Spirit caring. Tom I Początek

Spirit caring. Tom I Początek

Autorzy: Grzegorz Kurek

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 33.00 zł

Po latach względnego spokoju Wszechziemiu znów zagraża niebezpieczeństwo. Inwazja orków to tylko kwestia czasu. Sługi upadłego boga Raala szykują krwawy odwet. Królowie i czarodzieje spotykają się podczas Trzeciej Rady Władców, aby wspólnie zaradzić nadchodzącemu zagrożeniu dla ludzi, elfów i krasnoludów. Świat szykuje się do wielkiej wojny.


Tymczasem młody mag, Zulzedeus, wyrusza z klasztoru Rew Terim na poszukiwanie Wybrańca - tego, który według przepowiedni ma uratować Wszechziemie przed upadkiem.

SPIS TREŚCI

ROZDZIAŁ 1: WIELKA RADA

ROZDZIAŁ 2: WYBRANIEC

ROZDZIAŁ 3: ZALĄŻEK KOMPANII

ROZDZIAŁ 4: HISTORIA CAŁKIEM NIESPODZIEWANA

ROZDZIAŁ 5: NA DWORZE KRÓLA SAHAELA

ROZDZIAŁ 6: PIERWSZE STARCIE

ROZDZIAŁ 7: KARTEL

ROZDZIAŁ 8: WIZJA

ROZDZIAŁ 9: ZAMACH

ROZDZIAŁ 10: POŚCIG

ROZDZIAŁ 11: SEKS GRANICZNY

ROZDZIAŁ 12: PUŁAPKA

ROZDZIAŁ 13: ZAGINIONE POLE ZŁOTYCH KONOPI

ROZDZIAŁ 14: ZDRADY I KNOWANIA

ROZDZIAŁ 15: UPADKI I WZLOTY

ROZDZIAŁ 16: DOLINA EDGEL

ROZDZIAŁ 17: SZALONY MĘDRZEC

ROZDZIAŁ 18: ODRĘBNA DROGA DLA KAŻDEGO

DODATEK

ROZDZIAŁ 1:

WIELKA RADA

Posłaniec, ledwo przybywszy na dwór króla Sahaela, spiesznym krokiem podążył przed oblicze władcy.

– Zapowiedz mnie z łaski swojej – rzucił na wstępie do strażnika.

– A kimże jesteś, nuthmien[1]?

– Sir Rodryg von Werel, posłaniec króla Joachima z Koel Nahal.

– Jakież wieści przynosisz, nuthmien? Nasz monarcha ma ważnego gościa.

– A kogóż to?

– Czcigodnego mistrza Mariusa z Rew Terim.

– Czarodzieja, powiadasz. Świetnie się składa. Zapewniam cię, że mam wieści najwyższego sortu.

– Zaczekaj chwilę, dostojny poeshel.

Strażnik poszedł do pałacu. Była to piękna rezydencja z kutego marmuru, zwieńczona dachem z nitylu[2], której fasadę wyłożono płytami z czystego złota. Zapewne elfi monarcha nabył te towary od krasnoludów z Gór Wschodnich w zamian za drzewo hebanowe. Kolumny na fasadzie budynku zdobiła srebrna winorośl. Wrota natomiast okute były kruszcem z gór, ciemnobrązową koretyną[3]. Von Werel nie dziwił się, że nazywają go Balha Deal – Białym Dworem. Od bramy głównej do dziedzińca biegła aleja wysadzana krzewami bukszpanu, akacji, tui i bzu. Po chwili strażnik wrócił.

– Możesz wejść, nuthmien, lecz nie marnuj czasu naszego władcy.

– Oczywiście, moja wizyta nie będzie dłuższa niż trzy O bracia wspaniali. Tymczasem każ parobkowi napoić mego perszerona, zmęczył się nieborak długą drogą.

Rodryg wszedł za służącym do pałacu. Wewnątrz wyglądał on jeszcze bardziej okazale. Oczom gościa ukazało się bogactwo monarchy tych ziem. Wnętrze utrzymane było w jasnej tonacji kolorystycznej, na ścianach wisiały wspaniałe gobeliny przedstawiające przodków Sahaela. Na jednym z nich pradziad króla, jasnowłosy elf, zwyciężał w boju swego wroga, plugawego orka. Wysoko nad głową trzymał miecz wysadzany szmaragdami, zbroję na jego piersi zdobił herb rodu. Spoglądał na przeciwnika z niesmakiem. Kreatura zasłaniała się rękoma, jednak na próżno. Rodryg spojrzał dalej. Na kolejnym obrazie urodziwa niewiasta uśmiechała się szeroko, trzymając na ręku swe dzieciątko. Von Werel przyglądałby się dłużej, lecz czas go naglił. Odwrócił głowę. Długi korytarz prowadzący do głównej komnaty otaczały wypolerowane, błyszczące, srebrne zbroje. Na każdej z nich widniał herb rodu. Stały dumnie niczym gwardia, przyłbice w wysokich hełmach były opuszczone. Na marmurowej posadzce pałacu leżał bogato zdobiony dywan w kolorze dojrzałego wina. Po obu stronach korytarza znajdowały się liczne drzwi prowadzące do innych komnat pałacu. Rodryg nie miał czasu, aby zwiedzić każdą z nich. Von Werel wszedł za służącym do sali, w której czekał już władca Vea Utheel, dostojny król Sahael oraz przedstawiciel klasztoru Rew Terim, mistrz Marius. Ta komnata była najwspanialsza w całym Balha Deal. Bielone, wapienne ściany pokryte były imponującymi malowidłami przedstawiającymi faunę i florę. Zamiłowanie elfów do przyrody było wysoce zdumiewające dla prostego umysłu posłańca. W rogach sali stały donice z różami, hortensjami, tulipanami oraz dendrobium. Przez nitylowe sklepienie prześwitywało błękitne niebo. Łatwo sobie wyobrazić, jak cudowny widok musiał być tutaj w nocy.

– Panie mój, oto posłaniec z Koel Nahal, sir Rodryg von Werel – zapowiedział gościa służący.

– Niech wejdzie.

Von Werel wszedł, uklęknął na prawe kolano i nisko schylił głowę.

– Serdeczne pozdrowienia i wyrazy szacunku dla miłościwego Sahaela, pana na Balha Deal i króla wspaniałego Vea Utheel przesyła Joachim Prawy, władca Koel Nahal, rezydujący w Rodo.

– Tak, tak, ja również pozdrawiam, ale do rzeczy. Przewielebny wysłannik Nidasa mówił mi właśnie o niepokojących znakach.

– Otóż to, miłościwy panie. Mój władca dostał wieści z Kodoru i Lafaryngii. Krasnoludzcy strażnicy dostrzegli wyłom w Wielkim Murze, co może oznaczać ucieczkę goblinów z Mrocznych Gór.

– Interesujące rzeczy waść prawisz. Moi współbracia zauważyli uszkodzenie w barierze – rzekł mistrz Marius.

– Czyżby jakiś pomiot piekieł wydostał się z Rezerwatu?

– Tego nie wiemy. Barierę naprawiono, jednak tydzień później wszystko się powtórzyło.

– Miłościwy panie, władczyni Wirbergu poinformowała nas o niepokojących łodziach dostrzeżonych przez latarników. Podejrzewamy, że orkowie przeżyli i budują flotę. Mój monarcha proponuje zwołać trzecią Radę Władców.

– Nie wiem, czy to konieczne. To tylko znaki. Poprzednie rady dotyczyły walki z tworami trzeciego boga i podziału granic. Poza tym ostatnia odbyła się ponad trzy wieki temu.

– Wasza miłość, radziłbym jednak posłuchać rady monarchy Koel Nahal – rzucił mistrz Marius.

W tym momencie do komnaty wpadł goniec.

– Mój panie, na południowym wybrzeżu wylądowali orkowie! – wykrzyknął.

– Co ty pleciesz? – Król najwyraźniej nie dowierzał.

– Panie, to nie brednie. Dziesięć okrętów, wyrżnęli wszystkich naszych!

– Zaraz, przecież tam był Zidael, mój najlepszy dowódca!

– Porwali go! Zawlekli na statek, ale, panie mój, orchs pozostali na lądzie, tylko okręty odpłynęły.

– Jasny gwint! A więc dobrze, przekaż Joachimowi, że będę u niego za tydzień. Niech roześle wici. Rada odbędzie się w Rodo. Idź już! A ty zawołaj mi generała Vorina!

*

Tymczasem do wykutego w litej skale na wyżynie Gór Wschodnich zamku Torun dotarł inny goniec.

– Powtórz jeszcze raz, bo nie przyswajam tej wieści. – Król krasnoludów z Kodoru, Fergus Mocny, był srodze skonfundowany.

– Miłościwy panie, mój monarcha prosi o pomoc w walce z armią nieprzyjaciela. Gobliny nie pozwalają nam opuścić Lafaryngii.

– To jakim cudem się tu znalazłeś?

– Czcigodny mistrz William teleportował mnie poza granice oblężenia. Proponował to samo mojemu panu, lecz król się nie zgodził.

– Wiadomo, krasnoludzka krew nie ucieka z pola walki. Słyszałeś, mości Robarze, teleportował go. Co o tym sądzisz?

– Zaiste wielkim czarodziejem William jest – rzekł czarodziej Robar. – Sztuką jest teleportować siebie tak, by nie pomylić miejsca docelowego, a cóż dopiero kogoś. Tak, wielki to morun.

– Ale co sądzisz o tych doniesieniach? – spytał Fergus.

– Niepokojąca to wieść. Trzeba będzie wysłać kilka pułków do Lafaryngii, mości królu. Sam udam się tam wraz z Oktawią.

– Lecz wracaj szybko. Będę potrzebował znów twej rady. A ty możesz już odejść. – Król zwrócił się do gońca. – Służba da ci jeść i pić. Walczyć umiesz?

– Tak, mój panie.

– W takim razie zaciągniesz się do mego wojska. Teraz idź do kuchni.

– Dziękuję, mój panie – odparł goniec i odszedł.

– Wysłałeś, wasza wysokość, tego posłańca do króla Joachima? To najpewniejszy sprzymierzeniec. Reszta posłucha jego głosu – rzekł Robar.

– Oczywiście, że wysłałem. Dostałem już odpowiedź.

– Jaką, miłościwy panie?

– Joachim otrzymał wiadmość od Eliess. Jej latarnicy dostrzegli okręty pod burą banderą.

– Orchs!

– Właśnie. Joachim proponuje zebrać możnowładców i ogłosić stan kryzysowy.

– To by oznaczało… Trzecią Radę. – Czarodziej zadumał się.

– Tak. I wygląda na to, że go poprę. To, co się wyrabia w pobliżu Wielkiego Muru, to po prostu Armagedon.

– Jestem z tobą, mój władco.

– Dlatego będziesz mi potrzebny. Spod Lafaryngii przybędziesz prosto do Rodo jako mój doradca.

– Tak jest, dla Wszechziemia wszystko.

– Dobra, sprowadzić mi tu generała. Wojna się szykuje.

*

Pałac w Rodo od świtu tętnił życiem. Po pierwszym śniadaniu do zamku przybył monarcha Enwerpii, dostojny Godryk zwany Potężnym. Przez cały dzień zjeżdżali się kolejni możnowładcy. O zmierzchu na dworze króla Joachima było ich już siedmiu.

Rada odbywała się w sali jadalnej, obszernej i długiej. Jako pierwszy głos zabrał szambelan króla Joachima, Rodryg von Werel.

– Serdecznie witam wszystkich zgromadzonych, dostojnych monarchów Wszechziemia na trzeciej Radzie Władców. Oto Jego dostojność król Enwerpii, Godryk Potężny. – Dobrze zbudowany, brodaty blondyn, siedzący najbliżej, powstał i ukłonił się.

– Jaśnie pani Eliess Łaskawa, władczyni Wirbergu – kontynuował prezentację szambelan.

Na te słowa podniosła się kobieta siedząca po prawicy Joachima. Była piękna jak wiosna, na jej głowie błyszczał szczerozłoty diadem. Jej ciemne włosy opadały falami na ramiona, muskając jędrne piersi wystające z pełnego dekoltu.

– Dostojny Zalenthe Waleczny, monarcha Viri Inis.

Był to wysoki elf o kasztanowych włosach, na skroniach miał złotą koronę i emanował od niego królewski blask.

– Królowa Fetheal Rozważna, pani Meo Gao. – Blond piękność skłoniła głowę, słysząc te słowa.

Tak jak królowa Eliess była najpiękniejszą wśród ludzkich kobiet, tak pani Fetheal szczyciła się mianem najurodziwszej wśród wszelakich niewiast. Jej włosy koloru dojrzałego zboża falowały, złota suknia opinała piękne kształty. Miała zgrabną talię, szerokie biodra, a klatka piersiowa, niezwykle hojnie przez naturę obdarzona, dumnie prezentowała swe wdzięki.

– Oto możny monarcha Vea Utheel, Sahael Spokojny, wraz z małżonką Nephole. – Pan Balha Deal powstał, wywołany przez szambelana.

Był dojrzałym, wysokim elfem o blond włosach. Jego małżonka, równie urodziwa jak pozostałe panie, miała opanowane, delikatne ruchy. Przydomek „Spokojny” mąż zawdzięczał właśnie jej – to ona była oazą stoickiego spokoju.

– Przed państwem Fergus Mocny, król Kodoru.

Z miejsca podniósł się rudowłosy krasnolud. Miał brodę sięgającą pasa, na krótkich, grubych palcach nosił wiele pierścieni z różnych kruszców wydobytych w jaskiniach Gór Wschodnich.

– Gospodarz dzisiejszego spotkania, pan Koel Nahal, król Joachim Prawy i jego małżonka, królowa Helena.

Królowa Rodo ubrana była w zdobną, szkarłatną suknię, kruczoczarne włosy spięła w kok. Jej twarz rozjaśniał uśmiech godny pramatki. Doskonale prezentowała się u boku władcy Koel Nahal.

– Niestety nie mógł przybyć Dariusz Twardy, władca Lafaryngii. – W głosie szambelana dało się wyczuć smutek. – Gościmy dzisiaj również dostojnych wysłanników Nidasa i Apponosa. Oto mistrz Xavius z Balha Deal.

Na te słowa powstał elf o miłej aparycji, ale przenikliwym i hardym spojrzeniu.

– Przedstawiam mistrza Mariusa z klasztoru Rew Terim.

Uwaga zgromadzonych skierowała się na sędziwego maga w szkarłatnej szacie.

– Oto czarodziejka Iris z klasztoru Rew Unum – kontynuował szambelan.

Czarodziejka była smukłą kobietą o stalowej twarzy i takowym wzroku.

– Przywitajmy dostojnego Robara z Kodoru – powiedział Rodryg, wskazując na krasnoludzkiego czarodzieja o szatynowych włosach i brodzie sięgającej mostka – oraz Zachariasza z Opuszczonego Wzgórza w Wirbergu. Zaproszenia otrzymali również czarodzieje z wież w pobliżu Rezerwatu, odmówili jednak, gdyż są zajęci poszukiwaniami sprawców zniszczenia bariery. Na prośbę gospodarza przypominam, że wszystkie omawiane dzisiaj sprawy nie mogą wyjść poza mury tej komnaty.

– Dariusza nie ma – rzekł Fergus – bo wyjście z Lafaryngii oblegane jest przez hordy goblinów. Dlatego przybyłem tutaj. Wysłałem tam moich nadwornych czarodziejów i dziewięć pułków wojska. Mistrz Robar wrócił już, lecz nie przyniósł dobrych wieści. Robarze, mów!

– Spełniam twe żądanie, mój panie. Ponad tydzień temu całe wojsko wysłane na odsiecz, z generałem Birusem na czele i kilkoma pułkownikami, dotarło do wrót królestwa dostojnego Dariusza. Gobliny próbowały sforsować główne wrota, gdy na nie natarliśmy. Oczywiście rozbiliśmy w puch całą armię nieprzyjaciela, jednak po trzech dniach niedobitki oddziałów wroga sprowadziły swoich żołdaków. Pierwsze trzy pułki króla Fergusa zostały rozbite w trakcie pierwszej fali. W końcu i Dariusz domyślił się, że nadciągnęła odsiecz, otworzył wrota i wspomógł nas, jednak bez skutku. Krwawy bój trwał nadal. – Mistrz Robar snuł swoją opowieść, od czasu do czasu spoglądając na zebranych. – Moje zaklęcia nic nie dawały. Piątego dnia ja i Oktawia, czarodziejka z Torunu, spotkaliśmy się z Williamem, magiem podziemnego królestwa. Połączyliśmy siły, dzięki czemu udało nam się stworzyć Śmiertelną Pożogę i przełamać szyk goblinów. Wróg uciekł w stronę Mrocznych Gór. Wtedy można było rozpocząć odbudowę i wzmacnianie wrót Lafaryngii. Powierzyliśmy Williamowi Krwawe Kryształy, co pozwoli umocnić magicznie wejście do podziemnego królestwa. – Robar zawiesił głos i jeszcze raz potoczył wzrokiem po sali. – Mój pan, król Fergus, zostawił mimo pozornego spokoju swe wojsko w Lafaryngii. Dziś rano, gdy opuszczałem kraj Dariusza, strażnicy usłyszeli surmy goblinów, co oznaczać może ponowny atak. Lafaryngia jest teraz bardzo dobrze strzeżona, więc powinna wytrzymać nawet dwumiesięczne oblężenie. Jednak stacjonują tam ogromne ilości wojska, a żywności jest niewiele.

– Dziękuję ci, Robarze. A więc widzicie, panowie i panie, że sytuacja na tamtym froncie jest gorąca – zwrócił się do zebranych Fergus. – Poza tym tych skurczybyków jest multum, przy Wielkim Murze także. A nie zarządzimy odbudowy Wielkiego Muru, gdy pilnują go legiony tych przeklętych bestii! Trzeba coś z tym zrobić!

– Toż to jest straszna nowina! – rzekł Godryk. – Kiedy pojawiła się wyrwa w Wielkim Murze?

– Mur został zniszczony trzy werum[4] temu. Ale to nie wszystko, bynajmniej. Moi zwiadowcy donieśli, że te podstępne kreatury próbują pertraktować z trollami! Jeśli dobrze pamiętam, trolle siedzą w Rezerwacie, ale prócz nich jest tam wiele innych paskudnych gadów!

– Musimy rozesłać wici. Jeśli wyrwa istnieje od trzech tygodni, to te kreatury mogły dotrzeć do każdego zakątka Wszechziemia – zauważył Joachim.

– Nie mogą dostać się na wybrzeże, zwłaszcza w Vea Utheel – rzekł Sahael.

– Dlaczego? – spytała Eliess. – Przecież stacjonuje tam twoja armia.

– Stacjonowała. Na południowym cyplu wylądowali orchs.

– Orków nam tylko brakowało.

– A wojsko? – spytał Fergus.

– Rozpędzone na cztery wiatry, a najlepszy genthess porwany.

– Niedobrze. Mówisz o Zidaelu? Dobry wojak.

– Trzeba ruszyć rzycie, zebrać ludzi i wybić ich do nogi! – zakrzyknął Godryk.

– Tak jest! Zatłuc tych kurwich synów! – poparł go krasnolud.

– Spokojnie, panowie – odezwała się Fetheal. – Zagrożenie rzeczywiście jest realne i ogromne, ale musimy działać rozważnie. Nie możemy poddać się emocjom. Każdy ruch należy przemyśleć.

– Ależ panowie i panie! – wypowiedział się Zalenthe. – Nie działajmy pochopnie. Idźmy z nimi na układ. W końcu to też rozumne istoty.

– W wielu sprawach zgadzałem się z tobą, Zal, ale tym razem nie masz racji. Oni wyrżnęli moich dothouts[5]. Z nimi nie da się pertraktować – powiedział Sahael.

– Czyli, jak rozumiem, mamy stan kryzysowy – stwierdził Marius.

– Niestety. Jednak rozwaga i rozsądek bardziej nam pomogą, aniżeli „szlachetne” wyrywanie się do boju – rzuciła sucho Iris.

– Poruszmy temat Rezerwatu – zaproponowała Fetheal. – Mistrzu Mariusie, co z barierą?

– A więc nasi bracia dostrzegli uszkodzenia i naprawili je, jednak sprawców nie schwytano – rzekł Marius. – Jeśli to gobliny, to prawdopodobnie poruszały się pod ziemią, nie zostawiając śladów. Sprawdzimy to. Niepokojący jest jednak fakt, że udało im się sforsować barierę. Oznacza to, że albo jest wśród nich potężny szaman, albo zdobyli jakiś potężny artefakt.

– Ostatnio spotkałem czarodzieja z klasztoru Rew Neem – powiedział Xavius – opuszczonego lata temu. Twierdził, że spełniają się słowa przepowiedni Galimesza.

– Której?

– Być może nie znacie tego proroctwa. Mam tu pismo od przeora klasztoru. Wedle słów przepowiedni: „Minie pełnia czasów, księżyc wykona tysiące obrotów, równowaga się zachwieje, wtedy kajdany opadną i uwięziony uwolni się z okowów. Mrok i chłód spowiją świat, a sprawiedliwych spotka cierpienie i hańba”.

– Nonsens, to tylko legenda, przekaz ustny, mit – rzucił Godryk.

– „Uwięziony”? Chodzi o… Upadłego?

– Prawdopodobnie. Nadchodzi wojna.

– Niemożliwe, walki z orkami skończyły się prawie czterysta lat temu. Wówczas orkowie odpłynęli, gobliny zostały ogrodzone Wielkim Murem i mają swą siedzibę na północy, a inne paskudy czarodzieje zamknęli na drugim końcu świata, w Rezerwacie. – wyraził swoje niedowierzanie Fergus.

– Tyle lat spokoju, to się nie sprawdzi.

– Jednak posłuchajcie – wrócił do swej perory Xavius. – Te kreatury zostały odizolowane i od nas, i od siebie, ale nie zabite. To był błąd. Są to jednakowoż istoty, tak jak my, inteligentne. Przez tyle lat mogły się namnożyć i zaplanować zemstę. Prawdopodobnie Raal uwolnił się z podziemi i porozumiał ze swoimi tworami.

– To niemożliwe, żeby Raal uciekł. Strzegą go werynie, im nie zdoła się wymknąć – rzuciła Eliess.

– Macie rację, jednak nie zapominajmy, że to bóg, w dodatku bardzo silny, groźny i nieobliczalny – rzekła Iris.

– Ponadto przepowiednie zawsze sprawdzały się w rzeczywistości. Pamiętacie historię Korneta?

– Jest w tym chyba jakieś ziarno prawdy. Gobliny siedziały tyle lat spokojnie i nagle im odbiło? Te półgłówki potrzebują dowódcy, same nie ruszą, a skoro się ruszyły, to musi tu być druga strona medalu – dorzucił Fergus.

– Podobnie jest z orkami. Coś lub ktoś im musiał kazać – dodał Joachim – Proponuję wysłać flotę i sprawdzić wyspy. Te gady tam siedzą, możliwe że zadekował się tam ich stwórca.

– Skoro te łachudry wspomaga ich „ojciec”, to my módlmy się do naszych – rzekł Zalenthe.

– Jeśli prawdą jest, że Raal się uwolnił, może to oznaczać koniec Wszechziemia – rzekł Sahael. – Mamy, owszem, swoich bogów, ale oni są na nieboskłonie, a ich upadły brat stąpa po ziemi. Nieprawdopodobne jest, aby Nidas zszedł na ziemię, by nas wspomóc.

– Proponowałbym, aby każdy obwarował swe miasta i obsadził wojskiem, a was, dostojni mistrzowie, proszę o modlitwę – powiedział rozważnie Joachim.

– A moja propozycja to aby najlepszych kowali wysłać do Kuźni Narodów. Owszem, nie była użytkowana od wieków, jednak to tam powstały ostrza królów zdolne uśmiercić każdą istotę – dorzucił Robar.

– Owszem, broni nigdy dość. To jednak zobowiązywałoby krasnoludy do dostarczenia odpowiednich kruszców – dodał Marius, po czym zwilżył wargi winem.

– Spokojna głowa, mamy w podziemiach dosyć nitylu, koretyny, rudonu[6] i wszelkich innych kruszców. Starczy dla całego Wszechziemia. Ale co z Lafaryngią i Dariuszem? – pytał Fergus.

– Zostawcie to mnie – rzekł Marius. – Zbiorę magów i uderzymy na oblegających, a jeśli się uda, sprowadzimy Dariusza do Rodo.

Niespodziewanie Mariusa straszliwie rozbolała głowa. Migreny dostała również Iris, a Robarowi zrobiło się słabo.

– Dostojni goście, musimy przedsięwziąć odpowiednie kroki. Mój notariusz napisze pismo o stanie kryzysowym – rzekł na zakończenie Joachim. – Wyślemy je do wszystkich zakątków Wszechziemia, aby dotarło do każdego chłopa, każdej wsi czy warowni. Muszą się dowiedzieć. Wypiszemy w nim rozporządzenia o ochronie miast, mobilizowaniu do walki, zaciągach do Kuźni Narodów i floty. Podpiszemy się wszyscy tu zgromadzeni.

– Popieram. I roześlemy po Wszechziemiu ostrzeżenia dotyczące wzmożenia czujności, zwłaszcza na traktach i we wsiach. Jak gobliny i orkowie nie dostaną się do miast, będą plądrować sołectwa – dodał Fergus.

– Tak, bardzo mądrze. Teraz proponuję napić się czegoś, bo zaschło mi w gardle, wam zapewne też – rzekł władca Rodo. – Posilimy się również najlepszymi w Koel Nahal pieczonymi indykami z rozmarynem. Służba!

I monarchowie Wszechziemia poczęli dyskutować o sprawach błahych. Po godzinie Fergus rozprawiał o przygodzie z przygłupimi karłami, a Godryk i Joachim śmiali się w głos, popijając najlepsze wino z piwnic Rodo. Sahael rozmawiał w języku elfów z Zalenthem.

– Moje drogie – rzekła Fetheal do Eliess, Nephole i Heleny. – Ostatnio moi ogrodnicy odkryli ciekawego owada, nazwali go jedwabnikiem. Z jego kokonu można sporządzić bardzo delikatną i przewiewną tkaninę. Nazwałam ją jedwabiem. Posłuchajcie…

Tymczasem ból w głowach zebranych czarodziejów sięgał zenitu. Całą piątką wstrząsały konwulsje. Wyszli z komnaty, w której możnowładcy z każdym następnym kieliszkiem stawali się coraz bardziej pijani. Na dodatek król Joachim kazał przynieść nowy trunek o niezwykłej mocy, nazwany bimbrem królewskim.

– Wy też to czujecie? – spytał Xavius, trzymając się za głowę.

– Zakłócenia mocy – żalił się Robar.

– Jakbym wypił pięć setek pod rząd – rzucił Marius.

– Sądzicie, że ktoś doznał objawienia? – spytał Zachariasz.

– Na bogów! Panowie, poradźcie coś, bo moje maniery odchodzą wraz z bólem – prosiła Iris.

– Teoria o objawieniu to najbardziej prawdopodobna możliwość – rzekł Marius.

– Wizja musi być niezwykle czytelna, skoro moc pozostawia ślady w naszych umysłach – powiedział Robar.

– Czekajcie, przechodzi. Na Nidasa z Aponnosem! Nareszcie ukojenie.

– Nie byłbym tego do końca pewny. Mam złe przeczucia – rzekł Xavius.

Niespodziewanie przed Mariusem zmaterializowała się chmura białego dymu, z którego ukształtował się przeor klasztoru.

– Mariusie! – odezwał się obłok.

– Tak, arcymistrzu?

– Wieszcz miał okrutną wizję. Źródła mocy wskazują na prawdopodobieństwo spełnienia się owej wizji. Jesteś w Rodo?

– Tak, mistrzu.

– Bardzo dobrze, zanotuj to i przekaż monarchom, niech radzą. Wizja dotyczy przepowiedni Galimesza.

* * *

[1] W języku elfów – człowiek.

[2] Jest to jeden z kruszców pochodzących z Gór Wschodnich. Jego gęstość przybliżona jest do tytanu. Ma on również tę ciekawą właściwość, iż praktycznie nie ma barwy, jest przezroczysty niczym szkło.

[3] Kolejny z metali. Masą i właściwościami przybliżony do miedzi, jednak twardszy.

[4] W języku krasnoludów oznacza to tydzień.

[5] W języku elfów – żołnierze.

[6] Metal podobny do żelaza, po obrobieniu nadaje się do zaklinania magią.

ROZDZIAŁ 2:

WYBRANIEC

Zbliżała się jesień, więc Geron rąbał drewno. A rąbał porządnie, aż wióry dookoła leciały.

Tymczasem w pobliskiej wiosce Maro pojawił się pewien młody czarodziej.

– Ożeż cholera, musieli mi to zrobić! Zapisałem się, bo miało być ciekawie, laski miały na mnie lecieć. A przez pięć lat nauczyłem się tylko zasady: „Bądź cierpliwy, a osiągniesz moc”. A tu gówno. I gdy w końcu miałem zacząć porządne życie, wysłali mnie na poszukiwania tego kijem trącanego Wybrańca na koniec świata! – użalał się nad sobą Zulzedeus. – Nie mógł się rozpłynąć w powietrzu, stał przecież tam. Hej, ty! – zwrócił się do kramarza, przechodząc właśnie przez targowisko w tej zapchlonej wsi.

– Gdzie mieszka ten koleś, taki umięśniony, co kupował mięso?

– Chodzi panu o Gerona?

– Tak, tak, Gerona.

– A to musisz waćpan iść po tamtej ścieżynce ku lasowi, bo on mieszka tuż pod borem.

– Dzięki wielkie. Do stu diabłów! – powiedział do siebie. – Teraz trzeba zasuwać pod las.

Rad nierad, Zulzedeus udał się śladem Wybrańca. Gdy w końcu znalazł jego chatę, Geron akurat zrobił zamach siekierą i rozwalił potężny kawał drewna na połówki. No, przynajmniej Nidas nie wybrał jakiejś ofermy, ten da radę, pomyślał młody czarodziej.

– Witaj, mości dobrodzieju.

– A witojcie, wędrowcze. Czego waści potrzeba? – Geron rozszczepił kolejny kawał drewna.

– Bo widzisz, mospanie, przysłali mnie z klasztoru Rew Terim po ciebie.

– Po mnie? Chyba kogosik powaliło. Jo nigdzie nie idę. Jak waćpan mnie tkniesz, to przerobię go na karmę dla wyrwołów[1]. Dość tego dziadostwa w lesie.

– Spokojnie, gospodarzu, nie zrozumieliśmy się. Waćpan masz na ramieniu bliznę, tak?

– A no mam, bo jakżem był mały i bawiłem się koło lasa, to z niego wyleciało takie coś, pierwszy roz w życiu widziołem takie bydlę. Z dwa metry wielkości, miało takie żarzące się ślepia i pulsujące, ogniste żyły. Poturbowało mnie trochę, a potem poleciało dalej i tylem je widzioł. No i na łapie mi blizna została.

– Tak, hmm… ciekawe. Mogę rzucić okiem?

– A co, waćpan znachor?

– Można tak powiedzieć.

– A to se patrzaj waćpan do woli, ale z daleka. Robotę mam, nie widać?

– Tylko momencik. Tak, to nie wątpliwie Kula Ognia. Tyś jest Wybraniec.

– Ki diabeł? Nikt mnie nie wybrał, ostatnia dziewka puściła się z pastuchem. Psia jucha, pies ją chędożył.

– Słuchaj, mospanie. Jestem czarodziejem, początkującym co prawda, z Rew Terim. Pięć lat temu podczas Rady Władców upadły bóg Raal uwolnił się i zesłał na świat wizję okrutnych wydarzeń. Był w niej wysoki na trzy metry władca

orków, spowity w czerń i granat, typ ze srebrnymi długimi włosami, czarnymi ślepiami i wielkim berłem, z którego buchały niebieskie płomienie. Najgorsze jest to, że jest on elfem porwanym pięć lat temu.

– Ładna historyjka, ale ni mom czasu na pierdoły.

– To nie pierdoły, to prawda. Bo ten wódz orków istnieje. Raal ukończył go pół roku temu. Od tego czasu niebo na północy nieustannie grzmi, bo Nidas i Apponos walczą z Raalem. Wierzysz, mam nadzieję, w bogów?

– Co mom nie wierzyć. Jest trzech, dwa dobre i jeden zły. A dziecka tego złego wszędzie włażą. Nasiekło się ścierw pięć lat tymu, jak tu które zabłądziło, i orki przylazły, i gobliny.

– No pięknie. Ale do rzeczy. Na początku świata prorok przepowiedział, że po stu latach wojny nastanie pokój, trzeci bóg zostanie nazwany Upadłym i zostanie uwięziony, jednak wyrwie się z okowów i ześle na świat pożogę zemsty, lecz pojawi się Wybraniec, którego bogowie obdarzą swą mocą, a ten będzie w stanie zniszczyć Upadłego i powstrzymać jego knowania. Zdaję się, że pierwsza część przepowiedni się sprawdziła oraz wychodzi na to, że to ty jesteś tym Wybrańcem z drugiej jej części.

– Nie pitol, magiku. Pole trza zaorać i zasiać, ja nigdzie nie pójdę. Tatusiowi się zmarło, jak miałem siedymnoście lat, od tego czasu sam se radzę, a waćpan spitalaj, bo nakopię do rzyci.

– Spokojnie, Geron, tak?

– Tak.

– Posłuchaj – jestem Zulzedeus, dla przyjaciół Zul. Pójdziesz tylko ze mną do klasztoru Rew Terim. Tam pogadasz z przeorem, on ci zwróci za drogę i za straty na roli, mnie tylko kazali cię sprowadzić.

– Tylko do klasztoru? A tyli on daleko?

– Niedaleko, parę mil.

– W sumie to się przejść mogę. Od lat to samo w kółko, a tak to trochu świata zwiedzim. Ale teraz nie pódziemy, panie czarowniku, za późno jest. Pódziemy jutro rano. Teraz zapraszam na strawę.

– A dziękuję, skorzystam z zaproszenia.

Następnego dnia Geron wyciągnął swój topór bojowy. Zulzedeus przeraził się jego wielkością. Był to potężny, obosieczny topór z opalami i fragmentami rudonu i nitylu wtopionymi w trzon, w szczególności w jego górnej części. Na ostrzu wygrawerowane były jakieś słowa w dawnym języku.

– Skąd to masz? – spytał Zulzedeus.

– A, po tatusiu, a on po dziadku. To stara rodzinna pamiątka. Najlepsze jest to, że nie trza jej czyścić, zawsze jest tak samo pikna.

– Człowieku, to jest jeden z trzech Mocarnych Toporów wykutych około czterysta lat temu dla królów w Kuźni Narodów, w trakcie pierwszej wojny. To broń magiczna.

– No, dlatego się tak świeci, jak czuje goblina. Chodź, waćpan, nie będziemy tu rozprawiać nad toporem, nie?

Geron spakował do tobołka parę bochnów chleba, kilka pęt kiełbasy i pięć butli wina. Potem osiodłał konia. Był to potężny kary ogier – silna bestia i trudna do opanowania, lecz chłopak miał dobrą rękę do zwierząt i okiełznał go bez problemu. Zamknął drzwi na klucz i wyruszyli duktem w kierunku wioski. Jako że Zulzedeus wierzchowca nie posiadał, Geron posadził go za sobą. Ogier był tak ogromny, że zmieściło się na nim drugie siodło. W wiosce silny drwal poszedł do gospody. Dał karczmarzowi klucz do chałupy na przechowanie. Ten obiecał go strzec w zamian za drobną opłatę. Zulzedeus pospieszał Gerona, który żegnał się ze znajomymi z wioski. Kiedy w końcu udało im się ruszyć dalej, młody czarodziej wyjął zza pazuchy stary pergamin i wręczył go Geronowi.

– A co to? Na kiego czorta mi stary papier? – zdziwił się drwal.

– To nie papier, tylko zaczarowana mapa. Prezent z klasztoru dla ciebie.

– Jak na to patrzę, to jakoś magii w tym nie widzę.

– Musisz ją ochrzcić, wtedy zacznie działać dla ciebie.

– Jak ochrzcić?

– Własną krwią.

– Takie buty. Mam se krwi spuścić na kawałek starego pergaminu, chyba se waćpan jaja robisz.

– Wystarczy tylko kropla.

– Dobra, spróbuję, ale jak nie zadziała, to dostaniesz w mordę – rzekł Geron, po czym rozwinął mapę, przekłuł palec sztyletem i upuścił na pergamin kroplę krwi. Reakcja była natychmiastowa. U dołu mapy, w pobliżu Wielkiej Puszczy na południu pojawiła się czerwona kropka.

– Widzisz? To ty. Jak będziesz się poruszał, to ta kropka również.

– Takie coś się mi podoba. To co, jadymy tym traktem w stronę Balha Deal?

– Tak, możemy tym.

– A to nie jest kraj długouchych?

– Czyj?

– No tych elfów?

– Tak, ale elfowie stoją po stronie Wszechziemia.

– A nie zabiją mnie?

– Jak? Przecież mieszkałeś w ludzkiej wiosce, mimo że ona cały czas należała do państwa elfów.

– To ja nie mieszkam w ludzkim kraju?

– Czy ty kiedykolwiek wyściubiłeś nos poza to sołectwo?

– Nie było taki potrzeby, zawsze żeśmy mieli wszyćko na miejscu.

– Tego się nie spodziewałem. Naprawdę nie wiedziałeś?

– No nie. Dobra, wiele rzeczy nie wiem, ale, kurna, jadymy już, bo się wrócę nazad do chałupy.

– Już, już. Mapę schowaj, na razie ci potrzebna nie będzie. Gościniec biegnie cały czas prosto.

– Wio, Marian!

– Marian?

– No co, mój kuń, moja nazwa, nie?

– W sumie to masz rację.

– No, to wio, Marian! Z kopyta!

I pojechali galopem po trakcie. Po drodze minęli drwali w lesie i jedną wioskę. Zulzedeus miał czas przyjrzeć się wybrańcowi Nidasa. Geron może nie był najwyższym człowiekiem, jakiego widział, ale imponujące mięśnie nadawały mu bardzo okazały wygląd. Widocznie lata samotnej pracy tak go wyrzeźbiły. Na oko miał z sześć stóp wzrostu, włosy odmiennego koloru niż grzywa magika – on posiadał ciemnoblond loki, a Geron smoliście czarne. Czarnowłosy nosił szkarłatne hajdawery i szarą koszulę bez rękawów. Na nogach miał buty brązowe, wysokie, wiązane na rzemyk, z cholewą na pięć centymetrów grubości. Topór przywiązał sobie skórzanym paskiem do pleców tak, by jednym zwinnym ruchem mógł go wyciągnąć. Kary ogier pędził jak wiatr. Przez całą drogę Zulzedeus uczył Gerona poprawnej wymowy.

– Ale po jakie licho mi to umić? – żalił się Geron.

– Wiesz, jak będziesz przemawiał do ludu, mogą cię nie zrozumieć.

– Jo nigdzie przemowioł nie bede.

– A jak staniesz przed przeorem i najwyższą radą, to jak się wysłowisz?

– Zali co, oni mojego godania nie zrozumieją?

– Mogą nie pojąć, o co ci chodzi.

– Kurna, o tym nie pomyśloł. Przy nich trza godać, przepraszam, gadać po urzędowemu?

– Można tak powiedzieć.

– To mów, jak się wysławiać należy, bo mnie, kurna, krew zaleje.

*

Wieczorem dotarli do większej osady. Można tu było spotkać nie tylko człowieka, lecz elfa i krasnoluda również. Młody czarodziej i jego towarzysz zajechali do miejscowej tawerny. Gospoda posiadała stajnię, gdyż leżała na szlaku, więc Geron zostawił tam Mariana i wraz z Zulzedeusem wstąpili do szynkwasu.

– Ile za noc? – spytał drwal.

– Za sam pokój pięć dukatów, z wyżywieniem dziesięć.

– A za konia?

– Dodatkowe pięć.

– To razem będzie szyling i pięć dukatów[2] – rzekł Geron do czarodzieja. – W tobołku mam skórzaną sakwę. Daj mi ją.

– O, mówisz coraz płynniej. Masz, to ta?

– Tak. Proszę, szyling i pięć, koń już w stajni. Tylko go dobrze napójcie, bo byk wielki jest. Daj nam jeszcze butelkę dobrego wina i dwie szklanice.

– Jakiego, panie, może enwerpskiego? Prosto z winnic, dojrzałe i wyborne.

– Może być.

– To będzie, panie, pół szylinga, zać dziesięć dukatów, jeśli wolisz. Jednakże rzadko tu miewamy takich gości, to zapłaci tylko dziewięć.

Geron zapłacił za wszystko i usiedli z Zulzedeusem przy stoliku obok kominka. Odkorkował enwerpskie i nalał szczodrze do szklanic. Wypili za zdrowie.

– Powiedz mi, skąd ty masz tyle mamony?

– Coś myślał, że u mnie bieda? Oprócz roboty na polu chodziłem do lasu, polowałem, stawiałem wnyki, a co się nawinęło, to sprzedawałem we wsi. Brali wszyćko – mięso, skórę, pazury, rogi, siekacze – wszyćko, co się nadało. I przez parę lat się uskładało.

– Zaprawdę, zacny z ciebie towarzysz. Szczodry, hojny, odważny i waleczny. Nie dziwię się Nidasowi.

– Nie piernicz. Dotrę do tego klasztoru, pogadam z przeorem i wrócę do mojej wioski. Trochę świata poznam, to będę miał co opowiadać we wsi. A ty w zasadzie nie wyglądasz na czarodzieja.

– Bo dopiero nim zostałem. Jak się zapisujesz, zostajesz nowicjuszem. Dopiero po pięciu latach przyjmują cię w szeregi i możesz rozpocząć studia magiczne. Po piątym roku nauk wyświęcają cię. A mnie ledwo wyświęcili.

– To gówno ci się opłaciło. Ale żeśmy, kurna, szczęście mieli, że z lasu nic nie wypadło.

– A ile tam tego paskudztwa jest?

– W rok byś nie zliczył. W samej Wielkiej Puszczy jest połowa tego przeklętego ścierwa, mnóstwo stworów nie z tej ziemi. A ostatnio zaczęło przybywać, od strony Rezerwatu.

– Bo pierońskie gobliny barierę sforsowały, tępe fallusy.

– A to się da?

– No właśnie nie. I nie wiemy, jak te łachudry to robią. Prawdopodobnie pomaga im ich bóg.

– Cii, nie gadaj mi o tym teraz. Patrzaj, jakie dziewki do karczmy weszły.

Istotnie, do tawerny przybyły trzy urodziwe dziewoje, dwie brunetki i blondynka. Kształtne, z pełnymi biustami i szerokimi biodrami. Większość męskiej części gości natychmiast odwróciła głowy w stronę nowo przybyłych.

– Uhuhu, zaiste, urodziwe – potwierdził Zul.

– Mam nadzieję, że nie jesteś ascetą jako mag?

– No coś ty, one lubią „zaczarowane” akcje z czarodziejami – rzucił młody magik.

– Czekaj, patrzaj, co się dzieje – powiedział Geron.

Do przybyszek podeszło czterech obwiesiów, mocno napitych. Zaczęli je napastować, obmacywać, podnosić spódnice i klepać po kształtnych tyłkach. Jedna z brunetek rozzłościła się, kiedy jeden z oprychów złapał ją za pierś i tarmosił. Strzeliła go otwartą dłonią w twarz, aż go obróciło. Oprych stracił równowagę i runął na stół. Jego kompani wpadli w furię i wyciągnęli broń. Jeden, pyzaty i rudy, drasnął sztyletem ramię dziewczyny, która trzasnęła w łeb jego kolegę. Ta zapiszczała tylko, złapała się za ramię i zaczęła płakać. Wtedy z miejsca wstał Geron. Podszedł do oprychów.

– Macie jakiś problem? – spytał.

– Spadaj, to nie twój interes! – odszczeknął brodaty.

– Właśnie, przychlaście, sprawa ciebie nie dotyczy! – dorzucił rudy.

– Nie wiesz, na kogo się porywasz! – palnął niski.

– Ee, kółko dramatyczne? „Co rzecze ojciec, gdy jego gacie wdziewasz?” – zacytował stare powiedzenie mieszkaniec Maro, rozkładając szeroko ramiona.

– Zjeżdżaj, bo oberwiesz! – huknął rudy.

– To zostawcie dziewki, zasrane obezjajce – odparł spokojnie Geron.

– Odezwał się cieniodupas – powiedział rudy.

– Spadaj, bęcwale. Możeś większy, ale głupiś jak szczurokret – rzucił niski.

– Ktoś tu wpadł do beczki bimbru, bo go rozdęło – dodał brodaty.

– Słyszałem, że samce goryla rżną każdą napotkaną kozę, więc wypierdalaj do obory – zaśmiał się ten rudy.

– No co? Głuchy? A może zastosować terapię szokową? – krzyknął niski.

– Kompleksy czy problemy, hę? A może wada słuchu? – dodał rudy.

– Kurwa, dość tego, kiep nie słyszy – rzekł brodaty.

I wszyscy trzej rzucili się na Gerona. On tylko się odsunął, a niski wpadł łbem do kominka. Brodaty zamachnął się sztyletem, lecz Geron złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę, aż chrupnęło. Rudy chciał ciąć na odlew, ale Geron wyrwał belkę ze stołu i zablokował ruch. Niski wydostał się z popiołu i rzucił na chłopaka. Ten odwrócił się i z całej siły walnął go deską prosto w szczękę. Od uderzenia oprychowi oderwała się żuchwa, a zęby i krew trysnęły za głowę napastnika, który wykonał obrót, niesiony siłą uderzenia. Brodaty z wykręconą ręką, widząc, co się święci, zwiał. W końcu powstał ten, który oberwał od dziewczyny, i stanął ramię w ramię z rudym. Uderzyli obaj na Gerona. Ten zaś zrobił zamach i drugim końcem belki uderzył w głowę najpierw jednego, potem drugiego. Pierwszy padł na miejscu, drugi zaś, ten rudy, trzymając się za nos, stał w kącie. Geron odrzucił belkę i podniósł pogrzebacz. Z impetem wbił go w tyłek zawadiaki, aż go wyprostowało.

– Pytałeś mię, waćpan, czy nie mam problemu, ale jak widzę, to ty masz prawdziwy, RZYCIOWY kłopot – rzucił na koniec Geron, wyciągnął jednak kociubę z czterech liter zbira. Rudy zemdlał, a ludzie w karczmie ryknęli śmiechem.

– Niech się pan nie martwi, pokryję straty – zwrócił się do karczmarza Geron, po czym wrócił na swoje miejsce przy stole.

– Aleś ich urządził – podjął rozmowę Zul.

– Pijani byli, co to za przeciwnicy.

– A co z dziewkami?

– Same przyjdą, z wdzięczności. O, patrz pan, nie mówiłem?

Przy ich stoliku pojawiły się owe trzy panny.

– Możemy się dosiąść, czcigodny panie? – spytała blondynka.

– Zapraszamy, takie zacne i urodziwe towarzyszki rzadko się trafiają – odparł Geron.

– Jestem Linda, a to Eve i Yenis. Chciałyśmy podziękować naszemu obrońcy – rzekła dziewczyna.

– Oj, waćpanny same by sobie poradziły – rzucił czarodziej. – Sam widziałem.

– Ja jestem Geron, a to mój towarzysz, czarodziej Zulzedeus.

– Czarodziej? – zainteresowała się Yenis. – Poczarujesz pan?

– Dla tak miłej kompanki zawsze.

– Mości gospodarzu, jeszcze trzy butelki i trzy szklanki! – zawołał Geron do karczmarza.

– A co zrobić z tymi, waćpanie? – Gospodarz wskazał na trzech leżących obwiesiów.

– Złóż ich pod ścianą, rano z nimi jeszcze pogadam – roześmiał się Geron.

Przez cały wieczór pili z dziewojami. Zul przekonał do siebie blond Yenis i poszedł z nią do sypialni. Geron zabawiał jeszcze brunetki, aż w końcu te same zaciągnęły go na górę. Folgował chuci z obiema do późnej nocy, aż panny padły zmęczone, lecz całkowicie zaspokojone z uśmiechami na twarzach.

Nad ranem do tawerny wpadła straż wiejska z zarządcą na czele i brodaczem, któremu bohater wieczoru złamał rękę. Zarządca był krasnoludem o czarnej brodzie i takowych włosach, aczkolwiek było na nich widać pasma siwizny. Geron schodził właśnie po schodach w towarzystwie panien, z którymi baraszkował całą noc. Obie ziewały. Zulzedeus siedział już przy stoliku i zajadał jajecznicę z kiełbasą, obok siedziała Yenis i wpatrywała się w blondyna dużymi, świecącymi oczyma. Brodacz wskazał na Gerona.

– To ten, panie burmistrzu, on nas pobił, niech pan patrzy, tu leżą. – Brodaty wskazał na ścianę, pod którą leżeli jego kompani, którzy rozbudzali się powoli.

– Czy to ty pobiłeś tych oto obywateli mej osady? – spytał krasnolud.

– Wiesz, mości dobrodzieju, dziewki napastowali, to chciałem żeby blichtru nabrali również w fechtunku.

– W fechtunku? Ten tu ma rozwalona szczękę, nie będzie już mówił.

– Pijani byli, pod nogi nie patrzyli – odciął się Geron.

– Twierdzisz pan, że sam sobie ryj obił?

– Jako żywo. Pod karczmą nierówny grunt, a dali ostrokół. W takim stanie dziury nie przyuważył i wyrżnął jak długi.

– Panie, bujać to my, nie nas. Jak śmiesz się tak odzywać do zarządcy Lamfo, pana Lukoda? – wrzasnął jeden ze strażników.

W tym czasie czarodziej wstał od stołu, podszedł do szynkwasu, położył na ladzie szylinga i puścił oko do karczmarza. Gospodarz się tylko uśmiechnął.

– Mości panowie, widzicie to? – Młody czarodziej wyciągnął w stronę przybyszów dłoń, na której znajdował się pierścień z pieczęcią.

– Wybacz, mistrzu, nie wiedzieliśmy, że to twój druh – rzekł przerażony Lukod.

– Nawet właściciel karczmy potwierdzi niewinność mego kompana – odparł Zul.

– Kłamią, to spisek! – krzyknął rudy, który zdążył się ocknąć.

– Panie zarządco, te chuligany zniszczyły mi lokal. – Gospodarz wskazał na zniszczone stoły. – A ten dobrodziej wyprowadził ich na zewnątrz, tam zapewne doszło między nimi do zwady.

– Wierzysz pan nam czy bandzie pijaków? – spytał groźnie Geron. Był dużo wyższy niż krasnolud.

– Wybaczcie, waszmościowie, ale ten tu strasznie anonsował na panów – odparł Lukod. – Zabierzcie stąd tych parchów – zwrócił się do straży.

– Jeszcze się z tobą policzymy, kpie! Auu! – zawołał brodaty, którego pochwycono za uszkodzoną kończynę.

Pół godziny później tawernę opuścili również wędrowcy. Zulzedeus zakupił wierzchowca od jednego z farmerów. Geron prowadził Mariana za uzdę, gdy doskoczyli do niego owi czterej obwiesie, których sprał zeszłej nocy.

– Mamy cię, zasrańcu! Zapłacisz za wczorajsze! – krzyknął rudy.

– Myślisz wieśniaku, że dasz mu radę? – spytał młody magik.

– No w takim stanie na pewno – rzucił Geron, patrząc na niskiego ze spuchniętą szczęką.

– Satysfakcję musisz mi dać! – wykrzyknął rudy.

– Rzucasz mu rękawicę? – zdziwił się Zul.

– A juści! Zemsty zasmakować muszę! – Rudy był coraz bardziej wściekły.

– No dobra, kto będzie twoim sekundantem? – zaciekawił się Geron.

Rudy spojrzał na brodacza. Ten przestraszył się i cofnął. Podobnie było z niskim.

– Ten. – Wskazał na ostatniego, jedynego sprawnego fizycznie. Miał tylko ślad od paznokci Eve na policzku.

– Dobra, to ja będę twoim – zwrócił się Zul do Gerona.

– Wiesz, że nie potrzebuję sekundanta – szepnął Wybraniec do czarodzieja.

– Wiem, ale zasady to zasady – odparł uśmiechnięty czarodziej.

– To gdzie to będzie, waćpanie, i jaka broń obowiązuje? – zwrócił się do rudego Geron.

– O dwunastej na rynku, broń dowolna. – Rudy uśmiechnął się paskudnie.

Równo w południe Geron stawił się w umówionym miejscu. Wyznaczono już pole walki belkami, w jednym rogu stał przeciwnik Wybrańca. Wieść o pojedynku musiała roznieść się po osadzie, bo wokół ostrokołu zebrało się wielu kibiców. Obaj rywale stanęli w ringu naprzeciwko siebie. Rudy odebrał od sekundanta sporą maczugę gęsto nabitą kolcami. Spojrzał z pogardą na olbrzymiego przeciwnika i uśmiechnął się cwaniacko, lecz szczęka mu opadła, gdy Geron dobył swego topora. Nie był już taki pewny zwycięstwa, aczkolwiek natarł na przeciwnika. Oczywiście Wybraniec tylko odsunął się, a rudy nie trafił i stracił równowagę. Szybko jednak ją odzyskał i uderzył górnym cięciem w Gerona. Ten sparował cios, odbił i naparł ostrzem topora na rudego. Przeciwnik zablokował atak szerokością maczugi, lecz siła uderzenia cofnęła go o kilka stóp, jednocześnie natarcie było na tyle mocne, iż zbir orał butami ziemię. Spojrzał na maczugę i zobaczył, że oderwało się kilka kolców. Rudy sparował również i drugie uderzenie, ale za trzecim razem topór wbił się do połowy szerokości broni draba. Rudemu oczy otworzyły się szeroko ze zgrozy. Maczuga była jego ulubioną bronią, dużą i poręczną, na którą nie było mocnych. Aż do dzisiaj. Nie myślał już o atakowaniu, chciał ratować swój skarb. Geron chciał już zakończyć walkę, gdy nagle do uszu wszystkich zgromadzonych dotarło przeraźliwe wycie.

– Co to takiego? – pytali gapie.

– Pierwszy raz słyszę coś takiego – powiedział jeden z mieszkańców.

Ludzie, elfy i krasnoludy rozchodzili się pospiesznie do domów. Korzystając z zamieszania, rudy chciał uderzyć, lecz przeciwnik zauważył jego ruch i kopnął go prosto w brzuch. Drab wstał z ziemi i uciekł za kompanami.

– Zul, co to, do cholery, było? – spytał Geron czarodzieja.

– Skąd mam to wiedzieć? Pierwszy raz to słyszę – odparł przerażony mag.

Wycie i skowyt były coraz głośniejsze. Mieszkańcy w panice biegali we wszystkie strony.

– To chyba zza tamtego wzgórza – rzekł Zulzedeus.

– Czyli od strony Wielkiej Puszczy – zgodził się Geron.

– Jasny gwint! Wielka Puszcza graniczy z barierą!

– To oznaczać może, że jest to coś z Rezerwatu?

– Bardzo prawdopodobne. Spadajmy stąd!

– Zwariowałeś? Nie możemy tak tego zostawić! Jesteś, kurna, czarodziejem czy nie?

– No jestem, ale nie mam mocy.

– CO!?

– No bo zaraz po nowicjacie wysłali mnie na poszukiwania, moc mają mi przekazać, jak cię przyprowadzę.

– Czyli jesteś dupa, nie czarodziej. Chodźmy tam, zobaczmy, czy da się to zabić.

– Chcesz to ukatrupić?

– No wiesz, czysty zysk, nie? Dobra, idziemy.

Przeszli przez palisadę otaczającą gminę i wdrapali się na wzgórze. W dole widać było Wielką Puszczę. Sięgała po horyzont, jej końca nie było widać. Leśne ostępy były nieprzeniknione.

– Zaiste, ogromna to puszcza. Ciągnie się przez trzy kraje – rzekł Zul.

– Aż trzy?

– No, przez Vea Utheel, Viri Inis i Enwerpię.

– Cicho, słyszysz?

– Patrz, jest tam! O bogowie, ale to wielkie! – Czarodziej wskazał na polanę u podnóża wzgórza.

– Wygląda jak wyrwół, ale jakby większe.

– Przecież wyrwoły są szare, a to ma kolor krwi.

– To cóż to jest?

– Czekaj, czekaj, to ma drugą głowę! Wiejmy stąd!

– O bogowie, patrz na ogon!

– Racja, jak ogromny świder. Wiem, co to jest!

– Co?

– Świdrogrzmot, ot co. Szkarłatny kolor, dwie głowy, paskudny ogon, na dodatek jest najeżony kolcami, a jego pazury mają stopę długości. Mówię ci, Geronie, spieprzajmy stąd. Tego sam nie ukatrupisz, choćbyś chciał.

– Może masz rację, ale można spróbować. A co, jak się to dostanie do Lamfo?

– To nie twój problem.

– O szlag!

– Co jest?

– Pomyślałem sobie, co się dzieje w mojej wiosce, w Maro. Ona jest najbliżej Wielkiej Puszczy i Rezerwatu.

– Miejmy nadzieję, że nic tam nie dotrze. Co tak sapie?

– Zul, chodź lepiej, no rusz się, kurwa! Zauważył nas!

– Co? O bogowie! – Stwór dostrzegł dwa apetyczne kąski na wzgórzu i pruł już w ich kierunku. Oni zaś biegli co sił w nogach w stronę pobliskich skał.

– Geron, cholera, gdzie mnie ciągniesz? Biegnijmy do koni!

– Szaleju żeś się nażarł? Nie możemy go zaciągnąć do wioski. O matulu! – Noga wpadła mu do króliczej nory. Próbował ją wyjąć, lecz utknęła na dobre.

– Daj rękę! Iii raz! Nic z tego, jesteś za ciężki!

– Spierdzielaj stąd, tak to będzie tylko jeden trup, nie dwa.

– Nie zostawię cię, jesteś mi potrzebny.

– Gówno zrobisz. Mówię ci, wiej stąd, świdrogrzmot już tu wyłazi. No WON! – Geron odepchnął czarodzieja w ostatniej chwili.

Zulzedeus stoczył się ze zbocza i zniknął wśród drzew. Potwór doskoczył do Gerona, widząc w nim potencjalną ofiarę. Nie spodziewał się jednak, że obiad będzie się bronił. Geron zamachnął się toporem i odrąbał stworowi prawą przednią łapę, którą ten miał właśnie zdzielić go w głowę. Świdrogrzmot zawył przeraźliwie z obu paszcz. W tej chwili Geron wyszarpnął nogę z pułapki i wyskoczył na pobliską skałę. Potwór zwrócił ku niemu oba łby, ale chłopak bynajmniej się nie przestraszył, lecz uderzył stwora ostrzem topora w najbliższą głowę. Broń rozbłysła białym światłem, rozłupana głowa świdrogrzmota zwisła bezwładnie, a druga zaryczała okropnie. Geron odskoczył dalej, lecz tu dopadł go ogon potwora. Siła uderzenia odrzuciła chłopaka na odległość kilku stóp. Świdrogrzmot uruchomił ogon i skierował go w kierunku obiadu. Chłopak nie miał siły wstać, a broń leżała poza zasięgiem jego ręki. Topór stracił swój blask i znów wyglądał niepozornie. Rozkręcony ogon potwora zbliżał się do brzucha Gerona. W tej chwili świdrogrzmot oberwał kamieniem. Zul zdołał wdrapać się na wzgórze. Potwór skierował pysk w stronę czarodzieja. Geron, korzystając z nieuwagi stwora, odbił się od skały i wskoczył na grzbiet świdrogrzmota. Adept magii nieustannie obrzucał stwora kamieniami, a Geron trzymał go za łeb. Świdrogrzmot próbował ogonem strącić insekta z grzbietu. Jednak on tylko na to czekał. W ostatniej chwili zeskoczył z potwora w pobliżu leżącego topora, a rozkręcony ogon uderzył w łeb stwora. Ten zawył przeraźliwe i znieruchomiał. Wybraniec biegł już z toporem i jednym płynnym ruchem odrąbał głowę świdrogrzmota, tak jak zwykł to robić z drewnem, a topór znów zalśnił mlecznym blaskiem. Łeb stwora odpadł, a cielsko padło na glebę.

– Ty… ty… ty go zabiłeś! Stary, szacuneczek!

– A daj mi spokój. Jak mnie pierdzielnął tym ogonem to myślałem, że to koniec.

– Ale topór to masz naprawdę zacny. Tylko dlaczego on się uaktywnił dopiero przy uderzeniu?

– Ty mi powiedz. Ja się na tym nie znam. Możesz go zapytać.

– Ha ha, ale chyba wiem. Jak się wściekniesz i jesteś pewny, że chcesz kogoś albo coś zabić, to topór uaktywnia swą moc.

– Nie gadaj mi o tym. Zabierzmy to truchło, może jest coś warte.

W Lamfo okazało się, że skóra świdrogrzmota jest niebywale wytrzymała, zniszczyć ją może tylko broń magiczna, więc Geron zlecił płatnerzowi zrobić z niej zbroję dla siebie, a dla Zula kolczugę pod szatę. Również krew potwora miała niezwykłe właściwości, toteż osiągała wysokie ceny, jednakże klientów było niewielu. Ogólnie w Lamfo zarobili na świdrogrzmocie sto złotych guldenów, najwięcej dostali za ogon, krew i mięso. Zyskali też w Lamfo tytuły honorowe jako wybawcy i obrońcy regionu. Odtąd zaczęły o Geronie krążyć opowieści.

* * *

[1] Zwierzę leśne, skrzyżowanie wilka z wołem – wielkości osła, pokryte czarnym futrem, z rogami, krowim pyskiem, lecz łapami wilka. Samotnie – płochliwe, jednak w stadzie potrafią zaatakować. Częsty cel kłusowników. Mięsożerne – żywi się padliną.

[2] Waluta we Wszechziemiu – 1 gulden to 10 szylingów, 1 szyling to 10 dukatów.

ROZDZIAŁ 3:

ZALĄŻEK KOMPANII

Minęły dwa tygodnie, odkąd opuścili Lamfo. Po akcji ze świdrogrzmotem po całym Vea Utheel rozniosła się wieść, że pewien krzepki gość potrafi zabijać potwory z Rezerwatu. Trzeciego dnia po zwycięstwie nad potworem Geron odebrał od płatnerza swoją zbroję oraz kolczugę Zula i ruszyli traktem na północny zachód. W każdej wsi i osadzie znajdowali się bogacze, którzy najmowali Wybrańca do czarnej roboty. Stał się pogromcą potworów na trakcie pomiędzy Lamfo a stolicą. Każdą dziwną sytuację, niewyjaśnionie zajście, o które posądzano wszelkiego rodzaju stwory, Geron badał i zażegnywał problem. Początkowo chętnie na to przystawał, lecz gdy sakwy były przepełnione, wykonywał tylko iście diabelską robotę, której nikt inny wykonać nie mógł, pozostawiając błahe sprawy, jak ataki wyrwołów, krzepkim chłopom. W końcu dotarli do Trialton. Druhowie wyjeżdżali właśnie z leśnego szlaku. Spokojnie dotarli do wrót, przy których stało dwóch halabardzistów.

– Stać! Kto zacz?

– Czarodziej Zulzedeus z Rew Terim i jego kompan Geron z Maro.

– Słyszałeś? Geron – zwrócił się odźwierny do kolegi.

– Ten Geron, posiadacz topora, którym rozpłatał łby potworów z Rezerwatu? – dopytywał z niedowierzaniem strażnik.

– No to popatrz pan, z której strony jedziemy. Pewnie, że ten – odkrzyknął Zul. – Patrz, już w Trialton wiedzą o tobie – powiedział do swojego towarzysza.

– Plotki szybko się rozchodzą. Mogłem się nie afiszować, cholera. Jak tak dalej pójdzie, to wyślą za mną listy gończe – zaniepokoił się Geron.

– Możecie wjechać, dostojni mężowie. Jeśli ktoś ma prawo wędrować po tych szlakach, to właśnie wy – rzekł halabardzista.

– Dziękujemy, mości rycerzu – odparł czarodziej, przejeżdżając przez bramę.

Jadąc główną, wybrukowaną ulicą, zauważyli kompletny brak łyczków oraz jakichkolwiek innych form życia.

– Co tu się wyprawia? Epidemia czy co? – spytał Geron Zula.

– Nie wiem, rzeczywiście jest za cicho. Słyszysz?

– Tak, jakiś gwar i krzyki. To chyba stamtąd. – Właściciel karego ogiera skinął głową w kierunku szarych kamieniczek. – Patrz, tu się możemy zatrzymać. – Wskazał na tawernę po prawej stronie. Na szyldzie widniała nazwa karczmy: Nad Szubienicą.

– Na razie jedźmy, zobaczymy, co się tam dzieje.

Jadąc po nierównym bruku, dotarli do budynku sądu, przed którym znajdował się podest, a na nim klęczący krasnolud zakuty w dyby. Za nim stał kat z biczem. Oprawca raz za razem smagał zakutego nieszczęśnika basałykiem po plecach. Całość nadzorował stojący z tyłu sędzia w czarnej todze, osobnik o szczurzej twarzy i nieprzyjemnym spojrzeniu.

– Angal Krętobrody, pochodzący z Kodoru, zamieszkały obecnie w Trialton, za swe przewinienia otrzymał sto batów. Jutro o zachodzie słońca zostanie spalony na stosie – rzekł sucho sędzia. Miał gburowaty, władczy ton głosu. Wędrowcy zsiedli z koni i przywiązali je do najbliższego płotu. Geron wszedł między skandujący tłum. Nie miał problemów z przedostaniem się na sam przód, tuż pod podest.

– O co oskarżony jest ten obywatel? – spytał najbliższego mieszczanina.

– O zamordowanie syna kasztelana i kradzież klejnotów, szanowny panie. Aleś pan wielki.

– Mam tak od małego.

– A jam myślał, że od pasa – zachichotał tamten.

– Ten kasztelan jest gdzieś tutaj?

– Nie, opłakuje syna w swojej rezydencji. Pan chyba nie jesteś stąd?

– Nie, ja przejazdem. Podróżuję z moim towarzyszem.

Kat zwlókł z podestu umęczonego krasnoluda i poprowadził do więzienia przy sądzie. W ślad za nimi podążył smukły sędzia.

– Zul, dowiedziałeś się czegoś? – Geron znalazł czarodzieja wśród tłumu.

– Podejrzewają go o morderstwo. Ale mnie się wydaje za słaby, żeby mógł to zrobić.

– Mnie też. Jeśli siedziba kasztelana jest dobrze strzeżona, to nie mógł tam wejść.

– Mam pomysł, jedźmy tam i zbadajmy miejsce zbrodni. Powinni nas wpuścić, jesteś już popularny.

– Daj se siana. Ale pojechać tam możemy, potem pogadamy z krasnoludem.

Dosiedli wierzchowców i pokłusowali do miejsca wskazanego przez mieszczan. Tak jak się spodziewali, dwór był dobrze strzeżony. Przy bramie głównej stało dwóch halabardzistów, przy drzwiach do budynków również dwóch, po krużgankach i murach spacerowali kusznicy.

– No, może ten krasnolud stał się niewidzialny, bo mnie by trupem położyli, gdybym tylko przelazł przez mur – stwierdził Geron.

– Szans nie miał, to fakt, i oni go oskarżają. – Czarodziej pokręcił głową. – Zapowiedzcie kasztelanowi, że Geron z Maro i Zulzedeus z Rew Terim proszą o łaskę widzenia się z zarządcą Trialton – zwrócił się do strażników. Ci, słysząc imię Wybrańca, zaczęli żywo dyskutować, po czym jeden z nich udał się wzdłuż alei do dworu. Aleja wysypana była kolorowym żwirem. Między dziedzińcem a frontową bramą rozciągał się imponujący trawnik, który zdobiły klomby róż, tulipanów, bławatków i akacji. Znajdowały się tutaj również figury z żywopłotu i dwie fontanny. Pod murem rozciągała się pogródka. Po chwili na alei ukazał się strażnik i zapowiedział:

– Pan kasztelan zaprasza panów, gdyż słyszał o ich chwalebnych czynach.

Podróżnicy udali się za nim. Drzwi prowadzące do dworu były potężne – dębowe, okute mosiądzem, pośrodku znajdowała się kołatka w kształcie głowy wilka. Dwór był kamienny, toteż ściany miały szary odcień. Strażnik przekazał gości lokajowi, który zaprowadził ich do salonu, gdzie czekał na nich kasztelan Trialton, wysoki, czarnowłosy elf.

– Witam szanownych gości. Wiele o was słyszałem. Jestem Dafoe, kasztelan i zarządca Trialton, największego miasta na południowym szlaku. – Powitał ich z szeroko rozłożonymi rękoma i z uśmiechem na twarzy, na której widoczne były ślady płaczu, bólu i żałoby.

– Witam cię, dostojny kasztelanie. Jestem Geron z Maro, wioski położonej najdalej na południu. Do niedawna byłem nieznanym wieśniakiem, dopóki mój towarzysz nie wyrwał mnie z rutyny i wiejskiej gwary.

– Pozdrawiam cię, panie Dafoe. Nazywam się Zulzedeus i jestem młodym czarodziejem z klasztoru Rew Terim. Podróżuję z mym kompanem do tej właśnie świątyni.

– Cóż sprowadza sławnego pogromcę potworów do mego miasta? – zapytał Dafoe.

– Naszym celem jest klasztor, ale po drodze gdzieś musimy spać, dlatego wstąpiliśmy do Trialton. Mój druh wprowadził mnie w błąd, mówiąc o odległości klasztoru od mego domu, jednakże wędrówka spodobała mi się, dlatego nie zawróciłem – powiedział Geron. – Mości kasztelanie, widzieliśmy przed sądem chłostę jakiegoś nieszczęśnika.

– Ponoć to on zamordował twego pierworodnego i skradł twe drogocenne klejnoty – dorzucił Zul.

– Tak, jutro spłonie na stosie. Za to, co mi zrobił, zasługuje na śmierć. – Oblicze Dafoe spochmurniało.

– My jednak mamy wątpliwości. Czy oskarżony był twym znajomym i mógł przebywać we dworze? – zapytał czarodziej.

– Nie, ależ skądże. To zwykły złodziej, a kiedy mój syn nakrył go, ten pozbył się świadka.

– Wybacz mi, ale jakim cudem on mógłby się tu wedrzeć, skoro wokół dworu kręci się tyle straży, jest mur, a na nim wielu kuszników. Podejrzewam, że w środku nocy, w czasie nowiu zastrzeliliby żabę z odległości pięćdziesięciu metrów. Elfy mają niebywały wzrok – dodał Zul.

– Cóż, o tym nie pomyślałem. Po stracie syna wpadłem w rozpacz, a sędzia wskazał mi winnego. Ma świadków.

– Proponuję powołać komisję śledczą, kasztelanie – dorzucił Geron – i zbadać tę sprawę jeszcze raz.

– Intrygujecie mnie. Nie dość, że zabijacie szkarady, to jeszcze bawicie się w detektywów. Mógłbym zaproponować wam stałą służbę na moim dworze. Aczkolwiek komisję powołam niezwłocznie.

– Wiedz, panie, że jesteśmy siewcami sprawiedliwości. Posady niestety przyjąć nie możemy, mamy inne zadanie – odparł czarodziej.

– Wielka szkoda, ale za trafne spostrzeżenia zaproszę panów na kolację – rzekł kasztelan.

– Wielce dziękujemy. Mam prośbę. Czy moglibyśmy odwiedzić skazanego wieczorem w jego celi? Musimy mieć chyba twoje, panie, zezwolenie – poprosił nieśmiało Geron.

– Oczywiście, dostaniecie je. Ale jeśli nawet macie rację, to i tak wam nie pomogę. Sędzia ma wolną rękę w sprawach wyroków, a swego zdania nie zmienia. Jest nieugięty. Teraz jednak zapraszam do jadalni, napijemy się wina, a potem podadzą dzika.

Ściemniło się już i w mieście zapalono pochodnie. Wędrowcy zapukali do bramy więzienia.

– Czego?! – warknął stróż.

– Mamy pozwolenie na widzenie z Angalem. – Geron pomachał mu kwitem przed nosem.

– Podpis kasztelana jest, dobra, możecie wejść, ale tylko na pół godziny.

– Całkowicie nam wystarczy.

Poprowadził ich ciemnym, omszałym korytarzem o niskim sklepieniu. Cela krasnoluda tonęła w głębokiej ciemności, jednak na ścianie płonęła pochodnia. W mglistej poświacie dostrzegli go – leżał na pryczy, plecami do góry. Jego rany były paskudne i rozległe, ale teraz zaczęły się goić. Klucznik otworzył drzwi i wpuścił ich do środka, następnie ponownie zaryglował drzwi, oznajmiając, że wróci za pół godziny. Czarodziej usiadł na zydlu, a Geron podszedł do nieprzytomnego więźnia.

– Hej, kolego. Słyszysz mnie? – Potrząsnął nim. Bez skutku. – Chyba nie wykitował? Sprawdź mu puls, ja się na tym nie znam.

Zulzedeus podszedł do krasnoluda i podniósł zwisającą dłoń.

– Żyje, ale długo nie pociągnie. Spróbujmy go obudzić, może coś pamięta.

Krasnolud ocknął się dopiero po dłuższej chwili. Był blady i wycieńczony, jego broda, zapewne koloru dojrzałego zboża, teraz zlepiona była potem i krwią.

– Nareszcie kontaktujesz. Jestem Geron, a to czarodziej Zulzedeus. Chcemy ci pomóc, wiemy, że jesteś niewinny.

– Feron? Bharco ladne imie. Ja gho nie zabilem, nie ja, nie ja. – Był bliski omdlenia. Geron musiał nim znowu potrzasnąć.

– Ale kto to zrobił? Widziałeś go?

– Wicalem, jag wychocil przez okno, z zaklwawionym nozem. Duzo zioła… opaly …Chudy… kocisty …sedzia – i zemdlał. Teraz za nic nie mogli go obudzić.

– Nic więcej nie powie, mamy za to trop. Słyszałeś ostatnie słowo? – spytał Zul.

– Sędzia. Prawdopodobnie Angal widział go, jak uciekał z miejsca zbrodni, więc sędzia wrobił świadka.

– Tylko że nikt w to nie uwierzy. Trzeba mieć dowód jego winy.

– Na razie chodźmy stąd, pogadamy o tym później.

Wrócił klucznik i wypuścił ich. Pojechali oświetlonymi ulicami do tawerny Nad Szubienicą. Wynajęli pokoje i zamówili piwo. Właśnie się rozsiedli, rozkoszując się złocistym trunkiem, gdy do ich stolika podszedł rudobrody krasnolud odziany w kupieckie szaty.

– Witajcie, mili panowie. Sporo o was słyszałem. Podobno rozmawialiście z kasztelanem w sprawie mojego wspólnika.

– To Angal jest kumem waćpana? – zapytał Geron.

– No tak, z kimś biznes kręcić trzeba.

– Nas zapewne już znasz, a ciebie, panie, jak zwą?

– Jestem Kirk, przyjechałem do Trialton razem z Angalem. Handlujemy bronią. Po Wielkiej Radzie stwierdziliśmy, że możemy zarobić kokosy, sprzedając tutaj, bo w Kodorze konkurencja jest wielka. Biznes się kręcił, ale ostatnio nie ma kogo bić, to i nikt ostrzy nie kupuje. Przerzuciliśmy się więc na bagienne ziele.

– Bagienne ziele? A cóż to takiego? Pierwszy raz słyszę – rzekł czarodziej.

– Jakieś pół roku temu znachorzy z Samotnych Bagien na północnym półwyspie odkryli, że rosnące na bagnach ziele po oporządzeniu można palić. Niezły odpał, daje większego kopa niż słynny bimber królewski z Koel Nahal, a to najmocniejszy trunek. Nie powiem, biorą, a zwłaszcza ci najbardziej wpływowi.

– Czyli kto? Kasztelan na ten przykład?

– No, i on, i jego syn brał, i sędzia też, naczelnik straży, kilku bogatszych farmerów i kupców, i paru innych też.

– Jakie to ma działanie? – spytał Geron.

– Chłopie, naprałeś się kiedyś tak, żeś nic nie pamiętał?

– No.

– To po tym jest tak samo, z tym że ci wesoło, nic nie czujesz i spać ci się nie chce. Ale do rzeczy, co powiedział wam kasztelan?

– Niewiele, ale wierzy w niewinność Angala. Z nim samym też się widzieliśmy.

– Tak? Kiedy?

– Dopiero co. Nie zgadniesz, panie, co nam powiedział. – rzekł Zul.

– No?

– Ale nikomu nie powiesz?

– Słowo honoru, możecie mi cykusia uciąć, jak wygadam.

– Dobra, słuchaj. Angal widział sprawcę, przechodził wtedy obok dworu kasztelana. Mówił, że było tam dużo zioła i dymu. I zgadnij, kogo widział?

– Nie wiem, jakiegoś halabardzistę?

– Gdzie tam, panie, sędziego, całego we krwi. Było za późno, by kogoś zaalarmować, a rano już go sprzątnęli.

– Takie buty. Wiedziałem, że ten stary cap jest łasy na władzę, ale nie sądziłem, że posunie się do tego.

– Widzisz, panie Kirk, powiedziałeś nam o tym zielu, co oznaczać może jedno – rzekł Geron.

– Chyba wiem, co takiego. Sędzia otumanił cały dwór naszym ziołem, a potem zabił młodego.

– Otóż to. A my chcemy wyciągnąć z pudła Angala i uchronić go przed stosem. Mamy tylko dobę, i to niecałą – dodał Zul.

– Jasny gwint, na tym się nie skończy!

– Co mówisz, panie Kirk?

– Jutro kasztelan organizuje wielką stypę. Zaprosił wszystkich ważnych w Trialton. Prawdopodobnie zamordowanie młodego to dopiero początek. Jutro sędzia chce wszystkich załatwić, bo złożył u mnie duże zamówienie na najmocniejsze zioło.

– No to pięknie! – rzekł Zulzedeus. – Geronie, musimy powiedzieć o tym kasztelanowi. Panie Kirk, możesz nam pomóc?

– Mogę iść z wami i powiedzieć wszystko, ale nic więcej. Muszę otworzyć stragan i handlować. Ale wiem, kto może wam pomóc uwolnić Angala i udaremnić zamach sędziego.

*

Kirk umówił ich z nią na ósmą rano. Spotkali się w tej samej karczmie, w której nocowali. Gdy zeszli, czekała już na nich przy stole pod oknem. Była elfką o kasztanowych włosach, na sobie miała obcisłe, skórzane spodnie, wysokie, wiązane buty i szmaragdową koszulę, przez którą widać było co nieco. Figurę miała niczego sobie, twarz również była piękna. Jednym słowem, zrobiło im się gorąco na jej widok. Podeszli do stolika i usiedli naprzeciwko. Elfka zapięła guziki koszuli, aby nie kusić przybyłych.

– Tulipany kwitną w ogrodzie – zagadała.

– A słońce oświetla je blaskiem – odpowiedział Geron.

– Dobra, to wy. Jestem Rosette, ale mówicie mi Rose.

– Geron, a to Zulzedeus.

– Ten Geron?

– Następna. Na szlaku jestem dopiero dwa tygodnie.

– Widzisz, a już jesteś sławny. Co ja bym dała za taki rozgłos.

– Możesz go sobie wziąć. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się poszukiwanym we wszystkich królestwach.

– Nie narzekaj. Co to za sprawa, kogo chcecie uwolnić?

– Czekaj, sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje. Musimy uwolnić pewnego krasnoluda z pierdla przed zachodem słońca, a potem dotrzeć do dworu.

– Po kiego czorta do dworu?

– Żeby złapać sędziego na gorącym uczynku. Planuje zamach na możnych w Trialton, w tym kasztelana i jego żonę.

– Chcieliśmy pogadać z kasztelanem, nawet mieliśmy świadka, lecz dowiedzieliśmy się, że nikt dzisiaj tam nie wejdzie, gdyż trwają przygotowania do pogrzebu i stypy – dodał Zul.

– No panowie, powinnam odmówić, ale przegapić taką okazję… Wiecie, że to będzie kosztowało ekstra.

– Ile chcesz?

– Jeśli to wypali i przeżyjemy, chcę do was dołączyć.

– CO?! Kobieto, my tylko ciągniemy do klasztoru – zdziwił się Geron.

– Ale zanim tam dojedziecie, wiele się może wydarzyć. Tutaj niczego nie osiągnę. Pewien wprawny włamywacz nauczył mnie paru sztuczek, poznałam też pirotechnika. Gość wynalazł proch. Nieźle grzmoci. Jednak na szlaku sama sobie nie poradzę, po za tym od pięciu lat tylko kupcy, wojsko i magowie mogą spokojnie wędrować po traktach, takie rozporządzenie. A z wami mogę się wreszcie wydostać z tej dziury.

– Czekaj, co mówiłaś o prochu? – zaciekawił się Zul.

– Na bazie siarki, karbidu i paru innych substancji. Wsypujesz to do beczki, podpalasz i bum, muru nie ma.

– Masz tego trochę na składzie? – spytał Geron.

– Niewiele, ale na jedną beczułkę starczy. Myślicie, że…

– Oczywiście.

– A żeby was popieściło. Rozedrze pół turmy. I ludzie nas zauważą.

– Kiedy ruch jest najmniejszy?

– Około pierwszej, wtedy jest przerwa obiadowa. Wiecie, gdzie jest więzienie?

– Wiemy, między sądem a targiem. Spotkajmy się tu w południe, przynieś ten proch. My sprawdzimy teren.

– Dobra panowie, wchodzę w to, ale pamiętajcie o cenie. – Puściła do nich oko i opuściła tawernę.

– Odbiło ci?! Po co nam baba na szlaku? Zauważyłem, że bardzo zależy ci na Angalu, ale, stary, nie przesadzaj. Co ty kombinujesz? – zbulwersował się Geron.

– Wiesz, teraz wejdziemy na większe, niebezpieczniejsze szlaki. Nie obraź się, ale nawet ty nie dałbyś rady hordzie orków, gdyby nagle wypadli z lasu. Kompania nam się przyda.

– Może coś w tym jest.

– A wiesz, od Lamfo to w zasadzie załatwiłeś tylko jednego naprawdę niebezpiecznego potwora – świdrogrzmota. Potem to już były trzy wyrwoły, a że wieśniacy nigdy ich nie widzieli, to się przestraszyli, i jeden topielec, którego wziąłeś jednym machem. Następny był debil straszący wieśniaków, trochę chłopaka szkoda, zafajdany ghul, który najpierw wyrżnął łbem w skałę, a potem spadł w przepaść i znowu banda wyrwołów, którą ja załatwiłem.

– Wiem, nie przypominaj mi. Najgłupszy był ten dzieciak. Skąd miałem wiedzieć, że to człowiek, jak widać było tylko łeb, no to go odrąbałem. Ale jak widzisz, ludzie zrobili raban i już wszędzie o mnie trąbią.

– No, a jak wyjdziemy na prawdziwy szlak, to tam będzie o wiele gorzej i sami temu nie zaradzimy.

– Masz rację. Ta Rose może nam się przydać. Ale jak Angala wyciągniemy z pudła, on nogą sam nie ruszy, widziałeś go wczoraj.

– Pomyśl. Gość jest dobrze zbudowany, jak wyzdrowieje, będziemy mieli z niego niezły pożytek.

– Noo, o tym nie pomyślałem.

– A widzisz. Teraz chodźmy obwąchać teren. Ciekawe, gdzie jest jego cela.

Równo o dwunastej cała trójka spotkała się przed karczmą. Rose miała ze sobą wytrychy, nóż na biodrze, miecz przy pasie i beczkę z prochem pod pachą. Ruszyli w stronę więzienia. Pokręcili się trochę po okolicy. Gdy wszyscy kramarze opuścili już stanowiska pracy, podeszli do ściany turmy, za którą znajdował się krasnolud. Geron z Zulzedeusem zasłaniali Rose, która podkładała ładunek między cegłami. Cała trójka miała zasłonięte twarze. Elfka odpaliła lont. Oddalili się na odległość kilku stóp. Wybuch wyrzucił cegły w stronę targu. Nim do dziury dobiegli strażnicy, Angala już tam nie było. Tuż po rozerwaniu ściany do środka wskoczył Geron, zarzucił sobie krasnoluda na plecy i uciekł z towarzyszami między budynki. Zanieśli rannego krasnoluda do mieszkania Rose. Okazało się, że dziewczyna ma w domu ukryte pomieszczenie. Złożyli tam na materacu bezwładnego Krętobrodego. Geron wraz z czarodziejem wrócili do tawerny, a Rose udała się po znachora, oczywiście na polecenie Gerona i za jego pieniądze. Zielarz na szczęście nie zadawał pytań i donosicielem nie był. Założył opatrunek na zakrwawione plecy krasnoluda, dał Rose odpowiednie maści i zalecił smarować go trzy razy dziennie i tyle razy zmieniać opatrunek. Elfka oczywiście poszła z tym do Wybrańca. Chcąc nie chcąc, musiał zapłacić. Godzinę później ulicami Trialton przechodzili strażnicy, szukając zbiega. Gospodarz tawerny Pod Szubienicą właśnie tłumaczył im, że żadnego gnijącego krasnoluda tu nie było, a Geron z Zulem posilali się, gdy do gospody wpadł Kirk.

– To wy? – spytał ich szeptem.

– Ale co?

– Nie róbcie ze mnie durnia.

– Panie, a widzisz go tu? – odparł czarodziej.

– Nie, ale powiedzcie szczerze, gdzie on jest?

– Spokojnie, nie martw się, panie. Jest bezpiecznie ukryty – rzekł Wybraniec.

– Bardzo dobrze. Jak wam się udało rozsadzić pół pierdla?

– To zasługa twojej znajomej – uśmiechnął się Geron.

– A, wiedziałem, niezła z niej sztuka. Takie nogi i taki umysł.

– Owszem, nogi to ona ma. A to wyżej jeszcze lepsze – potwierdził mag.

– Co teraz zamierzacie? Chcecie ratować Dafoe’a?

– Tylko nie wiemy, czy się uda. Pamiętasz, jakie zioła zamówił sędzia?

– Najmocniejsze, jakie mam – „Zew Nocy”. Ma je odebrać za godzinę.

– Sędzia musi mieć coś, dzięki czemu zioło na niego nie zadziała – zastanawiał się Zul.

– Prawda, tylko co?

– Wiecie, on często kupuje mikstury od Gryzeldy – rzekł po namyśle krasnolud.

– Gdzie ona mieszka?

– Naprzeciwko koszar, w takim niewielkim domu, za to z pokaźnym ogródkiem.

– Możesz nas tam zaprowadzić? – spytał Geron.

– W sumie – zaczął Kirk, spoglądając na ułożenie słońca względem ziemi, szacując czas – mam jeszcze chwilę. Dobra, zaprowadzę was, ale mam do was jedną prośbę.

– Jaką?

– Weźcie mnie na tę akcję.

– Sami mieliśmy ci to zaproponować – odparł czarodziej.

– No, to w takim razie za mną!

Po wyjściu z karczmy poprowadził ich brukiem w lewą stronę, w kierunku południowych wrót, jednak po przejściu trzydziestu stóp skręcił w prawo między kamienicą a rzeźnią. Po chwili byli przed koszarami. Po drugiej stronie, tuż przy murze, stała chatka znachorki.

– To tu. Ja spadam, muszę pilnować biznesu. O której i gdzie?

– Biba zaczyna się po zachodzie, więc w tej samej karczmie o piątej.

Krasnolud wrócił tą samą drogą, Geron zaś z Zulem zapukali do drzwi Gryzeldy. Nie było odpowiedzi. Po trzeciej próbie Geron nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, więc weszli do środka, do małego salonu obwieszonego ze wszystkich stron wszelakimi ziołami. W słoikach na kredensie znajdowały się zamarynowane części zwierząt bądź one całe – nietoperze, węże, rogi mrokostwora, pazury harpii i wilków, krowie kopyta, gałki oczne niewiadomego pochodzenia i wiele innych. W powietrzu unosił się zapach lawendy i pokrzywy, przynajmniej tak wydawało się Wybrańcowi. W tylnej części salonu, tuż za sofą obitą kocim futrem, były drzwi, spod których wydobywały się bladozielone dymy. Geron bez zastanowienia przeszedł przez salon, o mało nie rozbijając przy tym wysokiej staroelfickiej wazy. Czarodziej podążył za nim. Otworzyli drzwi i natychmiast owionęła ich srebrzystoniebieska mgła. Po chwili zmieniła kolor na purpurowy. Usłyszeli też kobiecy głos:

– Szczypta rozmarynu, trzy pazury niedźwiedzia, język wyrwoła, tak, tak, tak, a teraz krwiste ziele, haha.

Z pomieszczenia biło światło. Zauważyli, że mgła zmienia kolor, gdy i owo światło je zmienia. Geron ruszył naprzód, omijając źródło blasku, i znalazł się w niezadymionej części pokoju, twarzą w twarz ze znachorką. Była wysoka jak na kobietę, chuda, w powłóczystych szatach, ze zmierzwionymi, kręconymi, rudymi włosami i wielkimi oczami. Na widok nieznajomego olbrzyma krzyknęła ze strachu i upuściła słoik, który, roztrzaskując się o posadzkę, uwolnił swą gęstą, burą zawartość.

– Kim jesteś i co robisz w moim domu?! Dzisiaj nie sprzedaję! – wrzasnęła znachorka.

– Nie denerwuj się, pani, my prywatnie – odparł spokojnie Geron.

– Wynocha! Won! Nie ma nic prywatnie!

– Posłuchaj kobieto, tylko opanowanie cię uratuje, bo wywalę ten kocioł! – uniósł się Wybraniec.

– Nie, czekaj! Dobra, czego chcecie?

– Pani Gryzelda, tak? – zapytał czarodziej.

– Tak, to ja. Warzę sobie miksturki, nie wolno? Matka i babka mnie nauczyły, to raczej niekaralne. W jakiej sprawie przychodzicie?

– Widzisz, pani, nasz przyjaciel został fałszywie oskarżony przez sędziego, który planuje dokonać dzisiaj zamachu na kasztelana i inne osobistości w Trialton – wyjaśnił Geron.

– Nonsens, sędzia i zamach? Chyba wam się w głowach popierdzieliło.

– Posłuchaj, on kupuje bardzo mocne bagienne ziele, mogące urżnąć w mgnieniu oka całą knajpę. W taki sposób pozbył się syna pana Dafoe.

– Całą knajpę? Hoho, ale odjazd. Zaraz, nie mógłby uśpić całej komnaty, nie pomijając siebie. Gdyby włożył ziele do kominka, nie zdążyłby dotrzeć do drzwi, nie budząc podejrzeń. Musiało was nieźle pogrzać – odcięła się znachorka.

– To wiemy. Dotarliśmy do osobnika rozprowadzającego zioła, twierdzi to samo. Jednak sądzimy, że mógł u ciebie kupić eliksir, który pozwoliłby mu zachować jasność umysłu – powiedział Zulzedeus.

– U mnie? Pomyliliście adres.

– Nie kryj go, babsztylu. Ja jestem Geron i nie pozwolę na niesprawiedliwość.

– Jasny szlag! Geron! Ten spod puszczy?

– A zna pani innego? – dorzucił mag. – Ten, a ja jestem jego kompanem. I mogę zaświadczyć, że nam chodzi tylko o sprawiedliwość. Gdybyśmy wyjechali, nikt nie zająłby się tą sprawą, jutro mielibyście wielką żałobę i nowego dyktatora. Prawdopodobnie podpisałby pakt z orkami w następnym tygodniu.

– Nie zalatuje padliną i łgarstwem. Ale teraz to ja nie pamiętam, co sędzia u mnie kupił. Poczekajcie chwilę… hmm… wiem! Trzykrotnie kupił miksturę „stalowego umysłu”, pozwalającą wypić cztery wiadra wódki bez zawrotów głowy. Myślałam, że chce dużo wypić i wygrać jakiś konkurs czy coś.

– Za pierwszym razem pewnie testował, czy mikstura działa na Zew Nocy. – rzekł po namyśle Zul.

– Widocznie zadziałało – stwierdził Geron.

– Masz, niewiasto, może antidotum na tę miksturę?

– Czekajcie, na stalowy łeb antidotum. Skoro to działa przeciw upiciu, to w drugą stronę działa Eliksir Natychmiastowego Uchlania.

– Ciekawa nazwa.

– Nie ja ją wymyśliłam. To na podłożenie. Jeśli jakiś facet chce mieć szybko panienkę, nalewa jej tego i zaraz jest gotowa.

– Dobra, weźmiemy obie te miksturki – powiedział Geron.

– Obie? Myślałem, że jedna wystarczy – zdziwił się Zul.

– Mam plan. Musimy wkręcić się na imprezę do dworu.

– A niech cię.

– To co, dwie bierzecie?

– A jak.

– Dobrze, macie tu dwie działki ekstra. Gulden.

– Ile?!

– No co? Takie mikstury piechotą nie chodzą, nie?

– Dobra, niech stracę. Kasztelan mi zwróci. Życzę powodzenia w interesach.

O piątej siedzieli już w karczmie i konsumowali panierowanego dorsza. Po chwili dołączyła do nich Rose.

– I jak tam z krasnoludem? – spytał młody czarodziej.

– Żyje, nakarmiony. Czuje się lepiej, teraz śpi. Jaki macie plan?

– Całkiem prosty i genialny zarazem – odparł Zul.

– Czyli?

– Byliśmy u tej znachorki, u której sędzia Nerg kupuje eliksiry. Mamy od niej taką samą miksturę, jak on, i antidotum na nią.

– Nie rozumiem.

– Witajcie. O czym mowa? – Kirk wszedł do tawerny i dosiadł się do stołu.

– Jesteśmy wszyscy. Dobra, słuchajcie, bo powtarzał nie będę. Plan jest taki.

*

Po zachodzie słońca kasztelan Trialton pożegnał swego syna po raz ostatni, po czym zabrał wszystkich gości na uroczystości do dworu. W tłum wmieszali się Geron z Zulzedeusem, odziani w srebrno-zielone kaftany nabyte przez Kirka. On sam ubrany był w szkarłatny żupan i bursztynowy kontusz. Rose włożyła oszałamiającą purpurową suknię z głębokim dekoltem i wycięciem wzdłuż lewej nogi od kostki aż po biodro. Wybraniec przepchnął się przez tłum do Dafoe’a.

– Można się wtrącić, panie kasztelanie? – zagadał Geron.

– Ach, to ty. Nie zapraszałem was, ale chętnie was ugoszczę, skoro jesteście. Jak tam sprawa Angala? Podobno uciekł z więzienia.

– Też nie wiemy, jak tego dokonał. Mamy pewien trop, panie Dafoe.

– Trop? Jakiż to?

– Podczas wizyty zdołaliśmy wyciągnąć z podejrzanego tylko jedną informację. Widział prawdziwego sprawcę, zanim go wsadzili.

– Tak? Kogo takiego?

– Pana sędziego Nerga.

– Nerga? Jakim cudem?

– W dzień śmierci waszego syna sędzia był we dworze, prawda?

– No tak, omawialiśmy sprawę nowych szubienic. Aczkolwiek niewiele pamiętam z tamtego wieczora, strasznie rozbolała mnie głowa i chyba wcześniej się położyłem.

– Panie kasztelanie, to wszystko robota Nerga. Wrzucił panu do kominka bardzo silne zioła z północy wprowadzające w silny amok. Dowiedzieliśmy się, że dzisiaj planuje kolejną zbrodnię.

– Tak? Jaką?

– Chce zabić pana.

– Co takiego? Macie dowody?

– Mamy coś lepszego. Proszę to wypić. – Geron podał elfowi fiolkę.

– Co to jest?

– To antidotum na działanie ziela. Dzięki temu zachowa pan jasność umysłu i złapie go na gorącym uczynku.

– A pan?

– Ja i moi kompani już to spożyliśmy.

– Kompani?

– Niech się pan nie gniewa, ale jest nas czworo i wszyscy mamy zamiar wejść na chama na to przyjęcie. To część planu schwytania sędziego.

– No dobra, ale jeśli nic z tego nie wyjdzie, zapłacicie za nieproszone wtargnięcie na teren dworu.

– Dziękuję, panie kasztelanie.

Geron wrócił do towarzyszy.

– Wchodzimy. Pamiętajcie, żadnych gwałtownych ruchów, pełny luz.

Uroczystość odbywała się w długiej sali. Z jednej strony znajdowały się drzwi, z drugiej kominek. U szczytu stołu, w pobliżu kominka zasiadał kasztelan, po jego prawej stronie małżonka, po lewej – sędzia. Dalej usadowili się goście. Geron i jego kompani bacznie obserwowali zamachowca. Ściany sali z jednej strony pokrywały czarne gobeliny, z drugiej, przy oknach, wisiały ciemne zasłony. Na początku uczty podano zupę z homarów, kopru i rozmarynu, potem zaś dziczyznę i baraninę. Na stołach znajdowały się najznamienitsze przystawki z sera i krewetek, ziemniaczane puddingi, ogrom najróżniejszych sałatek, pieczone ziemniaki, dzbany pełne wina i piwa. W końcu większość gości napełniła brzuchy i rozpoczęła dysputy na wszelakie możliwe tematy, rozchodząc się po sali. Geron baczył na sędziego. W pewnym momencie Nerg sięgnął za pazuchę i podszedł niewinnie do kominka. Wówczas Geron podszedł do Dafoe’a.

– Proszę spojrzeć, panie kasztelanie. – Wskazał sędziego.

– Niebywałe, miałeś rację. To bydlę wrzuciło do ognia jakieś zielsko.

– Za chwilę cała sala będzie w szachu Nerga. Wypiłeś, waszmość, miksturę?

– Wypiłem, co teraz?

– Musisz, panie, udawać, że boli cię głowa. Proszę spojrzeć, moja towarzyszka wlała sędziemu antidotum. Teraz na bezczelnego zagadam Nerga i nakłonię go do wypicia zawartości jego pucharu. Będzie nasz.

– Powodzenia, panie Geronie.

Wybraniec bez krępacji wziął puchar sędziego i swój, podszedł do Nerga i zaczął rozmowę.

– Witam szanownego pana sędziego. Geron jestem.

– Och, witam, witam. Słyszałem o waszmości i z wielką chęcią bym podysputował, lecz zajęty teraz jestem.

– Co też waćpan mówisz, nikt z panem nie rozmawia. Wiesz pan, wędruję tak sobie i uczę się nowych sztuk. Niezbędny jest mi mistrz w dziedzinie sprawiedliwości, a któż może być lepszy niż sędzia, prawda? Pójdźmy na stronę. – Objął zdezorientowanego sędziego. – Niech mi pan powie, jak sprawiedliwie osądzić, czyje jest jajko, które kura zniosła na miedzy?

– Też pytanie. Tego, czyja kura była. Ale naprawdę muszę coś załatwić. – Sędzia chciał wyrwać się z objęć Gerona, ten jednak nie puszczał.

– Mam jeszcze kilka pytań, proszę odpowiedzieć. Chociaż na jedno.

– No dobrze, mów pan.

– Co zrobić z człowiekiem, który zdradzi, powiedzmy, zarządcę miasta, kasztelana?

– No, takiego to bym na stosie spalił, ewentualnie pod topór.

– Dziękuję panu bardzo. Napijmy się, niewiele jest na świecie osób, z którymi można kulturalnie się napić. Do dna! – Podał mu kielich, a sędzia opróżnił całą czarę. – Mam nadzieję, że będziemy jeszcze mogli pogawędzić o sprawiedliwości.

Geron ponownie podszedł do kasztelana. Przyglądali się Nergowi. Sędzia, widząc odurzenie na sali, wyjął sztylet ukryty pod szatą i podszedł do żony Dafoe’a, jednak dostał nagłych zawrotów głowy. Tuż obok, jakby znikąd, pojawili się Zul i Kirk.

*

Nie wiem, jak ci dziękować, panie Kirk – rzekł Geron na pożegnanie.

– Toć to ja muszę wam podziękować. Taka posada, toż to tylko wasza w tym zasługa.

– Kasztelan nie znalazłby lepszego kandydata, jesteś najsprawiedliwszy w całym Trialton – dodał czarodziej.

– Taa, jasne, ja sprawiedliwy. Wiedzcie jednak, że gdyby nie ta posada, ruszyłbym z wami. Zioła zostawię komu innemu. Myślałem że to dobry biznes, ale do czorta z nim, teraz mam lepsze zarobki – odpowiedział krasnolud.

– Miejmy nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy – dorzucił Zul.

– No, byle nie w sądzie, hehe – odparł Kirk. – Może na jakiejś wojence?

– To najprędzej – powiedział Wybraniec. – Tego, cholera, nie unikniemy. Tylko pamiętaj, nie daj skopać sobie rzyci. Dobra, Angal, dasz radę jechać sam?

– Jeszcze plecy mnie bolą, ale utrzymam się w siodle – odparł brodacz.

– No i bardzo dobrze. To na koń i kłusem! Tylko baczcie, żeby Angal z kulbaki nie spadł.

– Ej, mówiłem że sobie dam radę!

– Dobra, dobra. Marian, z kopyta!

Wyjechali z miasta północną bramą i skierowali się na północny zachód, w stronę Balha Deal, stolicy Vea Utheel. Przez cały dzień jechali, mijając na przemian torfowiska, łąki i pola uprawne. Nie było tu lasów, jedynie samotne drzewa. Grunt na szlaku był twardy, toteż konie pędziły niczym wiatr. Pewnie dotarliby już do stolicy, gdyby nie pewien incydent, który zmienił ich plany. Otóż ze wschodu nadbiegł w ich kierunku jakiś obdartus. Wycieńczony, upadł nieopodal nich zemdlony. Za nim zza wzgórza wyłoniło się coś, co zmroziło czwórce wędrowców krew w żyłach.

– O ja cię chędoże fallusem krzywym aż po czubek! – krzyknął Angal.

– Geronie…wiesz, nic nie sugeruję, ale może tak mały odwrocik? – zaproponował nieśmiało Zul.

– Wyznaję zasady ruchu wyzwolenia kobiet, niezależności i odwagi. W tej jednak sytuacji zgadzam się z przedmówcami. W nogi! – dorzuciła elfka.

– Też tak myślę, jednak nie możemy tak tego tu zostawić. – Geron wskazał podbródkiem wycieńczonego obdartusa. – Dorwą go i zeżrą.

– Jeśli się nie ruszymy, to i nas przy okazji też – dodał krasnolud.

– Geronie, nie strugaj bohatera. Gdyby był tylko jeden, to jeszcze może cudem mielibyśmy jakieś szanse, lecz nie z trzema! – wrzasnął Zul i szarpnął wodze.

Koń ruszył z kopyta. Za czarodziejem podążyli krasnolud i elfka.

– Do czorta z wami! – Geron zeskoczył z siodła i zabrał leżącego.

Był z powrotem na koniu i gonił kompanów, gdy trzy potwory ruszyły pędem za nimi. Odbili w lewo, na zachód. Na horyzoncie pojawił się las. Dopadli go z wielką ulgą i zaszyli się w zaroślach. Po chwili stwory zaniechały pościgu, lecz nie odeszły na dobre. Po drugiej stronie drogi, między wzgórzami, urządziły sobie postój. Kompani zsiedli z koni i cichaczem udali się w głąb lasu, dostatecznie daleko, by więcej nie natknąć się na ów pościg. Zbliżała się noc, rozpalili więc ognisko, Rose upolowała jelenia, a Geron go oporządził. Nieprzytomnego oparli o pień buku, a reszta obsiadła ognisko dookoła.

– Trr…rolle! Że też to musiały być trolle! – żalił się Zul. – Gdyby nie one, już dawno bylibyśmy w Balha Deal. W gorącej wannie i ciepłym łóżku.

– Skąd te sukinkoty tutaj? – spytał Angal.

– Musiały wyleźć z Wielkiej Puszczy, która graniczy z Rezerwatem – odparł Geron. – Nie dalibyśmy rady ich ukatrupić.

– Prędzej na odwrót. W tej chwili żarłyby pieczyste z nas – rzekł krasnolud.

– Co zrobimy z tym? – Rose wskazała na nieprzytomnego pod drzewem.

– Na razie nic, może rano mu się polepszy – odparł Geron.

– Mogę zobaczyć twój topór? – zapytał Angal.

– Proszę cię bardzo. – Geron podał broń krasnoludowi.

– Taak, hmm, to jeden z trzech Mocarnych Toporów, wykutych na początku istnienia Wszechziemia.

– To wiem, Zul mi powiedział.

– Czekaj, to chyba… tak! To Topór Alandila, króla Arcanii. Z tego, co wiem, to najpotężniejszy ze wszystkich trzech. Pozostałe należały do Mefrosta, władcy Hengornu, krasnoluda, i do Treohena, pana Revenmehru, elfa.

– Czekaj, o czym ty mówisz? Arcania, Hengorn i Revenmehr? Takie państwa nie istnieją – zauważyła Rose.

– Na początku istnienia we Wszechziemiu istniały tylko trzy ogromne królestwa, należące kolejno do trzech ras stworzonych przez bogów: ludzi, elfów i krasnoludów – wyjaśnił Angal. – Zmiany granic i nazw państw zostały dokonane dopiero po wielkiej wojnie, na drugiej Radzie Władców. Ten topór ma ogromną moc. Do niektórych rodzajów broni istnieją słowa pozwalające uwolnić drzemiące w nich siły. Do tej też istnieją.

– Są słowa pozwalające uwolnić jego moc? Zul, czego nie gadałeś?

– A skąd miałem wiedzieć? Nie znam się na broniach.

– Angal, czy jest ktoś, kto zna te słowa?

– Żartujesz? Ta broń ma setki lat. Mogą być, owszem, zapisane, ale tylko w księgach z tamtych epok. Chociaż…hmm… tak, te runy…

– Co runy?

– To mowa pierwotna. Na ostrzu wyryte jest imię broni i słowa zaklęcia. Ale tu znowu potrzebne są księgi.

– Może są w klasztorze?

– Możliwe. Swoją drogą nasz krasnolud strasznie dużo wie na temat broni. Kim ty właściwie jesteś? Tylko nie ściemniaj, że kupcem – zaciekawił się czarodziej.

– Dobrze, powiem wam.

Spirit Caring | Tom I: Początek

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-543-6

© Grzegorz Kurek i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Agata Sawicka-Korgol

KOREKTA: Kinga Dolczewska

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spirit caring. Tom I Początek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów