Punkt Barana

Punkt Barana

Autorzy: Aleksander Sowa

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Kryminał / sensacja Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: PDF

Ilość stron: 306

cena od: 10.15 zł

Nadszedł czas wyrównania rachunków

Znany z "Ery Wodnika" komisarz Emil Stompor wychodzi z więzienia i spotyka dziewczynę byłej partnerki, która proponuje mu wspólną zemstę. Ten odmawia, pragnąc po latach wyłącznie spokoju. Tymczasem w Warszawie dochodzi do serii brutalnych zabójstw. Prowadząca śledztwo grupa policjantów Komendy Stołecznej natrafia na pewien ślad. Trop prowadzi jednak w bardzo niebezpiecznym kierunku.

Oparta na prawdziwych wydarzeniach brutalna, do bólu realistyczna historia z pogranicza thrillera i mrocznej powieści kryminalnej. Osadzona w twardym świecie, gdzie dobro i zło w czystej postaci nie istnieją. Przygniatająca prawda o rzeczywistości polskiej Policji na tle bezwzględnego świata najgroźniejszych przestępców i nieprzychylnych przełożonych.

Aleksander Sowa

Punkt barana

Copyright by Aleksander Sowa 2017

Zdjęcie na okładce: Fotolia.com/trahko

Okładka: Aleksander Sowa

Redakcja: Katarzyna Wróbel

Korekta: Bożena i Janusz Sigismund, Sabina Sagan

Konsultacja niemieckojęzyczna: Sabina Sagan

ISBN: 978-83-945444-2-3

Aleksander Sowa|

www.wydawca.net

-

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Opole, sierpień 2017 r.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Dla najwierniejszej Czytelniczki, surowego krytyka, korektorki i niemieckojęzycznego konsultanta. A także dla doradcy, inspiracji i muzy. Najukochańszej Bince.

1

Noc przed Wigilią jest mroźna, jasna, bezwietrzna. Dzień był słoneczny i wraz

z zapadnięciem zmroku zrobiło się zimno. Około północy słupek rtęci obniża się do siódmej kreski poniżej zera. Mężczyzna zatrzymuje samochód.

– Pan Markowski? – słyszy w słuchawce.

– A z kim rozmawiam?

– Pożegnać się chciałem.

– Nie bardzo rozumiem – odpowiada. – To chyba pomyłka?

– To nie pomyłka.

– Wobec tego słucham. O co chodzi?

– Spoczywaj w pokoju.

Zdumiony Markowski zastanawia się nad głupim żartem.

– Wal się, frajerze – mruczy pod nosem.

Jego myśli wracają do wieczornych wydarzeń. Dowiedział się, że go odwołają

i delegują do USA. To niezbyt optymistyczna wizja, ale wyjazd dobrze mu zrobi.

– Przepraszam, ja do pana.

– O cholera! – wyrywa się Markowskiemu. – Ależ mnie pan przestraszył!

– Nie chciałem.

Markowski przekręca kluczyk w stacyjce. Silnik škody gaśnie. Rzuca spojrzenie na nieznajomego. Jest niewysoki, ma jasne włosy, kurtkę z futerkowym kołnierzem i rękawiczki z czarnej skóry. Wygląda jak glina.

– A o co chodzi?

– To zajmie sekundę. – Nieznajomy uśmiecha się, ale jego oczy są zimne jak

u jadowitego węża.

– My się znamy? Obawiam się, że pan mnie z kimś pomylił. – Markowski uchyla drzwi i opiera dłoń na broni.

Kula pistoletu blondyna jest szybsza. Tłumik wycisza strzał. Zamek wyrzuca łuskę na dach samochodu z brzękiem, w ciszy ten dźwięk jest jak uderzenie w dzwon. Pewien bezdomny unosi głowę znad kontenera na śmieci. Spłoszony zabójca zakłada kaptur i znika między blokami. Rolex daytona na przegubie dłoni mężczyzny za kierownicą wskazuje trzynaście minut po północy. Na parkingu zapada cisza.

2

Emil poczuł to nagle. Owo niespodziewane, lecz dobrze znane, silne przeczucie, że za chwilę coś się stanie, wydarzy, zmieni. Po kręgosłupie przebiega mu dreszcz. Nie ma czasu na rozmyślania. Udając, że śpi, przez szparki powiek rejestruje ruch. Chwyta nadgarstek napastnika. Przytrzymawszy za przegub, wymierza sierpowy. Ostrze upada. Szczęka niedoszłego zabójcy przyjmuje kolejne ciosy. W celi zapada cisza.

– Mów, kto ci to zlecił?

– Ja sam.

– Gówno sam! – Chwyta współwięźnia za włosy. – Mów prawdę. – Chodnik tłumi uderzenie głowy o beton. – Mów, bo cię zajebię, gnido.

– Nie mogę!

Pięść przestawia szczękę skazańca. Zza sunących wolno po niebie chmur widać cieniutki księżyc. Niedoszły oprawca pluje krwią zmieszaną ze śliną. Mocne szarpnięcie za włosy unosi mu głowę. W blasku księżyca ukazuje się zakrwawiona twarz.

– Mów. – Emil przykłada zaostrzoną łyżkę do szyi obitego. – Bo zaraz zdechniesz.

– Wiesz przecież, że jak się przypucuję, to po mnie.

Emil puszcza włosy nieszczęśnika. Ten, sapiąc, zwija się w kłębek i jęczy. Chwilę później słyszą plusk. Narzędzie niedoszłej zbrodni ląduje w otworze służącym pięciu skazańcom za toaletę.

– Wiem i mam na to wyjebane. – Błyska zapałka. – Mów.

Chmury zakrywają księżyc. Zaciętą twarz oświetla czerwony ognik papierosa. Ciasną, śmierdzącą męskim potem celę wypełnia mroźne powietrze zmieszane z zapachem palonego tytoniu.

– Emil – płaczliwie tłumaczy się ten na podłodze – wiesz, jak to jest. Kazali mi. Jakbym tego nie zrobił – mówi, wycierając krew z wargi o rękaw koszuli – to byłoby już po mnie.

– Gówno mnie to obchodzi.

– Jak Boga kocham.

– Nie bluźnij. Lepiej się zamknij.

Zapada cisza. Bicie ich serc wraca do normalnego rytmu. Słychać pociąganie nosa. Potem i to cichnie. Zza okna docierają, stłumione murami, odgłosy miasta.

– Emil? – odzywa się trzeci głos. – Kopsnąłbyś żaru, co?

Pod okno podchodzi trzeci osadzony, mijając niedoszłego zabójcę. Usta Emila pomiędzy porcjami wydmuchiwanego dymu wykrzywia uśmiech. Gdyby było tam jasno, dostrzegliby w tym sentyment. To w pewnym sensie jego ostatni papieros. Nie ma w nim żalu, jest za to obietnica nowego.

– Masz.

– Wszystkie?

– Jutro będę miał nowe.

Osadzony niecierpliwie zapala. W świetle zakratowanego okna dostrzegają drugi ognik. Obdarowany zaciąga się z przyjemnością.

– Powiedz, czemu się nie przyznałeś, za co cię wciągli?

– A ty, Kasior, co? – odzywa się jeszcze jeden więzień. – Popierdoliło ci się w główce? Z chwastem będziesz nawijał? Z mendą? Kumpla pod celą szukasz? Do reszty ci się popierdoliło? – dochodzi z łóżka pod drzwiami.

– Ty, kurwa, Świeżak, w nawijkę się nie wpierdalaj! – Odpowiedź przychodzi natychmiast. – Masz swoje kojo, to uderzaj w kimę. – Ognik kieruje się w stronę Świeżaka. – Chyba że chcesz, to mogę cię przejebać. I tak ci po rajtach pojadę, że ci się odechce. Co?

– Uwagę ci zwracam, bo widzę, że z mendą palisz.

– Nie wkurwiaj mnie! Żenić bałach możesz starej, nie mnie! Cynkwajs mam pod gałą! Już chyba zapomniałeś, co? Kminy nie masz skręconej, to się nie wpierdalaj.

– Dobra już, dobra.

– Zamykaj ryj! I nie zapominaj, żem git multirecydywa! Bo mnie pienisz. Jeszcze trochę, to pod fleki pójdziesz.

– Już się kitram.

– I szamot trzymaj.

Pozostali trzej zachowują milczenie. Wiedzą, że ono jest dobre. Pozwala przeżyć. Miało tu dojść do zabójstwa, więc w razie jakichkolwiek pytań jednogłośnie przyznają, że spali jak przedszkolaki i żaden z nich nic nie widział ani nie słyszał.

– Widzisz, Kasior, tym się różnimy, że ja garuję za darmo, a ty za coś.

– Niewinny! Jak wszyscy tutaj.

– To moja ostatnia nocka, to ci mogę powiedzieć. Psem byłem dwadzieścia lat. Na emeryturę miałem iść. Podskoczyłem za wysoko i pajdę mi ożenili. Za cienki byłem. Dostałem zarzuty.

– Jak?

– Po prostu. Jak się chce psa trafić, to kij się znajdzie. Policjant to szmata, każdy chce go ujebać. Przełożeni, ludzie na ulicach, tacy jak ty, prokuratorzy, sędziowie. Wszyscy. A że wtedy się klika u władzy zmieniła i do koryta doszła Chrześcijańska Unia Jedności, to mnie załatwili. Dostałem dyscyplinarkę za przekroczenie uprawnień. A potem wrobili mnie jeszcze w łapówkę.

– Po co? Przecież i tak już miałeś wagę, no nie?

– Ale mógłbym iść na emeryturę, a tak już nie.

– Czemu?

– W psiarni jest, że łapiesz pajdę za łapówkę, to emeryturę tracisz.

– Wiesz, kto cię wrobił?

Emil zaciąga się. Wydmuchawszy dym, gasi papierosa.

– Pewnie ci – odpowiada, patrząc na księżyc – co mnie nadali tej gnidzie na podłodze.

– Żałujesz?

– Czego?

– No tego, żeś garował?

– A ty, żałujesz, że garujesz?

– Ja to co innego.

– Co innego? – powtarza z ironią Emil. – Chuja, a nie co innego!

– Przecież jesteś niewinny.

– A ty żałujesz, że nie jesteś niewinny?

– Ja to co innego.

– Gówno, a nie co innego. To samo. Siedzimy tu razem. Sramy, jemy i skaczemy do gardeł. I nieważne, czy powinienem tu być, czy nie. Istotne, że tu byłem. I tego nic nie zmieni. To jest jak pocisk. Wystrzelonej kuli nie można cofnąć. Ona leci i niszczy to, co napotka.

– Coś w tym jest.

Kasior zastanawia się nad słowami Emila. Ten były glina dostał wyrok, ktoś chce go zabić. Pewnie jeszcze spróbuje, nie dziś, ale tam, na wolności. Szkoda, bo chociaż pies zawsze będzie psem, to ten jest charakterny bardziej niż niejeden git.

– Co zrobisz?

– Dobre pytanie.

– Masz kogoś tam? – Wskazuje głową świat za kratami.

– Nikogo.

– Nie pierdol, nikt nie jest samotną wyspą, jak pisał poeta.

– Widzę, że czytać zacząłeś. Masz rację, ale sam jestem – odpowiada Emil, zaciskając zęby.

– A wapniaki, brat, siostra?

– Rodzice pomarli, brata mam, ale daleko.

– To może ci pomoże?

– Sam będę musiał sobie pomóc. Nie trzymamy kontaktu.

– Najważniejsze, że jutro się wyklepujesz. Wiesz, menda jesteś, ale widać, że gość omega i charakterny. Szkoda, że na psa poszedłeś. Mógłbyś dużo zdziałać. – Kasior urywa. – Ja, wiesz, od bajtla bujałem. Pośmigałem po mieście. Tyle że zawsze się kurwa znajdzie, co się rozpruje. Frajer mi zjechał po kosie. I mam piętnastka. Przynajmniej wiem, za co garuję, ale ty? Teraz czeka cię wolność. Musisz planetę przygruchać. Będzie ci żreć dawała, a szpary nie poskąpi. Jak mnie wypuszczą, to do kretowiska niezwłocznie uderzę świnię od zakrystii wydymać. Nawet, kurwa, najgorszą gruzinkę albo plantówkę nielatę.

– Możesz się na harem pofatygować – odzywa się głos spod drzwi.

– Kurwa, jak Boga kocham, Świeżak, zaraz ci przypierdolę!

– Widzisz – wzdycha Emil, nie zwracając uwagi na Świeżaka. – Nie mam do czego wracać.

– Nie nawalaj. Każdy ma. Wracasz na wolność. Tylko to się liczy.

Zapada cisza. Spojrzenie Emila wędruje w stronę okna. Księżyc wychodzi zza chmur i oświetla pooraną bruzdami twarz. O czym były policjant myśli, nie sposób odgadnąć. Choć na ośmiu metrach kwadratowych spędzili tu lata, nigdy tego nie potrafili. Emil dziś, tak samo jak pierwszego dnia, gdy stanął w drzwiach z mandżurem, pozostanie zagadką. Tyle że dowiedzieli się prawdy.

3

Andrzeja Kamińskiego pierwszy dzień w Polsce wita niepogodą. Siódmego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku na warszawskim Okęciu wieje na tyle mocno, że pilot walczy ze sterami, by posadzić białego tupolewa Tu-154 na pasie.

– Życzę miłego pobytu nad Wisłą.

– To pani ostatni lot dzisiaj?

– Tak.

– W takim razie – Kamiński dodaje z rozbrajającym uśmiechem – ja życzę miłego wieczoru.

– Bardzo dziękuję. – Dziewczyna zatrzymuje wzrok na mężczyźnie dłużej niż zwykle. – Choć wątpię, aby to było możliwe – dodaje.

– Dlaczego?

– Z taką aurą? – Stewardessa przewraca oczami. – To niemożliwe.

– Ach, rozumiem – odpowiada pasażer. – Proszę pamiętać, że aurę można uprzyjemnić.

– Widziałam, że pan czytał. To pana sposób?

– Jest całkiem skuteczny.

– Zdradzi pan, jaka książka tak pana zajęła?

Kamiński się uśmiecha. Dziewczyna widzi rząd prostych i białych zębów. Wyjmuje z niewielkiej torby Buszującego w zbożu Salingera.

– Jest niezła.

– Nie czytałam.

– Polecam.

– Jak tylko znajdę czas. Z moją pracą to niełatwe.

Kamiński spogląda na dziewczynę i zakłada czapkę. Dziewczyna odwzajemnia uśmiech. Jest bardzo ładna.

– Z tym może być trudno. – Wskazuje głową to, co się dzieje na zewnątrz. – Chyba zbliża się koniec świata.

Za oknem deszcz wiruje w dzikim tańcu ze śniegiem. Stewardessa kiwa głową. Kamiński już zauważył, że nie nosi obrączki. Ona zwróciła uwagę na błękitne oczy, kanciastą brodę i jasne, krótkie włosy. Jednak najbardziej interesują ją jego plecy.

– Chociaż z drugiej strony – przystojniak się odwraca – skoro mówi pani, że skończyła pracę, a pogoda nie zachęca do spacerów, to napijmy się gorącej herbaty.

– Interesująca propozycja.

– Porozmawiamy o literaturze – dodaje. – Mam nadzieję, że się pani nie obrazi na tak niemoralną propozycję? – Mruga okiem.

Nie zdziwił się pogodą. Zna polski klimat. Przygotowano go na warunki, jakie tutaj panują, już dawno. Zresztą przygotowano go na wiele.

– Chętnie – odpowiada dziewczyna. – Tym bardziej że w herbacie nie ma niczego niemoralnego.

– To zależy.

– Od czego?

– Co do niej dodamy.

Przeszywa ją dreszcz podniecenia. Kamiński jest ogromny. Ma sporo ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu – myśli – a z tak szerokimi barkami waży pewnie dużo ponad sto kilogramów.

– Racja.

– Zatem?

– Może odrobina rumu?

– Gdzie na panią czekać?

– Proszę się odprawić. Spotkajmy się – stewardessa spogląda na zegarek – za pół godziny.

– Gdzie?

– Pod tablicą odlotów.

– Zatem do zobaczenia.

Pasażer waży sto dwanaście kilogramów. Mierzy sto dziewięćdziesiąt sześć centymetrów. Choć rok urodzenia z dokumentów się zgadza – Kamiński urodził się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym – stało się to nie w Warszawie, ale w Murmańsku. I wbrew temu, co twierdzi jego paszport, nie wydała go Polska Rzeczpospolita Ludowa, ale Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fiat 126p. Sportowe modyfikacje i tuning Modliszka Enter Requiem do miłości Umrzeć w deszczu Era Wodnika 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny