Moja mama jest aniołem

Moja mama jest aniołem

Autorzy: Małgorzata Friedel

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 8.17 zł

„Nikt mi nie powiedział, że nowotwór jest jak trucizna i że nawet jeśli działa powoli, to bardzo sprawnie i systematycznie. Że krok po kroku, komórka po komórce zajmuje cały organizm, że niszczy… Niszczy tak, że człowiek zostaje już tylko samym cierpieniem”.


Moja mama jest aniołem to pełen tęsknoty, skrajnych emocji, sugestywnych opisów oraz bolesnych i pięknych wspomnień pamiętnik córki cierpiącej po stracie ukochanej matki. Rozgoryczona w poczuciu życiowej niesprawiedliwości podejmuje się opowiedzenia historii własnej rodziny – od diagnozy do odejścia M. Bez znieczulenia, z niebywałą precyzją i odwagą opisuje, jak mięsak bezlitośnie trawi ciało jej matki, łamiąc przy tym serca wszystkich, dla których była ważna. Jak „oswoić” śmierć? Jak pogodzić się z wyrokiem? Jak poradzić sobie bez najbliższej osoby, gdy okazuje się, że świat kręci się dalej? Pisząc, autorka poszukuje odpowiedzi na te i inne pytania…

Jackowi Kalczyńskiemu i Dariuszowi Łepkowskiemu,

za to, że we mnie uwierzyli i dali mi szansę

[…] ja bezbożny

chciałem dla niej wypłakać łąkę

kiedy konając

odpychała zdyszana

puste i straszne zaświaty […]*

Tadeusz Różewicz,

fragment wiersza *** krzyknąłem na Nią…

(z tomu Matka odchodzi)

* * *

* Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 64–65.

SPIS TREŚCI

MIKOŁAJKOWY PREZENT

NIC Z TEGO NIE BĘDZIE

MIEJSCA

W POSZUKIWANIU ODPOWIEDZI

DZIEŃ PO DNIU

SNY

NIEZNISZCZALNY T.

RÓWNIA POCHYŁA

NADZIEJA UMIERA OSTATNIA

POTWÓR

POCZĄTEK KOŃCA

ZAMIANA RÓL

RODZINA

DZIWNE OPOWIEŚCI

UZALEŻNIENIA

UMIERA SIĘ TYDZIEŃ

NIE MA NIC

Zastanawiam się, w jaki sposób pisać. Co mogę, co mi wypada? Czy dozwolone jest używanie słów mięso, kał, odór? …Czy wolno mi pisać o bólu, czopkach doodbytniczych i hektolitrach kroplówek? A może powinnam być jak Gustaw Flaubert, który określał się mianem realisty i naturalisty? Owszem, sobie samemu i ówczesnym ludziom wydawał się on z pewnością człowiekiem nowej epoki – oto stworzył postać Emmy, a następnie uśmiercił ją na kartach swojej powieści. I to w jaki sposób! Czego tam nie było! Były ból, omdlenie, a nawet wymioty. Opis iście naturalistyczny. Jednak czasy się zmieniły. Teraz my – ludzie współcześni, przesyceni mordami, gwałtami i chorobami – dziwimy się „delikatności” Flauberta. Ja nie mogę być taka jak on. Nie mogę i nie chcę. Jego śmierć to jedynie przeziębienie, może skaleczony palec. Wiek XIX dawno się skończył, nie będę Flaubertem XXI wieku. Ja muszę powiedzieć prawdę. Opisać wszystko tak, jak było. Z kałem, smrodem, niewyobrażalnym bólem i czopkami.

Z bezgraniczną miłością i oddaniem.

MIKOŁAJKOWY PREZENT

Ja już wiedziałam. Kilka dni wcześniej M. odebrała telefon: „Proszę się do nas zgłosić, tak, koniecznie jak najszybciej”. Czego mogliśmy się spodziewać tuż po mammografii, USG i bolesnej biopsji? Ot, rutynowe badania, a jednak…

Żadne z nas się nie odzywało. T. zachowywał się beztrosko, nie przypuszczał nawet, jaka wiadomość spadnie na niego za chwilę, Moja siostra E. paliła na zewnątrz. Ja też. Potem siedziałam raczej spokojnie. Poczekalnia pełna była kobiet, zapamiętałam jedną z potężnym ciążowym brzuchem. Wszystkie ładne, miłe, pachnące, uprzejma pani za ladą. Po wywołaniu nazwiska T. również wstał. Weszli do gabinetu razem.

Kiedy wyszli, wszystko stało się jasne. M. trzymała w ręce jakiś plik białych papierów. Oboje mieli oczy pełne łez. Gdy M. zakładała kurtkę, popatrzyła na mnie i powiedziała tylko jedno słowo: „Złośliwy”.

Droga do domu była bardzo krótka. Otworzyłam szybę i płakałam cały czas. To był szósty grudnia 2010 roku, mikołajki. Nie pamiętam, czy było zimno. Wiem, że było już ciemno.

Siedzieliśmy w naszym mieszkaniu w ciszy. Przyszła też pani Teresa – teściowa mojej siostry (E.), przyjaciółka M. Paliliśmy dużo papierosów, piliśmy kawę. W ciszy. Potem zaczęliśmy rozmawiać o tym, co będzie. Zaplanowano operację usunięcia piersi. To był bardzo dobry cel i dobra motywacja. Pewnie będzie bolało, będzie się długo goiło, będzie nieprzyjemnie, ale M. mówiła, że tak trzeba. Miesiąc i po wszystkim, potem rehabilitacja, ewentualnie jedna seria chemii czy radioterapii. Widziałam, że się boi. Ale ten początek miał być jednocześnie końcem. Chwilowy kryzys, wszystko do naprawienia.

NIC Z TEGO NIE BĘDZIE

Mówi się, że strach ma wielkie oczy. Że nie taki diabeł straszny. Tak się mówi, tylko że strach to coś dużo gorszego. To uczucie, które paraliżuje od środka, wwierca się w ciebie jak wrzeszcząca wiertarka, nie daje chwili wytchnienia. Czujesz go bez przerwy, staje się częścią twojego ciała, twojego bycia. Strach o to, co będzie. Strach o skutki, o organizację, o cierpienie, o nią. Strach, że to będzie bardzo trudne, że nie jesteś wystarczająco silna. Wiertarka nie daje ci zasnąć, sprawdzasz, czy ona śpi, czy może to kolejna bezsenna noc…

Wiadomość, że nic z tego nie będzie na początku wydaje się całkowicie nierealna, zupełnie surrealistyczna. Jakbyś znalazł się na jednym z obrazów Salvadora Dali, a twoja głowa stała się płonącą żyrafą. Płoniesz, bo miało być zupełnie inaczej, bo przecież miałeś już jakiś plan. Ale nic z tego nie będzie. Przerzut na wątrobę to jednak ogromna przeszkoda. Trzeba z nim walczyć, to konieczne. Mastektomia musi zostać odłożona na później, na wielkie nigdy. Przy takim przerzucie operacja jest zbyt ryzykowna, poza tym guz pierwotny to jednak skurczybyk – nie jest taki, jaki wydawał się na początku. To, że węzły chłonne są zajęte jest normalne, ale umiejscowienie guza w przestrzeni między żebrami to dosyć skomplikowana sytuacja. No, ale najpierw ta wątroba. Coś trzeba zrobić.

Siedzimy na ławce na korytarzu. Płaczemy razem, ja i M. Jesteśmy dziś same i właśnie dostałyśmy wyniki USG wątroby. Siedzimy tak dłuższą chwilę. Idziemy do sali po kurtkę, wychodzimy na zewnątrz. Chowamy się z dala od okien dyżurki i gabinetu lekarzy, palimy papierosy. Najpierw jednego. Potem drugiego.

Ja, T. i E. nieustannie podtrzymujemy M. na duchu. Mówimy, że wyleczy się wątrobę, potem będzie na pewno mastektomia. Następnego dnia w szpitalu są wszyscy. Każde myśli to, co chce, ale powtarzamy to samo: „Będzie dobrze”.

Ja i E. rozmawiamy wieczorem przez telefon. Nie będzie dobrze.

Ale jeszcze nie wiemy jak…

Zaczyna się chemioterapia. Pierwsza chemia, tak zwana czerwona. Ku naszemu zdziwieniu i wbrew obawom lekarzy, nie jest źle. Leki przeciwwymiotne i sterydy działają. M. jest bardzo słaba, ale nie cierpi. Siedzimy przy jej łóżku tak, jakbyśmy odwiedzali ją w sanatorium. Na sali jest bardzo dużo kobiet i bardzo mało miejsca. Duszno, nawet otwarcie okna nie pomaga. Na ścianie wisi jeden malutki telewizor, pacjentki oglądają wieczorem Pierwszą miłość i Fakty. Widzimy młode i starsze kobiety, niektóre niewiele starsze od nas, inne naprawdę wiekowe. Dużo czytają, rozwiązują krzyżówki, piją kawę przy stoliku. Każda chce żyć. Rozmawiają nie tylko o raku, ale też o swojej pracy i o rodzinie. Jest nauczycielka z dwudziestoletnim stażem, jest kobieta, która ma własne gospodarstwo, jest anonimowa, chuda dziewczyna. To dziwne, ale na sali wcale nie panował smutek. Przynajmniej wtedy.

W ciągu tych kilku lat mama i my poznaliśmy wiele wspaniałych pacjentek oddziału onkologicznego. Cykliczne chemie i badania, ciągle te same osoby, a jednak coraz ich mniej – M. bardzo przeżywała te odejścia. Pierwsza była Marysia, może po czterdziestce, potem kolejne, w tym dziewiętnastoletnia dziewczyna. M. miała numery telefonów koleżanek ze szpitala, dzwoniła do nich, a one do niej. Tak naprawdę tylko nawzajem mogły się zrozumieć. I ja bardzo cieszyłam się z tych znajomości. Tylko te kobiety wiedziały, tylko one przeżywały to samo.

W chorobie jesteś samotny. Nieważne, że masz męża, dwie córki, mamę i siostrę. Nieważne, ile masz sąsiadek i znajomych z osiedla. M. miała nas, ale była samotna. W bólu i w cierpieniu, w strachu przed śmiercią. Rozmawiała ze mną, zwierzała się, płakała, ale jej serce z pewnością skrywało setki tajemnic. Każdy z nas czasami czuje się opuszczony, niezrozumiany. Bo czy szczęśliwa mężatka może w pełni zrozumieć problemy kogoś ze złamanym sercem, czy spełniona matka potrafi pocieszyć bezpłodną koleżankę? Takie jest życie. Nigdy nie wejdziemy w czyjąś skórę. Choroba jest na to doskonałym dowodem. Nieważne, co robisz, nie zrozumiesz. Ale czasami to nieistotne. Liczy się, żebyś był. Zawsze, bez względu na porę i okoliczności.

Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się, że rak zaatakował kości. Nie teraz, pewnie już jakiś czas temu. Na specjalistycznym badaniu o nazwie scyntygrafia ciało M. zaświeciło się w kilku miejscach. Żebro, miednica, bark, udo. Konkretne przerzuty. Samoistne złamanie jednego z żeber; rak był tak głodny, że musiał się posilić nawet kością. Kość, mimo że w końcu się zrośnie, nigdy nie wróci na swoje miejsce. Określenie medyczne: stan po złamaniu kompresyjnym. Zaczynamy radioterapię.

Nikt nie mówi wówczas o mastektomii, żadne z nas nie pyta, nie zastanawia się nad tym. Przerzut na kości jest dla nas jak wyrok, przecież każdy z nas coś wie, ma Internet i rozumie to, co mówią lekarze. „Tu się może złamać, tam też, niestety będzie boleć”. Z przerzutem na kości można żyć nawet dziesięć lat. Tego chcemy się trzymać. Nie zapominamy jednak o piersi ani o wątrobie. Właściwie nie wiemy, czego się spodziewać. Onkolog, który prowadzi mamę, to kobieta. Lubię ją, mam do niej zaufanie. Ona mówi, że nic nie jest przesądzone, że można z tym żyć nawet kilka lat. Nawet?!

Ja i E. byłyśmy w gabinecie pani doktor. Słowa, które tam padły, ulotniły się gdzieś pod sufitem. Szybowały sobie, widziałam je, były dziwnie miękkie. Potem spacerowały po całym gabinecie. Spojrzałyśmy na siebie. Czy coś z tego zrozumiałyśmy? Nie wiem. Ale chyba tak. Tej choroby nie da się wyleczyć, ten rak już się nie cofnie. Ale zrobimy wszystko, żeby przedłużyć M. życie i sprawić, by było komfortowe.

Te słowa utknęły gdzieś pomiędzy nami, pomiędzy mną a E. Wyszłyśmy z gabinetu i zabrałyśmy M. na spacer. Przed budynkiem był mały skwerek i kilka ławeczek. Nie powiedziałyśmy ani słowa. Wymyśliłyśmy własną wersję, zresztą zaaprobowaną przez onkologa. Są przerzuty, nie jest dobrze, ale będziemy walczyć. Bardzo często wydawało mi się, że ona wie wszystko. Bez względu na to, co mówiłyśmy, a czego nie, M. wiedziała. Czuła, przypuszczała albo po prostu miała pewność.

Mniej więcej od tamtego czasu zaczęłyśmy rozmawiać więcej o chorobie i śmierci. T. bardzo bał się tych rozmów, zazwyczaj ucinał temat, zaczynał żartować. W ten sposób rozładowywał napięcie M. i własne, co w moich oczach bywało terapeutyczne. Był dla niej wszystkim, rycerzem na białym koniu, księciem z bajki, i przyjmowała go zawsze bez zastrzeżeń. Chyba rzadko rozmawiali o śmierci, ale ich relacja była przepełniona zapowiedzią ostateczności.

Moja siostra E. także znalazła własny sposób – działanie. Nie było takiej rzeczy, której by nie załatwiła. Terminy badań, transport do lekarza, wykupienie leków, prywatna wizyta – wszystko robiła szybko i sprawnie. To z kolei była jej metoda radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Bo tak naprawdę była małą, przerażoną dziewczynką, która bała się samego widoku cierpienia. Wiele razy przyznawała, że po prostu sobie nie radzi, że nie może i nie chce na to patrzeć. Wystarczyło, że M. czuła się słabo, miała zawroty głowy albo biegunkę, a E. wpadała w panikę. Mówiła, że nie wytrzyma, że nic nie może zrobić. Bardzo się o nią martwiłam. O T. też.

Sama każdego dnia po powrocie do domu wpadałam w czarną dziurę. Dużo płakałam, czasami się złościłam, innym razem bywałam obojętna. Kończyłam właśnie studia magisterskie, jakimś cudem znajdowałam czas na naukę. M. była ze mnie bardzo dumna. Posiadałam już tytuł licencjata, wkrótce miałam bronić pracę magisterską. Od zawsze chciałam uczyć, być z dziećmi. Ona za każdym razem wiedziała, że mi się uda. I choć niejednokrotnie nie mogłam dopilnować jakiegoś terminu i nie byłam w stanie się czegoś nauczyć, skończyłam studia z wyróżnieniem. Dla niej. Wtedy już chyba tylko dla niej. Nigdy nie zapomnę, jak ściskała w ręce mój dyplom, a ja czułam, że dzięki temu jest szczęśliwa. Ten dyplom stał się symbolem czegoś, co mogłam jej jeszcze podarować.

Następny zaniosłam już na cmentarz…

Obietnica złożona na początku trudnej drogi

Ufność, że jej kres nie nastąpi

A słowa są tylko ukojeniem

Życzliwi mówili, że trzeba się przygotować

Głupcy…

Czy można być gotowym na dzień bez promieni słońca?

Noc bez kołysanki

Niebo bez chmur

Dom bez duszy…

Nie byłam przygotowana

Lodowy chłód Twojej dłoni wyrwał mnie z odrętwienia…

Moja mama jest aniołem

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-554-2

© Małgorzata Friedel i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Maria Zając

KOREKTA: Elżbieta Zasempa

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Moja mama jest aniołem