmawiano, lecz w końcu zapadło niezbyt przyjazne milczenie – wymiana zdań od początku wydawała się nerwowa. Kapitan Poldark wsiadł do dyliżansu w St Blazey, a pastor Whitworth nieco później, w St Austell.

– Ach, Poldark, więc już pan wraca! – rzucił duchowny. – Cóż, spodziewam się, że pobyt w domowych pieleszach sprawi panu przyjemność. Jak się panu podobał Westminster? Pitt, Fox i cała ta zgraja. Mój wuj twierdzi, że w stolicy wszyscy bez przerwy plotkują.

– Zależy kto – odparł Poldark. – Zawsze tak jest.

– Ha! Święte słowa. To samo mówił mój kuzyn George po powrocie z Londynu. Zadał mu pan ciężki cios, pozbawiając go mandatu posła. Rok w Izbie Gmin sprawił, że jego ambicje znacznie wzrosły. Przez pewien czas chodził z nosem spuszczonym na kwintę.

Kapitan Poldark nie odpowiedział. Dyliżans pachniał stęchlizną i nieświeżymi oddechami. Pastor nieelegancko rozluźnił ciasne spodnie.

– Niech pan pamięta, że George Warleggan potrafi pilnować swoich interesów. Nie wątpię, że przed końcem roku jeszcze pan o nim usłyszy.

– Będę czekał z zainteresowaniem – odrzekł Poldark, unosząc wydatny nos.

– Anglia potrzebuje wszystkich ludzi zdolnych do działania – ciągnął Whitworth. – Teraz bardziej niż kiedykolwiek, mój panie. Powszechne niezadowolenie w kraju, kluby jakobińskie, bunty marynarzy wywieszających czerwone flagi, fala bankructw, a do tego powstanie w Irlandii. Wie pan, czy już je stłumiono?

– Jeszcze nie.

– Haniebne okrucieństwa katolików zasługują na surową karę. Słyszy się historie o ekscesach, które dorównują największym potwornościom rewolucji francuskiej.

– Okrucieństwa są stosownie karane, a przynajmniej spotykają się z odwetem. Nigdy nie wiadomo, kto zaczyna: pojawia się ciąg zdarzeń, które nie mają końca.

Pastor Whitworth wyjrzał przez okno na zielony krajobraz.

– Oczywiście wiem, że pański Pitt jest zwolennikiem emancypacji katolików. Na szczęście są niewielkie szanse, by to przeszło w parlamencie.

– Moim zdaniem ma pan rację, ale nie zgadzam się z poglądem, że to szczęście. Czy nie wyznajemy tego samego Boga?

Pastor Whitworth również uniósł nos – różniący się kształtem od nosa kapitana Poldarka – zirytowany bezczelnością człowieka ośmielającego się kwestionować poglądy duchownego w kwestiach religijnych. Rozmowa zamarła na jakiś czas. Jednak młody pastor nie zniechęcał się drobnymi afrontami. Kiedy dyliżans zatrzymał się na pięć minut, a woźnica i kilku pasażerów podróżujących na dachu usuwało z drogi złamany konar, powiedział:

– Spędziłem dwa dni u Carlyonów. Zna ich pan?

– Ze słyszenia.

– Tregrehan to bardzo wygodna i przestronna rezydencja. Moi rodzice przyjaźnili się z Carlyonami, a ja podtrzymuję znajomość. Mają doskonałego kucharza, prawdziwy skarb.

Kapitan Poldark spojrzał na wydęty brzuch Whitwortha, lecz się nie odezwał.

– Wiosenne mięciutkie jagnię… oczywiście ze szparagami i pieczonym cielęcym sercem. Do tego zwykłe dania. Na Boga, sam nie wiem, czy gotowana cielęcina w słodkim sosie własnego przepisu, z rozmarynem i szałwią, nie była jeszcze lepsza. Nieustannie powtarzam żonie, że nie chodzi o składniki, tylko o sposób przyrządzenia.

– Mam nadzieję, że pańska żona cieszy się dobrym zdrowiem. – Był to przynajmniej wspólny temat.

– Stale jest przygnębiona. Doktor Behenna uważa, że cierpi na zaburzenia śledziony. Za to mój syn jest w świetnej formie, co bardzo mnie cieszy. Jeszcze nigdy nie widziałem silniejszego dwulatka. Nawet nie skończył dwóch lat. Dorodny, piękny malec… – Whitworth się podrapał. – Zupełnie inny niż to biedne, słabowite stworzenie, które urodziło się Enysom. Chude, wątłe, z za dużą głową. Powiadają, że przez cały dzień z ust tego dziecka cieknie ślina… Przysięgam, że w tym dyliżansie jest mnóstwo pcheł. Mam delikatną skórę, bardzo wrażliwą na pchły, i po każdym ugryzieniu pojawia się ślad wielkości gwinei.

– Powinien pan wypróbować puder fumigacyjny doktora Leacha, sir – rzekł kancelista, ośmielając się zabrać głos. – Jest używany przez najszlachetniejsze rody.

Whitworth spiorunował wzrokiem urzędnika.

– Dziękuję za radę, sir. Słyszałem o tym pudrze.

Dyliżans podskakiwał na wybojach.

II

Ross pomyślał: moje życie to ciąg powtórzeń.

Wiele lat temu – zapomniałem, jak dawno temu – jechałem z Bristolu takim samym dyliżansem, wracając z wojny w Ameryce. Byłem młodym oficerem z blizną na twarzy, kulałem i miałem podobnych kompanów. Kancelistę z żoną, choć towarzyszyło im niemowlę, a nie chuda, dziobata pannica. W dyliżansie był również duchowny. Halse – w tej chwili starzec – którego nie znosiłem prawie tak samo jak Whitwortha. Sprzeczaliśmy się i złościliśmy na siebie. Była zupełnie inna pora roku, październik, choć dziś na drodze leżą liście zerwane przez wczorajszą burzę, jakby już zaczęła się jesień. Główna różnica polega chyba na tym, że wtedy po powrocie do domu przeżyłem szok, widząc skalę swojej nędzy. Teraz jestem zamożnym człowiekiem. Przeżyłem jeszcze większy wstrząs, gdy odkryłem, że dziewczyna, którą kocham, zamierza poślubić mojego brata stryjecznego. Teraz mam żonę… Cóż, tak, żonę…

Wtedy byłem młody i pełen niezwykłej energii. W tej chwili skończyłem trzydzieści osiem lat i nie jestem już taki młody. I chyba nie taki odporny.

Wydaje się, że całe moje życie biegnie podobnymi drogami, tak jak teraz. Dwa razy pod wpływem impulsu wdarłem się do więzień i uwolniłem skazańców. Najpierw w Anglii, za co wściekle atakowali mnie członkowie mojej własnej klasy, a później we Francji, za co chwalono mnie i podziwiano. Nie licząc kilku przypadkowych przygód, kochałem w życiu dwie kobiety i obie mnie zdradziły. Założyłem dwie kopalnie. Mam dwoje dzieci. Można wyliczać bez końca.

Może wrażenie, że życie się powtarza, jest naturalnym skutkiem starzenia się, pomyślał. Może doświadcza go każdy, kto przeżył wystarczająco dużo lat? Rzeczywiście, większość ludzi prowadzi nudne, nieciekawe życie, więc powinienem się uważać za szczęściarza, bo moje jest takie urozmaicone.

Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Osłabiasz siłę własnej argumentacji…

– Słucham? – Whitworth o coś go zapytał. – O nie, Izba Gmin zbierze się dopiero za sześć lub siedem tygodni.

– Więc wraca pan wcześniej?

– Interesy – odparł Ross. – Długo byłem poza domem.

– Ach tak, interesy… – Pastor ze zrozumieniem przyjął słowa Rossa. – Tak przy okazji, skoro zna pan dobrze wicehrabiego Falmouth… – Umilkł, lecz Poldark ani nie zaprzeczył, ani nie potwierdził. – …teraz, gdy musi pan dobrze znać wicehrabiego Falmouth, ponieważ jest pan posłem z kontrolowanego przez niego okręgu wyborczego, może mógłby go pan poprosić o wyświadczenie mi przysługi. Staram się o beneficjum w Luxulyan i chociaż nie on o tym decyduje, z pewnością jest w przyjaznych stosunkach z patronem okręgu wyborczego. Gdyby wymienić jego nazwisko w liście, miałoby to duże znaczenie.

– Przykro mi słyszeć, że opuszcza pan Truro – rzekł zjadliwie Ross.

– Och, bynajmniej – zapewnił go Ossie Whitworth. – Niedawno zmarły proboszcz Luxulyan rzadko odwiedzał swoją parafię. Chciałbym zwiększyć własne skromne dochody, które, jak pan rozumie, ledwo wystarczają na codzienne życie i utrzymanie żony oraz powiększającej się rodziny. Dochody duchownych zupełnie nie odpowiadają potrzebom. Człowiek Kościoła musi mieć co najmniej dwa beneficja, by przeżyć. Niestety, taka jest prawda.

– Ma pan w tej chwili dochody z dwóch parafii – zauważył Ross. – Przed dwoma laty został pan tytularnym proboszczem Sawle, tuż obok Nampary.

– Tak, lecz wpływy z Sawle są żałośnie skromne. Prawie wszystko pochłaniają wydatki. Luxulyan to bogatsza parafia, a właściciele ziemscy i dżentelmeni są znacznie hojniejsi. Południowe wybrzeże zawsze było zamożniejsze od północnego.

Z dachu dyliżansu dobiegły okrzyki protestujących pasażerów, ponieważ zaprzęg przejeżdżał pod niskimi drzewami. Jedna z gałęzi otarła się o boczne okno. Kancelista i jego żona wymienili spojrzenia, ponieważ pastor bez żenady prowadził przy nich rozmowę o swoich sprawach finansowych, jakby w ogóle nie istnieli. Jednak wydawało się, że kapitan Poldark nie ma ochoty dyskutować na ten temat. Kancelista mimo woli pomyślał, że wielebny Whitworth mógłby przedstawić swoją prośbę taktowniej.

Ossie wyjrzał przez okno.

– Ach, dzięki Bogu, jestem prawie w domu. Od tych podskoków robi się człowiekowi niedobrze. Tylko raz płynąłem statkiem, ale przysięgam, że czułem się podobnie. Mam nadzieję, że ten łotr Harry będzie czekał, by wziąć moją torbę. Tak, widzę go. – Uniósł laskę i głośno zastukał w dach dyliżansu.

Pojazd stanął. Koła zaskrzypiały w miękkiej ziemi, rozległ się brzęk żelaznych prętów i skrzyp skórzanej uprzęży. Woźnica zeskoczył, otworzył drzwi i zdjął kapelusz w nadziei na napiwek.

Ossie nie śpieszył się, by wysiąść. Podrapał się i zaczął zapinać surdut.

– Niech pan pamięta, mógłbym kiedyś wyświadczyć panu przysługę, Poldark. Może pan tego nie wiedzieć, ale mój wuj Conan Godolphin to bliski przyjaciel księcia Walii. Przyjaciel na dworze królewskim może czasem bardzo pomóc posłowi do Izby Gmin. Zwłaszcza posłowi z zapadłej prowincji, bez tytułu szlacheckiego i koneksji, takiemu jak pan. Wuj Conan zna rodziny wszystkich wybitnych wigów i wielu wpływowych arystokratów, więc można by liczyć na quid pro quo.

– Rzeczywiście – odrzekł po chwili Ross. – Quid pro quo, co?

– Tak. Właśnie to proponuję.

– Nie jestem pewien, co pan naprawdę proponuje.

– Och, niech pan da spokój, Poldark. Wyraziłem się jasno.

– Jest pan tytularnym proboszczem Sawle, z czym nie wiążą się żadne obowiązki – odparł Ross. – Natomiast Odgers ciężko pracuje. Po otrzymaniu beneficjum podniósł pan jego wynagrodzenie z czterdziestu do czterdziestu pięciu funtów rocznie.

– Tak, to prawda. Był to z mojej strony hojny gest zgodny z duchem czasu. Odgers uprawia ogród i nie ma prawie żadnych wydatków. Trudno zgadnąć, co robi z pieniędzmi.

– Mogę pana zapewnić, że żyje bardzo skromnie. Uprawia warzywa, które sprzedaje na miejscowym targu. Jego żona oszczędza na wszystkim, ceruje, przerabia ubrania starszych dzieci dla młodszych, nie stać ich na naukę ani porządną odzież, jaką powinny mieć dzieci duchownego. Powiedział pan, że trudno jest się panu utrzymać. Dostając czterdzieści pięć funtów rocznie, Odgers żyje prawie tak samo jak podkuwacz koni albo kowal.

– Mogę tylko powiedzieć, że z pewnością źle prowadzi swoje sprawy! Od dawna uważam, że jest niekompetentny.

Ross spojrzał chłodno na rozmówcę.

– Quid pro quo byłoby możliwe, Whitworth, gdyby podniósł pan wynagrodzenie Odgersa do stu funtów rocznie. Nie potrzebuję pomocy pana wuja, ale w takim przypadku byłbym skłonny porozmawiać z lordem Falmouth w pańskiej sprawie.

– Sto funtów rocznie?! – Wydawało się, że Whitworth puchnie, co zdarzało się, gdy ogarniała go złość. Jest to charakterystyczna cecha niektórych zwierząt i ptaków, lecz Ossie również ją miał. – Zdaje pan sobie sprawę, że całkowite dochody z Sawle to zaledwie dwieście funtów?! Jak może pan oczekiwać, że będę sprawował funkcję proboszcza, skoro mam płacić połowę niedouczonemu klerykowi?!

– Odgers wykonuje całą pracę – odparł Ross.

Ossie Whitworth chwycił swój kapelusz. Jego służący Harry zdjął już walizę i czekał z głupawym uśmiechem obok woźnicy.

– To tylko supozycje ignorantów.

– To moje supozycje, ponieważ mieszkam w pobliżu pańskiego kościoła.

– Na Boga, życzę panu miłego popołudnia, kapitanie Poldark.

Wysiadł z dyliżansu, otrzepał wolną ręką klapy surduta, jakby nie tylko chciał się pozbyć dokuczliwych pcheł, ale również odrzucał absurdalną propozycję. Nie zajrzał z powrotem do dyliżansu, nie dał napiwku woźnicy i ruszył wąską drogą w stronę plebanii kościoła Świętej Małgorzaty, gdzie czekała nieprzychylna mu żona. Z tyłu szedł wysoki, krzywonogi Harry, usiłował nadążyć za szybko idącym panem. Między pochylonymi drzewami lśniła rzeka.

Woźnica wdrapał się na kozioł, strzelił z bata, po czym dyliżans zaskrzypiał i ruszył. Został mu do przebycia ostatni, półtorakilometrowy odcinek drogi do Truro.

III

Demelza Poldark zaprosiła Rosinę Hoblyn na herbatę. Odkąd doktor Enys nastawił zwichnięte kolano Rosiny, dziewczyna prawie nie utykała. Mimo to w dalszym ciągu pozostawała niezamężna po nieudanych zaręczynach z Charliem Kempthorne’em. Miała dwadzieścia pięć lat, była urocza i sympatyczna. Jej młodsza siostra Parthesia poślubiła parobka i urodziła dziecko. Rosina, zawsze cicha i spokojna (być może z powodu uszkodzenia kolana we wczesnym dzieciństwie), mieszkała z matką i ojcem, od czasu do czasu dorabiając jako szwaczka.

Demelza lepiej poznała ją zaledwie kilka miesięcy wcześniej i polubiła, toteż zlecała jej różne prace. Rosina okazała się miła i pracowita. Szyła czepki i kapelusze dla dzieci i przynosiła je z Sawle, by sprawdzić, czy się podobają i pasują. W czasie wizyty w Namparze wypiła herbatę, a Demelza zamówiła u niej słomkowy kapelusz dla siebie. Później, w jasnym wieczornym słońcu, odprowadziła Rosinę w stronę wioski, wszędzie zauważając ślady wczorajszej burzy.

Zatrzymała się przy Wheal Maiden i pożegnała dziewczynę, lecz nie wróciła natychmiast do dworu. Zamiast tego obserwowała zmniejszającą się postać Rosiny, która szła przez posępne wrzosowisko w stronę kościoła w Sawle. Pomyślała, że szkoda tej miłej kobiety, ładnej, pracowitej, o zaskakująco dobrym guście i manierach, biorąc pod uwagę, kto jest jej ojcem – stale zagniewany Jacka. Demelza doskonale rozumiała sytuację Rosiny, choć w porównaniu z ojcem Demelzy Jacka wydawał się łagodnym, rozsądnym mężczyzną. Miały ze sobą wiele wspólnego: nie przypominały rodziców, w jakiś sposób ich przerosły; ich myśli i uczucia nie pasowały do środowiska, w którym przyszły na świat.

Bóg jeden wie, czy owe cechy ujawniłyby się w Demelzie, gdyby nie przypadkowe spotkanie z Rossem na jarmarku w Redruth przed wielu laty. Gdyby nie to spotkanie, jak potoczyłoby się jej życie? Harowałaby od świtu do nocy, terroryzowana przez ojca, zajęta opieką nad młodszymi braćmi, dla których stała się matką w wieku czternastu lat. Ojciec może w końcu i tak zostałby metodystą, a Demelza zdołałaby znaleźć dla siebie jakieś miejsce w ubogim, wypełnionym morderczą pracą świecie górników. Ale nie miałaby nic porównywalnego z tym, co zdobyła po poślubieniu Rossa – choć nie była już pewna, czy w dalszym ciągu może liczyć na miłość męża.

Przynajmniej ich status materialny się nie zmienił: widziała to wokół siebie. Gospodarstwo (można je również nazwać posiadłością) zaspokajające wiele potrzeb życiowych; kopalnia pozwalająca na zakup reszty niezbędnych rzeczy i luksusowych artykułów; dwór (można tak nazwać dom w Namparze), którego skrzydło (miał tylko jedno skrzydło) niedawno powiększono i odremontowano. Czworo służących bez szemrania wykonywało polecenia Demelzy i ze wszystkimi instynktownie nawiązała relacje oparte na przyjaźni i szacunku. Miała dwoje wspaniałych, pięknych dzieci, mieszkała w pięknej okolicy, w głębi doliny w pobliżu nadmorskich klifów. Niedawno skończyła dwadzieścia osiem lat – nie była jeszcze stara, gruba, wychudzona, pomarszczona. Nie miała na brzuchu rozstępów po ciążach. Jak dotychczas straciła tylko dwa zęby trzonowe, a przednie były białe, ponieważ codziennie przecierała je korzeniem prawoślazu. Obracała się w najlepszym towarzystwie Kornwalii, wśród ziemian, lecz i arystokratów, którzy traktowali ją jak kogoś równego sobie – przynajmniej tak się zachowywali. Obcowała też z górnikami i rybakami, a ci również ją akceptowali.

Miała również Rossa, tak sądziła. Ale był daleko. Zbyt długo przebywał poza domem. Właśnie to psuło szczęście Demelzy, tkwiło w sercu jak cierń.

Próbując na razie o tym zapomnieć, usiadła na granitowym bloku pozostawionym przez metodystów po rozbiórce zabudowań starej kopalni Wheal Maiden. Znów popatrzyła za odchodzącą Rosiną, której postać stała się tak maleńka, że prawie niewidoczna. Po wczorajszej burzy niebo było olśniewająco czyste, przed nadejściem zmroku zaczęły odpływać nawet nieliczne ciemne chmury widoczne na południu, nad kościołem w Sawle. To zrozumiałe, że ludzie widzą podobieństwo między sobą a pogodą, że przypisują wichrom i burzom ludzkie cechy. Wczoraj pogoda wpadła we wściekłość, miotała przekleństwa, kłóciła się ze wszystkimi, ciskała talerzami, a teraz się uspokoiła, atak złości minął, wydawała się znużona i spokojna. Trudno uwierzyć, że to ta sama osoba.

Kłopot z Rosiną polega na tym, że jest kimś pomiędzy, stwierdziła Demelza. Ma zręczne palce i ubiera się skromnie, lecz gustownie. Nauczyła się nawet czytać i pisać, ale te umiejętności i drobne oznaki pragnienia awansu społecznego postawiły ją ponad zwykłymi górnikami czy rybakami o prostych manierach i prymitywnym stosunku do życia. Prawdopodobnie czują się przy niej onieśmieleni, uważają się za gorszych, a ona za lepszą. Znajduje się w trudnej sytuacji, bo nie spotyka ludzi z innej sfery.

Obaj młodsi bracia Demelzy przeżyli nieszczęśliwą miłość. Starszy, Samuel, zakochał się z wzajemnością w hałaśliwej, wesołej, żywotnej Emmie Tregirls, jednak podzieliła ich religia. Emma nie znosiła jego żarliwego zaangażowania w ruch metodystyczny, który stanowił treść życia Sama, a jako uczciwa młoda kobieta nie chciała udawać. Dlatego wyjechała i została pokojówką w Tehidy kilkanaście kilometrów dalej. Wydawało się, że pod pewnymi względami Rosina byłaby dla Samuela znacznie lepszą kandydatką na żonę od Emmy. Należało go tylko do tego przekonać.

Ludzi nigdy nie da się poszufladkować. Kiedy Demelza spostrzegła, że doszło do całkowitego impasu, sama zasugerowała, by Emma wyjechała i spotkała się z Samuelem dopiero po roku. Emma dostała nową pracę dzięki Demelzie. Byłoby niezręcznie szukać Samuelowi żony przed upływem roku.

Pozostawał Drake, najmłodszy brat. Był w znacznie gorszej sytuacji, ponieważ zakochał się w kuzynce Elizabeth Warleggan, Morwennie Chynoweth, która poślubiła wielebnego Osborne’a Whitwortha, proboszcza kościoła Świętej Małgorzaty w Truro, i miała w tej chwili dwuletniego syna. Drake popadł w przygnębienie, ale ponieważ sytuacja z Morwenną wydawała się beznadziejna, znacznie łatwiej można by go z kimś wyswatać. Morwenna odeszła na zawsze. Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny i nawet jeśli czuje się nieszczęśliwa jako żona proboszcza, nigdy od niego nie odejdzie i nie zamieszka z Drakiem wbrew prawom i zasadom obowiązującym w Anglii.

Drake znajdował się w beznadziejnej sytuacji i wiedział o tym od prawie trzech lat, które przeżył w stanie melancholii, nawet nie spoglądając na inne kobiety. Dwa lata wcześniej Ross kupił mu niewielkie gospodarstwo i kuźnię odległą o półtora kilometra od St Ann’s, więc Drake był w tej chwili szanowanym rzemieślnikiem i jedną z najlepszych partii w okolicy. Mimo to nawet nie spojrzał na żadną dziewczynę, przynajmniej nie tak, jak to zwykle robią młodzi mężczyźni. Był martwy emocjonalnie i psychicznie, skazany na jałowe starokawalerstwo; nieustannie myślał o młodej kobiecie, którą na zawsze stracił. Co więcej, nikt nie mógł być absolutnie przekonany, że gdyby małżeństwo doszło do skutku, okazałoby się udane. Morwenna była zamkniętą w sobie, nieśmiałą, starannie wykształconą dziewczyną, córką dziekana Kościoła anglikańskiego. Między nią a Drakiem istniała jeszcze większa różnica społeczna niż między Rosiną a okolicznymi górnikami. Czy mogłaby zostać żoną kowala, gotować posiłki, prać, szorować podłogi? Z pewnością szybko by jej się to znudziło.

Co prawda Drake miał dopiero dwadzieścia dwa lata – w tym wieku trzy lata to bardzo krótki okres – ale Demelza nie ufała pustce, bo wydawało się, że niesie ona ze sobą ryzyko; że Drake może się stać melancholikiem. Był zawsze bardzo miły, lecz okropnie brakowało jej jego poprzedniej wesołości. Kiedyś wręcz tryskał humorem. Ze wszystkich braci najbardziej przypominał Demelzę, umiał znajdować przyjemność w drobnych rzeczach.

Odgrywanie roli swatki mogło być ryzykowne i prawdopodobnie bezużyteczne. Nikt nie jest w stanie wykrzesać iskry, gdy kamień jest wilgotny. Niedawno Demelza usłyszała skomplikowany zwrot i kiedy zrozumiała jego znaczenie, bardzo jej się spodobał. Sprzyjające okoliczności. Nie należy robić niczego konkretnego ani oczywistego. Niczego, co mogłoby się komuś nie spodobać. Wystarczyło zaaranżować sytuację, by pojawiły się sprzyjające okoliczności. Później trzeba czekać i obserwować, czy pojawią się jakieś rezultaty.

Demelza była prawdopodobnie jedyną osobą, która mogła stworzyć sprzyjające okoliczności. Powinna się zastanowić, jak zrobić to najskuteczniej.

Ze wschodu wiał lekki wietrzyk. Wstała, by iść do domu. Przez wrzosowisko jechał samotny jeździec. Odwróciła się i ruszyła w stronę Nampary, pocieszona myślą o tym, co mogłaby zrobić. Wiele lat wcześniej ściągnęła na siebie kłopoty, aranżując spotkania między Verity, siostrą stryjeczną Rossa, a kapitanem statku pocztowego z Falmouth, człowiekiem o złej reputacji. Doprawdy, powinna być ostrożniejsza i nie wtrącać się w cudze sprawy. Ale czy w końcu nie postąpiła słusznie? Verity jest teraz żoną kapitana marynarki i do tego małżeństwo okazało się szczęśliwe. Czy można było liczyć na lepszy rezultat?

Przystanęła, uniosła spódnicę i popatrzyła na zgięcie kolana, gdzie ją zaswędziało. Okazało się, że to mrówka, która zboczyła z kamiennego murku i zapuściła się w niedozwolone rejony. Demelza strzepnęła ją palcem i opuściła spódnicę. Jednak nie poszła dalej. Dziwne uczucie w żołądku. Kto mógłby jechać konno o zmroku w dolinie Nampary? Czy wygląd jeźdźca nie wydaje się znajomy? Och, nonsens, Ross napisałby list. Przysłałby jakąś wiadomość. Gimlett wyjechałby mu na spotkanie do Truro. Sesja parlamentu jeszcze się nie skończyła. To na pewno jeden z Treneglosów. Albo sąsiad zaproszony przez Rossa i Demelzę. Tą drogą można dotrzeć do kilku miejsc. Do przysiółka Mellin, Nampary i dworu Mingoose, to wszystko. Dalej, na północnym wschodzie, rozciągają się wydmy.

Ruszyła w stronę grzbietu wzgórza. Stanęła przed kaplicą, osłaniając oczy, choć światło świeciło za jej plecami. Postać wyraźnie się zbliżyła. Nie widziała konia, ale poznała jeźdźca.

Z rozwianymi włosami zbiegała ze wzgórza na spotkanie, potykając się na nierównej drodze.

Rozdział drugi

I

Na kilka godzin przed przybyciem do domu drugiego znużonego pasażera dyliżansu pierwszy dotarł do celu swojej podróży, plebanii kościoła Świętej Małgorzaty w Truro, lecz nie wybiegła mu na spotkanie długonoga, stęskniona młoda kobieta.

Nie czuł zawodu, bo nie spodziewał się radosnego powitania. Szczególnie ze strony żony, która, niestety, postradała zmysły.

Była to udręka dla wielebnego Osborne’a Whitwortha, jego krzyż. Bardzo wcześnie stracił pierwszą żonę, darzącą go szczerym uczuciem, uroczą, choć nieodpowiedzialną, po czym szybko znów się ożenił, by zapewnić dwóm osieroconym córeczkom matkę. Pragnął mieć towarzyszkę życia, młodą kobietę, która dbałaby o dom, wspierała w dobrych i złych chwilach, a ponadto pomogła uniknąć grzechu cudzołóstwa i połączyła się z nim cieleśnie zgodnie z przykazaniami Kościoła. Poza tym powinna począć i urodzić Ossiemu następne dzieci – zwłaszcza syna – w bojaźni Boga i dla chwały Jego Świętego Imienia. Podejmując tę decyzję, w naturalny sposób poszukiwał panny z odpowiednimi koneksjami i posagiem.

Kierując się rozsądkiem, miłością Boga, odpowiedzialnością i zmysłem praktycznym, wybrał Morwennę Chynoweth. Wysoka, nieśmiała osiemnastolatka o śniadej cerze, niezbyt ładna według zwyczajowych standardów, lecz obdarzona idealnym, pięknym ciałem. Urodziła się w dobrej rodzinie: była córką nieżyjącego już dziekana z Bodmin; była również kuzynką żony George’a Warleggana. Warlegganowie nie pochodzili z dobrej rodziny, choć bardzo się starali za takich uchodzić… lecz byli niezwykle bogaci i nieustannie pomnażali majątek. Po dłuższych targach George obiecał ufundować posag, czyniąc małżeństwo realnym. Było oczywiste, że zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie przyniesie mu koligacja z rodziną tak wybitną jak Whitworthowie, krewni Godolphinów.

W ten sposób zaaranżowano małżeństwo, które doszło do skutku, a zastrzeżenia Morwenny zlekceważono. Uznano, że dziewczyna w tym wieku nie może być pewna swojej decyzji. Kobieta pozbawiona perspektyw powinna traktować taki związek jako początek nowego życia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może odrzucić takiej propozycji. Ossie był całkowicie pewny, że jego męskie walory sprawią, iż narzeczona będzie go adorować. Naturalnie nie miało to większego znaczenia, ponieważ pożądanie i zaspokojenie fizyczne to cechy męskie, a kobieta powinna być zadowolona, że poświęca się jej odpowiednią uwagę, i nie oczekiwać szczególnej przyjemności.

Na początku małżeństwa Ossie nie zauważył żadnych ostrzegawczych sygnałów. Morwenna oddawała mu się pięć razy w tygodniu i nie zwrócił uwagi na to, że czasem wyraz jej twarzy był daleki od miłego. Później urodziła dziecko, do tego syna, zdrowego, pełnego energii, silnego, łakomego noworodka, którego Osborne natychmiast uznał za swojego potomka i dziedzica duchowego. Jednak ciężko przeżyła poród i w tym okresie ujawniły się pierwsze oznaki obłąkania. Jej lekka awersja do aktu prokreacji zmieniła się we wściekły opór i zachęcana radami nieznośnego szarlatana, doktora Dwighta Enysa, odmawiała mężowi jego słusznych praw.

Najgorsze przyszło później. Namówiła Ossiego, by zatrudnił jej najmłodszą siostrę Rowellę, która zamieszkała w domu, by opiekować się dziećmi. W przystępie błyskawicznie narastającego szaleństwa Morwenna wyobraziła sobie, że doszło do romansu między Rowellą a Osborne’em. Pewnego wieczoru zaczęła na niego krzyczeć – z dzikim spojrzeniem, z włosami zwisającymi niczym wodorosty – że nigdy – uwaga, nigdy! – nie pozwoli mu się dotknąć. Kiedy zamierzał zignorować rozkaz wariatki, wrzasnęła, że jeśli weźmie ją wbrew jej woli, to następnego dnia – uwaga, następnego dnia! – zabije, zamorduje, uśmierci własne dziecko, Johna Conana Osborne’a Whitwortha.

Był to wyjątkowo ciężki krzyż, na który nie zasługuje żaden mężczyzna, i pastor Whitworth poważnie się zastanawiał, jakie kroki podjąć, by się od niego uwolnić. Bogaty człowiek – naprawdę bogaty człowiek bez zobowiązań religijnych – niewątpliwie z łatwością znalazłby sposób. Jednak Osborne był duchownym. Ludzie sądzą, że człowiek Kościoła powinien dzielnie znosić nieszczęścia: gdyby koledzy duchowni uznali, że przedwcześnie lub egoistycznie kazał – hm – zamknąć żonę w zakładzie dla obłąkanych, nie pomogłoby mu to w karierze. Wkrótce powinien pojechać do Exeter, otworzyć serce przed biskupem i wysondować, czy potrafi go przeciągnąć na swoją stronę. Byłby to znaczący krok naprzód, lecz powinien postępować ostrożnie. Ten idiota Behenna nie chce pomóc i twierdzi, że pani Whitworth cierpi tylko na okresowe napady melancholii.

Ossie w milczeniu podążał na ciężkich nogach za służącym i dotarł prawie do brzegu rzeki, gdzie wśród błota i drzew stał stary kościół z plebanią. Kiedy wszedł do salonu na parterze, zobaczył Morwennę siedzącą w promieniach słońca przy oknie z robótką.

Dziewczyna wstała na jego widok.

– Osborne. Przybyłeś trochę wcześniej, niż się spodziewałam. Napijesz się herbaty?

– Dyliżans odjechał wcześniej. – Podszedł do gzymsu kominka, gdzie leżały trzy listy, które przyniesiono na plebanię pod jego nieobecność. – Gdzie John?

– W ogrodzie z Sarah i Anne.

– Nie powinnaś zostawiać go bez opieki. Rzeka jest niebezpieczna.

– Nie jest pozbawiony opieki. Towarzyszy im Lottie.

(Lottie była dziewczyną zatrudnioną na miejsce wyuzdanej siostry Morwenny, która poślubiła w niesławie tamtejszego bibliotekarza o nazwisku Solway i nazywała się teraz Rowella Solway. Lottie miała dziobatą twarz, była niezdarna, lecz wszystko było lepsze niż bezczelna, zdemoralizowana istota, która wcześniej zajmowała się synem Whitwortha).

Ossie wyjął zegarek.

– Domyślam się, że jadłaś już obiad – rzekł ponuro. – Jest coś do jedzenia? Założę się, że nic.

– Mamy kurczę i ozór. Poza tym kawałek giczy baraniej, zapiekanki i trochę szarlotki.

– Wszystko źle przyrządzone i całkowicie pozbawione smaku, wiem – rzucił Ossie. – Dopiero po spożyciu kilku posiłków w wielkich rezydencjach człowiek zdaje sobie sprawę, jakie prymitywne jedzenie musi jadać we własnym domu.

Morwenna spojrzała na męża.

– Czy w Tregrehan coś poszło niedobrze?

– Słucham? Naturalnie, że wszystko poszło dobrze! Dlaczego miałabyś podejrzewać, że coś poszło niedobrze? – Ossie obejrzał listy. Poznał po sztywnym charakterze pisma, że jeden z nich przysłał Nat Pearce, stary dureń cierpiący na podagrę, który niewątpliwie zaprasza go na wista. Drugi, napisany przez jednego z administratorów parafii, prawdopodobnie zawierał jakąś małostkową skargę. Na trzecim nazwisko i adres napisano ładnym charakterem, a lakowa pieczęć nie miała żadnych oznaczeń. Ossie spojrzał na list i napotkał wzrok żony. W ostatnim czasie stała się wyjątkowo niechlujna, miała rozczochrane włosy, a suknia wyglądała, jakby w niej spała. Kolejne oznaki narastającego obłędu. Naprawdę musi wywrzeć presję na Behennę. Nie był zupełnie pewien, czy rzeczywiście wierzy w groźbę zabicia Johna, gdyby skorzystał ze swoich praw małżeńskich, ale… ale… nie ośmielił się uznać tego za blef. Jeśli jednak Morwenna będzie dalej się staczać i zacznie mieć urojenia – na przykład dzikie fantazje, że miał jakieś stosunki z jej odrażającą siostrą – może uznać, że napastował ją wbrew jej woli. Czy John będzie wtedy bezpieczny?

– Miałeś męczącą podróż? – spytała Morwenna, zmuszając się do okazania troski, której nie czuła. Ponadto chciała wybadać, dlaczego Ossie jest w wyjątkowo złym humorze.

– Męczącą? Tak, rzeczywiście była męcząca. – Ossie przypomniał sobie o pchłach i odruchowo się podrapał. – Dyliżanse są koszmarne, roi się w nich od pcheł, rybików i stonóg. Nigdy nie wykadzają ich dymem ani nawet nie trzepią siedzeń. Następnym razem wynajmę karetę… Jechał ze mną ten zuchwały drobny ziemianin, Poldark.

– Poldark? Masz na myśli Rossa Poldarka?

– Kogóż innego? Jest tylko jeden Poldark, prawda? Niechaj Bogu będą dzięki. Arogancki i bezczelny jak zawsze.

– Przypuszczam, że wracał z Londynu, z Izby Gmin.

– Naturalnie wraca zbyt wcześnie. George nie zaniedbywał swoich obowiązków w taki sposób, gdy był parlamentarzystą. Niewątpliwie Poldark ma kłopoty z kopalnią lub coś w tym rodzaju. – Whitworth złamał pieczęć trzeciego listu.

– Mówił o tym?

– O czym? – Ossie wpatrywał się w list.

– O tym, że ma kłopoty z kopalnią.

– Nie, oczywiście, że nie. Nie bezpośrednio. – Doskonale znał ten charakter pisma. Równie schludny i precyzyjny jak pismo pana Pearce’a, lecz nie tak ozdobny. Mimo woli zabiło mu serce.

Drogi Pastorze!

Mam nadzieję, że wybaczy mi Pan, iż piszę po tak długiej przerwie, lecz mam nadzieję – w istocie rzeczy modlę się o to co wieczór – że upływ dwóch lat złagodził niechęć, jaką niegdyś Pan do mnie żywił. (Zapewniam jednak, że ja zawsze odczuwałam wobec Pana i siostry jedynie wdzięczność za miłą gościnę pod Waszym dachem i za okazaną mi dobroć i troskę).

Wiele razy usiłowałam się spotkać z Morwenną, lecz nigdy nie chciała mnie przyjąć. Pewnego dnia, gdy spróbowałam odezwać się do niej na ulicy, spojrzała na mnie chłodno i odeszła. Sądząc na tej podstawie, nie przypuszczam, że będę kiedyś mile widzianym gościem w Pańskim domu lub Pańskim kościele. Rozumiem również, że zawarcie przeze mnie małżeństwa z człowiekiem o znacznie niższym statusie to dodatkowa przeszkoda na drodze do pojednania. Mieszkamy jednak w tym samym mieście, musimy się czasem widywać, chciałabym więc, by wzajemna wrogość dobiegła końca. (Moja kuzynka Elizabeth Warleggan przyjmuje mnie od czasu do czasu i gdybyśmy kiedyś przypadkiem się u niej spotkali, uniknęlibyśmy zażenowania, jeśli moglibyśmy się powitać bez oczywistego chłodu lub niesmaku). Jeżeli ma Pan wpływ na Morwennę, proszę, by spróbował Pan ją do tego przekonać.

Pastorze, minęły już dwa lata, odkąd opuściłam Pański dom, by poślubić Arthura. Przez nieuwagę zabrałam wówczas wraz z własnymi kilka Pańskich książek. To dwa tomy rozpraw Latimera i zbiór kazań Jeremy’ego Taylora. Często chciałam je zwrócić, lecz nie wiedziałam, jak to zrobić, by nie wydać się natrętną. Jeśli zapukam do drzwi Pańskiego domu, wiem, że nie zostanę wpuszczona. Gdyby napisał mi Pan kilka słów, mogłabym zostawić książki Arthurowi w bibliotece albo, skoro często przebywa Pan w mieście i mija moje drzwi na Calenick Street numer siedemnaście, czy mógłby Pan po nie wstąpić? Po południu jestem zwykle w domu i uznałabym to za wyjątkową łaskę z Pańskiej strony, a także znak przebaczenia.

Pozostaję, Pastorze, Pańską pełną szacunku szwagierką i sługą

Rowella Solway

– Co powiedziałaś? – warknął.

– Nie wspomniałeś, czy chciałbyś zjeść posiłek od razu, czy wolisz czekać do kolacji – odparła Morwenna.

Popatrzył na nią takim wzrokiem, jakby miał przed sobą Rowellę. Co za impertynencja, co za bezczelność, co za tupet! Rowella zachowywała się skandalicznie, była równie obłąkana jak jej starsza siostra. Ośmieliła się napisać taki list! Zdeprawowana, wyuzdana istota, całkowicie stracona dla Boga. Fizycznie odrażająca. Była równie apetyczna jak glista pełzająca pod kamieniem, wąż, którego należy rozgnieść podeszwą buta. Ośmieliła się do niego napisać!

– Źle się czujesz? – spytała Morwenna. – Może dostałeś letniej febry.

– Nonsens! – Odwrócił się z wysiłkiem, podszedł do lustra i poprawił halsztuk. Dłonie drżały mu z wściekłości. – Powiedz Harry’emu, że zjem od razu.

II

W wielkiej rezydencji Warlegganów w Truro obiad spożywano nieco później. W istocie niedawno się skończył i Elizabeth, smukła jak królowa elfów, wstała od stołu, zostawiając dwóch dżentelmenów nad porto.

W posiłku uczestniczyły trzy osoby. Rozmowa, którą przez cały ten czas prowadzono, była konwencjonalna i uprzejma, a starannie dobrane menu miało zaimponować gościowi. Elizabeth, obdarzona głęboko zakorzenionym wyczuciem dobrego smaku, delikatnie zwróciła mężowi uwagę, że ponieważ nie jest to uroczysty obiad z udziałem wielu gości, wydaje się zbyt wystawny, zbyt ostentacyjny. Lecz George zignorował jej ostrzeżenia. Koniecznie chciał zrobić wrażenie na nowym przyjacielu, gdyż była to jego pierwsza wizyta u Warlegganów. Pragnął, by gość podziwiał bogactwo, smak, epikureizm gospodarza. Jeśli ktoś pochodzi ze starego rodu o kilkusetletniej tradycji, może sobie pozwolić na byle jaki posiłek w jadalni wypełnionej starymi gratami. Wielu ludzi o statusie społecznym wyższym od George’a tak jadało – Hugh Bodrugan, John Trevaunance, Horace Treneglos – on zaś gardził nimi z tego powodu. Postanowił jeść inaczej, przestrzegać innych standardów niż sąsiedzi, i skoro przyjmował ważnego gościa, chciał pokazać, co można kupić za pieniądze.

Tak czy inaczej, gość znał Warleggana i jego pochodzenie. Ostentacja nie mogła go oszukać. Trudno udawać w mieście i hrabstwie, gdzie prowadzi się rozległe interesy. Tyle że przyjaźń mogła przynieść ogromne korzyści i gościa należało uhonorować już w czasie pierwszej wizyty.

Elizabeth ustąpiła.

Kilka dni wcześniej gość obchodził czterdzieste urodziny. Był dość wysokim mężczyzną z siwiejącymi włosami zaczesanymi za uszy. Pulchna, dobroduszna twarz, małe oczka, które wydawały się jednocześnie wyrafinowane i chciwe. Christopher Hawkins z Trewithen, prawnik, poseł do Izby Gmin, niegdyś główny szeryf Kornwalii. Członek Royal Society, baronet, kawaler i specjalista od handlu mandatami parlamentarnymi.

Po wyjściu Elizabeth służący nalał pierwszy kieliszek porto okruchowego. Zapadła chwila ciszy, gdy dwaj mężczyźni z uznaniem smakowali trunek.

– Cieszę się, że nadarzyła się sposobność, by odwiedził pan nasz dom – powiedział George. – Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby zechciał pan przenocować.

– Jestem zobowiązany, ale mam do domu zaledwie dwie godziny drogi, a rano chciałbym się zająć pewnymi sprawami – odparł Hawkins. – Cudowne porto, panie Warleggan.

– Dziękuję. – George powstrzymał się od podania ceny butelki. – Mam jednak nadzieję, że innym razem będzie pan w stanie tak zaaranżować swoje sprawy, by spędzić z nami dzień lub dwa, albo w Cardew, gdzie mieszka mój ojciec, albo w Trenwith na północnym wybrzeżu Kornwalii.

– Dawny dwór Poldarków…

– Tak. A wcześniej Trenwithów…

Hawkins wypił kolejny łyk.

– Bardzo dawno, z pewnością. Ostatnia dziedziczka rodu Trenwithów poślubiła jednego z Poldarków przeszło sto lat temu, prawda?

– Tak mi się zdaje – odparł krótko George.

– Tak, dwory czasem przechodzą z rąk do rąk. To nic nadzwyczajnego. Jeden z Boscawenów ożenił się z Joan de Tregothnan i zamieszkał w jej dworze. Killgrew poślubił pannę Arwenack. Zaraz, zaraz, przecież jest jeszcze jeden Poldark, prawda?

– Geoffrey Charles. Tak. Uczy się w Harrow.

– Syn Francisa, owszem. Nie wspominając o Rossie Poldarku, który mieszka kilka kilometrów na wschód od pańskiego majątku. On także ma syna.

George uważnie przyjrzał się gościowi, próbując odgadnąć, czy Hawkins wspomniał o Rossie Poldarku ze złośliwości, czy przez nieuwagę. Ale z twarzy sir Christophera niełatwo było coś wyczytać.

– Po osiągnięciu pełnoletności Geoffrey Charles z natury rzeczy odziedziczy Trenwith – stwierdził George. – Choć nie będzie miał odpowiednich dochodów, by utrzymać posiadłość. Kiedy mój ojciec… Jeśli coś się stanie z moim ojcem, przeprowadzę się z Elizabeth do Cardew. Tamtejszy dwór jest znacznie większy i trochę przypomina pański. Otaczają go piękne drzewa, znajduje się na południowym wybrzeżu.

– Nie wiedziałem, że zna pan mój dom.

– Tylko z opowiadań.

– Należy to zmienić – rzekł uprzejmie Hawkins.

– Dziękuję. – George doszedł do wniosku, że nazwisko Rossa Poldarka mogło się pojawić w rozmowie z jeszcze innego powodu, i postanowił to wykorzystać. – Oczywiście szczególnie zazdroszczę panu pewnej rzeczy, sir Christopherze.

Hawkins uniósł brwi.

– Doprawdy? Zaskakuje mnie pan. Sądziłem, że ma pan wszystko, czego może pragnąć rozsądny człowiek.

– Czasem człowiek traci rozsądek, jeśli kiedyś coś miał, a później stracił.

– Słucham? Ach…

George kiwnął wielką głową.

– Jak pan wie, przeszło rok byłem posłem do Izby Gmin.

Znów pojawił się służący, lecz Warleggan odprawił go skinieniem dłoni i sam nalał drugą kolejkę porto. Dwaj mężczyźni siedzieli w milczeniu przy zastawionym stole, na którym w przyćmionym świetle wpadającym przez okno lśniło srebro i szkło. Chociaż byli w podobnym wieku, bardzo się od siebie różnili – wyglądem, strojem, zachowaniem i budową ciała. Wiek nie odgrywał żadnej roli. Hawkins, pulchny, przebiegły, wyrafinowany, cyniczny, szpakowaty, robił wrażenie światowego dżentelmena, który doskonale zna ciemne strony ludzkiej natury i podstępy stosowane przez ludzi. Czuło się, że nikt go niczym nie zaskoczy. Natomiast George, mimo otaczającego go splendoru, wydawał się ciężki, nieco nieokrzesany. Bladożółty jedwabny halsztuk nie pasował do byczego karku. Pod doskonale skrojonym aksamitnym surdutem widać było potężne mięśnie ramion i pleców. Czyste, starannie utrzymane dłonie, choć niezbyt wielkie, były na tyle szerokie, że sugerowały doświadczenie w pracy fizycznej. (Nigdy nie pracował rękami). George, tak jak Hawkins, nie nosił peruki, lecz nie miał nawet śladu siwizny, a jego włosy były krótko ostrzyżone.

– Wszedł pan do parlamentu z Truro pod skrzydłami Francisa Basseta, lorda de Dunstanville’a. Kiedy Basset załagodził swój spór z lordem Falmouth, stracił pan mandat na rzecz Poldarka, przegrywając jednym głosem. To normalna sytuacja. Po sześciu miesiącach trudno znaleźć nowe miejsce w parlamencie. Ale jeśli tak bardzo panu na tym zależy, czy Basset nie ma panu nic do zaoferowania?

– Basset nie ma nic do zaoferowania.

– Doszło między panami do nieporozumień?

– Sir Christopherze, w naszym hrabstwie nie można utrzymać niczego w tajemnicy. Jest pan osobą publiczną, ma pan wiele źródeł informacji, toteż na pewno pan wie, że lord de Dunstanville przestał być moim patronem. Utrzymujemy kurtuazyjne relacje, lecz nasza współpraca, przynajmniej na gruncie parlamentarnym, dobiegła końca.

– Wolno spytać dlaczego?

– Pojawiła się rozbieżność opinii w pewnych kwestiach. Mogę spytać, czy zawsze podziela pan poglądy Francisa Basseta?

Hawkins blado się uśmiechnął.

– Prawie nigdy… ale skoro stracił pan patronat de Dunstan- ville’a i jest pan, jak sobie wyobrażam, choćby tymczasowo, wrogiem lorda Falmouth, ma pan niewielki wybór.

– Nie w hrabstwie, które wybiera czterdziestu czterech posłów.

Sir Christopher wyciągnął nogi. Mimo że jedli obiad na pierwszym piętrze rezydencji, turkot wozów na kocich łbach utrudniał niekiedy rozmowę.

– Jak pan wie, panie Warleggan, kontroluję trzy mandaty, ale wszystkie są obsadzone.

– Byłbym wdzięczny za pana radę.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

– Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, sir Christopherze, że jestem bogatym człowiekiem i lubię korzystać ze swojego bogactwa. Wie pan, co powiedział lord de Dunstanville w czasie niedawnego uroczystego obiadu w swoim dworze?

– Źródło jest wiarygodne?

– Powtórzył mi to jeden z gości. De Dunstanville powiedział: „Dziadek George’a Warleggana był kowalem, pracował w kuźni w Hayle i nie miał nawet szylinga. George Warleggan dzięki pracowitości i szczęściu zgromadził fortunę wartą dwieście tysięcy funtów”.

Hawkins uważnie spojrzał na gospodarza zmrużonymi oczyma, lecz się nie odezwał. George uniósł wzrok i popatrzył na sir Christophera.

– W tym stwierdzeniu jest tylko jedna nieprawdziwa informacja. Kuźnia mojego dziadka nie znajdowała się w Hayle.

Hawkins skinął głową.

– Cóż, można panu pogratulować fortuny, prawda? Francis Basset na pewno myśli to samo. Nawet człowiek tak zamożny jak on nie może sobie pozwolić na pogardę wobec bogactwa innych.

– Możliwe. – George pochylił się do przodu i znów napełnił kieliszki. – Ponieważ mam pieniądze i chciałbym je wykorzystać, byłbym panu bardzo wdzięczny za radę, jak znowu wejść do Izby Gmin. – Urwał. – Oczywiście mógłbym się odwzajemnić na wiele sposobów…

Na górze płakało dziecko. (Valentine, jakby dręczony przez zmory od najmłodszych lat, często miewał koszmarne sny).

– Gdyby zwrócił się pan do mnie przed wrześniowymi wyborami, nietrudno byłoby mi odpowiedzieć na pańskie pytanie, panie Warleggan. Rząd zwykle sprzedaje mandaty za trzy do czterech tysięcy funtów.

– Byłem wtedy posłem z Truro.

– Tak, tak, rozumiem. Ale w tej chwili…

– Nie jestem zainteresowany kupnem mandatu, tylko okręgu wyborczego. Nie chcę być chłopcem na posyłki swojego patrona. Sam chciałbym być patronem.

– To byłoby znacznie kosztowniejsze. I naturalnie nie jest to proste przedsięwzięcie. Trzeba brać pod uwagę elektorów.

– Ach, elektorów… Nie we wszystkich okręgach wyborczych. Które pan kontroluje, sir Christopherze?

– Mam wpływy w Grampound i St Michael. Prawa wyborcze przysługują mieszkańcom, którzy muszą sięgnąć do kieszeni.

– To znaczy?

– Płacą podatek na ubogich.

– Ilu ich jest w każdym z okręgów?

– Oficjalnie po pięćdziesięciu, ale w praktyce mniej.

– W jaki sposób patron wpływa na elektorów, jeśli nie jest to zbyt obcesowe sformułowanie?

– Jest właścicielem nieruchomości, w których mieszkają – odparł sucho sir Christopher.

– Ach…

– Trzeba jednak zachować ostrożność, panie Warleggan. W razie jawnego przekupstwa wybory bywają często unieważniane przez parlament, a poseł, uznany za winnego, i jego patron mogą trafić do więzienia.

George obracał monety w kieszonce na zegarek.

– Niewątpliwie zapozna mnie pan z subtelnościami tej procedury. Gdybym mógł się panu zrewanżować, udzielając pomocy w sprawach związanych z bankowością, odlewnictwem, górnictwem lub żeglugą, proszę dać mi znać. Byłaby to dla mnie wielka przyjemność.

Hawkins popatrzył na czerwone porto.

– Okoliczności zawsze się zmieniają: czasem może pojawić się okazja zdobycia pakietu kontrolnego. To kwestia szczęścia, zdolności przewidywania i okazji. Ale przede wszystkim pieniędzy. Otwierają one wiele drzwi.

– Mam pieniądze – odpowiedział George. – Wykorzystam je zgodnie z pańskimi radami.

Rozdział trzeci

I

Do domu przybył drugi znużony podróżny. Zsiadł z konia i poszedł z żoną do dworu. Zapadał zmrok, który po chwili pochłonął cały świat niczym przypływ morza zalewający plażę. Dzieci niedawno położyły się spać i Ross nie chciał ich budzić – rankiem zamierzał zrobić im niespodziankę. Spojrzał na śpiących Jeremy’ego i Clowance, a żona zapewniła go, że są zdrowi. Zeszli na dół, po czym zaczęła się krzątanina: słychać było tupot stóp, brzęk noży i talerzy, gdy podawano do stołu. Zasiedli do kolacji.

W czasie posiłku rozmawiali swobodnie o codziennych sprawach. Jinny Scoble urodziła drugą córkę, której nadała imię Betty. Jack Cobbledick skaleczył stopę o bronę i leży w łóżku. Normalną koleją rzeczy należało się pozbyć dwóch świń, Przypływu i Odpływu, ale ich miejsca zajęły dwie następne, z pierwszego miotu Przypływu. Otrzymały te same imiona i dzieci już się z tym pogodziły. W zeszłym tygodniu Jud Paynter tak się upił, że wpadł do wykopanego przez siebie grobu i trzeba było go wyciągać. Ezekiel Scawen obchodził osiemdziesiąte czwarte urodziny i twierdził, że od sześćdziesięciu lat nie ma ani jednego zęba; Danielowie upiekli mu ciasto. Tholly Tregirls wdał się w szarpaninę z celnikami, ale uciekł i nie został rozpoznany. W zeszłym tygodniu napisała Verity, podobno w Falmouth panuje epidemia odry.

– Co dolega dziecku Caroline i Dwighta? – spytał Ross, który więcej jadł, a mniej mówił.

– Sarah? O co ci chodzi?

– Tak ma na imię? Oczywiście, teraz sobie przypominam, pisałaś o tym. Jest niedorozwinięta umysłowo?

– Nie, Ross, nie! Nie ma żadnych podstaw do takich przypuszczeń! Ale Caroline miała ciężki poród i dziewczynka jest malutka. Ciągle jest drobna i dość słaba. Dlaczego przypuszczasz…?

– Niebezpieczny osioł w szatach duchownego, Osborne Whitworth, powiedział dzisiaj coś takiego w dyliżansie z St Austell. Zasugerował, że dziecko jest niedorozwinięte i że przez cały dzień z ust cieknie mu ślina.

– Wszystkim dzieciom z ust cieknie ślina, Ross, podobnie jak staruszkom. Moim zdaniem Sarah nie różni się od innych noworodków. Na pewno powiedział to złośliwie.

– Dzięki Bogu, że to nieprawda. Są szczęśliwi w małżeństwie?

Demelza uniosła brwi.

– A mogliby nie być?

– Cóż, chwilami się o to obawiam. Całkowicie się od siebie różnią, pod każdym względem.

– Kochają się, Ross.

– Tak. Miejmy nadzieję, że to wystarczy.

Później Jane Gimlett przyszła posprzątać ze stołu po kolacji, a Ross i Demelza przeszli do dawnego salonu, który wyglądał i pachniał tak samo jak w dzieciństwie Rossa. Zauważył nową tapicerkę fotela i dwie nowe wazy z dzwonkami, tulipanami, pszonakami. W latach, gdy Demelza przestała być służącą, a stała się przyjaciółką, następnie żoną Rossa, pierwszą oznaką zmiany w ich relacjach było pojawienie się w pokoju kwiatów. Bardzo wyraźnie pamiętał, jak po ich pierwszej wspólnej nocy Namparę odwiedziła Elizabeth i w środku rozmowy pojawiła się Demelza – z gołymi nogami, brzydko ubrana, rozczochrana, z bukietem dzwonków w ręce. Ofiarowała je Elizabeth, a ta prawdopodobnie coś wyczuła i odmówiła. Powiedziała, że zwiędną w drodze do domu. Po jej odejściu Demelza usiadła u stóp Rossa. Instynktowny ruch, jakby chciała potwierdzić, że należy do niej.

Cóż… od tamtej pory życie się zmieniło. Demelza również.

Z trudem zapalił fajkę od niewielkiego ognia płonącego w kominku. Zaciągnął się i usiadł wygodnie w fotelu.

– Schudłaś – powiedział.

– Naprawdę? Może trochę.

– Martwisz się śmiercią Hugh?

Spojrzała w ogień.

– Nie, Ross. Może martwię się trochę o swojego męża.

– Przepraszam. Nie powinienem był tego mówić.

– Powinieneś, skoro o tym myślisz.

– W takim razie nie powinienem o tym myśleć.

– Może czasem nie da się tego uniknąć. Jednak mam nadzieję, że w Londynie nie myślałeś o tym, że się zamartwiam.

– Nie… Nie.

– Mówisz bez przekonania.

– Nie. Od września zeszłego roku ciągle mam wrażenie, że trudno walczyć z cieniem.

Płomień świecy zadygotał w podmuchu od strony otwartego okna.

– Nie musisz z nikim walczyć, Ross.

Spojrzał na fajkę.

– Współzawodniczyć.

– Nie współzawodniczyć. Na jakiś czas… Hugh stał się częścią mojego życia. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego go polubiłam, choć wcześniej kochałam tylko ciebie. Ale to skończone. To wszystko, co mogę powiedzieć.

– Bo nie żyje?

– To skończone, Ross. – Zamrugała, jakby chciała rozproszyć łzy. – Skończone.

– Tak…

– Mimo wszystko… – Wstała, jej ciemne oczy lśniły, i poszła poprawić ogień.

– Tak?

– To nie była dobra myśl.

– Ale powiedz ją, tak jak ja to zrobiłem.

– Czy to na tym polega różnica między kobietą a mężczyzną, Ross? Przez całe nasze życie musiałam walczyć nie z cieniem, tylko z ideałem – z Elizabeth. Zawsze musiałam z nią współzawodniczyć.

– Nie przez całe życie. Ale może masz rację. Co wolno kogutowi, to i kurze…

– Nie, nie, nie, nie, nie! Uważasz, że zakochałam się w Hugh, by się zemścić?! Pewnie sam w to nie wierzysz! Chodzi mi o coś innego. Ponieważ to się zdarzyło, musisz współzawodniczyć ze wspomnieniem. Ja współzawodniczyłam z inną kobietą w trakcie całego naszego małżeństwa. To nie powód, by niszczyć wszystko, co ciągle mamy.

Fajka Rossa się zapchała. Położył ją na gzymsie kominka i wstał. Po powrocie wydawał się nieco wyższy.

– Czy powinniśmy niszczyć wszystko, co ciągle mamy? Nie. Podjęliśmy taką decyzję we wrześniu zeszłego roku. Ale zabawa w posła do parlamentu, w której biorę udział, pojawiła się w szczęśliwym momencie. Rozstaliśmy się, mieliśmy czas na przemyślenia, na uporządkowanie swoich spraw, całego naszego życia.

Demelza zaczerpnęła tchu.

– I do jakiego wniosku doszedłeś?

– A ty?

– Ja podjęłam decyzję we wrześniu. Dla mnie nic się nie zmieniło. Nie mogło się zmienić.

– Cóż, jeśli chodzi o mnie – odparł Ross – jeśli chodzi o mnie, spotkałem w Londynie wiele pięknych kobiet.

– Nie wątpię.

– Uważam, że w Londynie mieszkają najpiękniejsze kobiety na świecie.

– To dość prawdopodobne.

– Co robiłaś, gdy mnie nie było?

– Co robiłam? – Demelza popatrzyła na Rossa, oburzona zmianą tematu. – Oczywiście zajmowałam się twoją kopalnią i twoimi sprawami, wychowywałam twoje dzieci na porządnych ludzi! Zajmowałam się przyziemnymi sprawami, gospodarstwem! Czekałam na twoje listy i odpowiadałam na nie! Żyłam tak jak zawsze, tylko bez ciebie! Właśnie to robiłam!

– Jak często Hugh Bodrugan próbował się wkraść do twojego łóżka w czasie mojej nieobecności?

Demelza się rozpłakała. Ruszyła w stronę drzwi.

– Zostaw mnie! Zostaw mnie samą! – zawołała, gdy zastąpił jej drogę.

Trzymał ją za przedramiona. Wyglądała, jakby chciała mu plunąć w twarz.

– Żartowałem – powiedział.

– Kiepski żart!

– Wiem. Nie możemy już nawet żartować, zbyt wiele bólu jest między nami. Mój Boże, jeszcze tak niedawno każda nasza sprzeczka kończyła się śmiechem. Straciliśmy tę umiejętność.

– Tak, straciliśmy – odparła.

Trzymał Demelzę jeszcze przez chwilę, po czym się pochylił, by ją pocałować. Odwróciła głowę, więc dotknął wargami tylko włosów.

– Zostaw mnie – szepnęła. – Jesteś obcym człowiekiem. Już cię nie znam.

– To, że ze sobą walczymy, może znaczyć, że ciągle mamy coś do stracenia – rzekł.

– Małżeństwo bez uczucia, bez zaufania, którego oboje nadużyliśmy. Czy to ma sens?

– Nie pytałaś, jak korzystałem z czasu w Londynie, jakie kobiety miałem.

Otarła oczy dłonią.

– Może nie mam do tego prawa.

– Cóż, mimo wszystko w dalszym ciągu jesteś moją żoną. A ponieważ nią jesteś, więc ci powiem. W pierwszych miesiącach dwa razy zaprosiłem kobiety do swojej kwatery, ale przestały mi się podobać, jeszcze zanim się rozebrały, i odprawiłem je. Wyszły, miotając wyzwiska. Jedna powiedziała, że jestem impotentem, a druga nazwała mnie pedrylem.

– Co to znaczy?

– Nieważne.

– Mogę sprawdzić w słowniku.

– Tego nie ma w słowniku.

– Domyślam się.

Zapadło milczenie. Ross puścił ręce Demelzy, lecz w dalszym ciągu zastępował jej drogę.

– To były ladacznice – odezwała się.

– Tak. Ale wysokiej klasy. Bardzo drogie.

– A prawdziwe damy, piękne damy?

– Były… w obiegu. Jednak żadna nie przypadła mi do smaku.

– Smakowałeś je?

– Tylko wzrokiem. I raczej z daleka.

– Żyłeś jak mnich.

– Tylko dlatego, że jesteś piękniejsza od nich wszystkich.

– Och, Ross, naprawdę cię nienawidzę! – rzekła słabym głosem. – Nienawidzę cię, kiedy mnie okłamujesz! Powiedz, czy chcesz, żebym znowu była twoją żoną. To wystarczy. Tylko nie kłam.

– Gdybym kłamał, mogłabyś to brać za prawdę, ale ty nie wierzysz w prawdę, co?

Wzruszyła ramionami, nic nie mówiąc.

– Och, gdyby chodziło o galerię obrazów, trzech na pięciu mężczyzn prawdopodobnie wybrałoby to samo malowidło co ja – odpowiedział. – Nie chodzi o wygląd, tylko o to, co się pod nim kryje. O to, by, mimo że się kogoś dobrze zna, chcieć go znów poznać, o całkowite oddanie, jedyną w swoim rodzaju iskrę, która rozpala płomień między dwojgiem ludzi… Kto wie, czy ich ogrzeje, czy spali? – Urwał i spojrzał na Demelzę, marszcząc brwi. – Kiedy wracałem do domu, nie miałem pojęcia, co się stanie. W tej chwili nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek będziemy jeszcze się razem śmiać – tak jak dawniej. Chcę cię, chcę, lecz w dalszym ciągu jest we mnie gniew i zazdrość. Trudno się ich pozbyć. Nie mogę powiedzieć nic więcej. Nie mogę obiecać, że jutro będzie między nami to albo tamto. Jestem pewien, że ty też nie. Masz rację, mówiąc, że jestem obcym człowiekiem. Ale takim, który zna każdy centymetr twojej skóry. Musimy od tego zacząć, w jakimś sensie zacząć na nowo.

II

Nazajutrz Ross wstał o czwartej rano. Oddech Demelzy był regularny jak tykanie metronomu. Ross wyszedł z sypialni i ruszył w dół po schodach. Na dworze budził się dzień, lecz w domu w dalszym ciągu panował półmrok. Czaił się w kątach, jakby zamierzał podstawić człowiekowi nogę.

Ross wyszedł z domu, stanął w cieniu bzu i słuchał sennego ćwierkania zięb i wróbli. Gdzieś przy drodze głośno śpiewał w głogach kos, ale wokół domu ptaki budziły się wolno. Powietrze było czyste i rześkie. Ross wdychał je jak eter. Później okrążył dwór. Na tyłach rozległo się muczenie krowy i chrumkanie świni. Przeszedł przez furtkę w murku i podążył na plażę. Na początku kroczył po sypkim piasku, lecz chwilę później stąpał po twardej powierzchni, z której cofnęła się woda.

Odpływ dopiero się zaczął. Fale były niskie, choć gwałtowne, i na linii przyboju unosiły się nad nimi chmury pyłu wodnego. Zrzucił szlafrok i pantofle ranne i wszedł do wody. Morze było jak skalpel chirurga, lodowate i ostre; była wprawdzie połowa maja, ale zmarzł do szpiku kości, nim trochę się rozgrzał. Pływał pięć minut, a potem wyszedł z wody – zdyszany i zaczerwieniony. Miał wrażenie, że urodził się na nowo. Okręcił się szlafrokiem, gdy nad wydmami pojawiły się pierwsze promienie słońca, ozłacając szczyt komina w Namparze.

Był w nastroju do wspomnień. Na dzień przed poznaniem Demelzy też pływał po nocy spędzonej z ladacznicą Margaret po balu w Truro. Poszedł się wykąpać, by zmyć z siebie miazmaty nocy. Nie tym razem. „Żadnej rozrzutności ducha, w trwonieniu bezwstydnej”1. Banalne wydarzenie, na miłość boską: znów sypiał z żoną. Dobry temat na rubaszny dialog w jednej z modnych sztuk teatralnych w Londynie.

Lecz nie stało się to, czego się spodziewał. Czego powinien się spodziewać? Mimo odważnych słów, które wypowiedział wcześniej, może braku zaangażowania ze swojej strony? Albo, co prawdopodobniejsze, przypływu złości, gdy odzyskał prawo do czegoś, co od dawna stało się niedostępne i co prawie utracił. Skończyło się na czułościach. W jakiś sposób zwyciężyły wyśmiewane emocje i przekształciły wszystko w łagodność. Musi o tym pamiętać niezależnie od tego, co się stanie dziś albo jutro, gdyby nawet ujawniły się skrępowanie, niechęć, złość albo pretensje. Wiedział, że Demelza również będzie pamiętać. Gdyby można było tylko zapomnieć o widmach przeszłości…

Kiedy wrócił do domu, wszyscy jeszcze spali, chociaż Gimlettowie i reszta służących wkrótce powinni wstać. Dzieci i Demelza wstawali później. Ross się ubrał i znowu wyszedł. Świeciło słońce, lecz z zachodu nadpływały ławice obłoków przypominające rzędy maszerujących górników w czasie zamieszek. Poszedł do Wheal Grace. Maszyna parowa niestrudzenie pracowała, wypompowując wodę stale zbierającą się na poziomie odpływowym kopalni. Szczękały koła zębate kruszące rudę. Ross zamierzał pogawędzić z jednym z braci Curnowów, który w tej chwili miał dyżur w maszynowni; jednak w ostatniej chwili zmienił plany i ruszył w stronę wioski Grambler. Rozpierała go energia, czuł uniesienie, którego ostatnio rzadko doznawał. Wybrzeże Kornwalii całkowicie różniło się od hałaśliwych, brudnych ulic Londynu. Może kontrast ten był niezbędny, by docenić piękno rodzinnych stron.

Henshawe, nadsztygar Wheal Grace, mieszkał na końcu ubogiej wioski z nieregularnie rozsianymi chatami. Zgodnie z przewidywaniami Rossa już wstał.

– Ach, kapitan Ross! Nie miałem pojęcia, że tak szybko pan wróci. Idzie pan do kopalni, prawda? Pójdę z panem, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Może najpierw napije się pan herbaty?

Wyszli dopiero przed szóstą i dotarli do kopalni w czasie zmiany szychty. Górnicy znający Rossa zebrali się wokół niego, paplali, żartowali, zadawali pytania i opowiadali miejscowe plotki. Mimo to zauważył oznaki rezerwy, których wcześniej nie było. Kornwalijczycy są z natury ludźmi niezależnymi, nieprzyzwyczajonymi do uniżonego odnoszenia się do ziemian, jak to mają w zwyczaju mieszkańcy środkowej Anglii, a ponadto wielu z nich przyjaźniło się z Rossem w dzieciństwie. Joshua, ojciec Rossa, w odróżnieniu od Charlesa, pozwalał synowi bawić się z miejscowymi wieśniakami, toteż jako chłopcy łowili razem ryby, uprawiali zapasy, organizowali pikniki, bawili się na wydmach, a później żeglowali do Francji, skąd szmuglowali brandy i rum. Nawet wtedy, gdy w wieku dwudziestu czterech lat Ross wrócił z Ameryki jako utykający weteran wojenny z blizną na twarzy, miał dobre relacje z mieszkańcami okolicy, którzy zdawali sobie sprawę z różnicy statusu, lecz w dużej mierze ją ignorowali. Teraz coś się zmieniło i Ross rozumiał przyczynę. Przyjmując propozycję wicehrabiego Falmouth i zostając jednym z posłów do Izby Gmin z Truro, stał się ważną osobistością. Nie był zwykłym sędzią pokoju, który uczestniczy w rozprawach sądowych w sprawach drobnych wykroczeń – został członkiem parlamentu, a parlament uchwala prawa obowiązujące w całym kraju. Kornwalijscy wieśniacy uważali zapewne, że wiele z tych praw jest niepotrzebnych, gdyż liczą się tylko prawa boskie.

Nie jadł jeszcze śniadania i był głodny, ale wydawało się, że powinien wziąć kask i świecę, zejść do kopalni i obejrzeć nowe wyrobiska. To powinno przywrócić dawną koleżeńską atmosferę. Poza tym Henshawe nie przekazał najlepszych wiadomości i Ross chciał zobaczyć wszystko na własne oczy.

Jednak na razie musiał zaczekać. Do kopalni schodzili górnicy, kierowali się w dół po drabinach na głębokość sześćdziesięciu metrów, gdzie mieli spędzić osiem godzin. Ross czekał na Henshawe’a, gdy usłyszał czyjeś lekkie kroki i się odwrócił. Była to Demelza z Jeremym i Clowance.

– Przyprowadziłam panu dwoje przyjaciół, kapitanie Poldark – powiedziała, po czym dzieci rzuciły mu się na szyję.

III

– Nie wiedziałam, czy ci mówić, czy nie – rzekła Demelza. – Nadsztygar Henshawe przyszedł i wszystko mi powiedział, ale ponieważ nie pisze zbyt dobrze, pomyślałam, że przekażę ci jego słowa.

Zbliżała się pora obiadu. Siedzieli na starym murku koło furtki, spoglądając na plażę Hendrawna. Dzień był zimny i Demelza narzuciła na ramiona pelerynę. Dzieci zeszły na plażę, były daleko, na skraju wody. Pilnowała ich Betsy Maria.

– Moim zdaniem nie jest tak źle, jak przypuszcza Henshawe. To prawda, że południowa żyła – ta, którą znaleźliśmy na początku i która była źródłem naszego bogactwa – niespodziewanie stała się cienka. Wszystkich to zdziwiło, bo zaczyna się na wielkiej głębokości i nie było powodów do przypuszczeń, że jej grubość się zmieni. Okazało się inaczej. Jakość rudy również się pogorszyła. Ale jeśli będziemy staranni, mamy jeszcze pracę na cały rok, nawet gdybyśmy nie znaleźli odgałęzień. Jednak północną żyłę – wręcz pokład – dopiero zaczynamy eksploatować. Tak się przynajmniej zdaje. Ponieważ w przypadku pierwszej żyły się pomyliliśmy, należy się wstrzymać z osądem drugiej. Z pewnością jest tam dość rudy na kilka lat pracy. Przedsiębiorca górniczy nie może mieć nadziei na nic więcej.

– W takim razie może nie powinnam ściągać cię do domu.

– Nie wróciłem tylko z powodu kopalni. Byłem zmęczony Londynem. Nie masz pojęcia, Demelzo, bo sama tego nie przeżyłaś, ale ten nieustanny hałas, ruch, smród, krzyki, gwar, brak powietrza są nie do zniesienia. Jeden dzień, nawet pół dnia tutaj sprawia, że czuję się nowym człowiekiem.

– Cieszę się.

Był nów i trwał odpływ, więc plażę pokrywały łachy twardego piasku, a dalej widać było białą plamę przyboju. Betsy Maria i dwoje dzieci byli malutkimi figurkami niemożliwymi do rozpoznania.

– Już dawno nie rozmawiałeś ze mną tak jak wczoraj wieczorem i dziś rano – powiedziała Demelza. – Może to wpływ mów, które wygłaszałeś w parlamencie.

– Mów, cha, cha…

– Opowiedz mi o Londynie. Jak wygląda? Miałeś wygodną kwaterę? Nie pisałeś tego, by mnie oszukać?

– Nie, pokoje były dobre. Pani Parkins to wdowa po krawcu. George Street odchodzi od Strandu w pobliżu Adelphi Buildings i jest dość cicha w porównaniu z głównymi ulicami. Płaciłem osiemnaście szylingów tygodniowo – wspominałem o tym? – a w pokojach były dywany i meble. Jadłem głównie w gospodach i podobnych miejscach. Lecz pani Parkins przyrządzała mi posiłki, gdy o to prosiłem. To dość daleko od Westminsteru, ale zawsze są promy, którymi można przepłynąć rzekę.

– Jak wygląda parlament?

– To hybryda, połączenie świątyni i areny do szczucia niedźwiedzi. Do sali obrad wchodzi się przez Westminster Hall, piękny, wysoki budynek, jednak sama sala obrad przypomina kościół w Sawle, choć ławki są zwrócone do siebie, a nie w stronę ołtarza. Czasami jest straszliwy tłok, czasami jest pusto. Obrady zwykle zaczynają się o trzeciej i mogą trwać do północy. Ale omawiane kwestie w większości dotyczą problemów lokalnych i dziwne, że nie można ich załatwić na miejscu. Na przykład ktoś zgłasza ustawę o budowie nowej drogi w wiosce Deptford. Druga dotyczy podziału parafii Świętego Jakuba w Bristolu i budowy kościoła. Następna melioracji nisko położonych gruntów w jakiejś parafii w East Riding w Yorkshire. Często zadawałem sobie pytanie, co robię w tym miejscu i czym powinienem się zajmować oprócz pilnowania interesów parafii w Sawle?

Demelza zerknęła z ukosa na męża.

– Z pewnością są też ważne sprawy?

– Były ważne debaty, tak. Pitt wprowadził podatek dochodowy, by przeciwdziałać, jak to nazwał, haniebnym malwersacjom i skandalicznym oszustwom. Ma wynosić dwa szylingi od funta w przypadku dochodów powyżej dwustu funtów. Pitt liczy, że podatek przyniesie dziesięć milionów funtów i umożliwi finansowanie wojny. Przemawiał nieznośnie długo.

– Głosowałeś za tym?

– Nie. Uważałem to za zbyt wielkie naruszenie prywatności.

– A debata o niewolnictwie?

– Co masz na myśli?

– W kwietniu Wilberforce zgłosił wniosek, prawda?

– Odrzucono go niewielką liczbą głosów. Osiemdziesiąt siedem do osiemdziesięciu trzech.

– Przemawiałeś w tej sprawie?

Ross odwrócił się i popatrzył na żonę.

– Kto ci o tym powiedział?

– Myślę, że powinniśmy iść po dzieci – stwierdziła Demelza, osłaniając oczy. – Inaczej spóźnią się na obiad.

– Prawie nie zabierałem głosu. Było to krótkie wystąpienie, trwało zaledwie pięć minut. Nie przypadło do gustu obu stronom sporu.

– Czytałam coś innego.

– Nie pisali o tym w „Sherborne Mercury”.

– Nie, w innej gazecie.

– Jakiej?

– Nie znam tytułu. Unwin Trevaunance wyciął artykuł, wysłał sir Johnowi, a ten mi go przekazał.

Ross wstał.

– Mam zawołać dzieci?

– Nie, wiatr wieje w naszą stronę. Chodźmy do nich.

Ruszyli po szorstkiej trawie i kamieniach, po czym zeszli na plażę.

– Dlaczego twoja mowa nie została dobrze przyjęta, Ross? Przeczytałam ją. Wyraża twoje poglądy. Miałam wrażenie, że słyszę twój głos.

– W lutym dwa razy spotkałem się z Wilberforce’em – powiedział Ross. – To miły, serdeczny, religijny człowiek, ale o dziwnie ciasnych poglądach. Znasz przysłowie, które brzmi: „Zmieniając świat, zacznij od siebie”. Cóż, on tak nie uważa. Wręcz przeciwnie. Należy zacząć od zagranicy. Wpada w gniew, gdy mówi o warunkach, w jakich żyją niewolnicy, i o statkach, które ich transportują, jednak nie przejmuje się losem własnych rodaków. On sam i wielu jego zwolenników popierają ustawy o polowaniach. Wilberforce popiera działania Pitta, by ograniczyć swobodę wypowiedzi, i chciałby utrzymać dochody biedoty na niskim poziomie. Tamtego dnia nie miałem przygotowanej mowy – ciągnął Ross, spoglądając ze zmarszczonymi brwiami na morze. – Wstałem i poprosiłem o głos, co było szaleństwem. Musisz wiedzieć, że kiedy jeden z posłów kończy przemawiać, zwykle wstaje kilku innych i przewodniczący izby może udzielić głosu, komu chce. Może wybrał mnie dlatego, że byłem nowym członkiem parlamentu. Bardzo dziwnie się czułem. To niezwykłe doświadczenie. Człowiek ma wrażenie, że jest uczestnikiem nabożeństwa, który wstaje i przemawia, podczas gdy reszta ludzi rozsiadła się na ławkach i plotkuje. Dryfowałem w morzu twarzy, kapeluszy, wysokich butów, zgarbionych ramion…

– Mów dalej…

– Mówię dalej, tak jak tamtego dnia. Muszę przyznać, że się nie jąkałem ani nie zacinałem, ponieważ paradoksalnie poczułem się zirytowany własną tremą. A zatem wstałem i – oczywiście – poparłem ustawę Wilberforce’a. Podobnie jak Canning. Podobnie jak Pitt. Podobnie jak każdy człowiek mający choć odrobinę serca. Argumenty przeciwników były obrzydliwie pokrętne.

– Powiedziałeś to.

– Powiedziałem. Ale po trzech lub czterech minutach przemowy zapragnąłem potrząsnąć tymi wszystkimi ludźmi, każdym z osobna, by zrozumieli, że zło istnieje bezpośrednio wokół nich. Powiedziałem, że nie chodzi o to… Zresztą czytałaś tekst przemówienia.

– Mów dalej.

– Nie przemawiałem jako chrześcijanin: wszyscy członkowie Izby Gmin niewątpliwie uważają się za chrześcijan – może zwłaszcza przeciwnicy ustawy, ponieważ Towarzystwo Krzewienia Ewangelii jest właścicielem niewolników na wyspie Barbados. Oświadczyłem, że przemawiam wyłącznie jako świadek nieludzkiego traktowania jednych ludzi przez innych. Przejawia się to w najbardziej odrażający sposób w handlu niewolnikami, lecz istnieje także, w równie złej formie, wokół wszystkich osób zasiadających w parlamencie. W Anglii jest sto sześćdziesiąt przestępstw, za które można trafić na szubienicę, lecz prawa wprowadzone w ciągu ostatnich dwudziestu lat sprawiają, że wielu ludzi nie może przeżyć, nie popełniając przestępstw – jeśli za przestępstwo uznać nakarmienie siebie i swojej głodującej rodziny. Istoty ludzkie, o czarnym lub białym kolorze skóry, są kupowane i sprzedawane jako niewolnicy. To pożałowania godne i trudne do zniesienia, lecz Wysoka Izba powinna wiedzieć, że w Anglii powstaje nowy rodzaj niewolnictwa. Na przykład w fabrykach na północy kraju umierają z przepracowania setki zatrudnionych tam dzieci, a ich pozbawieni zajęcia rodzice usiłują żyć za skromne wynagrodzenie przynoszone przez te dzieci do domów. Czy Wysoka Izba zdaje sobie z tego sprawę?

– Brzmi lepiej, niż napisano w gazecie – zauważyła Demelza. – Co było potem?

– Słusznie przywołano mnie do porządku, bo odszedłem od tematu debaty, po czym szybko usiadłem. Od tamtej pory nie rozmawiałem z Wilberforce’em, ale kilka razy pozdrowił mnie chłodnym skinieniem głowy, więc przypuszczam, że moje wystąpienie nie spotkało się z jego aprobatą.

Szli dalej. Dzieci zauważyły, że zbliżają się rodzice, i pobiegły w ich stronę.

– A lord Falmouth? Często go widujesz?

– Raz jadłem obiad u niego w domu, byliśmy też w kawiarni Wooda w Covent Garden, gdzie dwa lub trzy razy do roku spotykają się emigranci. Nazywają to miejsce „klubem Kornwalijczyków”. Myślę, że działamy sobie trochę na nerwy, ale nie próbował wpływać na moje zachowanie w parlamencie, ponieważ wspieram Pitta w większości najważniejszych kwestii.

Dzieci zaczęły się ścigać. Jeremy wyprzedził Clowance biegnącą na grubych krótkich nóżkach i wydawało się, że dziewczynka za chwilę się rozpłacze.

– Wróciłeś do domu na całe lato, Ross?

– Na całe lato. I mam nadzieję, że przygotowałaś coś dobrego na obiad. Po ostatniej nocy jestem głodny jak wilk. A do tego to ranne powietrze…

Por. William Szekspir, Sonet 129, przeł. Jerzy S. Sito, w: William Szekspir, Sonety, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975, s. 147 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Rozdział czwarty

I

Kiedy zakończyły się prześladowania prowadzone przez Tankarda na polecenie George’a Warleggana, Drake’owi Carne’owi zaczęło się dobrze powodzić. Ludzie potrzebowali kowala nawet w czasie wojny, nawet w czasie niedostatku i kryzysu, zwłaszcza takiego kowala, który potrafi sklecić dobre koło do wozu. Przejmując zrujnowany warsztat, Drake miał jedną przewagę: nie musiał walczyć z konkurencją. „Pally” Jewell pracował w tym miejscu od czterdziestu lat i Drake po prostu go zastąpił.

Ludzie kwaśno zauważali, że metodystom powodzi się lepiej niż innym. Przyczyna była prosta. Po szczerym nawróceniu przestawali uprawiać hazard, uganiać się za dziewczętami i, w większości, pić, toteż spędzali czas tylko na spotkaniach religijnych i pracy. Wesley uważał, że dobra doczesne mają drugorzędne znaczenie, lecz nigdy nie zabraniał swoim zwolennikom pomnażania majątku, jeśli robili to w pobożny, skromny i uczciwy sposób. To również spotkało Drake’a, szybciej niż w przypadku innych, bo po utracie Morwenny nie miał żony ani rodziny. Pracował od świtu do zmierzchu, często przy świecy. Oprócz kuźni posiadał dwa i pół hektara ziemi, którą uprawiał, a zebraną paszę sprzedawał okolicznym dworom. (Naturalnie nie dworowi w Trenwith). Hodował kury, kozy i kilka gęsi. Kiedy z jakiegoś powodu miał mniej klientów, wytwarzał łopaty, szufle i drabiny, które kupowały kopalnie. Niedawno zaangażował dwóch pomocników, braci bliźniaków Trewinnardów. Wpłacał pieniądze do banku, nie dlatego, że oszczędzał na jakiś cel, ale ponieważ musiał je gdzieś trzymać.

Samuel, brat Drake’a, w dalszym ciągu przychodził w każdy wtorek i w każdą sobotę. Rozmawiali przez pewien czas i odmawiali modlitwy. Drake przestał uczestniczyć w spotkaniach metodystów, choć pozostał członkiem zgromadzenia. Nie wrócił do niego, mimo że Samuel co wieczór się o to modlił. Samuel, którego przekonania religijne sprawiły, że nie zdobył Emmy Tregirls, w dalszym ciągu odznaczał się niezwykłą gorliwością i nie widział powodu, by wyzbyć się przekonania, że boska miłość rządzi duszami ludzi wierzących w Chrystusa. Chętnie i z radością poślubiłby Emmę, nawet gdyby się nie nawróciła. Natomiast Emma, choć kochała Samuela, nie mogła się pogodzić z myślą, że powinna się nawrócić.

Pewnego dnia Drake otrzymał bilecik od Demelzy, która pytała, czy mógłby poświęcić kilka godzin na instalację nowej tylnej płyty paleniska, którą kupiła do kominka w bibliotece. Pisała:

W tym miesiącu nie widziałam Cię ani razu. Byliśmy bardzo zajęci sianokosami. Burza zniszczyła jedno pole, ale resztę siana już zebraliśmy i na szczęście stogi wytrzymały. Ross wrócił z Londynu. Jest blady, jakby mieszkał w lochu, ale zdrowy. Stał się już znany w Izbie Gmin, choć temu przeczy. Czy masz czas, by zjeść z nami obiad? Uczestniczyłyby w nim cztery osoby, które znasz.

Twoja kochająca siostra

Demelza

Przed kuźnią czekał chłopiec – był to Benjy Carter, obecnie trzynastoletni, z blizną na twarzy, choć nie na tym policzku co Ross, którego imię otrzymał na drugie – i Drake powiedział mu, że przyjedzie w przyszłą środę około czwartej. Tego dnia, pozostawiwszy gospodarstwo pod opieką Jacka Trewinnarda, poszedł do Nampary i zainstalował płytę paleniska.

Była to prosta robota i pomyślał, że zrobiłby to każdy rzemieślnik. Po zainstalowaniu płyty wypił z siostrą herbatę w starym salonie, który mimo remontu i rozbudowy pozostał ośrodkiem życia w domu. Demelza wyglądała bardzo dobrze i wyjątkowo ładnie – w regularnych odstępach rozkwitała jak kwiat pojawiający się co roku. Dzieci przez jakiś czas rozmawiały z Drakiem, a później odeszły. Ross w dalszym ciągu przebywał w kopalni.

– Masz dwoje pięknych dzieci, siostro – powiedział Drake.

– Pędraki – odparła Demelza.

– Słucham?

– Pędraki. Tak je nazywa Jud.

Drake się uśmiechnął.

– Mają lepsze dzieciństwo od nas.

– Ojciec jest inny.

– I matka.

– Nigdy nie znałeś matki, prawda?

– Nie pamiętam jej. Ty… ty byłaś zawsze matką dla nas wszystkich.

– Umarła, jak miałam osiem lat. Później ją zastąpiłam. Dziecko nie myśli, nie porównuje, nie dziwi się. Kiedy dorasta, wszystko się zmienia. Później często się zastanawiałam, dlaczego wyszła za ojca. Była sierotą – moim zdaniem nieślubnym dzieckiem – i wychowała ją ciotka w swoim gospodarstwie. Kiedy byłam mała, usypiała mnie opowieściami o kaczkach, kurach i gęsiach. Była ładna. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dopiero bieda i harówka przy dzieciach odebrały jej urodę. Ojciec zawsze wracał do domu pijany i bez grosza.

– Ojciec zawsze był przystojny, prawda?

– Trudno powiedzieć. Po starych ludziach nie widać urody. Czy doktor Choake był kiedyś przystojny? Albo Tholly Tregirls? Albo Jud?

Drake się roześmiał.

– Muszę iść, siostro. Dziękuję za herbatę. Jeremy pójdzie niedługo do szkoły?

Demelza zmarszczyła brwi.

– Próbuję go nauczyć tego, co wiem, potem może mieć przez pewien czas prywatnego nauczyciela. Nigdy nie będę go zatrzymywać w Namparze, jeśli będzie miał ochotę wyjechać, ale to nieludzkie zmuszać chłopca do opuszczenia domu w wieku siedmiu lub ośmiu lat. Ross pojechał do szkoły dopiero po śmierci matki, gdy miał dziesięć lat.

– Oczywiście – odparł Drake. – A Geoffreya Charlesa wysłano do Harrow, kiedy skończył jedenaście lat.

Był to tak przykry temat, że przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.

– Oto i Ross.

Przez pewien czas prowadzono przyjemną rozmowę. Ross nie miał ochoty na świeżą herbatę i wypił filiżankę tej, która już wystygła, po czym poprosił Drake’a, by przyszedł któregoś ranka do kopalni. Otrzymał niedawno ładunek narzędzi, śrub, gwoździ i drutu z Bristolu i podejrzewał, że towary są kiepskiej jakości, lecz nie był dostatecznie pewien, by złożyć reklamację.

Drake powiedział, że przyjdzie w przyszły poniedziałek o siódmej, i ruszył w stronę drzwi, gdy Demelza rzekła:

– Zdaje się, że Rosina Hoblyn właśnie wychodzi. Znasz ją, Drake? Pochodzi z Sawle i mieszka z rodzicami. Pracuje dla mnie jako szwaczka i modystka.

Drake się zawahał.

– Chyba gdzieś ją widziałem.

– Dałam jej stołek. Ten stary, wiesz, Ross, stał dawniej w sypialni, gdzie było łoże skrzyniowe. Przyda jej się w domu, ale trochę kuleje i musi go daleko nieść. – Demelza podeszła do drzwi i zawołała: – Rosino!

– Tak, pani. – Dziewczyna zbliżyła się do drzwi z igłą w ręce. Zrobiła zdziwioną minę na widok dwóch mężczyzn.

– Jesteś gotowa do wyjścia? Pewnie już skończyłaś.

– O tak. Jeszcze poprawiłam ściegi w kilku miejscach i czekałam, by pani je obejrzała, czy wszystko w porządku.

– Znasz mojego brata Drake’a Carne’a? Idzie w twoją stronę, mieszka w St Ann’s, więc wcale nie będzie musiał nadkładać drogi. Zaniesie twój stołek.

– Och, pani, dam sobie radę – odpowiedziała Rosina. – Nie jest ciężki, jestem przyzwyczajona do noszenia wody i innych rzeczy.

– Drake idzie w twoją stronę i właśnie zamierza wyjść – odparła Demelza. – Nie masz nic przeciwko temu, Drake?

Młody człowiek pokręcił głową.

– Więc idź po swój czepek.

Dziewczyna zniknęła, lecz zaraz wróciła, niosąc koszyk z przyborami do szycia i stołek. Wręczyła go Drake’owi, który go wziął, po czym ruszyli drogą. Przeszli przez skrzypiący drewniany mostek i podążyli w górę doliny ścieżką, przy której rósł głóg. Ross i Demelza spoglądali za nimi.

– To twój następny eksperyment matrymonialny? – spytał Ross.

Demelza zmrużyła oczy.

– Ciągle trochę kuleje mimo starań Dwighta. Miła dziewczyna.

– Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak otwarcie próbował kojarzyć dwoje młodych ludzi.

– O nie, wcale nie o to chodziło! Nie sądzę… Ale skoro oboje znaleźli się tutaj w tej samej chwili…

– Na twoje zaproszenie.

– Ross, Drake potrzebuje żony. Nie chcę, by zmarnował młodość, rozczarowany i samotny. Chcę, żeby znowu był radosny jak dawniej. To mój ulubiony brat.

Ross nalał sobie drugą filiżankę herbaty wraz z fusami z dna imbryka.

– Coś w tym jest, masz rację. Ale uważaj: swatki często parzą sobie palce.

– Nic więcej nie zrobię. Po prostu… dopilnuję, żeby się czasem spotkali. To wszystko.

Ross wypił herbatę.

– Czy kiedy widujesz Drake’a, wspomina o Geoffreyu Charlesie?

– Dziś o nim wspomniał. Dlaczego pytasz?

– Gdy Geoffrey Charles wróci latem do domu, będzie zupełnie innym człowiekiem. W Londynie zabrałem go na spacer, nie wspominałem ci o tym, prawda? Zabrałem go do ogrodów Vauxhall. Wydawało się to właściwe.

– George nie będzie zadowolony.

– Mam w nosie George’a. Słuchaliśmy muzyki, unikaliśmy ladacznic i wypiliśmy w ogrodzie po kieliszku wina. Potem poszliśmy do rotundy i podziwialiśmy posągi. Odprowadziłem go do domu o siódmej. Zmienił się. Bardzo wydoroślał. Mówi, że w następnym semestrze jego służącym będzie lord Aberconway.

– Cóż, wszyscy chłopcy dorastają. Dzieje się to zupełnie nagle. Nic nie można na to poradzić. Przykro mi, jeśli nie jest to zmiana na lepsze.

– Nie mówię, że stał się niemiły. Wręcz przeciwnie! Jest bardzo dobrym kompanem. Chodzi o to, że lata spędzone w Harrow zmieniły go w młodego światowca. Wiesz, co czułem, gdy szedł obok mnie? Że jego ojciec znowu się narodził. Oczywiście znałem Francisa od wczesnego dzieciństwa, choć najlepiej pamiętam go jako nastolatka. Geoffrey Charles to skóra zdarta z ojca. Lubiłem Francisa – prawie zawsze – a teraz lubię Geoffreya Charlesa. Jest dowcipny, żywy, może trochę nieprzewidywalny, ale to dobry kompan.

– Nie dla Drake’a.

– Moim zdaniem powoli zapomną o swojej przyjaźni.

II

Kiedy Drake i Rosina szli drogą, a potem przez wrzosowisko w stronę wioski Grambler, panowało między nimi niezręczne milczenie. Rosina miała na sobie żółty czepek i spłowiałą, lecz czystą muślinową sukienkę z białymi falbankami, spod których regularnie ukazywały się czarne trzewiki, gdy kroczyła obok wysokiego młodego mężczyzny. Na płaskiej drodze prawie nie dawało się zauważyć, że kuleje. Drake niósł stołek na ramieniu i usiłował dostosować swoje tempo do tempa Rosiny. Był ubrany w barchanowe spodnie, grubą koszulę rozpiętą pod szyją i zieloną chustę.

Milczenie trwało tak długo, że Drake w końcu zmusił się, by je przerwać.

– Idę za szybko?

– Nie, nie, wszystko w porządku.

– Powiedz słowo, a zwolnię.

Rozmowa na pewien czas zamarła. Wreszcie, oblizawszy kilka razy wargi, Rosina rzekła:

– Chodzę do Nampary raz w tygodniu. Pani Poldark jest wygodniej, gdy nie musi mi przysyłać rzeczy, tylko sama przychodzę. Zajmuję się cerowaniem i łataniem ubrań.

– Nigdy nie widziałem, żeby moja siostra dużo szyła – powiedział Drake.

– Tak. Mówi, że brak jej zręczności do igły. Ale ma dobre pomysły. Kiedy jestem w Namparze, często przychodzi jej coś do głowy, a ja szyję to, czego chce.

– Kto cię uczył?

– Najczęściej uczyłam się sama. – Rosina wyjęła kosmyk włosów z kącika ust. – Długo nie mogłam chodzić, więc chciałam się czymś zająć. Potem pożyczyłam książkę od pani Odgers.

– Umiesz czytać?

– Tak. Matka przynosiła z Trenwith pranie zawinięte w gazety. Ale nie czytam dobrze.

– Ja nauczyłem się czytać i pisać, gdy skończyłem osiemnaście lat. Uczyła mnie siostra.

– Ta siostra?

– Mam tylko jedną siostrę. I pięciu braci.

– Samuel to twój brat, prawda? Kaznodzieja. Często go widuję. To bardzo dobry człowiek.

– Jesteś metodystką?

– Nie. Po prostu chodzę co niedziela do kościoła.

Dotarli do skraju wioski Grambler. Oboje wiedzieli, że jeśli raz przejdą razem przez osadę w drodze do Sawle, wszyscy będą plotkować, że Drake Carne wreszcie się do kogoś zaleca i że jego wybranką jest Rosina Hoblyn.

– Posłuchaj, dam już sobie radę – powiedziała dziewczyna. – Naprawdę. Stołek nie jest ciężki.

Drake się zawahał. Szarpały nim podmuchy wiatru.

– Nie, pomogę ci. Chyba że bardzo nie chcesz.

– Jeśli ty chcesz, to ja też – odparła Rosina.

III

Wielebny Osborne Whitworth był tak zaabsorbowany swoimi prywatnymi sprawami, że otworzył list Nathaniela Pearce’a dopiero dwa dni po powrocie do domu. W ostatnim czasie Ossie wymyślał różnego rodzaju wymówki, by odrzucać zaproszenia Pearce’a na wista, ponieważ w wyznaczonym dniu notariusz często dostawał ataku podagry i odwoływał spotkanie, a jeśli już grał, był zbyt roztargniony, by wychodzić w kolor wistu partnera. Ossie znosił to przez pewien czas, gdyż chciał zawrzeć znajomość z bogatymi klientami Pearce’a, ale teraz doszedł do wniosku, że zna już wszystkich – nawiązał z nimi bliskie relacje i nie potrzebował pośrednika. Kiedy jednak w końcu przeczytał list, okazało się, że nie jest to wcale zaproszenie na wista. Pearce był chory i chciał się pilnie zobaczyć.

Ossie odczekał dwa dni, a później, gdy wybierał się do Truro w innej sprawie, zatrzymał się przed drzwiami z drewnianą tabliczką z napisem: „Nat. G. Pearce. Notariusz i pełnomocnik sądowy”. Kiedy wspinał się po drewnianych schodach, tak stoczonych przez korniki, że wyglądały, jakby miały lada chwila się zawalić, prowadzony przez niechlujną kobietę, która wpuściła go do domu, zmarszczył nos z powodu zapachu stęchlizny wypełniającego budynek. Jeszcze wyraźniej czuć ją było w sypialni. Whitworth, przyzwyczajony do okazjonalnych, niemiłych wizyt u chorych parafian, nie miał wrażliwego nosa, lecz odczuwał wyjątkowy dyskomfort.

Notariusz i pełnomocnik sądowy siedział w łóżku wsparty na poduszkach w koszuli nocnej i szlafmycy. Jego tłusta twarz z wieloma podbródkami miała kolor owoców morwy tuż przed dojrzeniem. W kominku płonął węgiel, a okno było szczelnie zamknięte.

– Ach, pastor Whitworth. Myślałem, że pan o mnie zapomniał. Proszę się rozgościć, chłopcze. Na pewno jest panu przykro, że widzi mnie pan w tym stanie. Mnie również jest przykro. Wszystkim jest przykro. Moja córka co wieczór płacze i odmawia modlitwy przy moim łóżku. Słucham? Co pan powiedział? Proszę mówić wyraźnie. Podagra osłabiła mi słuch.

– Nawał spraw parafialnych! – krzyknął Ossie. Nie chciał usiąść w fotelu i stanął zwrócony plecami do ognia. – Mam mnóstwo zajęć, za dwa dni będą Zielone Świątki i muszę pilnować kościoła w Sawle. W czym mógłbym panu pomóc?

– Posiada pan pewną szczególną cechę, drogi chłopcze – powiedział Pearce. – Zawsze doskonale słyszę pańskie słowa, nawet gdy nie podnosi pan głosu. Prawda? Jest pan duchownym, człowiekiem przyzwyczajonym do wygłaszania kazań. Cóż… – Kilkakrotnie mrugnął przekrwionymi oczyma. – Czy to nie Thomas Nash napisał w wierszu: „Chory jestem, porzucam wszystko”?1. Jestem chory, pastorze Whitworth, i doktor Behenna ma niewątpliwie rację, gdy pesymistycznie ocenia moje szanse na wyzdrowienie. Skończyłem sześćdziesiąt sześć lat, mój chłopcze, choć mam wrażenie, że nie minęło wiele od czasu, kiedy byłem w pańskim wieku. Niechaj Bóg się nade mną zmiłuje! Życie przypomina karuzelę na jarmarku: człowiek kręci się w kółko, cieszy się każdą chwilą, a później muzyka cichnie…

Ossie zarzucił poły surduta na przedramiona. Zauważył, że Pearce jest poruszony. Miał na rzęsach łzy, które spadały na prześcieradło. Stary dureń najwyraźniej litował się nad sobą.

– Podagra? To drobnostka. Wspomniał pan kiedyś, że cierpi na nią od dwudziestu lat. Krótki post i niebawem wstanie pan z łóżka. Przestrzegał pan Wielkiego Postu, rezygnując z przyjemności? Proszę mi powiedzieć.

– Podagra? – odparł Pearce. – Wspomniał pan o podagrze, pastorze? Ach, przez pół życia choruję na podagrę, ale teraz dotarła do serca. Czasem, w nocy – drżę na myśl o tych chwilach – robię się coraz sztywniejszy i mam tylko nadzieję, że uda mi się znowu odetchnąć. Któregoś dnia, mój chłopcze, w końcu mi się to nie uda.

– Chciałbym panu pomóc – odrzekł chłodno Ossie. – Przykro mi, że jest pan ciężko chory.

Pearce przypomniał sobie o zasadach dobrego wychowania.

– Może kieliszek madery? Karafka stoi na stole. Nawet arystokraci chwalili moją maderę. Proszę sobie nalać, dobrze?

Whitworth skorzystał z zaproszenia.

– Niestety – ciągnął notariusz – Behenna twierdzi, że nie mogę pić przed zachodem słońca. Bóg jeden wie, co to za różnica… Skoro już mówimy o Bogu, pastorze Whitworth, chciałbym panu przypomnieć, że jestem mieszkańcem pańskiej parafii. Parafia kościoła Świętej Małgorzaty obejmuje ten zakątek Truro, choć cała reszta należy do kościoła Matki Boskiej. Tak czy inaczej, nie zniósłbym pociechy duchowej ze strony skwaśniałego doktora Halse’a.

Ossie po raz pierwszy zrozumiał, dlaczego go wezwano. Udzielanie wsparcia duchowego chorym i konającym to jeden z najmniej przyjemnych obowiązków kapłana, ale gdy nie miał wyboru, starał się z niego wywiązywać. Ponieważ miał dobrą pamięć, najczęściej cytował Biblię. Proboszcz nie może zrobić nic lepszego – wydawało się to oczywiste. Jednak Pearce był wykształconym człowiekiem i z pewnością nie zadowoli się pierwszym lepszym cytatem.

W końcu Whitworth krzyknął:

– W chwili cierpienia Hiob powiedział: „Co mniemasz: umarły człowiek znowu żyć będzie? po wszystkie dni, których teraz żołduję, czekam, aż przyjdzie odmienienie moje. Zawołasz mię, a ja odpowiem tobie: dziełowi rąk twoich podasz prawicę”2.

Zapadła cisza.

– Sądzę, że kieliszek madery bardzo by mi pomógł, mój chłopcze – powiedział Pearce.

Ossie napełnił kieliszek. Pearce wypił.

– Jest pan pastorem, chłopcze – ciągnął notariusz. – Kapłanem. Namaścił pana biskup. Więc powinien pan wiedzieć. Kto inny mógłby wiedzieć? Prawda? Prawda? Co pan powiedział?

– Nic – odparł Ossie.

– Przypuszczam, że każdy odpowiedziałby na to pytanie w ten sposób. Tak czy inaczej, jestem zainteresowany odpowiedzią. Wierzy pan w to, czego pan naucza, pastorze? Wierzy pan w życie pozagrobowe? Moja córka wierzy. O tak. Jest metodystką i uważa, że przede wszystkim należy pokutować na tym świecie, za co otrzyma się nagrodę po śmierci. To fundamentalna nauka Biblii, prawda? Niezależnie od wyznania. Pokuta gwarantuje życie wieczne.

Ossie dalej cytował Pismo Święte:

– „A ja zawsze z tobą: ująłeś mię w prawą rękę moję. A według woli twojéj prowadziłeś mię, i przyjąłeś mię z chwałą. Bo cóż ja mam w niebie? Albo czegom chciał na ziemi oprócz ciebie? Ustało ciało moje i serce moje: Boże, serca mojego, i części moja, Boże, na wieki”3.

– Zniżył pan głos – rzekł Nat Pearce, notariusz i pełnomocnik sądowy. – To niezwykłe, mój chłopcze, bo pański głos jest wyjątkowo donośny. Ale nie przypuszczam, że to, co pan powiedział, ma związek z moim pytaniem. Coś panu świta, ale niedokładnie! Chętnie okazałbym skruchę za grzechy, gdybym wierzył, że ma to jakiś sens. W ciągu ostatnich kilku lat trochę psociłem. Przyczyną był nacisk okoliczności.

Ossie podszedł z ociąganiem do fotela i usiadł na nim.

– Święty Jakub powiedział: „Błogosławiony mąż, który zdzierża pokusę; bo gdy będzie doświadczony, weźmie koronę żywota”4.

– Co? Tak, bardzo słusznie. – Pearce uniósł opuchniętą dłoń koloru owocu morwy i podrapał się po piersi. – Jednak niezupełnie zdzierżałem pokusy, mój chłopcze. Ulegałem im i właśnie na tym polega problem, prawda? Nie czuję spokoju ducha i nie mam ochoty stawać w obliczu Stwórcy z wyrzutami sumienia. Jestem bardzo zaniepokojony. Wierzy pan w istnienie Stwórcy, co? Wierzy pan w opowieści o ogniu piekielnym i wieczystym potępieniu? Na mą duszę, sam nie wiem, co o tym myśleć…

– Bóg jest wieczny – rzekł Ossie. – Bóg jest wszechobecny. Bóg to najwyższy sędzia. Nie można od niego uciec. Jeśli znajdzie się pan w najniższym kręgu piekła, Bóg również tam będzie. Nie można się uwolnić od Boga. Czy trapią pana teraz grzechy młodości?

– Młodości? Czyjej młodości? Mojej? Nie, nie. Czy wtedy grzeszyłem? Może. Jeśli tak, zapomniałem o tym. Zapomniałem, jakie popełniłem grzechy. Nie, chłopcze, trapią mnie grzechy starości. Popełnione w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Ossie wyjął chusteczkę i przyłożył ją do ust.

– Jakie grzechy ma pan na myśli, panie Pearce? Obżarstwo? Lenistwo? Lubieżność? Zdaje się, że raz zauważyłem, jak oszukuje pan w czasie gry w wista.

Pearce trzymał dłoń za uchem.

– Słucham? Och, tamto… Gdyby tylko chodziło o wista, mój chłopcze… Gdyby tylko o wista…

– Więc proszę powiedzieć. Nie mam całego dnia.

Pearce zakasłał, usiłując oczyścić gardło z flegmy.

– Od czasu do czasu, mój chłopcze, oddawałem się drobnym spekulacjom. Wydawało się to dość nieszkodliwe. Można było zarabiać pieniądze w Indiach, we Włoszech, inwestować w rozwijające się gałęzie przemysłu. Prowincjonalny prawnik ma niewielkie możliwości zdobycia majątku, choć zajmuje się tym przez całe życie. Niestety, moje niewielkie spekulacje w większości zakończyły się fiaskiem. Główną przyczyną była wojna. Francuzi zdobyli Włochy i Madras. Niektóre angielskie firmy zbankrutowały z powodu braku rynków zbytu, cała Europa okazała się dla nich zamknięta. Straciłem pieniądze zamiast je zarobić. Słucha mnie pan? Straciłem pieniądze zamiast zarobić.

– Więc jest pan mniej zamożny – odparł Ossie, który nigdy nie był zbyt domyślny. – Czy to jakiś problem?

– Niestety, muszę panu powiedzieć, mój chłopcze, że część pieniędzy, którymi spekulowałem… nie należała do mnie – powiedział Pearce.

IV

Pół godziny później wielebny pastor Whitworth, pogardliwie pocieszywszy chorego i skruszonego przyjaciela, poszedł do stajni gospody Pod Czerwonym Lwem po swojego konia. Kiedy dotarł na miejsce, poczuł potrzebę pokrzepienia się czymś mocniejszym przed jazdą do domu. Skinieniem dłoni odprawił stajennego i ruszył ponurym korytarzem prowadzącym do jednej z sal, po czym zamówił pół kwarty porteru. Przez okna złożone z małych szybek oprawionych w ołów wpadało tak niewiele światła, że dopiero po chwili rozpoznał mężczyznę siedzącego przy sąsiednim stole.

Thomas Nash, Ostatnia wola i testament lata, przeł. Aleksander Mierzejewski, w: Poeci języka angielskiego, t. I, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969, s. 386. [wróć]

Biblia, to jest księgi Starego i Nowego Testamentu, przeł. Jakub Wujek, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa (bez roku wydania; przedruk edycji krakowskiej z 1599 roku), Księgi Job, XIV, 14–15, s. 504. [wróć]

Ibid., Księgi Psalmów, LXXII, 23–26, s. 559. [wróć]

Ibid., List św. Jakuba, I, 12, s. 252. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Taniec młynarza (Poldark #9) Poldark. Przybysz z morza Fala gniewu Dziedzictwo rodu Poldarków. Cztery łabędzie. (Poldark #6) Czarny księżyc Warleggan 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter