Fakap

Fakap

Autorzy: Dan Lyons

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 17.99 zł

Dan Lyons to pięćdziesięcioletni dziennikarz „Newsweeka”, poczytny bloger i poważny ojciec rodziny. Nagle, z dnia na dzień, traci pracę i przypadkowo zatrudnia się w dynamicznie rozwijającej się firmie startupowej.

Szybko okazuje się, że jego wieloletnie doświadczenie zawodowe nie pomoże mu realizować kolejnych czelendżów. Największym okazuje się odgadnięcie, co ci wszyscy zapracowani ludzie właściwie tu robią.

 

Autor z przewrotnym poczuciem humoru pokazuje od wewnątrz świat firm Doliny Krzemowej, w których absurd stał się codziennością. Zamiast na fotelach siedzi się tu na wielkich, gumowych piłkach, a pracownicy znikający z firmy w niejasnych okolicznościach określani są przez szefostwo mianem absolwentów.

 

Książkę Dana Lyonsa próbowano zablokować jeszcze przed wydaniem. Wywołała tak duże kontrowersje, że firma HubSpot postanowiła wydać własną odpowiedź na Fakap.

Ekipie nie do zdarcia: L.S., M.B. i P.B.,

najlepszym kumplom na świecie

Od autora

Ostatnie dziesięć lat życia poświęciłem pisaniu satyry na przemysł technologiczny – najpierw powstał blog, potem powieść, a niedawno program telewizyjny. Jednak żaden wytwór mojej wyobraźni, który znalazł wyraz w tych fikcyjnych produkcjach, nie może się równać z absurdem pracy w prawdziwej firmie nowych technologii, u producenta oprogramowania zwanego HubSpotem. Ta książka stanowi kronikę czasu, jaki spędziłem w spółce od przyjęcia propozycji pracy do odejścia z niej, i wcale nie jest satyrą. Wszystko opisane w Fakapie… zdarzyło się naprawdę. Niektórym osobom pozwoliłem zachować prawdziwe nazwiska, ale w większości przypadków wymyśliłem dla nich pseudonimy. Część z obecnych lub byłych HubSpotterów zgodziło się udzielić wywiadu do książki, lecz tylko pod warunkiem, że nasze rozmowy będą miały poufny charakter. Niektórzy w ogóle bali się ze mną rozmawiać. Wtedy sądziłem, że ich obawy są głupie. Ale jak pokazał bieg wydarzeń, ci ludzie słusznie się bali.

Krótkie wyjaśnienie w kwestii nazewnictwa: kiedy używam terminu „Dolina Krzemowa”, nie mam na myśli prawdziwego regionu geograficznego – mierzącego sześćdziesiąt mil półwyspu między San Francisco a San Jose, gdzie powstały pierwsze firmy technologiczne. Dolina Krzemowa – podobnie jak Hollywood czy Wall Street – stała się metaforą przemysłu, zarówno tego, który istnieje w Los Angeles, Seattle, Nowym Jorku, Bostonie i wielu innych miejscach, jak i w San Francisco Bay Area.

Określenie „bańka” przytaczam nie tylko w kontekście bańki ekonomicznej, kiedy wskaźniki wartości niektórych technologicznych start-upów oszalały, ale także opisuję nim sposób myślenia osób pracujących w przedsiębiorstwach nowych technologii, fanatycznych wyznawców firmy, pędzących jak stado owiec, bezmyślnie upajających się wizją rychłego sukcesu i bogactwa. Mówię o ludziach, którzy żyli w osobnej bańce filtrującej, przekonani o własnej wartości i pełni uwielbienia dla samych siebie, nieczuli na krytycyzm, niewrażliwi na rzeczywistość, nieświadomi tego, jak niedorzeczni wydają się całej reszcie świata.

HubSpot, gdzie pracowałem od kwietnia 2013 roku do grudnia 2014 roku, po części tworzył tę bańkę. W listopadzie 2014 roku firma z powodzeniem zadebiutowała na giełdzie i obecnie jej wartość rynkowa sięga prawie dwóch miliardów dolarów. Ale ta książka nie traktuje tylko o samym HubSpocie. To opowieść o tym, jak to jest, kiedy człowiek po pięćdziesiątce podejmuje próbę ponownego odnalezienia siebie i obrania nowej ścieżki kariery, zwłaszcza w branży w dużym stopniu wrogiej starszym pracownikom. To historia tego, jak sama praca uległa zmianie, jak niektóre przedsiębiorstwa, które twierdzą, że „zmieniają świat na lepsze”, tak naprawdę postępują zupełnie odwrotnie.

Mitologia szerzy się w Dolinie Krzemowej w sposób nieokiełznany. Napisałem tę książkę, ponieważ chciałem ukazać bardziej realistyczne spojrzenie na życie w start-upie „jednorożcu” i obalić popularny mit heroicznych przedsiębiorców. Szefowie HubSpotu nie byli bohaterami, a raczej bandą szarlatanów sprzedaży i marketingu, która naprędce kręci zmyślną historyjkę o magicznej technologii transformacyjnej i bogaci się na sprzedaży udziałów firmy, choć wciąż nie wykazała ani grosza zysku.

Istotą tej książki jest moja własna – czasem bolesna i upokarzająca – podróż w głąb siebie, kiedy usiłowałem przeobrazić się z dziennikarza w specjalistę od marketingu w start-upie produkującym oprogramowanie. Mam nadzieję, że moja historia, może nieco za późno, ale uchyli rąbka tajemnicy, jak wyglądało życie w start-upie, kiedy branża technologiczna na chwilę postradała zmysły i kiedy ja – może to dobrze, może źle – zrobiłem to samo.

W życia wędrówce, na połowie czasu,

Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,

W głębi ciemnego znalazłem się lasu.

Dante Alighieri, Boska komedia, tłum. E. Porębowicz,

Warszawa 1959, s. 5.

Kiedyś się na tym znałem. Ale potem zmieniło się to, czym „to” było.

Teraz znam się na tym, czym to nie jest, a to, czym „to” jest, zdaje mi się dziwaczne i straszne.

Grampa Simpson

Prolog

Witajcie w fabryce kontentu

Gdyby nakręcić film o bezrobotnym nieudaczniku po pięćdziesiątce, który dostaje ostatnią szansę, żeby zacząć karierę od początku, pierwsza scena mogłaby wyglądać następująco: kwietniowy poniedziałkowy poranek, słoneczny i chłodny, rześka bryza wieje od Charles River w Cambridge w stanie Massachusetts. Mężczyzna – siwe, niemodnie ścięte włosy, okulary w rogowych oprawkach, elegancka koszula – staje subaru outbackiem na podziemnym parkingu i lekko spoconymi dłońmi chwyta praktyczny plecak z laptopem, rusza ku wejściu do lśniącego i odnowionego, ale zabytkowego budynku z czerwonej cegły. Jest 15 kwietnia 2013 roku, a ten mężczyzna to ja. Zaczynam pierwszy dzień w HubSpocie. To moja pierwsza praca poza redakcją prasową.

Biura HubSpotu zajmują parę pięter dziewiętnastowiecznej fabryki mebli, którą przerobiono na banalną wariację na temat ogniska domowego technologicznego start-upu: odkryte belki stropowe, matowe szkło, duży dziedziniec wewnętrzny, sztuka współczesna wisząca w lobby. Jadąc windą na trzecie piętro, czułem zarówno podekscytowanie, jak i adrenalinę. Częściowo nadal nie mogłem uwierzyć, że to zrobiłem. Dziewięć miesięcy temu bezceremonialnie wylano mnie z nowojorskiej redakcji „Newsweeka”. Byłem przerażony, że być może już nigdy więcej nikt mnie nie zatrudni. A teraz miałem zostać specem od marketingu w jednym z najbardziej wziętych start-upów technologicznych na Wschodnim Wybrzeżu. Jest tylko jeden mały problem: nie mam zielonego pojęcia o marketingu. Nie wydawało mi się to znowu aż tak wielką przeszkodą, kiedy stawiłem się na szereg rozmów o pracę i przekonywałem szefów, żeby mnie zatrudnili. Teraz nie jestem aż tak pewny swego.

Pewności siebie przybywa mi na myśl, że HubSpot zdawał się dość podekscytowany, że przyjmuje mnie na pokład. Czacha, dyrektor działu marketingu (CMO), napisał artykuł na blogu HubSpotu, gdzie ogłaszał wszem i wobec, że mnie zatrudnił. Na innych blogach technologicznych zamieszczono wzmiankę o pięćdziesięciodwuletnim dziennikarzu „Newsweeka”, który opuszcza świat mediów, by pracować dla firmy software’owej.

Jednak kiedy staję w recepcji HubSpotu, dzieje się coś dziwnego: nikt na mnie nie czeka. Recepcjonistka Penny, która mogłaby uchodzić za licealistkę, nie ma pojęcia, kim jestem ani po co przyszedłem. Marszczy brwi i szuka mnie w komputerowym rejestrze: nic. To wydaje się kuriozalne. Nie spodziewałem się fanfar ani baloników, ale zakładałem, że ktoś, zapewne mój szef, będzie tu, żeby przywitać mnie w pierwszym dniu pracy.

– Będę pracował dla Czachy – mówię do Penny.

Czacha to ogromny, niezdarny gość tuż przed czterdziestką o buźce niewiniątka, który dawniej, w college’u, był liniowym w drużynie futbolowej i nadal tak wygląda. Na oficjalnym zdjęciu kadry kierowniczej HubSpotu ma na sobie koszulę oksfordzką z rozpiętym kołnierzykiem, a pod spodem biały T-shirt, jak mięśniak z uczelnianego bractwa. Oficjalnie to on mnie zatrudnił, ale decyzję podjęli współzałożyciele HubSpotu – Brian Halligan (CEO – dyrektor generalny) i Dharmesh Shah (CTO – dyrektor ds. technologii). To nie Halligan i Shah mnie zrekrutowali, to ja ich zrekrutowałem. Znalazłem HubSpot w ogłoszeniach o pracę na LinkedInie, odbyłem dwie rozmowy rekrutacyjne i w końcu spotkałem się z Halliganem i Shahem, którzy zaproponowali mi posadę „gościa od marketingu”. Mój tytuł był nietypowy, ale także ujmujący, o quasi-akademickim wydźwięku. Pozwalał na domysł, że przypadnie mi rola éminence grise. Opis moich obowiązków był zdawkowy, ale sądziłem, że będę pisał artykuły na blog HubSpotu, doradzał zarządowi w kwestii strategii medialnej, opracowywał przemowy dyrektora generalnego i uczęszczał na konferencje niczym wyznawca marki.

Penny dzwoni w parę miejsc. W końcu mówi mi, że Czachy nie ma dziś w biurze. Sprawdzam kalendarz w telefonie i przebiegam wzrokiem e-maile, by upewnić się, że nie pomyliłem daty. Z tego, co wiem, nic nie pokręciłem.

– A co ze Skrzydłowym? – mówię.

Skrzydłowy to asystent Czachy, trzydziestojednoletni dyrektor do spraw tego czy tamtego. Poznałem Skrzydłowego, jest nawet miły. Tak naprawdę nie wiem, czym się zajmuje, ale zasadniczo wydaje się miniwersją Czachy. Skrzydłowy nawet wygląda jak Czacha – zaokrąglony na twarzy, z krótkimi włosami – i nosi się jak on, wyznaje casualową elegancję, zakłada uniform składający się z jeansów, sportowej marynarki, eleganckiej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem i białego T-shirtu.

Penny znów wykonuje parę telefonów. Skrzydłowego też nigdzie nie ma.

– Może usiądziesz? – proponuje.

Zajmuję miejsce na pomarańczowej kanapie i wpatruję się w wielki płaski ekran telewizora, gdzie w kółko wyświetlają się rozmowy TED. Pomarańczowy to oficjalny kolor HubSpotu i jest wszędzie: pomarańczowe ściany, pomarańczowe instalacje, pomarańczowe biurka. HubSpotterzy zakładają pomarańczowe buty, pomarańczowe T-shirty i durne pomarańczowe okulary przeciwsłoneczne. Noszą pomarańczowe zeszyty i piszą w nich pomarańczowymi długopisami. Na laptopy przyklejają pomarańczowe naklejki. Logo HubSpotu to pomarańczowa zębatka, kółko z trzema małymi wystającymi odnóżami, na końcu każdego z nich znajduje się kulka. Czasami słowo „HubSpot” ulega podrasowaniu, wówczas w miejsce litery „o” wstawia się koło zębate. Nie mam pojęcia, co zębatka miałaby oznaczać, nie wiem też, czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, że trzy odnóża z bulwiastymi czubkami wyglądają jak trzy małe pomarańczowe chujki. Te pomarańczowe fiuty są tam wszędzie, lądują nawet na bluzach z kapturem, czapkach i innych częściach garderoby oraz gadżetach, które są na widoku, a które można kupić osobiście albo on-line w sklepie internetowym firmy – HubShopie.

Nadal czekam na kanapie, jest już dziewiąta rano w poniedziałkowy poranek i HubSpotterzy napływają do biura. Wielu z nich nosi ubrania HubSpotu niczym zawodnicy drużyny sportowej. Większość z nich to dwudziestolatkowie. Ich strój niebezpiecznie przypomina etykietę studenciaków – szorty i japonki, niewłożone w spodnie koszule, bejsbolówki zakładane daszkiem do tyłu. Za to kobiety hołdują wyglądowi, który mój przyjaciel określa mianem „dziewczyna z college’u w Nowej Anglii idzie na randkę”, co oznacza jeansy, kozaczki, sweterki.

Zjawia się jakaś kobieta i przedstawia się w recepcji. Ubrała się w garnitur – przyszła tu na rozmowę kwalifikacyjną, bez wątpienia. Penny mówi jej, żeby usiadła. Kandydatka zajmuje miejsce obok mnie, ale w przeciągu minuty zostaje zgarnięta i zaproszona na spotkanie, podczas gdy ja siedzę. I siedzę. Penny patrzy na mnie.

– Nadal to sprawdzam – mówi.

Uśmiecham się i mówię, że to żaden problem. Penny wciąż gdzieś wydzwania, spoglądając to na mnie, to w bok, stara się dociec, co zrobić z siwym gościem, który zjawił się przed nią i twierdzi, że tu pracuje.

W końcu parę telefonów później zjawia się Zack. Przeprasza, że Skrzydłowego i Czachy dziś nie ma, ale to on oprowadzi mnie po biurze. Ma dwadzieścia parę lat, przyjazny uśmiech i włosy ułożone na żel. Przypomina mi stażystów z „Newsweeka”, świeżych absolwentów college’u, którzy robili wstępny research dla dziennikarzy. Domyślam się, że musi być tu asystentem.

W naszych budynkach mieszczą się także siedziby funduszy venture capital, inwestujących w kapitał wysokiego ryzyka, i parę innych firm, wśród nich Sonos, która produkuje bezprzewodowy domowy sprzęt stereo. Jednak HubSpot się rozwija, rozrasta i kolonizuje większość zabudowania. Inżynierowie są na pierwszym piętrze, marketingowcy piętro wyżej, handlowcy jeszcze wyżej. HubSpot daje pracę pięciuset pracownikom i nadal zatrudnia jak szalony. Przyznano mu tytuł jednego z najlepszych miejsc pracy w Bostonie, z dodatkowymi świadczeniami obejmującymi nielimitowany urlop i świetny pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, w całości opłacany przez firmę.

Pomieszczenia biurowe łudząco przypominają przedszkola Montessori, gdzie chodziły moje dzieci: dużo jaskrawych podstawowych barw, mnóstwo zabawek i pokój drzemek z hamakiem i uspokajającymi malunkami palm na ścianach. Trend „biuro-to-plac-zabaw” zaczął się w Google’u, ale teraz rozprzestrzenił się niczym zaraza po całej branży technologicznej. Praca nie może być po prostu pracą, musi być zabawą. HubSpot dzieli się na „dzielnice” noszące nazwy części Bostonu: North End, South End, Charlestown. W jednym z kwartałów znajdują się instrumenty muzyczne, na wypadek gdyby ludzie chcieli zaimprowizować jam session, co – jak mówi Zack – nigdy się nie zdarza; instrumenty po prostu tu leżą. Każda dzielnica ma niewielką kuchnię z ekspresem do kawy, hol z kanapami i tablicami, gdzie ludzie wypisali kredą „HubSpot = cool” tuż obok inspirujących cytatów w rodzaju: „Mamy dwoje uszu i jedne usta nie bez powodu. Powinniśmy dwa razy więcej słuchać niż mówić”.

Ogromna sala konferencyjna na parterze pełni także funkcję salonu gier z nieodłącznymi piłkarzykami, stołem do ping-ponga, halowym shuffleboardem i grami wideo. Mieszcząca się obok stołówka może się poszczycić chłodniami przemysłowymi zastawionymi skrzynkami z piwem, barkami pełnymi bajgli i płatków zbożowych oraz szklanymi automatami na ścianie z mieszanką bakalii i cukierków. Zwie się to „ścianą słodyczy”, Zack wyjaśnia, że to z niej HubSpotterzy są szczególnie dumni. Ściana to jedna z pierwszych rzeczy, którą chwalą się przed gośćmi. To symbol kultury zabawy, która czyni HubSpot wyjątkowym. To młode miejsce tętni energią. Członkowie teamów umawiają się po pracy, żeby zagrać w dwa ognie na trampolinie, ścigać się na gokartach czy pograć w laserowego paintballa.

Po korytarzach HubSpotu wałęsają się psy, ponieważ – podobnie jak w przypadku przedszkolnego dekorum – czworonogi stały się obowiązkowym elementem technologicznych start-upów. Zack mówi mi, że grupa studenciaków spotyka się w południe w lobby na drugim piętrze, żeby pocisnąć razem pompki. Na górze można zostawić ubrania w pralni chemicznej. Czasami ściągają tu masażystów. Na drugim piętrze są prysznice, z których korzystać mogą dojeżdżający do pracy na rowerze oraz uprawiający jogging podczas przerwy na lunch, ale pracownicy wykorzystują tę przestrzeń także jako sekskabiny, kiedy piątkowe happy hours wymkną się spod kontroli. Później dowiem się (od Penny, recepcjonistki, która jest fantastycznym źródłem plotek), że w pewnym momencie sprawy wymknęły się spod kontroli do tego stopnia, że zarząd musiał rozesłać notatkę służbową, dyscyplinującą rozbrykane stadko.

– To ci handlowcy – mówi mi Penny. – Są obrzydliwi.

Później usłyszę także opowieść o woźnych, którzy przychodzili w sobotni poranek i na pierwszym piętrze w męskich toaletach znajdowali, co następuje: stertę wypitych do połowy puszek piwa, ogromną kałużę wymiocin i damskie stringi. Nie byli w siódmym niebie. Zmartwili się jeszcze bardziej, kiedy pewnego ranka nawalony dwudziestolatek z działu marketingu HubSpotu przyjechał do pracy i z nieznanych powodów podpalił wózek do sprzątania należący do woźnego.

Wszyscy pracują tu na ogromnym open spasie, ramię w ramię, ściśnięci obok siebie niczym szwaczki z fabryki koszul w Bangladeszu, tyle że zamiast garbić się nad maszynami do szycia, oni siedzą zgarbieni nad laptopami. Wybuchają bitwy na zabawkowe pistolety, ludzie celują zza gigantycznych płaskich monitorów, raz po raz dając nura i wczołgując się pod biurko. Biurka stojące to świeżynka w firmach technologicznych i HubSpot porozstawiał je wszędzie. Ludzie zwołują zebrania na stojąco, a nawet na chodząco, co oznacza, że cała grupa idzie na spacer, a spotkanie odbywa się po drodze.

Nikt nie ma tu biura, nawet CEO. Obowiązuje pewna zasada. Co trzy miesiące każdy zmienia miejsce w korporacyjnej wersji gorącego krzesła. HubSpot nazywa to „karuzelą siedzeń” i twierdzi, że celem jest przypomnienie wszystkim, iż zmiana to jedyna stała. Jeśli chcesz zażyć prywatności, musisz zarezerwować jeden z pokojów spotkań, które ciągną się na skraju open space’u. Niektóre pomieszczenia nazwano na cześć zawodników drużyny Red Sox, inne to hołd oddany „sławnym marketingowcom” – daję sobie chwilę, żeby odnotować to w pamięci. Zamiast prawdziwych mebli stoją fotele i pufy z grochem, to właśnie tam ludzie rozkładają się z laptopami na kolanach.

Jasne, to szaleństwo, sprawia wrażenie wymuszonej pozy, tak jakby wszyscy odrobinę za bardzo starali się upewnić w przekonaniu, że ich praca jest super i świetnie się bawią. Ale kto by się tym przejmował? To mój pierwszy dzień. Cieszę się, że tu jestem. To świetna okazja. Przez ostatnich parę lat odwiedziłem mnóstwo podobnych miejsc i zastanawiałem się, jak by to było pracować w jednym z nich.

Kiedy obchodzimy budynek, Zack opowiada mi co nieco o sobie. Tak jak i ja jest w HubSpocie nowicjuszem. Zaczął pracę tylko parę miesięcy wcześniej. W college’u specjalizował się w języku angielskim, ale chciał być dziennikarzem sportowym. Jednak po ukończeniu szkoły stwierdził, że dziennikarstwo wydaje się zbyt niestabilne i zaczął pracę w Google’u. Mówię mu, że dobrze zrobił. Wydawcy szarpią się z rynkiem i lecą liczne dziennikarskie głowy, dlatego właśnie ludzie tacy jak ja zjawiają się obecnie w miejscach takich jak to i usiłują „odkryć siebie na nowo” na posadach PR-owców i marketingowców. W tych zajęciach rzekomo mogą wykorzystać te same umiejętności, które rozwinęli jako dziennikarze, czyli zdolność pisania i zdążania przed deadlinem. I szczerze mówiąc, wedle korporacyjnych amerykańskich standardów, tacy kandydaci są tani i łatwi.

Zackowi przychodzi do głowy, że dobrze byłoby objaśnić mi, jak zorganizowany jest dział marketingu. Idziemy do sali konferencyjnej, gdzie na białej tablicy zaczyna rysować wykres organizacyjny. Zack, jak później odkryję, uwielbia pisać na tablicach. Na szczycie wykresu umieszcza Czachę, dyrektora działu marketingu. Poniżej Czachy znajdują się Skrzydłowy i troje innych. Każdy z nich ma pod sobą team lub grupę teamów. Zack nadaje i nadaje, rozrysowując drzewko, które wciąż się rozrasta, aż wkrótce zajmuje całą przestrzeń. Są tu: marketing produktu, marketing internetowy, e-mail marketing, marketing w mediach społecznościowych, marketing konsumencki, marketing afiliacyjny. Są ludzie, którzy zajmują się generowaniem popytu, i inni, trudniący się ochroną interesów klienta. Są specjaliści od ulepszania procesów sprzedaży i zdobywania nowych klientów. Jest team zwany lejkiem sprzedaży oraz grupa nazywana marką i rozgłosem, która nadzoruje team PR-owców oraz organizuje doroczną konferencję.

W końcu, nieco na uboczu, znajduje się dział produkcji treści. W jego skład wchodzą osoby tworzące blog oraz inna ekipa pisząca e-booki. Tam właśnie będę pracować.

Zauważam coś: imię Zacka na wykresie znajduje się ponad działem produkcji treści, tuż poniżej Skrzydłowego. Nie jestem ekspertem organizacji korporacyjnej, ale wnioskując po porządku panującym na wykresie, sądzę – a raczej obawiam się – że ten gość, którego brałem za asystenta biurowego, tak naprawdę może być moim szefem.

– Chwileczkę – mówię. – Coś mi się nie zgadza. – Patrzę na mojego rozmówcę. – Zacku – mówię znów – czym ty się zajmujesz? Na czym polega twoja praca?

– Och – odpowiada – zarządzam działem produkcji treści.

– Skoro zarządzasz działem produkcji treści – mówię niepewnym głosem – czy to oznacza, że jesteś moim szefem? – Staram się nie brzmieć na przestraszonego. – Pracuję dla ciebie?

Zack mówi, że sam nie wie, czy tak naprawdę określiłby się mianem mojego „szefa”. Ściśle rzecz ujmując, według niego moim oficjalnym zwierzchnikiem będzie Skrzydłowy. Ale na co dzień, no cóż, to prawda, że będę pracować w teamie, którym zarządza Zack.

– Ożesz kurwa – myślę po cichu.

– Jasne, w porządku – mówię na głos.

Zack chce pokazać mi moje miejsce pracy. Wstaję, choć kręci mi się w głowie, i wychodzę za nim z pokoju konferencyjnego, mijam na korytarzu ludzi, którzy nagle wydają się za młodzi, jak uczniacy z liceum. Są wszędzie, opanowali cały budynek. Mkną w pośpiechu z laptopami pod pachą, siedzą w grupkach za szklanymi ścianami małych pokojów spotkań, rysują na białych tablicach, wpatrują się w prezentacje PowerPoint na gigantycznych monitorach, piją kawę, robią notatki. Wydaje mi się, że mam atak paniki. Albo przeżywam flashback po kwasie. Chcę dopaść do drzwi.

Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa – powtarza mi w głowie cienki głosik, kiedy idę korytarzem za Zackiem i jego włosami ułożonymi na żel. Krew tętni mi w skroniach.

Dziewięć miesięcy temu byłem redaktorem ds. technologii w „Newsweeku”. W tamtej pracy nie zauważałem ludzi takich jak Zack, Skrzydłowy czy sam Czacha. To osoby, do których nie oddzwoniłbym, e-maile od nich usunąłbym, nawet ich nie otwierając. Sami Halligan i Shah byli takimi płotkami, że nie poświęciłbym ani chwili, żeby umówić się z nimi na kawę, a z pewnością pożałowałbym im artykułu. A Zack? Dobry Boże! Zaledwie pięć lat temu skończył college, na całe jego doświadczenie zawodowe składają się dwa staże dziennikarskie i trzy lata przepracowane na niskich stanowiskach w regionalnym biurze sprzedaży reklamy Google’a.

Zack prowadzi mnie do ciasnego pomieszczenia rozmiarów pudełka zapałek, długiego na trzydzieści stóp i szerokiego na piętnaście, gdzie w dwóch rzędach siedzi stłoczonych dwadzieścia młodych kobiet, wgapionych w laptopy. To jest fabryka kontentu. Dosłownie tak mówią. Ci ludzie tytułują się stwórcami kontentu. Nie grzeszą skromnością. „Masz apetyt na więcej treści? Kliknij tutaj, żeby się najeść!” – wypisują w małych ramkach obok postów na blogu, mając nadzieję, że obietnica „więcej treści” skusi czytelników, by zostali na stronie.

Uśmiecham się, wymieniam uścisk dłoni i mijam rozmywający mi się przed oczami szpaler dziewcząt o imionach Amanda, Ashley, Brittany i Courtney, zdając sobie sprawę, że jestem dwa razy, a czasem trzy razy starszy od tych, z którymi się witam.

– Gdzie byłaś wcześniej, zanim tu trafiłaś? – pytam jedną z osób, która posyła mi dziwaczne spojrzenie i mówi:

– Hm, w college’u?

Przestaję zadawać pytania. Wszystkie są kobietami, wszystkie są białe i wszystkie mają na sobie jeansy i paradują w tych samych fryzurach, prostych włosach do ramion. Wszystkie zdają się być zbite z tropu moją obecnością. Co ten staruszek tu robi? Uśmiecham się, choć dociera do mnie, że nie skojarzyłbym żadnego imienia z twarzą dopiero co poznanych pracownic.

Potem Zack przedstawia mnie w dziale blogerskim kobietom, z którymi będę najbliżej współpracował: Marcii, Jan i Ashley. Wcześniej czytałem to, co wyszło spod ich pióra. Używają sformułowań w stylu: „totalnie” i „obłędnie” i produkują na blog teksty pod tytułem: 5 sposobów, by twoja strona docelowa była obłędna czy 7 wskazówek, jak totalnie ulepszyć jakość leada sprzedażowego. Piszą swojskim językiem: „Hej, blogowanie to ciężki kawał chleba, co nie? Nie musisz nam tego mówić!!! Ale czy wiesz, że jest lekarstwo na tę letnią blogową depresję? No cóż, istnieje, a my ci o tym opowiemy, więc czytaj dalej!”.

Nie mam pewności, jaka relacja będzie mnie łączyć z tymi kobietami. Nie jestem ich szefem. Zack jest. Zack wskazuje na puste biurko.

– Chyba możesz siedzieć tutaj – mówi.

Zamiast krzesła widzę dużą gumową dmuchaną piłkę – pomarańczową, rzecz jasna – do tego na kółkach. Nie jestem pewien, co zrobić. Jeśli poproszę o krzesło, zaryzykuję, że wyjdę na starego pierdziela, który nie wie, jak siedzieć na skocznej piłce, albo na primadonnę, co potrzebuje specjalnego traktowania. Ale jeśli usiądę na tym czymś, jestem prawie pewien, że zaraz spadnę. Wyobrażam sobie siebie, pięćdziesięciodwulatka, który zwala się z pomarańczowej gumowej piłki na podłogę, podczas gdy grupka młodych kobiet patrzy i próbuje się nie roześmiać. Zapada chwila niezręcznej ciszy, kiedy pytam Zacka, czy uda się znaleźć prawdziwe krzesło biurowe. Porywamy krzesło od biurka w innym pomieszczeniu. Kryzys zostaje zażegnany.

Zack wraca do siebie i zajmuje się tym, czymkolwiek zwykle się zajmuje, podczas gdy ja zasiadam przy moim małym biureczku, na którym nie ma nic prócz nowiutkiego macbooka air. Czy to naprawdę to? Czy to jest moja praca? Czy naprawdę codziennie będę przychodził do biura, siadał przy tym gównianym biureczku w tym gównianym pokoiku? Czy ci ludzie to moi nowi koledzy? Czy będę musiał przesiadywać razem z nimi na zebraniach i słuchać, co mają do powiedzenia? Na czym właściwie polega moja praca? Gdy już skończę tę całą papierkową robotę związaną z pierwszym dniem, gdy zrobią mi zdjęcie, wyrobią identyfikator i wejściówkę do podziemnego parkingu, co niby mam robić? Wygląda na to, że Zack nie ma o tym zielonego pojęcia. Jest tu tak świeży, że nie doszedł jeszcze do tego, na czym polega jego praca, a co dopiero moja.

Spędzam cały dzień na wypisywaniu sterty papierów i staram się nie panikować. Na pewno Halligan i Shah nie zatrudniliby mnie, a potem nie upchnęli w tym pomieszczeniu, żebym pracował dla Zacka. Musiała nastąpić jakaś pomyłka. Kiedy Czacha tu dotrze, na pewno to odkręci. Ale to nie najlepszy znak, że Czacha najpierw nagłaśnia fakt dania mi angażu, a potem nawet się nie zjawia, żeby przywitać mnie pierwszego dnia pracy.

Uspokój się – powtarzam sobie. Oddychaj głęboko. Jednak nie udaje mi się stłumić tego małego głosiku, dźwięczącego: kurwa, kurwa, kurwa, który próbuje powiedzieć mi, że popełniam wielki błąd. Wkrótce przekonam się, że ten głosik miał rację.

Rozdział 1

Wieloryb Białas – wylany z pracy, wyrzucony na brzeg

Jest dziewięć miesięcy wcześniej, trwa lato 2012 roku i życie ma smak. Skończyłem pięćdziesiąt jeden lat, jestem ustatkowany i prowadzę szczęśliwy małżeński żywot na przedmieściach Bostonu, dorobiłem się dwojga dzieci i uwielbiam swoją pracę. „Newsweek” płaci mi za to, żebym poznawał wspaniałych ludzi i pisał o tym, co mnie fascynuje, czyli o energii jądrowej, reformie edukacji, superkomputerach, sztucznej inteligencji, robotyce, rosnącej konkurencyjności Chin, globalnym zagrożeniu hakerstwem finansowanym z państwowych funduszy. W moich oczach „Newsweek” to coś więcej niż firma – to instytucja. A profesja dziennikarza prasowego wydaje się najlepszym zajęciem pod słońcem.

Nagle pewnego dnia, bez żadnego ostrzeżenia, to wszystko się kończy. Jest piątkowy czerwcowy poranek. Dzieci są w szkole. Siedzimy z żoną Sashą przy kuchennym stole, popijamy kawę i przeglądamy plany wyprawy na nadchodzące wakacje, ponieważ wybieramy się na trzytygodniową wycieczkę do Austrii. To dla nas mała finansowa rozpusta, ale jeśli wykorzystamy mile wylatane w programie lojalnościowym linii lotniczych i zatrzymamy się w skromnych hotelach, będziemy mogli sobie na to pozwolić. Nasze dzieciaki – bliźniaki, chłopiec i dziewczynka – za parę tygodni skończą siedem lat i w końcu będą wystarczająco duże, żeby przetrwać tę przygodę. Sasha właśnie rzuciła pracę nauczycielki w szkole, ponieważ cierpiała na chroniczne migreny i spędzała za dużo czasu w izbie przyjęć. Potrzebuje trochę wolnego, żeby zatroszczyć się o siebie. Parę tygodni w Alpach na początek wydaje się świetnym pomysłem. Będzie nam brakować jej pensji i pierwszej klasy ubezpieczenia, ale mogę zapewnić rodzinie przyzwoitą ochronę z ramienia „Newsweeka”, a prócz stałej wypłaty dorabiam trochę grosza na boku, dając wykłady.

Stoimy mocno na nogach. Sasha może odejść z pracy i mimo to wciąż stać nas na wakacje. Wszystko będzie dobrze. Powtarzamy to sobie, przeglądając stronę internetową pewnego miejsca, gdzie mamy się zatrzymać – to zlepek chatek na zboczu w odległej wiosce otoczonej górami. Miejscowy przewodnik zabiera turystów na piesze wycieczki i zapewnia dzieciom kurs wspinaczki. Z pobliskiej stadniny można się wybrać na konne przejażdżki na krzepkim małym haflingerze z kudłatą blond grzywą. Wyruszamy za trzy tygodnie.

Nagle rozlega się powiadomienie mojego telefonu. To e-mail od redaktorki „Newsweeka” Abby. Chce wiedzieć, czy mogę rozmawiać. Idę na górę do swojego gabinetu i telefonuję do biura w Nowym Jorku. Domyślam się, że Abby chce przekazać mi aktualne wieści na temat blogu technologicznego, którego odpalamy. Jednak niestety nie o to chodzi.

– Mam złe wieści – mówi. – Nastąpiły pewne cięcia. Zlikwidowano twoje stanowisko.

Nie jestem pewien, co mam powiedzieć. Z jednej strony to dla mnie żadna niespodzianka. „Newsweek” od dawna biednieje. Dwa lata temu tytuł sprzedano nowemu właścicielowi, który obiecał temu zapobiec. Ale czasopismo traci dziś więcej funduszy niż dwa lata temu. Prenumeratorzy i reklamodawcy odpływają. Chyba w pewnym stopniu spodziewałem się tego telefonu. Jednak nie spodziewałem się, że odbiorę go dzisiaj.

Abby mówi, że to nie ona podjęła decyzję, żeby mnie wylać. Pytam, kto za tym stoi. Odpowiada, że nie wie. Ale ktoś gdzieś musiał o tym zadecydować. Abby jest po prostu posłańcem. Nie może nic na to poradzić, a ja nie mogę się do nikogo odwołać. To oczywiście gówno prawda. Abby wie, kto tak postanowił. Założę się, że była to Abby we własnej osobie.

Abby jest człowiekiem „Newsweeka” z dawnych czasów. Odeszła z tygodnika, zanim do niego dołączyłem, ale trzy miesiące temu zrekrutowano ją, by wróciła na stanowisko redaktorki naczelnej. Nie posiadałem się z radości, kiedy dowiedziałem się, że będę jej podlegać. Byliśmy starymi przyjaciółmi. Znaliśmy się od dwudziestu lat. Gdy tylko zaczęła pracę, zaczęliśmy rozmawiać o odpaleniu blogu technologicznego, którego miałbym prowadzić. Zakładałem, że dostanę rok, może nieco więcej, żeby wystartować z nowym przedsięwzięciem. Dlatego właśnie sądziłem, że moja posada jest pewna. Dlatego siedzę teraz, wyglądam przez okno i czuję się tak, jakby ktoś zdzielił mnie pałą przez łeb.

– Myślę, że po prostu chcą zatrudnić młodszych – mówi Abby. – Twoją pensją mogą obdzielić pięcioro dzieciaków prosto z college’u.

– Jasne. – Nie jestem zły. Jestem oszołomiony. – Rozumiem.

Z zewnątrz dobiega ryk kosiarki. Spoglądam za okno i widzę, że goście, którzy koszą nasz trawnik, zaparkowali ciężarówkę. Odnotowuję w myślach, że to drobny luksus, bez którego teraz będziemy musieli się obyć, ponieważ bezrobotny mężczyzna nie może płacić komuś, by kosił mu trawę. Jeszcze nie zdążyłem odebrać wypowiedzenia, a już główkuję, jakby tu zaoszczędzić trochę grosza. Czy powinniśmy odciąć kablówkę? Przestaniemy jeść w mieście? Czy mimo to możemy wybrać się do Austrii?

Abby mówi, że naprawdę mnie lubi i ta rozmowa jest dla niej doprawdy trudna. Robi to z ogromną niechęcią, ponieważ znamy się od tak dawna, no a przecież nikt nie ma ochoty dzwonić do przyjaciela i przekazywać mu takiej wiadomości. W pewien sposób zaczynam jej nawet współczuć, mimo że to mnie wyrzucano na zbity pysk.

Zapewniam, że rozumiem. W końcu jestem dziennikarzem biznesowym. O tym właśnie piszę: firmy z tradycją rozłożone na łopatki przez nowe technologie powoli idą na dno, pociągając za sobą pracowników. Gdybym prowadził magazyn, który traci środki, też chciałbym ciąć koszty. Pozbyłbym się podstarzałych gości i zatrudnił bandę wygłodniałych dzieciaków. To się rozumie.

Podjąłem tę pracę ze świadomością, że pewnie nie potrwa wiecznie. W 2008 roku, kiedy dołączyłem do zespołu, weteranom „Newsweeka” właśnie proponowano finansową rekompensatę i pakiet wcześniejszej emerytury. Tak działo się nie tylko w „Newsweeku”. Dzienniki i czasopisma wymierały wszędzie, wykańczane przez Internet. Pomimo tego redakcja „Newsweeka” nadal była wspaniałym miejscem pracy i nawet jeśli gazecie zostało tylko parę lat, chciałem w niej pracować.

A teraz, w ten słoneczny piątkowy poranek, nastąpił koniec.

Mój ostatni dzień pracy przypada na za dwa tygodnie, mówi Abby. Nie dostanę żadnej odprawy, zaledwie dwutygodniową wypłatę i zaległy urlop. Pod koniec tych dwóch tygodni stracę także ubezpieczenie zdrowotne, ale ludzie z HR-ów pomogą mi wymyśleć, jak zabezpieczyć moje świadczenia na przyszłość.

Część kolegów, którzy odeszli, kiedy tytuł sprzedano w 2010 roku, odebrało odprawy w wysokości rocznej pensji. Kiedy dostałem wypowiedzenie, spodziewałem się, że wraz z nim otrzymam wystarczające środki, by zapewnić sobie miękkie lądowanie. Okres dwóch tygodni zdawał się brutalnie krótki. Próbowałem się targować. Spytałem Abby, czy zatrzyma mnie na sześć miesięcy, podczas kiedy ja rozejrzę się za nową pracą. To pozwoli mi zachować twarz i ułatwi poszukiwania nowej posady. Przykro mi, mówi, ale nie. Proponuję, że zgodzę się na obniżenie wynagrodzenia. To też nie zadziała, odpowiada. A może zajmę się czymś innym? – oferuję. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczy, że będę zatrudniony i zachowam świadczenia na czas szukania innego zajęcia.

Abby nie godzi się na nic.

– Abby, ale ja mam dzieci. – Głos mi drży. Biorę oddech. Nie chcę dać po sobie znać, że wpadam w panikę. – Bliźniaki. Skończyły sześć lat.

Mówi, że jej przykro, rozumie moją trudną sytuację, ale po prostu nic nie może na to poradzić.

Opowiadam jej, że moja żona właśnie odeszła z pracy w szkole. Ja dopiero co wysłałem papiery, żeby zrezygnować z ubezpieczenia Sashy i włączyć nas do pakietu ubezpieczeniowego oferowanego w „Newsweeku”. Dział HR naszej gazety musiał mieć tego świadomość. To przecież było „zdarzenie życiowe”, które wyjątkowo umożliwiało nam skorzystanie z oferty ubezpieczenia zdrowotnego w „Newsweeku” poza wyznaczonym terminem składania wniosków.

– Słuchaj – mówię – jeśli możesz odwlec w czasie moje zwolnienie i zapewnić mi etat na parę miesięcy, zdołam przynajmniej zachować ubezpieczenie zdrowotne. Obiecuję, że znajdę inną pracę i ulotnię się.

Jednak Abby, moja stara przyjaciółka, kobieta, którą znam od momentu, kiedy oboje mieliśmy po dwadzieścia lat i stawialiśmy pierwsze kroki w dziennikarskim świecie, mówi, że nie, nie może tego zrobić. Za dwa tygodnie jestem skończony, koniec, kropka.

Odkładam słuchawkę, schodzę i opowiadam Sashy, co się właśnie stało. Jest oszołomiona. Przecież dopiero co powiedziałem jej, że może bezpiecznie odejść z pracy, ponieważ moja posada w „Newsweeku” jest pewna.

– Myślałam, że Abby to twoja przyjaciółka – mówi Sasha.

– Też tak myślałem.

Na stole przed Sashą nadal leży wakacyjna teczka z broszurami, biletami lotniczymi i potwierdzeniami rezerwacji w hotelu i wypożyczalni samochodów.

– Może powinniśmy zrezygnować z wycieczki – mówi.

Nie ma sensu, odpowiadam jej. Część pieniędzy już wydaliśmy na zaliczki, których nie możemy odzyskać.

– Powinniśmy jechać – zapewniam. – Wyjedziemy i wykorzystamy czas wakacji, żeby przemyśleć nasz następny ruch. Możemy zrobić wszystko, prawda? Możemy się przeprowadzić. Możemy zacząć od nowa. Z czystą kartą.

Myślę o Vermoncie. Zawsze powtarzaliśmy, jak super byłoby tam mieszkać. Nasi przyjaciele to zrobili – pewnego dnia sprzedali wszystko i przeprowadzili się do Vermontu. Bardzo im się tam podoba! Jest jeszcze Boulder. Lub Bozeman. Moglibyśmy zamieszkać w Górach Skalistych! Powinniśmy sporządzić listę najlepszych miejsc do życia, wynająć przyczepę kempingową, odwiedzić każde z nich i potem podjąć decyzję. Moglibyśmy przez całe lato podróżować po kraju! Możemy zobaczyć Wielki Kanion, Parki Narodowe w Zion, Yellowstone i Yosemite. Ta sytuacja to dar. Mamy teraz mnóstwo wolnego czasu! Kto wie, czy kiedykolwiek jeszcze trafi się nam taka szansa.

Sasha wie, że gadam od rzeczy, wie także, iż panikuję, ponieważ właśnie kiedy wpadam w panikę, to gadam jak najęty. Lecz nawet jeśli w myślach przebiegam listę zmyślonych górskich miasteczek, gdzie mógłbym nosić koszule w kratę, jeździć pick-upem i zapuścić brodę, Sasha patrzy prawdzie prosto w oczy i czuje, że musi wyjaśnić mi nasze prawdziwe położenie, tak jakby wypowiadając słowa na głos, miała większą kontrolę nad sytuacją.

– Porozmawiajmy lepiej o tym, gdzie jesteśmy teraz – mówi. Mocno się stara, żeby zachować spokój. – Rzeczywistość jest taka, że właśnie rzuciłam pracę i nie dostanę jej z powrotem. Już zatrudnili kogoś na moje miejsce. A teraz wyrzucili ciebie.

– Zwolnili – mówię, bo to brzmi lepiej.

– Chodzi mi o to, że oboje jesteśmy bez pracy, mamy sześcioletnie bliźniaki, żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, zero dochodów. I właśnie wybieramy się na naprawdę drogie wakacje.

– No cóż – odpowiadam – skoro tak na to patrzysz.

– A jak inaczej można na to patrzeć?

Zaczynam od nowa moją gadkę o przeprowadzce w góry, ale Sasha ucina mi w pół słowa. Nic takiego się nie wydarzy i oboje o tym wiemy. Nie będziemy latem krążyć przyczepą kempingową po Stanach niczym Griswoldowie na głupawej wycieczce.

– Posłuchaj – mówię – znajdę inną pracę. Jeszcze dzisiaj zacznę obdzwaniać znajomych. Już, zaraz. Roześlę e-maile do wszystkich, których znam. Mam parę zaproszeń na wykłady, przeżyjemy za to jesień. No i mogę podłapać jakieś zlecenia.

Staram się stwarzać wrażenie przekonanego. Ale prawda jest taka, że skończyłem pięćdziesiąt jeden lat i nigdy wcześniej nie szukałem pracy. Zawsze miałem posadę i zmieniałem ją jedynie na lepszą. W życiu nie musiałem telefonować do przyjaciół i prosić, żeby o mnie pamiętali, jeśli coś obije im się o uszy. Zawsze to ja byłem gościem po drugiej stronie słuchawki i niezmiennie współczułem znajomym, którzy do mnie dzwonili. Jasne, zapewniałem, rozpuszczę wici. Będę miał oczy szeroko otwarte. Na pewno coś znajdziesz.

Ale wszyscy wiemy, jaka jest rzeczywistość. Co roku w branży dziennikarskiej jest coraz mniej etatów. To gra w gorące krzesła, gdzie paru bezrobotnych starszawych pismaków goni w piętkę i walczy o parę wolnych stołków.

Sprawy mają się jeszcze gorzej, kiedy przekraczasz pięćdziesiątkę. Teraz wydaje mi się to okrutnie ironiczne, ale dowiedziałem się tego z lektury mojego własnego tygodnika. W 2011 roku w „Newsweeku” ukazał się na czołówce artykuł o przykuwającym uwagę tytule: Beached White Male (Wieloryb Białas na plaży – wylany z pracy, wyrzucony na brzeg). Okładka przedstawiała białego gościa w średnim wieku w garniturze, przemoczonego, leżącego z twarzą w piasku nad morzem – może nie martwy, ale widać, że fala recesji wylała go z pracy i wyrzuciła spłukanego na brzeg.

W tekście opisano całe pokolenie niegdyś odnoszących sukcesy mężczyzn, zwolnionych podczas recesji – albo raczej mencesji (mancession), czyli męskiej recesji, jak ochrzcił to zjawisko tygodnik – którzy teraz włóczą się w szlafrokach, ogłupiali, zniewieściali, polegli w psychologicznej wojnie, upokorzeni na oczach żon i dzieci, i brną przez życie jak wykastrowani zombie. W nowej gospodarce wiek pięćdziesięciu lat to nowe sześćdziesiąt pięć. Skończ pięćdziesiątkę, a twoja firma znajdzie wymówkę, żeby cię wylać, no i krzyżyk na drogę, może uda ci się znaleźć nową pracę. Chcesz wnieść pozew do sądu, powołując się na dyskryminację wiekową? Zapomnij o tym. Nie masz cienia szansy. Nawet jeśli wygrasz sprawę, nigdy więcej nie będziesz pracował.

Przeczytałem artykuł, kiedy się ukazał, ale nie zaprzątałem nim sobie zbytnio głowy. Założyłem, że mnie to nie dotyczy, ja jestem nietykalny. „Newsweek” cienko prządł, ale dopóki utrzymuje się na powierzchni, na pewno będzie potrzebował dziennikarza technologicznego.

Najwyraźniej nie. Ponieważ ni z tego, ni z owego w ten piękny, słoneczny, czerwcowy dzień, kiedy siedziałem w kuchni, czekając, aż dzieci wrócą ze szkoły, zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć im, co się stało, a jeśli tak, to jak najlepiej przekazać im te wieści. Już nie byłem dziennikarzem technologicznym „Newsweeka”, byłem gościem z okładki „Newsweeka”: z twarzą w piasku, przemoczonym do suchej nitki, może nawet topielcem. Zostałem wielorybem białasem wyrzuconym na plażę.

Pracę w prasie zacząłem w 1983 roku, kiedy jeszcze uczyłem się w college’u. Po skończeniu szkoły nie wiedziałem, co ze sobą począć, więc po prostu dalej pracowałem w gazecie. Myślałem o studiach prawniczych albo biznesowych, ale nie miałem serca ani do jednego, ani do drugiego. Początkowo planowałem studiować medycynę, ale wypadłem z obiegu i zanosiło się, że za późno na powrót na właściwe tory. Przygoda w gazecie nie przypominała kariery zawodowej. Wydawała się raczej czymś, co się robi, dopóki nie odkryje się prawdziwej ścieżki zawodowej. Ale jak powiedział mi kiedyś jeden z moich przyjaciół reporterów, Brytyjczyk zaprawiony na Fleet Street: „każda praca jest dobra, ale ta jest lepsza”. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że pracuję jako dziennikarz wystarczająco długo, by nazwać dziennikarstwo moim zawodem. Stało się tak prawie przez przypadek.

W 1987 roku przyjaciel namówił mnie, żebym zasilił szeregi tygodnika „PC Week” poświęconego branży komputerowej, który miał siedzibę w Bostonie. Wówczas znajdowało się w tym mieście jeszcze sporo firm przemysłu wysokiej technologii. Nie miałem bladego pojęcia o komputerach, ale nikt inny też go nie miał. Komputery osobiste były nadal względną nowością. Zaczynaliśmy ramię w ramię badać teren i budować fundamenty tego, co kiedyś przeobrazi się w ogromny rynek.

W latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku przedsiębiorstwa technologiczne w Dolinie Krzemowej były nudnymi miejscami, gdzie inżynierowie pracowali w szarych biurowcach, pisząc oprogramowanie albo projektując półprzewodniki, płytki drukowane i routery. Nie było tam żadnych gwiazd, no może poza Stevem Jobsem z Apple, który zresztą był wówczas dopiero wschodzącą gwiazdeczką. Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęła się era Internetu i Dolina Krzemowa się zmieniła. Nowe firmy były byle jakie, bazowały na rozgłosie, pretensjonalnej retoryce i obietnicy zbicia fortuny z dnia na dzień. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych bańka internetowa pękła i nastąpiły czasy, kiedy Dolina Krzemowa przypominała miasto duchów. Powoli do głosu dochodziło nowe pokolenie przedsiębiorstw powiązanych z branżą internetową i mimo że drugi boom nie był wierną kopią pierwszego, to jednak nosił niepokojące znamiona podobieństwa. Głównym z nich był fakt, że żadna z tych firm zdawała się nie generować zysku. Wszyscy tracili pieniądze, niektórzy szokujące sumy – czasem miliardy dolarów – i nikt się tym nie przejmował.

Opisywałem pierwszą bańkę internetową oraz załamanie rynku jako reporter „Forbesa”. Z perspektywy czasu tamte lata jawią mi się jako złota era nie tylko „Forbesa”, ale prasy w ogóle. My, dziennikarze prasowi, nie staliśmy się krezusami, ale zarabialiśmy przyzwoicie, a bonusy tej pracy były wspaniałe. Podróżowaliśmy po świecie, zatrzymywaliśmy się w pierwszorzędnych hotelach, imprezowaliśmy na Highlanderze, luksusowym jachcie Malcolma Forbesa, z gwiazdami rocka i głowami państw. Podczas mojej kadencji w „Forbesie” poznałem żonę Sashę, a w 2005 roku urodziły się nam bliźnięta, chłopiec i dziewczynka. Jako dwudziesto- i trzydziestolatek błąkałem się jak koczownik, po czterdziestce ustatkowałem się, miałem dobrą pracę i założyłem rodzinę.

W 2006 roku stworzyłem blog pod nazwą Sekretny dziennik Steve’a Jobsa, gdzie pisałem jako Fałszywy Steve Jobs. Pomysł polegał na tym, żeby ośmieszyć nie tylko samego Jobsa, ale też całą Dolinę Krzemową. Posty pisałem anonimowo, przez co blog owiany był mgiełką tajemnicy, co dodawało mu atrakcyjności. Wkrótce przyciągał półtora miliona czytelników miesięcznie.

Na blogu Jobs przedstawiony został jako nieznośny, niepewny siebie megaloman, który przeobraził się w przywódcę dziwacznego kultu skupionego wokół elektroniki. Jobs klął i wrzeszczał na otaczających go ludzi, wraz z Bono prowadził samochód po pijaku i pakował się innym kierowcom w zderzak, oblewał gorącą herbatą swoją od dawna ciemiężoną asystentkę, miewał kłopoty z amerykańską komisją papierów wartościowych i giełd oraz okłamywał śledczych, odwiedzał fabryki w Chinach, gdzie zatrudnieni pracowali w nieludzkich warunkach, i wychodził z nich z przeświadczeniem, że to on jest ofiarą. Podróżował ze Stingiem po peruwiańskim lesie deszczowym, gdzie mieli trip po ayahuasce, na koniec szlochając i przytulając się w błocie. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, prezesem Oracle Corporation, Larrym Ellisonem, jechał do Tenderloin w San Francisco i strzelał z armatek wodnych do prostytutek transwestytów. Wywinęli parę niezłych numerów, dzwoniąc do pobliskiej tajskiej restauracji i zamawiając „Tom Yum Picz” albo telefonując do Castro w San Francisco, pierwszej gejowskiej dzielnicy w Stanach, by zapytać w sklepie zoologicznym o „czarnego ptaka”.

W końcu mnie przyłapali. Reporter „The New York Timesa” odkrył, kto pisze blog pod pseudonimem Fałszywy Steve, wskazał mnie palcem, a ja przyznałem się do winy. Demaskatorskie wzmianki pojawiały się wszędzie, od „The New York Timesa” przez „Der Spiegel” w Niemczech po „El Mundo” w Hiszpanii. Zacząłem dostawać zaproszenia na konferencje, żeby wygłaszać mowy. Później zatrudniono mnie w „Newsweeku”, dzięki czemu jeszcze częściej występowałem publicznie z wykładami, do tego pojawiałem się w telewizji, komentując bieżące wydarzenia na kanałach Fox Business, CNBC czy Al Jazeera. Wydałem powieść Fałszywego Steve’a, prawa do niej sprzedałem hollywoodzkiej wytwórni i trafiłem do Los Angeles, gdzie szlifowałem serial komediowy dla kablówki, cały czas pracując w „Newsweeku”.

Potem sprawy zaczęły się sypać. Ukatrupiono mój telewizyjny show, zanim nawet zdążył się urodzić. „Washington Post”, który był właścicielem „Newsweeka” od 1961 roku, sprzedał tytuł nowemu właścicielowi. Ów właściciel dokonał fuzji „Newsweeka” z portalem internetowym Daily Beast, którego znakomita, ale szalona redaktorka, Tina Brown, zajęła także posadę redaktorki „Newsweeka”. Większość moich kolegów albo odeszła sama, albo została wykopana. Ja się ostałem, ale zapanował chaos. Ludzie pojawiali się i znikali. Przez kolejne dwa lata miałem nad sobą co najmniej pięciu różnych przełożonych. Czasem w ogóle brakowało mi redaktora, więc kręciłem się po redakcji, próbując wcisnąć swoje teksty do tygodnika. To nie był dobry czas, ale ciągle miałem nadzieję, że sprawy przybiorą inny obrót.

W marcu 2012 roku wydawało się, że idzie ku lepszemu. Przywrócono do pracy moją dawną znajomą Abby, zaproponowano jej stanowisko redaktorki naczelnej, mojej zwierzchniczki. Moja posada, która przy nowym właścicielu wydawała się niepewna, teraz zaczynała być stabilna. W końcu miałem w Nowym Jorku sojuszniczkę, przyjaciółkę, która się o mnie zatroszczy. Ależ to było głupie z mojej strony, że w to uwierzyłem.

Rozdział 2

Kiedy kaczki kwaczą

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

HubSpot – co to takiego?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Super!!! Bosko!!! Ekstra!!! – czyli start-upowa sekta

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

HuboMowa

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Guru sekty i jego słodki pluszowy miś

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Nasz blog musi być o wiele bardziej głupsiejszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Efekt płotki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

W którym popełniam bardzo poważny błąd

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Życie w piekle, czyli gorąca linia z diabłem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

OMG, Halloween!!!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Era Nowej Pracy: pracownicy to przedmioty jednorazowego użytku

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Janusz branży technologicznej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Poznajcie mojego nowego szefa

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dziadek Buzz

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Posypanie głowy popiołem i próba odkupienia win

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Przerwa w odgrywaniu farsy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Domek z kart?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Na Zachód, stary człowieku

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Glass Dupki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Przepraszam, ale czy byłby pan tak uprzejmy wypierdalać z naszej firmy?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Konferencja Inbound, a potem równia pochyła

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Prędkość ucieczki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Gdybym tylko miał SERCE

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Zakończenie szkoły

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Disrupted. My Misadventure in the Start-Up Bubble

Copyright © 2016 by Dan Lyons

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o.

Dostosowanie okładki na podstawie projektu Christophera Lina

Adam Pietrzyk

Ilustracje na okładce

postać przy komputerze – Charles Knox / Alamy Stock Photo

jednorożec – David Goldman Photo / Getty Images

Rysunek jednorożca wewnątrz książki

Samuel Bennett

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Korekta

Agnieszka Kochanowska-Sabljak

Grażyna Rompel

© Copyright for the translation by Monika Skowron

ISBN 978-83-240-4221-0

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fakap 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI