Goodbye days

Goodbye days

Autorzy: Jeff Zenter

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 24.75 zł

„Gdzie jesteście? Odpiszcie, proszę.” – to ostatnia wiadomość jaką Carver Briggs wysłał do swoich trzech najlepszych przyjaciół. Nigdy nie przypuszczał, że może to doprowadzić do ich śmierci.

Teraz Carver nie może się pozbyć wyrzutów sumienia. Na domiar złego, wpływowy sędzia przekonuje prokuraturę, by wszczęła w sprawie wypadku postępowanie.

Na szczęście, w życiu chłopaka pojawiają się niespodziewani sojusznicy: dziewczyna Eliego, jedyna osoba w szkole, która chce z Carverem rozmawiać. Dr Mendez, psychoterapeuta i wreszcie babcia Blake’a, która prosi chłopaka by wyprawili jej nieżyjącemu wnukowi „pożegnanie”, polegające m.in. na dzieleniu się opowieściami z życia zmarłego.

Wkrótce w podobny sposób zechcą pożegnać swych bliskich pozostałe dwie rodziny. Carver jednak nie ma pewności co do ich motywów. Czy zdołają się pogodzić ze stratą, czy może jednak pożegnania doprowadzą Carvera na skraj nerwowego załamania lub ‒­ co gorsza ‒ prosto do więzienia?

Tytuł oryginału: Goodbye Days

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Copyright © 2017 by Jeff Zentner

Jacket art and design by Jarrod Taylor

Autor photograph © Jamie Hernandez

Typografia w języku polskim: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-622-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o. o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Motto

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Rozdział czterdziesty siódmy

Rozdział czterdziesty ósmy

Rozdział czterdziesty dziewiąty

Podziękowania

Przypisy

Polecamy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla mojej pięknej Sary.

Mojej barwy zimowych chmur nocą.

Mojego właściwego odcienia błękitu.

Śmierć kradnie wszystko poza naszymi historiami.

Jim Harrison

Rozdział pierwszy

Niewykluczone, że zabiłem trzech moich najlepszych przyjaciół. Niewykluczone, ponieważ opinie w tej kwestii są dość podzielone.

Gdybyście zapytali babcię Blake’a Lloyda – babunię Betsy – zapewne odpowiedziałaby, że nikogo nie zabiłem. Kiedy się dzisiaj spotkaliśmy, otoczyła mnie wilgotnym od łez, mocnym uściskiem i szepnęła mi do ucha: „To nie jest twoja wina, Carverze Briggsie. Wie o tym Bóg i wiem o tym ja”. Babunia Betsy zwykle mówi to, co myśli. Taka już jest.

Gdybyście zapytali rodziców Eliego Bauera – doktora Pierce’a Bauera i doktor Melissę Rubin-Bauer – ci, jak sądzę, odpowiedzieliby: „Być może”. Oboje spoglądali mi dzisiaj prosto w oczy i uścisnęli mi dłoń. Na ich twarzach malował się raczej ból po stracie bliskiej osoby niż gniew. Oboje uścisnęli mi dłoń słabo i delikatnie, jakby nie mieli dość siły na więcej, jakby nie byli pewni, czy obwiniać mnie za swój ból, czy nie.

A ich córka Adair? Bliźniaczka Eliego? Do tej pory byliśmy przyjaciółmi. Nie tak bliskimi jak ja i Eli, ale jednak. Myślę, że Adair uważa, że odpowiadam za śmierć jej brata. Patrzyła na mnie wrogo, zupełnie jakby żałowała, że nie było mnie w tym samochodzie. Patrzyła tak na mnie, rozmawiając z grupką naszych kolegów z klasy, którzy stawili się na pogrzebie.

Pozostają jeszcze sędzia Frederick Edwards i jego była żona Cynthia Edwards. Moim zdaniem, na pytanie, czy zabiłem ich syna, Thurgooda Marshalla Edwardsa, który wolał być po prostu Marsem, odpowiedzieliby zdecydowanym: „Prawdopodobnie tak”. Kiedy podszedłem dziś do jak zawsze nienagannie ubranego sędziego Edwardsa, dłuższą chwilę mierzył mnie z góry uważnym spojrzeniem. Milczenie zaczęło się przeciągać, a powietrze między nami zdawało się tężeć i zastygać.

– Dobrze pana widzieć… – odezwałem się wreszcie i wyciągnąłem spoconą dłoń.

– Dzisiaj nic nie jest dobre – oznajmił dostojnym, nieprzystępnym tonem, zacisnął usta i popatrzył ponad moim ramieniem w dal.

Być może okazując mi obojętność, usiłował ukryć fakt, że w głębi duszy uważał mnie za winnego śmierci jego dziecka. Ścisnął mi rękę tak, jakby chciał naraz dopełnić towarzyskiego obowiązku i mnie ukarać.

A co ja o tym myślę? Otóż uważam, że to ja zabiłem trzech swoich najlepszych przyjaciół.

Nieumyślnie. W zasadzie jestem pewien, że nikt nie podejrzewa mnie o premedytację; nikt nie podejrzewa, że pod osłoną nocy wpełzłem pod samochód i podstępnie przeciąłem przewody hamulcowe. Nic z tych rzeczy. Raczej okrutna ironia losu: jako przyszły pisarz „wypisałem” ich z księgi życia. Gdzie jesteście, chłopaki? Odpiszcie – niezbyt kreatywny, mało błyskotliwy SMS. Niemniej, na ekranie telefonu znalezionego przy ciele Marsa (to on siedział za kółkiem) widniała niedokończona odpowiedź na mój SMS. Zrobił to, o co go poprosiłem, i pędząc prawie sto sześćdziesiąt na godzinę, wpakowali się w stojącą na autostradzie ciężarówkę. Samochód chłopaków wbił się pod przyczepę, która praktycznie ścięła całe nadwozie.

Czy mam absolutną pewność, że to właśnie moja wiadomość uruchomiła łańcuch wydarzeń, który doprowadził do śmierci przyjaciół? Nie, nie mam, a mimo to jestem o tym głęboko przekonany.

Czuję się odrętwiały, pusty. Wciąż jeszcze nie dopadło mnie przenikliwe, palące cierpienie, choć wiem, że pojawi się wkrótce. Pamiętam, jak kiedyś pomagałem mamie w kuchni i zabrałem się do krojenia cebuli. Nóż zjechał po śliskiej główce i głęboko skaleczył mi dłoń. W tym momencie mój mózg po prostu zamarł, jakby potrzebował czasu, aby się połapać w sytuacji i zorientować, czy rzeczywiście jestem ranny. W pierwszej chwili uświadomiłem sobie tylko dwa fakty: czuję jedynie krótkie uderzenie i tępe pulsowanie, ale ból nieodwołalnie musi nadejść. I wierzcie mi, nadszedł. Pomyślałem też, że za sekundę, najdalej dwie, poplamię krwią ukochaną bambusową deskę kuchenną mamy (owszem, niektórzy ludzie nawiązują głębokie więzi emocjonalne z deskami do krojenia; nie pytajcie – ja tego nie rozumiem).

Tak więc jestem na pogrzebie Blake’a Lloyda i czekam, aż nadejdzie ból. Czekam, aż moja krew zachlapie wszystko dokoła.

Rozdział drugi

Jestem siedemnastoletnim ekspertem od pogrzebów.

Plan był jasny i oczywisty – wszyscy mieliśmy szczęśliwie przebrnąć przez ostatni rok w Nashville Arts Academy. Po szkole Eli zamierzał wstąpić na Berklee College of Music, na wydział gitary. Blake wybierał się do Los Angeles, gdzie chciał się zająć pisaniem scenariuszy i karierą komika. Mars nie zdecydował jeszcze, dokąd wyjedzie, nie miał jednak wątpliwości, co będzie robił: zamierzał rysować komiksy. Ja z kolei wahałem się pomiędzy uniwerkami Sewanee lub Emory, gdzie chciałem studiować kreatywne pisanie.

Żaden punkt planu nie przewidywał, że będę kiedykolwiek czekał na rozpoczęcie uroczystości pogrzebowych trzeciego już członka Brygady Sos. Marsa pochowano wczoraj. Eliego dzień wcześniej.

Pogrzeb Blake’a jest w małym białym kościółku baptystów – jednym z mniej więcej 37 567 takich samych baptystycznych kościółków w Nashville. Cuchnie tu dietetycznymi herbatnikami, klejem i starą wykładziną. Na ścianach wiszą rysowane kredkami obrazki z życia Jezusa. Przypominająca brodaty lizak postać rozdaje niebieskie i zielone ryby tłumowi ludzików nakreślonych za pomocą kilku kresek. Klimatyzacja nie radzi sobie z wczesnosierpniowym upałem i koszmarnie się pocę w nowym granatowym garniturze, który pomogła mi wybrać moja siostra Georgia. W sumie powinienem raczej napisać, że wybrała go sama, podczas gdy ja stałem obok kompletnie otumaniony. Z odrętwienia wyrwałem się tylko na moment, by wyrazić przekonanie, że zdaje się, lepszy byłby czarny. Georgia cierpliwie i łagodnie wyjaśniła mi, że granatowy jest w porządku, a w dodatku będę mógł go zakładać na inne okazje, już po pogrzebie. Powinna była powiedzieć „po pogrzebach”. Zawsze się myli. A może nie?

Siedzę z tyłu, czoło oparłem o ławkę przed sobą. Ze wzrokiem wbitym w kołyszący się leniwie koniuszek krawata, zastanawiam się, co sprawiło, że ludzkość dotarła do etapu, w którym ktoś stwierdził: „Ej, hola, hola! Musisz obwiązać sobie szyję wąskim paskiem kolorowego materiału, abym mógł potraktować cię poważnie”. Niebieska wykładzina upstrzona jest białymi ciapkami. Ciekawe, kto projektuje dywany? Jacy ludzie upatrują w tym swoje powołanie? Kto decyduje: „Nie! Nie! Znowu źle! Trzeba coś tu dodać… O, wiem! Białe ciapki! Bez nich dzieło nie będzie skończone!”. Skupiam się na tych głupstwach, ponieważ wpisane w naturę świata absurdy należą do nielicznych rzeczy, jakie pozwalają mi zająć myśli. A w tej chwili bardzo potrzebuję czymś je zająć.

Przyciśnięte do twardej, gładkiej deski czoło zaczyna mnie boleć. Mam nadzieję, że wyglądam, jakbym się modlił. Chyba właśnie tym wypada się zajmować w kościele, na pogrzebie. Mam nadzieję, że dzięki temu nie będę musiał wdawać się w puste, banalne rozmowy. Nie znoszę tego. Tych pełnych troski: „To naprawdę straszne… Taka strata… Był taki młodziutki… Był taki dowcipny… Był… Był… Był…”. Forma ucieczki w bezpieczne komunały. W obliczu śmierci język jest z gruntu bezsilny. Może nie powinienem oczekiwać, że w takich okolicznościach ktokolwiek zdobędzie się na coś więcej ponad sprawdzone – i prawdziwe zresztą – formułki.

Zebrał się spory tłumek. Dalecy krewni Blake’a ze wschodniego Tennessee, znajomi z parafii, koleżanki z pracy babuni Betsy, grupka znajomych z klasy. Może nie wszyscy są moimi przyjaciółmi, ale z większością jestem dość blisko. Kilka osób podchodzi i składa mi ekspresowe, zwięzłe kondolencje, ale pozostali dają mi święty spokój, za co jestem im wdzięczny. Pod warunkiem, że robią to w odruchu współczucia, a nie dlatego, że Adair zdążyła ich przekonać, iż jestem mordercą.

Obok rozlega się szelest, ugina się poduszka leżąca na ławce, zalewa mnie fala ciepła i słoneczna woń kapryfolium. Jeżeli jakikolwiek zapach ma w ogóle szansę zmierzyć się z potęgą śmierci, to właśnie zapach kapryfolium.

– Cześć, Carver.

Podnoszę wzrok. Jesmyn Holder. Dziewczyna Eliego. Była dziewczyna? Nie jestem pewien, jakich użyć słów, przecież się nie rozstali. Spotykali się od około dwóch miesięcy. Pod oczami ma ciemne półksiężyce, policzki pokrywa żałoba niczym warstwa brudu.

– Cześć, Jesmyn.

– Mogę tu usiąść?

– Pewnie. – Cieszę się, że Adair jeszcze nie zdążyła przekabacić wszystkich.

– W sumie i tak już usiadłam.

– Podobno ktoś kiedyś powiedział, że łatwiej jest za coś przepraszać, niż prosić o pozwolenie.

– Sam przyszedłeś? – pyta Jesmyn. – Na poprzednich dwóch pogrzebach byłeś z dziewczyną.

– Z Georgią, moją siostrą. Dzisiaj nie mogła się wyrwać z pracy. Przepraszam, że nie odezwałem się do ciebie na tamtych pogrzebach.

– I tak nie miałam ochoty rozmawiać.

– Właśnie. Ja też nie. – Rozluźniam kołnierzyk koszuli. – Potwornie gorąco, prawda?

Najogólniej rzecz ujmując, wolałbym zostać ugryziony w jaja przez warana z Komodo, niż gawędzić o pogodzie. Czasami jednak trzeba się zmusić.

– Tak, ale wiesz, część moich genów pochodzi z Filipin, więc sobie radzę – odpowiada Jesmyn.

Przez chwilę siedzimy bez słowa. Jesmyn rozgląda się po kościele.

– Jest sporo ludzi, którzy byli też na tamtych pogrzebach.

Nieznacznie unoszę głowę.

– Część z nich to nasi koledzy ze szkoły. Nadal chcesz wstąpić do naszej Nashville Arts Academy?

– Oczywiście. Chyba nie sądzisz, że zdecydowałam się tylko ze względu na Eliego, co?

– Nie. To znaczy… nie wiem. Nie.

– W zeszłym roku dwie dziewczyny z NAA dostały się na wydział fortepianu u Juilliarda. Całkiem spory odsetek. Stąd mój wybór. Dokonałam go, zanim poznałam Eliego.

– Dobrze, że nie zrezygnowałaś. Cieszę się. Nie miałem na myśli niczego złego.

– W porządku. Chociaż w tej chwili dziwnie się o tym rozmawia.

– Fakt.

Zapłakana babunia Betsy podchodzi do cedrowej trumny Blake’a, powłócząc nogami. Chce przed rozpoczęciem uroczystości raz jeszcze pogładzić wieko. Zrobiłem to samo, zanim usiadłem w ławce. Ostra i czysta woń cedrowego drewna nie kojarzy się z zapachem czegoś, co ma zostać zakopane pod ziemią. Trumna jest zamknięta. Nikt nie pozwala ludziom oglądać bliskich w takim stanie, w jakim znajdują się po Wypadku. Dlatego na wieku przycupnęło zdjęcie Blake’a. Wygląda na nim komicznie. Zrobił je sobie w jakimś supermarkecie, u Olan Millsa czy u Searsa. Ma na sobie kupiony w sklepie z używanymi rzeczami sweter z lat osiemdziesiątych i uprasowane sztywno w kancik spodnie koloru khaki. Na rękach trzyma olbrzymiego perskiego kocura z dziwnie naburmuszoną miną. Blake nie miał kota. Na potrzeby tego zdjęcia musiał zwierzaka od kogoś pożyczyć. Cały Blake. Zaokrągloną twarz rozświetla szczery, promienny uśmiech. Oczy ma zamknięte, jakby fotograf przyłapał go w momencie mrugnięcia. Uważał, że zdjęcia mrugających osób wyglądają zabawnie.

Patrząc na fotografię, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Nic dziwnego. Często wystarczało, że Blake wchodził do pokoju, a ja od razu zaczynałem rechotać.

– A twoi rodzice? – pyta Jesmyn, wyrywając mnie ze wspomnień. – Dlaczego ich nie ma?

– Są we Włoszech. Świętują dwudziestą piątą rocznicę. Chcieli wrócić, ale nie mogli dostać biletów, a w dodatku tata zgubił gdzieś paszport i musiał załatwić masę formalności. Przylatują dopiero jutro.

– Niefajnie.

– Dlaczego nie usiadłaś z rodzicami Eliego?

Jesmyn zakłada nogę na nogę, strąca z czarnej sukienki drobny kłaczek.

– Usiadłam, lecz Adair zachowuje się dziś nieznośnie. W pewnym momencie zauważyłam ciebie i wydałeś mi się bardzo samotny.

– Może po prostu taką mam twarz?

Jesmyn odgania z czoła kosmyk lśniących, rudoczarnych włosów. Czuję zapach szamponu.

– Pomyśl, jak głupio bym się poczuła, gdybym podeszła cię pocieszyć i okazałoby się, że wcale tego nie potrzebujesz.

– Adair na pewno nie będzie zachwycona, że akurat mnie pocieszasz.

– No cóż. Czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka?

Przecieram oczy. Wyczerpanie zaczyna dawać mi się we znaki. W ciągu trzech ostatnich dni udało mi się przespać najwyżej kilka godzin.

– Często rozmawiałaś z jego rodzicami i siostrą po wypadku?

Patrzę jej w oczy i w tej samej chwili uderza mnie myśl, że nie mam pojęcia, co Jesmyn sądzi o całej tej sytuacji. O kwestii winy. Brak snu pozbawił mnie hamulców i zadałem pytanie, na które może paść bardzo nieprzyjemna odpowiedź. Nie wiem, czy jestem gotów ją usłyszeć.

Jesmyn otwiera usta, lecz wtedy rozpoczyna się msza. Pochylamy głowy. Pastor odmawia modlitwę i czyta krzepiące fragmenty z ewangelii. Ceremonia bardziej przypomina wystawny pogrzeb Marsa w kościele New Bethel AME niż ciche i skromne pożegnanie Eliego w domu pogrzebowym braci Connelly. Rodzice Eliego są ateistami i był to pierwszy pogrzeb w moim życiu, podczas którego ani razu nie padło słowo „Bóg”. Mam siedemnaście lat, a doświadczeniem w dziedzinie chowania bliskich mogę się prawdopodobnie równać z ludźmi dwa razy starszymi.

Sześcioro członków naszego szkolnego chóru wykonuje a cappella żałobną pieśń. Występowali też podczas dwóch poprzednich uroczystości pogrzebowych. Strużki łez na twarzy Jesmyn wyglądają jak rzeki w atlasie. Wpatrzona prosto przed siebie, unosi wymiętą chusteczkę, ociera oczy i nos. Nie rozumiem, dlaczego nie płaczę, choć powinienem. Może na tej samej zasadzie, na jakiej niekiedy zimą panuje zbyt silny mróz, by mógł spaść śnieg?

Jeden z wujków Blake’a odczytuje ustęp z pierwszego listu do Tesaloniczan. Księga Czwarta, wersy od czternastego do siedemnastego:

– „Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim. To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli. Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem”1.

Mucha ląduje na ławce przede mną i zaciera tylne nóżki. Mucha żyje, a Blake zginął. Cały świat tętni bzyczącym, pulsującym życiem. Wyjątek stanowi ustawione z przodu nawy drewniane pudło. W nim nie porusza się nic. Ten bezruch jest skutkiem mojej banalnej, rutynowej czynności. Ot, napisałem do kumpli SMS. W ludzkim świecie to przecież rutyna. Coś jak u much pocieranie odnóży. Robimy to codziennie. Coś takiego nie powinno zabijać najlepszych przyjaciół.

Babunia Betsy wychodzi ociężale na podwyższenie. Ma chore kolana. Zaraz wygłosi mowę. Milczy, dłuższą chwilę zbiera się w sobie. Nie ma ze sobą kartki, zapewne chce wypowiedzieć to, co leży jej na sercu. Po oczach babuni widać jednak, że tłoczy się w nim zbyt wiele emocji, ma kłopot z wyborem.

Staram się nie oddychać zbyt często ani za głośno, wokół panuje cisza jak makiem zasiał. Zasycha mi w ustach, w głowie czuję narastający ból. Drapie mnie w gardle, mam wrażenie, że coś je zatkało. Prowizoryczny mur, który wzniosłem – podobnie jak wszyscy – by ukryć przed światem obraz własnej żałoby, zaczyna się kruszyć.

Babunia Betsy odchrząkuje i zaczyna mówić:

– Życie Blake’a nie zawsze było usłane różami, ale wiódł je z radością. Kochał rodzinę i przyjaciół, a oni odwdzięczali mu się tym samym.

Mur rozsypuje się na dobre, uwalniając powstrzymywane dotąd wzburzone fale szarego morza. Kryję twarz w dłoniach, łokcie opieram na kolanach. Mocno przecieram oczy i czuję sączące się między palcami łzy. Cały dygocę. Jesmyn kładzie mi dłoń na ramieniu. Na szczęście ból gardła znika, zupełnie jakby pękł blokujący je, wypełniony łzami ropień.

– Blake był bardzo wesoły, zabawny – ciągnie babunia Betsy. – Nie było w jego otoczeniu osoby, której nie zdołałby wcześniej czy później rozśmieszyć.

Łzy spływają mi po nadgarstkach, moczą mankiety koszuli. Kapią z wolna na niebieską wykładzinę i na białe ciapki. Przez moment stają mi przed oczami wszystkie miejsca, które naznaczyłem w życiu niewielkimi częściami siebie. Od dzisiaj moje łzy pozostaną też w tym kościółku. Być może, kiedy umrę, potną tę wykładzinę, wydobędą z niej okruch mojego DNA i zdołają mnie wskrzesić. Może na tym właśnie będzie polegać zmartwychwstanie.

– Pomyślcie o nim za każdym razem, gdy ktoś was rozbawi. Wracajcie do niego pamięcią, kiedy sami kogoś rozweselicie. Poświęćcie mu myśl zawsze, gdy usłyszycie czyjś śmiech.

Nabieram powietrza w płuca. Rwany, drżący oddech. Pewnie zbyt głośno przy tym sapnąłem, ale nic mnie to nie obchodzi. Właśnie dlatego usiadłem z tyłu. Nie czuję na sobie niczyich spojrzeń.

– Już teraz nie mogę się doczekać dnia, kiedy ponownie go zobaczę, gdy będę mogła go znowu przytulić. Do tego momentu musi mi wystarczyć pewność, że zasiadł już u stóp naszego Zbawcy. – Babunia milknie, próbuje się opanować, po czym podejmuje: – Sądzę, że Jezus też zaśmiewa się z jego żartów. Dziękuję wam wszystkim za obecność. Blake na pewno potrafiłby to docenić.

Uroczystość dobiega końca. Przypominam sobie, że mam nieść trumnę, i wstaję. O pomoc przy trumnach Marsa i Eliego nikt mnie nie poprosił.

Jesmyn muska moją dłoń.

– Podwieźć cię na cmentarz?

Dziękuję skinieniem głowy. Zapadam się w sobie. Jestem jak człowiek, który budzi się z koszmarnego snu i stwierdza, że cała poduszka jest wilgotna od łez. Czuje się wtedy jedynie strach – zwierzęcy, bezkształtny, zwielokrotniony przewrotną logiką snu. Nie możemy sobie przypomnieć, co doprowadziło nas do płaczu, albo potrafimy i okazuje się, że dano nam w tym śnie okazję na odkupienie win. Szansa zniknęła jednak wraz z przebudzeniem, pozostały łzy.

Wraz z kilkoma innymi osobami przenoszę trumnę Blake’a do karawanu. Skrzynia waży chyba pół tony. Nauczycielka fizyki zadała nam kiedyś pytanie: „Co jest według was cięższe? Kilogram piór czy kilogram ołowiu?”. Wszyscy bez wahania odpowiedzieliśmy, że kilo ołowiu. Dzisiaj już wiem, że ciężar trumny najlepszego przyjaciela nie równa się ciężarowi ołowiu i pierza. Jest znacznie większy.

* * *

Karawan czeka bardzo blisko, ale popołudnie jest parne i naprawdę gorące. Kiedy wreszcie podchodzę do poobijanego nissana Jesmyn, ociekam potem.

– Niestety, padła mi klimatyzacja. Przykro mi – mówi Jesmyn, strącając z fotela pasażera podręczniki do gry na fortepianie.

– Pewnie umierasz z gorąca, jak gdzieś jedziesz.

– Trafne spostrzeżenie. Znakomity dobór słów. Zwłaszcza dzisiaj.

– Zapewne jeżdżąc tym samochodem, odczuwasz skrajny dyskomfort? – mówię z przekąsem. Zajmuję miejsce i opuszczam boczną szybę.

Niemal przez całą drogę milczymy. Duszne powietrze oblepia nam twarze. Czuję formujące się na policzkach drapiące ziarenka soli.

– Wszystko w porządku? – pyta Jesmyn kilka przecznic od cmentarza.

– Tak – kłamię. – Nie – dodaję po kilku sekundach.

Rozdział trzeci

Brygada Sos.

Każda szkolna paczka z prawdziwego zdarzenia potrzebuje odpowiedniej nazwy. My okrzyknęliśmy się Brygadą Sos.

Druga klasa. Dostatecznie blisko wakacji, byśmy trwali w stanie nieustannego rozkojarzenia. Piątkowa noc, a my dopiero co wyszliśmy ze szkolnego przedstawienia, autorskiej adaptacji musicalu Rent. Wypadło świetnie. W taki piątkowy wiosenny wieczór, kiedy każdy z nas miał przy sobie trzech najlepszych kumpli, spektakl mógł się równie dobrze okazać totalną katastrofą lub nawet kupą gówna (wybaczcie, nad metaforami wciąż jeszcze pracuję), a i tak bylibyśmy w euforii.

Udaliśmy się na wyżerkę do McDonald’sa.

– No dobra – mówi Mars z wypchanymi hamburgerem policzkami – a gdybyście musieli podzielić wszystkie zwierzęta świata na psy i koty?

Eli prycha napojem gazowanym przez nos. Przed momentem śmialiśmy się z pytania, teraz śmiejemy się z Eliego. Gorączkowo ściera Mountain Dew ze swojego ulubionego T-shirta z napisem Wolves in the Throne Room. To jego ukochana kapela.

– Zaraz, co to w ogóle za pytanie? – Blake próbuje złapać oddech.

– Spokojnie, kochany. – Mars macza frytkę w moim ketchupie. – Obczaj to sobie. Szopy byłyby psami. Oposy kotami. Wiewiórki…

– Chwila, moment… – wtrąca Eli.

– Mars, stary, na odwrót – odzywa się Blake. – Szopy w oczywisty sposób byłyby kotami, a oposy psami.

– Nie, zaraz – podejmuje Eli. – Za koty uznajmy wszystkie zwierzaki, których nie da się oswoić czy wytresować. Szopa za cholerę nie oswoisz, więc będzie kotem. Oposa też nie, czyli także kot.

– A skąd wiesz, że nie można wytresować oposa? – pyta Mars.

– Właśnie, zresztą, kota można – zauważam. – Widziałem na YouTubie, jak kot sikał do kibelka.

We trzech zaczynają wyć i rechotać, ledwie są w stanie oddychać. Blake zgina się wpół.

– Przyznaj się, że kiedy nas wystawiasz i wmawiasz nam, że musisz pisać, tak naprawdę siedzisz przed kompem i oglądasz koty sikające do ludzkich kibli. Już nawet słyszę, jak wołasz: „Aha, byłem pewien, że koty też tak potrafią!”.

– Nic podobnego. Czasem trafiam na takie filmiki przypadkiem. Wiesz, życie.

– Wiesz, życie. – Mars płacze ze śmiechu. – Wiesz, życie, powiedział Kosa. O rany, nie wytrzymam.

Łapiecie? Carver?2 Kosa? To Blake wymyślił tę ksywę. Dowcip polega na tym, że wyglądam i ubieram się jak wszyscy kolesie, którzy marzą o literackiej karierze, a ich starsze siostry pracują w Anthropologie i pomagają im w doborze garderoby. Tego rodzaju goście noszą zazwyczaj mniej gangsterskie ksywy.

– Dobra, panowie. Weźmy fretki. Fretki to przecież po prostu takie długie koty – odzywa się Eli.

– Widziałem kiedyś tresowaną fretkę. Da się je oswoić – stwierdza Blake.

– Ale aż tak, żeby siadały na ludzkim kiblu? – wtrąca Mars.

– A na jakim? Słyszałeś o kiblach dla fretek? – kontruje Blake.

– Jeżeli faktycznie fretkę da się wytresować, to cofam, co powiedziałem – mówi Eli.

– Okej, a foki? – podsuwam.

– Mmm… koty – odpowiada Mars.

– Jak? Koty?! – Eli patrzy bez przekonania.

– Kochany, foki się tresuje na sto procent – zapewnia go Blake.

– Chwilka – podejmuje Eli. – Moim zdaniem, Mars chciał w ten sposób przekazać, że jemu foki po prostu kojarzą się z kotami.

– Bo się kojarzą! – Mars bije pięścią w stolik. Tacki aż podskakują. – Mają przecież takie kocie mordki. I tak samo przepadają za rybami. Foki to po prostu morskie kociaki.

Pozostali goście zaczynają posyłać nam krzywe spojrzenia. Nic nas to nie obchodzi. Jesteśmy młodzi, żywi. Trwa piątkowy wiosenny wieczór, uświetniony istną ucztą. Czujemy się jak królowie życia. Świat nie stawia nam żadnych granic.

Blake wstaje z krzesła i grzechocząc w kubku kostkami lodu, dopija napój z głośnym siorbnięciem.

– Panowie, muszę, by tak rzec… – Milknie na moment i dodaje: – Oddać mocz. Za wybaczeństwem waćpanów. Oczekuję jednakowoż, iż po powrocie pozwolicie, że zaprezentuję wam ostateczne rozstrzygnięcie naszego foczego problemu.

– Powinieneś z nim iść. – Mars klepie mnie po plecach. – Trzeba ten moment uwiecznić na filmie.

– Nie widzę sensu – odpowiadam. – Przecież nie ma przy sobie foki.

Mars i Eli wybuchają śmiechem.

Dyskusja trwa w najlepsze. Roztrząsamy kwestie koników polnych, meduz i węży. W pewnym momencie ktoś zauważa, że Blake nie wraca od dobrej chwili.

– E, ziomy, obczajcie to. – Mars wskazuje na przylegający do restauracji plac zabaw.

Blake buja się na koniku na grubej sprężynie. Macha do nas zawzięcie i wydaje z siebie dzikie kowbojskie okrzyki.

– Dupek… – mruczy pod nosem Eli.

– Wstydówa – kwituje Mars.

– Zaraz, co? – pytam. – Wstydówa? Co to w ogóle za słowo? Przecież nikt tak nie mówi.

– Ja tak mówię. Wiesz, jak ktoś robi coś głupiego, strzela wstydówę. Ogarniasz?

– Eee, nie przyjmie się. – Kręcę głową.

Eli zgarnia nieotwarte pakieciki z sosem barbecue z tacy Blake’a i wręcza dwa Marsowi.

– Chodźcie, zbombardujemy go.

Wybiegają na zewnątrz, próbuję nadążyć.

– Kosa, ty filmujesz – decyduje Eli pewnie dlatego, że rzucam tak celnie jak każdy przyszły pisarz.

Blake wciąż się buja, nawołuje i śmieje się obłąkańczo, wywijając nad głową niewidzialnym kapeluszem. Cały czas do nas macha.

Uśmiechamy się do niego szeroko i też machamy – Eli i Mars tylko jedną ręką, ponieważ za plecami chowają sos. Czekają, aż wyciągnę komórkę i włączę nagrywanie.

– Okej – rzuca półgębkiem Mars, nie przestając zapalczywie machać. – Na trzy. Raz, dwa, trzy!

Razem z Elim skaczą naprzód i ciskają pakiecikami sosu. Mars wykazuje się niesamowitą celnością. Pewnie dlatego, że ojciec zmusza go do trenowania niezliczonych dyscyplin sportowych. Eli jest smukły, wysoki i dobrze zbudowany. Gdyby odstawił gitarę, z powodzeniem mógłby zostać całkiem przyzwoitym koszykarzem. Musiałby pozwolić sobie ściąć tę przydługą, kręconą czarną grzywkę, ale na samą sugestię reaguje jak na atak ciężkiej choroby. Paczuszki z sosami teriyaki i barbecue rozbijają się o łeb drewnianego konika i pękają, a na Blake’a tryska prysznic aromatycznej mazi. Radosne okrzyki naszego przyjaciela przechodzą w pełne oburzenia wycie.

– Fuuu…! No kurde…! Co was…?! Wy dupki! Oblechy jedne!

Mars i Eli przybijają piątkę. Zaraz potem przypominają sobie o mnie. Piątki wychodzą mi wyjątkowo koślawo. Chłopaki padają na ziemię i tarzają się ze śmiechu.

Blake schodzi z huśtawki i rusza ku nam z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Z dłoni kapie mu sos. Na jego widok Mars i Eli zrywają się w jednej chwili. Blake gania to jednego, to drugiego, próbuje wymazać ich sosem. Jest stanowczo zbyt wolny, mimo że tamci wciąż rechocą. Ostatecznie daje za wygraną i idzie do łazienki. Kiedy wraca, ociera koszulę wilgotnym, papierowym ręcznikiem.

– Bardzo, kurde, zabawne, bardzo. Cholerna Brygada Sos.

– Wiecie, co? To całkiem nieźle brzmi. Brygada Sos – zauważa Eli.

– Brygada Sos – powtarzam z powagą, unosząc przed siebie zwróconą ku ziemi dłoń.

– Brygada Sos. – Mars nieudolnie parodiuje brytyjski akcent. Jego dłoń ląduje na mojej dłoni.

– Brrrrygadaaaa Soooosssss! – Eli naśladuje manierę sportowego komentatora i przyklepuje dłoń Marsa.

– Brygada… – Blake podnosi rękę, ale zmienia w trakcie kierunek i klepie Eliego w policzek. Próbuje tego samego numeru na Marsie. Obaj chichoczą. – Brygada Sos – potwierdza wreszcie Blake i dokłada rękę.

– Brygada Soooos! – wydzieramy się chórem.

– Kurna, osły, czy któryś chociaż to nagrał? Chciałbym to wrzucić na swojego YouTube’a – mówi Blake.

* * *

Patrzę, jak trumna trzeciego z członków Brygady Sos zanurza się w ziemi.

Z całego składu zostałem tylko ja.

Rozdział czwarty

Późne popołudnie. Samochód Jesmyn podjeżdża do mojego wozu. Słońce sączy się przez liście, rozświetlając je zielonym blaskiem. W głowie czuję bolesne łupanie. Wiem, że nie tylko z powodu napięcia i stresu. Prawie nic dzisiaj nie jadłem.

Siedzimy tak przez chwilę. Lejący się z nieba żar gniecie nas niczym imadło. Po całym tym dniu nie jestem nawet w stanie wysiąść z auta. Wysuwam łokieć za okno.

– Dzięki, że niańczyłaś mnie w kościele i że podwiozłaś mnie na cmentarz. A także za to, że stanęłaś tam obok mnie i że teraz ze mną przyjechałaś. – Urywam na moment. – Nie wiem, czy o czymś nie zapomniałem.

– Nie ma za co – odpowiada Jesmyn głosem całkowicie wypranym z emocji.

Sięgam do klamki, lecz rezygnuję.

– W sumie nie zapytałem, jak ty się czujesz.

Jesmyn ciężko wzdycha i opiera głowę na splecionych na kierownicy dłoniach.

– Tak jak ty. Do dupy.

– No tak…

Ociera łzy. Kilka rzewnych sekund upływa bardzo szybko. Powoli podkrada się poczucie winy, przejmuje pałeczkę z rąk żalu i wyczerpania.

Jesmyn jest dla mnie miła, myślę, że o nic mnie nie obwinia. A jeśli jej zachowanie to tylko maska? Jeśli stara się po prostu ukryć, że mnie nienawidzi? Byłbym w stanie ten mechanizm zrozumieć – czasami jesteśmy dla kogoś uprzejmi, by nie dopuścić do siebie złości.

Czuję wewnętrzną pustkę. Nie mam siły, by usłyszeć prawdę, by ją w siebie wchłonąć. Nie zdołałbym jej ukryć.

– Jeszcze raz dziękuję. – Otwieram drzwiczki.

Jesmyn sięga po komórkę.

– Słuchaj, nie mam twojego numeru. Szkoła zaczyna się za kilka tygodni i będę potrzebowała znajomych. – Zabrzmiało to tak, jakby pomysł przyszedł jej do głowy przed sekundą.

– A, tak. Tylko zdaje się, że ja już nie mam w szkole dobrych znajomych.

Wymieniamy się numerami. Może właśnie czegoś takiego potrzebowałem – towarzyskiego rytuału. Słabiutkiego promyczka nadziei.

Kiełkuje we mnie myśl, że nadchodzący rok szkolny będzie dla mnie bardzo samotny. Nasza paczka praktycznie cały czas trzymała się razem. Stanowiliśmy dla siebie cały wszechświat. A teraz nie ma wśród żywych ani jednej osoby, która chciałaby do mnie zadzwonić w sobotni wieczór. Zdecydowanie poważniejszym problemem jest jednak Adair. Zawsze miała na szkolną społeczność silny wpływ, nawet silniejszy niż jej brat bliźniak Eli. Jeśli będzie mnie nienawidzić, reszta pójdzie za jej przykładem choćby tylko po to, by nie wypaść z jej łask.

– Cóż – przerywa panujące milczenie Jesmyn – przynajmniej pogrzeby mamy już za sobą.

– Fakt, zawsze to coś.

– To jak? Do zobaczenia?

– Tak, na razie.

Zbliża się najtrudniejszy okres. Przez ostatnie dni poddawaliśmy się rygorowi oficjalnych uroczystości żałobnych. Teraz każde z nas zostanie ze sobą sam na sam.

Jednak dla mnie ten dzień wciąż się nie skończył. Babunia Betsy zaprosiła mnie do siebie. Urządza w domu skromną składkową stypę. Chce, by krewni wrócili do wschodniego Tennessee z pełnymi brzuchami.

Szukając kluczyków, mrużę oczy w spływającym z nieba oślepiającym blasku. To ciekawe, że akurat dzisiaj może być tak beztrosko słonecznie. Obracająca się Ziemia i płonące nad nami Słońce niespecjalnie dbają o to, czy wciąż tu jesteśmy, czy już stąd odchodzimy. Ot, po prostu – nic osobistego.

* * *

– Cześć, Lisa – witam się z jedną z chórzystek, która mija mnie na parkingu w drodze do samochodu.

– O, cześć… – rzuca i znów pozwala się zahipnotyzować komórce.

Pamiętam, że była w grupce osób, z którymi Adair rozmawiała przed pogrzebem. O ile mi wiadomo, wcześniej nie darzyła mnie niechęcią. Cóż, nadchodzący rok będzie po prostu zajebisty.

Już mam wsiąść do samochodu, kiedy mój wzrok pada na młodego brodacza w bojówkach, koszuli z podwiniętymi do łokci rękawami i luźno zawiązanym cienkim krawacie.

– Przepraszam… Halo?!… – Podchodzi do mnie. – Przepraszam! – woła i macha ręką. – Carver Briggs?

No proszę, ktoś jeszcze chce ze mną gadać.

– Aha.

Koleś ściska w dłoniach notatnik i długopis. Z kieszeni koszulki wystaje coś, co wygląda na cyfrowy dyktafon.

– Darren Coughlin, dziennik „Tennessean”. – Wyciąga do mnie rękę. – Sprawą tego wypadku zajmuję się od początku.

Niechętnie podaję mu dłoń.

– Ach, tak… – mówię, myśląc: Nasmarowałeś artykuł, który wszem i wobec ogłosił, że wypadek moich przyjaciół był jednym z wielu wypadków związanych z plagą korzystania z telefonów podczas prowadzenia samochodu. Artykuł, przez który ludzie zaczęli wytykać mnie palcami.

– Bardzo mi przykro, smutna okoliczność i w ogóle. Obecnie pracuję nad kolejnym tekstem dotyczącym wypadku i sędzia Edwards skierował mnie właśnie do ciebie. Stwierdził, że możesz wiedzieć coś więcej. Czy pasażerowie byli twoimi przyjaciółmi?

Pocieram czoło. Ta rozmowa jest jedną z ostatnich rzeczy, na jakie mam w tej chwili ochotę.

– Nie moglibyśmy tego przełożyć? Nie za bardzo jestem w stanie odpowiadać na pytania.

– Jasne, rozumiem. Nie chciałbym ranić twoich uczuć, gazety nie mogą się przestać ukazywać z powodu żałoby, prawda? Zanim wyślę tekst do druku, chciałbym poznać twoją wersję wydarzeń.

„Moją wersję”. Wciągam powietrze przez zaciśnięte zęby.

– No… tak. To byli moi najlepsi przyjaciele.

– Naprawdę bardzo mi przykro. – Facet kręci głową. – Czy wiesz może, jaka była przyczyna wypadku?

– Wydaje mi się, że policja już to ustaliła.

– Cóż, wygląda na to, że kierowca pisał SMS. Może wiesz, do kogo Thurgood…

– Mars.

– Słucham?

– Mówiliśmy na niego Mars.

– Okej. Czy wiesz, do kogo Mars pisał SMS?

Pytanie jest najeżone kolcami. Żołądek kurczowo mi się zaciska. Pokrywający mnie pot gwałtownie stygnie. Tak, myślę, wiem doskonale, lecz mówię:

– Nie… Nie jestem pewien. Możliwe, że do mnie.

Darren kiwa głową i zapisuje coś w notesie.

– A czy mniej więcej w czasie wypadku też do niego pisałeś?

Podskoczyłem, jakby na szyi usiadła mi rozwścieczona osa.

– Nie. Skąd to pytanie?

– Zwykła ciekawość. – Darren nonszalancko potrząsa głową.

– Słyszałeś coś?

– Nie, ale mocno bym się zdziwił, gdyby nie wszczęto dochodzenia. Trzech nastolatków, komórki, wiadomo, jak jest…

– Mam się martwić?

Darren wzrusza ramionami, nie przestając notować.

– Raczej nie.

– Pytam dlatego, że dwóch gliniarzy już ze mną gadało. Powiedziałem, że tamtego popołudnia wymieniliśmy z Marsem SMS-y, ale mnie nie aresztowali.

– Jasne, jasne. Ja tam nic nie wiem. – Darren pstryka długopisem.

– Jest może szansa, żebyś… nie wspominał w artykule, że pisałem do Marsa?

Mam świadomość, jak fatalnie to zabrzmiało, i wiem, że zaczynam się pogrążać. Nie jestem kretynem, lecz zdarza mi się czasami palnąć głupstwo.

Patrzy mi w oczy.

– Chłopie, nie mogę… – Niedokończona odpowiedź zawisa w powietrzu. – Czyli o której… – Darren znów zerka do notesu.

Uderza mnie nagle, że kontynuując tę rozmowę, niczego nie zyskam. Przeciwnie, mogę naprawdę dużo stracić.

– Muszę lecieć.

– Jeszcze tylko dwa pytanka.

– Nie. Przepraszam, ale muszę jechać do domu Blake’a. Czeka na mnie jego babcia.

Wskakuję do samochodu i zatrzaskuję drzwiczki. Prawie natychmiast opuszczam szybę i wdycham dławiące rozgrzane powietrze. Nie mam wyjścia.

Darren opiera dłoń na samochodzie.

– Słuchaj, Carver, naprawdę mi przykro. Przepraszam, że napastuję cię w takiej chwili, ale pracuję w mediach, gdzie nie czeka się na koniec żałoby. Wybór jest taki: albo przedstawisz mi swoją wersję teraz, albo przeczytasz o niej w gazecie. Innej opcji nie ma.

– Nie czytam gazet. – Przekręcam kluczyk w stacyjce.

Facet sięga do kieszeni koszuli, wyciąga wizytówkę i podaje mi ją przez otwarte okno.

– Jak wolisz, stary. Tu są moje namiary. Możesz się do mnie odezwać, jeżeli cokolwiek sobie przypomnisz, albo zacznie cię nachodzić policja.

Ciskam kartonik na sąsiedni fotel.

– Mogę cię prosić o numer telefonu? – Darren się nie poddaje.

– Spóźnię się – odpowiadam i podciągam szybę.

Dziennikarz obrzuca mnie spojrzeniem, z którego jasno wynika, że popełniam gruby błąd. Jakbym o tym nie wiedział! Kieruję samochód do domu Blake’a. Po drodze czuję podchodzący do gardła palący kwas.

* * *

Bez wątpienia Blake Lloyd był jedynym uczniem w dziejach Nashville Arts Academy, który dostał się do szkoły dzięki umiejętności pierdzenia w miejscach publicznych. Dobra, może nie wyłącznie, ale biorąc pod uwagę całokształt jego spuścizny, ta cecha cieszyła się zdecydowanie największym wzięciem.

Blake często wrzucał na YouTube’a śmieszne filmiki – skecze, zjadliwe uwagi na temat rzeczywistości, parodie, itd. Najczęściej zmieniał przy tym akcent na prowincjonalny. Widzowie podziwiali go przede wszystkim za nieustanną gotowość do publicznego robienia sobie wsi. Na przykład potykał się w sklepie spożywczym o spadające spodnie i przewracał przy tym sterty pudełek z płatkami (po wszystkim zawsze sprzątał). Boso wdeptywał w parujące psie kupy albo paradował po galerii handlowej Green Hills (najbardziej snobistycznej świątyni komercji w Nashville) bez koszulki (a klatą nigdy nie mógł się pochwalić).

W tym punkcie dochodzimy do pierdzenia w miejscach publicznych, na przykład w kinie. Kiedy na ekranie następował moment ciszy, wśród widowni rozlegało się prrrrrrrt! Moment wytchnienia i znów, tyle że dłużej. Pfffrrrrtzzztpr! Blake siedział z najbardziej poważną i niewzruszoną miną świata. Jednym z jego najchętniej oglądanych filmików był ten, w którym puścił szczególnie przeciągłego bąkolca w bibliotece. Kiedy bibliotekarka zawołała: „Może się pan opanuje?!”, był dopiero w połowie roboty.

W ostatnich miesiącach przed Wypadkiem podbił stawkę i zaczął popierdywać w trakcie rozmów. Wyobraźcie sobie: gada z wymuskaną, elegancką ekspedientką w sklepie artystycznym, zgrywa porządnego młodego dżentelmena i wtem w pół zdania konwersację przerywa PIERD! Ekspedientka próbuje zachować pozory – ostatecznie, któż z nas nie błądzi? – lecz mimowolnie się krzywi. Po chwili z Blake’a wydobywa się kolejna gazowa bomba, tym razem brzmiąca jak kwik zarzynanego prosięcia. Wiiiiziuuu! W tym momencie panna ma już pewność, że nie ma do czynienia z przypadkową awarią.

– Przepraszam, pytał pan może o toaletę? – rzuca oziębłym tonem.

– Słucham? – odpowiada Blake.

Naturalnie, na pierwszy rzut oka tego rodzaju umiejętność nie powinna z automatu nikomu pomóc się dostać do obleganej szkoły artystycznej. Blake był sprytnym, inteligentnym gościem. Studiował zawiłości wszystkich gatunków kabaretu i satyry. Uważnie wysłuchiwał znających się na temacie ludzi i analizował potem to wszystko w podcastach i wypracowaniach. Znał się na tym fachu i traktował go śmiertelnie poważnie. Potrafił ubrać praktyczną wiedzę w intelektualne ramy i przedstawić swoją twórczość w intrygujący dla komisji rekrutacyjnej sposób. Nie był jednym z tysięcy dzieciaków, które pierdzą z nudów i chwalą się tym w sieci. Był, cytuję: „performerem aktywnie łamiącym reguły umowy społecznej, artystą stawiającym zagubionym w przestrzeni publicznej jednostkom pytanie o sens ich własnej fizjologii”. Rzucał ludziom wyzwanie, zmuszał do zastanowienia nad sztucznością ograniczeń, za pomocą których próbujemy się odgrodzić od własnych ciał. Jasno demonstrował, jak nienaturalnym wymaganiom poddaje się każdy z nas, i poświęcał przy tym sam siebie. Unikał kompromisów. Tworzył Sztukę.

Poza tym… Porządny pierd rozbawi każdego. Nawet wysoką komisję.

Zatrzymuję się przed domem babuni Betsy, wysiadam i wchodzę do środka. Tuż za drzwiami wita mnie laptop, na którym lecą filmiki Blake’a. Wśród szeptanych, ponurych rozmów żałobników co chwila rozlega się dobiegające z głośników donośne „pruk”, a wpatrzone w ekran osoby zaczynają cicho chichotać.

Fotografia Blake’a, która w trakcie mszy stała na trumnie, trafiła na niski stolik. Jest ciepło, jak we wszystkich niezbyt dużych pomieszczeniach, w których gromadzi się wiele osób. Czuję zapach przyniesionych przez gości potraw, aromat wody po goleniu i perfum – kosmetyków, jakie dorośli dostają zwykle w prezencie od wnuków.

Na moment zatrzymuję się w salonie. Naprawdę nie mam pojęcia, gdzie się podziać. Nikt nie zauważył, że wszedłem. Tonę w fali wyrzutów sumienia, tym razem tak silnej, że zaczynają mi wibrować kolana. W głowie tkwi uporczywa myśl: to przez ciebie ci ludzie się tu zebrali, ty ich tutaj ściągnąłeś. Odnoszę wrażenie, jakby wszyscy gapili się na mnie, chociaż widzę, że nikt nawet na mnie nie zerka.

Wreszcie wyławiam wzrokiem babunię Betsy. Rozmawia w kuchni ze swoimi braćmi. Spotykamy się spojrzeniami i babunia przywołuje mnie skinieniem dłoni. Kiedy podchodzę, nie przerywając konwersacji, wskazuje mi drzwi jadalni, gdzie na stole parują garnki, naczynia żaroodporne i jednorazowe tacki z folii aluminiowej. Zimne kawałki pieczonego kurczaka, prosto z marketu. Zapiekanka z dyni posypana warstewką kruszonych herbatników. Rzepa zasmażana z wieprzowiną. Pływające w sosie barbecue wędzone kiełbaski. Przypieczony na brązowo makaron z serem.

Dziwne, że tylko na tyle nas stać. Okazaliśmy się niezdolni do wynalezienia wyjątkowej, szczególnej odmiany makaronu z serem, jaką moglibyśmy żegnać odchodzących z tego świata ludzi. Po pogrzebach opychamy się najzwyklejszymi, standardowymi potrawami – takimi samymi, jakimi mamy karmią nas codziennie, gdy nikt z naszych bliskich nie umiera.

Nakładam na tekturowy talerzyk chybotliwy stosik jedzenia, sięgam po przezroczysty plastikowy widelec i plastikowy kubeczek ze słodką herbatą. Rozglądam się za jakimś wolnym spokojnym miejscem w salonie. Większość foteli i kanapa są już zajęte, więc przysiadam na pufie i jem. Herbatę ostrożnie ustawiam na dywanie. Staram się być niewidzialny. Wciąż mam ściśnięte gardło, kolejne kęsy przełykam z wysiłkiem. Owszem, jestem głodny, lecz ciało daje mi wyraźne znaki, że nie jestem godny pokarmu. Sytuacji nie poprawia również wspomnienie rozmowy z Darrenem, którą co kilka minut odtwarzam w myślach.

Goście wpadają jeden na drugiego niczym rybki w akwarium. Mężczyźni mają na sobie źle leżące wymięte marynarki, byle jak zawiązane krawaty. Na pierwszy rzut oka widać, że tak ubrani nie czują się komfortowo; są jak psy wciśnięte we włóczkowe sweterki.

Kończę jeść i już mam wstać, gdy do salonu wchodzi babunia Betsy. Na jej widok z fotela na biegunach podnosi się jakaś kobieta. Obejmują się przez długą chwilę, całują w policzki. Babcia żegna się z nią i prosi, by zabrała sobie coś do jedzenia na drogę. Zaraz potem przysuwa fotel do mnie i siada z cichym, ciężkim westchnieniem. Wygląda na porządnie zmordowaną. Zazwyczaj jej oczy wręcz tańczą, dzisiaj są jak martwe.

– Jak się trzymasz, Kosa?

Babunia Betsy jest jedyną osobą na świecie, nie licząc członków Brygady Sos, która mówi na mnie Kosa. Ta ksywka od początku ją bawiła.

– Bywało lepiej.

– Rozumiem. – Kiwa głową.

– Blake miał piękny pogrzeb – stwierdzam bez większego przekonania.

Piękny pogrzeb najlepszego przyjaciela… Coś jak „łyk przepysznej trucizny”, bądź „śmiertelne uderzenie pazurów wyjątkowo majestatycznego tygrysa”.

– Bzdury wygadujesz. – Babunia Betsy czyta we mnie jak w otwartej księdze. – Piękny byłby wtedy, gdyby Blake mógł jeszcze kogoś rozbawić. Albo gdyby wzięła w nim udział jego mama.

Nie chciałem tej sprawy poruszać. W tonie babuni daje się jednak słyszeć specyficzną tęsknotę, jakby chciała coś z siebie wyrzucić, ale nie potrafiła samodzielnie zacząć. Ktoś powinien zadać jej odpowiednie pytanie.

– Wie babunia, gdzie ona jest?

Do oczu Betsy napływają łzy, kilka razy mruga powiekami. Splata dłonie na kolanach, układa je trochę jak do modlitwy.

– Nie – odpowiada półgłosem. – Mitzi odzywa się do mnie najwyżej raz na dwa lata. Zwykle wówczas, gdy kolejny facet zostawia ją na lodzie i potrzebuje pieniędzy na swój nałóg. Dzwoni wtedy z motelu w Las Vegas czy Phoenix, zawsze z nowej komórki na kartę. Nie znam jej numeru ani adresu. Nie mam możliwości się z nią skontaktować. Swoją drogą, obawiam się, że będę musiała wynająć kogoś, kto ją odszuka, bo muszę ją powiadomić o śmierci Blake’a.

– Rany… – Co innego można powiedzieć w tej sytuacji?

– Myślę, że ta wiadomość ją załamie, chociaż tak naprawdę nigdy nie traktowała go jak prawdziwa matka.

Przygniata nas ciężkie milczenie, w które wdziera się dobiegające z laptopa błogosławione pierdnięcie. Babunia Betsy śmieje się przez łzy.

– Tak bardzo mi go brakuje. Nie mam pojęcia, jak bez niego żyć. Nie wiem nawet, jak sobie poradzę z pieleniem grządek pod pomidory. Kolana coraz bardziej dają mi się we znaki. Zawsze dotąd mnie w tym wyręczał. – Wyciąga z kieszeni chusteczkę i osusza kąciki oczu. – Kochałam go jak własne dziecko.

Zanim udaje mi się odezwać, mija kilkanaście sekund. Przełykam łzy, tłumię dławiący szloch i wyjawiam:

– Chyba już nigdy się nie roześmieję.

Betsy pochyla się w bujanym fotelu, obejmuje mnie ramionami i przytula. Pachnie suszonymi różami i ciepłym plastikiem. W jej ciele nie ma ani jednego twardego, ostrego miejsca. Przez chwilę kołyszemy się razem.

– Powinnam wracać do gości – odzywa się wreszcie. – Dobry z ciebie przyjaciel. Proszę, nie zapominaj o mnie.

– Nie zapomnę. Aha, rodzice prosili, bym przekazał, że przykro im, że nie mogli wziąć udział w ceremonii. Naprawdę starali się wrócić z Włoch na czas, ale nie dali rady.

– Powiedz im, że doskonale rozumiem. Cześć, Kosa.

– Cześć, babuniu Betsy.

Przed wyjściem raz jeszcze rozglądam się po salonie. Pamiętam dni, kiedy Blake i ja przesiadywaliśmy w tym pokoju. Omawialiśmy szczegóły jego następnego filmiku. Graliśmy na konsoli. Oglądaliśmy filmy i występy komików.

Być może wszystkie nasze uczynki i słowa przypominają wrzucane do stawu kamyki – kręgi na wodzie rozchodzą się szeroko, stopniowo coraz szerzej, aż wreszcie zderzają się z brzegiem i znikają.

Zastanawiam się, czy gdzieś przez wszechświat pędzi jeszcze drobna fala, którą wzbudziliśmy, siedząc w tym salonie i rycząc ze śmiechu jak dwóch idiotów. Może i ona rozbije się o jakiś brzeg, gdzieś pod bezkresnym niebem, poza zasięgiem naszego wzroku. Może i ona zniknie.

A może będzie płynąć bez końca.

Rozdział piąty

Wracam do domu. Georgia wita mnie w drzwiach tak mocnym uściskiem, że tracę dech w piersiach.

– Jak tam dzień w fabryce? – To żartobliwe pytanie należy do naszego stałego repertuaru. Próbuję w nieudaczny sposób przywrócić choć trochę normalności, mimo że nie jestem nawet w przybliżeniu w nastroju do żartów.

– Rozchmurzysz się, jeśli udam, że wciąż mnie to bawi?

Wyczuwam policzkiem, że się uśmiecha.

– Może.

Odsuwa się i bierze mnie za ręce.

– Jak się czujesz?

– Zależy od definicji. W każdym razie żyję. Puls jest wyczuwalny.

– Na niektóre rany jedynym lekarstwem jest czas.

Georgia jest niewiele starsza ode mnie, ale niekiedy wydaje się mądra ponad swój wiek.

– W takim razie chciałbym zasnąć i obudzić się za jakieś dziesięć lat.

Przez chwilę wpatrujemy się w siebie badawczo. Łzy stają mi w oczach. Tym razem nie ze smutku czy zmęczenia, tylko z powodu jej życzliwości. W obliczu tak niezmąconego dobra zawsze reaguję jak małe dziecko. Ryczę, na przykład, oglądając na YouTubie filmiki o ludziach oddających obcym własne nerki, ratującym zagłodzone psy i tak dalej.

– Wiem, że za nimi tęsknisz – mówi Georgia. – Mnie też będzie ich brakować. Nawet Eliego, chociaż bez przerwy zaglądał mi w dekolt.

– Mars zrobił mu kiedyś prezent – narysował cię w kostiumie kąpielowym.

Georgia wznosi oczy ku niebu.

– Mam nadzieję, że stanąłeś w obronie mojej czci?

– Jasne, że tak. To był naprawdę świetny rysunek. Mars miał talent. – Dławię się łzami.

Siostra obrzuca mnie spojrzeniem typu „moje ty biedactwo” i znów mnie przytula.

– Zostało trochę lazanii.

– Jadłem u Blake’a.

– Kiedy byłeś na pogrzebie, zatelefonowali rodzice. Chcieli się dowiedzieć, co z tobą. Miło im będzie, jak oddzwonisz.

– Okej. – Waham się przez chwilę, lecz ostatecznie postanawiam się wygadać. – Po mszy napadł mnie pewien dziennikarz.

– Co takiego?! – Georgia robi kwaśną minę. – Dziennikarz? Nagabywał cię w takim momencie? W dniu pogrzebu twojego najlepszego przyjaciela? Chyba, kurde, jaja sobie robisz? Co jest nie tak z tymi ludźmi, do jasnej cholery?!

– Nie robię sobie jaj. Faktycznie był mocno natrętny. Zaczynam naśladować ton Darrena: – „No cóż, Carver, tak czy inaczej ja ten tekst napiszę. My w gazetach nie uznajemy żałoby. Lepiej będzie dla ciebie, jeśli tu i teraz przedstawisz mi swoją wersję”.

Georgia się cofa, zaplata ramiona na piersiach i układa wargi w specyficzny wyraz wkurzenia, jaki cechuje wyłącznie dziewczyny w określonym wieku.

– Jak się ten skurczybyk nazywa?

Znam to spojrzenie. Patrzyła tak za każdym razem, kiedy skarżyłem się jej na inne dzieci w szkole. Zaraz potem wychodziła, jak mówiła, „załatwić sprawę”.

– Nie, proszę cię. Tylko pogorszysz sytuację. Serio.

– Pogorszę? Chyba jego.

– Nie, moją.

Patowa sytuacja, impas. Siostra pociąga nosem.

– Tak przy okazji, trochę od ciebie jedzie – rzuca.

– Cały dzień chodziłem w garniturze, a było strasznie gorąco. Ale jasne…

– Leć pod prysznic. Lepiej się poczujesz.

– Jestem kompletnie przybity, a z tego, co mówisz, cuchnę jak psie jaja. Myślisz, że kiedykolwiek mógłbym się poczuć lepiej?

* * *

Miała rację. Wychodzę spod prysznica, wycieram się do sucha i padam nagi na łóżko. Rzeczywiście czuję poprawę. Przez jakiś czas wpatruję się tępo w sufit. Potem, gdy leżenie zaczyna mnie nużyć, zakładam bojówki i koszulę. Rękawy podwijam do łokci.

Odsuwam żaluzje, wpuszczam do pokoju długie cienie i brzoskwiniowe światło zmierzchu. Siadam przy biurku i włączam laptopa. Na ekranie pojawia się opowiadanie, nad którym pracuję od pewnego czasu. Pomysł, że mógłbym zatracić się w pisaniu, okazuje się nierealny.

Mieszkam w dzielnicy Nashville zwanej West Meade. Nieopodal mojego domu, na wysokim nasypie, biegną tory kolejowe. Pociągi przejeżdżają mniej więcej co godzinę. Właśnie teraz dolatuje mnie przeciągły świst. Blask zachodzącego słońca niczym stroboskop mruga pomiędzy wagonami mijającymi domki z lat sześćdziesiątych. Sięgam po komórkę. Naprawdę chcę zadzwonić do rodziców, ale nie jestem w stanie. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać.

Nagle ogarnia mnie przemożne wrażenie, że zapadam w otchłań bezdennej, melancholijnej nudy. Nie jest to zwykła nuda, jaką odczuwasz podczas niekończącej się, beznadziejnej lekcji. Ta wiąże się ze świadomością, że trójka twoich najlepszych przyjaciół dokładnie w tej chwili doświadcza absolutnej nicości lub poznaje życie pozagrobowe, a ty siedzisz na dupie i gapisz się na pociąg. Ekran laptopa ciemnieje i usypia.

Ciemnieje i usypia. To samo spotkało moich kumpli. Nie mam pojęcia, gdzie teraz są. Nie wiem, co się stało z ich inteligencją, z opowieściami, z ich doświadczeniami.

W Boga wierzę nieprzesadnie. Wraz z rodziną odwiedzam czasem kościół Świętego Henryka. Cztery, może pięć razy do roku. Tata powtarza, że wierzy w Boga na tyle, by cierpieć przez to samemu, ale nie aż tak, aby zadręczać innych. Moja wiara nigdy jeszcze nie została wystawiona na tak poważną próbę. Ani razu nie musiałem zajrzeć w głąb siebie i zdecydować, czy na serio wierzę, że moi przyjaciele są teraz w towarzystwie dobrotliwego, pełnego miłości Boga. A jeśli Boga nie ma? Dokąd trafili? Przecież mogli trafić do zamkniętego, pustego marmurowego więzienia o białych ścianach, gdzie spędzą całą wieczność, nie mając zupełnie nic do roboty, nic do oglądania, nic do czytania, nie mogąc do nikogo zagadać.

A jeżeli istnieje piekło? Miejsce wiecznej udręki i kary? A jeśli są właśnie tam i płoną, wyją w męczarniach? Czy i ja wyląduję w piekle za to, że zabiłem przyjaciół? Co jeśli babunia Betsy nie zdoła mi przebaczyć i uwolnić od winy?

Czuję się trochę tak, jakbym patrzył na ciężki i kruchy przedmiot, zsuwający się powoli z wysokiej półki. Kręci mi się w głowie od tych tajemnic. Od spraw wieczności, życia, śmierci. Nie potrafię tego zatrzymać. Zupełnie jak wtedy, kiedy zbyt długo patrzy się w lustro lub za szybko i często powtarza własne imię – człowiek odrywa się wtedy od własnej tożsamości. Ciekawe, czy wciąż żyję. Czy istnieję? Może ja też jechałem tym samochodem?

Pokój tonie w mroku.

Przeszywają mnie dreszcze.

Kra pode mną pęka i wpadam do lodowatej czarnej wody.

Nie mogę złapać tchu.

Moje serce wrzeszczy.

Nic nie jest w porządku. Nie czuję się dobrze.

Zawęża mi się pole widzenia, jakbym wyglądał na świat z głębi jaskini. Przed oczyma tańczą mroczki. Ściany napierają ze wszystkich stron, grożą zmiażdżeniem.

Rozpaczliwie otwieram usta. Potrzebuję powietrza. Moje serce…

Osiada na mnie chmura wyzutej z życia szarej grozy – przesłaniający słońce tuman pyłu. Całkowity brak światła i ciepła. Cuchnąca pleśnią, namacalna ciemność. Nagle doznaję objawienia: już nigdy nie zaznam szczęścia.

Powietrze. Potrzebuję powietrza. Potrzebuję powietrza. Potrzebuję…

Próbuję wstać. Cały pokój kołysze się, wiruje, ugina. Podłoga jest chyba z kisielu. Kolejna próba. Tracę równowagę i padam do tyłu, uderzam o krzesło i z hukiem ląduję na drewnianym parkiecie.

Znalazłem się w jednym z tych koszmarów, w których nie można uciec ani nawet krzyczeć. Spotyka mnie to dokładnie w chwili, kiedy zamiera światło tego nabrzmiałego śmiercią dnia. JA TEŻ UMIERAM.

– Georgia… – udaje mi się wycharczeć. POWIETRZA, POTRZEBUJĘ POWIETRZA. Krew łomocze mi w skroniach.

Nie mogę wstać. Ruszam na czworakach do wyjścia.

– Georgia, pomóż mi. Pomóż.

Słyszę, jak siostra otwiera drzwi.

– Carver? Co, do jasnej…?! Nic ci nie jest?

Słyszę ją jakby z dna głębokiej studni. Podbiega. Bose stopy klaszczą na podłodze.

Czuję jej dłonie na policzkach.

– Coś jest nie tak… Coś jest nie tak – zachłystuję się.

– Dobrze, już dobrze. Oddychaj, musisz zacząć oddychać. Boli cię coś? Zrobiłeś coś sobie?

– Nie. Samo się stało. Nie mogę oddychać.

– Brałeś coś? Wziąłeś jakieś prochy?

– Nie.

Georgia się prostuje i uciska dłońmi skronie.

– Kurde, kurde, kurde! Co robić? – pyta bardziej siebie niż mnie. Znów klęka przy mnie i zarzuca sobie moje ramię na kark.

– Dobra, wiem. Pogotowie.

– Jeden, jeden, dwa – dyszę.

– Nie. Szybciej będzie, jeśli cię sama zawiozę. No dalej, wstawaj!

Stęka i pomaga mi dźwignąć się na nogi. Zaczynam widzieć podwójnie.

– Carver, potrzebuję twojej pomocy. Musisz postarać się wstać, podtrzymam cię, ale sama nie dam rady.

Udaje mi się, lecz wciąż słaniam się jak pijany. Idziemy. Krok za krokiem, noga za nogą, aż wreszcie docieramy przed dom. Georgia ładuje mnie na fotel swojej toyoty camry i wraca biegiem do środka po telefon, portfel, sandały dla siebie i buty dla mnie. Chce mi się rzygać. Zaciskam powieki i staram się zwalczyć nudności oddechem.

Czekając na siostrę, zastanawiam się, czy Bóg mógł się wkurzyć. W końcu do kolekcji wciąż brakuje mu jeszcze jednego członka Brygady Sos. Przychodzi mi do głowy, że gdybym umarł w tej chwili, nie byłoby to najgorsze wyjście z sytuacji. Z pewnością śmierć rozwiązałaby mnóstwo problemów, jakie czekają mnie niebawem.

* * *

Gdy zjawiamy się na izbie przyjęć szpitala Świętego Tomasza – mniej więcej dziesięć minut później (między innymi dlatego, że Georgia pędziła o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na godzinę szybciej, niż powinna) – oddycha mi się łatwiej i mniej mnie mdli. Lepiej też widzę, serce nie wali jak przedtem i generalnie nie jestem już pewien, czy umrę. Dziwne, co może człowieka rozczarować.

Do szpitala wchodzę o własnych siłach. Kiedy wypełniam papiery, Georgia wyciąga komórkę i przewija listę kontaktów.

Mój długopis zawisa w powietrzu.

– Telefonujesz do rodziców?

– Oczywiście.

– Nie rób tego.

– Carver…

– Nie ma potrzeby ich martwić. Poza tym we Włoszech jest pewnie środek nocy.

– Wiem, że aż tak głupi nie jesteś.

– Poważnie mówię. Wystarczy, że… no… powiemy im, jak wrócą.

– Zapomnij. Jesteśmy w szpitalu. Trafiłeś tu, bo stało się coś złego. Dzwonię do rodziców. Koniec, kropka.

– Georgia.

– Nie zamierzam z tobą dyskutować. Ciekawe, czy będę mogła wyrazić zgodę na twoje leczenie. Na szczęście samo przyjęcie nie wymaga wielu formalności.

Georgia jest studentką drugiego roku biologii na Uniwersytecie Tennessee. Potem zamierza studiować medycynę. W pewnym sensie cała sytuacja musi jej sprawiać niemałą frajdę.

– Nie odbierają, odzywa się poczta głosowa – mówi po chwili. – Cześć mamo, tu Georgia. Jestem z Carverem w szpitalu. Po pogrzebie dostał jakiegoś ataku, ale już czuje się lepiej. Zadzwoń.

Opadam ciężko na krzesło. Gapię się prosto przed siebie.

Siostra patrzy mi w oczy.

– Dlaczego nie chciałeś, żebym dała im znać? Przecież coś ci dolega.

– Sam nie wiem. Trochę wstyd.

– Ależ oni chcą być częścią twojego życia. Wielu ludzi chciałoby mieć takich rodziców jak nasi.

– Możemy na razie o tym nie gadać? I tak fatalnie się czuję. – Zdaję sobie sprawę, że ma rację, ale póki co wystarczy mi ciężar jednej winy.

– Może się okazać, że trochę tu posiedzimy.

– Zawsze możemy pogadać o czymś innym.

– Chcę tylko powiedzieć, że w trudnych chwilach każdy potrzebuje wsparcia bliskich osób.

– Łapię.

– Łapię… – Georgia przedrzeźnia mój ton.

Naprawdę czuję się lepiej. Już mi nie grozi, że utknę w wypełnionej grozą pustce. Pozostało jedynie wyczerpanie powiązane z nieokreślonym lękiem, ale to pewnie moja nowa norma. Na szczęście zmęczenie nie pozwala mi czuć zbyt wielkiego wstydu.

Po kilkunastu minutach pojawia się pielęgniarka. Wypytuje o objawy, mierzy mi ciśnienie. Robią mi EKG. Chwilę później spotykamy się z lekarką. Chociaż wygląda na niewiele starszą od Georgii, odstawia pewną siebie, próbuje nas uspokoić zawodową gadką. Dziwnie jest myśleć, że moja siostra za kilka lat też wbije się w kitel i zacznie leczyć ludzi. Podejrzewam, że poczucia winy nie uniknie żaden jej pacjent.

– Witaj, Carver. Jestem doktor Stefani Craig. Miło cię poznać. Przykro mi, że musiałeś do nas trafić. Opowiedz dokładnie, co się dzieje.

Opisuję, co mi się przydarzyło. Doktor Craig kiwa głową.

– Ładnie, ładnie. – Zerka na moje wyniki, bawi się długopisem. – Czy ostatnio przeżyłeś szczególnie mocny stres?

– Trójka moich kumpli zginęła tydzień temu w wypadku samochodowym. O coś takiego pani chodzi?

Lekarka nieruchomieje. Nagle bez śladu znikają jej energia i pewność siebie.

– Mój Boże. W wypadku spowodowanym przez SMS? Czytałam w „Tennessean”. Tak mi przykro. Wyobrażam sobie, jak okropnie się czujesz.

– Kilka godzin temu wróciłem z pogrzebu.

Krzywi się i wzdycha.

– Cóż, taki moment, typowe objawy, wręcz podręcznikowy przykład ataku paniki. Podczas studiów mieszkałam w akademiku z dziewczyną, która miała podobne ataki w trakcie każdej sesji. To częsta reakcja u osób, które doznały traumatycznego przeżycia. Tym bardziej tak poważnego jak twoje. Najczęściej pojawiają się nieco później i w mniej przewidywalnych okolicznościach, ale twój organizm może reagować inaczej.

– Czyli…

– Pod względem fizycznym jesteś zupełnie zdrowym siedemnastolatkiem, nie umrzesz. Taki napad może się nie powtórzyć, jednak przeszedłeś traumę i ważne jest teraz, żebyś poważnie zajął się stanem swojej psychiki. Istnieją odpowiednie lekarstwa, ale wolałabym, aby przepisał ci je lekarz specjalista. Masz ubezpieczenie. Powinieneś sprawdzić, który z fachowców je honoruje, i umówić się na wizytę. To moje oficjalne zalecenie.

– Znamy odpowiednią osobę – wtrąca Georgia.

„Potem” – rzuca bezgłośnie, kiedy zerkam na nią zdziwiony.

– To świetnie. – Zadowolona doktor Craig podaje mi rękę. – Możesz wracać do domu. Wszystkiego dobrego, Carver. Pozwól, że powtórzę: naprawdę bardzo mi przykro. To niezwykle trudne doświadczenie, a zwłaszcza dla młodego człowieka w twoim wieku.

„Zwłaszcza dla młodego człowieka w twoim wieku”. Idę o zakład, że w ciągu najbliższych dni usłyszę te słowa co najmniej kilkanaście razy.

– Dziękuję. – Ściskam dłoń lekarki.

Doktor Craig odchodzi, by nieść pomoc naprawdę chorym pacjentom, a nie szaleńcom. Chyba wolałbym, by się okazało, że cierpię na jakąś fizyczną przypadłość. Coś, co można załatwić gipsowym opatrunkiem, zszyć, wyciąć. W końcu tylko mój umysł sprawia, że jestem wyjątkowy. Nie mogę go stracić.

Podpisujemy kilka ostatnich dokumentów i wychodzimy. Kiedy zmierzamy przez parking, odzywa się komórka Georgii. Przysłuchuję się:

– Cześć… Nie, wszystko z nim w porządku. Atak lękowy. Powiedzieli, że to normalne w okresach wzmożonego… No właśnie… Tak… Nie, nie trzeba. Jedziemy dosłownie za minutę. Pogadamy w domu… Tylko… Nie, ja wiem… Zdaję sobie… Tak, pomówię z nim… Nie, powiedziałam przecież, że sama z nim porozmawiam. Okej, okej. Kocham cię. Lećcie bezpiecznie i niczym się nie przejmujcie. Do zobaczenia na lotnisku… Okej… Momencik…

– Kto to? Mama?

– Nie, telemarketer. Wiesz, jacy są natrętni.

– Przezabawne.

– Chce z tobą rozmawiać. – Georgia podaje mi telefon.

W głosie mamy słyszę poważny niepokój. Jest roztrzęsiona. Włącza głośnik, by w rozmowie mógł wziąć udział tata. Zbieram w sobie resztki sił i zapewniam oboje, że czuję się dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Tłumaczę, że już niedługo się spotkamy. Georgia otwiera samochód, wsiadamy. Na dworze zrobiło się ciemno, ale w aucie wciąż jest ciepło, które otula mnie niczym koc. Wyciągam się na siedzeniu i przymykam oczy. Po wysiłku związanym z udawaniem przed rodzicami czuję się jeszcze bardziej wyzuty z sił.

– Przepraszam, narobiłem ci kłopotu. Zwłaszcza że nic się nie stało – odzywam się po chwili.

Georgia wkłada kluczyk do stacyjki, lecz nie uruchamia silnika.

– Stało się. Doznałeś ataku paniki. Równie dobrze mogło to być serce czy coś podobnego.

– Chcę tylko, żeby ten dzień się wreszcie skończył. I całe to życie.

– Carver…

– Wyluzuj, nie zabiję się. Chociaż byłoby naprawdę świetnie tak po prostu zasnąć i obudzić się po osiemdziesiątce.

– Nie byłoby.

– Byłoby.

– Musimy pomyśleć o tym, co zasugerowała lekarka. Powinieneś z kimś szczerze porozmawiać. Z rodzicami prawie nie rozmawiasz. Zachowujesz się wobec nich jak jakiś nastoletni agent z serialu.

– Przecież zawsze mogę pogadać z tobą.

– To za mało. – Georgia uruchamia samochód i cofa. – Po pierwsze, za kilka tygodni zaczynam studia i już mnie tu nie będzie…

– Przecież istnieją na świecie telefony – wpadam jej w słowo.

– …a po drugie nie jestem odpowiednio wykwalifikowana. Nie znam się na takich problemach. Stary, to nie są żarty. Terapeuci naprawdę potrafią pomóc.

– Uhm… – Wysuwam głowę za okno i gapię się przed siebie.

– Pamiętasz, jak miałam podobny problem ze sobą po rozstaniu z Austinem?

– Zachowywałaś się, jakbyś wpadła w depresję.

– Rzeczywiście miałam depresję. Po pewnym czasie zaczęłam chodzić na terapię do doktora Mendeza. Facet był spoko, a w dodatku wyprowadził mnie z dołka.

– Nigdy o tym nie mówiłaś.

– Nie było się czym chwalić.

– Ale ja nie chcę, aby ktoś mi powiedział, że jestem wariatem.

– Czy to znaczy, że wolisz być wariatem? Zresztą, od żadnego terapeuty niczego takiego nie usłyszysz. Co więcej, nikt nie pozwoli ci zostać pisarzem, jeśli przynajmniej raz nie poddasz się psychoterapii.

– Pomyślę o tym.

– Carver, wiesz, że wesprę cię w każdej sytuacji, ale naprawdę musisz się spotkać z doktorem Mendezem.

– Powiedziałem już, że pomyślę o tym.

Milknę i przez resztę drogi nie odzywam się słowem. Zamiast gadać, zastanawiam się nad kruchością. Własną. Życia.

Chciałbym znów żyć bez tego całego bagażu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Goodbye days Król węży 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę