Ostatnia chowa klucz

Ostatnia chowa klucz

Autorzy: Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 300

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.90 zł

Małe miasteczko, zwykły poniedziałek, wieczór.

Grupa nastolatek spotyka się na opuszczonym poddaszu. Jedna z nich przechodzi inicjację, która ma być jej przepustką do tego zamkniętego klubu.

Trochę dziwnych rytuałów, wymiana fantów i… po wszystkim.

Dziewczyna jednak nie wraca do domu. I życie żadnej z uczestniczek tego wieczoru nie będzie już takie samo.

Wydarzenie to wpływa również na życie ich rodzin, sąsiadów, którzy już zawsze będą podejrzliwie na siebie spoglądać, szukając tego, który nie wahał się zrobić krzywdę młodej dziewczynie. A zasłony w oknach będą już zawsze szczelnie zasłonięte.

Czy można ufać ludziom, którzy nas otaczają? Co ukrywają osoby pozornie dobrze nam znane?

Ałbena Grabowska – pisarka, lekarz neurolog-epileptolog.

Matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Wydała między innymi powieści Lot nisko nad ziemią, Coraz mniej olśnień trzytomową sagę Stulecie Winnych oraz trylogię Alicja w krainie czasów (Wydawnictwo Zwierciadło).

Laureatka nagrody czytelniczek na Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach 2015, nominowana do tej nagrody również w roku 2016.

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział I

Redakcja: KAROLINA MACIOS

Korekta: MAŁGORZATA SUCHARSKA, ZBIGNIEW GOSŁAWSKI

Skład i łamanie: MARIA KOWALEWSKA

Projekt okładki: AGNIESZKA MAC-UCHMAN

Zdjęcie na okładce: Trevillion Images

Redaktor prowadzący: DOROTA ROŻEK

Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2017

Text © copyright by Ałbena Grabowska 2017

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ISBN 978-83-65456-98-4

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa

tel. (22) 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@grupazwierciadlo.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ I

Los rzucił mi wyzwanie. Gdzieś w zakamarkach mojej podświadomości latami rodziło się pragnienie, żeby zrobić to znowu. Bo czyż pragnienia, zwłaszcza te złe, nie dojrzewają w nas niczym rzadkie rośliny, wypuszczające kwiaty raz na wiele lat? Cóż z tego, że to kwiaty zła? Próbowałem zdusić je w sobie albo zagłuszyć innym, podobnie silnym uczuciem, ale ono dawało o sobie znać co dzień, coraz silniejsze i wyraźniejsze. Z jednej strony przerażało mnie to, z drugiej wprawiało w ekstazę. Na pozór zwyczajny, skryty pod maską nieszkodliwego dziwaka, osłonięty przed światem, knułem podstępny plan, który już niedługo miał się ziścić. Czyżby demon zrodził się, kiedy mój rozum spał? Nic bardziej mylnego, mój demon korzystał z rozumu i nim się karmił. Dzięki temu tak dobrze wszystko zaplanowałem. Dzięki temu osiągnę wreszcie to, czego pragnę najbardziej na świecie. A wy będziecie na to patrzeć. I nic, ale to nic na to nie poradzicie...

* * *

* * *

Jeśli idziesz prostą drogą, możesz trafić do własnego piekła. Jeszcze w przedszkolu zaczęłam zapamiętywać różne mądre zdania, nawet jeśli niewiele z nich rozumiałam. Mogłam je wykorzystać w czasie rodzinnych uroczystości, podczas których od najmłodszych lat ciężko pracowałam na miano nadziei rodziny Popielewiczów. Mogłam też zakopać je głęboko w umyśle i z czasem dostrzec iskrzącą się w nich mądrość. Jeśli oczywiście tam była. Wtedy jednak przynajmniej mogłam nauczyć się to rozpoznawać.

Światło żarówki na korytarzu zamigotało. Zgaśnie, nie zgaśnie? Ogarnął mnie niepokój. Zawsze bałam się ciemności, nawet jeśli ktoś mi towarzyszył w domu. Błąd – kiedy zapadała ciemność, byłam najbardziej samotną dziewczynką na świecie, choćby koło mnie stali rodzice, koleżanki czy przypadkowi ludzie. Ojciec kupił mi malutką lampkę, która świeciła przez całą noc, nawet gdy pogrążałam się w głębokim śnie. Z powodu tej dziwnej przypadłości nie jeździłam na szkolne wycieczki. Tam gaszono światło, a ja wpadałam w histerię, czego nie potrafili zrozumieć ani moi nauczyciele, ani tym bardziej koledzy.

Żarówka migotała jeszcze chwilę, dając złudną nadzieję, że przełamie impas i zabłyśnie, ale zamiast tego wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby rzężenie, i zgasła. Natychmiast oblała mnie fala paniki.

– O rany... – usłyszałam głos Justyny i szelest, z jakim czyjś rękaw otarł się o kieszeń bluzy. – Nic nie widać.

Oddychałam głęboko, robiło mi się niedobrze. Obym tylko nie zwymiotowała pod własne nogi albo, co gorsza, na którąś z dziewczyn. Nagle zabłysło światło latarki, a ja odetchnęłam z ulgą. Naprawdę nie potrzebowałam wiele. Wystarczyło światło ulicznej latarni, ciepłe migotanie w głębi korytarza, nawet księżyc, jeśli jasno świecił. Przerażały mnie jedynie całkowite ciemności.

– Marzena ledwie dycha ze strachu – zachichotała Kaśka. Zobaczyłam w wyobraźni, jak wskazuje na moje wilgotne czoło brudnym od długopisu palcem. Paznokcie miała zawsze obgryzione do krwi, teraz zapewne jej palec wskazujący był wycelowany w moje szesnastoletnie, trzęsące się ze strachu jestestwo.

Dziewczyny nie wiedziały o mojej przypadłości, bo się nią nie chwaliłam. Może zresztą czegoś się domyślały, po tym jak w zeszłym roku nie pojechałam na wycieczkę klasową do Krakowa, ale raczej nie potrafiłyby wyobrazić sobie tego paraliżującego lęku, macek strachu ściskających pierś i wnikających do mózgu. Justyna machała nonszalancko latarką, światło zakreślało kręgi po ścianach klatki schodowej, a ja modliłam się, by bateria się nie wyczerpała. Rozejrzałam się wokoło. Panika sprawiła, że zapomniałam, gdzie się znalazłam.

– Na szczęście ciocia Justynka myśli za was wszystkie – mruknęła i dała znak ręką, a my znów zaczęłyśmy wspinaczkę na strych.

– Może dziś sobie odpuścimy? – zaryzykowałam pytanie. Za wszelką cenę chciałam znaleźć się na powietrzu, pośród blasku ulicznych latarni.

– Bo żarówka zgasła? – mruknęła ze zdumieniem. – Na strychu jest światło, nie bój się.

Justyna Krygier, najlepsza uczennica w klasie, była naszą przywódczynią. To ona wymyśliła tajne stowarzyszenie, ukradkowe spotkania i dyskusje o otaczającej nas rzeczywistości. Strych należał kiedyś do jej siostry. Razem z mężem i dzieckiem przez dwa lata zajmowała niewielki pokój z kuchnią i toaletą, wydarty spółdzielni mieszkaniowej i wyremontowany własnym sumptem. Wyprowadzili się, kiedy szwagier Justyny złapał wiatr w żagle i zajął się handlem bluzkami tureckimi z metalowej szczęki rozpiętej przy stacji kolejki podmiejskiej. Rodzice Justyny mieli kancelarię prawną i choć mieszkali w bloku, wstydzili się takiego zięcia oraz córki, która tuż po maturze urodziła dziecko, a potem wzięła pospieszny ślub w bluzce ze studniówki i plisowanej spódnicy z butiku. Kiedy jednak po roku młoda rodzina nabyła bliźniak w willowej dzielnicy, wszyscy na powrót zaczęli pytać starych Krygierów: „Co tam słychać u Małgosi?”, a oni jednym głosem odpowiadali: „Wszystko bardzo dobrze, wnuczek śliczny i mądry, a Małgosia opływa w dostatki”. Mój ojciec skomentował wtedy ironicznie, że tym sposobem handel tureckimi ubraniami okazał się jednak nobilitujący. Strych, do którego właśnie zmierzałyśmy, pozostał pusty, gdyż spółdzielnia mieszkaniowa, nauczona doświadczeniem darmowego goszczenia półdzikich lokatorów, nikomu nie udostępniła „mieszkania”. Na szczęście dla nas, bo teraz właśnie stałyśmy przed odrapanymi drzwiami naszej kryjówki. Justyna sięgnęła po klucz sprytnie ukryty za cegłą i otworzyła drzwi.

Uwierzcie mi, nie chciałam tam być. Przynajmniej nie dziś. Miałam jeszcze do napisania wypracowanie na temat cech romantycznych Gustawa-Konrada i potrzebowałam co najmniej trzech godzin, by zrobić to naprawdę dobrze. Zależało mi na ocenie z polskiego. Okłamałam rodzinę, że idę na zbiórkę harcerską, chociaż z harcerstwa wypisałam się zaraz po pierwszym spotkaniu. Nie złożyłam nawet przyrzeczenia. Mama była harcerką i uważała tę organizację i wszelkie idiotyzmy w stylu zbiórek, obozów, gdzie sypia się na gołej ziemi, i darmowych prac na rzecz innych za szczyt marzeń zakompleksionej szesnastolatki. Do dziś nie wiem, czemu w ogóle zgodziłam się pójść na pierwszą zbiórkę.

– No dobra, siadamy – zakomenderowała Justyna, po czym zajęła miejsce na pufie i oparła się o ścianę.

Strych był prawie pusty. Po meblach zostały jedynie zarysowania na gumoleum, tylko wściekle różowa pufa świadczyła o tym, że kiedyś znajdowało się tu coś więcej niż suszarnia bielizny. Ja, Kaśka i Julia usiadłyśmy naprzeciwko na zakurzonym kocu. Miałam na sobie krótką spódnicę do połowy uda. Bardzo dobrze w niej wyglądałam, dlatego nosiłam ją prawie co dzień. Uszyłam ją z wykroju, a materiał dała mi jeszcze babcia. Do tego włożyłam sweter o skomplikowanym wzorze, który dziergałam przez całą zeszłą zimę z nadzieją, że komuś wreszcie się spodobam. Chciałam, by Paweł Bałak, najfajniejszy chłopak w klasie, chociaż raz na dłużej zawiesił na mnie wzrok. Niestety, nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, wodził oczami za Kaśką, czasem za Justyną. Dzięki swetrowi jednak podeszła do mnie na przerwie Justyna i spytała, czy chcę iść po szkole na pizzę. Bardzo chciałam. Towarzystwo Justyny było bezcenne. Najlepsza w klasie, prawie tak ładna jak Kaśka, a jej bardzo bogaci rodzice pozwalali na urządzanie imprez w domu i wychodzili sobie w tym czasie do kina, zamiast tkwić w sąsiednim pokoju i nasłuchiwać. Nie poszłyśmy wtedy na pizzę, tylko na strych, gdzie zostałam wtajemniczona i wprowadzona do paczki, w której oprócz mnie była jeszcze Kaśka – najładniejsza dziewczyna w klasie i najlepsza przyjaciółka Justyny, mimo tych nieszczęsnych paznokci. Teraz miała dołączyć do nas także Julia. Justyna tak zarządziła.

– Czemu ona? – spytałam, kiedy kilka dni temu oznajmiła mi to na dużej przerwie w stołówce, odsuwając z obrzydzeniem zupę pomidorową i rezygnując demonstracyjnie z drugiego dania.

– Bo tak – powiedziała z prostotą.

– A co ci się nie podoba? – spytała przekornie Kaśka.

Wzruszyłam ramionami. Julia była nikim. Nie błyszczała na lekcjach, no może z wyjątkiem WF-u, bo w podstawówce grała w koszykówkę w najlepszej drużynie w całym mieście. Z polskiego, biologii i historii miała trójki, z angielskiego zaliczała sprawdziany, ale mówiła źle, z dziwacznym akcentem, wzbudzając śmiech politowania naszej Miss Saigon. Z matmy ledwie wyciągała trójkę, siedziała na lekcji niczym trusia, czym wzbudzała agresję Liczbaka, sadysty z natury, przyjmującego wszelką słabość z błyskiem okrucieństwa w błękitnych oczach. Takie jak Julia prowokowały go i z mrocznych zakamarków jego wypełnionej liczbami duszy wyciągały coś więcej, niż jedynie chęć pognębienia słabej uczennicy. Liczbak znęcał się nad Julią jak kot nad myszą. Uderzał łapą, ale nie zabijał. Stawiał jej jedynkę z klasówki, a potem przyjmował na zajęcia wyrównawcze i doprowadzał do tego, że łapała ze dwie dwójki albo nawet trójki z minusem, a kiedy pełna nadziei zasiadała na lekcji, brał do odpowiedzi i zgniatał na miazgę. Julia z trudem to znosiła. Roztrzęsiona pochlipywała potem na przerwie, wraz ze łzami przełykając epitety Liczbaka w stylu „głupia” czy „tuman”. Nikt jej nie pocieszał ani nie okazywał wsparcia. Co więcej, nikt go nie potępiał, chociaż w dwutysięcznym roku takie praktyki i słowa „uwłaczające godności młodzieży” nie wróżyły nauczycielowi nic dobrego. Julia mogła liczyć jedynie na grzecznościowe gadki na przerwie z niektórymi, nie za bardzo popularnymi dziewczynami. Po jednej ze szczególnie obrzydliwych akcji Liczbaka chciałam nawet do niej podejść, ale wtedy zobaczyłam, jak Paweł szepcze jej do ucha, ściskając jej ramię, a ona spojrzała na niego z wdzięcznością i uśmiechnęła się. Zatrzymałam się w pół kroku oburzona na siebie, że w głowie zaświtał mi podobny pomysł. Już nigdy nie próbowałam okazać jej współczucia i nigdy też nie widziałam, by Justyna czy Kaśka zamieniły z nią chociaż słowo.

– Po prostu nie wiedziałam, że się z nią kumplujecie – powiedziałam wtedy Justynie, a ona się roześmiała, nie wyjaśniając mi niczego.

– Przyjmujemy ją do paczki i tyle. Jeśli nie chcesz, możesz nie przychodzić.

Mogłam zostać w domu i pisać to wypracowanie. To by wszystko zmieniło. Zawsze, gdy dzieje się coś złego, co narasta w powietrzu i podchodzi do gardła, człowiek chce się przed tym obronić, nawet jeśli nie umie tego nazwać, ale to i tak spada mu potem na głowę. Czułam, że coś jest nie tak. Mówił mi to błysk w oczach Justyny i chichot Kaśki w szkole, nawet to światło, które wtedy zgasło na korytarzu. Mówił mi to kurz na kocu i niechęć przed pobrudzeniem mojej najlepszej spódnicy. Idź stąd, Marzena, mówiło mi to coś, pewnie instynkt samozachowawczy, ale nie posłuchałam.

Ja naprawdę uważam, że los gra z nami fair, ostrzega, zagradza drogę, a my z uporem maniaka ignorujemy te sygnały, przeskakujemy nad przeszkodami, wyważamy zamknięte drzwi, rozbijając sobie głowę, a potem mamy pretensje, że nikt nie wysłał nam ostrzeżenia.

Siedziałam zatem zrezygnowana na zakurzonym kocu i patrzyłam na Justynę, która niczym mistrz ceremonii wstała, wyjęła z torebki świecę i zapaliła ją. My zawsze upychałyśmy pieniądze czy legitymację szkolną po kieszeniach, podczas gdy ona trzymała w konduktorce portfel, chusteczki higieniczne, legitymację, zapasowe gumki do włosów, spinki, wsuwki, a także – jak dziś się okazało – latarkę i świeczkę inicjacyjną. Słowem: była damą wśród nieopierzonych gówniar, a przynajmniej za taką starała się uchodzić.

– Chcesz być w naszej paczce? – spytała przyjaznym tonem.

– Przecież przyszłam – Julia uśmiechnęła się nerwowo. – A ta wasza paczka co robi? Nie mówiłyście wcześniej...

Może zaniepokoiły ją nasze miny: uroczysta Justyny, moja niepewna i skrzywiona, ładna buzia Kaśki. Może, kiedy zobaczyła torebkę i tę nieszczęsną świeczkę, zamigotało w niej przekonanie, że ten wieczór nie będzie taki jak inne. Może nawet podobnie jak ja czuła, że już nic nie będzie takie samo.

– Nic nie robi – odpowiedziała jej Justyna. – Pomagamy sobie we wszystkim, jak ktoś nie ma kasy, to się zrzucamy, no wiesz... trzymamy się razem. Gadamy o różnych sprawach.

Pierwsze słyszę, by ktoś komuś pożyczał tu pieniądze. W zeszłym roku nie miałam kasy na prezenty pod choinkę dla rodziny. Mówiłam to dziewczynom, ale nie okazały nawet współczucia, nie mówiąc już o pożyczeniu pieniędzy. Wyraziły jedynie zdumienie, że kupuję prezenty na gwiazdkę. One tylko dostawały upominki, same ich nie dawały.

– Pożyczamy sobie ciuchy – dodała Kaśka. – To właściwie takie najważniejsze, co robimy.

Też pierwsze słyszę. Moi rodzice nie byli najzamożniejsi, nie chodziłam w bluzkach i zwiewnych, modnych kieckach z butiku. Czasem udało się wypatrzyć coś w lumpeksie albo w India Shopie. Najczęściej sama szyłam sobie rzeczy, pożyczałam koszule od ojca, albo przerabiałam je na bluzki i kamizelki. Nawet jeśli mi się podobały, to i tak nikt nie mówił, że wyglądam fajnie. Justyna i Kaśka nigdy mnie nie poprosiły o pożyczenie czegoś. Nic dziwnego, skoro na szkolne dyskoteki przychodziły zawsze odstrzelone w ciuchy z najfajniejszych sklepów albo przywiezione przez ciotki czy kuzynki z zagranicy.

– Ja nie mam żadnych fajnych ciuchów – zmartwiła się Julia.

Rzeczywiście, nie miała. Chodziła na okrągło w ciemnych, wąskich spodniach, podkreślających szczupłe, bardzo zgrabne nogi, których jej zazdrościłam, i takich sobie swetrach – ani ładnych, ani brzydkich, ani drogich. Pod szyję wkładała chusteczki ze sklepów indyjskich. Kupowała ich dużo, od bardzo kolorowych aż po stonowane i wkładała je w zależności od okazji, na przykład podczas uroczystości szkolnych nosiła biało-granatową. Dziś wyjątkowo nie miała nic pod szyją. Dziwne, wydawało mi się, że ona nic dla mnie nie znaczy, ledwie dostrzegam jej istnienie, a tak wnikliwie ją obserwowałam.

– Masz fajne apaszki – powiedziałam i pożałowałam tego, bo wyszło, jakbym chciała jedną od niej pożyczyć, a nie powiedzieć coś miłego.

– No, ale dziś nie włożyłam. – Popatrzyła na mnie z wdzięcznością, ale zaraz potem na jej twarzy pojawiło się rozczarowanie. – Chyba pierwszy raz w życiu.

– Trudno. – Justyna wzięła się pod boki. – Następnym razem wymienimy się jakimiś ciuchami, żeby podkreślić nasze braterstwo.

Co za bzdury, braterstwo, siostrzeństwo, pieprzenie o niczym, pomyślałam. Kaśka podeszła do Julii i dała jej bransoletkę z rzemyków, którą zdjęła z ręki.

– Weź – powiedziała. – Pasuje ci do tych spodni. – A gdy ta się zawahała, podsunęła jej bransoletkę prawie pod sam nos. – Weź – powtórzyła. – Nie musisz mi nic dawać. Ani teraz, ani w ogóle.

Julia wzięła bransoletkę z wahaniem. Justyna spojrzała na Kaśkę, jakby ta zrobiła coś, czego z nią nie ustalała, ale zaraz wyjęła z torebki ładną, jedwabną chusteczkę.

– Proszę.

Julia niepewnie wzięła chusteczkę, patrzyła chwilę z podziwem, zachwycając się delikatnym materiałem, i schowała do kieszeni. Potem okręciła rzemyk wokół prawego przegubu. Wszystkie oczy skierowały się teraz na mnie. Spodziewałam się tego i nie wiedziałam, jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie miałam ani bransoletki, ani jedwabnych chusteczek do nosa. Włosy wiązałam kolorową gumką, ale to była zwyczajna, czerwona gumka ze sklepu, w dodatku znoszona. Nie wypadało jej dawać nikomu. Nie mówiąc już o tym, że wtedy wszyscy zobaczyliby moje rozpuszczone włosy, które powinnam wczoraj umyć. Myłam je co dwa dni, pierwszego nosiłam rozpuszczone, następnego upinałam w wysoki kucyk. Właśnie, dziś wieczorem muszę nie tylko napisać wypracowanie, ale jeszcze umyć i wysuszyć włosy. Bliska paniki, przypomniałam sobie nagle o cienkim, różowym paseczku, kupionym w pasmanterii. Nie miał dziurek, źle się trzymał i trzeba go było w kółko poprawiać, ale nic innego nie nadawało się na prezent. Zdjęłam go szybko i podałam Julii.

– Nie... – powiedziała. – Taki ładny... Nie mogę go wziąć.

– Weź – powtórzyłam stanowczo. Co ona sobie myślała? Wzięła chusteczkę i bransoletkę, a paska nie chciała?

Na mojej twarzy musiała się odbić przykrość, bo dziewczyna podwinęła sweter i włożyła pasek w szlufki spodni, uśmiechając się przy tym do mnie. Wyglądało to całkiem fajnie.

– Ja naprawdę nic przy sobie nie mam, chustkę na szyję mogę wam dać jutro – zapewniała z niepewną miną.

– Nie musisz, naprawdę – przerwałam jej. Przyszło mi do głowy, że te chustki to jej jedyna cenna rzecz i może nie chce ich rozdawać.

– Najfajniejsze to są majtki – zachichotała nagle rozluźniona. – Ciocia mi przywiozła z Niemiec. – Rozpięła szybko suwak od spodni i zsunęła je trochę. Majtki kończyły się nisko pod brzuchem, były intensywnie różowe z czarnym napisem Monday. Faktycznie, dziś był poniedziałek.

– Super – westchnęła z podziwem Kaśka.

– Dostałam siedem par, każda jest innego koloru na inny dzień tygodnia – kontynuowała ożywiona.

– Dawaj – powiedziała Justyna, a ja spojrzałam na nią ze zdumieniem.

Nie wierzę, będzie nosiła czyjeś majtki, nawet bardzo fajne? Serio? Przecież Julia ich nie ściągnie. Co innego bransoletka, chustka czy pasek, co innego bielizna. Jednak ona nawet się nie zawahała. Jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, ściągnęła szybko spodnie, a potem majtki. Przez sekundę, zanim zasłoniła się swetrem, zobaczyłam jej włosy łonowe, krótkie, jasne, spoczywały na skórze jeden obok drugiego w eleganckim porządku. Coś mi się przewróciło w brzuchu i zawstydziłam się tego nagłego podniecenia. Moje włosy przypominały raczej potarganą wiatrem kępę na wydmie, nienawidziłam ich i ukradkiem ścinałam nożyczkami, więc odrastały jeszcze bardziej twarde i brzydkie.

Z gołymi nogami, zupełnie odkryta, wydała mi się jeszcze ładniejsza. Podała majtki Justynie, słusznie rozumując, że to ona tu rządzi i ona właśnie zabierze do domu trofeum. Ta przechwyciła różowe cudo, zwinęła i włożyła do torebki. Minę miała nieodgadnioną. Tymczasem Julia zdążyła włożyć spodnie na goły tyłek.

– Trochę dziwnie – zachichotała.

– Coś ci się, Marzenko, nie podoba? – w tonie Justyny zabrzmiała groźba.

Musiałam kiepsko maskować moją reakcję na widok obnażonej Julii.

– Pewnie sama chciała te majtki – zaśmiała się Kaśka.

Przełknęłam ślinę. Wszystko było takie dziwne, chociaż obiektywnie nic takiego się nie stało. Każda z nas dała coś od siebie, nic takiego. Nic, co by mogło prowadzić do katastrofy, którą odczuwałam każdą komórką swojego ciała.

– Jutro mogę przynieść. – Julia z zadowoleniem głaskała bransoletkę z rzemyków.

– Nie trzeba – odpowiedziałam jej, ignorując zupełnie Justynę.

Nie mogłabym wytłumaczyć mamie, skąd mam taką bieliznę. Mama Justyny, elegancka pani mecenas, wyglądała mi na kogoś, kto przegląda garderobę swoich dzieci, zwłaszcza intymną. Może Justyna nie zamierza nosić tych majtek, tylko je sobie schowa i będzie oglądać od czasu do czasu? W sumie dość obrzydliwe.

– Pytałam, czy coś ci się nie podoba – powtórzyła, wpatrując się we mnie, a ja wzruszyłam ramionami.

– Skoro chciała wam TO oddać, to ja... mnie tam wszystko jedno – rzuciłam w przestrzeń. – Możemy już zacząć?

– Co zacząć? – zdumiała się Kaśka.

Miałam na myśli rozpoczęcie rozmowy, tego obgadywania, opowiadania, jak to Renata czy Grażyna beznadziejnie się ubierają, jakie noszą wsiowe szaliki, swetry, bluzki i czapki, o butach nie wspomnę. Z butami w ogóle jest najgorzej. O ile tamte rzeczy można wydziergać, uszyć, przerobić, wykombinować, o tyle z butami nic nie da się zrobić. Po butach widać, kto pochodzi ze zwyczajnej, niezaradnej rodziny, w której nikt nie jeździ do Berlina po czółenka czy fajne botki. Takiej jak moja i najwyraźniej też Julii. Na nogach miała zwykłe adidasy, choć spadł już pierwszy śnieg. Zdawała sobie sprawę z tego, że buty ją demaskują, więc włożyła do nich kolorowe sznurówki, by w ten prosty sposób ożywić swój nijaki strój i podkreślić osobowość.

– Nie zaczniemy, bo nie skończyłyśmy ceremonii inicjacji. – Justyna wbiła we mnie ciężkie spojrzenie.

Chwila, kiedy Julia była górą po oddaniu własnych majtek, minęła. Znów spoglądała na nas niepewnie, bawiąc się bransoletką. My z Kaśką także wymieniłyśmy spojrzenia. Minęła już godzina, robiło się późno. Powinnyśmy pogadać krótko, a potem iść do domu, do wypracowania.

– Podejdź tu, moja droga – powiedziała Justyna uroczyście, a kiedy ta wstała i podeszła do niej, uśmiechając się nerwowo, wskazała jej pufę: – Siadaj.

Dziewczyna odrzuciła do tyłu rozpuszczone blond włosy i usiadła. Jej ładna twarz zalśniła w blasku świecy.

– Przyjmujemy cię dziś do naszej organizacji – zaczęła mistrzyni ceremonii. – Będziesz jedną z nas. Chcesz tego czy nie?

Julia przełknęła ślinę i po chwili wahania odparła:

– Chcę.

Przez myśl przemknęło mi, że Kaśka wcale nie jest najładniejsza w klasie, na pewno nie ładniejsza od Julii ani nawet ode mnie. Nagle poczułam się bardziej pewna siebie i zaczęłam się przyglądać wszystkim trzem dziewczynom. Julia miała regularne rysy twarzy, pięknie wykrojone wargi i duże brązowe oczy, co przy blond włosach dawało bardzo ciekawy efekt. Kaśka wyglądała przy niej pospolicie, a gdyby z Justyny zdjąć dobre ciuchy i zmyć makijaż, byłaby zupełnie nijaka. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

– Powtarzaj – zarządziła Justyna. – Będę zawsze lojalna wobec swoich sióstr.

Julia powtórzyła nieco pewniejszym głosem. Zastanawiałam się, o co może chodzić. Kiedy ja po raz pierwszy trafiłam na strych, nie poddały mnie żadnej ceremonii. Szczerze mówiąc, było dość nudno. Dziewczyny obgadywały wtedy wszystkie koleżanki z klasy pod kątem wyglądu, pieniędzy, sposobu ubierania się i wysławiania. Potem stwierdziły, że przepiszą ode mnie polski, bo nie robiły notatek na lekcji, a przepisując, wspomniały o Pawle i dziewczynach, którym on się podoba, komentując, dlaczego żadna nie ma u niego szans. Doskonale wiedziałam, że zanim zostałam zaproszona na strych, rozmawiały w ten sposób i o mnie.

– Nigdy nie zdradzę tajemnic sióstr, od dziś moich najlepszych przyjaciółek.

Julia ponownie powtórzyła słowa Justyny. Uśmiechnęła się nawet. Wyraźnie uznała, że nic jej nie grozi.

– Będę strzegła wszelkich tajemnic, nawet gdyby mnie bili, przypalali ogniem i wyrywali włosy. – Chociaż prowadząca ceremonię miała groźną minę, Julia uśmiechała się. Ja też rozluźniłam mięśnie. Przecież to była zabawa. – A teraz zostaniesz poddana próbie. Wyciągnij rękę.

Jak oniemiała patrzyłam na wyciągnięte ramię dziewczyny i zbliżającą się do jej białej skóry świecę.

– Co ty robisz?! – krzyknęła Kaśka, zrywając się z koca. Najwyraźniej nie ustaliły tego wcześniej.

Płomień dosięgnął przedramienia. Dotykał jej tylko chwilę, ale ona nie cofnęła ręki i nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Zacisnęła zęby, a z oczu pociekły jej łzy. Nie mogłam się ruszyć, a serce podeszło mi do gardła. Dlaczego Justyna to zrobiła i, co ważniejsze, czemu Julia pozwoliła na coś takiego? Kim trzeba być, jak bardzo chcieć czyjejś sympatii, żeby pozwolić sobie wyrządzić krzywdę? Pulsował we mnie strach i wstyd. Co teraz? Mnie też zechcą poddać tej ceremonii? A jeśli tak, to co zrobię – sprzeciwię się czy dam oparzyć jak Julia?

– A teraz... – kontynuowała Justyna, jakby jej było mało tego, co zrobiła.

W ręku trzymała małe nożyczki, których używała na plastyce i niechętnie pożyczała, bo, jak się wyrażała, szczoteczki do zębów, chłopaka i nożyczek się nie pożycza. Śmieszne, że sobie to przypomniałam. Nadal nic nie mówiłam, sparaliżowana dziwną niemocą. Kaśka też nie, chociaż ona w przeciwieństwie do mnie odwróciła głowę, kiedy Justyna odcięła Julii kosmyk włosów. Ta ani drgnęła, przyjmując przykrości z zagadkowym uśmiechem. Już otarła łzy po bólu, jaki sprawił jej płomień świecy. Rzeczywiście, po tym obcięcie włosów to już właściwie nic takiego. Kosmyki sterczały brzydko przy jej twarzy, bo Justyna ścięła cienkie pasmo tuż przy uchu krzywo i byle jak. Zemdliło mnie ponownie, gdy poczułam rozchodzący się zapach spalenizny, kiedy wrzuciła kosmyk wprost do płomienia świecy. Po chwili oprócz swądu po włosach pozostały maleńkie czarne kropki pływające na stearynie. Chciałam powiedzieć, że przesadziła, wierzcie mi, miałam taki zamiar. Przecież tak się nie robi. To jest czynna napaść. To krzywdzenie innego człowieka i wykorzystywanie sytuacji. Argumenty przelatywały mi przez głowę. Tylko, usprawiedliwiałam się przed sobą, powiem jej to, kiedy Julii z nami nie będzie. Nie mogę zrobić tego przy niej. To byłoby nielojalne. Na twarzy Kaśki widziałam te same odczucia. Też nic nie mówiła, gryzła jedynie paznokcie, choć nie miała już ani skrawka do obgryzienia, i krzywiła się od czasu do czasu z bólu.

– I na koniec... – Justyna podeszła do Julii i uderzyła ją w twarz otwartą dłonią.

Tym razem zamknęłam oczy, a Kaśka jęknęła. Z jej paznokcia kapała krew. Musiała odgryźć sobie kawałek skórki.

– Podejdźcie i zróbcie to samo – zakomenderowała Justyna, wyraźnie zadowolona z tego, że Julia nie tylko przyjmuje te tortury pogodnie, ale że my wszystkie patrzymy na nią z lękiem.

Teraz powinnyśmy wreszcie powiedzieć „nie” i stąd wyjść. JA powinnam powiedzieć „nie”, zabrać Julię i wyjść, zachowując twarz. Naprawdę tak nie można postępować. To jest coś niewyobrażalnego, na co nie można się zgodzić. Nie mogłam spojrzeć w oczy żadnej z nich. Nie czułam złości, tylko żal i wstyd. Myślałam tylko o tym, jak wiele bym dała, by cofnąć czas i powiedzieć im, że dzisiaj nie mogę przyjść, mama mnie nie puści, bo muszę zrobić coś innego, cokolwiek, iść na grób babci, zrobić zakupy, ugotować zupę albo sprzątać. Czekałam, aż Kaśka oznajmi, że tego nie zrobi, by dodać: „Właśnie, ja też nie”. Wtedy to się skończy. Wyjdziemy stąd i pewnie nigdy nie wrócimy, na przerwach nie będziemy już rozmawiać. Między nami zawisną pretensje i niedopowiedzenia, ale zachowamy się przyzwoicie. Nigdy nie jest za późno, by się przeciwstawić.

Kaśka podeszła szybko i pacnęła ją w drugi policzek. Julia oblała się rumieńcem, potem spojrzała na mnie. Może mi się wydawało, ale w jej wzroku nie zobaczyłam pretensji, tylko zaciekawienie. Może chciała się przekonać, do czego jesteśmy zdolne. Z jej oczu wyzierało nieme pytanie: „Czy na tym skończycie? A może mnie zamordujecie i poćwiartujecie zwłoki?”.

Na sztywnych nogach podeszłam i uderzyłam najlżej, jak tylko potrafiłam, właściwie dotknęłam policzka otwartą dłonią, nie patrząc jej w oczy, nienawidząc się coraz bardziej i marząc jedynie o wyjściu stąd. Przypomniałam sobie czerń korytarza czekającą na mnie za drzwiami i wydała mi się ona rajem w porównaniu z tym, co działo się tutaj. Chciałam uciec, ale nie wyobrażałam sobie, jak wrócę do domu i usiądę do wypracowania. Po prostu nie wyobrażałam sobie tego.

– Teraz jesteś jedną z nas. Od jutra siedzisz z Marzeną – ponownie rozległ się głos Justyny. – Pomagamy ci w lekcjach i takie tam. Możesz na nas liczyć we wszystkim. We wszystkim – dodała z naciskiem.

Rytuały najwyraźniej się skończyły albo zabrakło jej pomysłów na dręczenie Julii. Ta pokiwała głową. Na twarzy nie miała wypisanej ani ulgi, ani pretensji. Jakby było jej już wszystko jedno.

– Dzięki – rzuciła w moją stronę.

Nie rozumiałam, czy dziękuje mi za to, że nie uderzyłam jej mocno, czy też za to, że będę z nią dzielić ławkę. Z tym mógł być pewien kłopot. Siedziałam z Renatą od samego początku liceum i nie wiedziałam, jak poprosić, by się przesiadła, bo teraz usiądę z kimś innym. Justyna siedziała z Kaśką, a najwyższa z nas Julia sama na końcu klasy. Mogła co prawda dosiąść się do Pawła, ale z jakiegoś powodu zajęła osobną ławkę.

Renata mieszkała w sąsiedniej klatce, nasze matki chodziły razem do podstawówki i liceum, zupełnie tak jak my. Nie łączyła mnie z nią jakaś szczególna zażyłość, przyjaźń na śmierć i życie czy coś takiego, ale lubiłam ją. Była dobrą koleżanką, spokojną, wyważoną i poukładaną. Nie obgadywała nikogo dla samego obgadywania. Nie dzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Nie kpiła z tych, którzy nie mieli pieniędzy na zakupy w butikach. Potrafiła podpowiedzieć na polskim, matmie czy biologii, bez różnicy. Ani najładniejsza, ani najmądrzejsza, ani najfajniejsza – gdzieś pośrodku, dokładnie tak jak ja, ale mimo wszystko ciut niżej ode mnie. Niżej w hierarchii, skoro ja byłam tu, a ona zapewne pochylona nad wypracowaniem albo zadaniami z matmy.

– Ewakuacja – oznajmiła Justyna wielce z siebie zadowolona. Podeszła do Julii i objęła ją ramieniem. – Naprawdę się cieszę – dodała.

– Ja też – pospieszyła Kaśka. Krwawiący palec owinęła sobie chusteczką.

– Ja bardzo – powiedziałam idiotycznie, bo z przerażeniem myślałam wyłącznie o konsekwencjach, wypracowaniu, którego pewnie nie napiszę, oraz wzroku Renaty, kiedy oznajmię, że siedzę z Julią.

Ona milczała, ale patrzyła na nas spokojnie. W jej oczach nie widziałam pretensji. Właściwie to nic w nich nie było, prócz obojętności. Po łzach nie pozostał najmniejszy ślad. Wstała i zaczęła się ubierać, ostrożnie wkładając oparzone przedramię do rękawa kurtki.

– Ostatnia chowa klucz. Jak zwykle – rzuciła Justyna, po czym szybko wybiegła ze strychu, a ja nie zdążyłam krzyknąć za nią, żeby zostawiła mi latarkę.

Pięknie. Będzie ciemno, migotało mi w głowie, będę się bała, co ja teraz zrobię? Spojrzałam na Kaśkę. Ubierała się ze spuszczoną głową, zerkając na drzwi, jakby zastanawiała się, czy Justyna nie wróci. Zostałyśmy same z Julią. Mogłam spytać, czy nie ma pretensji albo przeprosić i wyjaśnić, że tak naprawdę ja tego nie chciałam i nie wiedziałam, że Justyna planuje takie... rzeczy. Majtek zwrócić nie mogłam, ale okazać wsparcie i poprosić o wybaczenie, owszem.

– Może pójdziemy razem? – spytała. – Mieszkam trochę dalej niż wy, ale...

Nie wiedziałam, gdzie mieszka. Nie chodziła z nami po szkole do domu, nie pamiętałam nawet, czy po wyjściu ze szkoły skręca w prawo, czy w lewo. Nic nie wiedziałam. Już chciałam z ulgą przytaknąć, tak, oczywiście, jasne! Wspólny powrót wiele mógł zmienić. Mogłyśmy pogadać jak dobre koleżanki, jak siostry.

– Spieszymy się – odpowiedziała szybko Kaśka. – Poza tym mieszkasz na innym osiedlu. Po co nadkładać drogi?

Znów się nie odezwałam. Co z tego, że mieszkała daleko od nas, może nawet po przeciwnej stronie miasta, skoro chciała iść z nami? Nadkładała drogi, ale to jej sprawa. Chciałam powiedzieć, by z nami poszła, ale stałam niczym kołek, unikając ich wzroku. Jesteś tchórzem, wyrzucałam sobie, cholernym tchórzem, Marzena. Wszystkiego się boisz, ciemności, Justyny, tego, co inni powiedzą albo czego nie powiedzą. Zasłużyłaś na to, by ktoś zamknął cię w ciemnej piwnicy.

Po Justynie nie było śladu. Musiała już wyjść z budynku, bo nie słyszałam kroków na niższych piętrach. Kaśka zamknęła drzwi i przekręciła klucz i w tym momencie oblała mnie czerń. W jedną sekundę demony ciemności wróciły i schowały się w mojej głowie. Mokra od potu złapałam się poręczy.

– Daj mi rękę – odezwała się cicho Julia. Wydawało mi się, że ten głos jest nierzeczywisty. Dygotałam ze strachu, panika zacisnęła zimne lepkie palce na moim gardle. Jakim cudem wyczuła to Julia, skoro nie mogła mnie widzieć?

– Nie trzeba – wydusiłam z wysiłkiem. Jeszcze tylko tego brakowało, by mi pomagała, po tym, co jej zrobiłam. Chciałam ponieść karę adekwatną do winy.

– Widzę w ciemności – powiedziała lekko.

Wydawało mi się, że słyszę cichutki śmiech. Poczułam, jak jej dłoń delikatnie wsuwa się w moją i ściska ją. Dotyk nie uspokoił mnie, raczej wywołał wyrzuty sumienia. Tą samą ręką, którą teraz ona trzymała, uderzyłam ją w twarz. Naprawdę nienawidziłam się za to, ona musiała nienawidzić mnie bardziej. Dlaczego zatem chciała mi pomóc? A może wcale nie chciała, tylko karmiła się moim strachem, czerpała radość z tego, że teraz to ja znalazłam się w sytuacji bez wyjścia.

– Jak to, widzisz w ciemności? – usłyszałam pozbawiony emocji głos Kaśki, odarty ze wszelkich wyrzutów sumienia, głos zupełnie zwyczajny, przechodzący do porządku dziennego nad tym, co stało się na strychu, jakbyśmy wraz z zamknięciem drzwi zamknęły też tamtą historię.

– Tata mówi, że mam wyjątkowe czucie wewnętrzne – powiedziała pogodnie Julia. Jej głos wręcz koił.

– Dlaczego? – zapytała Kaśka.

Odliczałam stopnie. Do parteru wciąż pozostawało pięć pięter. Każde piętro to dwadzieścia schodków w dwóch częściach po dziesięć. Jeden, dwa... liczyłam, nie skupiając się na paplaninie dziewczyn. Dotyk wreszcie zaczynał być miły i potrzebny. Ścisnęłam lekko jej rękę, a ona natychmiast oddała uścisk.

– Liczysz schodki? – spytała. – Już niedaleko.

Wyczuwała moje emocje. Może tam na strychu zrozumiała, że nie chcę jej uderzyć, nie chcę poniżyć. Jeśli tak, musiała też znać moje wcześniejsze wrażenia, tę niską i podłą myśl, że ona jest nikim. Modliłam się w duchu, by jej mniemanie o mnie całkowicie się zmieniło, tak jak moje o niej. Już stała się kimś, kogo bezmyślnie poniżyłyśmy, kto teraz trzymał moją dłoń w swojej ręce i koił irracjonalny strach. Gdyby wcześniej była przy mnie, za każdym razem, kiedy mama bezwzględnie gasiła światło, a ja przeżywałam dramat, bo mimo upływu lat spod łóżka wciąż wyłaziły potwory i oblepiały moje gardło swoimi mackami, nie bałabym się tak bardzo.

– Otwórz oczy, Marzena. – Kaśka szarpnęła mnie za ramię. – Przestań się wydurniać.

Stałyśmy na korytarzu. Przez szybkę w drzwiach prześwitywało światło ulicznych latarni. Zaczął prószyć śnieg.

– Boisz się ciemności, a zamykasz oczy. – Pokręciła głową. – Durna jesteś.

– A ty masz obgryzione palce, a nie przestajesz gryźć – ripostowałam.

Spokojny oddech wracał. Pot pozostawiał już tylko uczucie lepkości i zimna. Lęk ustępował. Twarz Julii błyszczała w mroku klatki schodowej.

– Dziękuję – powiedziałam do niej, a ona wzruszyła ramionami i nieprzyjemnie się wykrzywiła. Może zabolało ją oparzenie. Zranioną rękę trzymała nieco wyżej. Prawą sięgnęła do włosów, by schować odcięty kosmyk za ucho, ale okazał się za krótki i z uporem kładł się na jej twarzy. Znów była tamtą dziewczyną, którą napadłyśmy na strychu, obiecując przyjaźń.

– Odrośnie – zapewniłam, bo słowo „przepraszam” nie przechodziło mi przez gardło. Ponownie wzruszyła ramionami.

– Chodź, Marzena. – Pod nieobecność Justyny Kaśka postanowiła przejąć dowodzenie. – Musimy jeszcze napisać, wiesz co, polski.

Jakby Julia nie musiała napisać pracy na temat romantycznych cech Konrada. Stałam, dygocąc z zimna, na plecach czułam strużkę zimnego potu. Śnieg padał mi na twarz. Nie umiałam odejść.

– Chodź, kretynko. – Pociągnęła mnie za sobą.

– Cześć, do jutra. – Pomachałam Julii.

Pamiętam, że stała pod latarnią taka mała i drobna, a wiatr rozwiewał przyprószone śniegiem włosy. Krótka, szara kurtka, raczej jesienna niż zimowa, nie chroniła przed zimnem. Twarz jej się zaczerwieniła. Czemu nie wzięła czapki? Pewnie się przeziębi, przecież pod spodniami nie miała majtek ani rajstop. Po co Justyna to zrobiła?

Przeszłyśmy w milczeniu nie więcej niż sto metrów, kiedy nagle Kaśka stanęła jak wryta.

– Ale ja jestem głupia! – Uderzyła się w czoło obleczoną w rękawiczkę ręką. – Zapomniałam tego... no... Idź, ja cię dogonię.

Nie wyjaśniła, czego zapomniała, ani nie zaproponowała, bym wróciła z nią. Może wzięła pod uwagę mój strach przed ciemnością i uważała, że odmówię powrotu na ciemne schody? Obejrzałam się. Już jej nie było. Zniknęła między blokami. Poczekałabym z Julią, ale jej też nie widziałam – miejsce, gdzie ją zostawiłyśmy, zasłaniały mi choinki rosnące przy drodze. Postałam chwilę w świetle latarni wyczerpana tym popołudniem, najgorszym chyba w moim życiu.

– Światło wiekuiste... – ktoś wyśpiewał mi niemalże prosto do ucha.

Obejrzałam się gwałtownie.

– Przestraszył mnie pan – powiedziałam do Świętszego Pawła. – Czemu pan tak się skrada?

– Nie skradam się – zaprzeczył, śpiewając. – Idę sobie i śpiewam. Patrzę, a tu panna nieroztropna wodzi wieczór na pokuszenie...

Świętszy Paweł był kimś w rodzaju piewcy pogrzebowego. Całe miasto go znało. Bywał na wszystkich pogrzebach, ludzi, których znał i których nie znał, starych i młodych. Odczuwał dziwny pociąg do zmarłych. Wyrastał spod ziemi tam, gdzie ktoś kończył swoje życie. Znajdował się w szpitalnych kostnicach, w domach pogrzebowych, w kościelnych kaplicach. I nie przestawał śpiewać. Ludzie wzdrygali się na jego widok. Jedni, ci przesądni, żegnali się nabożnie, inni omijali go zdenerwowani, bo nie wierzyli w to, że jest wysłannikiem kostuchy, albo zwracali mu uwagę, by przestał. Bo chyba nikt nie słyszał go mówiącego normalnym głosem. Świętszy Paweł pozostawał nieczuły na prośby i groźby, i nie przestawał śpiewać.

– Jej dusza ulatujeeee – zaintonował, nie ruszając się z miejsca i wpatrując we mnie wodnistymi oczkami.

Głos miał ładny, ale wzbudzał wstręt nie tylko ze względu na to, że ciągnął za sobą widmo śmierci. Jego wygląd odstraszał. Gdyby zamknąć oczy i tylko słuchać czystego niczym kryształ tenoru, można by odnieść wrażenie, że śpiewa ktoś bardzo młody i piękny. Świętszy Paweł natomiast, niski, chudy i zgarbiony, wodził oczkami po zgromadzonych wokół trumny ludziach, a kiedy otwierał usta, ukazywał zepsute zęby. Niektórzy się go bali, ja zupełnie nie. Mieszkał w pobliżu i widywałam go od dzieciństwa. Całe ranki spędzał w kościele na żałobnych mszach, a potem jechał z żałobnikami na cmentarz. Jeśli nie wpuszczano go do autobusu, nie nalegał, nie prosił, ale dziwnym trafem docierał na cmentarz w sam raz, aby zaintonować Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, głuchy nawet na prośby księdza o zachowanie ciszy.

Według mnie pieśni przez niego intonowane były piękne i niezwykle oryginalne, ale najbardziej moją słabość do Świętszego Pawła uzasadniało to, że chciałam z niego uczynić postać mojej przyszłej powieści. Cóż bowiem bardziej literackiego od brzydkiego jak noc, śpiewającego dziwaka o anielskim głosie?

– Zwiastuję jej śmierć, a potem życie... usłane różami anielskich łąk...

– Dobrze, panie Pawle – powiedziałam. – Może wrócimy do domu? Mogłabym pana podprowadzić?

Mieszkał w kawalerce w sąsiedniej klatce. Latem, kiedy nikogo nie żegnał, komponował swoje pieśni i wyśpiewywał je przy oknie, odwrócony w kierunku boiska szkolnego, obojętny na kamyki wrzucane mu do środka przez dzieciaki.

– Ja odprowadzam ją na tamten świat. Świętszy świat, anielski świat, świętszy byt, pełen ognia...

Świętszy byt to jego ulubiona pieśń i stąd wzięło się jego przezwisko. Babcia kiedyś powiedziała mi, że Paweł sam ją ułożył na okoliczność pogrzebu jego matki, która umarła przedwcześnie na jakąś zarazę. Potem tę pieśń śpiewał na pogrzebie babci, wprawiając w zakłopotanie naszą rodzinę z Wrocławia, gdyż ta najwidoczniej nie znała podobnego zjawiska.

Jego widok w ten zimowy wieczór tylko przez chwilę mnie przestraszył, później uspokoił. Ponowiłam propozycję, aby wrócił ze mną do domu. Widzicie, znałam go dobrze i wiedziałam, że jeśli pójdzie na cmentarz, będzie siedział tam do późnej nocy, a potem dostanie zapalenia płuc, co kilkakrotnie zdarzyło się wcześniej. Nie chciałam mieć dziś na sumieniu kolejnego zaniedbania.

– Świętszy byt, wieczorem blask opromienia postać twą – nie ustępował, a na koniec posłał mi jedno ze swoich świdrujących spojrzeń, odwrócił się i poszedł, dalej półgłosem nucąc kolejne zwrotki.

Może spotka jedną z dziewczyn. Kaśka go znała, Julia – nie wiem. Lepiej, by jej nie dogonił, bo akurat ją mógłby przerazić.

Postałam jeszcze chwilę pod latarnią, chłonąc jej światło, zanim powlokłam się do domu. Pod blokiem jak zwykle uniosłam wzrok i szukałam Pikusia Don Kichota, upośledzonego chłopca, silnego jak tur, o umysłowości dziecka, który wiecznie stał w oknie i dniem i nocą obserwował otoczenie. Gdy wracałam wieczorem, wychodził na klatkę schodową i włączał światło. Nie wiem, kto powiedział mu o mojej fobii, może jego mama? W każdym razie pilnował, bym nawet przez chwilę nie musiała znosić ciemności. Teraz też na to liczyłam. Okno mieszkania Pikusia było jednak ciemne. Dziwne. Widział, jak wychodziłam, pomachałam mu nawet, co w naszym prywatnym języku oznaczało, by czekał, aż wrócę. W dzień chadzał na zajęcia, gdzie pewnie uczył się być bardziej „normalnym”, ale wieczorami nie dało się go oderwać od okna. Zwłaszcza kiedy wiedział, że być może będę potrzebowała jego pomocy.

Co ja teraz zrobię? W oddali usłyszałam cichy gwizd. Ucieszyłam się. Jeden z moich sąsiadów, zwany przeze mnie Nosicielem, tak gwizdał na swojego psa. Postanowiłam poczekać, aż wróci do domu ze swoim brzydkim kundelkiem Gwizdkiem. Stałam kilka minut, skostniała z zimna, ale nie pojawił się. Może zresztą mi się wydawało. Z zimna i przerażenia miałam chyba omamy. Gdzieś między drzewami mignęła mi sylwetka kobiety. Liczyłam na Adamsową, sąsiadkę o co prawda innym nazwisku, ale za to bardzo podobną do Morticii Addams. Musiało mi się wydawać, bo kiedy znów tam spojrzałam, nikogo nie było. Nie mogłam dłużej stać. Nabrałam powietrza w płuca i ruszyłam w kierunku drzwi. Przeżyłam chwilę grozy na klatce schodowej, kiedy w połowie drogi zgasło światło. Na szczęście stałam akurat bardzo blisko włącznika i spanikowana od razu go nacisnęłam. Niechcący uruchomiłam też dzwonek do lokalu numer dziesięć. Dzwonek ostro zaterkotał. Westchnęłam. Wszystko dziś szło nie tak. Walczyłam z pokusą ucieczki do domu, ale gdyby Mimoza mnie zauważyła, byłoby głupio. Mimozy nie należało denerwować. Poczekałam, aż uchylą się drzwi, i wymamrotałam przeprosiny do bladego oblicza Marii Mizońskiej. Nazywałam ją Mimozą po kryjomu, żałując, że nie mogę powiedzieć głośno idealnie pasującego do niej przezwiska. Maria wyglądała jak zwykle, czyli jak zjawa. Biała koszula nocna spływała po jej chudym ciele, siwe, kręcone włosy w nieładzie opadały jej na ramiona, a szyję zasłaniały kościste dłonie o długich palcach.

– O co chodzi, o co chodzi? – spytała cicho. – Tak późno, tak późno...

Znów przeprosiłam. Mimoza powtarzała każde zdanie, może i ode mnie oczekiwała tego samego. Kiedyś ponoć była zupełnie normalna, nawet piękna, jak wyjaśnił mi ojciec, rumieniąc się przy tym. Niestety mąż pijak pięścią nadwyrężał jej urodę. Maria pracowała w bibliotece szkolnej i straszyła dzieciaki siniakami na twarzy. Mimo krzyków i codziennych awantur uparcie obwiniała się o zbytnią niezdarność, a wszyscy przytakiwali i udawali, że wierzą, iż wpadła na szafkę lub spadła ze schodów, w rzekome zawroty głowy, przez które nagminnie się przewracała. Czasem nawet bezczelnie doradzali wizytę u specjalisty od tego typu zaburzeń, a najodważniejsi sugerowali to jej mężowi. Ten dziękował za rady i mówił, że musi „wziąć się” za żonę, bo ona o siebie nie dba i nie wie, co dla niej dobre. Mąż za to wiedział, czego Mimoza potrzebuje – podbitych oczu. Jego agresja przybierała najobrzydliwszą z form, bo kierował ją jedynie ku słabej żonie. Wobec innych zachowywał się grzecznie i ulegle. Jeździł jako kierowca w pogotowiu i ponoć był lubiany przez kolegów. Mój ojciec lubił ją i szanował, zawsze uprzejmie zamieniał kilka słów na korytarzu. Potem mamrotał coś o biednej Marii i jej trudnym życiu. Spytałam go kiedyś, czemu nie odeszła od męża. Nie patrząc na mnie, odparł, że miała nadzieję, iż on się zmieni, jakby cokolwiek wiedział o jej nadziejach. Może zresztą wiedział więcej, niż mi się wydawało. Płonna to musiała być nadzieja, bo pewnego razu pijany jak bela mąż Mimozy runął z balkonu i zginął na miejscu. Wydarzyło się to późnym wieczorem. Pamiętam wrzaski, jakie obudziły mnie ze snu, wyjącą karetkę pogotowia i policjantów tupiących na schodach po nocy. Według Mimozy to ona go zabiła, ale albo nikt w to nie uwierzył z racji jej wątłej postury, albo nie chciał uwierzyć, by ofiarować w ten sposób biedaczce nowe życie. Nie przyjęła jednak tego daru. Krzyczała, że powinni zabrać ją do więzienia i przykuć łańcuchami do ściany. Takie bzdury, jakby nasze więzienia przypominały te z XVIII wieku. Moim zdaniem przeniosła się w czasy swoich ulubionych bohaterów, galerników, więźniów, którzy trafili na katorgę za kradzież chleba dla umierających z głodu dzieci, i było jej z tym dobrze, ale mnie, dziesięciolatki, nikt nie pytał o zdanie. Nikt też nie zauważył, kiedy przekroczyła granicę między życiem w piekle a piekłem samym w sobie, czyli tym, co zostało w jej głowie. Zamiast odetchnąć, oddała się rozpaczy, płacząc za oprawcą i pogrążając się w dziwnym niebycie. Przestała pracować w bibliotece, co wcześniej wydawało się sprawiać jej przyjemność. Siedziała głównie w domu albo chodziła na długie spacery bez celu po okolicznych osiedlach, czasem też koło naszej szkoły. Zagadywała wtedy do nas, sypała cytatami literackimi, tradycyjnie je powtarzając, lub po prostu mamrotała coś pod nosem. Udawałam, że jej nie znam, by dzieciaki nie śmiały się z niej jeszcze bardziej i nie zaczęły śmiać się ze mnie. Mimoza jednak nie wydawała się tym urażona. Nikt nie wiedział, z czego żyła, listonosz nie przynosił jej żadnej renty, emerytura, jeśli taką miała, musiała być groszowa. Mimo to jej mieszkanie, do którego czasem wnosiłam ciężkie zakupy, było zadbane i zupełnie ładnie urządzone. W dzieciństwie wyobrażałam sobie, że Mimoza nas śledzi i gdybym zrobiła coś złego, wydałaby mnie policji i przez nią trafiłabym do więzienia. To dziwne, że niechcący zadzwoniłam właśnie do jej drzwi.

– Nie szkodzi, nie szkodzi – powiedziała. – Nie spałam, nie spałam. Wychodziłam, wychodziłam.

Mimozę też zamierzałam opisać w mojej przyszłej książce. Teraz jednak nie chciałam z nią rozmawiać, tylko odejść, ale ona złapała mnie za rękę.

– Nie wstyd ci, nie wstyd ci? – spytała.

Znieruchomiałam. Miała rację, było mi bardzo wstyd z powodu tego, co się stało, tylko ta nieszczęśnica nie mogła wiedzieć o tamtym zdarzeniu. Po prostu zaniepokoiłam ją dzwonkiem, i tyle.

– Bardzo, proszę pani, ale jak już tłumaczyłam, to niechcący. Przecież pani powiedziała, że nic nie szkodzi... Naprawdę przepraszam za wciśnięcie pani dzwonka.

– Pankracy chciał ją uratować, Pankracy chciał ją uratować...

Pankracy czyli Pikuś Don Kichot. Mimoza i on trzymali jakąś dziwną sztamę, jakby przyciągała ich własna nienormalność. Pikuś nie mówił, mamrotał jedynie albo co najwyżej wydawał z siebie: „uhhuuu”. Wszystko jednak rozumiał, nawet skomplikowane komunikaty, sama porozumiewałam się z nim bez problemów.

– Przepraszam panią jeszcze raz, ale muszę już iść. Pankracego nie ma w domu.

– Poszedł ją ocalić, poszedł ją ocalić...

Kiedy nie widział mnie nikt z kolegów ani sąsiadów, zamieniałam z nią kilka słów i przyjmowałam zaproszenie na herbatę. Poświęcałam jej trochę czasu, podobnie jak Pikusiowi, jego próbom walki z wiatrakami niemocy słownej, od której wzięło się jego przezwisko. Dziś jednak nie miałam najmniejszej ochoty prowadzić studiów osobowościowych i zapamiętywać tego, co mogłabym kiedyś wykorzystać w książkach. Prawdę mówiąc, Mimoza denerwowała mnie dziwnymi tekstami, a brak Pikusia w oknie rozczarował. Nie chciałam się też zastanawiać, kogo to mieliby ocalić.

– Wszystko jest w porządku, pani Mario – rzuciłam stanowczo i poszłam na górę.

Od progu musiałam wysłuchać tyrady mamy na temat „znikania na cały wieczór, kiedy trzeba lekcje odrobić”. Nawet nie próbowałam dla niepoznaki kłamać, co druhna drużynowa powiedziała, i modliłam się, by mama nie zaczęła dociekać, czemu na zbiórkę harcerską nie włożyłam mundurka.

– A co ty taka cicha jesteś? – dopytywała się. – Może chora? Chodzisz bez czapki, a potem chorujesz i opuszczasz lekcje.

– Nie chodzę bez czapki – zaprotestowałam słabo. – Nie jestem chora.

Czułam się coraz gorzej. Ciepło domu zamiast dawać mi poczucie bezpieczeństwa, sprawiło ból. Suche, gorące powietrze wdzierało mi się do płuc i wysuszało wnętrzności na wiór.

– Najgorsze to, że w komunikacji miejskiej same prychające i kichające osoby – utyskiwała mama. – Nikt ust nie zasłania, kaszlą, rozsiewają te wirusy, bakterie i inne paskudztwa, a potem dzieci chorują.

– Nie korzystam z komunikacji miejskiej – przypomniałam jej.

Do szkoły chodziłam piechotą, do Warszawy nie jeździłam, chociaż pociąg dojeżdżał tam w czterdzieści minut. Nie miałam czego szukać. Może mówiła o sobie? Ona codziennie dojeżdżała pociągiem do stolicy, potem przesiadała się na autobus. Pracowała w redakcji kolorowych gazetek, od niedawna goszczących w kioskach – pełnych historii o kobietach, które odzyskały radość życia, schudły piętnaście kilo bądź wydały córki za milionerów albo mężczyzn, którzy łapali wielkie szczupaki, sadzili świerki w ogródkach czy na starość komponowali piosenki. Mama zajmowała się redagowaniem kolumn poradnikowych. Wcześniej pracowała jako korektorka w „Sztandarze Młodych”, teraz awansowała i na wielkich komputerach pisywała głupiutkie tekściki o tym, jak przytulanie się do pnia lipy może poprawić pracę nerek. Finansowo nam się jednak poprawiło, więc nie było co narzekać.

– Mogłaś się zarazić od kogoś ze szkoły. Matki posyłają chore dzieciaki na lekcje, żeby nie opuszczały, a potem wszyscy chorują – upierała się mama.

Rzeczywiście czułam się chora. Bolało mnie całe ciało. Najchętniej rzuciłabym w kąt Gustawa-Konrada i poszła spać. Powieki same mi się zamykały.

– Zmierz gorączkę. – Podała mi termometr.

Wsadziłam go posłusznie pod pachę, zaklinając, by wskazał jak najwyższą temperaturę. Mogłabym nie iść do szkoły, nie spoglądać w oczy Julii i darować sobie rozmowę z Renatą o tym, że nie będę z nią siedziała. No i nie musiałabym pisać wypracowania.

– Całe szczęście – mama odetchnęła z ulgą. – 36,6 stopnia. Na wszelki wypadek dam ci jednak lekarstwo.

– Muszę napisać jeszcze wypracowanie.

– Skoro musisz... – westchnęła. – Masz zjeść, słyszysz? Nie ucz się głodna.

Lubiłam o niej myśleć jako o pisarce, chociaż w jej pisaniu widziałam tylko żałosny substytut, namiastkę tego, co ja chciałam pisać w przyszłości. Wyobrażałam sobie jednak, że kiedy już stworzę opowiadanie albo najlepiej od razu powieść, to mama postawi przecinki, rzuci kilka zasadnych uwag, a mój tekst ze świetnego stanie się genialny. Cóż ona była winna, że w jej wieku chciało ją tylko pismo publikujące artykuły o tym, iż wystarczy wlewać do kąpieli trzy krople olejku cytrynowego, by zmienić swoje życie na lepsze?

Zjadłam bez protestów dwie kanapki z serem, popiłam herbatą i łyknęłam rozpuszczoną aspirynę. Przynajmniej dostałam prawdziwe lekarstwo, a nie jakąś mieszankę czosnku z ziołem, którego nazwy nie umiałabym wymówić. Romantyczne cechy Gustawa-Konrada opisałam byle jak, nie dbając ani o inwencję, ani o dobry styl. Trudno. Mama nie zaproponowała poprawiania tekstu, a i ja o to nie prosiłam. Poza tym nie miałam czasu napisać tego na brudno. Robiło się coraz później, a ja czułam się senna. Chociaż zawsze tak bardzo się starałam, Pakuła stawiała mi tróję albo co najwyżej czwórkę z minusem. Chciałam iść na polonistykę i zostać powieściopisarką, a ona rzucała mi w twarz, że jestem przeciętna i nigdy niczego spektakularnego nie osiągnę. Im ciężej pracowałam, tym gorzej mnie traktowała. Ani razu nie pochwaliła, choć czytałam nie tylko lektury szkolne i nie poprzestawałam na opracowaniach książek. Moja niechęć i wstyd wobec tego, co się stało, nagle znalazły ujście – to wszystko wina Pakuły! Justyna zaprosiła mnie do babskiego klubu, bo okazałam się lepsza od niej z polskiego. Nie było innego powodu. Gdybym nie starała się tak na lekcjach, nie pisała godzinami wypracowań, nie przepisywała ich kilka razy, nie poszłabym na strych, a teraz nie siedziałabym w domu z głową pełną myśli o Julii. Jak ja nienawidzę tej Pakuły, nakręcałam się, a cechy charakteru Konrada skakały mi przed oczami. Prawdę mówiąc, z chęcią napisałabym, że romantyczny bohater to kretyn, egoista pozbawiony wyobraźni, egzaltowany idiota niepotrafiący racjonalnie myśleć. Wyobrażałam sobie, jak Pakuła to czyta i łapie się za serce, ale nie może obniżyć mi oceny, bo przecież uzasadniłam każdą tezę. Wredna larwa, pokażę jej jeszcze. Napiszę książkę, którą kupi milion osób, i wyślę jej z autografem, jeśli oczywiście jeszcze będzie żyła, stara, wredna nietoperzyca.

– Marzenka, co się z tobą dzieje? – Mama potrząsnęła mnie za ramię.

Musiałam zasnąć. Stali obok z ojcem – ona z zatroskaną miną, on jak zwykle skrzywiony, niezadowolony ze mnie.

– Te zbiórki harcerskie – powiedział i pokręcił głową. – Jest zimno. Czy naprawdę musicie biegać po mieście i narażać się na przeziębienie?

Nie odpowiedziałam.

– Może ty jednak nie idź jutro do szkoły?

Mruknęłam coś. Mogła mi to wcześniej zaproponować, zamiast wygadywać o bakteriach w autobusach. Teraz, kiedy napisałam wypracowanie, to bez łaski, pomyślałam i poszłam spać, umywszy ledwie zęby i twarz.

* * *

* * *

To znów się stało, a ja nic, ale to nic nie mogłam na to poradzić. Bezradnie patrzyłam, jak dawne lęki i pragnienia ponownie obejmują nad nim władzę. Nic nie powiedział, jednak w jego spojrzeniu już dawno wyczytałam, że chce to zrobić, co więcej, już wie, jak tego dokona. Już przeszedł na mroczną stronę. Zło wróci i rozpanoszy się między nami, siejąc spustoszenie. Nie przyszedł, nie złożył głowy na moich kolanach, jak wtedy, i nie wyznał, że jest gotowy. Wiedziałam dlaczego. Wtedy mu nie pozwoliłam. Stanęłam między nim a demonem, który go dręczył, i przepędziłam. Tak po prostu. Nie był mi wdzięczny, choć uratowałam mu życie, ocaliłam go. Teraz miałam nic nie wiedzieć, a jednak nie mógł mnie oszukać. Wiedziałam, o czym myśli. Chciał zrealizować swój plan. Widziałam to w jego oczach za każdym razem, gdy uciekał przed moim wzrokiem, rzucał coś obojętnego, pozornie niezwiązanego z tą sprawą, próbował mnie unikać. To się zbliżało, a ja nie umiałam nic na to poradzić. Robisz dobrze, niemal słyszałam jego myśli, robisz dobrze. Dokończ swoje dzieło, a ja cię usprawiedliwię i obronię.

Będę go obserwowała, póki mi starczy czasu. Nie wolno mi spuścić go z oczu. Muszę za wszelką cenę chronić moich bliskich, chociaż tak bardzo się go boję. Nie wolno mi stracić czujności.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stulecie Winnych. Opowiadania Kości proroka Ostatnia chowa klucz Tam, gdzie urodził się Orfeusz Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer