Strach mędrca. Tom 1

Strach mędrca. Tom 1

Autorzy: Patrick Rothfuss

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 676

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 31.92 zł

"Świat fantasy ma nową gwiazdę" - Publishers Weekly.

Mędrzec obawia się tylko trzech rzeczy: morza w czasie sztormu, nocy bez księżyca i furii człowieka łagodnego.

Oto ciąg dalszy epickich przygód Kvothe’a, który w zaciszu gospody mierzy się ze swoją legendą. Opowieść o jego wczesnej młodości, wstąpieniu do Akademii i stawaniu tam pierwszych kroków – powoli zaczyna nabierać głębszych barw. Zdecydowany nauczyć się magii imion bohater próbuje przekonać do siebie mistrza Elodina. Sukces rodzi jednak zazdrość, a jego wrogowie, przede wszystkim Ambrose, nie śpią. Goniąc za Chandrianami, w pragnieniu zemsty, Kvothe gubi gdzieś niewinność.

Przed wami odsłona druga Kronik Królobójcy.

„Patrick Rothfuss po niesamowitym debiucie zajął pewne miejsce na scenie głównych pisarzy gatunku fantasy i może kontynuować walkę bez żadnej rozgrzewki. Jordan i Goodkind powinni zacząć się nerwowo oglądać przez ramię!” - Kevin J. Anderson

„W tej książce żadne słowo nie jest zbędne. […] Jeśli jesteś czytelnikiem fantasy lub po prostu potrafisz docenić dzieło o naprawdę epickim rozmachu – nie przegap tej książki” - Orson Scott Card

Patrick Rothfuss (ur. 1973) studiował m.in. chemię, psychologię i literaturę angielską. Jest wykładowcą akademickim w Wisconsin. Gdy nie czyta (nałogowo) i nie pisze, marnuje czas na gry komputerowe i eksperymenty z formułami alchemicznymi.

Podziękowania

Dla:

– cierpliwych fanów za czytanie mojego blogu i zapewnianie mnie, że tym, czego naprawdę oczekują, jest znakomita książka, nawet jeśli jej napisanie potrwa nieco dłużej;

– moich bystrych recenzentów wewnętrznych za nieocenioną pomoc i wyrozumiałość wobec mojej obsesyjnej skrytości;

– wspaniałego agenta za utrzymywanie wilków – na wszelkie możliwe sposoby – z dala od mojego progu;

– mądrego wydawcy za danie mi czasu i przestrzeni na napisanie książki, która napawa mnie dumą;

– kochającej rodziny za wsparcie i przypominanie mi, że warto co jakiś czas wyjść z domu;

– mojej wyrozumiałej dziewczyny za to, że nie odeszła ode mnie, kiedy stres wywołany niekończącymi się poprawkami czynił mnie nieznośnym i szorstkim w obyciu;

– mojego kochanego dziecka za miłość do ojca, chociaż wciąż muszę odchodzić i pisać. Nawet wtedy, gdy naprawdę wspaniale się bawimy. Nawet wtedy, gdy rozmawiamy o kaczkach.

Prolog

Cisza na trzy instrumenty

Nadchodził świt. Karczmę „Ostaniec” spowijała cisza, i była to cisza rozpisana na trzy instrumenty.

Najbardziej oczywiste było przepastne, dudniące pustką echo wywołane przez to, czego brakowało. Gdyby srożyła się burza, krople deszczu spadałyby i bębniły na pnączach selas za gospodą. Grom zamruczałby, przetoczył się i pognał ciszę wzdłuż drogi niczym opadłe jesienne liście. Gdyby w pokojach wiercili się podróżni, rozciągnęliby ciszę, przeganiając ją pomrukami jak na wpół zapomniane, rwące się sny. Gdyby grała muzyka… ale nie, oczywiście, że nie było żadnej muzyki. Tak naprawdę nic z tego nie miało miejsca, w związku z czym cisza trwała.

Wewnątrz „Ostańca” ciemnowłosy mężczyzna uchylił tylne drzwi i zamknął je za sobą. Poruszając się w absolutnej ciemności, przeszedł chyłkiem przez kuchnię, potem przez salę szynku i zszedł po piwnicznych schodach. Ze swobodą wynikającą z długiego doświadczenia omijał luźne deski, które mogłyby skrzypnąć pod jego ciężarem. Każdemu krokowi po podłodze odpowiadał jedynie ledwo słyszalny stuk. Mężczyzna, postępując tak, dodawał swoją małą, ukradkową ciszę do tej głębszej, dudniącej echem. Razem tworzyły swego rodzaju amalgamat, kontrapunkt.

Trzeciej ciszy nie dawało się łatwo uchwycić. Gdyby słuchać wystarczająco długo, można by ją zacząć wyczuwać w chłodzie szyb okiennych i gładkim tynku ścian pokoju oberżysty. Kryła się w wielkiej skrzyni w nogach twardego i wąskiego łóżka. I w dłoniach leżącego na nim nieruchomo mężczyzny, wyczekującego pierwszych bladych oznak jaśniejącego świtu.

Miał ogniście rude włosy. Oczy ciemne i zapatrzone w dal, i spowijała go aura rezygnacji charakterystyczna dla człowieka, który dawno temu porzucił wszelką nadzieję na sen.

„Ostaniec” należał do niego, tak jak i trzeci rodzaj ciszy. To było właściwe, gdyż ze wszystkich trzech była to najgłębsza cisza, obejmująca dwie pozostałe. Była przepastna i rozległa jak schyłek jesieni. Ciężka niczym ogromny rzeczny otoczak. Był to cierpliwy, przekwitły oddech człowieka czekającego na śmierć.

Rozdział 1

Jabłko i czarny bez

Bast, znudzony, opierał się niedbale o długi mahoniowy bar.

Rozejrzał się po pustym pomieszczeniu, westchnął i przez chwilę gmerał wokół siebie, póki nie znalazł czystej lnianej szmatki. Potem, z rezygnacją w oczach, zabrał się do polerowania kontuaru.

Po chwili schylił się i zerknął zezem na jakąś ledwo widoczną plamkę. Poskrobał ją i zmarszczył brwi na widok tłustej smugi, pozostawionej przez jego palec. Pochylił się niżej, chuchnął na blat baru i potarł energicznie. Zawahał się, jeszcze raz chuchnął mocno i napisał na zaparowanym drewnie nieprzyzwoite słowo.

Odrzuciwszy szmatkę, Bast minął wolne stoliki i krzesła i podszedł do szerokich okien oberży. Stał tam dłuższą chwilę i patrzył na gruntową drogę, biegnącą środkiem miasteczka.

Westchnął ponownie i zaczął chodzić po pomieszczeniu. Poruszał się z niedbałą gracją tancerza, doskonałą nonszalancją kota. Kiedy jednak przeczesał dłońmi ciemne włosy, gest był pełen niepokoju. Niebieskie oczy biegały bez końca po izbie, jakby poszukiwały drogi ucieczki. Jakby szukały czegoś, czego nie widziałyby już setki razy.

Nie było tam jednak niczego nowego. Puste stoły i niezajęte krzesła. Wolne stołki przy barze. Na blacie za kontuarem majaczyły dwie olbrzymie beczki, jedna na whisky, druga na piwo. Między nimi obszerna kolekcja butelek – wszelkie kształty i kolory. Nad flaszkami wisiał miecz.

Wzrok Basta ponownie padł na butelki. Mężczyzna skupił na nich uwagę na długą, pełną namysłu chwilę, a potem poszedł za bar, skąd przyniósł ciężki gliniany kufel.

Wziąwszy głęboki wdech, wycelował palec w pierwszą flaszkę w dolnym rzędzie i śpiewnie zaczął recytować pod nosem wyliczankę.

Klon. Gaik malowany.

Łap i bierz.

Popiół i żar.

Czarny bez.

Skończył nucić, wskazując palcem przycupniętą, zieloną flaszkę. Wykręcił z niej korek, wziął na próbę łyk, po czym skrzywił się i wzdrygnął. Odstawił szybko butelkę, a zamiast niej podniósł czerwoną i obłą. Z niej także pociągnął łyk, potarł z namysłem jedną wargą o drugą, skinął głową i chlupnął szczodrą porcję do swego kufla.

Wełniana. Kobieta.

Nocny księżyc.

Okno. Wierzba.

Światło świec.

Tym razem wypadło na przejrzystą butelkę, zawierającą alkohol żółtego koloru. Bast wyszarpnął korek i chlusnął zdrowo do kufla, nie zawracając sobie głowy próbowaniem. Odstawiając flaszkę, podniósł kubek i zakręcił nim teatralnie w powietrzu, po czym pociągnął długi łyk. Uśmiechnął się promiennie, pstryknął palcem w butelkę, aż zadźwięczała cicho, i podjął swoją melorecytację.

Beczka. Jęczmień.

Kamień i klepka.

Wiatr i woda…

Skrzypnęła deska podłogi, Bast podniósł wzrok, uśmiechając się pogodnie.

– Dzień dobry, Reshi.

Rudowłosy oberżysta stał u podnóża schodów. Dłońmi o wysmukłych palcach przeciągnął po czystym fartuchu z długimi rękawami.

– Czy nasz gość już się obudził?

Bast pokręcił głową.

– Ni słychu, ni dychu.

– Przeżył parę ciężkich dni – rzekł Kote. – Prawdopodobnie dopadło go to. – Zawahał się, po czym podniósł głowę i poniuchał. – Piłeś? – Pytanie wyrażało raczej ciekawość niż oskarżenie.

– Nie – odparł Bast.

Karczmarz uniósł brew.

– Smakowałem – powiedział Bast z naciskiem. – Smakowanie poprzedza picie.

– Aha – rzekł karczmarz. – Sposobiłeś się zatem do picia, co?

– Mali bogowie, tak – odparł Bast. – I to ostrego. Co innego można tutaj robić, do diabła? – Wyjął spod baru kufel i zajrzał do niego. – Liczyłem na czarny bez, ale zamiast tego dostało mi się coś o smaku melona. – W zamyśleniu zakręcił naczyniem. – Cynamon? – zapytał, spoglądając na rząd butelek. – Czy my w ogóle mamy jeszcze czarny bez?

– Jest tam gdzieś – powiedział oberżysta, nie zadając sobie trudu, by spojrzeć na flaszki. – Przestań na chwilę gadać i posłuchaj mnie, Bast. Musimy porozmawiać o tym, co zrobiłeś zeszłej nocy.

Bast zamarł.

– A co zrobiłem, Reshi?

– Powstrzymałeś to stworzenie z Mael – przypomniał Kote.

– Och. – Bast się odprężył. – Tylko je spowolniłem, Reshi, to wszystko.

Kote pokręcił głową.

– Zrozumiałeś, że to nie jest żaden szaleniec. Usiłowałeś nas ostrzec. Gdybyś nie był taki rączy w biegu…

Bast się nachmurzył.

– Nie byłem dość szybki, Kote. Dopadł Shepa. – Spojrzał na wyszorowane porządnie deski podłogi obok baru. – Lubiłem go.

– Wszyscy inni będą uważać, że to czeladnik kowalski nas ocalił – powiedział Kote. – Przypuszczalnie tak będzie najlepiej. Ale ja znam prawdę. Gdyby nie ty, to stworzenie zarżnęłoby nas wszystkich.

– Och, Reshi, to nieprawda – zaoponował Bast. – Zabiłbyś je jak kurczaka. Ja tylko pierwszy je dopadłem.

Oberżysta zbył ten argument wzruszeniem ramion.

– Wypadki zeszłej nocy zmusiły mnie do namysłu – powiedział. – Do zastanowienia się, co moglibyśmy uczynić dla poprawienia bezpieczeństwa w okolicy. Słyszałeś kiedykolwiek Polowanie Białych Jeźdźców?

Bast uśmiechnął się.

– To była nasza pieśń, zanim jeszcze stała się twoją, Reshi.

Zaczerpnął tchu i zaśpiewał przyjemnym dla ucha tenorem:

Koni białych jak śnieg dosiadali,

Srebrne ostrze i z białego rogu łuk.

Świeże i wiotkie gałązki nad czołami nosili,

Czerwono-zielony buk.

Karczmarz skinął głową.

– Właśnie tę zwrotkę miałem na myśli. Mógłbyś tego dopilnować, podczas gdy ja zajmę się przygotowaniami?

Bast skinął z entuzjazmem głową i praktycznie wyprysnął ze swojego miejsca, po czym zatrzymał się tuż za kuchennymi drzwiami.

– Nie zaczniesz beze mnie? – zapytał niespokojnie.

– Zaczniemy, gdy tylko nasz gość będzie nakarmiony i gotowy – odparł Kote. Widząc jednak minę swego młodego ucznia, ustąpił nieco. – W związku z tym wyobrażam sobie, że masz godzinę lub dwie.

Bast zerknął za drzwi i obejrzał się ponownie.

Na twarzy karczmarza zamigotało rozbawienie.

– A jeśli cię tutaj nie będzie, zawołam cię, zanim zaczniemy. – Ręką wykonał ruch, jakby strzelał. – Idź już.

Mężczyzna, który sam siebie nazywał Kote, zajął się swoimi rutynowymi czynnościami w oberży „Ostaniec”. Poruszał się niczym werk zegarka, jak wóz toczący się drogą o dobrze wyżłobionych koleinach.

Na pierwszy ogień poszedł chleb. Kote wymieszał dłońmi mąkę z cukrem i solą, nie przejmując się odmierzaniem składników. Dołożył nieco zaczynu z glinianego dzbanka w spiżarni, ugniótł ciasto, potem uformował bochenki i zostawił je, by wyrosły. Wybrał popiół z pieca w kuchni i rozniecił ogień.

Później ruszył do ogólnej izby i rozpalił ogień w czarnym kamiennym kominku, wymiótłszy popiół z obszernego paleniska pod północną ścianą. Napompował wody, umył ręce i przyniósł z piwnicy kawałek baraniny. Naciął świeżych szczapek na rozpałkę, przyniósł drewno, poklepał rosnący chleb i przysunął go bliżej ciepłego już pieca.

I wtedy, niespodziewanie, nie było już nic więcej do roboty. Wszystko było gotowe. Czyste i uporządkowane. Rudowłosy mężczyzna stał za kontuarem, jego nieobecne spojrzenie wracało z wolna do tu i teraz, skupiając się na samej oberży.

Wzrok Kote’a spoczął na mieczu, wiszącym na ścianie nad butelkami. Nie był to jakiś szczególnie piękny egzemplarz oręża, niezbyt zdobny ani przyciągający spojrzenie. Był w pewien sposób groźny. Tak jak niebezpieczne jest wysokie urwisko. Był szary, nieskalany i zimny w dotyku. Ostry jak odłamek szkła. W czarnym drewnie mocującej go deski wyrżnięto pojedyncze słowo: Szaleństwo.

Karczmarz usłyszał ciężkie kroki na drewnianym podeście na zewnątrz. Skobel drzwi zagrzechotał hałaśliwie, po czym dało się słyszeć głośne „Halooo” i walenie w drzwi.

– Chwileczkę! – zawołał Kote.

Pośpieszywszy do frontowego wejścia, przekręcił ciężki klucz w lśniącym, mosiężnym zamku.

Graham stał, unosząc grubą rękę w geście pukania. Na widok oberżysty jego zniszczoną twarz przeciął na dwoje uśmiech.

– Bast jak zwykle otwiera za ciebie? – zapytał.

Kote uśmiechnął się wyrozumiale.

– To dobry chłopak – powiedział Graham. – Tylko nieco rozdygotany. Myślałem, że możesz mieć dzisiaj zamknięte. – Odchrząknął i zerknął na swoje stopy. – Zważywszy na wczorajsze, nie byłbym zaskoczony.

Kote włożył klucz do kieszeni.

– Otwarte, jak zawsze. Co mogę dla ciebie zrobić?

Graham odstąpił od drzwi i kiwnął głową w stronę ulicy, gdzie na stojącym w pobliżu wozie znajdowały się trzy beczki – nowe, z jasnego polerowanego drewna, opasane metalowymi obręczami.

– Zeszłej nocy wiedziałem, że nie zasnę, więc zbiłem dla ciebie ostatnią. Poza tym słyszałem, że Bentonowie wpadną tu dzisiaj z pierwszymi zimowymi jabłkami.

– Jestem ci wdzięczny.

– Dobre i szczelne, więc przetrzymają zimę. – Graham podszedł do beczek i postukał z dumą kłykciami w bok jednej z nich. – Nie ma nic lepszego ponad zimowe jabłko, żeby zapić głód. – Podniósł wzrok z błyskiem w oku i ponownie postukał w bok beczki. – Zapić? Kapujesz?

Kote jęknął z cicha, masując twarz.

Graham zachichotał i przesunął dłonią po jasnych metalowych obejmach.

– Nigdy dotąd nie zrobiłem beczki z mosiężnymi obręczami, ale te wyszły nieźle. Najlepiej, jak tylko mogłem się spodziewać. Daj mi znać, gdyby się rozszczelniły. Zajmę się tym.

– Cieszę się, że to nie było zbyt kłopotliwe – powiedział karczmarz. – Piwnica zawilgła. Obawiam się, że żelazo zardzewiałoby w ciągu paru lat.

Graham skinął głową.

– To dość rozsądnie – przyznał. – Mało kto myśli długoterminowo. – Zatarł dłonie. – Pomógłbyś mi? Nie chciałbym porysować ci podłóg, gdybym upuścił którąś.

Zabrali się do roboty. Dwie beczki z mosiężnymi obejmami powędrowały do piwnicy, trzecią zaś wtoczyli za bar, przez kuchnię i do spiżarni.

Potem wrócili do ogólnej izby, każdy na swoją stronę kontuaru. Graham rozglądał się po pustym szynku. Przy barze było o dwa stołki mniej i puste miejsce, w którym powinien stać stół. W wysprzątanej sali rzucało się to w oczy tak jak brakujący ząb w ustach.

Prześliznął się wzrokiem po wyszorowanym kawałku podłogi przy szynkwasie i sięgnął do kieszeni, skąd wyjął dwa matowe żelazne szelągi, przy czym jego dłoń prawie nie drżała.

– Podaj mi małe piwo, co, Kote? – poprosił ochrypłym głosem. – Wiem, że jest wcześnie, ale mam przed sobą długi dzień. Pomagam Murrionom zwieźć ich pszenicę.

Oberżysta nalał piwo i podał je w milczeniu. Graham wypił połowę jednym haustem. Obwódki oczu miał zaczerwienione.

– Kiepska sprawa zeszłej nocy – odezwał się, nie patrząc karczmarzowi w oczy.

Kote skinął głową. Kiepska sprawa zeszłej nocy. Całkiem możliwe, że to okaże się wszystkim, co Graham będzie miał do powiedzenia na temat śmierci człowieka, którego znał całe życie. Ci ludzie byli ze śmiercią za pan brat. Zabijali własny żywy inwentarz. Umierali na skutek gorączki, upadków lub gnicia połamanych kości. Śmierć była niczym uciążliwy sąsiad. Nie mówiło się o nim ze strachu, że mógłby usłyszeć i złożyć ci wizytę.

Pomijając opowieści, oczywiście. Historie o otrutych królach, pojedynkach i dawnych wojnach były jak najbardziej na miejscu. Ubierali śmierć w zamorskie stroje i odsyłali ją precz od swojego progu. Zapłon sadzy w kominie lub kaszel błoniczy budziły przerażenie, ale proces Gibei lub oblężenie Enfast były czymś zupełnie innym. Opowieści przypominały modlitwy, zaklęcia mruczane późno w nocy, kiedy idziesz samotnie w ciemności. Historie były jak półgroszowe amulety kupowane od domokrążcy, bo licho nie śpi.

– Jak długo ten skryba zamierza tutaj zostać? – zapytał po chwili Graham głosem, który zadudnił w jego kuflu. – Doprawdy, nigdy wcześniej o tym nie myślałem, ale może powinienem coś spisać, tak na wszelki wypadek. – Nachmurzył się lekko. – Mój staruszek nazywał je zawsze papierami zrzeczeniowymi. Nie pamiętam, jak się naprawdę nazywają.

– Jeśli chodzi wyłącznie o twoje dobra, którymi trzeba się zająć, to jest to rozporządzenie własnością – podpowiedział rzeczowo karczmarz. – Gdy dotyczy innych rzeczy, nazywa się mandamus lub oświadczenie woli.

Patrząc na oberżystę, Graham uniósł brew.

– Tak w każdym razie słyszałem – rzekł Kote, spuszczając wzrok i polerując bar czystą, białą szmatką. – Skryba wspomniał coś w tym guście.

– Mandamus… – mruknął Graham do wnętrza kufla. – Chyba poproszę go po prostu o jakieś dokumenty spadkowe i pozwolę mu je uwierzytelnić tak, jak uzna za stosowne. – Skinął na karczmarza. – Przypuszczam, że nie jestem jedyny. Inni będą prawdopodobnie chcieli czegoś podobnego, skoro nastały takie czasy.

Przez chwilę zdawało się, że Kote marszczy gniewnie twarz. Ale nie, nie zrobił nic podobnego. Stojąc za barem, wyglądał tak samo jak zawsze, z wyrazem łagodności i sympatii na obliczu. Skinął lekko głową.

– Wspomniał, że rozłoży swój kramik koło południa – powiedział. – Był trochę zdenerwowany wydarzeniami zeszłej nocy. Jeśli ktokolwiek pojawi się wcześniej niż w południe, to podejrzewam, że się rozczaruje.

Graham wzruszył ramionami.

– To bez znaczenia. Tak czy inaczej, przed lunchem w miasteczku nie będzie więcej niż dziesięć osób. – Pociągnął kolejny łyk piwa i wyjrzał przez okno. – Dzisiaj jest dzień prac polowych, to jedno jest pewne.

Zdawało się, że karczmarz rozluźnił się nieco.

– Jutro też tu będzie. Nie ma potrzeby, żeby wszyscy tłoczyli się dzisiaj. Ktoś ukradł mu konia przy Brodzie Abbota, więc próbuje kupić nowego.

Graham cmoknął współczująco.

– Biedny dupek. Za skarby świata nie znajdzie konia w środku żniw. Nawet Carter nie był w stanie zastąpić Nelly po tym, jak ten pajęczak zaatakował go przy Starokamiennym Moście. – Potrząsnął głową. – To wydaje się nie w porządku, że coś podobnego dzieje się niecałe dwie mile od twojego progu. Dawniej… – Zawiesił głos. – Panie i Pani, mówię jak mój staruszek. – Wysunął podbródek i okrasił głos chrapliwością. – „Dawniej, kiedy byłem chłopcem, pogoda była zawsze w sam raz. Młynarz nie oszukiwał na wadze, a ludzie wiedzieli, że mają pilnować swego nosa”.

Na twarzy oberżysty wykwitł tęskny uśmiech.

– Mój ojciec mawiał, że piwo było lepsze, a na drogach mniej kolein.

Uśmiech Grahama przerodził się szybko w grymas niepokoju. Spuścił wzrok, jakby czuł się niezręcznie w związku z tym, co zamierzał powiedzieć.

– Wiem, że nie pochodzisz stąd, Kote. To trudna sprawa. Niektórzy uważają, że każdy obcy z ledwością wie, jaka jest pora dnia. – Odetchnął głęboko, wciąż nie patrząc karczmarzowi w oczy. – Ja jednak myślę, że wiesz to, o czym inni nie mają pojęcia. Masz coś w rodzaju szerszego spojrzenia. Popatrzył w końcu na karczmarza poważnymi, zmęczonymi oczyma, które były otoczone ciemnymi obwódkami z powodu braku snu. – Czy sprawy mają się tak rozpaczliwie, jak to się ostatnio wydaje? Na drogach jest bardzo niebezpiecznie. Ludzie są okradani i… Z wyraźnym wysiłkiem Graham powstrzymywał się od ponownego spojrzenia na pusty fragment podłogi. – Wszystkie te nowe podatki utrudniają życie. Chłopcy Graydena prawie tracą farmę. Ten pająk. – Pociągnął kolejny łyk piwa. – Czy jest aż tak źle, jak na to wygląda? Czy też zestarzałem się po prostu jak mój ojciec i wszystko smakuje teraz bardziej cierpko niż w czasach mojego chłopięctwa?

Kote przez dłuższą chwilę wycierał bar, jakby nie miał ochoty odpowiedzieć.

– Sądzę, że sprawy zwykle stoją źle, tak czy inaczej – odparł. – Możliwe, że tylko my, starsi, potrafimy to dostrzec.

Graham zaczął kiwać głową, ale zaraz zmarszczka przecięła mu czoło.

– Pominąwszy to, że ty nie jesteś stary, co? Zwykle zapominam o tym. – Obrzucił rudzielca spojrzeniem od stóp do głów. – To znaczy, poruszasz się i mówisz jak starzec, ale nie jesteś taki? Założę się, że jesteś dwa razy młodszy ode mnie. – Zerknął na karczmarza. – Ile ty masz lat w końcu?

Oberżysta obdarzył go zmęczonym uśmiechem.

– Dosyć, by czuć się staro.

– Zbyt młody, by stękać jak dziadek – prychnął Graham. – Powinieneś uganiać się za kobietami i pakować w kłopoty. Zostaw nam, starcom, użalanie się nad tym, że świat się rozregulowuje. – Odepchnął się od baru i odwrócił w stronę drzwi. – Wrócę, żeby pogadać z twoim skrybą, kiedy zrobimy sobie dzisiaj przerwę na lunch. Nie będę sam. Jest sporo ludzi, którzy chcą oficjalnie uporządkować swoje sprawy, kiedy mają po temu okazję.

Karczmarz wziął głęboki wdech, a potem wypuścił wolno powietrze.

– Graham?

Cieśla odwrócił się z ręką na klamce.

– Nie tylko ty to widzisz – powiedział Kote. – Sprawy mają się źle, a przeczucie mówi mi, że będzie jeszcze gorzej. Nie zaszkodzi się przygotować na cięższą zimę. I może sprawdzić, czy będzie można się obronić, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Karczmarz wzruszył ramionami. – Tak w każdym razie mówi mi przeczucie.

Usta Grahama utworzyły ponurą kreskę. Skinął poważnie głową.

– Chyba się cieszę, że to nie jest tylko moje przekonanie. Zmusił się do uśmiechu i odwracając się do drzwi, zaczął podwijać rękawy.

– Tak czy inaczej – powiedział na odchodnym – trzeba uporać się z sianem, póki świeci słońce.

Niedługo potem zjawili się Bentonowie z furmanką pełną zimowych jabłek. Karczmarz kupił połowę tego, co mieli, i spędził godzinę na sortowaniu i magazynowaniu owoców. Najzieleńsze i najtwardsze powędrowały do beczek w piwnicy, ostrożnie układane jego delikatnymi dłońmi i otulane trocinami przed zabiciem pokryw. Te prawie dojrzałe znalazły swoje miejsce w spiżarni, a wszystkie obite lub z brązowymi plamkami zostały skazane na los jabłek winnych, poćwiartowane i wrzucone do wielkiej blaszanej balii.

Sortując i pakując, rudowłosy mężczyzna wydawał się zadowolony. Gdyby jednak przyjrzeć się uważniej, można by zauważyć, że podczas gdy jego ręce pozostawały zajęte, wzrok błądził gdzieś daleko. I chociaż wyraz twarzy oberżysta miał spokojny, nawet miły, nie było w nim radości. Pracując, nie pomrukiwał ani nie pogwizdywał. Nie śpiewał.

Kiedy przebrał wszystkie jabłka, wyniósł metalową balię przez tylne drzwi do małego cienistego ogródka. Kote wsypał poćwiartowane jabłka do drewnianej prasy winnej i zakręcił korbą, aż pokrywa zaczęła stawiać opór.

Podwinął rękawy koszuli powyżej łokci, długimi i pięknymi dłońmi chwycił rączki prasy i pociągnął. Tłok przesunął się po gwincie, najpierw mocno sprasowując jabłka, a potem miażdżąc je. Obrót i ponowny chwyt. Obrót i znów chwyt.

Ktoś z zewnątrz zauważyłby, że pracujący mężczyzna nie ma ciastowatych ramion karczmarza. Kiedy ciągnął drewniany uchwyt, mięśnie jego rąk rysowały się wyraźnie, napięte i skręcone jak liny. Stare blizny przecinały skórę i znikały. W większości były blade i cienkie jak rysy na zimowym lodzie. Inne, czerwone i zaognione, odcinały się wyraźnie na tle jasnej karnacji.

Jedyne odgłosy stanowiły regularne potrzaskiwania drewna i powolne bębnienie cydru spływającego do stojącego poniżej wiadra. Dawało się wyczuć w tym rytm, ale nie było melodii; wzrok karczmarza był zagubiony, a oczy pozbawione radości i tak jasnozielone, że mogły niemal uchodzić za szare.

Rozdział 2

Ostrokrzew

Kronikarz dotarł do podstawy schodów i wkroczył do ogólnej izby „Ostańca”, mając przerzuconą przez ramię płaską skórzaną sakwę. Zatrzymawszy się w przejściu, przyjrzał się rudowłosemu karczmarzowi, pochylającemu się z uwagą nad czymś na ladzie.

Wchodząc do sali, Kronikarz odchrząknął.

– Przepraszam, że spałem tak długo – odezwał się. – To nie jest… – Głos uwiązł mu w gardle, kiedy ujrzał, co znajduje się na kontuarze. – Pieczesz ciasto?

Kote podniósł wzrok znad marszczonego dwoma palcami brzegu wierzchniej warstwy.

– Ciasta – poprawił, kładąc nacisk na liczbę mnogą. – Tak. Dlaczego pytasz?

Kronikarz otworzył usta, lecz zaraz je zamknął. Jego wzrok pobiegł ku wiszącemu mieczowi, szaremu i cichemu na ścianie za barem, i z powrotem ku rudowłosemu mężczyźnie, uważnie rozprowadzającemu wierzchnią warstwę ciasta wzdłuż krawędzi formy.

– Jakie?

– Szarlotkę. – Kote wyprostował się i zrobił trzy równe nacięcia na wierzchu ciasta. – Wiesz, jak trudno upiec dobre ciasto?

– Nie bardzo – przyznał Kronikarz i rozejrzał się nerwowo. – Gdzie jest twój pomocnik?

– Tylko sam Bóg może odgadnąć coś takiego – powiedział oberżysta. – To dosyć trudne. Chodzi mi o pieczenie ciasta. Nie pomyślałbyś nawet, ale jest z tym sporo roboty. Chleb to łatwizna. Zupa to drobnostka. Pudding też. Ale ciasto jest skomplikowane. To coś, czego byś się nigdy nie domyślił, póki byś sam tego nie spróbował.

Kronikarz wyraził zgodę niezdecydowanym skinieniem głowy, sprawiając przy tym wrażenie zagubionego, jeśli chodzi o to, czego by jeszcze można się po nim spodziewać. Strząsnął z siebie torbę i położył ją na pobliskim stole.

Kote wytarł dłonie w fartuch.

– Wiesz, że kiedy wyciśniesz z jabłek sok, to pozostaje miąższ?

– Wytłoczyny?

– Wytłoczyny – potwierdził Kote z głęboką ulgą. – Tak to się nazywa. Co się z nimi robi, kiedy wyciśnie się sok?

– Z winogronowych wytłoczyn można uzyskać słabe wino – odparł Kronikarz. – Albo olej, jeśli masz ich dużo. Jednak wytłoczyny z jabłek są raczej bezużyteczne. Możesz je wykorzystać jako nawóz albo mierzwę, ale w żadnym wypadku nie są zbyt użyteczne. Ludzie wykorzystują je głównie do karmienia bydła.

Kote skinął głową w zamyśleniu.

– Nie wydaje się, żeby je po prostu wyrzucano. Tutaj wszystko wykorzystuje się w taki czy inny sposób. Wytłoczyny. – Wypowiedział to słowo, jakby je smakował. – Niepokoi mnie to od dwóch lat.

– Każdy w miasteczku mógł ci to powiedzieć – zauważył ze zdziwieniem Kronikarz.

Karczmarz zmarszczył brwi.

– Jeśli to jest coś, co wie każdy, to nie mogę sobie pozwolić na pytanie o to – stwierdził.

Rozległ się trzask zamykanych drzwi, a potem przenikliwe, przemieszczające się gwizdanie. Z kuchni wynurzył się Bast, niosąc naręcze kłujących gałęzi ostrokrzewu, zawinięte w białe prześcieradło.

Kote skinął smutno głową i zatarł dłonie.

– Wspaniale. A teraz, jak my…. – Zmrużył oczy. – Czy to są moje najlepsze prześcieradła?

Bast spojrzał na swój tłumok.

– No cóż, Reshi – powiedział wolno. – To zależy. Czy masz jeszcze gorsze prześcieradła?

W oczach karczmarza błysnęła złość i Kote westchnął.

– To chyba nie ma znaczenia. – Sięgnął przed siebie i wyciągnął z wiązki pojedynczą gałąź. – Po co nam to?

Bast wzruszył ramionami.

– Sam nie bardzo mam pojęcie, Reshi. Wiem, że Sithe zwykli nosić na głowach korony z ostrokrzewu, kiedy polowali konno na tancerzy skóry…

– Nie możemy się szwendać po okolicy w koronach z ostrokrzewu – powiedział Kote lekceważąco. – Ludzie będą gadali.

– Nie obchodzi mnie, co myślą miejscowe buraki – mruknął Bast, zacząwszy splatać ze sobą kilka długich, elastycznych gałęzi. – Kiedy tancerz wniknie w ciebie, stajesz się marionetką. Może cię zmusić, żebyś odgryzł sobie język. – Uniósł na wysokość głowy na wpół uformowane kółko, sprawdzając, czy pasuje. Zmarszczył nos. – Kłuje.

– W opowieściach, które słyszałem – rzekł Kote – ostrokrzew także więzi ich wewnątrz ciała.

– Nie moglibyśmy nosić po prostu żelaza? – zapytał Kronikarz. Dwaj mężczyźni za barem spojrzeli na niego ciekawie, jakby niemal zapomnieli o jego obecności. – Chodzi mi o to, że jeśli to był faelin…

– Nie mów faelin – powiedział Bast z lekceważeniem. – Brzmi dziecinnie. To fae. Faen, jeśli musisz wiedzieć.

Kronikarz wahał się chwilę, po czym podjął temat.

– Jeśli to coś wśliźnie się do ciała kogoś noszącego żelazo, to czy nie zaboli go to? Czy nie wyskoczy zwyczajnie z powrotem?

– Mogą cię zmusić do odgryzienia. Twojego własnego. Języka – powtórzył Bast, jakby przemawiał do szczególnie upośledzonego dziecka. – Kiedy znajdą się już w ciele, użyją twojej dłoni, byś wyjął sobie oko z taką łatwością, z jaką zerwałbyś stokrotkę. Dlaczego uważasz, że nie poświęciłyby trochę czasu na pozbycie się bransoletki czy pierścienia? – Pokręcił głową, patrząc na swoje palce, które zręcznie wplatały kolejną gałązkę ostrokrzewu w wianek. – Poza tym niech mnie szlag, gdybym miał nosić żelazo.

– Jeśli potrafią wyskakiwać z ciał, to dlaczego zeszłej nocy nie porzuciły po prostu tamtego człowieka? – zapytał Kronikarz. – Dlaczego nie wskoczyły w jednego z nas?

Nastała długa chwila milczenia, zanim Bast pojął, że pozostali dwaj mężczyźni patrzą na niego.

– Mnie pytacie? – Zaśmiał się z niedowierzaniem. – Nie mam pojęcia. Anpauen. Ostatni tancerze zostali wytropieni setki lat temu. Długo przed moim czasem. Ja słyszałem tylko opowieści.

– To skąd wiemy, że to coś nie wyskoczyło? – dociekał Kronikarz, wolno cedząc słowa, jakby czuł niechęć do samego aktu pytania. – Skąd wiemy, czy go tu nadal nie ma? – Usiadł sztywno na swoim miejscu. – Skąd wiemy, że nie jest teraz w jednym z nas?

– Wydaje się, że zdechło, kiedy umarło ciało najemnika – odparł Kote. – Widzielibyśmy, gdyby je opuszczało. – Zerknął na Basta. – Powinny wyglądać jak mroczny cień lub dym, kiedy wychodzą z ciała, prawda?

Bast skinął głową.

– Poza tym gdyby wyskoczyło, mając nowe ciało, zaczęłoby zabijać ludzi. Tak zwykle postępują. Przeskakują z ciała do ciała, aż w końcu wszyscy leżą martwi.

Oberżysta posłał Kronikarzowi dodający otuchy uśmiech.

– Widzisz? Być może to wcale nie był tancerz. Być może tylko coś podobnego.

Kronikarz miał wzrok trochę dziki.

– Ale skąd mamy mieć pewność? Może być teraz w kimś z miasteczka…

– Mogłoby być we mnie – rzekł beztrosko Bast. – Być może czekam tylko, byś opuścił gardę, a potem ugryzę cię w klatkę piersiową, tuż ponad sercem, i wypiję z ciebie całą krew. Jakbym wysysał sok ze śliwki.

Usta Kronikarza zamieniły się w wąską kreskę.

– To nie jest zabawne.

Bast podniósł wzrok i obdarzył Kronikarza zawadiackim, szerokim uśmiechem. Coś jednak było nie tak z tym grymasem. Trwał trochę zbyt długo. Uśmiech był za szeroki. Spojrzenie skupiało się nieco w bok od skryby, Bast nie patrzył wprost na niego. Zamarł na chwilę, a jego zręczne palce przestały się poruszać wśród zielonych liści. Popatrzył z zaciekawieniem na dłonie i upuścił na kontuar na wpół skończony wianek ostrokrzewu. Uśmiech zmienił się w pozbawiony wyrazu grymas; Bast rozejrzał się tępo po pomieszczeniu.

– Te veyan? – odezwał się dziwnym głosem, z oczami szklistymi i mętnymi. – Te-tanten ventelanet?

Raptem, poruszając się z przerażającą szybkością, wyskoczył zza baru i rzucił się w kierunku Kronikarza. Skryba wyprysnął ze swojego miejsca, uciekając chyżo jak strzała. Przewrócił dwa stoły i kilka krzeseł, ale stopa zaplątała mu się i Kronikarz zwalił się bezwładnie na podłogę. Szaleńczo młócąc rękami i nogami, poczołgał się ku drzwiom.

Przerażony i blady skryba rzucił szybkie spojrzenie przez ramię i ujrzał, że Bast nie zrobił więcej niż trzy kroki. Młody ciemnowłosy mężczyzna stał obok kontuaru, zgięty niemal wpół, i trząsł się z nieopanowanego śmiechu. Jedną dłonią zasłaniał sobie twarz, podczas gdy drugą celował w Kronikarza. Śmiał się tak bardzo, że ledwie był w stanie oddychać. Po chwili musiał wyciągnąć rękę i uchwycić się baru.

Kronikarz był wściekły.

– Ty dupku! – krzyknął, podnosząc się z mozołem na równe nogi. – Ty… ty dupku!

Nadal zanosząc się śmiechem, Bast podniósł dłonie i wykonał słaby gest chwytania w szpony, niczym dziecko udające niedźwiedzia.

– Bast – złajał go karczmarz. – Daj spokój. Naprawdę.

Chociaż głos Kote’a był surowy, w jego oczach błyszczała wesołość. Usta mu drżały, gdy starał się zapanować nad uśmiechem.

Poruszając się z urażoną godnością, Kronikarz zajął się ustawianiem na miejscach stołów i stołków, stukając nimi głośniej, niż było trzeba. Kiedy wrócił w końcu do zajmowanego wcześniej stolika, usiadł przy nim sztywno. Do tego czasu Bast znalazł się ponownie za barem; dyszał ciężko i skupiał się usilnie na ostrokrzewie w swoich dłoniach.

Kronikarz spojrzał na niego i pomasował sobie goleń. Bast zdusił coś, co mogło być kaszlnięciem.

Kote zachichotał cicho i wyciągnąwszy ze sterty kolejną gałąź ostrokrzewu, dodał ją do długiej liny, którą splatał. Podniósł wzrok i spojrzał Kronikarzowi w oczy.

– Zanim zapomnę o tym wspomnieć, ludzie będą tu dzisiaj zaglądać, żeby skorzystać z twoich usług skryby.

Kronikarz sprawiał wrażenie zaskoczonego.

– Przyjdą teraz?

Kote skinął głową i westchnął poirytowany.

– Tak, wieść się już rozeszła, więc nie można temu zaradzić. Trzeba się będzie nimi zająć, kiedy się zjawią. Na szczęście wszyscy mający obie ręce sprawne będą do południa zajęci na polach, więc nie musimy się tym martwić aż do…

Oberżysta gmerał niezdarnie palcami; złamał gałąź ostrokrzewu i cierń wbił mu się głęboko w mięsistą część kciuka. Rudowłosy zmarszczył ze złością brwi, patrząc na dłoń, na której wzbierała kropla krwi, jaskrawej jak jagoda, i podniósł kciuk do ust. Całe rozbawienie zniknęło z jego twarzy, oczy miał ciemne, a spojrzenie twarde, kiedy spojrzał ponownie na Kronikarza. Odrzucił na wpół ukończoną linę gestem tak dosadnie niedbałym, że było to niemal przerażające.

– Zmierzam do tego, że powinniśmy dobrze wykorzystać czas, zanim zaczną nam przeszkadzać – powiedział już zupełnie opanowany. – Ale najpierw pewnie miałbyś ochotę na śniadanie.

– Jeśli nie sprawiłoby to zbytniego kłopotu – zgodził się chętnie Kronikarz.

– Ani trochę – odparł Kote, odwracając się i zmierzając do kuchni.

Bast obserwował go zaniepokojony.

– Nie zapomnij zdjąć cydru z pieca i odstawić go do ostygnięcia! – zawołał za nim głośno. – Ostatnia partia przypominała bardziej dżem niż sok. Poza tym znalazłem trochę ziół, kiedy mnie tu nie było. Są na beczce na deszczówkę. Powinieneś je obejrzeć, żeby sprawdzić, czy przydadzą się do kolacji.

Zostawszy sami w szynku, Bast i Kronikarz mierzyli się dłuższą chwilę wzrokiem ponad barem. Jedynym dźwiękiem było odległe trzaśnięcie zamykających się tylnych drzwi.

Przyglądając się jej ze wszystkich stron, Bast dokonał ostatnich poprawek korony trzymanej w dłoniach. Podniósł ją do twarzy, jakby chciał powąchać. Zamiast tego jednak zamknął oczy, nabrał pełne płuca powietrza i wydmuchnął je w liście ostrokrzewu tak delikatnie, że ledwo się poruszyły.

Otworzywszy oczy, Bast uśmiechnął się czarująco, przepraszająco i podszedł do Kronikarza.

– Masz. – Wyciągnął wianek ostrokrzewu w stronę siedzącego mężczyzny.

Kronikarz nawet nie drgnął.

Uśmiech Basta nie zniknął.

– Nie zauważyłeś tego, bo byłeś zajęty przewracaniem się – powiedział cicho – ale on naprawdę się śmiał, kiedy pierzchnąłeś. Trzy gromkie wybuchy śmiechu z głębi trzewi. Ma taki cudowny śmiech. Jest jak owoc. Jak muzyka. Nie słyszałem go od całych miesięcy.

Uśmiechając się nieśmiało, Bast ponownie wyciągnął przed siebie wieniec ostrokrzewu.

– Zatem to jest dla ciebie. Użyłem tyle grammarie, ile trzeba było, więc pozostanie zielony i żywy dłużej, niż mógłbyś się spodziewać. Zebrałem ostrokrzew we właściwy sposób i uplotłem własnymi rękami. Wyszukany, wykonany i przyniesiony na miejsce. – Wyciągnął wieniec nieco dalej przed siebie, niczym zdenerwowany chłopak bukiet kwiatów. – Masz. To prezent z dobroci serca. Oferuję go bez zobowiązań, dzierżawy lub zastawu.

Wahając się, Kronikarz wyciągnął rękę i wziął koronę. Obejrzał ją, obracając w dłoniach. Czerwone owoce spoczywały wśród ciemnozielonych liści jak klejnoty, a całość była tak zręcznie upleciona, że ciernie sterczały na zewnątrz. Skryba ostrożnie nasadził wieniec na głowę. Przylegał mu do czoła idealnie.

Bast wyszczerzył się.

– Pozdrowiony niech będzie Pan z Misrule! – krzyknął, wyrzucając w górę ręce. Wybuchnął wesołym śmiechem.

Kronikarz zdjął koronę z głowy i się uśmiechnął.

– A zatem – odezwał się łagodnie, opuszczając dłonie na podołek – czy to oznacza, że między nami wszystko w porządku?

Bast, zdziwiony, przechylił głowę.

– Słucham?

Kronikarz spojrzał niepewnie.

– Odnośnie do tego, co mówiłeś… zeszłej nocy…

Bast wyglądał na zaskoczonego.

– Och, nie – powiedział poważnie, kręcąc głową. – Nie. Ani trochę. Należysz do mnie, aż do szpiku kości. Jesteś narzędziem mojego pragnienia. – Strzelił spojrzeniem w kierunku kuchni, nagle zgorzkniały. – A ty wiesz, czego pragnę. Spraw, by pamiętał, że jest kimś więcej niż pierwszy lepszy karczmarz piekący ciasta. – Ostatnie słowo niemal wypluł.

Kronikarz poruszył się niespokojnie na krześle, odwracając wzrok.

– Wciąż nie wiem, co mogę zrobić.

– Uczyń wszystko, co możesz – poradził cicho Bast. – Wydobędziesz go z niego samego. Obudzisz go. – Ostatnie słowa wypowiedział gwałtownie. Oparł dłoń na barku Kronikarza, mrużąc oczy. – Sprawisz, że będzie pamiętać. Dokonasz tego.

Kronikarz wahał się przez chwilę, po czym spojrzał na leżący na jego kolanach wieniec z ostrokrzewu i nieznacznie skinął głową.

– Zrobię, co w mojej mocy.

– To wszystko, co każdy z nas może uczynić – stwierdził Bast i poklepał go przyjacielsko po plecach. – Przy okazji, jak twoje ramię?

Skryba zakręcił nim młynka ruchem wydającym się nie na miejscu, gdyż reszta jego ciała pozostawała nieruchoma i sztywna.

– Zdrętwiałe. Chłodne. Ale nie boli.

– Tego można się było spodziewać. Na twoim miejscu nie martwiłbym się tym. – Bast uśmiechnął się zachęcająco. – Wasze życie jest za krótkie, żebyście przejmowali się głupstwami.

Podano śniadanie – ziemniaki, tosty, pomidory i jajka. Kronikarz wepchnął w siebie nielichą porcję, a i Bast zjadł za trzech. Kote krzątał się, znosząc więcej drewna na kominek, rozpalając w piecu ogień w przygotowaniu do pieczenia ciast i nalewając do dzbanków stygnący cydr.

Niósł właśnie dwa dzbanki napoju w stronę lady, kiedy na drewnianym podeście przed gospodą rozległo się tupanie buciorów, głośne jak pukanie do drzwi. Chwilę później czeladnik kowala wpadł do środka. Ledwie szesnastolatek, w miasteczku był jednym z najwyższych mężczyzn, o szerokich barach i grubych ramionach.

– Witaj, Aaronie – powiedział spokojnie karczmarz. – Mógłbyś zamknąć za sobą drzwi? Na zewnątrz jest kurzawa.

Kiedy pomocnik kowala odwrócił się ku drzwiom, oberżysta i Bast schowali spokojnie większość ostrokrzewu pod barem, poruszając się szybko w rytm niewypowiedzianej zgody. Zanim czeladnik zwrócił się ponownie ku nim, Bast bawił się leniwie czymś, co z łatwością mogło uchodzić za mały, na wpół wykończony wieniec. Coś wykonanego w celu zajęcia próżnujących palców i odegnania nudy.

Śpiesząc ku ladzie, Aaron zdawał się nie zauważać w otoczeniu niczego odmiennego.

– Panie Kote – odezwał się z podekscytowany. – Mógłbym dostać trochę suchego prowiantu na podróż? – Pomachał pustym workiem z konopnego płótna. – Carter powiedział, że będzie pan wiedział, o co chodzi.

Karczmarz skinął głową.

– Mam trochę chleba, sera, kiełbasy i jabłek. – Skinął na Basta, który chwycił worek i wymknął się do kuchni. – Carter wybiera się dokądś dzisiaj?

– On i ja, obaj – odparł chłopak. – Orrisonowie sprzedają dzisiaj baraninę w Trei, i wynajęli Cartera i mnie, żebyśmy pojechali z nimi ze względu na to, że drogi są tak niebezpieczne, i w ogóle.

– Treya – mruknął karczmarz. – Zatem nie wrócicie do jutra.

Czeladnik kowalski ostrożnie położył cienką srebrną monetę na wypolerowanym mahoniowym blacie.

– Carter ma także nadzieję kupić nowego konia w miejsce Nelly. Ale jeśli nie uda mu się wrócić na jego grzbiecie, powiedział, to przypuszczalnie pójdzie na królewski żołd.

Brwi Kote’a powędrowały w górę.

– Carter zamierza się zaciągnąć?

Chłopak obdarzył go uśmiechem będącym dziwną mieszaniną wesołości i smutku.

– Powiada, że nie pozostało mu wiele więcej, jeśli wróci bez konia, którego mógłby zaprząc do wozu. Mówi, że w wojsku troszczą się o człowieka, karmią go, wysyłają w obce kraje, i takie tam. – Młody człowiek miał błyszczący wzrok; jego twarz wyrażała coś pomiędzy chłopięcym entuzjazmem a poważnym męskim niepokojem. – Poza tym teraz za zaciągnięcie się nie dają ludziom srebrnego nobla. Dzisiaj, kiedy podpiszesz listę, dają ci royala. Całego złotego royala!

Oberżysta sposępniał.

– Carter jest jedynym, który myśli się zaciągnąć, co? – Spojrzał chłopakowi w oczy.

– Royal to mnóstwo forsy – przyznał czeladnik z nieśmiałym uśmiechem. – A odkąd mój tata umarł, a mama sprowadziła się z Rannish, sytuacja zrobiła się trudna.

– A co myśli twoja matka o tym, że wziąłbyś królewski pieniądz?

Twarz chłopaka zapadła się.

– Nie bierz jej strony – poskarżył się. – Sądziłem, że zrozumiesz. Jesteś mężczyzną, wiesz, że facet musi zaopiekować się matką.

– Wiem, że ona wolałaby mieć cię w domu, wiedząc, żeś bezpieczny, zamiast żebyś się kąpał w złocie, chłopcze.

– Mam dość ludzi nazywających mnie „chłopcem”! – warknął czeladnik kowalski, a twarz mu poczerwieniała. – Mogę się przydać w wojsku. Kiedy zmusimy już rebeliantów do ślubowania lenniczej wierności Skruszonemu Królowi, sytuacja zacznie się poprawiać. Skończy się nakładanie podatków. Bentleyowie nie stracą swojej ziemi. Drogi będą znowu bezpieczne. – Twarz mu spochmurniała i nie wydawała się wcale taka młoda. – I wtedy moja mama nie będzie musiała siedzieć cała w nerwach, kiedy nie ma mnie w domu – dodał ponuro. – Przestanie się budzić trzy razy w ciągu nocy, żeby sprawdzić okiennice i sztabę u drzwi.

Aaron napotkał wzrok karczmarza i wyprostował się. Kiedy przestał się garbić, był niemal o głowę wyższy od oberżysty.

– Czasem człowiek musi stanąć za swego króla i kraj.

– A Rose? – zapytał cicho karczmarz.

Czeladnik zarumienił się i zakłopotany spuścił wzrok. Barki opadły mu ponownie i zapadł się w sobie jak żagiel pozbawiony wiatru.

– Panie, czy wszyscy o nas wiedzą?

Oberżysta skinął głową z łagodnym uśmiechem na ustach.

– W takim miasteczku nie ma tajemnic.

– Cóż – rzekł zdecydowanie Aaron. – Robię to także dla niej. Dla nas. Z royalem i zaoszczędzonymi pieniędzmi mogę kupić nam dom albo postawić własną kuźnię, nie musząc zwracać się o pożyczkę do jakiegoś lichwiarza.

Kote chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Patrzył przez czas trwania długiego, głębokiego oddechu, aż w końcu odezwał się, jakby dobierał słów z wielką ostrożnością.

– Wiesz, Aaronie, kto to jest Kvothe?

Czeladnik kowalski przewrócił oczami.

– Nie jestem idiotą. Opowiadaliśmy o nim historie zeszłej nocy, pamiętasz? – Spojrzał ponad ramieniem oberżysty w stronę kuchni. – Słuchaj, muszę już iść. Carter będzie wściekły jak zmokła kwoka, jeśli…

Kote machnął uspokajająco ręką.

– Ubiję z tobą interes, Aaronie. Posłuchaj tego, co ci muszę powiedzieć, a dam wam prowiant za darmo. – Przesunął srebrną monetę z powrotem po ladzie. – Za to będziesz mógł kupić Rose coś ładnego w Trei.

Aaron skinął ostrożnie głową.

– W porządku.

– Czego dowiedziałeś się o nim z opowieści, które słyszałeś? Jaki jest, twoim zdaniem?

Aaron się roześmiał.

– Poza tym że martwy?

Kote uśmiechnął się blado.

– Prócz tego, że nie żyje.

– Znał wszystkie rodzaje tajemnej magii – odparł Aaron. – Znał sześć słów, które mógł wyszeptać do ucha konia, by ten przebiegł sto mil. Potrafił zamieniać żelazo w złoto i chwytać błyskawicę w kwartowy słój, by zachować ją na później. Znał pieśń otwierającą wszystkie zamki i potrafił jedną ręką przedziurawić grube dębowe drzwi… – Aaron urwał. – Prawdę mówiąc, to zależy od opowieści – podjął po chwili. – Czasami jest dobrym facetem, jak książę Galant. Raz ocalił dziewczęta przed bandą ogrów…

Kolejny mdły uśmiech.

– Wiem.

– …ale w innych opowieściach to prawdziwy drań – ciągnął Aaron. – Wykradł z Uniwersytetu tajniki magii. To z tej przyczyny go stamtąd wyrzucili, wiesz? I nie dlatego nazwali go Kvothe’em Królobójcą, że był dobry w grze na lutni.

Uśmiech zniknął, oberżysta jednak skinął głową.

– Zgadza się. Ale jaki był?

Brwi Aarona się nastroszyły.

– Miał rude włosy, jeśli o to ci chodzi. Pojawia się to we wszystkich historiach. Prawdziwy diabeł z mieczem. Był strasznie mądry. Miał także prawdziwie złote usta, potrafił się wyłgać z wszelkich opresji.

Karczmarz potwierdził skinieniem głowy.

– Racja. Więc jeśli byłbyś Kvothe’em, strasznie mądrym, jak mówisz, i nagle za twoją głowę dawaliby tysiąc royali i księstwo każdemu, kto ją zetnie, to co byś zrobił?

Czeladnik kowalski pokręcił głową i wzruszył ramionami, najwyraźniej stropiony.

– No cóż, gdybym to ja był Kvothe’em – powiedział oberżysta – to sfingowałbym własną śmierć, zmienił imię i znalazł jakieś małe miasteczko na odludziu. Potem otworzyłbym karczmę i zrobił wszystko, żeby zniknąć. – Spojrzał na młodego mężczyznę. – Oto, co bym zrobił.

Spojrzenie Aarona skoczyło ku rudym włosom karczmarza, na miecz wiszący nad barem, po czym czeladnik zatopił je ponownie w oczach oberżysty.

Kote skinął wolno głową i wskazał Kronikarza.

– Ten facet nie jest zwyczajnym skrybą. Jest historykiem, który zjawił się tutaj, by spisać prawdziwe dzieje mojego życia. Ominął cię początek, ale jeślibyś miał ochotę, to możesz wysłuchać reszty. – Uśmiechnął się swobodnie. – Mogę opowiedzieć ci historie, jakich nikt wcześniej nie słyszał. Opowieści, jakich nikt nigdy nie usłyszy. Historie o Felurianie, o tym, jak uczyłem się sztuki walki od Ademów. Prawdę o księżniczce Ariel. – Oberżysta sięgnął ponad barem i dotknął ramienia chłopca. – Prawda jest taka, Aaronie, że mam do ciebie słabość. Sądzę, że jesteś niezwykle bystry, i nie chcę widzieć, że marnujesz sobie życie. – Zaczerpnął głęboko powietrza i spojrzał terminatorowi kowalskiemu prosto w twarz. Oczy miał wstrząsająco zielone. – Wiem, jak się zaczęła ta wojna. Znam prawdę o niej. Kiedy ją usłyszysz, nie będziesz się tak palił do ucieczki i śmierci w jej ogniu. – Kote wskazał gestem jedno z wolnych krzeseł przy stole Kronikarza i uśmiechnął się czarująco niczym książę z bajki. – Co na to powiesz?

Przez dłuższą chwilę Aaron patrzył poważnie na karczmarza, wzrok uciekał mu ku mieczowi i znów w dół.

– Jeśli naprawdę jesteś… – Głos go zawiódł, ale na twarzy malowało się pytanie.

– Naprawdę jestem – zapewnił go łagodnie Kote.

– …to czy mogę zobaczyć twoją pozbawioną koloru opończę? – dokończył czeladnik z uśmiechem.

Ujmujący uśmiech karczmarza zesztywniał i skruszał jak tafla potrzaskanego szkła.

– Mylisz Kvothe’a z Taborlinem Wielkim – odezwał się rzeczowo Kronikarz z drugiego końca pomieszczenia. – Taborlin miał bezbarwną pelerynę.

Aaron odwrócił się do skryby zaskoczony.

– Co zatem miał Kvothe, co?

– Opończę z cienia – odparł Kronikarz. – Jeśli dobrze pamiętam.

Chłopak odwrócił się z powrotem w stronę karczmarza.

– Możesz mi zatem pokazać swoją opończę z cienia? – poprosił. – Albo odrobinę magii? Zawsze chciałem to zobaczyć. Wystarczyłoby nieco ognia albo jakaś błyskawica. Nie chciałbym cię zmęczyć.

Zanim karczmarz zdołał odpowiedzieć, Aaron wybuchnął nagle śmiechem.

– Tylko robię sobie z pana jaja, panie Kote. – Uśmiechnął się ponownie, tym razem szerzej. – Panie i Pani, nigdy w życiu nie słyszałem takiego łgarza. Nawet mój wuj Alvan nie powiedziałby nic podobnego z równie szczerą twarzą.

Oberżysta spuścił wzrok i wymamrotał coś niezrozumiałego. Aaron sięgnął ponad ladą i oparł szeroką dłoń na barku Kote’a, nieświadomie naśladując wcześniejszy gest karczmarza.

– Wiem, że po prostu stara się mi pan pomóc, panie Kote – powiedział serdecznie. – Jest pan dobrym człowiekiem i przemyślę sobie, co pan powiedział. Nie śpieszy mi się do zaciągu. Chcę się tylko krytycznie przyjrzeć moim możliwościom. – Czeladnik pokręcił żałośnie głową. – Przysięgam. Wszyscy od rana na mnie najeżdżają. Mama powiedziała, że ma suchoty. Rose oświadczyła, że jest w ciąży. – Chichocząc przeciągnął palcami przez włosy. – Ale pańskie kłamstwo wygrywa w cuglach, muszę przyznać.

– No cóż, wiesz… – Kote zmusił się do uśmiechu. – Nie mógłbym spojrzeć twojej matce w oczy, gdybym nie spróbował.

– Może by się panu udało, gdyby wybrał pan coś łatwiejszego do przełknięcia – powiedział Aaron. – Wszyscy przecież wiedzą, że miecz Kvothe’a był wykonany ze srebra. – Strzelił oczami ku orężu wiszącemu na ścianie. – I że nie nazywał się „Szaleństwo”. To był Kaysera, „Zabójca Poetów”.

Słysząc to, oberżysta cofnął się nieco.

– „Zabójca Poetów”?

Aaron pokiwał zawzięcie głową.

– Tak, proszę pana. A pański skryba ma rację. Jego płaszcz był utkany z pajęczyn i cieni, a na wszystkich palcach nosił pierścienie. Jak to szło?

Na jednej ręce nosił pierścienie z kamienia,

Żelazo, bursztyn i kość.

Na drugiej…

Czeladnik kowalski zmarszczył brwi.

– Nie pamiętam reszty. Było tam coś o ogniu.

Wyraz twarzy karczmarza był nieczytelny. Spojrzał w dół, gdzie jego własne dłonie spoczywały rozcapierzone na blacie baru, i po chwili wyrecytował:

Na drugiej niespotykane.

Jeden pierścień jak w kręgu płynąca krew.

Inny jak wiatru wiew,

Lodowy ze skazą w środku.

Luźny słabo lśnił pierścień ognia,

A ostatni był bez imienia.

– Otóż to – powiedział Aaron, uśmiechając się. – Nie masz żadnego z nich, gdzieś tam za ladą, co?

Wspiął się na palce, jakby chciał zyskać lepszą perspektywę. Kote obdarzył go niepewnym, wstydliwym uśmiechem.

– Nie. Nie mogę powiedzieć, żebym miał.

Obaj wzdrygnęli się, kiedy Bast hałaśliwie zwalił jutowy worek na blat.

– To wystarczy dla ciebie i Cartera na dwa dni, i jeszcze powinno coś zostać – powiedział obcesowo.

Aaron zarzucił worek na ramię i ruszył do wyjścia, ale jeszcze zatrzymał się i spojrzał na mężczyzn za barem.

– Nie lubię prosić o przysługi. Stary Cob obiecał, że będzie doglądał mojej matki, ale…

Bast obszedł kontuar i zaczął zaganiać chłopaka w stronę drzwi.

– Nic jej nie będzie, jak sądzę. Zajrzę także do Rose, jeśli chcesz. – Uśmiechnął się do czeladnika szeroko i lubieżnie. – Tylko żeby sprawdzić, czy nie czuje się samotna, i w ogóle.

– Będę wdzięczny – odparł Aaron z wyraźną ulgą w głosie. – Była trochę wytrącona z równowagi, kiedy wychodziłem. Przydałaby się jej odrobina pocieszenia.

Bast zamarł w połowie otwierania drzwi gospody i spojrzał na pleczystego chłopaka z najwyższym sceptycyzmem. Potem pokręcił głową i otworzył drzwi do końca.

– Dobra, zmykaj. Baw się dobrze w wielkim mieście. Nie pij wody.

Bast zamknął drzwi i oparł się o nie czołem, jakby nagle poczuł się zmęczony.

– Przydałaby się jej odrobina pocieszenia? – powtórzył z niedowierzaniem. – Cofam wszystko, co powiedziałem kiedykolwiek na temat bystrości tego chłopaka.

Odwrócił się w stronę baru, oskarżycielskim gestem celując palcem w kierunku zamkniętych drzwi.

– Oto, co się dzieje – rzekł zdecydowanie do wszystkich obecnych – gdy ktoś cały dzień kuje żelazo.

Karczmarz zachichotał niewesoło, opierając się o kontuar.

– To tyle, jak chodzi o moje legendarne złote usta.

Bast prychnął pogardliwie.

– Ten chłopak to idiota, Reshi.

– A ja powinienem się poczuć lepiej, Bast, gdyż nie zdołałem przekonać idioty?

Kronikarz odchrząknął cicho.

– To wygląda raczej na podzwonne przedstawienia, jakie tutaj wystawiasz – powiedział. – Tak dobrze odgrywałeś rolę oberżysty, że nie potrafią myśleć o tobie inaczej. – Zatoczył ramieniem krąg, wskazując pusty szynk. – Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że naraziłbyś życie tylko po to, by powstrzymać chłopaka przed wstąpieniem do armii.

– Nie ryzykowałem tak wiele – odparł karczmarz. – Co to za życie?! – Wyprostował się, wyszedł przed kontuar i skierował do stolika Kronikarza. – Jestem odpowiedzialny za każdego, kto ginie z powodu tej głupiej wojny. Miałem po prostu nadzieję na ocalenie jednego człowieka. Najwyraźniej nawet to mnie przerasta. – Opadł na krzesło naprzeciwko skryby. – Na czym skończyliśmy wczoraj? Nie ma sensu, żebym się powtarzał, jeśli można tego uniknąć.

– Przywołałeś wiatr i dałeś posmakować Ambrose’owi trochę tego, co mu się należało – podpowiedział Bast ze swojego miejsca przy drzwiach. – I wzdychałeś dość ogniście do swojej ukochanej.

Kote podniósł wzrok.

– Ja nie wzdycham, Bast.

Kronikarz podniósł płaską skórzaną torbę i wyjął z niej arkusz papieru, w trzech czwartych pokryty precyzyjnym pismem.

– Mogę ci przeczytać ostatni fragment, jeśli chcesz.

Kote wyciągnął dłoń.

– Potrafię czytać twój szyfr na tyle dobrze, żeby samemu to zrobić – powiedział ze znużeniem. – Daj mi to. Może to zaleje pompę. – Zerknął na Basta. – Chodź i siadaj, jeśli zamierzasz słuchać. Nie chcę, żebyś sterczał nade mną.

Bast popędził zająć miejsce, a Kote wziął głęboki oddech i przeleciał wzrokiem ostatnią stronę spisanej wczoraj relacji. Milczał dłuższą chwilę. Na jego ustach pojawił się grymas mogący być zapowiedzią niezadowolenia, a potem czymś przypominającym wątły cień uśmiechu.

Kiwnął głową w zamyśleniu, ze wzrokiem nadal wbitym w kartkę.

– Taki kawał mojej młodości był poświęcony próbom dostania się na Uniwersytet – zauważył. – Chciałem tam pójść jeszcze przed tym, zanim zostali wymordowani członkowie mojej trupy. Zanim się przekonałem, że Chandrianie są czymś więcej niż tylko biwakowymi opowieściami. Zanim zacząłem szukać Amyru. – Karczmarz odchylił się na swoim krześle, wyraz znużenia zniknął, zastąpiony zamyśleniem. – Sądziłem, że kiedy już się tam znajdę, wszystko pójdzie jak z płatka. Poznam magię i znajdę odpowiedzi na wszelkie dręczące mnie pytania. Uważałem, że będzie łatwo jak w baśni. – Kvothe uśmiechnął się zażenowany, przez co jego twarz wydawała się zaskakująco młoda. – I stałoby się tak, gdybym nie miał talentu do robienia sobie wrogów i sprowadzania na siebie kłopotów. Pragnąłem jedynie grać na lutni, chodzić na zajęcia i poznawać odpowiedzi. To wszystko, czego chciałem od Uniwersytetu. Pragnąłem tam jedynie zostać. – Skinął głową do własnych myśli. – W tym miejscu powinniśmy zacząć.

Oddał arkusz papieru Kronikarzowi, który bezwiednie wygładził go ręką. Okręcił kałamarz i zanurzył w nim pióro. Bast pochylił się z ożywieniem, szczerząc się jak podekscytowane dziecko.

Kvothe omiótł pomieszczenie jasnym wzrokiem. Wziął głęboki wdech i nagle błysnął bezwstydnym uśmiechem. I przez krótką chwilę nie wyglądał wcale jak oberżysta. Spojrzenie miał przenikliwe i bystre, oczy zielone jak źdźbło trawy.

– Gotowi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Podziękowania

Mapa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Rozdział 98

Rozdział 99

Rozdział 100

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Wise Man’s Fear

The Kingkiller Chronicle: Day Two

Copyright © 2011 by Patrick Rothfuss

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Mapa: Nathan Taylor

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Fotografie na okładce

© Matthias Clamer / Getty Images

© WiktorD / Getty Images

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Strach mędrca. Tom 1, wyd. I, dodruk, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-812-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Strach mędrca. Tom 2 Imię wiatru Strach mędrca. Tom 1 Muzyka milczącego świata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów