Gniewny pomruk burzy

Gniewny pomruk burzy

Autorzy: Dariusz Domagalski

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 376

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 23.38 zł

WOJNA POLSKO-KRZYŻACKA I MISTYCZNA KABAŁA ? POLSKA FANTASTYKA HISTORYCZNA, JAKIEJ JESZCZE NIE BYŁO!!! - Robert J. Szmidt

Lato 1410 roku. Wojska polsko-litewskie wkraczają na terytorium państwa krzyżackiego. Król Władysław Jagiełło prowadzi swoją armię na Malbork. Krzyżacy zastępują mu drogę pod Grunwaldem. Rycerstwo z całego chrześcijańskiego świata krzyżuje oręż w wielkiej bitwie, która wstrząśnie podstawami Zakonu. Podczas marszu na stolice wroga Dagobert z Saint-Amand i Aine muszą się zmierzyć nie tylko z krzyżacką nawałnicą, ale również osobistą tragedią. Pomagają im w tym nie tylko polscy rycerze. Przeznaczenie musi się wypełnić…

Le Guin (…), Lucas (…) co prawda to tylko osobiste skojarzenia z klasyką fantastyki, ale – jak widać – dobre. „Esensja”

Spis treści

* * *

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Przypisy

Mapy

Bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Przez wymiar nadziei chcę dawać i brać.

W mojej ciszy zakon śpi. Na habitach nie ma już krwi.

Na ołtarzach przemienia się Syn.

Abraxas, Tarot

Rozdział 1

Werble wojny

Lato zbliżało się w rytm grzmotów wygrywanych na werblach burzy i w świetle błyskawic rozdzierających niebo raz za razem. Ulewny deszcz chłostał maźnięte soczystą zielenią liście drzew, wątłe konary jabłoni i grusz. Wezbrane potoki podtopiły górskie łąki, a rzeki zalały pola uprawne. Gwałtowny wiatr szarpał układające się w złocistą grzywę kłosy zbóż, burzył pieczołowicie ułożone stogi siana, zrywał strzechy z drewnianych chat. Wyrwane z korzeniami drzewa zalegały na drogach i nie miał kto ich usunąć, niewielu bowiem decydowało się na podróż w tych niebezpiecznych czasach.

Ludzie z niepokojem spoglądali w niebo, modląc się, żeby miłościwy Bóg odpędził upiorne czarne chmury wiszące złowieszczo nad ziemią. Pragnęli słońca, które ciepłym blaskiem ogrzałoby ich serca, tchnęło nową nadzieję. Tęsknili do brzęczących w powietrzu pszczół, cieszących oczy kolorowych kwiatów, kwitnących lip i ciepłych letnich wieczorów. Niestety każdy czerwcowy dzień roku 1410 zaczynał się i kończył nawałnicą.

Jednak prawdziwa groza miała dopiero nadejść.

Dwa potężne mocarstwa szykowały się do boju ostatecznego, do wojny, która odmieni losy świata. Zwycięzca, mając przed sobą świetlaną przyszłość, przez stulecia będzie wiódł prym w Europie. Przegrany przestanie istnieć, na zawsze zostanie wykreślony z map i pozostanie po nim jedynie wspomnienie na kartach historii. Nadszedł czas, gdy połączone sojuszem Polska i Litwa1 miały stawić czoło zakonowi krzyżackiemu2.

Polaków nie trzeba było zachęcać do walki, cały kraj pragnął tej wojny. Za lata cierpień i bólu, za pożogi czynione przez rycerzy z krzyżem na płaszczach, za wszystkie okrucieństwa ludzie pragnęli pomsty i byli gotowi uderzyć na znienawidzonego wroga.

Król Polski, Władysław Jagiełło3, na czerwiec wyznaczył koncentrację pospolitego ruszenia w Wolborzu, ale już w kwietniu wzmocnił załogi Bydgoszczy, Inowrocławia, Brześcia Kujawskiego rycerzami konnymi, nadwornymi, a także najemnikami z Czech i Austrii. Zamek bydgoski powierzył Januszowi Brzozogłowemu, który w sercach Krzyżaków budził strach większy niźli ognie piekielne.

Na rozkaz króla koronowski klasztor zajął zaciężny oddział Czechów i Morawian pod dowództwem Jana Sokoła w liczbie tysiąca pięciuset zbrojnych. Zaniepokoiło to panów pruskich, gdyż Koronowo leżało tuż przy ich granicy, nieopodal ważnego pod względem strategicznym Świecia.

Na pograniczu Krajny4 i Pomorza czuwała szlachta ziem nadnoteckich w sile ponad dwóch tysięcy jezdnych. Jej zadaniem było nie przepuścić krzyżackich posiłków z Nowej Marchii5. Rycerze powiatu sądeckiego, szczyrzyckiego i ziemi bieckiej pod wodzą Jana ze Szczekocin zabezpieczyli południową granicę od strony Węgier, obawiano się bowiem ataku sprzymierzonego z zakonem Zygmunta Luksemburskiego6. Chorągwie szykowali również książęta mazowieccy7 i nie ulegało wątpliwości, że oni także przystąpią do wojny z Krzyżakami.

Witold, wielki książę litewski8, rozstawił tatarskie posterunki na rubieżach Zadnieprza, na granicy inflanckiej oraz obsadził załogi zamków w Wilnie i Kownie, sam zaś wyruszył z wojskiem na zachód. W poprzednim roku przysiągł Jagielle stawić się latem w wyznaczonym miejscu, żeby wspólnie uderzyć na wroga. Nadszedł czas spełnienia obietnicy.

Tymczasem wielki mistrz krzyżacki Ulryk von Jungingen9 otrzymał niepokojące wieści od swoich szpiegów, jakoby Polacy z niezrozumiałych względów spławiali Notecią olbrzymie ilości drewna. Podejrzewając, że chcą wybudować promy, przeprawić się nimi przez rzekę i ruszyć na Pomorze, rozkazał zostawić hufce w Nowej Marchii i Świeciu. Resztę wojsk skupił w okolicach Torunia.

Nadszedł 24 czerwca, dzień Świętego Jana Chrzciciela, dzień wygaśnięcia rozejmu pomiędzy Polską a zakonem krzyżackim, dzień, w którym ponownie miała rozpętać się wojenna zawierucha.

Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, lecz jeszcze promieniami otulało okolicę. Dogasały ogniska rozpalone w wigilię Świętego Jana, podczas której tańczono, bawiono się, urządzano rytualne kąpiele, a nawet wróżono. Dostojnikom Kościoła nie udało się wytępić pogańskiego święta zwanego nocą Kupały10, postąpili więc zgodnie z porzekadłem, że czego nie można pokonać, to należy okiełznać, i uczynili je świętem chrześcijańskim.

Jurga, młody giermek Mszczuja ze Skrzyńska, siedział oparty o pień wysmukłej sosny, maślane, rozmarzone oczy wbijając w przestrzeń, i rozmyślał o niebieskookiej dziewczynie, która – zdawało się – na zawsze zawładnęła jego sercem.

Wczoraj polski oddział zatrzymał się w niewielkiej osadzie przy krzyżackiej granicy i woje zostali zaproszeni na sobótkową noc. Wraz z ostatnimi promieniami słońca wszyscy zebrali się nad brzegiem rozległego jeziora i sołtys rozpoczął obchody święta od rytualnego skrzesania ognia. Po chwili zapłonęły stosy wzniesione z drewna jesionów, brzóz i dębów. Grajkowie chwycili za piszczałki i woda poniosła skoczną muzykę, w której rytm zaczęły się tańce. Niewiasty w samych tylko koszulach pląsały wokół ognisk, boso stąpając po mokrej od deszczu trawie. Młodzieńcy skakali przez płomienie, chełpiąc się tężyzną i odwagą. Stare baby wróżyły z zebranych zawczasu kwiatów polnych, z dzikiego bzu, cząbru, ze szczypiorku, z bylicy, z siedmioletniego krzewu kocierpki, przepowiadając dobrobyt, a rzadziej smutki. Do ognia wrzucano zebrane wcześniej kwiaty, do wody – zioła, wszystko po to, aby zapewnić sobie zdrowie, a ziemi urodzaj.

Świętowaniu towarzyszyły radosne śmiechy i żarty, bo ludzie pragnęli choćby na chwilę zapomnieć o wojnie, która miała rozpętać się już następnego dnia. Tej nocy nie myśleli o czekającym ich cierpieniu, o płonących strzechach, tratowanych przez jeźdźców zbożach i gwałtach czynionych przez żołdaków. Tej nocy chcieli się bawić i radować.

Gdy nieznośny dym z ognisk zaczął drażnić oczy, a piski dziewcząt boleśnie ranić uszy, Jurga postanowił się przejść. Ruszył brzegiem niewielkiego strumyka, obserwując płynące z nurtem kwietne wianki, oświetlone nasadzonymi na nie świeczkami. Młode panny puszczały je na wodę, w ten sposób wróżąc sobie pomyślność w miłości. Ta, której wianek zostanie wyłowiony przez kawalera, szybko wyjdzie za mąż, jeśli zaś wianek daleko popłynie z nurtem, długo będzie czekać na swojego wybrańca. Najgorzej miały dziewczęta, których wiązanki utonęły, spłonęły lub zaplątały się w sitowie. To zwiastowało nieuchronne staropanieństwo.

Spotkał ją na zakolu, gdzie strumyk znikał w gęstym, ciemnym borze. Stała zalana łzami, wpatrzona w płonącą kwietną plecionkę, która zajęła się ogniem od źle osadzonej świecy. Dobrosułka, bo tak brzmiało imię dziewczyny, miała oczy błękitne niczym letnie niebo, włosy jasne, pachnące rumiankiem, i usta koloru jarzębiny. Jurga najpierw zaczął ją pocieszać, tłumacząc, że to tylko zabobony, że tak śliczna dziewczyna na brak zalotników nie będzie narzekać, że on sam zaraz gotów jest uderzyć do niej w konkury. A później, gdy już udało mu się wywołać uśmiech na jej piegowatej twarzy, poszli do lasu szukać kwiatu paproci. Oczywiście tej legendarnej, kwitnącej raz w roku rośliny nie znaleźli, ale za to w zachłannych pocałunkach i pieszczotach zakwitła ich miłość.

O świcie, gdy kmiotkowie wyciągnęli z ogniska żagwie i obeszli z nimi swoje domostwa, co miało odpędzić złe duchy, Jurga i Dobrosułka obudzili się na mchu, wtuleni w siebie, szczęśliwi. Po namiętnej nocy delikatnie smakowali się pocałunkami, dotykali drżącymi palcami, szepcząc czułości. On przysiągł, że jak tylko wojna się skończy, wróci do niej i staną na ślubnym kobiercu. A później ona urodzi mu tuzin rozwrzeszczanych dzieciaków, tak samo niesfornych i niepokornych jak on. Dobrosułka natomiast obiecała czekać i każdego dnia wypatrywać go na gościńcu.

Tak było jeszcze dzisiejszego poranka, a teraz, siedząc pod drzewem i przygryzając źdźbło trawy, Jurga oczyma wyobraźni widział siebie wracającego z wojny. Marzył, że odziany w kirys zdjęty z jakiegoś znaczniejszego Krzyżaka, ze złotym rycerskim pasem, o którym śnił, wjeżdża na pięknym białym ogierze do wioski swojej ukochanej, a wiwatom na jego cześć nie ma końca…

– Jurga! – usłyszał wołanie, zdawałoby się, oddalone o całe staje11. – No ogłuchł, niezguła jeden.

Giermek poczuł silne kopnięcie w pośladek i ból, który sprawił, że marzenia prysły jak bańka mydlana, a zamglone oczy odzyskały ostrość widzenia. Zerwał się zaraz na równe nogi, widząc surowe oblicze pana.

– Rzeknij mi, Jurga, na cóż mi taki sługa jak ty? – Mszczuj ze Skrzyńska, rycerz noszący białą jakę12 z wizerunkiem srebrnego łabędzia, skrzywił się. – Darmozjad z ciebie i próżniak. Chcesz pas rycerski przywdziać, ale zamiast rękę ćwiczyć w mieczu, ku niewiastom ją jeno wyciągasz. Obaczysz, kiedyś przez białkę głowę stracisz.

Młodzieniec już chciał odpowiedzieć, że przecież sam Mszczuj swego czasu o mało życia nie postradał, gdy zawładnęła nim namiętność do pewnej rudowłosej niewiasty, ale na szczęście w porę ugryzł się w język. Pan jego był odważnym, prawym człowiekiem, jednak porywczym i strasznym w chwilach gniewu. Jurga twierdził, że każdy z ludzi ma dwa oblicza i w równym stopniu zdolny jest do czynienia dobra, jak i zła, a rycerz ze Skrzyńska był tego najlepszym przykładem. Ścieżka jego życia raz wiodła doliną pełną mroku, innym razem wznosiła się na szczyty szlachetności. Giermek często modlił się za swojego pana, prosząc Boga miłosiernego, aby w dniu Sądu Ostatecznego ulitował się nad nim, nie był bowiem pewien, czy w wypadku Mszczuja dobre uczynki przeważą te złe.

– Rycerz winien zawżdy okazywać szacunek niewiastom, ich cnotę mieć w poważaniu i czyste w tym względzie zamiary. – Pan herbu Łabędź marszczył groźnie brwi, a Jurga robił coraz większe oczy, zdumiony tak nagłą obroną czci niewieściej. – Sołtys mi się skarżył…

– A cóż sołtys ma do tego? – zdziwił się giermek.

– To, żeś jego córkę zbałamucił!

– Panienko Przenajświętsza. – Młodzieniec się przeżegnał.

– Dałem słowo, iż z wojny cało wrócisz i nadobną Dobrosułkę poślubisz. A jak tego nie zechcesz uczynić z własnej woli, tedy w kajdany każę cię zakuć i pod ołtarz doprowadzić. – Rycerz pogroził palcem, ale w oczach tańczyły mu iskierki rozbawienia. – Jednakże nie frasuj się na zapas, niewiasta bowiem zmienną jest i tylko patrzeć, jak zaraz nowego sobie zalotnika znajdzie, a o tobie zapomni…

– Nieprawda to! – odburknął Jurga. – Ona mnie miłuje i wierność mi przyobiecała.

– Mniemam, iż ty uczyniłeś to samo?

Giermek skinął głową. Mszczuj westchnął ciężko i wzniósł oczy ku niebu.

– Ze wszystkich sług na tym ziemskim padole trafił mi się najgłupszy.

Jurga miał w tym względzie zupełnie odmienne zdanie, ale przezornie zachował je dla siebie.

– A teraz rusz swój leniwy zadek i konie siodłaj. – Rycerz wydał rozkaz, podkreślając jego wagę kopniakiem. Na szczęście młodzian zdążył odskoczyć. – Starosta Borowiec właśnie przywiódł oddziały z Brześcia Kujawskiego i Inowrocławia. Zbyt wiele czasu zmitrężyliśmy w tych borach. Czas ruszać!

– Dokąd, panie?

Mszczuj ze Skrzyńska podkręcił wąsa, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Pod Toruń! Napsujemy nieco krwi panom pruskim.

Dźwięki melodii popłynęły ze strun lutni muśniętych wprawną dłonią Oswalda von Wolkensteina, jednookiego barda pochodzącego z Tyrolu, i wzbiły się pod sklepienie refektarza zamku toruńskiego. Inni artyści nie śmieli do niego dołączyć. Fidliści13, piszczałkowie, zastygli z instrumentami w rękach, szpilmani14 przerwali odgrywane sztuki i zasłuchani przykucnęli na zimnej podłodze.

Ulryk von Jungingen odsunął talerz z owsianką, żałując, że z Malborka nie zabrał własnych kucharzy. Od tygodnia jadał tylko ryby, jajka i właśnie owsiankę. Jan von Sayn, komtur toruński i gospodarz zamku, twierdził, że to jedyne dania, jakie przystoją zakonnikom. Wielki mistrz po kilku dniach takiej diety oddałby wszystko za kawałek dziczyzny lub słodycze, które tak uwielbiał. Westchnął ciężko, sięgając po kielich z winem. Na szczęście w tym względzie hrabia von Sayn zachował rozsądek i nie rozcieńczał trunku nad miarę15.

Spojrzał na współbiesiadników. Komtur toruński, niemłody już mężczyzna, ze smakiem zajadał owsiankę, jakby to były najlepsze delicje. Obok siedział potężnej postury, rudowłosy Fryderyk von Wallenrode, marszałek zakonu. Po drugiej stronie stołu zasiedli wysłannicy Zygmunta Luksemburskiego: ciemnowłosy palatyn Mikołaj Gara, mężczyzna o wydatnym orlim nosie Krzysztof Gersdorff i wojewoda siedmiogrodzki Ścibor ze Ściborzyc. Król Węgier, zobowiązując się przed papieżem do przywrócenia pokoju pomiędzy zwaśnionymi stronami, chciał chociaż pozór w tym względzie zachować i wysłał swoich posłów zarówno do Jagiełły, jak i Ulryka von Jungingena.

– Z dniem dzisiejszym wygasa rozejm, który zawarliście z Polakami na jesieni minionego roku16 – mówił Mikołaj Gara. – Niechaj wasza dostojność rozważy propozycję jego przedłużenia o dni dziesięć. Tuszę, iż w tym czasie dojdziecie do porozumienia z królem Władysławem i wojny da się uniknąć.

Wielki mistrz zamyślił się, gładząc posiwiałą brodę. Dobrze wiedział, że wbrew temu, co mówił poseł, wojna jest nieunikniona i nic nie może jej powstrzymać, jednak zyskanie kilku dni byłoby dla zakonu zbawienne. Do Prus właśnie zdążało pięćset kopii17 zwerbowanych zaciężników, najemne oddziały Szwajcarów, a także rycerze ze Śląska, Moraw i Czech. Dopiero w następnym tygodniu miała się zebrać rada komturów inflanckich pod wodzą Konrada von Vietinghoffa, mistrza zakonu kawalerów mieczowych18, i zdecydować o wysłaniu posiłków dla krzyżackich braci.

Jednak to nie siła oręża miała zdecydować o zwycięstwie lub porażce, lecz moc istniejąca od zarania dziejów. Moc pochodząca od samego Boga.

Ulryk von Jungingen był jednym z Przebudzonych, znał więc prawdziwą naturę Stwórcy. Nie miała ona nic wspólnego z wyobrażeniami uczonych teologów zamykających się przed światem w uniwersyteckich katedrach ani z prawdami głoszonymi przez wioskowych klechów. Oni wszyscy chcieli Boga wpasować w ramy ludzkich wyobrażeń, oswoić, wykorzystać do realizacji własnych celów. Gdyby wiedzieli, jak potężne siły rządzą światem i jak cienka jest granica chroniąca ich przed zagładą, z przerażenia pochowaliby się do najgłębszych nor.

Nielicznym, takim jak on, została objawiona prawda o dziele stworzenia, o Dziesięciu Obliczach Stwórcy i wiecznej wojnie, jaką toczą ze sobą emanacje na Drzewie Życia19. Wszystko, co dzieje się w świecie materialnym, ma swoje odbicie w świecie duchowym i dlatego wynik wojny zaważy na losie całego uniwersum. Najwyższy dostojnik zakonu krzyżackiego, przebudzony w świetle sefiry Biny, nie wątpił w zwycięstwo, musiał jednak działać rozważnie.

– Jestem jeno pokornym sługą bożym i zawsze przedkładam różaniec nad oręż, dym z kadzidła nad dym wystrzałów armatnich, pokój nad wojnę. – Wielki mistrz wzorem braci kapłanów przybrał zmartwioną minę. – Jednakże moi wywiadowcy donieśli, iż Jagiełło stanął z wojskiem w Wolborzu i niczym dziki zwierz kły szczerzy, gotów uderzyć na zakon.

– Królowi Władysławowi zapewne równie nienawistna jest myśl o przelewie chrześcijańskiej krwi i rad będzie wstrzymać zamierzoną wojnę. – odparł Węgier. – Nie pozwól, wielki mistrzu, aby na zakon spadła wina za rozpętanie tego piekła, które niechybnie nadejdzie, gdy dwie tak wielkie potęgi zetrą się ze sobą. Rzeknij słowo, a wnet ruszymy do Wolborza i najsamprzód rozejm na dziesięć dni wyjednamy, a potem pokój na wieki.

Ulryk von Jungingen, zmrużywszy oczy, wnikliwie przyglądał się posłom. Palatyn Mikołaj Gara wydawał się szczery w tym, co mówi, i teraz z nadzieją czekał na odpowiedź. W pokojowe rozwiązanie konfliktu na pewno nie wierzył Krzysztof Gersdorff, który z drwiącym uśmiechem przysłuchiwał się rozmowie. Ślązak od dawna wiernie służył zakonowi i sowicie był za to wynagradzany. W poufnej rozmowie zwierzył się wielkiemu mistrzowi, że gotów jest choćby i zaraz stanąć na czele chorągwi Świętego Jerzego, złożonej z rycerzy niemieckich, którzy już przybyli do Prus walczyć z Polakami. Wreszcie wzrok krzyżackiego dostojnika zatrzymał się na siwowłosym Ściborze ze Ściborzyc, który przez cały wieczór słowem się nie odezwał.

– Milczycie, wojewodo siedmiogrodzki, a rad byłbym ciebie posłuchać. Rzeknij mi, boś Polak i swoich rodaków znasz jak żaden z nas: cóż zamierzają? Czy zechcą ziemię dobrzyńską z rąk naszych wydrzeć? Czy ruszą na Nową Marchię? A może staną jeno na granicy, aby mieć na nas baczenie?

– Trudno już nazywać mnie Polakiem – odparł szorstko rycerz ze Ściborzyc. – Przed wielu laty opuściłem swój kraj i teraz Węgry są mi ojczyzną. Służę jeno królowi Zygmuntowi, któremu zawdzięczam cały majątek i zaszczyty. – Zamilkł, sięgnął po kielich z winem. – Jednakże znam dobrze Polaków, wielu z nich do niedawna było moimi przyjaciółmi i wiem, że nie po to wojsko zbierają, żeby się jeno bronić. Odwagi im nie brakuje, pod kirysami bowiem lwie serca skrywają, a głowy u nich gorące. Tuszę, iż wprost na Prusy pójdą…

– Przed miesiącem, gdym posłował u księcia Witolda, widziałem, jak do Wilna zjeżdżały hufce zbrojne – wszedł mu w słowo Gersdorff. – Zapewne armia litewska też na zakon uderzy. Nie ma szans na pokój.

Wielki mistrz pokiwał głową. Nie dalej jak przed trzema dniami otrzymał list od komtura ostródzkiego, w którym dostojnik donosił, że nad Narwią widziano oddziały złożone z Litwinów, Żmudzinów, Rusinów i Tatarów. W każdej chwili wojska Witolda mogły przejść granicę, wziąć szturmem Ostródę, a potem, zdobywszy przyczółek, ruszyć dalej na północ. Jeśli w tym samym czasie zaatakują też Polacy, zakon będzie zmuszony toczyć wojnę na dwa fronty.

Ulryk von Jungingen wiele by dał, żeby się dowiedzieć, co planuje Jagiełło. Pomogłoby mu to podjąć właściwe decyzje. Niestety, w najbliższym otoczeniu króla nie miał już żadnych szpiegów.

Przymknął powieki i przywołał obraz Czarnej Madonny. Pojawiła mu się przed oczami niemal natychmiast. Miała na sobie suknię koloru obsydianu, na głowie czepiec, pod którym ukryła czarne niczym noc włosy. Na upiornie bladej twarzy malował się smutek. Pragnął zanurzyć się w jej matczynej miłości, czułości, wchłonąć moc dającą siłę, ale poczuł jedynie pustkę i jego serce wypełnił żal. Bina go odrzuciła.

Trzecia emanacja Stwórcy nadal patronowała zakonowi, który był przecież jej narzędziem w świecie materialnym i orężem do walki z siłami prawej strony Drzewa Życia, ale on sam popadł w niełaskę. Zbyt wiele razy ją zawiódł. Teraz potrzebował czasu, żeby odzyskać jej zaufanie.

– Niechaj tak będzie. – Otworzył oczy. – Jedźcie do Wolborza i powiedzcie królowi Władysławowi, że zgadzam się na dziesięciodniowy rozejm.

Nagle drzwi komnaty otworzyły się z hukiem i do środka wpadł wysoki, chudy mężczyzna odziany w szarą tunikę sługi zakonu. Był to pokojowiec wielkiego mistrza, Stasske von Bolmen, człowiek zazwyczaj opanowany, można nawet rzec, że ospały i powolny. Jednak teraz w kilku zaledwie susach przemierzył całą salę i stanął przed wielkim mistrzem.

– Nieszawa i Murzynków płoną! – rzekł roztrzęsiony. – A także inne wsie wzdłuż brzegów Wisły!

Biesiadnicy poderwali się z miejsc i dopadli okien. Widok z najwyższego piętra zamku toruńskiego był piękny i zatrważający zarazem. Noc wybuchła szkarłatem. Ogień ogarniał coraz większe tereny wokół miasta, a płomienie lizały aksamitnie czarne niebo. Z tej odległości mogłoby się wydawać, że to niewielkie ogniska rozpalone przez wieśniaków w sobótkową noc, ale to płonęły wsie należące do zakonu.

– Jak widać, Jagiełło wojnę już rozpoczął. – Ulryk von Jungingen zacisnął mocno pięść i zwrócił się do węgierskich posłów. – I na cóż układy, do których mnie nakłaniacie? Spójrzcie! Polacy wzniecają pożary kraj mój pustoszące, a ja mam o pokoju rozprawiać?

– Wasza dostojność, wojna ma swoje prawa, a oręż przywileje swoje – odparł spokojnie Mikołaj Gara. – Pomnij krzywdy, morderstwa i pożogi, których sami się dopuściliście na ziemi dobrzyńskiej należącej wtenczas do królestwa polskiego. Zważ, iż Polacy ową napaścią niewielkie szkody uczynili.

– Zakon nie puści płazem żadnej zniewagi – wycedził purpurowy z gniewu Fryderyk von Wallenrode. – Zaraz każę ścigać szubrawców.

– To nic nie da – odparł komtur toruński. – Zapewne już zapadli w gęste bory i wracają do Inowrocławia.

– W takim razie ruszajmy na Inowrocław!

– Nie, Fryderyku. – Von Jungingen wzniósł dłoń, tym gestem powstrzymując rozgorączkowanego marszałka zakonu. – Gniew jest złym doradcą. Przyjmiemy warunki rozejmu.

Marszałek spojrzał zdumiony na przyjaciela, który jeszcze rok temu pierwszy chwyciłby za miecz. Teraz jednak miał przed sobą człowieka o zgasłych oczach, zmęczonego i słabego. Nie wyczuwał w nim tego zapału co kiedyś, tej aury Biny, którą tak emanował. Pierwszy raz zwątpił, że Ulryk von Jungingen zdoła poprowadzić zakon krzyżacki do zwycięstwa.

Wielki mistrz odwrócił się i bez słowa opuścił refektarz.

Gdy na niebie zawisły ciężkie deszczowe chmury, a w oddali słychać już było gniewne pomruki zbliżającej się burzy, zerwał się gwałtowny wiatr i na ziemię spadły pierwsze krople deszczu. W polskim obozie położonym nad niewielkim stawem w Sejmicach przerażone konie zarżały głośno, przeczuwając nadchodzącą nawałnicę.

Nie trzeba było długo czekać.

Pierwsza błyskawica była niczym pęknięcie na glinianym naczyniu. Rozdarła nieboskłon z ogłuszającym trzaskiem jeszcze długo niosącym się echem po okolicy. Po chwili gromy waliły już w ziemię raz za razem i wydawać by się mogło, że ciskają je ręce dawno zapomnianych bóstw.

Nagle piorun uderzył w sam środek obozu, zabijając kilka koni i dwoje ludzi. Zapanował popłoch. Pachołkowie uciekali do pobliskiego lasu, ścigani przekleństwami nadzorców, rycerze uspokajali konie, giermkowie zbierali porwany wiatrem dobytek, klerycy padli na kolana i klepali różaniec, a oboźni krzykami i batem próbowali zaprowadzić porządek.

W samym sercu całego zamieszania stał nienaruszony namiot Dobiesława z Oleśnicy i – niczym w oku cyklonu – panował tam beztroski spokój. Wewnątrz, przy masywnym dębowym stole, spożywało posiłek czterech rycerzy, którzy nie przejmując się szalejącą w obozie nawałnicą, śmiali się i żartowali.

– Musieliście niezłego stracha napędzić wielkiemu mistrzowi wycieczką pod Toruń, skoro zaraz do naszego króla posłów wysłał, aby rozejm wyjednali – rzekł Dobiesław z Oleśnicy do Mszczuja ze Skrzyńska, szturchając go przyjacielsko w ramię.

Mszczuj skrzywił się z bólu, gdyż nawet lekkie klepnięcie rycerza herbu Dębno mogło powalić tura.

– Prawda! – odparł, masując rękę. – Jednakże kontent nie jestem, bo po spaleniu wsi krzyżackich chciałem zamek toruński szturmem dobywać, ale starosta Borowiec nakazał odwrót.

– A cóż innego mogliście uczynić? Przecież mieliście ledwie cztery setki zbrojnych – zdziwił się rudowłosy Tomasz Kalski, na którego śnieżnobiałej jace widniała szkarłatna róża, wyhaftowana dłońmi pięknej Anny. Córka Jana z Ligęzy słynęła z urody nie tylko w ziemi łęczyckiej, ale w całej Polsce, i Tomasz potrafił godzinami prawić o wdziękach oraz zaletach swojej narzeczonej, jednak do żeniaczki nie było mu spieszno. Ojciec dziewczyny, który zjechał do Wolborza ze swoją chorągwią, wypominał mu, że Annę w lata zaciąga, i pilnował młodzieńca, żeby się za dziewkami nie uganiał.

– To samo powiedział starosta i rzekł jeszcze, żem człek szalony. – Mszczuj zadumany pogładził wąsa. – Doprawdy, nie wiem czemu.

– I rację miał Borowiec – skwitował Zawisza Czarny, rycerz o kruczoczarnych włosach i łagodnych miodowych oczach. – Jednako zdolny jesteś do czynów pełnych chwały, jak i tych najgłupszych.

Rycerze roześmieli się głośno, nic sobie nie robiąc z huku piorunów, deszczu z łoskotem uderzającego o płachtę namiotu i porywistego wiatru szarpiącego jego poły. Dobiesław rozdzielił między towarzyszy chleb i postawił na stole misę z rybami, wśród których znaleźć można było płocie, leszcze, oliwkowozielone miętusy, szczupaki, a nawet jednego wielkiego suma.

– Spójrzcie na tego olbrzyma! – krzyknął gospodarz. – Głowa wielkością ludzkiej dorównuje. Wąsiska ma wytrawnego woja, a pysk szeroki jak u Lewiatana…

– Tyś widział kiedy Lewiatana? – zapytał drwiąco Tomasz Kalski.

– A żebyś wiedział, że widziałem!

– Zapewne jeno na rycinach w uczonych księgach – prychnął rudowłosy rycerz. – Rzeknij mi, Dobiesławie, po cóż w ogóle do nich zaglądałeś, skoro czytać nie umiesz?

– A cóż ja skryba, żeby pióro nad miecz przekładać? – obruszył się pan z Oleśnicy. – Słowa są dobre dla błaznów, którzy królów żartami bawią, dla fircyków niewiasty poezją mamiących albo dla snujących intrygi dworaków. Prawdziwy mąż jako oręża jeno żelaza używa, bo słowo niczym pył na wietrze: raz jest, a raz go nie ma.

– Z naszego Dobiesława filozof się zrobił – rzekł Mszczuj, wydłubując rybie ości spomiędzy zębów. – Jeszcze gotów go król Władysław do rady wojennej powołać, pozbawiając nas tak zacnego towarzystwa.

Rycerze znów wybuchnęli śmiechem.

– Lepiej rzeknij, gdzieś ty tego Lewiatana obaczył – zagadnął Zawisza.

– Ongiś, z pewnym żeglarzem, niejakim Marcinem Bornholmem, który wsławił się ujęciem słynnego Klausa Störtebekera20, wybraliśmy się na wyprawę po futra. W pewien wiosenny dzień wraz z poranną bryzą nasza niewielka koga wyruszyła z Gdańska ku dalekiej północy. Minęliśmy Gotlandię, wtenczas należącą jeszcze do Krzyżaków, a potem wzdłuż piaszczystych inflanckich plaż popłynęliśmy na Rewel. – Dobiesław odsunął talerz, sięgnął po kubek z winem i upił spory łyk. – Tam uzupełniliśmy zapasy żywności i pożeglowaliśmy dalej, aż po skute lodem skały. Ziąb był tak wielki, że gdy mewa, chcąc odpocząć, przysiadła na kasztelu, to przymarzła biedaczka. Powiadam wam, iż tam zamiast deszczu lodowe igły z nieba leciały…

– Bajdy nam prawisz – prychnął Tomasz.

– Nie chcesz, to nie wierz, twoja sprawa. – Rycerz z Oleśnicy wzruszył ramionami. – Ja tylko mówię, jak było.

– Nie bocz się. Opowiadaj dalej.

– Razu pewnego, gdy stałem na dziobie statku, spoglądając w toń i zastanawiając się, czy morze ma w ogóle dno, czy sięga samych czeluści piekła, ujrzałem cień przemykający pod wodą. Wpierw pomyślałem, że wzrok płata mi figle, jednakże gdym lepiej się przyjrzał, obaczyłem, że to stwór jakiś przeogromny ku nam płynie. Nieraz marynarze opowiadali o potworach trzykrotnie przewyższających największe hulki21. Ponoć zębiska u nich straszliwe, szczęki olbrzymie i mają rozwidlone języki, którymi zręcznie z pokładu ludzi porywają, żeby ich potem przez wieczność w swoim wnętrzu trawić. Niektóre mają skrzydła, inne przypominają ni to rybę, ni jaszczurkę. Najgorsze zaś są gigantyczne węże, w uścisku mogące zmiażdżyć całą nawet flotę.

Pochłonięci opowieścią rycerze zupełnie zapomnieli o jedzeniu i z szeroko otwartymi oczami spoglądali na Dobiesława, który starał się przekrzyczeć szalejącą na zewnątrz nawałnicę.

– Tymczasem ja ujrzałem samego Lewiatana. Z morza wynurzył się jego szary grzbiet z zielonym porostem, pysk z tysiącem ostrych niczym puginały zębów i tylko oczka miał małe, jakieś takie kaprawe. Ruszył ku statkowi, rozbryzgując wokół wodę. Marynarze ze strachu pochowali się za kasztelami, a ja chwyciłem za miecz, gotów stanąć do śmiertelnego boju z bestią. I gdy już się na Lewiatana zamierzyłem, chcąc go jednym cięciem łba pozbawić, on, zapewne z bojaźni przed tak sławnym rycerzem, dał nura w głębiny. Na koniec jeszcze, szydząc ze mnie, plunął wysoko w górę strumieniem wody. Od tamtej chwili więcej go nie obaczyłem. Zapewne odpłynął do piekła.

– Nie mógł to być Lewiatan – stwierdził z przekonaniem Tomasz Kalski. – Ma on bowiem siedem głów a nie tylko jedną. Ponadto nadal jest więziony w podziemiach Lateranu22.

– A skąd wiesz?

– Bo końca świata nie było.

– Jakże to?

– Ponoć w trzysta lat po narodzeniu Chrystusa sam papież Sylwester ujarzmił potwora i wtrącił do rzymskich lochów. Przepowiednia mówiła, że w roku tysięcznym Lewiatan wyrwie się z więzienia, niszcząc niebo i ziemię23. Nic takiego nie nastąpiło, co znaczy, że stwór nadal w podziemiach zakuty siedzi.

– Szkoda – mruknął rycerz z Oleśnicy. – Z chęcią bym się z nim zmierzył.

– Waż słowa, Dobiesławie. – Zawisza Czarny zmarszczył czoło. – Dla własnej chwały chcesz moce piekielne wyzywać?

Rycerz z Oleśnicy prychnął lekceważąco.

– Niestraszny mi Lewiatan, Behemot, Moloch i inne demony. I choćby sam Szatan we własnej osobie stanął mi na drodze, nie uląkłbym się…

Wtem rozległ się przeraźliwy huk i nagły blask oślepił rycerzy. Przerażeni rzucili się na ziemię, zakrywając głowy rękoma, pewni, że Dobiesław swoimi przechwałkami diabły z piekła sprowadził. Upłynęła długa chwila, zanim wstali i trwożnie rozejrzeli się wokół. Na szczęście nie spostrzegli żadnych demonów, ale za to misa z rybami leżała na stole zniszczona przez piorun.

– A niech to! – zezłościł się Dobiesław. – Jadła szkoda.

Król Władysław Jagiełło odchylił płachtę namiotu i przyglądał się szalejącej na zewnątrz burzy. Widok bijących z nieba gromów napawał lękiem, ale także urzekał pięknem. Na twarzy monarchy pojawiły się głębokie zmarszczki. Wiedział, że już za kilka dni wszystko się rozstrzygnie. Nie tylko losy wojny, ale również istnienie całego świata. On, sługa Chochmy, najpotężniejszy z Przebudzonych po prawej stronie Drzewa Życia, wiedział o tym najlepiej.

Emanacja Biny spaczyła światło płynące wprost od Najwyższego, tchnęła w nie zło i przekazując na niższe poziomy, zachwiała równowagą. Jeśli sefira nie zostanie powstrzymana, a wraz z nią zakon krzyżacki, to świat czeka zagłada. Wojna będzie się toczyć nie tylko tu, na ziemi, ale również w sferze ducha. Widząc szaleństwo żywiołów, można było się domyślić, że na wyższym poziomie już się zaczęła.

Monarcha szczelnie zasłonił płachtę namiotu, żeby wiatr nie wdzierał się do środka, i wrócił do stołu, na którym leżały porozrzucane mapy. Dla większości wodzów były dziwactwem, Jagiełło jednak przywiązywał do nich ogromną wagę. Na długo przed kampanią rozkazał wywiadowcom naszkicować wszystkie rzeki, jeziora, wzgórza i lasy znajdujące się na trasie marszu.

Spojrzał po zebranych. Na pucołowatym obliczu podkanclerzego królewskiego Mikołaja Trąby24 dostrzec można było niepokój. On również był Przebudzonym w świetle Chochmy i doskonale rozumiał powagę sytuacji.

Obok stała Aine, z rozpuszczonymi płomiennymi włosami, w ulubionej zielonej sukni ujętej pasem ze złotymi ogniwami. Jako jedyna kobieta uczestniczyła we wszystkich królewskich naradach, co nie podobało się wielu dostojnikom, uważającym się za godniejszych od niej. Traktowali ją jednak z szacunkiem, bo miała w sobie coś, co wzbudzało mimowolny respekt. Ponadto obawiali się spojrzenia jej zielonych oczu, podejrzewali bowiem, że wzrokiem czyta w myślach. Nawet nie wiedzieli, jak blisko są prawdy, gdyż moc emanacji Malchut pozwalała jej zaglądać do ludzkich serc.

Marszałek koronny Zbigniew z Brzezia spoglądał na mapę zasępiony. Nie był Przebudzonym i nie zdawał sobie sprawy, o jak wielką stawkę toczy się gra, ale równie mocno jak pozostali pragnął zagłady zakonu krzyżackiego.

– Czy wszystko idzie zgodnie z planem? – zapytał król Władysław.

– Tak, Wasza Miłość – rzekł Zbigniew z Brzezia, wskazując punkt na mapie. – Książęta mazowieccy Janusz i Siemowit wraz ze swoimi chorągwiami stanęli już pod Czerwińskiem. Lada dzień powinny tam dotrzeć hufce z Wielkopolski i rycerze zaciężni z Czech, Moraw, Miśni, Śląska, Austrii, a nawet Szwajcarii…

– Żołdacy – prychnął pogardliwie Mikołaj Trąba. – Są niczym proporzec osadzony na drzewcu i tam się skierują, gdzie wiatr powieje. Temu będą jeno służyć, kto więcej zapłaci.

– Ale lepiej, żeby nam służyli.

– Obaczycie! Przy pierwszej okazji nas opuszczą. Nadzieję należy pokładać jeno w Polakach, którzy wierni ojczyźnie pozostaną. – Podkanclerzy spochmurniał. – Ponadto wydatki na wojnę pochłonęły prawie wszystkie złoto z królewskiego skarbca. Czym im zapłacimy?

Zbigniew z Brzezia położył rękę na ramieniu duchownego.

– Serce i rozum u was wielkie, jednakże nie wyznajecie się na prawie wojennym. Rycerz cudzoziemski jest dla nas lepszy i korzystniejszy, jeśli bowiem z wojny wyjdziemy zwycięsko, nie z naszego skarbca, ale z łupów nieprzyjacielskich mu zapłacimy. Jeśli zaś ulegniemy, nie będzie tych, którzy by się o żołd upominali, ani tych, od których by się go dopominano.

– Zgrabnieś to ujął. – Król się roześmiał. – W tym względzie w pełni się z tobą zgadzamy.

– Dziękuję, panie. – Marszałek się ukłonił. – Ponadto wśród zaciężnych znajdą się tacy, co nie tylko dla żołdu na Krzyżaków pójdą. Wspomagają nas lucerneńczycy, którzy do panów pruskich wielką żywią nienawiść za to, że im przed laty zburzyli zamek w Tannenfels. A wielu rycerzy z innych krajów złość do Niemców nosi, jak choćby Jan Žižka. A co powiecie o walecznym Dagobercie z Saint-Amand? Wszak to Burgundczyk, a już tyle dla sprawy Polski uczynił, złota zaś za to nie wziął.

Aine drgnęła na dźwięk imienia mężczyzny, którego kochała. Minął rok od ich pierwszego spotkania, a uczucie, które ich połączyło, nadal płonęło pewnym i mocnym żarem. Każdy poranek, gdy mogła budzić się w jego ramionach, napawał ją szczęściem. Uwielbiała spoglądać w oczy Dagoberta i dostrzegać w nich siebie taką, jaką chciała być, bo dla kobiety najlepszym zwierciadłem są oczy ukochanego. Nagle zapragnęła znowu poczuć jego zapach, dotyk, zatracić się w doznaniach i wybuchnąć spełnieniem.

Burza przybrała na sile, jakby wyczuwała jej narastające podniecenie. Aine przygryzła wargę, lekko unosząc brew. Nosiła w sobie potężną moc i nieraz zdarzało się, że siły natury zespalały się z jej namiętnością. Ale tym razem szalejąca nawałnica nie była jej dziełem. Stanowiła zwiastun nadchodzącej wojny.

– Zbyt pochopnie oceniłem rycerzy zaciężnych – zgodził się Mikołaj Trąba. – Wiem, iż wśród nich są czestni ludzie, ale zawsze znajdą się tacy, którym jeno chąsa miła. I tym trzeba na ręce patrzeć.

– Tym już ja się zajmę. – Marszałek koronny podkręcił wąsa. – Większość z nich sam zwerbowałem i wiem, jak z nimi postępować. A musicie wiedzieć, że choć wyglądam na łagodnego człeka, rękę mam twardą.

– Wcale na łagodnego nie wyglądacie – mruknął podkanclerzy, spoglądając na niego spode łba. – Rzekłbym nawet, że wyglądacie jak ci zaciężnicy. W kolczudze chadzacie od świtu do nocy, miecza nie odkładacie ani na chwilę i czuć od was dymem z ogniska.

– Marszałek nie może w niczym się różnić od zwykłego woja. Winien to samo jeść i to samo pić. Jeśli jego ludzie głodują, on również będzie głodował. Jeśli marzną, on wraz z nimi. A gdy ich w bój posyła, sam winien stanąć na czele chorągwi. Tylko tak można zaskarbić sobie szacunek. – Rycerz uśmiechnął się kpiąco. – Może duchowni powinni brać przykład z wojskowych?

Mikołaj Trąba już chciał coś powiedzieć, ale król podniósł rękę.

– Czy są jakieś wieści od Witolda? – zwrócił się do Aine, wiedząc, że ona najszybciej będzie wiedziała o zbliżaniu się litewskiej armii.

– Niestety nie, miłościwy panie. Jednakże zwiadowcy donieśli, że widzieli wojska przy ujściu Narwi do Wisły. Dagobert wraz z Jakubem z Kobylan pojechali to sprawdzić.

Na czole monarchy pojawiła się głęboka zmarszczka. Fortel z podpaleniem krzyżackich posiadłości pod Toruniem się powiódł i Ulryk von Jungingen przekonany, że Polacy są gotowi do walnej rozprawy, poprosił o dodatkowe dziesięć dni rozejmu. Nawet nie wiedział, jak bardzo Jagiełło potrzebował tych kilku dni. Czekał na Litwinów, a oni się spóźniali.

– Jak tylko będą jakieś wieści o Witoldzie, pierwsi chcemy o tym wiedzieć.

Rącza kasztanka pędziła na przełaj przez pola i łąki, leśnymi traktami, i zdawało się, że nie dotyka kopytami ziemi. Z zadziwiającą lekkością przeskakiwała strumyki, zwalone drzewa, a nawet niewysokie drewniane płoty. Ścigać by się mogła z samym wiatrem, jeśli chciałby stanąć z nią w zawody.

Dagobert z Saint-Amand cieszył się pędem powietrza, swobodą, widokiem soczystej zieleni liści na drzewach, a nawet burzy, która ich ścigała. Odwrócił się w siodle i dostrzegł stalowe chmury unoszące się tuż na ziemią. Pomyślał, że nawałnica dotarła już nad Sejmice, i zmarszczył czoło w obawie o pozostawionych w obozie bliskich. Wstrząsnął nim zimny dreszcz na myśl, że Aine i Gilbertowi mogła stać się krzywda. W pierwszej chwili chciał zawrócić konia i wracać, ale rozsądek wziął górę nad lękiem. Cóż mogło im grozić? Gdy odjeżdżał, Aine brała udział w kolejnej naradzie zwołanej przez króla, a chłopiec czyścił broń, która to czynność pochłaniała go tak bardzo, że nie wychylał nosa z namiotu.

Burgundczyk zwolnił i poczekał, aż czarny ogier jadącego za nim Jakuba z Kobylan zrówna się z jego kasztanką.

– Dokąd ci tak spieszno? – zapytał Grzymalita, a w jego orzechowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.

Wiedział, że Dagobert potrafi zatracić się podczas konnego galopu, ale dzisiaj jeszcze mogli pozwolić sobie na beztroskę. Wątpliwe było, żeby Krzyżacy zerwali rozejm i wkroczyli na ziemię mazowiecką. Na dzisiejszy zwiad nawet nie zabrali pocztu. Mieli za zadanie sprawdzić pogłoski o oddziałach widzianych po drugiej stronie Narwi. Zapewne były to litewskie hufce zdążające na spotkanie z armią polską, ale mimo wszystko rycerze włożyli kolczugi.

– Raduję się życiem, Jakubie. – Burgundczyk się roześmiał, a jego jasne włosy rozwiał wiatr, ukazując oblicze młodzieńcze wprawdzie, naznaczone już jednak piętnem doświadczenia. Na prawym policzku widniała niezagojona jeszcze blizna, pamiątka po wydarzeniach w Kieżmarku. – Kto wie, co będzie jutro?

Tak naprawdę żaden z nich nie bał się śmierci, oswajali się z nią od dziecka, od chwili gdy pierwszy raz podnieśli miecz. Ćwiczyli się w zabijaniu, a walka i rozlew krwi stanowiły dla nich istotę życia. Często ryzykowali ponad miarę, aby udowodnić swoje męstwo, siłę, a nierzadko również szczęście. Odwaga była najważniejszą z cnót rycerskich, wzbudzającą podziw i szacunek. Wojna napełniała ich radością, oczy błyszczały na samą myśl o szaleńczych szarżach, skrzyżowanych kopiach, szczęku oręża i bitewnym zgiełku. Wtedy krew szybciej krążyła w żyłach, serce łomotało. To było silniejsze od nich, nieujarzmiona siła, pierwotna żądza drzemiąca w każdym z nich. Dlatego zostawiali rodziny, tych, których kochali, i pędzili na spotkanie przeznaczenia.

Jednak każdy z nich gdzieś głęboko żywił obawę, że nadejdzie dzień, gdy nie otrząśnie się z bitewnej furii, zawładnie nim szaleństwo i już nie zdoła powrócić do zwyczajnego życia. Stanie się demonem w ludzkiej skórze, rozsmakowanym w przelewie krwi. Podczas wojny każdy z rycerzy balansował na granicy obłędu, bo w morzu okrucieństwa łatwo zatracić siebie.

Jakub potrząsnął głową, próbując odegnać ponure myśli i dał koniowi ostrogę. Po chwili dołączył do niego Burgundczyk i teraz wspólnie pognali w stronę rzeki. Wiatr rozwiał deszczowe chmury, a burza, która ich ścigała, skręciła na północ.

Rycerze szybko znaleźli płyciznę, przeprawili się przez Narew i dalej pojechali leśną ścieżką, uważnie rozglądając się po okolicy. Nagle Dagobert wstrzymał konia, pochylił się w siodle i rzekł:

– Jeźdźcy. Trudno rzec ilu.

– Ślady są płytkie, zatem to nie ciężkozbrojni.

– Może lekka jazda Witolda?

– Albo struterzy25.

Ci pochodzący z plemion pruskich wojownicy często urządzali wyprawy łupieżcze na Mazowsze, a w czasie wojny wysyłani byli przez Krzyżaków na zwiady. Do ich grona przyjmowano morderców, gwałcicieli, rozbójników, którzy podczas służby dla zakonu mieli odkupić dawne grzechy i uzyskać odpusty. Ale nie stawali się przez to lepsi, wręcz odwrotnie. W ich szeregach roiło się od zwyrodnialców gotowych do najgorszych zbrodni. Dawniej, gdy Krzyżacy podbijali plemiona Bałtów, struterzy byli przewodnikami, przeprowadzali ich przez bagna, ale szybko uczyli się od swych nowych panów. Zaczęli działać na własną rękę. Wielokrotnie napadali jaćwieskie i żmudzkie wioski, łupiąc je, mordując mężczyzn, a dzieci i kobiety uprowadzając w niewolę. O ich okrucieństwie było głośno w całym chrześcijańskim świecie. Teraz, gdy już nie było kogo nawracać, na rozkaz zakonników nękali polskie ziemie.

Jakub z Kobylan uśmiechnął się zawadiacko.

– Zatem przekonajmy się, z kim mamy do czynienia.

Marcin z Golina26, od paskudnej blizny biegnącej przez pół twarzy zwany Szramą, przeciągnął dłonią po krótko ściętych, białych jak śnieg włosach. Liczył pięćdziesiąt lat, co jak na Prusa oznaczało siłę wieku, a doświadczeniem życiowym i cierpieniem, jakiego zaznał, mógłby obdzielić setkę ludzi. I to właśnie stało się celem jego życia.

Tylko przelana krew potrafiła ugasić gniew płonący w jego sercu, jednak zaledwie na chwilę, bo zaraz wybuchał ze zdwojoną siłą. Marcin z Golina nienawidził wszystkiego i wszystkich, a tam, gdzie się pojawiał ze swoimi struterami, pozostawały popioły i zgliszcza.

– Powiadasz, Hans, że jest ich tylko dwóch? – Utkwił zimne bladoniebieskie oczy w ryżym chłopaku, który mimo młodego wieku ścigany już był w Meklemburgii za gwałt i morderstwo na dziewięcioletniej dziewczynce.

Hans skulił się w sobie, czując, jak strach pełznie mu po plecach. Szrama był jedynym człowiekiem na świecie, którego się bał.

– Tak – wydukał, opuszczając wzrok. – Zdaje mi się, że to polscy rycerze.

– Zdaje ci się? – wysyczał Marcin z Golina, a jego głos nabrał złowrogich tonów. – Nie po to posyłam cię na zwiad, żeby ci się zdawało.

– Nadjechali z południowego zachodu, a przecież tam Polacy obozem stoją. – Na czole młodzieńca pojawiły się kropelki potu. – Zatem któż inny to być może?

Dowódca struterów w zamyśleniu pokiwał głową, a Hans odetchnął z ulgą. Tym razem udało mu się załagodzić sytuację, ale musiał się mieć na baczności. Szrama za mniejsze przewiny karał śmiercią.

– Urządzimy zasadzkę. – Prusak uśmiechnął się krzywo i rozejrzał po okolicy. Znajdowali się w gęstwinie leśnej, przez którą przebiegała jedyna przejezdna droga. Doskonałe miejsce na pułapkę. – Konie ukryjcie głęboko w lesie. Drogę zablokujcie kłodami drewna i schowajcie się po obu stronach traktu. Przygotujcie sieci i czekajcie w gotowości.

Gdy młodzieniec odszedł, Marcin rozsiadł się wygodnie pod rozłożystym bukiem, oparł się plecami o pień drzewa i przymknął oczy. Nie musiał pilnować swoich ludzi, wiedzieli, jak się zasadzić na wroga. Co prawda dwaj Polacy byli zapewne lepiej opancerzeni, ale on pod swoją komendą miał dziesięciu struterów.

Na wyprawę wyruszył z tuzinem, lecz w pewnej osadzie tuż nad Wisłą, którą chcieli złupić, natknęli się na niespodziewany opór. Kmiotkowie, zamiast swoim zwyczajem schować się w najgłębsze zakamarki chat i zanosić modły w nadziei, że gdy już oprawcy pofolgują sobie z ich żonami oraz córkami, zrabują zapasy żywności, to odjadą, zostawiając ich przy życiu, chwycili za widły. W potyczce stracił dwóch ludzi.

Zemsta była straszliwa.

Wszystkich mieszkańców wioski zgromadził na placu, żeby na własne oczy przekonali się, co znaczy zadrzeć ze struterami. Sołtysa przybił do drzewa za jelita i kazał mu biegać dookoła, a sam w tym czasie gwałcił jego córkę. Mężczyzna krzyczał z bólu, z wściekłości, poniżenia. Nie wytrzymał długo i zanim Marcin skończył zabawiać się z dziewczyną, padł martwy. Na koniec Szrama kazał spalić osadę. Wiedział już, że ci ludzie nigdy więcej nie podniosą ręki na sługi zakonu.

Podobnie jak zbuntowani Żmudzini z pewnej osady niedaleko Miedników. Krzyżacy, nie mogąc sobie z nimi poradzić, wysłali tam jego struterów. Przybyli tuż przed świtem, gdy mieszkańcy pogrążeni byli w głębokim śnie. Wzięci z zaskoczenia, nie stawili oporu. Struterzy zamknęli wszystkich mężczyzn i chłopców w jednej chacie, a potem ją podpalili. Żmudzini płonęli żywcem, błagając swoich pogańskich bogów o cud. Ale cud się nie zdarzył, a w osadzie do dnia dzisiejszego mieszkają same kobiety, zdane na łaskę i niełaskę grasujących w okolicy łupieżców.

Innym razem, przekroczywszy granicę z Litwą, uderzył na gospodarstwo znacznego bojara, który zbrojnie wspomagał żmudzkie powstania. Traf chciał, że odbywało się akurat wesele jego córki. Marcin z Golina wydał rozkaz wymordowania wszystkich przyjezdnych gości, a oszczędzenia miejscowych. Wieści o tym zdarzeniu szybko się rozeszły i od tamtego czasu już nikt do bojara nie przyjeżdżał, a on stracił poważanie na Żmudzi.

Szrama zabijał nie tylko na rozkaz, ale czynił to również dla zysku. Niejednokrotnie mordował możnowładców na zlecenie, kupców na traktach, żeby ograbić ich ze złota, a pewnego razu zagarnął nawet statek na Bugu i odprowadził jako pryz do Torunia. Wyszło wtedy z łupów po dwadzieścia grzywien na głowę dla każdego z jego ludzi.

Ale tak naprawdę Marcin z Golina zabijał z zemsty za swój okrutny los.

Nie zawsze tak było. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś pamiętał jej twarz.

– Nadjeżdżają – usłyszał stłumiony krzyk Hansa.

Czas zadać kolejną śmierć.

Zwalone drzewo zalegało na trakcie i Jakub już chciał je ominąć, wjeżdżając w las, gdy poczuł dłoń Dagoberta na ramieniu. Burgundczyk wskazał nacięcie na pniu uczynione ostrzem topora. Wstrzymali konie, uważnie rozglądając się dookoła, ale niczego podejrzanego nie zauważyli. Gałęzie drzew lekko uginały się pod wpływem wiatru, cicho szeleściły liście, ukryty w gęstwinie dzięcioł wystukiwał swój własny rytm, a w oddali szumiała rzeka.

Jednak coś było nie tak. Burgundczyk, wiedziony wojennym instynktem oraz mocą emanacji Necach, sięgnął po miecz. Niemal wyczuwał unoszącą się w powietrzu, przytłaczającą aurę nienawiści.

– Zawracamy! – krzyknął i szarpnął za wodze.

Za późno. Z koron drzew spadła sieć, szczelnie ich oplatając. Wierzchowce zarżały przerażone, zwalając rycerzy na ziemię. Dagobert i Jakub próbowali uwolnić się z matni, ale wszelkie wysiłki okazały się daremne. Po chwili zaprzestali starań i bezradnie spoglądali w stronę zbliżających się mężczyzn.

Dagobert ujrzał obdarte ubrania, brodate, naznaczone okrucieństwem oblicza, błysk obnażonego oręża i wiedział już, że ma do czynienia ze struterami. Nie mógł uwierzyć, że tak to się skończy. Zginie rozsiekany przez zbójów niegodnych nawet dzierżyć miecze. Wielokrotnie stawał oko w oko ze śmiercią, ale zawsze czuł, że jego czas jeszcze nie nadszedł. Teraz jednak, widząc kroczącego ku niemu potężnego mężczyznę o białych jak śnieg włosach, ze szramą na twarzy i strasznych oczach, w których ujrzał zimną nienawiść, porzucił wszelką nadzieję. Oto napotkał demona, który zaraz odbierze mu życie, a wraz z nim wszystko, czego jeszcze nie zdążył doświadczyć.

Nie będzie mu dane zestarzeć się z Aine, nie zobaczy, jak Gilbert dorasta, staje się mężczyzną, otrzymuje rycerski pas i ostrogi. Tak wiele chciał go jeszcze nauczyć, przekazać mu całą posiadaną wiedzę, która teraz umrze wraz z nim.

Człowiek ze szramą wzniósł w górę oręż.

Dla Szramy nie miało znaczenia, kim są rycerze, których zaraz wyprawi na tamten świat, ale w głębi serca chciał, żeby to byli Polacy. Nienawidził ich tak samo mocno jak własnych rodaków. Marcin z Golina był Prusem z dziada pradziada i w młodości z dumą nosił to miano. W przeciwieństwie jednak do swoich ziomków nie postrzegał Krzyżaków jako ciemięzców, ale światłych panów, którzy wybudowali drogi, kanały nawadniające oraz twierdze z kamienia mogące się oprzeć każdej nawałnicy.

Przed dwudziestu laty miał żonę, przecudnej urody niewiastę o dużych niebieskich oczach i włosach koloru zboża. Spodziewali się dziecka, ale niestety to były złe czasy i głód zajrzał do ich chaty. Marcin w trosce o rodzinę poszedł do zakonników na służbę, a że był wyśmienitym tropicielem, szybko zdobył poważanie wśród braci-rycerzy, którzy chętnie zabierali go na rejzy27. Prowadził więc Krzyżaków przez mateczniki, bory, knieje wprost na żmudzkie i litewskie osady. A wtedy rycerze z imieniem Jezusa Chrystusa na ustach siali zniszczenie, wzniecali pożary i mordowali. Nie miał wyrzutów sumienia. Wszak ci, co ginęli, byli poganami i tylko poprzez śmierć mogli dostąpić odkupienia, a on otrzymywał zapłatę w brzęczącej monecie.

Po jednej z wypraw wracał do domu z pełną sakiewką, rozważając, czy lepiej kupić żonie suknię, taką czerwoną, zwężaną w talii, jaką widział u bogatych niewiast, czy może wyprawkę dla dziecka, gdy nagle ujrzał dym nad swoim domostwem. Targany złymi przeczuciami pobiegł ile sił w płucach i trafił na pogorzelisko.

Ze łzami oczach wzywał ukochaną, rękoma odwalając tlące się jeszcze kłody, aż wreszcie ją znalazł, przywaloną przez jedną z belek. Złote włosy rozrzucone były w nieładzie, krew zakrzepła na pokrytej sadzą skórze, a błękitne oczy pozbawione były życia. Z gardła dobył mu się krzyk rozpaczy. Chwycił martwą żonę w ramiona i siedząc w niewygasłym żarze popiołów, łkał przez długie godziny. Żal rozdzierał mu duszę, ból – serce. Przeklinał Boga, świat i ludzi. Przeklinał samego siebie. Próbował odebrać sobie życie, ale nie był w stanie tego uczynić. Wreszcie po jego policzku spłynęła ostatnia w życiu łza, włosy stały się białe jak śnieg, a on sam zamienił się w skałę.

Odszedł, nie oglądając się za siebie.

Pozostała mu zemsta. Wiedział, kto stoi za jego nieszczęściem: szlachcice z Towarzystwa Jaszczurczego28, którym nie w smak były rządy zakonu. Wydali wojnę zdrajcom, postanawiając ich zgładzić. Marcin z Golina znalazł się na czele ich listy. Na północy żyją ludzie twardzi, przyzwyczajeni do okrucieństwa, więc kara musiała być nader okrutna. Wszyscy mieli zapamiętać nauczkę i przestrogę, żeby już żaden Prus nie wstąpił na służbę do Krzyżaków. A cóż mogło być straszniejszego niż spalenie żywcem ciężarnej żony?

Na wytropienie wszystkich sprawców mordu potrzebował prawie dwóch lat. Pierwszemu rozciął brzuch, włożył do środka kamienie i wepchnął do rzeki. Drugiemu przed śmiercią wyłupił oczy, obciął uszy, wyciął wargi. Trzeciego powiesił na drzewie nogami do góry i rozpalił pod nim ognisko. Nieszczęśnik żył jeszcze, kiedy towarzysze zdejmowali go z gałęzi, lecz widząc ogrom obrażeń, litościwie dobili. Kolejnego rozerwał końmi, a ostatniego, po wcześniejszym wykastrowaniu, wbił na pal.

Ale gniew w sercu Marcina nie wygasł, wręcz odwrotnie, wybuchł z jeszcze większą siłą. Do własnych rodaków, bo Prusak Prusakowi taką rzecz uczynił, i do Polaków, bo uważał, że oni są wszystkiemu winni. Uwierzył Krzyżakom, którzy twierdzili, że to Jagiełło podjudza Jaszczurkowców do buntu, chcąc zagarnąć dla siebie ziemię pruską.

Zatem widząc rycerzy pochwyconych w sieć, Szrama uśmiechnął się krzywo, wyciągając zza pasa nadziak. Chwycił mocno stylisko, uniósł w górę żeleźce z zakrzywionym dziobem i zamierzył się na pierwszego z mężczyzn. Wiedział, że zaraz krew chluśnie mu na twarz, spłynie po zmarszczkach i głębokiej bliźnie, a on poczuje jej słodki smak i przez chwilę znajdzie ukojenie.

Nagle zamarł.

Ziemia zadrżała mu pod stopami, rozległo się donośne dudnienie. Zaskoczony spojrzał na drogę i ujrzał chmarę jeźdźców. Zrozumiał, że czeka go śmierć. Odetchnął z ulgą. Może wreszcie ponownie ujrzy jej twarz.

Pełne przerażenia krzyki umierających struterów niosły się echem po okolicy. Niektórzy próbowali uciekać, ale padali rażeni strzałami, inni podejmowali walkę, lecz zakrzywione szable cięły ich po twarzach, a groty włóczni przebijały pikowane kaftany. Nie minęły dwa pacierze, a na trakcie pozostały tylko trupy krzyżackich zwiadowców.

Dagobert i Jakub wyplątali się wreszcie z sieci, a teraz ze zdumieniem przyglądali się zbrojnym, krążącym wokół nich na niewielkich, ale rączych koniach. Jeźdźcy ubrani byli na modłę wschodnią w wojłokowe kubraki, filcowe spodnie i spiczaste futrzane czapki.

– Tatarzy – wyszeptał pobladły Jakub z Kobylan, dostrzegłszy ich szeroki twarze, płaskie nosy i małe skośne oczy. Wzniósł w górę miecz.

– Czekaj! – Burgundczyk chwycił go za rękę. – To Witoldowa chorągiew.

– Skąd wiesz?

– Znam ten buńczuk. – Wskazał coś na kształt sztandaru, trzymanego przez jednego z jeźdźców. Był to pęk końskiego włosia barwionego na ciemnozielony kolor, zebranego w kulę i przytwierdzonego do drzewca, ze swobodnie zwisającym drugim końcem.

Rycerze usłyszeli krótkie rozkazy w szczekliwej mowie i Tatarzy rozjechali się, odsłaniając dowódcę dosiadającego dorodnego siwka. Mężczyzna miał na sobie długą aksamitną koszulę opasaną szkarłatnym pasem, narzucony na nią kaftan z owczej wełny, a na głowie nosił ozdobną spiczastą czapkę zakończoną, podobnie jak buńczuk, końskim włosiem.

Tatar podjechał do Dagoberta, wnikliwie mu się przyglądając.

– Nie sądziłem, że cię jeszcze żywym obaczę – rzekł w chrapliwej mowie. – Zawżdy kroczysz szlakiem, po którym i śmierć kroczy.

– Jak każdy z nas – odparł Burgundczyk. – Dobrze znów cię widzieć, Dżalalu ad-Dinie29.

– Allahu akbar, przyjacielu. – Mężczyzna zeskoczył z konia i mocno uściskał Dagoberta. – Nie mogłem dać wiary oczom, gdym cię pochwyconego ujrzał.

– Na szczęście w samą porę przybyłeś z ratunkiem.

– Zawsze do usług. – Tatar skłonił się lekko. – Gdybym tego nie uczynił, naraziłbym się na gniew pięknej Aine, a tego lękam się nawet ja, przyszły władca Złotej Ordy.

Dagobert roześmiał się i wskazał towarzysza.

– To przyjaciel mój, Jakub z Kobylan, którego serce rwie się do walki tak samo mocno jak do miłowania białek.

– Przyjaciel mojego przyjaciela jest i moim przyjacielem – rzekł Tatar.

– Miło powitać tak znamienitego gościa. Dufam, iż los wam będzie przychylny i wkrótce zasiądziecie na tronie Złotej Ordy.

– W tym względzie pokładam ufność w Allahu, nie w losie, który bywa przewrotny niczym złośliwe duchy stepu.

– Prawdę rzekłeś. – Rycerz z Kobylan pokiwał głową. – Los czasem, przywdziewając maskę błazna, szydzi z ciebie, innym zaś razem nakłada na ramiona purpurę, wynosząc ponad miarę.

Jakub dobrze pamiętał, że jeszcze rok temu, niesłusznie oskarżony o romans z królową Anną, świat oglądał zza krat lwowskiego lochu, a teraz był jednym z najbardziej zaufanych rycerzy Jagiełły.

– Wattad30 z całą swoją armią stoi w miejscu, gdzie Narew wpływa do Wisły – rzekł Dżalal ad-Din. – Mnie wysłał przodem, abym padł do stóp Jogaiły prosić o kilka chorągwi dla osłony przeprawy przez rzekę.

– Król Władysław rad będzie wieściom, które przynosisz, i zapewne przychyli się do prośby księcia. A teraz jedźmy, żeby przed nocą do obozu zdążyć – powiedział Dagobert, wskakując na koń.

Po raz ostatni spojrzał na pobojowisko i dostrzegł martwego strutera z potężną szramą na twarzy. Teraz oczy mężczyzny, których tak się wystraszył, wypełnione były spokojem, jakby w śmierci odnalazł ukojenie.

Niebo znów się zachmurzyło. Tego lata zdążyło już przyzwyczaić ludzi do swoich kaprysów. W dali słychać już było groźne pomruki, jakby jakiś olbrzym właśnie się przebudził i dawał wyraz swojemu niezadowoleniu. Tatarzy ze stepów twierdzili, że to żaden wielkolud, tylko nga – zwierzę będące całym światem. Północ to jego głowa, południe – nogi, las jest sierścią stwora, a ludzie są niczym wszy na jego potężnym cielsku. Śmiecą, brudzą i dlatego nga czasem otrząsa się jak pies, gniewnie przy tym warcząc.

Gilbert liczył sobie już trzynaście lat i powinien wyrosnąć z dziecięcych strachów, lecz siedząc na koźle wozu, z przerażeniem nasłuchiwał odgłosów burzy. Wczoraj do późna w nocy, przycupnięty przy obozowym ognisku, przysłuchiwał się opowieściom Tatarów o strasznych stepowych duchach, gigantach, demonach oraz wężach o setkach głów. Z każdą kolejną legendą jego ufne niebieskie oczy robiły się coraz większe i ciarki przechodziły mu po plecach. Jednak nie ruszył się do czasu, gdy przyszła po niego Aine i kazała mu się kłaść spać. Na szczęście obyło się bez ostrej reprymendy. Nakrzyczała tylko na Tatarów, że karmią chłopca niestworzonymi historiami, a ci dzicy i okrutni wojownicy ze wschodu pospuszczali potulnie głowy. Jednakże Gilbert i tak całą noc śnił koszmary.

– No, ruszże się, chłopcze! – krzyknął pucołowaty woźnica. – A chyżo! Nie mamy całego dnia.

Młodzieniec smagnął pociągowego siwka, ruszył do przodu, lecz zaraz znowu się zatrzymał. Przed sobą ujrzał uszykowany w kilku kolumnach tabor ciągnący się aż po horyzont. Prawie dziesięć tysięcy wozów obładowanych zapasami żywności, paszą dla zwierząt, bronią, bełtami do kusz, odzieżą, bombardami31 i kulami do nich wielkości ludzkiej głowy zdążało na przeprawę. Zamożniejsi wieźli jeszcze namioty i naczynia, a jedynie zbroje uwiesili na grzbietach koni. W oddali Gilbert dostrzegł wozy rzemieślników, dygnitarzy, duchownych i medyków. Wszyscy oni jechali na wojnę, jednak tylko piąta ich część stanie twarzą w twarz z przeciwnikiem.

Czeladź będzie rozstawiać namioty, rymarze naprawiać siodła, pancernicy łączyć zerwane ogniwa w kolczugach, kowale kuć konie, a puszkarze – rychtować plujące ogniem machiny. Sporo pracy czeka również płatnerzy, szewców, krawców, mieczowników i kucharzy. Wojna to wprawiona w ruch wielka i kosztowna machina, której siłą napędową nie są wcale zbrojni rycerze, lecz zwykli rzemieślnicy. Czym byliby owi odziani w kirysy śmiałkowie, dzierżący w rękach najlepszej jakości oręż, dosiadający wspaniałych wierzchowców, gdyby nie trud ludzi, którzy im to zapewniają? Ale ich imion historia nie zapamięta.

Wozy znowu ruszyły, zmierzając na olbrzymi most wiszący niemal w powietrzu. W rzeczywistości konstrukcja wsparta była na stu sześćdziesięciu ośmiu łodziach kołyszących się na Wiśle. Wszyscy już od kilku dni o nim rozprawiali, zastanawiając się, jak może wyglądać. Ponoć w wielkiej tajemnicy przez pół roku most budowany był pod Kozienicami, gdzie łatwo o dobre drewno z Puszczy Radomskiej. Gilbert z lękiem, ale i podziwem spoglądał na dzieło mistrza Jarosława, który stał na wzgórzu, bacząc, żeby wszystko przebiegało zgodnie z planem. Wyznaczył zbrojnych do pilnowania porządku i opatrzył krańce mostowe oporami z drewna, aby nikt poza kolejnością nie zbliżał się do brzegu. Dzięki temu cały tabor wjeżdżał na most w równych szykach, zachowując bezpieczne odstępy.

Mistrz Jarosław skinął głową i pilnujący ładu rycerze wpuścili na most kolejną grupę wozów. Chłopiec zaczął szeptać modlitwy, których nauczył się jeszcze podczas swojego pobytu w Malborku. Od zawsze drzemała w nim dusza odkrywcy i gdy jego ówczesny pan dawał mu wolne, zwiedzał wszystkie zakamarki krzyżackiego zamku. Niepostrzeżenie przemykał przez krużganki, przekradał się korytarzami, wędrował magazynami, jednak czasem, żeby ruszyć dalej, musiał przeczekać mszę ukryty pod ławą w kościele Najświętszej Marii Panny. Wtedy, znudzony, bezgłośnie powtarzał pacierze za zakonnikami. Teraz zaś wolałby znowu oglądać brudne stopy w mnisich sandałach, niż jechać po chybotliwym, kołyszącym się moście.

Spojrzał w lewo, potem w prawo, ale z kozła wozu zdołał dojrzeć tylko bystry nurt rzeki i pobladły skierował wzrok przed siebie. Z trudem powstrzymywał łzy, marząc o tym, by znaleźć się już na przeciwległym brzegu. Co prawda bywał już w większych opałach, ale wtedy zawsze mógł liczyć na swoją zręczność, szybkość lub silne ramię Dagoberta i mądrość Aine. Teraz był sam, zagubiony w wielkim tłumie, mrowiu krzyków, zgiełku i hałasu.

Nagle znów utworzył się zator. Gdzieś z przodu wybuchła kłótnia i do uszu chłopca doleciały przekleństwa. Podniósł głowę i zobaczył, że zderzyły się dwa wozy, a pachołkowie szarpią się za płócienne koszule i okładają pięściami z taką zajadłością, jakby byli najgorszymi wrogami. Na szczęście szybko przybyła straż, rozdzielając walczących. Na ponurych twarzach zbrojnych malowało się zmęczenie. Nie przypuszczali, że służba porządkowa może być bardziej uciążliwa niż bitwa.

Tabor ruszył dalej, a strach chłopca, jak to często bywa ze strachem, zamienił się w złość. Na pana Dagoberta, za to, że zostawił go samego. A przecież na wozie znajduje się jego dwuręczny miecz, kopie, rękawice z kolczej plecionki, tarcze, naramienniki. Na panią Aine, za to, że mu pozwoliła. A przecież obok rzeczy Burgundczyka leżą jej suknie, sakiewki z ziołami i garnce do mieszania wywarów. Tymczasem Gilbert wiózł jedynie koszulę na zmianę. W tej chwili, zły i rozgoryczony, gotów był ich całą chudobę utopić w rzece, a samemu odejść gdzie oczy poniosą.

Uspokoił oddech, przypominając sobie nauki Aine. Opanował gniew, odrzucił złość i poczucie krzywdy, żeby dostrzec, jak sprawy naprawdę wyglądają. A prawda była taka, że pan Dagobert powierzył mu ważne zadanie, pewny, że chłopiec sobie poradzi. Jego opiekunowie musieli pierwsi przejść przez rzekę, żeby u boku króla powitać w Czerwińsku chorągwie mazowieckie, wielkopolskie i przybyłe właśnie wojska Witolda. Dzisiaj zebrali się tam najważniejsi i najmądrzejsi ludzie, jakich ziemia nosiła, a Gilbert nie wątpił, że Dagobert i Aine do nich należą.

Nadciągnęli ze wschodu, kolumną długą prawie na milę. Przybyli z Trocka, Wilna, Grodna, Kowna, Miedników, Połocka, zbrojni o ponurych twarzach odziani w pikowane kaftany, kolczugi przetykane płatami, w rękach dzierżąc tarcze i włócznie. Nad ich głowami powiewały niebieskie sztandary z wizerunkiem jeźdźca z uniesionym do ciosu mieczem oraz czerwone chorągwie ze Słupami Giedymina32.

Na czele pochodu jechał Wielki Książę Litwy Witold otulony bogato zdobionym purpurowym płaszczem. Tuż za nim podążał mężczyzna mający na sobie kolczugę, na głowie wysłużony szłom z czepcem kolczym, a za pasem niewielki jeździecki topór. Niczym nie wyróżniał się od zwykłego woja i nikt by nie powiedział, że jest to słynny kniaź Semen-Lingwen Olgierdowicz, brat i wierny sojusznik króla Władysława. Na wojnę przywiódł trzy pułki smoleńskie, najbardziej bitne chorągwie w Witoldowej armii. Dalej jechali inni wschodni przywódcy, wśród nich kniaź Iwan Żedewid Koriatowicz, Piotr Gasztołd, Moniwid i żmudzcy bojarzy.

– Jawnuta! – krzyknął Dagobert, który wraz z Aine przyglądał się wojsku wkraczającemu do Czerwińska.

Potężny brodaty mężczyzna uśmiechnął się szeroko i wyłamując się z kolumny, podjechał do nich. Zeskoczył z konia, radośnie uściskał Burgundczyka i z szacunkiem, ale również z pewną rezerwą skłonił się Aine.

– Rad jestem w zdrowiu was widzieć – rzekł bojar. – Brat Hieronim rzekł, iż przed rokiem oboje poszliście do Malborka na pewną śmierć. Okrutnie się z tego powodu srożył i powiadał, że nie po to Dagoberta od kostuchy uchronił, aby lazł prosto w łapy Krzyżaków. Ciebie, pani Aine, też mu było żal, bo choć wiary chrześcijańskiej nie wyznajecie i po barbarzyńsku ludzi leczycie, to zacna z was niewiasta…

– Zacna niewiasta? – Skrzywiła się. – Mnich wie, jak białkę komplementować.

Roześmieli się, lecz po chwili Dagobert spoważniał i rzekł:

– Dobrze, że wspomagasz naszą sprawę. W tej wojnie każdy mężny człek jest na wagę złota.

– Bojar ze mnie prosty, lecz swój rozum mam. Wiem, iż tak długo zakon swoje chciwe łapska po Żmudź będzie wyciągał, aż ona padnie na kolana. Przed rokiem Krzyżaków pobiliśmy, uczynimy to i teraz.

– To nie będzie prosta sprawa – westchnął Burgundczyk. – Wtenczas na Żmudzi walczyliśmy z zalęknionymi knechtami, teraz zaś przyjdzie nam się zmierzyć z najprzedniejszymi hufcami Ulryka von Jungingena i nie w lasach, gdzie mogliśmy się skryć w gęstej kniei, lecz na otwartym polu.

– Siła naszego oręża nie gorsza – rzekł Jawnuta, poklepując topór zatknięty za pasem. – Ponadto gniew serca nasze rozpala i za wszystko, co uczynili nam rycerze z krzyżami na płaszczach, weźmiemy srogą pomstę. Powiadam ci, Dagobercie, chorągiew miednicka pierwsza ruszy do boju i ostatnia zejdzie z pola bitwy.

Aine westchnęła ciężko, bo wiedziała, że zaraz zaczną się wojenne opowieści. O ile jeszcze potrafiła zrozumieć radość płynącą z zabijania, bo natury ludzkiej nie sposób oszukać, o tyle zupełnie nie mogła pojąć, jak jeszcze można o tym godzinami rozprawiać i przechwalać się, kto jest w tej materii sprawniejszy.

Pozostawiła mężczyzn i ruszyła w stronę królewskiego namiotu, gdzie niedługo miała się rozpocząć narada wojenna. Uśmiechnęła się pod nosem. Kto by przypuszczał, że zwykła zielarka będzie doradzać władcom tego świata?

Władysław Jagiełło stał wraz Witoldem na klasztornym wzgórzu, z którego rozciągał się najlepszy widok. Król oparł dłoń na wysadzanej klejnotami rękojeści miecza zatkniętego za złotym pasem i rozejrzał się po okolicy.

Na południu płynęła Wisła, przez którą od samego rana przeprawiały się wojska małopolskie. Na wschodzie namioty rozbili gospodarze tej ziemi, książę warszawski Janusz33 i płocki Siemowit34. O ile ten pierwszy był lojalnym lennikiem i sojusznikiem króla, o tyle brat jego, chcąc zasiąść na tronie, przez lata spiskował z Krzyżakami. Na szczęście uświadomił sobie daremność swoich starań i dzisiejszego ranka ukląkł w pokorze przed Jagiełłą, oddając mu swój miecz. Podobnie biskup płocki Jakub, ten sam, który przed rokiem odmówił zbrojnej pomocy oblężonym miastom ziemi dobrzyńskiej, teraz nawet pomógł wystawić chorągiew swojemu ubogiemu krewniakowi Zaklice z Korzkwi.

Tuż obok Mazowszan obozem stanęli Litwini, na zachodzie zaś czescy i morawscy rycerze pod dowództwem Jana Sokoła z Lamberku. Można było podziwiać, jak dobrze opancerzeni jeźdźcy zebrani pod znakiem Świętego Jerzego35 ćwiczą jazdę w szyku. Jagiełło wierzył, że nie zawiodą go podczas zbliżającej się bitwy. Najdalej, bo aż na północnych przedmieściach Czerwińska, obóz rozbili Wielkopolanie. Marszałek Zbigniew z Brzezia, wiedząc o waśniach między nimi a Małopolanami i obawiając się wybuchu bratobójczych walk, rozkazał im rozłożyć się jak najdalej od rzeki.

Monarcha, spoglądając na sztandar chorągwi poznańskiej, na której widniał biały orzeł na czerwonym tle, stwierdził, że niczym się on nie różni od flagi krakowskiej. Czemu zatem wybuchały zatargi i małe wojny między rycerzami należącymi do tego samego narodu? Może dlatego, że orzeł poznański nie miał korony? Wielkopolanie nie mogli zdzierżyć, że to Kraków, a nie Gniezno jest teraz stolicą Polski. Natomiast Małopolanie zazdrościli im rozległych i żyznych ziem oraz bogactwa plonów. Król jednak miał nadzieję, że jedni i drudzy zdołają schować urazy i zewrzeć szyki w obliczu wroga.

– Jesteśmy gotowi – rzekł Jagiełło i spojrzał na Witolda. Zdziwił się, widząc jego pogodny uśmiech, twarz pozbawioną bruzd i łagodne oczy. Zazwyczaj zagniewany i nadąsany książę Litwy teraz był spokojny, jakby wreszcie w pełni zrozumiał wypełniającą go moc emanacji Chochmy. A może odmienił go zamach w Kieżmarku, w którym mało życia nie stracił?

– Czasem do zrozumienia prowadzi daleka i wyboista droga – rzekł wpatrzony w dal Witold. – Czasem trzeba kilka razy zbłądzić, aby odnaleźć tę właściwą. Wielokrotnie występowaliśmy przeciw wam, mój bracie, myśląc jeno o własnej chwale. Zaślepiała nas duma, pycha i zawiść. Jednakże tym razem stanę u waszego boku.

– Zatem uczyńmy to, do czego obaj zostaliśmy powołani – odparł król. – Za dwa dni ruszamy.

– Tuszę, iż Ulryk von Jungingen nadal nie wie, gdzie uderzymy.

– Zadbaliśmy o to, by cały czas otrzymywał sprzeczne wieści. – Jagiełło uśmiechnął się. – Ponadto mam szpiega w jego bliskim otoczeniu…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Unia polsko-litewska, zawarta w Krewie 14 sierpnia 1385 roku, przewidywała małżeństwo wielkiego księcia litewskiego Jagiełły z królem polski Jadwigą i objęcie przez niego polskiego tronu. W zamian Jagiełło obiecał przyjąć chrzest, schrystianizować Litwę oraz „ziemie swoje litewskie i ruskie na wieczne czasy do Korony Królestwa Polskiego przyłączyć”. Główną przyczyną powstania unii było zagrożenie ze strony zakonu krzyżackiego, który jako państwo urósł w siłę i stanowił zagrożenie dla terytorium Polski, jak również Litwy, bowiem rejzy krzyżackie docierały aż pod Wilno. Jak na tamte czasy takie porozumienie było rzeczą wyjątkową, czymś na kształt współczesnej Unii Europejskiej i NATO. Wielonarodowy twór polityczny zaczął kształtować się w XIV wieku i przetrwał czterysta lat, aż do zaborów. Polska i Litwa wspierały się w zakresie polityki, gospodarki, kultury i rzecz jasna w kwestiach militarnych. [wróć]

Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie powstał w latach 1189–1190 podczas oblężenia Akki przez wojska krzyżowe. W Niemczech chętnie widziano stworzenie zakonu rycerskiego, który dopomógłby w szerzeniu się wpływów politycznych i gospodarczych panów feudalnych oraz kupców niemieckich na Wschodzie, gdzie w tamtym czasie prym wiedli Francuzi, Anglicy, Genueńczycy, Wenecjanie. Bezpośrednim pretekstem do powstania zakonu szpitalników była potrzeba udzielania pomocy chorym i rannym krzyżowcom, ale wyłącznie pochodzenia niemieckiego. Na ten cel mieszczanie z Lubeki i Bremy podarowali jeden ze swoich statków, na którym powstał szpital. Jednak Bliski Wschód interesował Niemców dopóty, dopóki istniała tam możliwość zdobyczy terytorialnych i handlowych. Z chwilą gdy panowanie chrześcijan dobiegło końca, skończyło się również zainteresowanie Krzyżaków Ziemią Świętą. Rycerze zakonni zamiast bronić pustynnych piasków przed Saracenami, skierowali chciwe spojrzenia na żyzne ziemie Europy. Na zaproszenie króla Andrzeja II osiedlili się w Siedmiogrodzie, gdzie mieli bronić Węgry przed najazdami koczowniczego ludu Kumanów. Jednakże, gdy chcieli się uwolnić od zależności lennej i założyć własne państwo, król Andrzej II ich wygnał. Niestety równymi walorami rozumu nie wykazał się książę Konrad Mazowiecki, który za namową swojej pobożnej małżonki, Jadwigi Śląskiej, zaprosił Krzyżaków na swoje terytorium, nadając im w dzierżawę ziemię chełmińską. Do ich zadań należała obrona północnych rubieży Mazowsza i chrystianizacja Prus. Rycerze zakonni z wielkim zapałem wzięli się do powierzonych im obowiązków, a ich działania można określić jako iście hitlerowskie i stalinowskie wedle współczesnych pojęć. Najeżdżali plemiona pruskie, grabiąc, niszcząc, a pojmanych zmuszali do ciężkiej, niewolniczej pracy. Wymordowali Pomeran, przesiedlili Jadźwingów, a na ich miejsce sprowadzali kolonizatorów z Niemiec. Zakon krzyżacki był przytułkiem dla młodszych synów szlachciców niemieckich, którzy nie mieli szans na ojcowiznę, a poza tym (a może przede wszystkim) różnych „czarnych owiec”, których rodzina chciała się pozbyć, wszelkiego rodzaju wyrzutków, morderców, gwałcicieli, dla których nie było miejsca w Rzeszy. Taki zbiór indywiduów stanowili właśnie rycerze zakonni, którymi mogli zostać tylko i wyłącznie synowie szlachty niemieckiej. Stanowili najwyższą kastę i sprawowali rządy. Po złożeniu ślubów zakonnych mieli prawo do noszenia białego płaszcza z czarnym krzyżem, a wielki mistrz zakonu miał krzyż w kolorze złotym. Niższą klasę stanowili półbracia, którzy nie złożyli ślubów bądź nie byli Niemcami. Mogli nosić na szatach połowę krzyża w kształcie litery T. Natomiast bracia kapłani, zamknięci w klasztorach, modlili się o powodzenie krzyżackich misji. [wróć]

Władysław II Jagiełło (1362–1434) – syn Olgierda Giedyminowicza, wielki książę litewski w latach 1377–1381 oraz 1382–1401, król Polski i najwyższy książę litewski w latach 1386–1434. Założyciel dynastii Jagiellonów. Gdy wstąpił na tron polski, przyjął chrzest i przybrał imię Władysław. Długosz tak go opisuje: „Wzrostu był mizernego, twarzy ściągłej, u brody nieco zwężonej. Głowę miał małą, prawie łysą, oczy czarne i małe, niestatecznego wejrzenia i ciągle biegające. Uszy duże, nos gruby, mowę prędką, kibić kształtną, lecz szczupłą, szyję długą”. Trzeba jednak zaznaczyć, że Długosz nie był zwolennikiem króla Władysława i pisał o nim w swoich kronikach nieprzychylnie, próbując umniejszyć jego zasługi. Ale z kart historii wyłania się wytrawny wódz i zmyślny polityk. Doprowadził do fenomenalnego jak na tamte czasy sojuszu dwóch państw – Polski i Litwy, dzięki czemu możliwe stało się skruszenie krzyżackiej potęgi. Żonaty cztery razy: z Jadwigą Andegaweńską, Anną Cylejską, Elżbietą Granowską i Zofią (Sonką) Holszańską. Co ciekawe, wszystkie oprócz Elżbiety były podejrzewane o zdradę. Jednym z nawyków króla były codzienne długie kąpiele, co zadziwiało współczesnych. Kilka razy dziennie uczestniczył w mszy. Jego pasją były polowania. Ponoć gdy nie polował, lubił długo spać. Nie jadał jabłek, gdyż był podobno uczulony na ich zapach. Pijał tylko wodę. [wróć]

Kraina historyczna na zachód od Bydgoszczy, którą to nazwą jej mieszkańcy posługują się do dziś. Nazwa Krajna pochodzi od położenia tego regionu na rubieży kraju – Pomorza. Obecnie znajduje się na terenie województw kujawsko-pomorskiego, pomorskiego i wielkopolskiego. [wróć]

Kraina na wschód od Odry, na północ od dolnej Warty i Noteci. W roku 1402, po nieudanej próbie Polaków wykupienia jej z rąk Zygmunta Luksemburskiego, została oddana w zastaw zakonowi krzyżackiemu. Krzyżacy szybko zdołali odbudować jej potęgę gospodarczą, wykupując z rąk mieszczaństwa i rycerstwa młyny oraz ziemię. W okresie opisywanym w powieści Nowa Marchia, wciśnięta klinem pomiędzy Pomorze a Polskę, stanowiła strategiczne zagrożenie dla Królestwa. [wróć]

Zygmunt Luksemburski (1368–1437) – margrabia brandenburski od 1378, król Węgier od 1387, król Niemiec od 1410, książę Luksemburga i król Czech od 1419, król Włoch od 1431 i cesarz rzymski narodu niemieckiego od 1433. Nietuzinkowy władca o wysokiej inteligencji, niezwykle energiczny i ambitny. Ocena jego rządów nadal pozostaje gorącym tematem dyskusji historyków. Z jednej strony obrońca chrześcijaństwa próbujący zjednoczyć narody Europy przeciw muzułmańskiemu zagrożeniu, podejmujący krucjaty przeciw Turkom osmańskim, z drugiej zaś wykorzystywał instrumenty religijne do realizacji własnych dynastycznych planów. Polityka Zygmunta prowadziła do licznych wojen i w znacznej mierze przyczyniła się do osłabienia rządzonych przez niego państw. Nielubiany na Węgrzech, nałożył wysokie podatki, które doprowadziły do buntów chłopskich w Transylwanii. Nielubiany również przez Czechów, którzy ostro protestowali przeciw objęciu przez niego tronu po zmarłym przyrodnim bracie Wacławie IV. Powodem było jego przewrotne postępowanie w sprawie Jana Husa, którego spalono na stosie. Doprowadził do wybuchu wojen husyckich. Planował rozbiór Polski w 1392, ale wtedy sprzeciwili się temu Krzyżacy. Jednak w roku 1410, po wybuchu wielkiej wojny, bardzo chętnie widzieli go w swoim obozie. [wróć]

Chodzi o lenników Polski: Janusza Mazowieckiego księcia warszawskiego i Siemowita IV księcia płockiego. [wróć]

Witold (1350–1430) – syn Kiejstuta i Biruty, kapłanki bogini Praurime. Legenda głosi, że kiedy Kiejstut ją ujrzał, z miejsca zapragnął poślubić. Ona jednak odmówiła, tłumacząc, że już bóstwom została przyrzeczona. Wzburzony książę porwał ją, zniewolił i uczynił swoją żoną. Miał z nią ośmioro dzieci, a jednym z nich był właśnie Witold. Poparł swojego ojca w walce przeciw stryjecznemu bratu Jagielle, gdy ten objął władzę na Litwie po śmierci Olgierda. Uwięziony wraz z Kiejstutem w Krewie, najpierw uciekł do Janusza Mazowieckiego, a potem do Malborka. Tam w 1384 roku został przez Krzyżaków ochrzczony. W roku 1385 on i Jagiełło zawarli pokój. W następnych latach toczył walkę o władzę ze Skirgiełłą – bratem Jagiełły. Wielki książę litewski od 1401 roku. [wróć]

Ulryk von Jungingen (1360–1410) – komtur Bałgi w latach 1396–1404, później wielki marszałek i komtur Królewca. W roku 1407, po śmierci swego brata Konrada, został wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. W przeciwieństwie do brata, który był zwolennikiem ekspansji zakonu na północ, uczynienia z niego potęgi morskiej, Ulryk dążył do konfrontacji z unią polsko-litewską. Za bezcen oddał królowej Małgorzacie Gotlandię i wszystkie siły skupił na wojnie z Jagiełłą. Miłośnik słodyczy, specjalnie dla niego sprowadzano cukierki anyżowe drogą morską. Zginął na polach Grunwaldu. [wróć]

Pogańskie święto związane z letnim przesileniem obchodzone w najkrótszą noc w roku. Zwane również Kupalnocką, Sobótką, Nocą Świętojańską. Jest to święto ognia, wody, Słońca, Księżyca, urodzaju, młodości oraz płodności obchodzone przez ludy słowiańskie, bałtyjskie, germańskie i celtyckie. Słowo „kupała” pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego kump i oznacza grupę, zbiorowość w sensie gromadzenia się, a nie, jak chcą tego chrześcijanie, od rosyjskiego słowa określającego „kąpiel”, na cześć Jana Chrzciciela, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli. [wróć]

Staja – staropolska miara długości – ok. 893 m. [wróć]

Modelowany kaftan męski szyty z miękkich tkanin jedwabnych, aksamitu i sukna. Mszczuj ze Skrzyńska miał na sobie jakę rycerską, typu ochronnego. Ubiór taki wzmacniano od spodu metalowymi płytami bądź kolczugą wszywaną między warstwę płótna i waty. [wróć]

Grajkowie używający instrumentów podobnych do skrzypiec. [wróć]

Wędrowni minstrele, błaźni, akrobaci. [wróć]

Wino pijane w średniowieczu było najczęściej białe lub jasnoczerwone, rozcieńczane wodą i znacznie słabsze od tego, jakie znamy dzisiaj (porównywalne z dzisiejszym piwem). W średniowieczu zapomniano o wypracowanym przez Rzymian systemie kanalizacji, miejskie studnie zostały skażone ściekami i dlatego pito wino wymieszane z wodą. Zawarta w winie ilość alkoholu wystarczała do dezynfekcji zanieczyszczonej wody. [wróć]

Mowa o pokoju zawartym 8 października 1409 roku w przygranicznej warowni nad Brdą. Scena zawarcia rozejmu opisana została w drugim tomie cyklu, Aksamitny dotyk nocy. [wróć]

Kopia to najmniejsza jednostka organizacyjna konnicy rycerskiej w ówczesnej Europie łacińskiej. W jej skład wchodził rycerz-kopijnik, zazwyczaj okryty lepszym pancerzem niż pozostali, wyspecjalizowany w walce wręcz przy użyciu długiej broni drzewcowej (kopia). Towarzyszyli mu lżej zbrojni strzelcy, posługujący się bronią zasięgową (łuki bądź kusze). Przyjmowało się, że na kopię składa się trzech wojowników: jeden kopijnik i dwóch strzelców, ale najnowsze badania dowodzą czegoś innego. Dla kopii krzyżackich przyjmuje się skład dziewięcioosobowy. Każdemu rycerzowi-zakonnikowi towarzyszyło osiem pocztowych sług uzbrojonych jako strzelcy. Natomiast wśród rycerstwa pełniącego na rzecz zakonu służbę wojskową z tytułu posiadania ziemi skład kopii wahał się od jednego do kilku zbrojnych pachołków.

Kilkanaście lub kilkadziesiąt kopii łączono w tak zwane chorągwie, podstawowe jednostki organizacyjne jazdy rycerskiej. Chorągwie zazwyczaj formowane były na zasadzie terytorialnej i skupiały w swoich szeregach ogół zbrojnych wystawionych z terenu jednego komturstwa, wójtostwa, miasta. Często występowały również chorągwie rodowe, skupiające rycerzy z jednego rodu i chorągwie nadworne.

Chorągwie łączono w większe jednostki zwane hufcami lub bataliami. [wróć]

Zakon założony został w 1202 roku przez biskupa ryskiego Alberta von Buxhövdena, w oparciu o regułę templariuszy. Siedzibą była Ryga. W roku 1237 kawalerowie mieczowi połączyli się z zakonem krzyżackim, przyjmując jego regułę, zachowali jednak w Inflantach swoją administrację. W okresie opisywanym w książce tak naprawdę zakon kawalerów mieczowych już nie istniał, można mówić jedynie o inflanckiej gałęzi zakonu krzyżackiego, jednak dla większego kolorytu powieści postanowiłem pozostać przy tej nazwie. Po dwustu latach, gdy Krzyżacy byli osłabieni wojnami z Polską i Litwą, doszło do ponownego rozłamu zakonów. [wróć]

Drzewo Życia jest mistycznym organizmem, który odpowiada całości bytu. Ukazane w schematycznym diagramie obrazuje powstanie i budowę wszechświata, jak również atrybuty Boga. Znajduje się na nim dziesięć sefir (czasami występuje jeszcze jedenasta, Daat – Wiedza, mediująca między Chochmą i Biną). Sefiry przejmują światło kolejnej wyższej emanacji i przesyłają je niżej za pomocą dwudziestu dwóch ścieżek spinających całe drzewo. Najniższa z nich, Malchut, odbija blask i posyła go z powrotem w górę.

Sefira 1 Keter (Korona, Jedność)

Boskie Imię: Jestem, Który Jestem.

Ścieżka: środkowa – równowagi

Jest źródłem całego światła przepływającego przez Drzewo Życia, czystą, niepodzielną istotą, wolą Stwórcy. Pierwsza sefira zawiera wszystko, co było, jest i będzie. Nazywana bywa nicością, bo zawiera tajemnicę stworzenia z niczego.

Sefira 2 Chochma (Mądrość, Miłość, Moc)

Boskie Imię: Jah

Ścieżka: prawa – męska

Pierwotna, czysto męska zasada aktywności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Abba – Ojciec. Aktywna sefira ukryta za wszystkim, co pozytywne, dynamiczne, napierające. Jest wszędzie tam, gdzie obserwujemy zmiany i ruch. Stanowi impuls dający początek działaniu.

Sefira 3 Bina (Zrozumienie, Życie, Forma)

Boskie Imię: Jahwe

Ścieżka: lewa – żeńska

Pierwotna, czysto żeńska zasada bierności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Aima – Matka. Jest intelektem w jego biernym i refleksyjnym charakterze. Jej cechy to bierność i czułość, znajdujące się u podłoża wszystkiego, co potencjalne, nierzeczywiste i stałe.

Sefira 4 Chesed (Łaska, Miłosierdzie)

Boskie Imię: El

Ścieżka: prawa – męska

Jest siłą nadającą kształt rzeczom, wprowadza porządek, odpowiada za świadomość zmian i różnic. Odpowiedzialna za tworzenie form, jakie ma przyjmować energia. To łaska Opatrzności, która obdarza wszystkim, co potrzebne.

Sefira 5 Gewura (Srogość, Sprawiedliwość, Surowość, Siła, Lęk)

Boskie Imię: Eloah

Ścieżka: lewa – żeńska

To surowy osąd boży, równoważący twórczą aktywność Chesed aktywnością destrukcyjną. Odpowiada za świadomość zmian i różnic, ale w przeciwieństwie do Chesed odpowiedzialna jest za zniszczenie form, jakie może przyjmować energia.

Sefira 6 Tifereth (Piękno, Harmonia, Ozdoba)

Boskie Imię: Elohim

Ścieżka: środkowa – równowagi

Reprezentuje stan harmonii pomiędzy sefirami. Promieniuje ciepłem na ludzi, zwierzęta i uprawy łaskawością Chesed, ale również smaga je i niszczy srogością Gewury.

Sefira 7 Necach (Zwycięstwo, Wieczność)

Boskie Imię: JHVH Cewaot

Ścieżka: prawa – męska

Jest wytrzymałością, hartem ducha i nieustającą cierpliwością Boga. Reprezentuje energię nieposiadającą formy, rozkwitanie mimo przeciwności. Jest mocą przyciągania i spójności świata. Ta sefira to zwycięstwo płynące z doświadczenia. Jest to świadomość człowieka, który uczy się lekcji fizycznego świata, zwracając się ku temu, co samo się ku niemu zwraca.

Sefira 8 Hod (Chwała, Odbicie, Majestat)

Boskie Imię: Elohim Cewaot

Ścieżka: lewa – żeńska

Symbolizuje wyższe zdolności umysłowe, wnikliwość, wyobraźnię, rozum, logikę i ograniczenia narzucone umysłowi przez wykształcenie i wychowanie. Reprezentuje świadomość form, jakie przyjmuje energia. Odpowiada za tworzenie w świadomości uporządkowanych obrazów świata materialnego. W przeciwieństwie do Necach, reprezentującej świadomość czystej energii, Hod musi się zamanifestować w rzeczywistości.

Sefira 9 Jesod (Fundament, Podstawa, Roztropność)

Boskie Imię: Szadaj

Ścieżka: środkowa – równowagi

Miejsce łączenia wszystkich aktywnych sił. Często utożsamiana z Księżycem, ponieważ odbija światło wszystkich innych sefir w Malchut. Jest początkiem samoświadomości, tu zacierają się granice pomiędzy „ja” i „nie-ja”.

Sefira 10 Malchut (Królestwo, Panowanie)

Boskie Imię: Adonaj

Ścieżka: środkowa – równowagi

Oznacza materię bądź obecność Boga w świecie materialnym. Jest sferą ziemi i królestwem fizyczności, koncentruje się na człowieku. Ostatnie naczynie Boga i środek, dzięki któremu pozostałe sefiry urzeczywistniają swój potencjał. Jest uwiecznieniem emanacji i całego procesu stwarzania świata. Dzieła średniowieczne odbierają jej pierwotny sakralny charakter i opisują jako sefirę upadłą, skażoną materią. Natomiast kabała luriańska umieszcza Malchut w centrum stworzenia. [wróć]

Przywódca piratów bałtyckich zwanych Braćmi Witalijskimi (Vitalienbrüder), którzy atakowali zarówno okręty Hanzy, jak i Danii. Postać Klausa Störtebekera znamy dzięki ludowym opowieściom, w których występuje jako sprawiedliwy korsarz, oraz dokumentom Hanzy, gdzie znajdujemy o nim wzmiankę jako o człowieku przebiegłym i okrutnym. Pochodził z Roztoki i pływał na statkach tamtejszych patrycjuszy, ale skrzywdzony przez jednego z nich, nie mogąc znaleźć sprawiedliwości u sędziów, przyłączył się do „wrogów ludzi i przyjaciół Boga”, czyli Witalijczyków. Wraz z załogami swoich okrętów przez długie lata siał spustoszenie na Bałtyku. Wreszcie ujęto go podczas bitwy morskiej u wybrzeży Helgolandu, a wraz z nim siedemdziesięciu jego ludzi. Wszyscy zostali skazani na ścięcie. Legenda głosi, że Störtebeker miał prosić o łaskę dla tylu swoich kompanów, obok ilu po ścięciu, z odrąbaną głową, zdoła jeszcze przebiec. I ponoć bezgłowy pirat biegł szpalerem skazańców, a gdy minął już pięciu, przerażony kat rzucił mu pod nogi katowski pieniek i wtedy dopiero korsarz się przewrócił. [wróć]

Potoczna nazwa holka, średniowiecznego żaglowca, używanego do celów handlowych na Bałtyku i Morzu Północnym. Wywodził się z mniejszej kogi, którą w XV wieku ostatecznie wyparł. Początkowo okręt jednomasztowy, potem dwu- i trzymasztowy. Posiadał przedni i tylny kasztel. [wróć]

Chodzi tutaj o podziemia Bazyliki Świętych Janów na Lateranie. Niegdyś siedziba papieży. [wróć]

Miało to nastąpić za pontyfikatu Sylwestra II i mówiono, że jeden Sylwester potwora uwięził, a drugi go wypuści. Oczywiście wraz z nadejściem Nowego Roku katastrofa nie nastąpiła i lud ogarnęła euforia. Bawiono się i tańczono do rana, a od tego czasu z tej okazji, w ostatni dzień roku, urządza się huczne zabawy sylwestrowe. [wróć]

Mikołaj Trąba (1358–1422) – jedna z najwybitniejszych postaci średniowiecza. Zaufany doradca króla Władysława Jagiełły. Podkanclerzy koronny w latach 1403–1412, arcybiskup halicki 1410–1412, arcybiskup gnieźnieński od 1412 i pierwszy prymas Polski. Brał udział w bitwie pod Grunwaldem. W 1415 roku przewodniczył polskiej delegacji na soborze w Konstancji i tam został wysunięty jako kandydat na papieża. Tam też, wbrew stanowisku polskiej delegacji, nie potępił szkalującej Polaków satyry Jana Falkenberga oraz wyroku skazującego na śmierć Jana Husa. Można przypuszczać, iż uczynił to, chcąc zjednać sobie sojuszników w celu zostania papieżem. Pogubił się w swojej polityce i nawet przyłączył do koalicji antypolskiej. Jednak nic mu to nie dało, bo zarówno cesarz, jak i Krzyżacy obawiali się Polaka na tronie Piotrowym i wybrano Włocha, który przyjął imię Marcin V. Ów papież ofiarowywał Mikołajowi Trąbie godność kardynalską, którą ten odrzucił, nie chcąc podlegać wyłącznej władzy papieskiej. Papież zatem nadał mu tytuł – prymas Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego i Pierwszy Książę. Po powrocie do kraju dostojnik musiał się tłumaczyć ze swojego zachowania na soborze i został zmuszony do złożenia przysięgi oczyszczającej go z zarzutu zdrady. [wróć]

Z niemieckiego die Struter – zwiadowca. [wróć]

Postać wzorowana na Marcinie z Golina, o którym pisał w swoich kronikach Piotr z Dusburga. Wyczyny Marcina datowane są jednak na koniec lat 70. i początek 80. XIII wieku. Postać była na tyle barwna i interesująca, że przeniosłem ją do początku XV wieku, ubarwiając jedynie w niewielkim stopniu jego życiorys. [wróć]

Wyprawa łupieżcza (od niemieckiego die Reise) na Litwę i Żmudź, dokonywana przez zakonników oraz zaproszonych krzyżackich gości. [wróć]

Tajna organizacja szlachty chełmińskiej założona w 1397 roku w celu ochrony własnych interesów przed zakonem krzyżackim. Jeśli chodzi o nazwę, nawiązuje ona do zwinnych ruchów i uników, które kojarzą się z jaszczurką. Krzyżacy traktowali Prusy jako własną kolonię i ograniczali udział miejscowych we władzy. Szlachta ziemiańska żądała więcej praw i dopuszczenia do współdecydowania. Organizacja była podstawą do powstania Związku Pruskiego. [wróć]

Dżalal-ad Din (1380–1412) – jeden z pretendentów do tronu Złotej Ordy, ale po początkowych klęskach w walce o przywództwo schronił się na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego i został lennikiem księcia Witolda. Uczestnik bitwy pod Grunwaldem. W 1411 roku pokonał dotychczasowego chana Timura i objął rządy nad Złotą Ordą; panował aż do śmierci. [wróć]

Imię księcia Litwy, jakie nadali mu w stepie Tatarzy, a oznaczało obrońcę islamu i praw muzułmańskich, Witold bowiem cieszył się szacunkiem mahometan i zawsze był im przychylny. [wróć]

Pierwsze prymitywne odprzodowe działa artyleryjskie miotające kamienie, zwane „burzycielami murów”, bo jak sama nazwa wskazuje, głównie do tego ich używano. Jednak były bardzo drogie w użytkowaniu. Do kosztów związanych z produkcją należało dodać opłaty dla ludwisarzy, kowali, kamieniarzy, puszkarzy oraz za transport. Do przewiezienia bombardy ważącej 1,5 tony potrzebny był zaprzęg złożony z tuzina koni. Z obliczeń wynikało, że jeden strzał z bombardy kosztował 3,5 grzywny, co było równowartością czterech krów. A należy pamiętać, że wtedy bombarda mogła oddać najwyżej dwa strzały dziennie. [wróć]

Wizerunek jeźdźca z uniesionym do ciosu mieczem to litewska Pogoń, która od 1384 roku stała się herbem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Natomiast Słupy Giedymina to znak rodowy księcia Giedymina, a następnie jego syna Kiejstuta i wnuków: Jagiełły i Witolda. [wróć]

Janusz I Starszy (ok. 1346–1429) – książę warszawski, lennik Polski i sojusznik Władysława Jagiełły. Utrzymywał również przyjazne stosunki z księciem Witoldem, nawet w okresie, gdy ten był skonfliktowany z królem Polski. Przez to stał się wrogiem Krzyżaków i został nawet w roku 1393 przez nich porwany ze Złotorii i uprowadzony do Malborka, przed oblicze Konrada von Jungingena. Został w końcu uwolniony, ale ów incydent wpłynął na dalsze stosunki zakonu i Mazowsza. [wróć]

Siemowit IV (Ziemowit) (ok. 1352–1426) – książę płocki, który w przeciwieństwie do brata Janusza wybrał politykę konfrontacji z Polską. Po śmierci Ludwika Węgierskiego pojawił się pomysł obsadzenia na tronie mazowieckiego Piasta – Siemowita. Problem w tym, że według ustaleń tron polski miała objąć młodociana Jadwiga. Stronnicy Siemowita umyślili sobie, że doprowadzą do jego ślubu z Jadwigą, jednak sprzeciwili się temu Małopolanie (z wojewodą krakowskim Janem z Tęczyna na czele), obawiając się, że przez to wzrośnie potęga Wielkopolan, oraz dlatego, że mieli już w planie unię z Litwą.

Zdesperowany Siemowit próbował porwać Jadwigę, by ją gwałtem poślubić, ale panowie małopolscy, dowiedziawszy się o tym, pokrzyżowali mu plany. Później Siemowit próbował siłą podbić kraj, paląc majątki przeciwników politycznych w Książu, opanowując Kujawy i oblegając Kalisz. Część szlachty obwołała go nawet królem, ale Małopolanie do pomocy ściągnęli oddziały węgierskie, a nawet brat opowiedział się przeciwko niemu, co ostatecznie go zniechęciło do sięgania po koronę. [wróć]

Czytelnika może zdziwić, że wcześniej w powieści jest mowa o chorągwi Świętego Jerzego występującej po stronie krzyżackiej. Oczywiście nie jest to błąd. W bitwie grunwaldzkiej występowały dwie chorągwie o tej samej nazwie. Krzyżacka złożona była z gości zakonu pochodzących z „różnych szczepów i ziem niemieckich” i prawdopodobnie miała biały krzyż na czerwonym polu. Natomiast w polskiej walczyli rycerze czescy i morawscy, a sztandar miał barwy zamienione, czyli czerwony krzyż na białym polu. [wróć]

Text copyright © by Dariusz Domagalski 2010, 2017

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor tego wydania: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce

© Jopics / Schutterstock.com

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Gniewny pomruk burzy, wyd. II, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-847-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Złowieszczy szept wiatru Gniewny pomruk burzy Aksamitny dotyk nocy Cykl krzyżacki. Tom 2. Aksamitny dotyk nocy Delikatne uderzenie pioruna Angele Dei 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge