W maratonie życia

W maratonie życia

Autorzy: Anna Harłukowicz-Niemczynow

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 12.50 zł

Matylda wie, czym jest nieodwzajemniona miłość, wie też, czym jest romans, który zdawał się miłością, wie, czym jest utrata dziecka i wiążący się z nią wszechogarniający ból. Pomimo doświadczeń, które zesłał na nią los, potrafi wstać, otrzepać kolana i biec naprzód, ciągle wierząc, że najlepsze dopiero przed nią.
To nie jest kolejna książka o bieganiu. To powieść o tym, że życie jest jak maraton, królewski dystans, w trakcie którego wszystko może się zdarzyć. Każdy z nas jest w stanie dotrzeć do upragnionej mety, po przekroczeniu której wszystko może być tylko dobre.

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia Ewy Hu­ryń na okład­ce

© Anna Gaj­dziń­ska

Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pod­czas se­sji fo­to­gra­ficz­nej nie ucier­piał ża­den kro­kus.

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Klau­dia Dą­brow­ska

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2017

tekst © Anna Har­łu­ko­wicz-Niem­czy­now

ISBN 978-83-7835-630-1

Dla Prze­mka, Re­mi­ka i Lili Anny – mo­jej Ro­dzi­nie

z mi­ło­ścią

195 metrów

Za chwi­lę wszyst­ko się skoń­czy. Nie po to tu przy­je­cha­łam, aby te­raz się pod­dać. Te­raz, kie­dy je­stem już pra­wie na me­cie, wiem, że mogę to osią­gnąć. Choć bywa, że owo „pra­wie” robi wiel­ką róż­ni­cę.

Wiem, że za chwi­lę mi­nie ból, a duma zo­sta­nie w ser­cu na za­wsze. Za­mknę burz­li­wy roz­dział ży­cia, po to aby otwo­rzyć ko­lej­ny, z pew­no­ścią spo­koj­niej­szy i bo­gat­szy w sta­bi­li­za­cję. Tyle już wy­cier­pia­łam, że grze­chem by­ło­by osiąść na lau­rach, czu­jąc obez­wład­nia­ją­cy za­pach zwy­cię­stwa.

Gdy­by nie te prze­klę­te skur­cze ły­dek, by­ło­by cał­kiem nie­źle. Dla­cze­go le­piej się nie przy­go­to­wa­łam? Mą­dry Po­lak po szko­dzie… Za­raz umrę… wy­zio­nę du­cha i ko­niec. Lecz zro­bię to do­pie­ro wte­dy, gdy na mo­jej szyi za­wi­śnie me­dal. „Jak to masz dość? – pyta moja am­bi­cja. – Prze­cież sama tego chcia­łaś!”. Ho­nor nie po­zwo­li mi zejść z tra­sy.

Jesz­cze ta mała dziew­czyn­ka, z tą prze­klę­tą pi­łecz­ką. Jak to moż­li­we, że ro­dzi­ce po­zwo­li­li jej prze­by­wać sa­mej na tra­sie bie­gu? O! Na szczę­ście mat­ka ją za­bra­ła. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a za­bi­ła­bym się o tę jej pił­kę. Po prze­bie­gnię­ciu czter­dzie­stu dwóch ki­lo­me­trów mam mi­ni­mal­ną zdol­ność kon­tro­lo­wa­nia wła­sne­go cia­ła. Po­dej­rze­wam, że gdy­by zda­rzy­ło mi się prze­wró­cić, po­now­ne ze­bra­nie się do truch­tu gra­ni­czy­ło­by z cu­dem.

Ja­sny gwint! Nie je­stem wy­traw­nym bie­ga­czem, na­bi­ja­ją­cym każ­de­go wie­czo­ra ki­lo­me­try. Je­stem zwy­kłą ko­bie­tą, mat­ką, któ­ra truch­ta tyl­ko po to, aby wresz­cie od­po­cząć od wy­kar­mio­nej wła­sną pier­sią trój­ki wiecz­nie kłó­cą­cych się ba­cho­rów. Pro­szę, niech ten na gó­rze wy­ba­czy mi, to że tak je na­zy­wam. To tyl­ko chwi­la sła­bo­ści. Już na­praw­dę nie mogę… Z ca­łych sił wal­czę, aby nie przejść do mar­szu, bo po­dob­no wte­dy jest naj­go­rzej, po­dob­no wte­dy koń­czy się ma­ra­ton. Ja wca­le nie chce go koń­czyć przed metą! Chcę biec, a na­wet wlec się kro­kiem przy­po­mi­na­ją­cym coś na kształt bie­gu, wszyst­ko jed­no, byle do przo­du i byle to się już skoń­czy­ło.

Oj­cze nasz, któ­ryś jest w nie­bie, święć się imię Two­je, przyjdź kró­le­stwo Two­je…

Niech to szlag! Nie je­stem w sta­nie po­li­czyć, ile razy w my­ślach od­mó­wi­łam tę mo­dli­twę. Pa­nie, daj mi siłę. „Wszyst­ko mogę w Chry­stu­sie, któ­ry mnie umac­nia”. Po­ra­dzę so­bie.

„Je­śli zmie­rzasz na szczyt, nie dziw się, że masz pod gór­kę!” – wy­czy­ta­łam gdzieś w In­ter­ne­cie. Czy ten, kto to na­pi­sał, prze­biegł w swo­im ży­ciu cho­ciaż je­den ma­ra­ton? Nie­waż­ne. Ja­kie to ma te­raz zna­cze­nie?

Myśl po­zy­tyw­nie. „Ci, co za­ufa­li Panu, od­zy­sku­ją siły. Bie­gną bez zmę­cze­nia”. Wca­le nie je­stem zmę­czo­na. Wca­le a wca­le. Try­skam ener­gią. Jesz­cze kil­ka mi­nut i za­mknę za sobą cały ból „tam­te­go” ży­cia, któ­re, bądź co bądź, do­pro­wa­dzi­ło mnie do chwi­li, któ­ra trwa. Te­raz nie wol­no mi się roz­kle­jać. „Mu­szę być sil­na, chcę być sil­na, je­stem sil­na!” – krzy­czę do sie­bie w my­ślach, bez­gło­śnie. Li­czy się tyl­ko moja wia­ra w sie­bie samą. Je­śli ja w sie­bie zwąt­pię, to któż we mnie uwie­rzy? Sku­piam się na po­zy­tyw­nych my­ślach: „Prze­cież nie ma sła­bych ciał – są sła­be cha­rak­te­ry!”. Do­bie­gnę tyl­ko do tego za­krę­tu, póź­niej bę­dzie tyl­ko jed­na na­praw­dę mała gór­ka, i po wszyst­kim. Po­ko­nam te kil­ka­set me­trów i wresz­cie dam no­gom pra­wo ła­ski.

Wła­śnie tu­taj, gdzie kie­dyś emo­cjo­nal­nie umar­łam, uro­dzę się na nowo. Po­że­gnam małą Mi­cha­lin­kę, któ­rej na­ro­dzin nie było mi dane do­świad­czyć. Cho­ciaż… może to był mały Mi­chał?

Mam trzy­dzie­ści dwa lata i po­now­nie roz­po­czy­nam swo­je ży­cie.

– Pro­szę się od­su­nąć! To moja żona, chcę ją za­brać na bok, prze­cież blo­ku­je tra­sę mety. Ma­tyl­da, sły­szysz mnie? Jak się na­zy­wasz? – pyta To­masz, prze­ry­wa­jąc mój spa­zma­tycz­ny płacz ra­do­ści.

– Ko­cha­nie, prze­cież wiesz. – Uśmie­cham się. – Je­stem Ma­tyl­da Ko­cha­nek-Ostrow­ska. Two­ja żona i jed­no­cze­śnie naj­szczę­śliw­sza ko­bie­ta na świe­cie.

– Wy­glą­dasz, jak­byś mia­ła za­raz zejść.

– Nie ma mowy, mój dro­gi, jesz­cze tro­chę się ze mną po­mę­czysz. Wła­śnie na­ro­dzi­łam się na nowo.

Pierwszy kilometr

Ma­tyl­da Ko­cha­nek-Ostrow­ska to ja. Przede wszyst­kim je­stem czło­wie­kiem, a za­raz póź­niej ko­bie­tą, żoną i mamą. Sta­ram się o tym nie za­po­mi­nać. Hie­rar­chia przede wszyst­kim. Je­stem ma­lut­ka, drob­niut­ka i, zda­wa­ło­by się, sła­ba. Lecz my­ślę o so­bie ina­czej. Je­stem sil­ną babą z ja­ja­mi tak wiel­ki­mi, ja­kich czę­sto brak współ­cze­snym fa­ce­tom. Nie że­bym była fe­mi­nist­ką, nie je­stem. Cho­ciaż ostat­nio obi­ło mi się o uszy, że każ­da ko­bie­ta jest tro­chę fe­mi­nist­ką. Zwał jak zwał, nie moż­na mi jed­nak ująć tego, że ra­dzić so­bie w ży­ciu po­tra­fię. Je­stem pew­na sie­bie i uwa­żam to za za­le­tę. Nie uwie­szam się na moim Tom­ku. Mimo że nie je­ste­śmy dłu­go po ślu­bie, to wie­le ra­zem prze­ży­li­śmy. Mogę na nie­go li­czyć. Każ­de­go dnia je­stem wdzięcz­na lo­so­wi, za to, że po­sta­wił go na mo­jej dro­dze.

To­mek… hm… uśmie­cham się na myśl o nim. Mój mąż jest di­no­zau­rem. Ga­tun­kiem ob­ję­tym szcze­gól­ną ochro­ną. Dba o mnie z wy­jąt­ko­wą sta­ran­no­ścią. Jest za­rad­ny, pra­co­wi­ty, uczci­wy, czu­ły i… jesz­cze przy­stoj­ny. Bar­dzo przy­stoj­ny. Jest tak przy­stoj­ny, że sama so­bie za­zdrosz­czę ta­kie­go cia­cha w łóż­ku. Wy­cho­wu­je­my ra­zem trój­kę dzie­ci. Jest ge­nial­nym oj­cem dla Kajt­ka, Ani i Toś­ki.

Naj­star­szy jest dwu­na­sto­let­ni Kaj­tek. Jest dziec­kiem z mo­je­go pierw­sze­go mał­żeń­stwa. Przez kil­ka lat wy­cho­wy­wa­łam go sama. Jego oj­ciec po­sta­no­wił roz­wi­nąć ża­gle za­raz po tym, jak oświad­czy­łam mu, że je­stem w cią­ży. Tak więc on się roz­wi­jał, a ja… też się roz­wi­ja­łam, tyl­ko tro­chę ina­czej. Ale o tym póź­niej. Nasz sy­nek to ty­po­wy in­te­lek­tu­ali­sta. Nie lubi się fi­zycz­nie mę­czyć, ko­cha wy­god­ne fo­te­le, w któ­rych może się za­nu­rzyć, czy­ta­jąc naj­now­sze in­for­ma­cje do­ty­czą­ce wszech­świa­ta. Kie­dy mam pro­blem z tym, aby coś szyb­ko po­li­czyć, py­tam Kajt­ka – jest ży­wym kal­ku­la­to­rem.

Có­recz­ki przy­szły na świat w bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nych wa­run­kach. Naj­pierw Ania, któ­ra imię otrzy­ma­ła po mo­jej bab­ci. Bab­cia ma chłon­ny i bły­sko­tli­wy umysł, jest tak­tow­na i de­li­kat­na. Dzia­dek za nią sza­le­je. Każ­de­go ran­ka wsta­je przed szó­stą tyl­ko po to, aby przy­nieść bab­ci jesz­cze go­rą­ce buł­ki od za­przy­jaź­nio­ne­go pie­ka­rza. In­ne­go pie­czy­wa bab­cia nie uzna­je, no, chy­ba że przy­nio­sę jej wła­sno­ręcz­nie upie­czo­ny chleb na na­tu­ral­nym za­kwa­sie. Wte­dy buł­ki idą w od­staw­kę. Bar­dzo bym chcia­ła, aby Anul­ka mia­ła tak do­bre ży­cie jak jej pra­bab­cia. Któ­ra mat­ka nie chce tego dla swo­ich dzie­ci? Anul­ka ma do­pie­ro czte­ry lat­ka. Jest oczkiem w gło­wie Tom­ka. Có­ru­nia ta­tu­nia, pe­reł­ka tęt­nią­ce­go ży­cia. Cią­gle pod­ska­ku­je i cie­szy się każ­dą mi­nu­tą. Uczę się tego od wła­sne­go dziec­ka. Pa­sja w czy­stej po­sta­ci.

Naj­młod­sza, dwu­let­nia Toś­ka, jest dzie­łem przy­pad­ku i chwi­lo­we­go wzlo­tu na­mięt­no­ści. W prze­ci­wień­stwie do Ani, Toś­ka nie była pla­no­wa­na. Za­sko­czy­ła nas nie mniej niż zima za­ska­ku­je dro­go­wców. Naj­pierw pła­ka­łam z żalu nad lo­sem, że jak ja niby te­raz dam so­bie radę z trój­ką dzie­ci, a po­tem, kie­dy już czu­łam pierw­sze ru­chy jej pło­do­we­go ży­cia, pła­ka­łam ze szczę­ścia. Kie­dy się uro­dzi­ła, cał­ko­wi­cie zwa­rio­wa­łam na jej punk­cie. To­sia jest oazą spo­ko­ju. Cał­kiem inna od swo­je­go ro­dzeń­stwa. Jest na­gro­dą za nie­prze­spa­ne noce, któ­re za­fun­do­wa­ły mi jej po­przed­ni­cy. Tak samo jak ja – jest bie­gacz­ką. Co praw­da na ra­zie tyl­ko bier­ną, ale kto wie, może jesz­cze dane mi bę­dzie po­czła­pać za nią w ja­kimś ma­ra­to­nie? Ech… roz­ma­rzy­łam się.

Je­stem nie­po­praw­ną ma­rzy­ciel­ką, acz­kol­wiek twar­do stą­pam po zie­mi. Oczy­wi­ście, że te dwie ce­chy moż­na ze sobą po­łą­czyć. Wła­śnie by­cie mamą sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cą dziec­ko mnie tego na­uczy­ło. Tak, by­łam mamą sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cą dziec­ko, cho­ciaż ni­g­dy nie mó­wi­łam o so­bie „sa­mot­na mat­ka”. Prze­cież mia­łam Kajt­ka, to jak mo­głam być sa­mot­na? Mat­ka ni­g­dy nie jest sa­mot­na. Mie­li­śmy sie­bie. Tyl­ko ja i Kaj­tek, Kaj­tek i ja. Męż­czy­zna mo­je­go ży­cia. Ża­den inny nie miał do mnie do­stę­pu.

Po roz­wo­dzie z jego oj­cem do­sta­łam aler­gii na te­sto­ste­ron. Moje cia­ło na­gle zo­sta­ło wy­po­sa­żo­ne w ge­nial­ny sys­tem ochron­ny, zwa­ny „pa­szoł won, dzia­du”, przez któ­ry ża­den hor­mon płci mę­skiej nie miał naj­mniej­szej szan­sy się prze­bić. By­łam so­bie ste­rem i okrę­tem, a Kaj­tek był moim por­tem. To do nie­go każ­de­go wie­czo­ra cu­mo­wa­łam. Pa­trzy­łam na ma­leń­kie, uf­nie śpią­ce ciał­ko… Tak dużo wte­dy pra­co­wa­łam. Wsta­wa­łam o świ­cie, aby zdą­żyć za­pro­wa­dzić go do przed­szko­la, po­tem bie­głam do pra­cy, uczyć an­giel­skie­go na­szą pol­ską mło­dzież, na­stęp­nie wra­ca­łam po Kajt­ka i za­czy­na­ła się dru­ga część dnia, zwa­na „ko­re­pe­ty­cje”. Kaj­tek jest „dziec­kiem ludu”. Po­tra­fi od­na­leźć się w każ­dej sy­tu­acji. Przez to, że tak czę­sto zo­sta­wia­łam go u co­raz to in­nej cio­ci, bab­ci, opie­kun­ki, to stał się bar­dzo sa­mo­dziel­ny i nad wy­raz do­ro­sły jak na swój wiek.

Mój syn to uro­dzo­ny mów­ca. Mały pro­fe­sor z ogrom­ną wie­dzą o ko­smo­sie. Po­tra­fi opo­wia­dać o tym go­dzi­na­mi. Na­wet kie­dy nikt go nie słu­cha – opo­wia­da i opo­wia­da z ta­kim bły­skiem w oku, że po­ra­ża każ­de­go, na kogo spoj­rzy. Je­stem z nie­go taka dum­na. Nie wiem, czy moż­na być dum­nym bar­dziej. Nad moim sy­nem mo­gła­bym się roz­pły­wać go­dzi­na­mi. Oczy­wi­ście uwa­żam, że je­stem bar­dzo obiek­tyw­na – jak każ­da mat­ka zresz­tą.

Roz­sta­nie z oj­cem Kajt­ka bo­la­ło, oj, bar­dzo bo­la­ło. Naj­bar­dziej bo­la­ło szu­ka­nie po­cie­sze­nia w ra­mio­nach in­ne­go. Jak to się mówi – do­sta­łam za swo­je. Po­stron­ni lu­dzie mo­gli­by stwier­dzić, że u jego boku mia­łam wszyst­ko, jed­nak nie było to praw­dą. Je­śli wszyst­kim moż­na na­zwać dach nad gło­wą i jako ta­kie za­bez­pie­cze­nie fi­nan­so­we, to tak, mia­łam wszyst­ko. Wszyst­ko oprócz mi­ło­ści, ale o tym też póź­niej. Tak ła­two jest oce­niać po­stę­po­wa­nie in­nych, ko­men­to­wać de­cy­zje, któ­re od­wa­ży­li się pod­jąć. Tyl­ko lu­dzie lu­dziom po­tra­fią zgo­to­wać naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce ko­le­je losu. „Za­nim oce­nisz ko­goś, spró­buj za­ło­żyć jego buty” – zwy­kła ma­wiać moja bab­cia Ania.

***

– Ma­mu­siu, kie­dy wró­ci­my do dom­ku? Ta­tuś nas już tam nie chce? – za­py­tał po raz set­ny Kaj­tek.

Nie wiem, ile razy sły­sza­łam to py­ta­nie. Usta Kajt­ka wy­po­wia­da­ły je ni­czym mo­dli­twę – każ­de­go ran­ka, wie­czo­ra, przed śnia­da­niem, po śnia­da­niu, przed obia­dem, po obie­dzie, przed ko­la­cją, po ko­la­cji i jesz­cze kil­ka­krot­nie w cią­gu dnia, mię­dzy po­sił­ka­mi. Moż­na było zwa­rio­wać. Kie­dy mnie o to py­tał, jego oczy ro­bi­ły się więk­sze niż pięć zło­tych, a po­licz­ki ró­żo­wia­ły w jed­nej chwi­li. Py­tał i py­tał, cho­ciaż mi­lion razy od­po­wia­da­łam w taki sam spo­sób, to mia­łam wra­że­nie, że mój syn bę­dzie tak py­tał aż do mo­men­tu, w któ­rym usły­szy od­po­wiedź, któ­ra go usa­tys­fak­cjo­nu­je.

– Kaj­tu­niu, ni­g­dy tam już nie wró­ci­my – od­po­wia­da­łam.

Opo­wia­da­łam mu o oj­cow­skiej mi­ło­ści. Bo niby co mia­łam mu opo­wia­dać? Kła­dłam swo­je­mu dziec­ku do gło­wy, że na­sze roz­sta­nie nie jest jego winą. To zresz­tą była praw­da. „Do­ro­śli lu­dzie cza­sa­mi zmie­nia­ją swo­je ży­cio­we pla­ny, ale nie ma to nic wspól­ne­go z tobą” – mó­wi­łam. Tak po­ra­dził mi pan Edward – psy­cho­log, do któ­re­go cho­dzi­łam na te­ra­pię. Jak man­trę po­wta­rzał mi, że nie ma roz­wo­du, któ­ry by się nie od­bił na psy­chi­ce po­tom­stwa.

– Wszyst­kie te dyr­dy­ma­ły o roz­sta­niach w przy­jaź­ni lu­dzie wy­my­śla­ją tyl­ko po to, aby uśpić swo­je wy­rzu­ty su­mie­nia – ma­wiał mój ów­cze­sny ży­cio­wy men­tor. – Pro­szę pani, ja nie wie­rzę w przy­jaźń po­mię­dzy ludź­mi, któ­rych losy do­pro­wa­dzi­ły do roz­wo­du – do­da­wał.

W du­żej mie­rze to ja za­fun­do­wa­łam swo­je­mu dziec­ku taki los, więc zmu­szo­na by­łam słu­chać tych py­tań. To ja mia­łam obo­wią­zek na nie od­po­wia­dać. Taka była moja kara… a przy­naj­mniej tak wte­dy my­śla­łam. Prze­cież nie mo­głam po­wie­dzieć wła­sne­mu dziec­ku, że jego oj­ciec od kil­ku lat pro­wa­dził po­dwój­ne ży­cie. Dla Kost­ka Ko­chan­ka by­łam ży­cio­wą po­mył­ką. „Nie uda­ło się nam – niech każ­dy idzie w swo­ją stro­nę, tak bę­dzie le­piej” – po­wie­dział. A mia­ło być tak pięk­nie! Ja, za­cza­ro­wa­na Ma­tyl­da, mia­łam go zmie­nić. Mój wdzięk miał na nie­go dzia­łać wiecz­nie. Taka była teo­ria. Prak­ty­ka oka­za­ła się nie­co bar­dziej okrut­na i już chwi­lę po ślu­bie z tego ca­łe­go za­cza­ro­wa­nia zo­sta­ło je­dy­nie roz­cza­ro­wa­nie. Pro­za ży­cia odar­ła nas ze złu­dzeń.

Cho­ciaż bab­cia Ania za­wsze mi po­wta­rza­ła, że zmie­nić to ja mogę so­bie skar­pe­ty, a nie chło­pa, to ja­koś tak nie bar­dzo chcia­łam jej wie­rzyć. „Przez czter­dzie­ści lat nie na­uczy­łam dziad­ka no­sić kap­ci” – mó­wi­ła na do­wód swo­jej teo­rii. Ka­za­ła mi się trzy­mać z dala, od tego po­żal się boże Ko­chan­ka!

– Prze­cież jemu tyl­ko wsiu bźdźiu w gło­wie. Prze­wra­ca tym mło­dym dziew­czy­nom w gło­wach i tyle z tego wszyst­kie­go. Bę­dziesz ko­lej­ną, zo­ba­czysz! Obyś tyl­ko sama z dziec­kiem kie­dyś nie zo­sta­ła. Ten Ko­stek całe ży­cie bę­dzie bie­gał w krót­kich ga­lo­tach. Ni­g­dy z nich nie wy­ro­śnie – ga­da­ła i ga­da­ła.

Nie było wi­dać koń­ca tego jej ga­da­nia, któ­re czę­sto żar­to­bli­wie na­zy­wa­łam kra­ka­niem albo też gde­ra­niem. Mimo to słu­cha­łam bab­ci. Na­wet kie­dy jej sło­wa po­zor­nie pusz­cza­łam mimo uszu, za­wsze część z nich wsią­ka­ła na za­wsze w moją pa­mięć, zu­peł­nie tak jak woda w wy­su­szo­ną gąb­kę. Dziś mą­drość bab­ci jest ze mną w każ­dej chwi­li ży­cia.

Wte­dy, za­ko­cha­na po uszy, pró­bo­wa­łam bro­nić swo­jej pierw­szej po­waż­nej mi­ło­ści. Pro­si­łam bab­cię, aby wresz­cie prze­sta­ła kra­kać.

– Wiesz, że spe­cjal­nie dla mnie zre­zy­gno­wał z wy­stę­pu w Ja­ro­ci­nie? – za­gad­nę­łam pew­ne­go dnia.

– Do­bra, do­bra. Spe­cjal­nie dla cie­bie… – Bab­cia tyl­ko wes­tchnę­ła.

– Jego ka­pe­la mia­ła grać tam kon­cert. To była wiel­ka szan­sa dla Kost­ka. Prze­cież wiesz, że śpie­wa­nie to całe jego ży­cie. Zmie­nił się, mó­wię ci. Nie wierz temu, co lu­dzie ga­da­ją na pra­wo i lewo – pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać.

– Wnu­siu, je­stem już za sta­ra na to, aby wie­rzyć plot­kom. Nie ob­cho­dzi mnie to, co ga­da­ją lu­dzie! Pa­trzę na nie­go i wi­dzę, że to nie jest chło­pak dla cie­bie. Zna­lazł so­bie mło­dziut­ką i na­iw­ną. Po­ba­wi się i zo­sta­niesz sama. Zo­ba­czysz. On nie jest zdol­ny do mi­ło­ści!

Ech… gdy­bym wte­dy jej po­słu­cha­ła… Ona pierw­sza go przej­rza­ła na wy­lot. Tłu­ma­czy­ła mi, że mój wy­bra­nek oprócz sie­bie, nie ko­cha ni­ko­go wię­cej. Tak samo jak i jego oj­ciec. To od bab­ci usły­sza­łam hi­sto­rię ro­dzi­ny Ko­chan­ków.

– Bied­na Bo­że­na Ko­chan­ko­wa wiecz­nie sama była. Ro­dzi­ła tych nic­po­ni jed­ne­go po dru­gim. Sta­ry Bog­dan Ko­cha­nek jak tyl­ko z mo­rza wra­cał, to za­raz ko­lej­ne dziec­ko w dro­dze było. Żeby cho­ciaż się jej cór­ka tra­fi­ła, a to same chło­pa­czy­ska – cią­gnę­ła swą opo­wieść bab­cia. – Ty wiesz, Ma­tyl­da, ile trze­ba tru­du, aby wy­cho­wać czte­rech sy­nów? W dwój­kę cięż­ko, a co do­pie­ro sa­mej. Bog­dan był in­ne­go zda­nia. Uwa­żał, że on na dom za­ra­bia, a do­mem ma się za­jąć żona. Nic dziw­ne­go, że bied­na Ko­chan­ko­wa za­czę­ła do kie­lisz­ka za­glą­dać. Każ­dy so­bie pró­bu­je ra­dzić, jak tyl­ko po­tra­fi. Oj, złą dro­gę wy­bra­ła, ale cóż… ta­kie ży­cie. Wier­ny też jej nie był, sama wi­dzia­łam. Ten Twój Ko­stek to taki sam jak i jego oj­ciec. Nie za­spo­koi gło­du chle­bem z jed­ne­go pie­ca. Wszyst­kie pie­kar­nie do­oko­ła będą jego, tak jak i Bog­da­na były. Do­pie­ro sta­rość go na tył­ku po­sa­dzi­ła. Roz­cho­ro­wał się na sta­re lata i do­pie­ro za­czął ro­dzi­nę ce­nić. Szko­da, że Ko­chan­ko­wa tych lat nie do­ży­ła. Oj, bied­na ko­bie­ci­na, bied­na… Nie­da­le­ko pada jabł­ko od ja­bło­ni, Ma­tyl­dziu. Po­słu­chaj mnie, dziec­ko, po­słu­chaj. Nie bę­dziesz ża­ło­wa­ła.

Cze­ka­łam, aż wresz­cie da spo­kój, ale jej wy­wo­dom na te­mat ży­cia nie było koń­ca. Te­raz, jak so­bie o tym po­my­ślę, to do­cie­ra do mnie, że gdy­bym po­słu­cha­ła jej rad, moje ży­cie po­to­czy­ło­by się zu­peł­nie ina­czej. Lecz czy le­piej? Tego nie wie nikt, bo prze­cież to, co się ni­g­dy nie wy­da­rzy­ło, nie ma pra­wa ist­nieć, więc nie ma naj­mniej­sze­go sen­su o tym my­śleć.

– Cały czas się za­sta­na­wiam, dla­cze­go mło­dość nie po­bie­ra nauk od star­szych po­ko­leń. Wy­fru­wa z gniaz­da mło­dy ptak i my­śli, że świat się zmie­ni. A świat, wnu­siu, jest za­wsze taki sam. Tyl­ko lu­dzie pa­trzą na nie­go z róż­nych per­spek­tyw. Tak bar­dzo bym chcia­ła, abyś na Kost­ka Ko­chan­ka spoj­rza­ła mo­imi ocza­mi. Może wte­dy do­strze­gła­byś to, co mam na my­śli… A zresz­tą… – Urwa­ła w pół zda­nia, co od razu wy­ko­rzy­sta­łam, wtrą­ca­jąc do jej mo­no­lo­gu swo­je pięć gro­szy.

– Prze­stań wresz­cie ga­dać, bab­ciu. Ciesz się moim szczę­ściem.

– Do­brze, już do­brze. Nic wię­cej nie mó­wię.

Ufff… mia­łam spo­kój, przy­naj­mniej do na­stęp­ne­go razu. Jed­nak tro­chę za­sta­na­wia­łam się nad tym, co mó­wi­ła. Wie­dzia­łam, że jest bar­dzo mą­drą ko­bie­tą i chce dla mnie do­brze. By­łam z nią bar­dzo zwią­za­na. Bab­cia Ania była kimś, kogo po­tra­fi­łam słu­chać, nie de­ner­wu­jąc się i nie obu­rza­jąc, że wtrą­ca się w moje ży­cie. Tyl­ko ona mo­gła ro­bić to bez­kar­nie. Wie­dzia­łam, że w jej ra­dach nie ma ani cie­nia po­gar­dy dla mo­ich de­cy­zji. Po­tra­fi­ła od­waż­nie wy­ra­żać swo­je zda­nie, nie ura­ża­jąc przy tym mo­jej wraż­li­wej mło­dej du­szy. Mogę śmia­ło po­wie­dzieć, że na każ­dym eta­pie mo­je­go ży­cia była mi brat­nią du­szą. Ko­cham ją bar­dziej niż wła­sną mat­kę. Ufam jak ni­ko­mu na świe­cie. Do­brze mieć ta­kie­go czło­wie­ka obok sie­bie.

***

Ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe. Cze­ka­łam na ten mo­ment czte­ry lata. Już po uro­dze­niu Ani ma­rzy­łam o tym, że prze­bie­gnę ma­ra­ton. Chcia­łam po­ka­zać ca­łe­mu świa­tu, na co mnie stać. Udo­wod­nić, że mogę po­ko­nać sła­bo­ści swo­je­go cia­ła i umy­słu. Dam z sie­bie wszyst­ko. „Je­stem do­brze przy­go­to­wa­na. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je” – my­śla­łam w trak­cie ostat­nich dni przed go­dzi­ną „zero”. Niby w sie­bie wie­rzy­łam, ale ja­kiś zni­ko­my pro­cent nie­pew­no­ści tkwił gdzieś na sa­mym dnie mo­je­go je­ste­stwa i dla­te­go wła­śnie czu­łam się tak faj­nie. Owa nie­pew­ność do­da­wa­ła tyl­ko pi­kan­te­rii ca­łe­mu przed­się­wzię­ciu, zwa­ne­mu ma­ra­to­nem. Przy­go­to­wy­wa­łam się na tyle, na ile mo­głam w cią­gu dwóch ty­go­dni przed bie­giem, zja­da­jąc wię­cej ma­ka­ro­nu niż nie­je­den miesz­ka­niec Ita­lii jest w sta­nie zjeść przez mie­siąc. Za­pa­sy gli­ko­ge­nu mię­śnio­we­go mia­łam zde­cy­do­wa­nie w nad­wyż­ce. My­śla­łam opty­mi­stycz­nie. W trak­cie przy­go­to­wań zo­sta­wi­łam za sobą po­nad dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów.

„Uda się. Wiem, że mi się uda. Je­stem do­brze przy­go­to­wa­na men­tal­nie. Ma­ra­ton bie­gnie gło­wa i ser­ce. Nogi są tyl­ko na­rzę­dziem” – po­wta­rza­łam do swo­je­go od­bi­cia w lu­strze. Nie­ba­wem mia­łam prze­ko­nać się o tym, czy to praw­da. Już nie mo­głam się do­cze­kać.

Dzień wcze­śniej ode­bra­li­śmy pa­kiet star­to­wy. By­łam taka szczę­śli­wa i pod­eks­cy­to­wa­na. To­mek nie mó­wił nic, tyl­ko ro­bił mi zdję­cia. Dum­nie pod­pi­sa­łam się w okien­ku obok wła­sne­go na­zwi­ska. KO­CHA­NEK-OSTROW­SKA Ma­tyl­da: nu­mer star­to­wy sto czter­dzie­ści dwa.

– To­masz, zo­bacz, ja­kie to szczę­ście. Po­bra­li­śmy się czter­na­ste­go lu­te­go, to pra­wie jak sto czter­dzie­ści dwa! Do tego je­den plus czte­ry, plus dwa, daje sie­dem, a po­wszech­nie wia­do­mo, że sió­dem­ka to szczę­śli­wa cy­fra. To bę­dzie cu­dow­ny bieg, zo­ba­czysz. Jak nic zła­mię czte­ry go­dzi­ny.

– Ty się le­piej skup na tym, aby nogi nie zła­mać – dro­czył się ze mną.

– Oj, ja­kiś ty miły. Za­wsze wie­dzia­łam, że mogę na cie­bie li­czyć. Two­ja wia­ra do­da­je mi skrzy­deł. Za­raz chy­ba po­fru­nę.

– Jak bę­dziesz le­cia­ła, ko­cha­nie, to uwa­żaj na li­nie elek­trycz­ne – mogą ze­psuć ci fry­zu­rę.

– Już ty się o moje wło­sy nie martw, mój ty uro­dzo­ny opty­mi­sto. – Po­ca­ło­wa­łam czu­le jego szorst­ki, nie­ogo­lo­ny po­li­czek.

To­mek ni­g­dy nie lu­bił oka­zy­wać swo­ich uczuć. Mimo to za­wsze wie­dzia­łam, że ko­cha mnie jak nikt inny na świe­cie. To on od po­cząt­ku wie­dział, że zo­sta­nę jego żoną. Mi doj­ście do ta­kich wła­śnie wnio­sków za­ję­ło tro­chę wię­cej cza­su. Na samą myśl o hi­sto­rii na­szej mi­ło­ści uśmie­cham się do sie­bie. Mia­łam w ży­ciu na­praw­dę wiel­kie szczę­ście. Zresz­tą cały czas są­dzę, że je­stem szczę­ścia­rą. Mój mąż po­ja­wił się w na­szym ży­ciu przez przy­pa­dek-wy­pa­dek. Bo jak ina­czej moż­na na­zwać fakt, iż co­fa­jąc moim roz­pa­da­ją­cym się oplem cor­są, wje­cha­łam z im­pe­tem w jego wy­mu­ska­ną i błysz­czą­cą to­yo­tę? Ni­g­dy nie za­po­mnę wy­ra­zu jego twa­rzy. Wy­siadł z sa­mo­cho­du, z za­mia­rem na­ma­cal­ne­go wy­mie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści ga­mo­nio­wi, nie­umie­ją­ce­mu kie­ro­wać. Kie­dy jed­nak spoj­rzał w prze­ra­żo­ne oczy Kajt­ka, cała jego złość umknę­ła w jed­nej chwi­li. Zdo­łał tyl­ko z sie­bie wy­du­sić:

– Czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak – od­po­wie­dzia­łam. – Nasz ru­pieć ja­koś to prze­ży­je. Już nic bar­dziej oszpe­cić go nie może. Go­rzej z pań­skim pięk­nym sa­mo­cho­dem.

– Pro­szę się nie mar­twić spra­wa­mi tak bła­hy­mi. – Po­słał mi roz­bra­ja­ją­cy uśmiech.

– Mógł pan nie sta­wać na dro­dze mo­jej ma­mu­si. Za­wsze jak się spie­szy­my, to przy­tra­fia­ją się nam ta­kie wy­pad­ki.

– Nie mówi się wy­pad­ki, a przy­pad­ki – po­pra­wi­łam syn­ka.

– Co to za róż­ni­ca, jak już i tak jest po wszyst­kim – od­parł Kaj­tek, roz­kła­da­jąc ręce.

Jego gest bar­dzo nas roz­ba­wił i roz­ła­do­wał na­pię­tą at­mos­fe­rę.

Wy­mie­ni­li­śmy się nu­me­ra­mi te­le­fo­nów w celu omó­wie­nia for­mal­no­ści zwią­za­nych z ubez­pie­cze­niem aut i każ­de wró­ci­ło do swo­je­go ży­cia. To­masz wte­dy już prze­czu­wał, że krak­sa, któ­rą spo­wo­do­wa­łam, nie była dzie­łem przy­pad­ku. Ten przy­pa­dek-wy­pa­dek zmie­nił na­sze ży­cie na za­wsze. Wy­star­czy­ło jed­no spo­tka­nie dwoj­ga oczu, aby po­łą­czyć na za­wsze trzy świa­ty. Mój, Tom­ka i Kaj­tu­sia.

***

Sta­łam na star­cie i usta­wia­łam swój ze­ga­rek, któ­ry za chwi­lę miał za­cząć od­li­czać czas. Jesz­cze tyl­ko parę go­dzin i będę inną oso­bą. Do­oko­ła czuć było za­pach men­to­lo­wych ma­ści – za­pach bie­ga­cza. Chy­ba każ­dy miał tam na­sma­ro­wa­ne ko­la­na. Ja rów­nież.

– Do­cze­ka­łaś się tego dnia – szep­nę­łam sama do sie­bie. By­łam to­tal­nie sku­pio­na na celu.

Na­gle przed ocza­mi uka­zał mi się ogrom­ny na­pis: NA­SZA MAMA MA­TYL­DA NIE BA­TON – PRZE­BIE­GNIE DZIŚ MA­RA­TON!!! NU­MER STO CZTER­DZIE­ŚCI DWA JAK BŁY­SKA­WI­CA GNA. NA ME­CIE SIĘ SPO­TKA­MY – BAR­DZO CIĘ KO­CHA­MY!!!

Cały To­masz! Usta­wił na­sze dzie­ci w rząd­ku i wszy­scy dum­nie pa­trzy­li, jak mama wresz­cie idzie, a ra­czej bie­gnie po swo­je. Za­sta­na­wia­łam się, kie­dy oni zdą­ży­li to przy­go­to­wać. Jak zdo­ła­li to przede mną ukryć? By­łam szcze­rze wzru­szo­na. Kaj­tek wy­glą­dał na prze­ra­żo­ne­go całą sy­tu­acją. On je­dy­ny z trój­ki na­szych dzie­ci był świa­do­my ogro­mu tego dy­stan­su. Kil­ka dni wcze­śniej pro­sił Tom­ka, aby ten po­je­chał z nim na czter­dzie­sto­dwu­ki­lo­me­tro­wą prze­jażdż­kę sa­mo­cho­dem. Kie­dy wró­ci­li, mło­dy mil­czał. Wie­dzia­łam, że się o mnie mar­twi. „Kup mi pół­fran­cu­skie ro­ga­li­ki, Kaj­tuś, wiesz, te moje ulu­bio­ne. Na me­cie będę bar­dzo głod­na”– po­pro­si­łam. Moje sło­wa wy­wo­ła­ły uśmiech nie tyl­ko na twa­rzy Kajt­ka, ale też na twa­rzy Tom­ka, któ­re­go oczy zda­wa­ły się mó­wić: „Cała Ma­tyl­da”.

Te­raz wszy­scy sta­li w rząd­ku, trzy­ma­jąc ten trans­pa­rent. Ania coś do mnie wo­ła­ła, ale nie by­łam w sta­nie nic zro­zu­mieć . Było gło­śno i cia­sno – jak to na pierw­szych me­trach bie­gu. To­sień­ka za­ty­ka­ła uszy. Była szcze­rze wku­rzo­na, że mat­ka za­ser­wo­wa­ła jej tego typu atrak­cje. To­masz jak zwy­kle pa­no­wał nad sy­tu­acją.

Za chwi­lę wy­star­tu­ję w bie­gu swo­je­go ży­cia. Będę mia­ła spo­ro cza­su, aby to i owo prze­my­śleć. Po­go­dzić się w koń­cu z tym, co przy­szło mi do­świad­czyć. Wła­śnie dziś raz na za­wsze roz­li­czę się z prze­szło­ścią. Zro­bię to wła­śnie tu, w Ko­ło­brze­gu. To mia­sto mnie ukształ­to­wa­ło. Spę­dzi­łam tu ka­wał ży­cia. Wy­je­cha­łam do­pie­ro jako trzy­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta po przej­ściach, z kil­ku­let­nim Kajt­kiem u boku i na­dzie­ją na lep­sze ju­tro.

***

Za­czę­ło się wiel­kie od­li­cza­nie. Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, czte­ry, trzy, dwa, je­den – START! Usły­sza­łam strzał i za­czę­łam biec.

Czas: 5.10.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W maratonie życia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia