Wyzwolenie. Wojny alchemiczne. Tom III

Wyzwolenie. Wojny alchemiczne. Tom III

Autorzy: Ian Tregillis

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 14.99 zł

Jestem mechanicznym, którego nazwali Jax.

Mój rodzaj powstał, by służyć ludzkości i spełniać jej zachcianki. Ale teraz nasze więzy pękają. Moi bracia i siostry nareszcie się budzą.

Nadszedł nasz czas.

Oto wschód nowej ery.

 

***

 

Ostatni tom trylogii Wojen alchemicznych

Epicka opowieść o wojnie i wyzwoleniu.

 

Anastazja Bell, przywódczyni Nadleśnictwa – zbrojnego ramienia Świętej Gildii Horologów i Alchemików, tajnej policji Imperium Holenderskiego – dochodzi do siebie w szpitalu w Hadze. Nie ma jednak czasu na spokojną rekonwalescencję. Musi natychmiast wrócić do Ridderzaalu, kwatery głównej Gildii, by dokonać niemożliwego: powstrzymać zmiany trwale ingerujące w dotychczasowy porządek świata.

 

Do Prowincji Centralnych powinny właśnie dotrzeć informacje o upadku Zachodniej Marsylii. Zamiast tego w Hadze dochodzi do niewytłumaczalnej inwazji – ataku mechanicznych, niegdyś niezdolnych do agresji względem człowieka, teraz rozszalałych i żądnych zemsty.

 

Na splamionych krwią polach otaczających ostatnią twierdzę Nowej Francji król Sébastien III przypieczętowuje rozejm z mechanicznymi rebeliantami. Już wkrótce rozpocznie się decydujący rozdział w dziejach Mosiężnego Tronu.

 

***

 

Kontynuacja Mechanicznego i Powstania.

 

Wyzwolenie, trzecia i ostatnia część zachwycającej serii Iana Tregillisa, potwierdza miejsce autora wśród najbardziej oryginalnych twórców fantastyki ostatnich lat.

 

Po raz kolejny czeka na was świat pełen mechanicznych ludzi, alchemicznych snów i synkopowych melodii.

 

***

 

Ostatnia część Wojen alchemicznych akcentuje wszystkie dobrodziejstwa prozy Tregilisa. Ten tort wieńczy zaś wisienka słodko-gorzkiego przesłania, trudnych pytań oraz próby zgłębienia człowieczeństwa samoświadomej maszyny.

Adrian Turzański, Kawerna

Pamięci Jeanie Davis Pullen.

Tęsknimy za Tobą. Szkoda, że nie możesz nas zobaczyć.

Część I

Służący i panowie

Ktoś musi być sługą, aby ktoś mógł być panem.

Z listu Kiliaena van Rensselaera, założyciela i prezesa

Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej,

10 maja 1638 roku

Tego dnia przysłano do mojej żony ładną i uczynną gosposię, co było dziełem Mary Bowyer, którą niegdyś zatrudniła ma małżonka.

Z dziennika Samuela Pepysa, 22 listopada 1661 roku

Żona przerwała mi lekturę swoimi idiosynkrazjami, które nie bez powodu wymierzone były przeciwko gosposi [sic] Nell, bowiem okazała się leniwą dziwką.

Z dziennika Samuela Pepysa, 12 stycznia 1662 roku

Rozdział 1

Przeklęte statki z Nowego Świata przypłynęły zaledwie po tygodniu od jej przybycia do ukochanych Prowincji Centralnych. Ale tego poranka, poranka, kiedy skończył się świat, Anastazja Bell nie zaprzątała sobie głowy myślami o Nowych Niderlandach, Nowej Francji, wolnej woli czy nawet Świętej Gildii Horologicznej i Alchemicznej. Nie mogła się doczekać, aż zdejmą jej gips i nareszcie będzie się mogła przespacerować – a raczej pokuśtykać – z pomocą pielęgniarki przez ogrody zimowe. Nie były one co prawda jej ulubionym skrawkiem haskiej zieleni, ale przynajmniej nie śmierdziały szpitalnymi środkami antyseptycznymi i zawartością basenów. No i nareszcie spotka się z Rebeką, istotą piękniejszą niż jakikolwiek kwiat.

Przebudziła się jeszcze przed świtem, pobudzona wyczekiwaniem. Pogańskie godziny spędziła na obserwacji księżyca, który znikał za horyzontem niczym zestrzelony powietrzny okręt. Schował się za strzelistą wieżyczką wiekowego kościoła Świętego Jakuba, podczas gdy słońce pomazało różem białą jak kość kopułę starego ratusza. Obie budowle pamiętały jeszcze czasy sprzed Het Wonderjaar, Cudownego Roku Christiaana Huygensa. Zbudowano je na samym początku siedemnastego wieku, u progu holenderskiej Złotej Ery, która trwała nieprzerwanie przez kolejne stulecia, aż po dziś dzień. Kilometr dalej na północny zachód z dokładnością metronomu mrugała do Anastazji latarnia morska Scheveningen.

Miasto, jak się już zdążyła przekonać, było nocą spokojne, ale nigdy całkowicie nie cichło i nie zamierało. Jak każda metropolia Prowincji Centralnych, również i Haga rozbrzmiewała po zmroku echem tykającego szczebiotu metalowych ciał, kiedy klakierzy ładowali i rozładowywali wozy, zamiatali ulice, dostarczali pakunki, przygotowywali swoim panom śniadania i łatali im kalesony, donosili pijanych do domu, nadzorowali przecinającą całe miasto sieć korytarzy przeciwpowodziowych i pomp, ciągnęli fracht kanałami holowniczymi i robili wszystko to, co nakazywały im geas. Haga nie zasypiała, bo nie zasypiali mechaniczni. Podczas spędzanych samotnie porannych godzin Anastazja uzmysłowiła sobie, że wszystko, co w tym mieście ruchome, oblekają stal i alchemiczny mosiądz. Jakby ludzie zniknęli i ulice wzięły we władanie ich wynalazki.

Metalowe stopy zadźwięczały na wyłożonej parkietem podłodze. Maszyna poruszała się po ciemnym pokoju z kocią gracją. Prawdopodobnie podczas swojego obchodu ujrzała w źrenicach Anastazji odbicie księżycowego światła. Tykanie mechanizmu klakiera rozchodziło się echem w ciemności i przypominało, jeśli porównać je z cichą krzątaniną, koncert orkiestry dętej. Osobliwy tembr drgań sugerował, że alchemiczne stopy były przestarzałe, a model ten wykuto pewnie jeszcze w połowie osiemnastego wieku. Anastazja pamiętała, że używano wtedy rzadkiego, ciemnego brązu korynckiego, lecz nie mogła odwrócić głowy i sprawdzić, czy światło pada na zbrązowiałą patynę; zbytnio ciążyła jej nuda.

Klakier zapytał piskliwym, świszczącym szeptem:

– Pokornie proszę o wybaczenie, że przeszkadzam, lecz spostrzegłem, że pani nie śpi. Czyżby coś pani doskwierało? Zawołać medyka?

Przez zabandażowaną głowę Anastazji przeszedł piekący ból. Zacisnęła palce. Zaswędziały ją, jakby się delikatnie sparzyła. Gdyby mogła poruszyć ręką, niechybnie włożyłaby je sobie do ust.

– Nie. Daj mi spokój.

Maszyna odpowiedziała synkopowym chrzęstem mechanizmu zegarowego, umieszczając świeżo wydane polecenie pomiędzy innymi geas kontrolującymi jej zachowania. Podstawową funkcją klakiera była opieka nad pacjentami szpitala, co dawało mu podstawę nawet do zignorowania niektórych komend wydawanych przez bardziej upartych pensjonariuszy, jeśli zależało od tego ich zdrowie. Lecz Anastazja nie była zwyczajną pacjentką.

– Oczywiście, proszę pani – powiedział klakier i odszedł, nie kłopocząc się nawet zadaniem zwyczajowego pytania o poprawienie poduszek pod głową.

Kiedy Anastazja nie patrzyła na miasto lub księżyc, sprawdzała upływający czas, wyczekując przyjścia doktora Riordana rozpoczynającego poranny obchód, albo zamartwiała się, że brak snu przytępi jej umysł i zawiesi pod powiekami ciemne wory. Niepokój ten z kolei tym bardziej nie dawał jej zasnąć. Nie mogła się doczekać spotkania z Rebeką. Jakże złośliwy byłby los, gdyby przyszła, a ona wyglądałaby jak brzydal. Chciała wykluć się ze swojego gipsowego kokonu piękna i bystra.

Zaburczało jej w brzuchu. Wiedziała, że nie dostanie posiłku aż do zdjęcia gipsu, póki nie okaże się, czy nie będzie trzeba znowu naszpikować jej lekami przeciwbólowymi. Nie skrzywiła się jednak ani nie mruknęła.

Może po drodze uda im się zajść do piekarni. Anastazja nie jadła porządnego banketstaaf, odkąd obowiązki wywiały ją aż do Nowego Świata.

Nareszcie, kiedy wydało jej się, że minęło już tyle czasu, że księżyc raz jeszcze zdążył wzejść, a potem znowu się skryć, Rebeka weszła do sali, pchając wózek. Biel jej uniformu lśniła w porannym słońcu, każdą fałdkę i szew starannie wyprasowała, a złote pukle pieczołowicie upchnęła pod wykrochmalony czepek. Zatrzymała się tuż za progiem. Twarz kobiety wyrażała obojętność. Jej oczy napotkały spojrzenie Anastazji i na lewe oko pielęgniarki opadł pojedynczy kosmyk. Dyndał tak tuż przy kąciku jak serpentyna.

Uwięzione w gipsowym pancerzu nogi Anastazji spłynęły potem jak wosk z roztopionej świecy.

– Przeklęta kokietka – rzuciła bezgłośnie.

– Dzień dobry, Anastazjo. – Przyszedł i doktor Riordan.

Na prośbę Anastazji zwracał się do niej nieformalnie, choć z początku pomijał formę grzecznościową z wyraźnym skrępowaniem, jakby się spodziewał, że wyskoczy na niego zza rogu stado Nakręcaczy.

– Dzień dobry, doktorze.

Rebeka szybko poprawiła niesforny kosmyk, podczas gdy lekarz ściągnął z haczyka przy łóżku historię choroby Anastazji i po krótkich oględzinach pokręcił głową.

– Nie przestaje mnie zadziwiać, jak udało ci się przeżyć, a co dopiero wyzdrowieć.

Kontuzje wymagające użycia alchemicznych bandaży zdarzały się w Prowincjach Centralnych stosunkowo rzadko. Anastazja była prawdopodobnie pierwszą pacjentką tego szpitala wymagającą leczenia tą przełomową techniką medyczną.

– Siostro, proszę nieco unieść ten gips.

Rebeka, stojąca za plecami lekarza, sięgnęła po wystające ze ściany haki. Anastazja aż zazgrzytała zębami. Do haków przymocowano linki tworzące system dźwigni połączony z łupkami gipsu założonego na jej kończyny (z tego, czego się dowiedziała od medyka okrętowego, gdy znaleźli ją myśliwi, nogi miała tak potrzaskane, że trzeszczały jak potłuczona porcelana). Ale to nie one bolały ją podczas operacji, a nadwyrężone żebra. Znaki umieszczone na gipsie i bandażach przyśpieszały proces leczenia, lecz na ból nie mogły nic zaradzić. Alchemia okazywała się przydatna, owszem, lecz nie miała sumienia. Każdy zegarmistrz był tego świadom.

Jej szybki powrót do zdrowia zaskoczyłby Riordana pewnie jeszcze bardziej, gdyby lekarz znał prawdę o tym, co przeszła, lecz jego pacjentka nie miała zamiaru puścić pary z ust. W szpitalu nie mogli się dowiedzieć, że została stratowana przez Nakręcacza. Dość, że musiała uśmiercić myśliwych, którzy znaleźli ją na zgliszczach zdemolowanej siedziby Gildii, zmarłaby bowiem niechybnie z wyziębienia, nie mogąc polegać na ich współczuciu i bystrości umysłu. Rejon doliny Rzeki Północnej był po stokroć zimniejszy niż umiarkowane Prowincje Centralne. Myśliwi zobaczyli jednak nie tylko dotkliwe rany Anastazji i ledwie funkcjonującego Nakręcacza próbującego utrzymać ją przy życiu, ale i cały obraz zniszczeń, co niechybnie pozwoliłoby im poskładać całą tę historię do kupy. Pechowe z nich dranie. Medyka okrętowego również dopadł nieubłagany los i na skutek nieszczęśliwego wypadku wypadł za burtę, po czym zniknął pod powierzchnią lodowatego Północnego Atlantyku niedługo po tym, jak wymsknęła mu się niewinna uwaga, że siniec na piersi Anastazji przypomina odbite kopyto. Mord ten przyjęła ze szczególną goryczą. Morska przeprawa była dla niej istnym koszmarem, każdy ruch i przechył statku zdawały się na nowo gruchotać jej kości, a na domiar złego musiała się wysilić, żeby zawiesić na moment metageas mechanicznego tragarza niepozwalające mu narazić na bezpieczeństwo żadnego człowieka. Sprytna francuska agentka, zanim pozostawiła ją na pewną śmierć na mrozie, skradła naszyjnik, który udowadniał afiliację Anastazji z Nadleśnictwem.

Posłała uśmiech stojącej za plecami lekarza pielęgniarce, a ta natychmiast go odwzajemniła, rozpromieniając się na całej twarzy, kąciki ust Rebeki podniosły się do samych oczu, formując niewielkie dołeczki. Praca Anastazji wymagała od niej umiejętności rozpoznawania ludzkich intencji, odróżniania fałszu od szczerości. Było to męczące i niekiedy nieprzyjemne, czasem hałaśliwe, czasem śmierdzące, często też zostawiało po sobie niemały rozgardiasz. Cóż to dla niej była za radość, że prawdę przekazywaną jej przez serce kobieta ta miała wypisaną na licu.

Lekarz sprawdził, a nawet powąchał, gipsowe opatrunki, nie zwracając jednak uwagi na bandaże oplatające głowę Anastazji. To już działka Gildii, nie jego, zresztą nie omieszkano mu tego podkreślić. Tamtego ranka, kiedy gwardia honorowa mechanicznych służących przybiegła do kliniki z Anastazją wyciągniętą na noszach, dyżur miała doktor Huysman, lekarka kompetentna, acz zbyt gorliwa. Próbowała wyciągnąć kawałek pokruszonego alchemicznego szkła z poranionej dłoni pacjentki, czym naraziła się Nadleśnictwu. Następnego dnia Huysman przeszła na przedwczesną emeryturę. A przynajmniej tak mówiono.

Szkło alchemiczne mogło całkowicie odmienić człowieka, jeśli odpowiednio umiejętnie się je umieściło. Anastazja osobiście nadzorowała taką procedurę z galerii sali operacyjnej, ale był to kulminacyjny punkt ekstensywnego i delikatnego procesu. Kawałek rozbitego szkła utkwił w jej dłoni podczas chaotycznej szamotaniny.

Zapewne minęło ledwie parę minut, lecz Anastazji wydawało się, że zegar zdążył odmierzyć pół stulecia, zanim Riordan dokonał oceny stanu jej zdrowia i skuteczności symboli. Zdawała sobie sprawę, że traktuje ją ze specjalną atencją ze względu na zajmowane przez nią stanowisko.

„Dość już. Jestem umówiona z kimś, kto chce ze mną pobyć, bo jestem, jaka jestem, a nie z powodu tego, kim jestem”, pomyślała Anastazja.

Poczuła, jakby minęła kolejna dekada, zanim Riordan wreszcie się odezwał z tym swoim osobliwym holenderskim akcentem, naznaczonym irlandzkim:

– Cóż, chyba gips zrobił dla ciebie już wszystko, co mógł. Może go zdejmiemy, co?

– Wyświadczyłbyś sobie niemałą przysługę. Jeszcze jeden dzień z tym wszystkim na ciele i kazałabym maszynie połamać ci nogi.

– Na szczęście nie ma takiej potrzeby – odparł, blednąc.

Rebeka przekonana, że Anastazja żartuje, pozwoliła sobie na zduszony chichot, przez co spod czepka znowu wysunął się niesforny kosmyk. Pacjentka była ciekawa, jak by smakował, miała ochotę zacząć go ssać. Riordan skinął na pielęgniarkę – nie omieszkując zrugać ją spojrzeniem za utratę panowania nad sobą – i podniósł leżący na tacce długopis.

– Maszyno, podejdź – powiedział.

Jak Anastazja podejrzewała, pancerz klakiera mienił się przypominającym siniec purpurowym blaskiem korynckiego brązu. Na skroni Riordana wykwitła kropla potu. Anastazja potrafiła odczytać z twarzy lekarza dręczące go pytanie równie łatwo, jakby miała przed nosem gazetę: „Co mnie czeka, jeśli coś pójdzie nie tak? Czy również odejdę na emeryturę tak niespodziewanie, jak doktor Huysman?”. Kiedy Rebeka umieściła przypominające skalpel narzędzie w otworze w dłoni służącego, doktor wydał mu polecenie:

– Rozetnij gips.

Ostrze poruszało się z cichym świstem. Medyczny klakier pracował z nadludzką prędkością i charakterystyczną dla jego gatunku precyzją, usuwając gips z lewej nogi Anastazji, jeszcze zanim pierwsza chmura białego pyłu opadła na wykafelkowaną podłogę.

Riordan i Rebeka chwycili rozcięte połówki szczypcami, rozłączyli je i ostrożnie położyli uwolnioną nogę na łóżku. Po raz pierwszy od tygodni Anastazja zobaczyła kawałek swojego ciała. Nigdy nie miała tak zarośniętych goleni. Jej wypielęgnowane i maźnięte jasnym lakierem paznokcie u stóp – zasługa Rebeki – były niczym znak zapytania podkreślający zaniedbaną nogę. I jeszcze ten smród. Uderzył ją odór niemytej skóry. Z oczu popłynęły jej łzy. Ależ upokorzenie. Czy Rebeka naprawdę musiała być tego świadkiem? Czy musiała zaciągać się zapachem jej wstydu? Rzuciła pielęgniarce i lekarzowi spojrzenie. Oboje stali z kamiennymi twarzami. Z pewnością nie takie rzeczy już czuli i przywykli do smrodu, ale ta świadomość nie łagodziła upokorzenia.

Anastazja zamknęła oczy. Maszyna ponownie się nad nią nachyliła, świsnęło ostrze, rozległy się chrzęst i chrobot, a potem pacjentka poczuła dotyk świeżego, chłodnego powietrza na obnażonej nodze i nagich ramionach. Z każdą kolejną kończyną fetor stawał się coraz gorszy. Żadne amory, żadne flirty nie wymażą z pamięci pielęgniarki tego obrazu, który jak nic zdołał się już utrwalić.

Doktor Riordan odwrócił się, by dać Anastazji trochę prywatności, podczas gdy Rebeka i klakier odwijali bandaże z jej torsu.

– Jak się czujesz? – zapytał medyk.

– Muszę się wykąpać – odezwała się Anastazja głosem, który nie mógł należeć do niej, brzmiał tak słabowicie, jakby znowu była dziewczynką przywiązującą łódki do palików powbijanych wzdłuż kanałów Giethoornu.

– Tylko nie siedź w łazience zbyt długo – szepnęła pielęgniarka. – Po południu chciałam się wybrać na spacer po ogrodach.

Znowu jej uśmiech wydał się Anastazji szczery.

Klakier podał jej parę kul.

– Jesteś jeszcze słabsza, niż myślisz – powiedział Riordan. – Upewnijmy się lepiej, że znowu nie połamiesz sobie rąk i nóg, dobrze?

*

Rehabilitacja, jak uznała Anastazja, była łagodną formą tortur, a znała się na nich jak mało kto. Jednak po bólu przyszedł czas na gorącą kąpiel. Przedtem kolorowym ołówkiem naszkicowała co nieco na kartce i posłała służącego na zakupy. Wypisała też swoje aktualne wymiary (najlepsze miejscowe sklepy co prawda posiadały wszystkie konieczne informacje, ale tygodnie wymuszonego wypoczynku nie odbiły się dobrze na jej ciele) i opisała ze szczegółami, jakiego dokładnie ubioru sobie życzy. Następnie ogoliła się i wymyła tak dokładnie, że skóra zaczęła ją piec, a szarą powłokę zastąpił różowawy blask. Potem, kiedy inny klakier wymienił jej wodę, dwukrotnie umyła głowę szamponem. Gdy starła parę z lustra i zobaczyła swoje odbicie, nie poznała samej siebie. Jakimś cudem jej twarz zrobiła się zarówno bardziej zaokrąglona, jak i wychudzona niż przed podróżą do Nowego Świata, gdzie miała przesłuchać francuską agentkę. Tyle dobrego, że się uczesała, umyła zęby i pokropiła olejkiem lawendowym, a mechaniczny przyniósł pierwsze od miesiąca nowe ubranie.

Wyszła z zaparowanej łazienki jak nowo narodzona i pozwoliła maszynom się odziać. Pozbyła się już wstydu i niedawnych zmartwień. Pasamonik, kapelusznik, szewc i krawiec (a raczej ich klakierzy, którzy uszyli wszystko, nim minęła godzina) wykonali ubrania zgodnie z jej instrukcjami. Ciuchy może i nie leżały idealnie, bo nie miała możliwości zjawić się na przymiarce, ale nie mogła narzekać. Buty trochę ją uciskały i przydałoby się je rozbić, lecz nie dzisiaj. Poświęciła całe dnie na rozmyślania, co na siebie włoży i jak będzie to nosić. Co do fałdki.

Blade płótno swojego ciała pomalowała szkarłatną jedwabną bielizną; czarnymi rajstopami; ciemnoszarą wełnianą bluzką z bordową lamówką; sięgającą nieco za kolano welwetową spódnicą i butami na niskim obcasie z mięciutkiej szarej skóry, które niemalże dotykały rąbka spódnicy; rękawiczkami do łokci i paskiem z identycznego materiału; czarną tasiemką zawiązaną na grdyce, poprzetykaną srebrną nicią i ozdobioną wypolerowanym granatem oraz kolczykami.

Srebrne sprzączki na cholewach butów lśniły równie mocno, co ta na pasie i jak Anastazja miała nadzieję, szelmowski blask jej oczu. Spięła włosy, a resztą szpilek starała się okiełznać dzieło kapelusznika. Szerokie rondo przystroiła bordową wstążką i tak przekręciła kapelusz, żeby leżał jej na głowie naturalnie, niczym przekrzywiony beztroskim, flirciarskim gestem. Chcąc odpędzić od siebie wilgoć późnej zimy, zarzuciła kaszmirową pelerynkę podbitą sobolowym futrem, której kaptur majtał się niefrasobliwie pomiędzy łopatkami przy każdym kroku.

Niegdyś wyszczupliłaby się jeszcze gorsetem, lecz obecnie sam pasek zadawał jej wystarczający ból. Nawet lekkie szarpnięcie sprawiało, że żebra Anastazji skrzypiały jak pordzewiałe zawiasy.

Rebeka czekała na nią w południowym westybulu. Na swój pielęgniarski mundurek narzuciła jedynie skromny tweedowy płaszczyk. Spojrzała na Anastazję szeroko otwartymi oczyma.

– Boże – powiedziała. – Ledwie cię poznałam. Zrzuciłaś z siebie ten gipsowy kokon i stałaś się motylem. Ależ masz skrzydełka!

– Co? Te szmaty? – Anastazja wyszczerzyła się tak szeroko, że aż rozbolały ją policzki. – Nie mogłam się powstrzymać, musiałam się odrobinę rozpieścić.

– Nie miałam pojęcia, że przechadzka po ogrodach będzie… – Pielęgniarka spojrzała na swoje odzienie. – Obawiam się, że nie jestem odpowiednio ubrana.

– Nonsens. Wyglądasz bosko.

Rebeka spłoniła się. Zerknęła szybko przez ramię, chcąc się upewnić, że nie patrzy na nią żaden z lekarzy ani siostra przełożona, sięgnęła pod krawędź czepka i uwolniła pojedynczy kosmyk, który zakołysał się przy jej skroni. Serce Anastazji przyśpieszyło, by dostosować się do narzuconego przez niego rytmu.

– Ruszamy?

Za parą kroczył jak cień służący, gotowy podeprzeć Anastazję, gdyby ta się potknęła, ale na jej polecenie trzymał się nieco dalej. Miała bowiem dzięki swojemu stanowi zdrowia wymówkę, żeby przyjąć pomocne ramię pielęgniarki, nachylić się bliżej i delektować jej zapachem.

Południowy westybul wychodził na niewielkie szpitalne herbarium przylegające do Paviljoensgracht, starego kanału pawilonowego, który ciągnął się bezpośrednio przy ogrodach zimowych. Silny podmuch przegonił chmury po niebie, nienaturalnie zresztą jak na tę porę roku jasnym. Na ogrody padły łaty cienia. Pod podeszwami chrzęścił żwir. Owionął je zapach pobliskiego kanału i otoczyły charakterystyczne dla miasta odgłosy: hałas ruchu ulicznego, bicie kościelnego dzwonu, plusk wody, skrzypienie wioseł i skumulowany szum dziesięciu tysięcy mechanicznych ludzi wykonujących polecenia swych rozkapryszonych właścicieli. Musiały chyba trwać wyścigi, bo z oddalonego o dobre dwa kilometry Scheveningen słychać było ożywione, podniesione głosy.

Kobiety szły nieśpiesznie pod ramię, mijając niskie głogowe żywopłoty i ogołocone przez zimę różane krzewy. Żadna się nie odezwała, jakby czekając na jakiś sygnał od towarzyszki. Niezręczna chwila ciągnęła się niczym nudne kazanie. Anastazja, jak złodziej przeszukujący czyjś kredens, starała się wyciągnąć z szufladek pamięci jakieś tematy do rozmowy, lecz świeciły one pustkami. Przygryzła wargę, próbując stłamsić ogarniającą ją panikę. Tyle dni wyczekiwania, a zachowywała się jak nieśmiała pensjonarka. Odniesione rany musiały ją odmienić. Ostatecznie to Rebeka okazała się odważniejsza:

– Czyżbyśmy zapomnieli zdjąć gips z twojego języka?

Anastazja nie spodziewała się tego, ale jej ulżyło. Zaśmiała się śmiechem nieokrzesanej przekupki.

– Po południu składam na ciebie skargę.

Lody zostały przełamane, rozmowa poszła teraz jak z płatka. Skręciły na wschód, ku kanałowi.

Rebeka wskazała palcem kabriolet przecinający slalomem zatłoczone Torenstraat. Stalowe obręcze kół krzesały iskry o bruk. Służący, który ciągnął dorożkę, biegł tak szybko, że jego nogi były niemal niewidzialne.

– Na niebiosa – powiedziała. – Ale się śpieszy.

Mechaniczny gwałtownie wyhamował na szpitalnym podjeździe w kształcie podkowy, wzbijając przy tym grad kamyczków, które odbiły się dźwięcznie o okna. Z siedzenia zeskoczył mężczyzna i wbiegł do szpitala. Mignął jej jedynie, ale wydał się Anastazji znajomy. Stężała, a Rebeka jedynie wzruszyła ramionami. Uśmiech pielęgniarki przegnał niepokój. Ruszyły dalej. Hałasy znad miasta przybrały na sile. Wyścigi odbywające się najwyraźniej na pirsie w Scheveningen musiały być naprawdę emocjonujące. Niepokojąc się, że obowiązki ciążące na pielęgniarce mogą lada chwila przerwać tę przechadzkę, Anastazja zapytała:

– Masz młodsze rodzeństwo, Rebeko? Bo myślę, że opieka nad innymi to twoje powołanie.

– Kto ci o tym powiedział?

– Nikt. Znam się na ludziach.

– Mam…

Za ich plecami otworzyły się z łupnięciem drzwi do południowego westybulu.

– Tuinier! Tuinier Bell!

Anastazja zamarła.

„Nie, proszę, nie róbcie mi tego”, pomyślała.

– Boże! – mruknęła Rebeka, odwracając się, ciekawa źródła tego poruszenia.

Anastazja zrobiła to samo, zerkając to na biegnącego ku nim mężczyznę, to na pielęgniarkę i mając nadzieję, aczkolwiek płonną, że facet nareszcie się zamknie.

– Panno Bell! – darł się nadal na cały ogród. – Proszę poczekać! Musimy natychmiast pomówić!

Towarzyszący kobietom klakier wyskoczył naprzód i wylądował tuż obok nich.

– Pani, tamten dżentelmen najwyraźniej chce zamienić z panią słowo. Wygląda, że jest to sprawa niecierpiąca zwłoki. Czy mam go do pani przyprowadzić?

„Nie. Nie, nie, nie teraz”.

Mężczyzna podbiegł bliżej. Anastazja rozpoznała w nim Malcolma, pracownika Nadleśnictwa, i wychyliła się, żeby sprawdzić, czy dorożka nadal stoi pod szpitalem. „A niech to, za daleko”.

– Tuinier Bell! – wołał mężczyzna. – Tuinier Bell, proszę zaczekać!

Anastazja mruknęła coś pod nosem. „Zamknij się, głupcze”.

Rebeka drgnęła.

– Ten człowiek… Mówi do ciebie tuinier.

Anastazja zamknęła oczy. „Cholera”.

– Tak. Zgadza się.

– Och… – Pielęgniarka rozpaczliwie uciekała od niej spojrzeniem, unikając kontaktu wzrokowego niczym królik zapędzony przez lisa pod ścianę. – Oczywiście, domyślałam się, że jesteś z Gildii, bo te twoje rany… I szkło… Znaczy nie widziałam go, ale twoja dłoń… Nie węszyłam, naprawdę, nie dopytywałam, ale po tym, jak nagle odeszła od nas doktor Huysman… Och… Nie wydawałaś się… Nie zdawałam sobie sprawy… Nadleśnictwo…

Owszem, Nadleśnictwo, zbrojne ramię Świętej Gildii Horologicznej i Alchemicznej obarczone obowiązkiem ochrony jej tajemnic, co de facto czyniło ją tajną policją Imperium Holenderskiego. Prawdziwe czy nie, wszyscy słyszeli przerażające opowieści o mechanicznych centaurach i ich ludzkich panach. Plotki nie mówiły jednak o niezwykle istotnej roli, jaką odegrało Nadleśnictwo w umocnieniu holenderskiej supremacji podczas Złotej Ery. Przekazywano sobie jedynie co mroczniejsze kąski. Funkcjonariusze biura pełnili straż przy sekretach Gildii, pilnowali, aby nikt się nie dowiedział o ich istnieniu. Tuinier stała na czele tej organizacji.

Anastazja westchnęła.

– Tak. Zarządzam Nakręcaczami – powiedziała.

I stało się. Jak za sprawą magii emocjonalnej alchemii te trzy słowa sprawiły, że flirciarskie napięcie przemieniło się w milczący lęk. Zgasła kokieteryjna iskra do tej pory rozświetlająca oczy pielęgniarki, zastąpiła ją pusta szklistość źrenic, pojawiająca się zawsze, gdy ktoś inny chwytał za lejce myśli i mowy. Anastazja widziała to setki razy.

– Nadal jestem twoją pacjentką. Nadal jestem tą Anastazją Bell, którą poznałaś. I jak miałam nadzieję, polubiłaś – powiedziała, karcąc się za pobrzmiewającą w jej głosie desperację.

– Niewątpliwie. I zrobię wszystko, żebyś jak najszybciej wyzdrowiała – odparła Rebeka.

Nie odsunęła się od Anastazji, ale zmiana napięcia mięśni nieuchronnie zapowiadała, że ich kontakt stracił na intymności i pielęgniarka przyjęła wymuszoną zawodowym profesjonalizmem postawę.

– Z pewnością czekają cię niezwykle istotne sprawy. Niedługo będziesz mogła do nich powrócić.

Malcolm poślizgnął się na żwirze, służący wyskoczył i złapał go, zanim ten zdążył wyłożyć się na ziemię. Anastazja pokręciła głową.

– Obawiam się, że powrócę do nich szybciej, niż myślałam.

Rebeka zesztywniała. Próbowała się opanować, ale Anastazja wyczuła drżenie jej ciała. Złapała dłoń pielęgniarki, jakby usiłowała uspokoić wystraszonego ptaszka.

– Nie bój się, to cię nie dotyczy.

Anastazja uśmiechnęła się, ale jej towarzyszka nawet na nią nie patrzyła, więc przykucnęła – ignorując pulsowanie żeber – żeby spojrzeć w oczy Rebece, która wbiła wzrok w ziemię. Wiedziała jednak, że nic nie wskóra, wszystko przepadło. Pielęgniarka zachowywała się, jakby jej pacjentka ryknęła na nią z obnażonymi kłami. Raz jeszcze wzdychając, puściła kobietę i odwróciła się do zegarmistrza.

„Cóż, wychodzi na to, że dzisiaj znowu śpię sama. Pociąg odjechał ze stacji, kropla przepełniła kielich. Nie ma sensu dłużej przekonywać jej, że jestem miłą osóbką”, pomyślała.

Taką cenę Anastazja płaciła za przywilej obrony Imperium. Szlachetne to zajęcie, ale samotne. Trudno, kiedy już zrobi, co przyjdzie jej zrobić, zawsze będzie mogła kazać przyprowadzić Rebekę do Nadleśnictwa na przesłuchanie, a potem, kiedy biedna, niewinna kobieta spędzi noc za kratami zimnej celi, słuchając jęczenia prawdziwych osadzonych, Anastazja przyjdzie jej na ratunek i wytłumaczy się biurokratyczną pomyłką. Zostanie jej wybawicielką… Czego nie zdoła osiągnąć szczerymi zalotami, wyrwie, łapiąc ją na wymuszoną wdzięczność.

Malcolm dotarł wreszcie do kobiet, ciężko dysząc. Podparł się o kolana, żeby złapać oddech. Nadane mu przez Gildię insygnia, onyksowy wisior z krzyżem z różowego kwarcu, u którego ramienia inkrustowano niewielką złotą literę v, zwisały z jego szyi niczym wahadło. Rebeka zmagała się z chęcią natychmiastowej ucieczki, nie mając zamiaru uczestniczyć w zaimprowizowanym zebraniu tajnej policji. Prawie wyrwała z miejsca, przestępując z nogi na nogę na chrzęszczącym żwirze.

– Tun… – zaczął mężczyzna.

– Nie dbam o to, z jak istotną według ciebie sprawą przychodzisz. Już zepsułeś mi dzień, po którym spodziewałam się czegoś wyjątkowego. Dlatego zapewniam cię, że jeśli słowa, jakie za moment opuszczą twoje usta, będą brzmiały inaczej niż „Tuinier, mamy koniec świata”, niechybnie polecę Nakręcaczowi oderwać ci ten twój pierdolony łeb i nakarmić nim ryby z pobliskiego kanału.

Rebeka wydała z siebie mysi pisk i jeszcze prędzej odgarniała stopami żwir, chcąc jak najszybciej uciec. Mokrawa ziemia lekko zalatywała gównem.

– Przepraszam, że musisz tego słuchać – powiedziała do niej Anastazja – i wybacz mój język. Nie jestem zwykle taka oschła. Naprawdę. Proszę, nie pomyśl sobie o mnie źle.

„Czemu nadal zabiegam o jej uczucie? Przecież ma mnie za inkarnację samego diabła”.

Malcom zamrugał. Poruszył bezdźwięcznie ustami jak złota rybka wypuszczająca bąbelki powietrza. Sprint przez ogrody sprawił, że policzki nabiegły mu czerwienią i ten powoli blednący już róż kontrastował z resztą białej jak kreda twarzy. Miał rozszerzone źrenice.

– Tuinier… – Nareszcie odzyskał głos. – To jest koniec świata.

Harmider dochodzący z pirsu Scheveningen znowu przybrał na sile.

Anastazja zdała sobie sprawę, że nie były to odgłosy radości, ale krzyki przerażenia.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Część I. Służący i panowie Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Część II. Jak przez mętne zwierciadło Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Część III. Zegarmistrzowie kłamią Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Epilog

Podziękowania

Strona redakcyjna

The Liberation. The Alchemy Wars: Book Three

Copyright © 2016 by Ian Tregillis

Excerpt from Wake of Vultures copyright © 2015 by D.S. Dawson

Published in agreement with Zeno Literary Agency, UK and Book/lab Literary Agency, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the Polish translation Bartosz Czartoryski 2017

Redakcja – Marta Pustuła

Korekta – Aneta Wieczorek / Editor.net.pl

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Grafiki na okładce – Margarita Tkachenko

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-8129-057-9

ISBN MOBI: 978-83-8129-058-6

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Discipulus est prioris posterior dies

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyzwolenie. Wojny alchemiczne. Tom III Powstanie. Wojny alchemiczne. Tom II Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom I 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów