Ostatni autobus

Ostatni autobus

Autorzy: Truman Capote

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 20.04 zł

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak Capote stał się legendą amerykańskiej literatury!

Zebrane w tym zbiorze opowiadania zostały niedawno odnalezione w archiwum Nowojorskiej Biblioteki Publicznej. Dają one wgląd w pisarstwo Trumana Capote’a z okresu, gdy miał około dwudziestu lat, zanim jeszcze stworzył swoje największe dzieła – już tutaj są jednak widoczne zalążki jego geniuszu w konstruowaniu niezapomnianych, utkanych z tęsknot i pragnień postaci.

Znajdziemy tu historie o zbrodni i przemocy, o uprzedzeniach rasowych i niesprawiedliwości, o biedzie i rozpaczy, ale też o szlachetności, współczuciu i zrozumieniu, o mądrości i fantazji. Przede wszystkim zaś usłyszymy głos przyszłego wielkiego pisarza, który był literacką osobowością zgoła niepodobną do innych.

Spis treści

Przedmowa

Rozstanie

Sklep „Przy młynie”

Hilda

Panna Belle Rankin

Jeśli ciebie zapomnę

Ćma w ogniu

Trwoga na bagnach

Znajomy nieznajomy

Louise

To dla Jamiego

Lucy

Ostatni autobus

Bratnie dusze

Tam, gdzie zaczyna się świat

Posłowie

Nota biograficzna

Literacka Fundacja Trumana Capote’a

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Przedmowa

Hilton Als

Truman Capote stoi pośrodku swego pokoju w motelu i ogląda telewizję. Motel usytuowany jest pośrodku kraju, w stanie Kansas. Jest rok 1963. Lichy dywan, jaki ma pod stopami, jest sztywny, lecz właśnie owa sztywność pomaga mu stać prosto; zwłaszcza jeśli wypił za dużo. Na zewnątrz wieje zachodni wiatr, a Truman Capote ze szklaneczką whisky w dłoni ogląda telewizję. To jeden ze sposobów, w jaki relaksuje się po pracowitym dniu spędzonym w Garden City lub okolicach, gdzie zbiera materiały i tworzy Z zimną krwią, powieść z gatunku literatury faktu o wielokrotnym morderstwie i jego pokłosiu. Capote zaczął ją pisać w 1959 roku, choć początkowo nie była to książka, a artykuł do „New Yorkera”. Zgodnie z pierwotnym zamysłem miał to być opis małej społeczności i jej reakcji na zabójstwo. Zanim wszakże autor dotarł do Garden City – morderstwa popełniono w niedalekim Holcomb – Perry Smith i Richard Hickock zostali już aresztowani i oskarżeni o zabójstwo farmera Herberta Cluttera, jego żony oraz ich nastoletnich dzieci, Nancy i Kenyona. Aresztowanie sprawców spowodowało, że Capote bardziej zaangażował się w tę sprawę; przesunięciu uległ również punkt ciężkości całego przedsięwzięcia. Tego konkretnego popołudnia do ukończenia Z zimną krwią pozostało jeszcze jednak około dwóch lat. Mamy rok 1963 i Truman Capote stoi przed telewizorem. Dobiega czterdziestki i jest pisarzem niemal równie długo, jak żyje. Słowa, historie, opowiadania – siedzi w tym od dzieciństwa, od czasu gdy dorastał najpierw w Luizjanie i wiejskiej Alabamie, a potem w Connecticut i Nowym Jorku. Jest ukształtowany przez podzielony świat i przeciwstawne kultury: na rodzimym Południu istniała segregacja rasowa; na Północy przynajmniej mówiło się o asymilacji. W obu miejscach zaznaczył się nierozwiązywalny problem jego gejostwa. A także odrębności bycia pisarzem. „Zacząłem pisać w wieku ośmiu lat”, powiedział kiedyś. „Ni stąd, ni zowąd, nieinspirowany żadnym przykładem. Nigdy wcześniej nie znałem nikogo, kto by pisał; jeśli chodzi o ścisłość, niewielu z tych, których znałem, umiało czytać”. Jego pisarstwo zatem, podobnie jak jego homoseksualizm – czy, bardziej precyzyjnie, jego spostrzegawcza, krytyczna i zabawna homoseksualna wrażliwość – były „własnego chowu”. Jedno służyło drugiemu. „Najciekawsze rzeczy, jakie napisałem w tych czasach – wspominał lata, gdy nosił miano cudownego dziecka – to były zwyczajne codzienne obserwacje, które odnotowywałem w dzienniku. Opisy sąsiadów. […]Lokalne plotki. Swego rodzaju reporterka, pewien styl «widzenia» i «słyszenia», jaki później miał na mnie wywrzeć poważny wpływ, choć wówczas byłem tego nieświadomy, gdyż całe moje «formalne» pisarstwo, te rzeczy, które publikowałem i starannie przepisywałem na maszynie, było mniej lub bardziej fikcyjne”. A jednak to ów reporterski głos jego wczesnych opowiadań, tutaj zebranych po raz pierwszy, pozostaje jednym z ich bardziej dojmujących wyróżników, podobnie jak uważny opis odrębności. Począwszy od Panny Belle Rankin – dziejącego się w miasteczku na Południu opowiadania o ludziach wyobcowanych – napisanej przez siedemnastoletniego Capote’a:

Miałem osiem lat, kiedy pierwszy raz ujrzałem pannę Belle Rankin. Był gorący sierpniowy dzień. Słońce chyliło się ku zachodowi na przetykanym szkarłatem niebie, a z ziemi dobywało się suche i rozwibrowane gorąco.

Usiadłem na schodach werandy i obserwowałem nadchodzącą Murzynkę, zastanawiając się, jakim cudem jest w stanie nieść na głowie taki ogromny tłumok z praniem. Zatrzymała się i w odpowiedzi na moje pozdrowienie roześmiała się tym ciemnym, specyficznym murzyńskim śmiechem. Wtedy właśnie po przeciwnej stronie ulicy wolno nadeszła panna Belle. […]

Później widywałem ją wielokrotnie, ale tamten pierwszy obraz, niemalże jak sen, pozostanie na zawsze najbardziej wyrazisty: panna Belle bezgłośnie idzie ulicą, a wokół jej stóp, kiedy znika w zapadającym zmierzchu, unoszą się obłoczki rudego pyłu.

Do tej Murzynki i stosunku Capote’a do czarnej rasy na początkowym etapie jego kariery pisarskiej wrócimy za chwilę. Na razie potraktujmy ją jako prawdziwy wytwór czasu i miejsca pochodzenia autora, swego rodzaju bolesny literacki artefakt czy, według słów Toni Morrison, czarny „cień”, który przyjął rozmaite postaci w powieściach białych tuzów literatury czasów Wielkiego Kryzysu, takich jak Hemingway, Faulkner i uwielbiana przez Capote’a Willa Cather. Kiedy postać ta pojawia się w Pannie Belle Rankin, jednoznacznie nieobojętny narrator Capote’a dystansuje się od niej, zwracając uwagę na jej „specyficzny murzyński śmiech” i fakt, że łatwo daje się nastraszyć: biały kolor skóry tego przynajmniej mu oszczędza. Lucy z roku 1941 opowiadana jest z punktu widzenia innego młodego męskiego protagonisty. Ten jednak będzie się starał utożsamić z czarną kobietą traktowaną jak własność. Pisze Capote: „Lucy była tak naprawdę ubocznym skutkiem miłości mojej matki do kuchni Południa. Spędzałem wakacje na Południu, kiedy matka napisała do ciotki z prośbą, by ta znalazła jej jakąś kolorową kobietę, która umiałaby dobrze gotować i byłaby skłonna przyjechać do Nowego Jorku. Rezultatem poszukiwań terenowych była Lucy”. Lucy jest pełna życia i podobnie jak jej młody biały kompan uwielbia show biznes. A konkretnie uwielbia naśladować śpiewaków, którymi zachwycają się oboje, m.in. Ethel Waters. Lecz czy Lucy – a może i Ethel? – odgrywa swego rodzaju zachowanie Murzynki, które dlatego uznajemy za urocze, że jest znajome? Lucy nigdy nie jest sobą, bo Capote nie nadaje jej własnego „ja”. Mimo to odczuwa się brak postaci, ciała i duszy, które by pasowały do tego, co młody pisarz naprawdę zgłębia, a co – tak się składa – stanowi również jeden z głównych poruszanych przez niego tematów: temat outsidera. Bardziej niż rasa Lucy istotna jest kwestia jej „południowości” w zimnym klimacie – klimacie, z którym identyfikuje się narrator, chłopiec bez wątpienia samotny w sposób, w jaki samotnym chłopcem był Capote, jedyne dziecko matki-alkoholiczki. A jednak twórca Lucy nie może jej urzeczywistnić, gdyż jego własne poczucie odrębności nie jest dla niego oczywiste – sam chce się w tym wszystkim połapać. (W opowiadaniu z 1979 roku Capote pisze o sobie samym z roku 1932: „Miałem swój sekret, coś, co mi dokuczało, co mnie naprawdę bardzo męczyło, coś, co bałem się wyznać komukolwiek, ale to komukolwiek, bo nie wyobrażałem sobie, jak by zareagował, taka dziwna była ta rzecz, która mnie gnębiła, która mnie gnębiła od blisko dwóch lat”1. Capote chciał mianowicie być dziewczynką. A kiedy wyznał to komuś, kto, jak sądził, mógłby pomóc mu ten cel zrealizować, został wyśmiany). W Lucy i innych utworach dopełnieniem jego wyrazistej, oryginalnej wizji staje się sentyment; Lucy stanowi element pragnienia Capote’a, by stać się częścią jakiejś społeczności, zarówno literackiej, jak i rzeczywistej: kiedy napisał ten utwór, jeszcze nie był w stanie zrezygnować z białego świata; nie mógł porzucić większości na rzecz izolacji, jaką pociąga za sobą fakt bycia artystą. Krokiem we właściwą stronę był Ostatni autobus (to opowiadanie można również potraktować jako przedsmak dojrzałego stylu autora). Utwór, na który składa się ciąg krótkich scenek, stanowi swego rodzaju opowieść z dreszczykiem obracającą się wokół tematów wiary i prawa. Zaczyna się następująco:

Cztery krzesła i stół. Na stole – papier; na krzesłach – mężczyźni. Okna nad ulicą. Na ulicy – ludzie; o szybę – deszcz. Byłaby to zapewne abstrakcja, odmalowany obraz jedynie, gdyby nie to, że poniżej poruszali się nieświadomi, niczego niepodejrzewający ludzie, a deszcz rozpryskiwał się o szybę. Mężczyźni trwali bowiem w bezruchu; drobiazgowy dokument leżał na stole nieruchomo.

Filmowe oko Capote’a – filmy wywarły na niego nie mniejszy wpływ niż książki czy rozmowy – wyostrzało się, w miarę jak tworzył te utwory, pozostając w literackim terminie, a ich podstawową wartością jest obserwacja, dokąd – technicznie rzecz ujmując – zaprowadziły go opowiadania takie jak Ostatni autobus. Bez wątpienia opowiadanie to było taką czeladniczą wprawką, jaką musiał napisać, by stworzyć Miriam, niezwykłą opowieść o wyobcowanej starszej kobiecie mieszkającej w pokrytym śniegiem niewrażliwym Nowym Jorku. (Capote opublikował Miriam w wieku dwudziestu ledwie lat). Rzecz jasna utwory takie jak Miriam prowadziły do kolejnych opowiadań inspirowanych kinem, jak Brylantowa gitara z roku 1950, które z kolei zapowiada tematy, jakie Capote tak błyskotliwie zgłębił w Z zimną krwią oraz opowiadaniu I wszystko się zawaliło z 1979 roku o kompanie Charlesa Mansona, Bobbym Beausoleilu. I tak dalej, i tak dalej. Pisząc i przepisując, Capote, który w dzieciństwie w sensie duchowym czuł się obcym bez stałego adresu, znalazł swój obiekt fascynacji czy wręcz misję: wyartykułować wszystko to, czego jego własna sytuacja i społeczeństwo jeszcze dotąd nie opisały, a w szczególności przemijalność oraz te chwile miłości heteroseksualnej, bądź skrywanego, milczącego homoerotyzmu, które zamykają ludzi na innych, separują jednych od drugich. W momentami wzruszającym Jeśli ciebie zapomnę młoda kobieta, na przekór rzeczywistości, czeka na miłość lub jej złudzenie. Utwór jest subiektywny; zawód miłosny zawsze jest subiektywny. Capote dalej rozwija temat straconych szans i zarzuconej miłości z punktu widzenia kobiety w Znajomym nieznajomym. Starsza biała kobieta imieniem Nannie śni w nim, iż składa jej wizytę mężczyzna, który jest jednocześnie uprzejmy i groźny w sposób, w jaki czasami odbiera się seks. Podobnie jak u piszącego w pierwszej osobie narratora mistrzowskiego opowiadania Pan młody nie przyszedł Katherine Anne Porter z 1930 roku, surowość Nannie – jej głos skargi – to skutek odrzucenia, zwiedzenia przez miłość i bezbronności, jakiej ona wymaga. Stąd sceptycyzm Nannie wylewający się na świat, który w tym przypadku stanowi jej czarna służąca, Beulah.

Beulah jest zawsze pod ręką; a choć oddana i życzliwa, pozbawiona jest twarzy, pozbawiona ciała: jest opinią, nie osobą. Kiedy w grę wchodzą kwestie rasowe, Capote ponownie nie dorasta tutaj do poziomu swego talentu; Beulah jest kreacją opartą nie na prawdzie, lecz na rasowej fikcji, na przekonaniu o tym, kim jest czarna kobieta bądź też co sobą reprezentuje. W poszukiwaniu doskonałego wyczucia fikcyjnej rzeczywistości, wyczucia, które nadaje dziełu Capote’a szczególne brzmienie, szybko przenosimy wzrok z Beulah na inne utwory. Kiedy w drugiej połowie lat czterdziestych XX wieku Capote zaczął publikować dzieła z gatunku literatury faktu, pisarze-beletryści rzadko, jeśli w ogóle, zapuszczali się na terytorium dziennikarstwa uznawanego za formę pośledniejszą, i to pomimo jego znaczenia dla wczesnych mistrzów angielskiej powieści, takich jak Daniel Defoe i Charles Dickens, którzy zaczynali jako reporterzy. (Nieustannie przywoływany i nieodmiennie wpływowy Robinson Crusoe Defoe po części inspirowany był dziennikiem pewnego podróżnika, a Samotnia, arcydzieło Dickensa z 1853 roku, przeplata subiektywną narrację w pierwszej osobie z pisanymi w trzeciej osobie dziennikarskimi niemalże relacjami na temat angielskiego prawodawstwa i społeczeństwa). Krótko mówiąc, rzadko się zdarzało, by współczesny autor literatury pięknej rezygnował ze względnej wolności, jaką ona zapewniała, na rzecz ograniczeń żurnalistyki, lecz podejrzewam, że Capote uwielbiał owo napięcie nieodłącznie towarzyszące odstępstwu od prawdy. Zawsze chciał wynieść rzeczywistość ponad beznamiętność faktów. (Protagonista jego pierwszej powieści, Inne głosy, inne ściany z 1948 roku, Joel Harrison Knox, rozpoznaje ów impuls w samym sobie. Kiedy czarna służąca Missouri łapie go na kłamstwie, mówi: „Ale ty bujasz”. A Capote dodaje: „Snując swoją opowieść, Joel wierzył w nią święcie”2). Później, w Portrecie własnym z 1972 roku czytamy:

P: Czy jest Pan osobą prawdomówną?

O: Jako pisarz… tak, tak sądzę. Prywatnie… hm, tu opinie się różnią; niektórzy z moich przyjaciół uważają, że kiedy opowiadam o jakimś zdarzeniu bądź przytaczam jakąś informację, mam tendencję do ubarwiania i przesady. Ja to nazywam „przydawaniem czemuś życia”. Innymi słowy, tworzeniem pewnej formy sztuki. Sztuka i prawda niekoniecznie muszą iść ze sobą w parze.

We wspaniałych wczesnych książkach niebeletrystycznych – Kolorycie lokalnym z roku 1950 oraz osobliwej i komicznej Słychać muzy z 1956, która opowiada o trupie czarnych aktorów wystawiających w komunistycznej Moskwie operę Porgy and Bess i o momentami rasistowskiej reakcji Rosjan na wykonawców – pisarz wykorzystał rzeczywiste zdarzenia jako odskocznię do przemyśleń na temat outsiderów. Większa część późniejszych utworów niebeletrystycznych również poświęcona będzie outsiderom – wszystkim tym łazęgom i hołyszom usiłującym znaleźć swoje miejsce w obcym im świecie. W Trwodze na bagnach i Sklepie „Przy młynie”, obu powstałych na początku lat czterdziestych, te głęboko prowincjonalne światy, które kreśli Capote, nabierają politycznego wymiaru. Oba opowiadania dzieją się w świecie zakreślonym pojęciem machismo i biedą oraz chaosem i wstydem, jakie każde z nich może ze sobą nieść. Utwory te są „cieniem” Innych głosów, innych ścian; te najlepiej czytać jako raport z emocjonalnego i rasowego poligonu, który pomógł uformować pisarza. (Capote stwierdził, że książka ta zamknęła pierwszą fazę jego literackiego żywota. Stanowi ona również punkt zwrotny literatury out. Zasadniczo powieść stawia pytanie o to, co odmienne. W jednej ze scen Knox słucha, jak pewna dziewczyna w kółko opowiada o marzeniu swojej chłopczycowatej siostry, by zostać farmerką. „A cóż w tym złego?” – pyta Joel. W rzeczy samej, cóż w tym złego? Czy w czymkolwiek innym?) W Innych głosach, innych ścianach, dziele nasyconym gotyckim symbolizmem i dramatyzmem Południa, spotykamy Missouri, czasem zwaną również Zuu. W odróżnieniu od swych literackich poprzedniczek nie zadowala się życiem w cieniu, opróżnianiem basenów i wysłuchiwaniem kłótliwych białych pacjentów domu chorych Capote’a. Lecz Zuu nie jest w stanie się uwolnić; utknęła na drodze ku wolności powstrzymana przez machismo, ciemnotę i brutalność, które autor obrazowo opisuje w Trwodze na bagnach i Sklepie „Przy młynie”: po ucieczce Zuu zostaje zmuszona do powrotu do poprzedniego życia. Gdy Joel pyta ją, czy udało jej się dostać na Północ i czy widziała śnieg, Zuu krzyczy: „Nie ma żadnego śniegu. Wszystko to bujda z tym śniegiem i tak dalej. Słońce! To ono jest wszędzie… To jest murzyńskie słońce, a moja dusza czarna”3. Została zgwałcona i poparzona, a napastnikami byli biali. Mimo iż Capote twierdził, że nie jest osobą polityczną („Nigdy nie głosowałem. Chociaż przypuszczam, że gdyby mnie zaproszono, mógłbym przyłączyć się do prawie każdego pochodu protestacyjnego: precz z wojną, uwolnić Angelę4, swoboda dla homoseksualistów, wyzwolenie kobiet itd.”5), polityka zawsze stanowiła część jego życia, gdyż miał duszę odmieńca, a chcąc przetrwać, musiał być świadomy tego, jak i do czego ową odmienność wykorzystać. Jako artysta Truman Capote traktował prawdę jako metaforę, za którą mógł się skryć, by tym lepiej być w stanie wyeksponować się w świecie nie do końca sympatycznym w stosunku do wywodzącego się z Południa geja o piskliwym głosie, który rzucił kiedyś zdegustowanemu kierowcy ciężarówki: „I co się tak gapisz? Nie pocałowałbym cię nawet za dolara”. Tak czyniąc, udzielił swoim czytelnikom – i homo, i hetero – licencji na to, by wyobrazili sobie jego prawdziwą osobę w realnej sytuacji – w Kansas, w trakcie zbierania materiałów do Z zimną krwią – kiedy ogląda telewizję, bo ciekawie byłoby pomyśleć o nim na przykład, jak pochłania wiadomości z tego okresu, jak choćby tę historię o czterech czarnych dziewczynkach w Alabamie (jednym z jego rodzinnych stanów) – ofiarach rasizmu i gotowości do czynienia zła rozerwanych na strzępy w kościele, oraz być może zastanawia się, jak pisząc w 1958 roku Śniadanie u Tiffany’ego, mógł włożyć w usta Holly Golightly, gwiazdy książki, prośbę o papierosa, a po niej kwestię: „Nie, nie mówię do ciebie, O.J. Ty jesteś taki obrzydliwy. Zawsze obśliniasz papierosy”6. Najlepsze teksty Capote’a pozostają w zgodzie z jego homoseksualizmem; w najsłabszych nie udaje mu się odrzucić norm zachowania jedynego modelu geja, z jakim zapewne się zetknął, dorastając w Luizjanie i Alabamie: zaplątanej w sieć z nostalgii i wiciokrzewu, melancholijnej, protekcjonalnej cioty imieniem kuzyn Randolph, który „rozumie” Zuu, ponieważ jej rzeczywistość nie koliduje z jego narcyzmem – taki bynajmniej nie był. Pisząc w swoich czasach i o swoich czasach, Capote przekroczył obie te kategorie. Zakreślając prawdę, jaką można znaleźć w zmyśleniu, stał się artystą zapowiadającym naszą epokę.

HILTON ALS jest etatowym pracownikiem „New Yorkera”. Publikuje również w „The New York Review of Books”. Jest autorem książek The Women i White Girls. Mieszka w Nowym Jorku.

T. Capote, Błysk, w: Muzyka dla kameleonów, przeł. Krzysztof Zarzecki, Da Capo, Warszawa 1994, s. 68 (wszystkie przypisy tłumacza). [wróć]

T. Capote, Inne głosy, inne ściany, przeł. Bronisław Zieliński, Muza, Warszawa 1995, s. 54. [wróć]

Ibidem, s. 190. [wróć]

Angela Davis, działaczka Komunistycznej Partii USA, feministka oraz aktywistka na rzecz emancypacji czarnych. Jej aresztowanie w 1970 roku pod zarzutem udziału w zbrojnym spisku wywołało szeroką falę protestów. [wróć]

T. Capote, Portret własny, w: Psy szczekają, przeł. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 228. [wróć]

T. Capote, Śniadanie u Tiffany’ego, przeł. Bronisław Zieliński, Libros, Warszawa 2002, s. 35. W oryginale Capote używa niewybrednego określenia o rasistowskim wydźwięku nigger-lip. [wróć]

Rozstanie

Nadszedł zmierzch; światła odległego miasteczka zaczynały migotać; rozgrzaną, zakurzoną drogą wiodącą w jego kierunku nadeszły dwie postacie: jedną z nich był duży i silny mężczyzna, drugą – delikatny młodzieniec.

Głowę Jake’a okalała płomiennoruda czupryna, jego brwi wyglądały jak rogi, w wydatnych mięśniach czaiła się groźba; miał na sobie wyblakłe, obszarpane farmerki, a z rozczłapanych butów wystawały mu palce. Odwrócił się do idącego razem z nim chłopaka i powiedział:

– Chyba czas się rozbić na noc. Masz, mały, weź ten tobołek i połóż go tam; a potem poszukaj jakiegoś drewna… aby żwawo. Trzeba przyszykować coś do jedzenia, zanim będzie całkiem ciemno. Nie chcemy, żeby ktoś nas widział. No, dalej, pospiesz się.

Tim posłuchał polecenia i zabrał się do zbierania drewna. Chude ramiona opadły mu z wysiłku, a wystające kości jeszcze bardziej podkreślały wymizerowaną sylwetkę. Choć wzrok miał słaby, dobrze patrzyło mu z oczu; kiedy się krzątał, lekko marszczył przypominające pączek róży usta.

Schludnie poukładał drewno, a Jake pokroił paski boczku i położył je na otłuszczonej patelni. Potem, kiedy drewno było gotowe do podpalenia, zaczął obmacywać swój kombinezon w poszukiwaniu zapałek.

– Do diabła, gdzie mogłem utknąć te zapałki? Gdzie one są, ty ich przypadkiem nie masz, co, mały? Cholera, tak myślałem; aa… tu są. – Wyjął z kieszeni kartonik zapałek, zapalił jedną i osłonił wątły płomyk sękatymi dłońmi.

Tim ustawił patelnię z boczkiem nad małym ogniskiem, które gwałtownie nabierało mocy. Przez jakąś minutę boczek leżał nieruchomy; potem dało się słyszeć delikatne skwierczenie i zaczął się smażyć. Wkoło rozszedł się bardzo przykry zapach. Od tego zapachu na chorowitej twarzy Tima pojawił się wyraz obrzydzenia.

– O cholera, Jake, nie wiem, czy dam radę przełknąć ten szajs. Niezbyt dobrze mi to wygląda. Chyba się popsuło.

– Masz do wyboru to albo nic. Jakbyś tak nie kisił tej forsy, co ją masz, moglibyśmy kupić sobie coś przyzwoitego do jedzenia. Masz, młody, całe dziesięć dolców. Nie potrzebujesz aż tyle, żeby dostać się do domu.

– Potrzebuję, wszystko już sobie policzyłem. Bilet kolejowy będzie mnie kosztował piątkę, a chcę też kupić nowe ubranie za jakieś trzy dolce, i jeszcze chcę coś ładnego dla mamy tak za dolara; no i wydam pewnie z dolca na jedzenie. Chcę wyglądać przyzwoicie. Mama i reszta nie wiedzą, że przez ostatnie dwa lata szwendałem się po całym kraju; oni myślą, że jestem akwizytorem… tak im napisałem; myślą, że przyjadę do domu na chwilę, zanim znowu ruszę w trasę.

– Powinienem ci zabrać te pieniądze… Jestem pieruńsko głodny… Mógłbym ci zabrać tych parę groszy.

Tim stanął w wyzywającej pozie. W porównaniu z muskularnym Jakiem jego wątłe, chuchrowate ciało wyglądało jak żart. Jake obrzucił go wzrokiem i roześmiał się. Oparł się o drzewo i ryknął:

– A to ci ładne! Mógłbym cię, ten worek kości, po prostu ukręcić. Mógłbym połamać każdą kosteczkę twojego ciała; tylko że byłeś dla mnie dobry… kradłeś dla mnie i takie tam… więc trzymaj sobie te zaskórniaki. – Znowu się roześmiał.

Tim spojrzał na niego podejrzliwie i z powrotem usiadł na kamieniu.

Jake wyciągnął z worka dwa cynowe talerze i nałożył trzy plastry zjełczałego boczku na swój talerz i jeden na talerz Tima. Tim spojrzał na niego.

– A mój drugi kawałek? Były cztery. Dwa dla ciebie i dwa dla mnie. Gdzie mój drugi kawałek? – upomniał się.

Jake spojrzał na niego.

– Myślałem, że powiedziałeś, że nie chcesz tego szajsu. – Biorąc się pod boki, wypowiedział cztery ostatnie słowa wysokim, pełnym sarkazmu kobiecym głosem.

Tim przypomniał sobie, że faktycznie tak powiedział, ale był głodny, głodny i zziębnięty.

– Mam to gdzieś. Chcę drugi kawałek. Jestem głodny. Mógłbym zjeść byle co. No dalej, Jake, dawaj mój drugi kawałek.

Jake roześmiał się i wetknął wszystkie trzy plastry do ust.

Nie padło już ani jedno słowo. Nadąsany Tim odszedł na bok i wychylając się z miejsca, w którym usiadł, nagarnął sosnowych gałązek i schludnie ułożył je na ziemi. Wreszcie, kiedy skończył, nie mógł już dłużej znieść napiętej ciszy.

– Sorry, Jake, wiesz, jak to jest. Jestem cały podekscytowany, że jadę do domu i w ogóle. Jestem też potężnie głodny, ale do diabła z tym, muszę po prostu zacisnąć pasa.

– Akurat! Parę groszy z tego, co tam chowasz, starczyłoby na przyzwoitą wyżerkę. Wiem, co myślisz. A może byśmy tak zwędzili trochę żarcia? Bez szans, tutaj niczego nie będę próbował zwędzić. Kolesie mówili mi, że to – wskazał palcem na światła, które znaczyły miasteczko – to jedna z najgorszych dziur na tym zadupiu. Jak sępy, tylko się czają na takich nygusów.

– Pewnie masz rację, ale zrozum, nie ma takiej możliwości, żebym coś z tej forsy wziął. Bo to musi mi wystarczyć, bo to wszystko, co posiadam, i wszystko, na co mogę liczyć w najbliższych kilku latach. A mamy nie chcę zawieść za nic na świecie.

Ranek rozpoczął się przepięknie, wielki pomarańczowy dysk zwany słońcem wzeszedł nad odległym horyzontem jak posłaniec niebios. Tim obudził się w samą porę, żeby być świadkiem wschodu.

Potrząsnął Jakiem, który skoczył na równe nogi, krzycząc:

– Czego? Ach! to już czas wstawać. Do diabła, jak ja nie cierpię wstawania. – Potem potężnie ziewnął i na całą szerokość rozciągnął swe mocarne ramiona.

– To będzie diabelnie gorący dzień, Jake. Całe szczęście, że nie muszę nigdzie iść. To znaczy, tylko do tego miasteczka, na stację.

– Taa, młody. Pomyśl o mnie, nie mam dokąd pójść, ale idę, wędruję w gorącym słońcu. Chciałoby się, żeby zawsze była wczesna wiosna, nie za gorąco, nie za zimno. Pocę się jak mysz latem i marznę na kość zimą. Co za klimat. Na zimę dobrze byłoby wybrać się na Florydę, ale to już nie takie zbiory jak kiedyś. – Podszedł i na nowo zaczął wyjmować naczynia. Sięgnął do worka i wyjął wiaderko. – Masz, młody, idź tam na farmę przy drodze, będzie z ćwierć mili stąd, i przynieś trochę wody.

Tim wziął wiaderko i ruszył drogą.

– Hej, młody, a kurtki nie weźmiesz? Nie boisz się, że ci ukradnę forsę?

– Eee. Mogę ci chyba ufać. – Jednak w głębi duszy wiedział, że nie może. A nie zawrócił tylko dlatego, że nie chciał, by Jake wiedział, że mu nie ufa. Choć możliwe, że Jake i tak to wiedział.

Poczłapał drogą. Była nieutwardzona i wzbijał się z niej kurz, mimo że ranek był wczesny. Biały dom stał kawałeczek dalej. Kiedy podszedł do bramy, ujrzał właściciela wychodzącego z obory z wiadrem w ręku.

– Proszę pana, czy mogę dostać trochę wody?

– Chyba tak. Tam jest pompa. – Brudnym palcem wskazał pompę na podwórku.

Tim wszedł za bramę. Złapał za uchwyt i zaczął pompować w górę i w dół. Woda popłynęła nagle, rozlewając się zimnym strumieniem. Pochylił się, przytknął usta do wylotu pompy i pozwolił, by zimna ciecz wypełniła mu usta i obmyła twarz. Napełnił wiaderko i ruszył w drogę powrotną.

Przedarł się przez krzaki i z powrotem znalazł się na polanie. Jake pochylał się nad workiem.

– Cholera, nie mamy już zupełnie nic do jedzenia. Myślałem, że może zostało choć parę plasterków tego boczku.

– Ach, nie ma sprawy. Kiedy dotrę do miasta, będę mógł sobie kupić prawdziwy posiłek… i może tobie kupię filiżankę kawy… i jakąś bułkę.

– Cholera, ale z ciebie łaskawca. – Jake spojrzał na niego z niesmakiem.

Tim podniósł kurtkę i sięgnął do kieszeni. Wyjął sfatygowany skórzany pugilares i odpiął zatrzask.

– Zaraz dobędę forsę, która pozwoli mi dotrzeć do domu. – Wielokrotnie powtarzał te słowa, pieszcząc je za każdym razem.

Sięgnął do portfela. Wyciągnął rękę… pustą. Owładnęło nim uczucie przerażenia i niedowierzania. Gorączkowo wywrócił pugilares na nice, po czym rzucił się przeszukiwać sosnowe igły. Miotał się wściekle wkoło jak schwytane zwierzę… a potem jego wzrok spoczął na Jake’u. Drobne, mizerne ciało Tima zatrzęsło się z wściekłości. Gwałtownie ruszył na niego.

– Oddawaj moje pieniądze, złodzieju, kłamco, ukradłeś mi je. Zabiję cię, jeśli ich nie oddasz. Oddawaj! Zabiję cię! Obiecałeś, że ich nie tkniesz. Złodziej, kłamca, oszust! Oddawaj, bo cię zabiję.

Jake spojrzał na niego ze zdumieniem i rzekł:

– Co ty, Tim, młody, nie mam ich. Może je zgubiłeś, może wciąż są gdzieś w tych sosnowych igłach. Dalej, znajdziemy je.

– Nie, tam ich nie ma. Szukałem. Ukradłeś je. Nikt inny nie mógł. To ty. Gdzie je schowałeś? Oddawaj, ty je masz… oddawaj!

– Przysięgam, że ich nie mam. Przysięgam na wszystkie moje zasady.

– Ty nie masz żadnych zasad. Jake, spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że jeśli nie masz moich pieniędzy, to niech cię trafi szlag.

Jake odwrócił się. W jaskrawym świetle poranka jego rude włosy wydawały się jeszcze bardziej rude, jego brwi przypominały ciernie. W oczy rzucał się nieogolony podbródek, a zadarte kąciki wykrzywionych ust ukazywały jego żółte zęby.

– Przysięgam, że nie mam twoich dziesięciu dolców. Jeśli nie mówię prawdy, niech mnie szlag trafi następnym razem, jak będę jechał koleją.

– OK, Jake, wierzę ci. Tylko gdzie mogą być moje pieniądze? Wiesz, że nie mam ich przy sobie. Jeśli ty ich nie masz, to gdzie są?

– Nie przeszukałeś jeszcze obozowiska. Rozejrzyj się wkoło. Gdzieś tutaj muszą być. Dalej, pomogę ci szukać. Nie mogły przecież ot tak sobie pójść.

Tim biegał nerwowo, powtarzając:

– A co, jeśli ich nie znajdę? Nie mogę iść do domu, nie mogę iść do domu w takim stanie.

Jake bez przekonania dołączył do poszukiwań; jego wielkie ciało zginało się, gdy przeszukiwał sosnowe igliwie i worek. Tim zdjął ubranie i stojąc nagi pośrodku obozowiska, gwałtownie szarpał swoje farmerki w poszukiwaniu pieniędzy.

Bliski płaczu, usiadł na drewnianej kłodzie.

– Możemy sobie darować. Nie ma ich tutaj. Nigdzie ich nie ma. Nie mogę wracać do domu, a chcę wracać. Och! Co powie mama? Proszę, Jake, masz je?

– Do diabła, ostatni raz mówię: NIE! Jeszcze raz mnie o to spytasz, a spuszczę ci regularne baty.

– OK, Jake, wygląda mi na to, że będę musiał powłóczyć się z tobą jeszcze trochę… aż znowu uzbieram dość pieniędzy, z którymi mógłbym wrócić do domu… mogę napisać do mamy kartkę, że wysłali mnie służbowo i dopiero później będę mógł przyjechać się z nią zobaczyć.

– Nie ma szans, żebyś się dalej ze mną włóczył. Mam już dość takich młodziaków jak ty. Będziesz musiał pójść swoją drogą i sam sobie znaleźć coś do roboty.

Jake zadumał się. „Chciałbym, żeby młody ze mną poszedł, choć nie powinienem. Może jeśli dam mu spokój, zmądrzeje, wróci do domu i coś z niego jeszcze będzie. Ot co, powinien wrócić do domu i powiedzieć prawdę”.

Obaj usiedli na kłodzie. W końcu Jake się odezwał:

– Młody, jeśli masz iść, to lepiej ruszaj. Dalej, wstawaj, jest już koło siódmej, czas na ciebie.

Tim podniósł swój plecak i razem poszli w stronę drogi. Wielka i potężna postać Jake’a wyglądała przy Timie ojcowsko. Wydawać się mogło, że chroni on małe dziecko. Doszli do drogi i zwrócili się ku sobie, żeby się pożegnać.

Jake spojrzał w czyste, bladoniebieskie oczy Tima.

– Hm, trzymaj się, młody, uściśnijmy sobie ręce i rozstańmy się jak przyjaciele.

Tim wyciągnął drobną dłoń. Jake objął ją swym wielkim łapskiem. Serdecznie nią potrząsnął… ręka młodziana poruszała się bezwładnie. Jake cofnął dłoń… a młody poczuł coś w swojej. Kiedy ją otworzył, ujrzał dziesięciodolarowy banknot. Jake odchodził już spiesznie, gdy Tim za nim ruszył. Być może był to tylko jaskrawy promień słońca, który odbił się w jego oczach, a potem następny, a może to naprawdę były łzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: The Early Stories of Truman Capote

Copyright © 2015 by The Truman Capote Literary Trust

Foreword copyright © 2015 by Hilton Als

Afterword copyright © 2015 by Penguin Random House LLC

Biographical note copyright © 1939 by Penguin Random House LLC

All rights reserved

This translation is published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Katarzyna Raźniewska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Michał Pawłowski / www.kreskaikropka.pl

Fotografia na okładce © Fred Stein Archive/Archive Photos/Getty Images

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Ostatni autobus i inne opowiadania, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-851-9

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatni autobus Z zimną krwią Truman Capote. Rozmowy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain