Pamiętnik 3

Pamiętnik 3

Autorzy: Henryk Grynberg

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 624

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 35.92 zł

W niniejszym tomie swoich pamiętnikarskich zapisków, datowanych od kwietnia 2014 do lutego 2017 roku przeważnie w McLean pod Waszyngtonem, Henryk Grynberg, prozaik, poeta i eseista, dobitnie komentuje bieżące gry polityczne i międzynarodowe, rewidując przy tym doniesienia mediów, zwłaszcza dotyczące Żydów i Izraela. Dzieli się wrażeniami z wydarzeń kulturalnych i lektur – zwłaszcza na temat Holokaustu – oraz spotkań z czytelnikami. I jak zwykle energicznie polemizuje. Wspomina ludzi, którzy z jego świata odeszli, żegna tych, którzy – coraz częściej – odchodzą. A jednocześnie uważnie obserwuje przyrodę i z poetycką wrażliwością oraz dowcipem i wdziękiem opisuje faunę swojego zakątka, „bezdomne” lisy i sarny – z przychówkiem – które regularnie odwiedzają zapuszczony, zaciszny backyard za oknem jego gabinetu, „towarzysząc” mu godzinami przy pracy. Dramatyczna kompozycja tych emocjonalnych zapisków sprawia, że czyta się je nie jak fragmenty rzeczywistości, lecz fascynującą całość.

Henryk Grynberg

Pamiętnik 3

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Adam Grynberg

Copyright © by Henryk Grynberg, 2017

Korekta Anna Strożek / d2d.pl, Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-591-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Kolofon

Jestem, kim jestem, wbrew sobie, za sprawą

tych, co świadomie pragnęli mnie zgubić.

Edyp w Kolonos (tłum. A. Libera)

I owe a longer allegiance to the dead than to the living…

Antygona (tłum. R. C. Jebb)

McLean, 1 VI 2014

„Czy ktoś pamięta rodzinę Friedmanów, którzy mieszkali w Wiedniu, Klosterneuburgerstrasse 61? Mieli troje dzieci: Bernarda, Herberta i Lilly. Herbert chodził do szkoły Talmudu i Tory przy Malzgasse”.

„Poszukuję informacji o rodzinie Hessnerów: Josefie i Gitli oraz ich dzieciach Jakobie, Danielu i Sarze. Mieszkali w Wiedniu, bodajże przy Liebenstrasse, i zesłano ich do Dachau”.

„Mój dziadek i moja babka, Elias i Menia Kupfermann, mieszkali w Wiedniu od 1926 do 1941 roku. Czy ktoś znał moją wiedeńską rodzinę?”

„Chciałabym wiedzieć, co się stało z moją babką Ettel Bomze z domu Vogelbaum, która chyba mieszkała w Wiedniu”.

„Oswald Adler, urodzony 27 maja 1920 roku w Wiedniu, był kuzynem mojego teścia. Przybył do Flossenbürga 25 lutego 1945 roku po marszu śmierci z innego obozu koncentracyjnego. Był bardzo chory i umarł sześć tygodni przed wyzwoleniem. Czy myślicie, że ktoś, kto był wtenczas we Flossenbürgu, może go pamiętać?”

„Poszukuję trzech przyjaciółek: Marianne Rosenthal, Putti Popper i Eriki Stoltz, z którymi chodziłam do prywatnego gimnazjum przy Novara Gasse w latach 1935–1938”.

„Czy był ktoś w klasztorze Soeurs de la Charité, gdzie mnie ukrywano od 1942 do 1944 roku? Znajdował się on w Louvain lub Leuven (Belgia jest krajem dwujęzycznym). Pamiętam tylko najstarsze dziewczęta, jak Irene Russak, lat 15, Therese Granek, lat 15, Dora Russak, lat 14, Tony Granek, lat 14, Helene (nie znałam jej nazwiska), lat 14, i jej siostra (nie pamiętam imienia)”.

Z biuletynu ocalałych „Together”, May 2014.

McLean, 2 VI 2014

Dostojewski wierzył, że Rosja jest zbawicielem świata, a największą przeszkodą w jej misji są Żydzi – pisze Mirosława Michalska­-Suchanek (kwartalnik „Migotania” 1/2013). Obsesyjny ksenofob i szowinista uważał Żydów za zło absolutne, od którego trzeba uwolnić świat i – jak wiemy – nie był w tych bredniach odosobniony. Niewątpliwie przyczynił się do tego „szok”, jaki po wiekach pogardy wywołała w europejskich umysłach emancypacja Żydów, a rzucało się to na mózg zwłaszcza natchnionym i nawiedzonym, jak Dostojewski, Wagner, Krasiński.

Mit świętej Rosji oszołomił nawet Rilkego. „Religijność Rilkego była owocem jego pobytu w Rosji. Czar rosyjskiej wsi, pobożność rosyjskiego ludu, jego pokora i uległość, rosyjskie bogoiskatielstwo, kopuły i dzwonnice, sobory, klasztory miały dla rozwoju uczuć religijnych austriackiego poety znaczenie przełomowe i decydujące. Do końca życia uważał […] świętą Ruś za ojczyznę swej duszy […]. W jednym ze swoich pięknych pism tak wyraża się o Moskwie: »To było miasto moich najstarszych i najgłębszych wspomnień, to była moja ojczyzna«” (Józef Wittlin, R. M. Rilke i jego „Księga godzin” [w:] Orfeusz w piekle XX wieku). Taki głęboki poeta, tak głęboko natchniony i nie przeszło mu to do końca życia, choć umarł w 1926 roku, po najokrutniejszych rzeziach na „świętej Rusi”.

Prozaicy, z natury przytomniejsi od poetów, wykazywali więcej odporności na mity, ale Dostojewski był wyjątkowym oszołomem, który w namiętnej, nieraz obłędnej logorei swoich protagonistów dawał upust własnym burzom mózgowym (jego epilepsja nie była bez znaczenia). Jak klasyczny antysemita oskarżał Żydów, że infiltrują, profanują i „deformują” święte rosyjskie wartości, a równo­cześnie zarzucał im, że się separują: „Wszędzie w Rosji prosty człowiek doskonale widzi i rozumie – zresztą sami Żydzi tego nie ukrywają – że Żyd nie będzie z nim jadł, że się go brzydzi, stroni i odgradza od niego” (Dziennik pisarza, cytuję za Michalską­-Suchanek). Podziwiał „lud rosyjski” za to, że „wykazuje wysoki stopień tolerancji, każdy wymierzony przeciwko sobie afront tłumacząc obyczajową i religijną odrębnością” (tamże), ale sam nie tolerował religijnego nakazu koszerności. Ironiczna uwaga w Dzienniku pisarza, że „na pewno nie ma na całym świecie drugiego narodu, który by tyle narzekał […] na swe poniżenie, cierpienia, na swoje męczeństwo”, dowodzi nie tylko braku empatii, lecz i wyobraźni u tego słynnego wizjonera. Prowincjonalny kompleks zaślepiał go na wystawie światowej w 1862 roku w Londynie: „[…] gdybyście widzieli, jaki jest ów potężny duch, który stworzył tę kolosalną dekorację, jak dumnie wierzy w swoje zwycięstwo, swój triumf, tobyście się wzdrygnęli przed jego pychą…” (tamże). Ten ciężki rosyjski kompleks nie zelżał do dziś. A co rosyjskiego klasyka najbardziej w zachodnim kapitalizmie „wzdrygało”? „Rotszyldyzm”, „międzynarodowy żydowski kapitał”, rzekomo żydowska „żądza osobistego nagromadzenia pieniędzy wszelkimi środkami” (tamże). Żądza, której ten patologiczny hazardzista i stały bywalec zachodnioeuropejskich kasyn nie mógł się oprzeć.

Autorka eseju przypomina, że „antysemityzm w połączeniu z wielkoruskim szowinizmem i nacjonalizmem znajdował ujście w licznych pogromach”. Jeśli dodać, że w Rosji słowo drukowane traktowano jak Pismo Święte, to stronice poczytnego klasyka ociekały żydowską krwią. Zwłaszcza podczas wojny domowej, gdy władza przechodziła z rąk do rąk i zbrojne ugrupowania prześcigały się w czystce etnicznej, która przysparzała im popularności, bo już wtedy zabijanie Żydów uważano za patriotyczny obowiązek i w wielu miejscowościach wymordowano całą ludność żydowską. W Proskurowie na Podolu patrioci w ciągu niespełna czterech godzin zabili tysiąc sześćset pięćdziesięcioro mężczyzn, kobiet i dzieci (patrz mój Ciąg dalszy, Warszawa 2008, s. 204). Wizjoner Dostojewski przepowiadał i ostrzegał, że Żydzi zawładną światem, jeśli nie zbawi go święta Rosja. Hitler – też natchniony i nawiedzony, i też, jak by nie było, artysta – bełkotał, że świat wybawią od Żydów Niemcy.

McLean, 3 VI 2014

Od Holokaustu można było oszaleć i Celan niewątpliwie oszalał. Obłęd „poezji po Auschwitz” jest uzasadniony, ale to nie znaczy, że konieczny. Holokaust był totalnym ludobójstwem, bo zabijał nawet język, który człowieka stworzył. Celan uważał, że zabił. A nieprawda, i nie brak w poholokaustowej poezji dowodów, że się mylił. W eseju O języku Celana Cezary Sikorski pisze o „destrukcji języka” i „zużytych schematach cywilizacji mieszczańskiej”, przywołując twierdzenie Hansa-Georga Gadamera, że „kultura kończącej się epoki mieszczańskiej doprowadziła do zużycia się mitycznych treści naszej wyobraźni” i tegoż niemieckiego filo­zofa „przerażenie bezsilnością owego świata kultury […] w obliczu nowego barbarzyństwa XX wieku” („Migotania” 1/2013). Nie brak w tych argumentach słuszności, zwłaszcza w obliczu jeszcze nowszego barbarzyństwa XXI wieku, ale to nie znaczy, że przegraliśmy. Gdybyśmy tak myśleli w barbarzyńskim ubiegłym stuleciu, to już by nas nie było, a przecież jesteśmy. Autor eseju się myli, że „słowo poetyckie przenicowane przez Celana straciło bezpowrotnie tradycyjną, metafizyczną głębię”. Zaprzecza temu chociażby słowo poetyckie Miłosza, Różewicza i Herberta. Nihilizm, włącznie z językowym, przedwcześnie przyznaje zwycięstwo nicości. My, którzy przeżyliśmy barbarzyństwo XX wieku, nie musimy się na to zgodzić, a w obliczu nowych ataków na człowieczeństwo wręcz nie mamy prawa.

McLean, 4 VI 2014

Władysław Chodasiewicz jest coraz większym rosyjskim poetą. Stawia się go już przy „wielkiej czwórce”: Mandelsztamie, Pasternaku, Achmatowej i Cwietajewej. Herbert, który kpiąc z Miłosza, przezwał go Chodasiewiczem, mimowolnie wyświadczył Miłoszowi przysługę. Dostojewski się w grobie przewraca, bo ojciec Chodasiewicza był Polakiem, a matka polską Żydówką, z czego wynika, że połowę „wielkiej piątki” rosyjskiej poezji XX wieku stanowią Żydzi (choć przeważnie ochrzczeni) oraz Tatarka, pół­-Polak i ćwierć-Polka (Cwietajewa). Dobrze jej tak, rosyjskiej poezji.

McLean, 5 VI 2014

„Na ulicach Krakowa pojawiła się nowa antysemicka gazeta ilustrowana (tabloid). Takie gazety – w Warszawie są one już zjawiskiem powszechnym – nawołują: nie kupuj u Żydów i swój do swego. Antysemicka prasa nie jest zjawiskiem nowym ani niezwykłym, ale nowością są gazety wydawane specjalnie dla propagowania bojkotu. Dotychczas do bojkotu żydowskich sklepów wzywały rozlepiane na mieście wielkie plakaty. Nowa gazeta, która jest pomysłem miejscowego antysemity Jana Zamorskiego, zamieszcza na każdej stronicy toksyczne kłamstwa antyżydowskie. Krakowscy Żydzi są zaniepokojeni, ale wstrzymują się od reakcji, starając się jedynie o ograniczenie dystrybucji tej gazety do minimum”. Nowojorski tygodnik „Forward” w rubryce 100 lat temu.

McLean, 6 VI 2014

Pierwsze w tym sezonie wiosłowanie na Potomaku. Pogoda jak marzenie, ani kropli potu. Widzieliśmy herona lecącego wzdłuż rzeki na wysokości drzew i dwa, które stały nad wodą i łowiły, oraz jednego, któremu jakieś skrzeczące czarne ptaszysko broniło dostępu do wody. Wszystkie herony pierwszy dojrzał Adam, bo katarakta w moich oczach gęstnieje. Odłożyłem operację, żeby skończyć drugi tom pamiętnika, teraz zaś czekam na korekty. A że po obu zabiegach – które odbędą się w odstępie dwóch tygodni – trzeba jakiś czas unikać wysiłku fizycznego, więc je przesunę na jesień, żeby nie stracić dni na rzece.

W Filomenie już nie ma bufetu all you can eat, weszliśmy więc do jednej z nadrzecznych restauracji dla frajerów. Hałas tam był nie do wytrzymania, bo sami młodzi Amerykanie, których nikt nie uczy panować nad głosem, żeby ich broń Boże nie zakompleksić, a do tego bez wytchnienia grała podniecająca muzyka. Aparatu słuchowego na rzekę nie biorę, bo woda mu może zaszkodzić, nie słyszałem więc, co do mnie mówiła kelnerka, i wybrałem na chybił trafił – tak źle, że wyszedłem z restauracji głodny, co w Ameryce się nikomu nie zdarza. Wstąpiliśmy zaraz do baru kawowego, gdzie zjadłem solidnego keksa z orzechów i miodu, bo inaczej nie wiem, jak bym wiosłował z powrotem pod prąd i wiatr.

McLean, 7 VI 2014

W „New Yorkerze”, najbardziej snobistycznym tygodniku świata, ukazała się recenzja pod tytułem „Ida” – A Film Master­piece. Recenzent bierze niedorzeczną fabułę tego filmu za dobrą monetę i dodatkowo kompromituje się, pisząc, że jego akcja jest „osadzona w 1961 roku, za stalinowskiej dyktatury”. Nieufność budzi także stereotypowa charakterystyka tytułowej bohaterki: „szeroka słowiańska twarz” (a broad Slavic face), bo Słowianie nie są rasą, a „szeroką twarz” mają przeważnie Mongołowie i Murzyni. Niejasna uwaga, że „twórcy filmu stanęli wobec problemu miejsca urodzenia, któremu nigdy nie wybaczono, ale i nigdy go nie opuszczono [?]” (birthplace never forgiven but also never abandoned), brzmi jak mimowolna aluzja do filmu Miejsce urodzenia, o którym recenzent nie wspomina, a który po angielsku nazywa się właśnie Birthplace i ma z Idą coś wspólnego tak w treści, jak i w formie, a różni się autentyzmem, którego w Idzie zupełnie brak.

McLean, 8 VI 2014

Przyszły egzemplarze autorskie Unkünstlerische Wahrheit. Jest to wybór esejów z Prawdy nieartystycznej i Monologu polsko­-żydowskiego w przekładzie Lothara Quinkensteina. Przeczytałem kilkanaście stronic i widzę, że tłumacz – który jest poetą – nieomylnie przekazał szczególny rytm tej prozy. Czytałem ze wzruszeniem, bo nie przypuszczałem, że moje tak osobiste wyznania mogą tak pięknie brzmieć po niemiecku.

Profesor Quinkenstein pisze mi, że pracując nad tym przekładem, przekonał się, jak wiele polskich książek o Holokauście tłumaczono w NRD, gdy w Niemczech Zachodnich nikt nawet nie słyszał o Nałkowskiej, Rudnickim czy Wojdowskim. Dodaje, że dziś wszyscy wiedzą o zachodnioniemieckich przekładach Dedeciusa, ale mało kto pamięta, że w NRD Karin Wolff przetłumaczyła ponad siedemdziesiąt pozycji, w tym Ficowskiego Odczytanie popiołów. Chce „przywrócić [niemieckiej] pamięci Żydowską wojnę”, która wprawdzie została wydana w 1972 roku przez zachodnioniemiec­ki Suhrkamp Verlag, ale ukryto ją, bo – jak się domyślam – przeszkadzała wydawnictwu we współpracy z PRL-owskim ZAiKS-em. W tym właśnie czasie Dedecius rozpoczął u Suhrkampa swoją serię Polnische Bibliothek. Bynajmniej nie mam żalu do zasłużonego tłumacza, że nie poświęcił dla mnie interesów literatury polskiej. Gdy jesienią 1989 roku przyleciałem po raz pierwszy do Frankfurtu na Targi Książki, zaprosił mnie do siebie na kawę. Rozmawialiśmy o Łodzi, naszym wspólnym mieście. Jego żona też była niemiecką łodzianką. Oboje dziwili się, że Polacy, tacy patrioci, nie wracają do wyzwolonego kraju, lecz zostają w Niemczech, i ja też się dziwiłem. Jestem mu wdzięczny, że przetłumaczył parę moich wierszy, z czego jeden nawet zamieścił w swojej antologii Der Monarch und der Dichter, która ukazała się w 1983 roku, gdy komunistyczna dyktatura w Polsce już się zachwiała. Uścisnął mnie publicznie w pierwszym dniu frankfurckich Targów Książki 2000 roku, gdzie wolna Polska była gościem honorowym i non stop pokazywano Miejsce urodzenia, a kamery sprawozdawców wyławiały z tłumu moją twarz. Ale przestał mnie zauważać, gdy następnego dnia powiedziałem przez radio, że mam zatarg ze znanym niemieckim wydawnictwem, które przez niechlujny przekład zmarnowało mi niemiecką edycję Drohobycza, Drohobycza. Cztery lata później na promocji Uchodźców w Warszawie podeszła do mnie znajoma niemiecka tłumaczka i spytała, czy chciałbym, żeby przetłumaczyła tę książkę dla tego samego wydawcy. Gdy jej powiedziałem, że jestem z nim skonfliktowany, odeszła i już się ze mną nie kontaktowała. Der Monarch und der Dichter (Monarcha i poeta) to bardzo trafny tytuł dla dworskich stosuneczków literackich.

McLean, 10 VI 2014

Nieudolna polityka Ameryki otworzyła Rosji drzwi na Bliski Wschód – pisze w najnowszym numerze „Israel Journal of Foreign Affairs” amerykański profesor Stephen J. Blank i wyjaśnia, że przy swoich zasobach energetycznych Rosja jest „jedynym mocarstwem niezainteresowanym stabilnością na Bliskim Wschodzie”, wprost przeciwnie, jest jej na rękę destabilizacja, która szkodzi jej rywalom. Rosja ma po swej stronie wrogów Izraela, którzy szukają przeciwwagi dla wpływów Ameryki, sprzedaje broń do Syrii, Turcji, Iranu, Iraku, Egiptu i negocjuje sprawę dostaw do Algierii i Libii, zapewniła sobie bazy wojskowe w Syrii i na Cyprze i zabiega o takież w Egipcie i Czarnogórze. Profesor Blank przytacza opinię brytyjskiego profesora Jamesa Sherra, że „Rosja Putina powróciła do carskiego i sowieckiego poglądu, że suwerenność jest czynnikiem uwarunkowanym przez siłę, kulturę i normy historyczne [!], a nie absolutem ani bezwarunkową zasadą światowej polityki”. Wykorzystując słabość, wręcz nieobecność polityki amerykańskiej i europejskiej na Bliskim Wschodzie, Rosja będzie szerzyć tam destabilizację i podsycać konflikty, zatem zrozumienie roli tej „odwiecznie negatywnej siły” jest niezbędne dla pokoju w tym rejonie – konkluduje profesor Sherr. A także w rejonie Ukrainy i gdzie się da – dodaje obserwator-amator H. G.

W tymże numerze izraelskiego kwartalnika profesor Esther Webman pisze, że w klimacie tak zwanej arabskiej wiosny najbujniej kwitnie antysemityzm. Już nie tylko Izrael i syjonizm, ale judaizm i w ogóle Żydów obwinia się tam o wszystkie nieszczęścia Arabów, muzułmanów i świata. Staliśmy się kartą w rozgrywkach politycznych między grupami politycznymi i religijnymi – twierdzi profesorka Uniwersytetu Telawiwskiego (jak w latach sześćdziesiątych w Polsce?). Tajne konszachty z Izraelem i Żydami zarzucają sobie wzajemnie zarówno islamscy fanatycy, jak i ich świeccy adwersarze w Egipcie, Tunezji, Syrii, Turcji, Katarze czy Zjednoczonych Emiratach. Antysemityzm zdaje się mieć magiczną moc, bo łączy islamistów i liberałów, szyitów i sunnitów, rojalistów i demokratów, wykształconych i analfabetów, a nawet prześladowanych chrześcijan: duchowni koptyjscy i greckokatoliccy oskarżają „międzynarodowy syjonizm” o podpalanie kościołów w Aleksandrii i Bagdadzie (bo boją się oskarżać muzułmanów). Reżym Baszara Asada nazywa powstańców z Wolnej Armii Syryjskiej „armią osłów służących Mosadowi, a owi powstańcy nazywają wojsko Asada „alawickimi Żydami”, którzy przelewają arabską krew na paschalne mace. I jak swego czasu podrzucano matkę-Żydówkę pułkownikowi Kaddafiemu, tak teraz podrzuca się ją generałowi al-Sisiemu. Anty­semityzm zieje z ekranów telewizyjnych, Protokoły mędrców Syjonu są najpopularniejszą lekturą po Koranie i cytuje się je jako niepodważalne prawdy objawione wraz z „proroctwami” Mein Kampf. Po trzech latach arabskiej rewolucji jedynym zwycięzcą wydaje się islamizm-dżihadyzm – konkluduje profesor Webman.

A historia uczy, że antysemityzm jest ostatnią deską ratunku, którego nie ma.

McLean, 11 VI 2014

Piotr Millati, redaktor „Blizy”, pisze mi, że Putin najbardziej się boi demokratycznej „zarazy” i dlatego izoluje Rosję od Zachodu. Ale to jest stara rosyjska strategia. Stalin bał się zachodniej „zarazy” nawet ze strony zachodnich komunistów, dlatego zwabiał ich do Rosji i na wszelki wypadek mordował. I z obawy przed „zarazą” Konstytucji 3 maja Rosja zainicjowała rozbiór Polski.

McLean–Greenpoint–McLean, 12–13 VI 2014

Jazda pociągiem z Waszyngtonu do Nowego Jorku trwała cztery godziny. Na Penn Station czekała pani Marta – młoda, szczupła, w czarnych dżinsach i czarnym T-shircie – i żwawym nowojorskim krokiem powiodła mnie przez podziemny labirynt ruchliwego mrowiska, do którego bym nigdy w życiu nie przywykł. Po dodatkowej godzinnej jeździe w łoskocie i tłumie wszystkich ras i krzyżówek z wszystkich lądów moja przewodniczka wyprowadziła mnie na zaskakująco spokojną, nisko zabudowaną ulicę i po kilkudziesięciu krokach znalazłem się w budynku biblioteki, cichym jak marzenie. Na dyskretnym zapleczu przemyłem zimną wodą twarz i wypiłem duży kubek gorącej herbaty, zakąszając czekoladkami, które mam przy takich okazjach w kieszeni dla dopingu (energii). Publiczność, ze czterdzieści osób – niemało jak na polską wysepkę w Ameryce – przywitała mnie oklaskami, co mnie zawsze mile zaskakuje.

Moim tematem był Głos Ameryki, którego „wiadomości dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe” często słyszałem w Polsce, gdy było zupełnie nieprawdopodobne, że będę je kiedyś nadawał. Studiując w Warszawie dziennikarstwo – między innymi formy radiowe – nie wyobrażałem sobie, że ta nauka przyda mi się kiedyś po przeciwnej stronie, do pracy w przeciwnym kierunku i dla przeciwnej sprawy. Miałem przed sobą ludzi, których los, nieprzewidywalny jak mój, wysadził na tej mało prawdopodobnej wysepce języka polskiego, i opowiadałem o niezwykłych ludziach, których dane mi było spotkać na jeszcze bardziej egzotycznej wysepce tegoż języka w Waszyngtonie.

Zofia Korbońska z podziemnej radiostacji Świt w czasie okupacji przekazywała informacje do Londynu. Stefan Korboński, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, zaprosił mnie do siebie, gdy jesienią 1971 roku przybyłem do Waszyngtonu, i po sposobie, w jaki mnie wypytywał i jak reagował na moje odpowiedzi, wiedziałem, że rozmawiam z mężem stanu. Wacław (hrabia) Bniński, jeden z założycieli WiN-u, antykomunistycznego podziemia, którym straszono nas w Polsce. Marek Święcicki, korespondent wojenny Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Ryszard Mossin, korespondent wojenny Drugiego Korpusu. Tomasz Dobrowolski, więzień sowieckich łag­rów i bohater Monte Cassino (pierwszy wspiął się na mur i widząc, że inni zostali w tyle, zawołał: „Co wy, sukinsyny, chcecie, żebym sam to zdobywał?!”), był przedstawicielem paryskiej „Kultury” i sprzedawał Zwycięstwo, mój emigracyjny debiut. Pewnego dnia nie przyjechał do pracy: serce, niewiele ponad pięćdziesiąt lat. Zbigniew Wierzbicki, przedwojenny dżentelmen z nienaganną polszczyzną i angielszczyzną, nadawał lekcje angielskiego. Po pięciu latach oflagu zostało mu zamiłowanie do zupy. W radiu nie ma przerwy na lunch, jadło się sandwicz, gotowało kawę, herbatę, a pan Zbigniew zalewał wrzątkiem proszek w kartonowym kubku i po całym piętrze rozchodził się apetyczny aromat zupy. W niedzielę pani Zofia przynosiła koszyk z serami i bagietkami, przykrywała biurko białą serwetą i wszystkich zapraszała, lecz pan Zbigniew mimo to zaparzał sobie zupę. Marek Walicki (stryj profesora Andrzeja Walickiego) miał piętnaście lat, gdy uciekł z Polski przez zieloną granicę i Czechy do Niemiec Zachodnich i zanim dotarł do nas, pracował wiele lat w Wolnej Europie.

Nasza praca była nerwowa i trudno było uniknąć starć, ale w maju 1978 roku doszło do głośnego skandalu, gdy nasi zwierzchnicy ocenzurowali informację o zbrodni katyńskiej, zresztą zgodnie z polityką ówczesnej administracji. Szczegóły opisałem po latach w „Magazynie Gazety Wyborczej”, a następnie w Ciągu dalszym. Gdy wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, dzwonił do mnie do pracy Fritz Earmarth, który pracował u Brzezińskiego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, i pytał, kto jest kto i co myślę o takim czy innym posunięciu Białego Domu (patrz tamże). To był szczytowy punkt mojej waszyngtońskiej kariery: Brzeziński był doradcą prezydenta, Fritz doradcą Brzezińskiego, a ja nieoficjalnym doradcą Fritza. Z powodu intensywnych wydarzeń w Polsce podwojono nam czas na antenie i pośpiesznie przyjęto dziesięciu nowych pracowników, przeważnie młodych, przeważnie z Chicago i – jak się poniewczasie okazało – przeważnie agentów (ostatni szef polskiej sekcji Tadeusz Lipień pisał na swojej stronie internetowej, że pięcioro z nich po latach mu się przyznało). Zaczęły się prowokacje, nieraz wręcz łobuzerskie, jakie na amerykańskiej placówce rządowej były nie do pomyślenia. Jeden, otwarcie mnie bojkotując, nie wykonywał moich poleceń jako starszego redaktora, a szef, który łatwowiernie przyjął tych spryciarzy, na moją skargę odpowiedział, że muszę sam sobie z nimi radzić, a nieprawda, bo to byli jego podwładni, nie moi. Agenci wykonali swoje zadanie, zmuszając mnie do odejścia. Wróciłem do magazynu ilustrowanego „Ameryka”, gdzie przedtem pracowałem (patrz Ciąg dalszy). Magazyn jednak wkrótce zamknięto, bo Jaruzelski wstrzymał nam debit, i zabrano mnie z powrotem do Głosu Ameryki, lecz tym razem do ogólnej redakcji anglojęzycznej.

Po prelekcji słuchacze podchodzili z książkami do podpisania. Mieli nawet moje poezje. Jakieś dziesięć osób poszło ze mną do restauracji, gdzie obsługa mówiła po polsku i podawano polskie piwo. Naprzeciw mnie usiadły dwie panie z mojej rodzinnej Łodzi, a obok mnie hawajski polonista z silnym amerykańskim akcentem. Po kolacji pani Izabela, która jest kierowniczką biblioteki, zabrała mnie samochodem do siebie do Yonkers. Jechaliśmy bardzo długo, bo trzeba było wpierw odwieźć panią Martę. W rezultacie moja podróż tego dnia trwała dwanaście godzin z przerwą na występ i restaurację. Nazajutrz zaraz po śniadaniu Izabela – bo zdążyliśmy przejść na „ty” – i jej amerykański mąż Michael powieźli mnie z powrotem do Waszyngtonu, gdzie mieli rodzinne sprawy do załatwienia. Jechaliśmy bez przerwy na lunch, bo był piątek i chcieliśmy zdążyć przed weekendowymi korkami. Przystanęliśmy tylko na stacji benzynowej, gdzie przy okazji kupiłem butelkę wody do chleba, który przezornie zabrałem ze śniadania, i tak o chlebie i wodzie zajechałem pod koniec dnia do domu. Padałem ze zmęczenia, ale dobrze mi ta wycieczka zrobiła, bo czasem chce się jednak do ludzi.

McLean, 14 VI 2014

U mojej najbliższej sąsiadki od tygodni generalny remont i widać tylko robotników, a dziś nikogo, bo weekend. O wpół do jedenastej nadbiegła z tamtej strony mała ruda sarna połyskująca w słońcu jak żywe złoto. Rozejrzała się, pogryzła trochę zielska i przesunęła się pod mój balkon. Cyknąłem ją parę razy przez szparę w kotarze, gdy stała, słuchając sobotniej ciszy. Ale dlaczego sama? Czy matka tak wcześnie jej każe się usamodzielnić? Jest w trudnym okresie przejściowym: za duża, żeby chodzić za matką, a za mała, żeby się przyłączyć do innych.

Pogodnie, lecz nie gorąco, rześkie, suche powietrze, jakie rzadko nam się o tej porze roku zdarza, jedziemy więc powiosłować pomimo weekendowego ruchu na rzece i mojego bólu w krzyżu po nowojorskim blitzu. Zajeżdżamy na przystań, a Potomak po ostatnich ulewach pędzi jak górski potok, dają nam więc czółno na kanale osłoniętym z obu stron ścianami kłębiastej zieleni niczym dziewicza rzeka. Żółwie, niektóre wielkie jak bochenki chleba, wygrzewają się na kamieniach i zwalonych gałęziach. Naliczyliśmy trzydzieści – ja piętnaście i Adam piętnaście – remis. Heronów nie ma, bo one kanałem się nie interesują, nie ich dieta. Lunch zjedliśmy u Filomeny. Wprawdzie nie ma naszej nieodżałowanej wyżerki all you can eat, ale przynajmniej spokój i dyskretna włoska muzyczka w tle, a na cześć jutrzejszego Dnia Ojca zafundowaliśmy sobie klin tortu czekoladowego, tak wysokiego, że starcza na dwóch i nie ma lepszego w Waszyngtonie. Wiosłuję normalnie, choć za trzy tygodnie mi stuknie numer siedemdziesiąt osiem, ale lądowanie mam już kłopotliwe. Bez trudu się wspinam po poprzecznych deskach na pomost, nawet gdy rzeka jest niska, a pomost wysoki, ale nadwerężam sobie krzyż, gdy na pomoście dźwigam się z kolan. Od dziś Adam wspina się pierwszy i podaje mi rękę.

McLean, 16 VI 2014

Ostatnio mam ból w kolanie. Nie mogę długo chodzić, a nawet leżeć z wyprostowaną nogą. Normalnie chodzę codziennie jakieś czterdzieści minut, ale wczoraj musiałem wrócić już po dziesięciu. Na szczęście wciąż bez problemu pływam, też czterdzieści minut. Mam niezawodny sposób na starość: gdy mi bardzo dokucza, wyobrażam sobie, że już umarłem i niczym w fantastycznej opowieści pozwolono mi na jakiś czas powrócić – pomaga jak ręką odjął. Pomaga również na samotność, która wzrasta wraz z odchodzeniem innych: wróciłem na pobyt czasowy, patrzę, słucham, obserwuję, opisuję jak w tej chwili. Nikt się ze mną nie liczy, bo myślą, że mnie już nie ma, a tu niespodzianka w postaci pamiętnika!

McLean, 17 VI 2014

Szanowna Pani Redaktor, zależałoby mi, żeby wybrała Pani jak najwięcej dzikiej przyrody. Zdaje się, że na jednym zdjęciu jest w zbliżeniu pyszczek wiewiórki ziemnej na moim parapecie, której sporo uwagi poświęciłem w pamiętniku. Piszę „zdaje się”, bo niedowidzę z powodu katarakty. Powtórzyłem parę zdjęć z lat szkolnych, bo tym razem szczegółowo opisuję kolegów i chciałbym, żeby wyraźniej było ich widać. W poprzednim pamiętniku na zdjęciu pod pomnikiem Bohaterów Getta odcięto dwóch kolegów z lewej strony. Teraz jeden z nich jest mi bardzo potrzebny, a tego ze skrajnej prawej (w białej wiatrówce) prosiłbym odciąć, bo to przybłęda nie z naszej klasy. I bardzo mi zależy na zdjęciach z rzeką, nad rzeką i z waszyngtońskimi kwitnącymi wiśniami (cherry blossom), zwłaszcza z synem.

McLean, 23 VI 2014

„To nie wojna, lecz pogrom” – pisał w marcu 1915 roku Abraham Cahan, redaktor naczelny nowojorskiego jidyszowskiego dziennika „Forwerts”, po powrocie z wyzwolonych przez Niemców polskich miast i miasteczek – wtedy Niemcy wyzwalali Żydów od Rosjan, a nie na odwrót. Rosjanie po wejściu do miasteczka pytali miejscowych „polskich patriotów” o adresy młodych Żydówek i chodzili od domu do domu. W Złoczewie – na południowy zachód od Łodzi – zabijali ojców i mężów, którzy próbowali je bronić lub nie chcieli wyjawić, gdzie się ukryły. Gwałcili nawet nieletnie. W Dobrej – trzydzieści pięć kilometrów od Złoczewa – zabierali kobiety do zaimprowizowanego „obozu”, gdzie je gwałcili przez kilka dni i nocy. Tak samo w kilku innych miasteczkach. Zabierali ofiarom obrączki, pierścionki i naszyjniki. W Sałacinie – jakieś czterdzieści kilometrów od Złoczewa – cztery zgwałcone dziewczyny zażyły truciznę. Truły się także dziewczęta w innych miasteczkach. W gwałtach brali udział oficerowie. Cahan często nazywa Rosjan kozakami, może więc byli to kozaccy oficerowie, których nie obowiązywał honor oficerski (ani żaden inny kodeks ludzi cywilizowanych). Rozmówcy prosili, żeby nie podawał imion i nazwisk ich zgwałconych żon, córek i sióstr. Wszyscy widzieli wleczone ulicami kobiety i słyszeli ich krzyki za zamkniętymi oknami, ale nie podają imion. Młynarz ze Zduńskiej Woli, któremu ­zgwałcono żonę, powiedział, że on nie ma nic przeciwko temu, żeby świat się dowiedział, ale jego żona woli, żeby nie wiedziano, bo łatwiej jej będzie zapomnieć.

Podczas pierwszej wojny światowej Żydówki były dla Rosjan takim samym łupem jak Niemki podczas drugiej, choć nie były kobietami wroga, lecz żonami, siostrami i córkami żydowskich żołnierzy, którzy walczyli i ginęli za tę samą „ojczyznę”. Pół miliona Żydów służyło wtedy w rosyjskim wojsku.

McLean, 24 VI 2014

Irit Amiel, moja siostra z Holokaustu, informuje mnie, że Suhr­kamp Verlag wyda w przyszłym roku jej Osmalonych pod tytułem Gezeichnete, czyli Naznaczeni. Pogratulowałem jej, bo to świetne wydawnictwo (choć ze mną postąpili nieładnie, i to dwa razy, patrz Ciąg dalszy, rozdz. Sprawy honorowe), ale tytuł przekładu jest nieadekwatny, bo „osmaleni” od ognia Holokaustu są tylko tacy jak my, a naznaczeni są, i to od wieków, wszyscy Żydzi.

McLean, 25 VI 2014

Sto pięćdziesiąt milionów dolarów wypłaciła w latach 2011–2012 Autonomia Palestyńska terrorystom więzionym w Izraelu i ich rodzinom – mówi izraelski minister gospodarki i handlu. Wynagrodzenie jest proporcjonalne do wyroku: dziesięć lat więzienia – tysiąc dwieście dolarów miesięcznie, dwadzieścia pięć, trzydzieści lat więzienia – dwa tysiące dziewięćset dolarów miesięcznie, powyżej trzydziestu lat więzienia – trzy i pół tysiąca dolarów miesięcznie. Plus zasiłek na dzieci. Co więcej, po wyjściu z więzienia otrzymują „emeryturę” jak ludzie, którzy całe życie tyrają. Jest to więc dość nęcąca perspektywa dla takich, co nie lubią pracować i nic nie umieją. Jeśli dodać do tego biedę i nudę w obozach uchodźczych, to trudno zrozumieć, dlaczego oni w ogóle zgadzają się na wymianę więźniów – nieraz w stosunku tysiąc do jednego. Izraelski minister nie nadmienił, skąd Autonomia Palestyńska bierze fundusze na te wynagrodzenia, ale wszystko wskazuje, że palestyńskim Arabom pokój z Izraelem po prostu się nie opłaca.

McLean, 27 VI 2014

Pogodny błękit i czysta zieleń wczesnego lata. Trochę za ciepło jak na wczesny ranek, ale nie parno. O wpół do dziewiątej na moim cienistym o tej godzinie backyardzie piękna jasnoruda poskubuje zielone witaminy, które bez uroku mi latoś obrodziły, choć nie sieję ani nie orzę. Nie chce mi pozować do zdjęcia, więc zoomuję jej zadek. Weszła w niskie bambusy, które są już dość gęste i znów prawie zielone. Nasłuchuje, po czym spokojnie odchodzi między ścianą wysokich bambusów a siatkowym ogrodzeniem wybiegu dla dzieci nowych sąsiadów.

W południe się zachmurzyło, więc wiosłowaliśmy bez potu. W drodze powrotnej wietrzyk nam pomagał pod prąd, lecz przy okazji rozgonił chmury, a słońce wysoko, bo początek lata, więc było mi trochę za ciepło. Adam upolował trzy herony, a ja tylko jednego i jeszcze dostałem dwa punkty karne, bo raz wziąłem za herona sterczący przy brzegu patyk, a drugi raz szczelinę w skale. Coraz wyraźniej „widzę”, że muszę iść na operację oczu.

Jak ludzie tu żyli bez klimatyzacji, dziwiłem się, gdyśmy wrócili do ochłodzonego domu. Mieli niewolników, którzy ich wachlowali i bez których nie mogli się obejść. A tamci na północy mogli się obejść bez wachlowania i stąd owa wojna domowa. Oczywiście nie wypada tak żartować, ale jakieś ziarno prawdy w tym jest.

McLean, 28 VI 2014

Pogodna, cicha sobota. Spacer odbyłem po śniadaniu, bo po lunchu będzie za gorąco. Gdy wróciłem i siadłem do komputera, pojawiła się ta sama ruda co wczoraj. Poskubała tu i tam i legła na zielonym kobiercu. Na podjeździe sąsiadów ani jednego auta, a mój backyard zacisznie okolony bambusami. Po kwadransie wstała i z apetytem je śniadanie. Może w ciąży? Oskubuje pnącza ze słupka, na którym wspiera się balkon. Podchodzi do okna, więc cykam z bliska. Nie reaguje na flesz, nie patrzy w moją stronę. Wtem coś ją tknęło, bo weszła w bambusy, które ją całkiem osłaniają, i stoi nieruchomo, tylko uszy obraca w jedną i drugą stronę. Po chwili słychać samochód, ona w mig z powrotem na środek backyardu i stoi przodem w tę stronę, gotowa skoczyć za węgieł, ale głowę ma zwróconą do tyłu i obserwuje SUV-a, który zajechał na podjazd i wysypuje się z niego rodzina: ojciec z większą dziewczynką za rękę, matka z mniejszą na ręku. Gdy weszli do domu, ruda samosia kontynuuje śniadanie. Potem sika. Potem puszcza bobki. Potem znów siada w cienistej zieleni z głową uniesioną jak sfinks. Uszy nieruchome, bo nic się nie dzieje, oczy przymrużone w półśnie, tylko szczęką rusza, jakby żuła gumę. Wtem obie dziewczynki wybiegają z domu i przysiadają na drewnianym krawężniku podjazdu. Ruda leży spokojnie, ale ma je na oku. Sarny widzą nas częściej niż my je i więcej o nas wiedzą, niż nam się zdaje.

Nagle ni stąd, ni zowąd nadbiega kropkowane maleństwo – tak małego jeszcze nie widziałem – i prosto do niej. Ona wstaje, a maleństwo od razu pod nią i szarpie pyszczkiem wymię niewidoczne między nogami. Stoją jedna pod drugą, mała zawzięcie ssie, a matka liże jej zadek. Wygląda to seksualnie i nieprzyzwoicie. Mała już się nassała i wyszła spod brzucha, lecz matka nadal namiętnie liże jej podogonie. Mała cierpliwie stoi i patrzy przed siebie, przyzwyczajona do tej matczynej czułości, a ja chodzę z aparacikiem i cykam przez szpary kotar. Zakradłem się nawet – powoli, żeby ich nie płoszyć – do wysokiego okna nad schodami. Nie widzą mnie albo tak im dobrze, że o to nie dbają. Powinienem mieć kamerkę, a nie ten przestarzały aparacik. Zbliża się pora lunchu, więc śpieszę do komputera, żeby to wszystko zapisać. Gdy znów patrzę przez szparę w kotarze, stoją pod balkonem i nasłuchują, a potem znikają za węgłem. Biegnę na górę i jeszcze przez okno stołowego pokoju widzę je przy mojej podmurówce, na ścieżce wydeptanej przez sarny, matka oczywiście z przodu. Stoją i czekają na odpowiednią chwilę. Wreszcie ruszają między gęste, liściaste drzewa mojego frontyardu, ale cóż to? Ta mała wyprzedza matkę i teraz ona prowadzi po ukośnej sarniej ścieżce, którą ewidentnie zna i pewno właśnie tędy przybiegła.

Miałem dziś pisać o Rosji, a przez nie nic nie napisałem. I dobrze, bo co to pomoże, że napiszę?

McLean, 29 VI 2014

Każąc Ukrainie „wybierać” pomiędzy Rosją a Europą, Rosja potwierdza, że nie należy do Europy. Czy należy do Azji? Też nie. Jest tam intruzem i przeżytkiem kolonialnych czasów. Wymyśliła „Związek Euroazjatycki”, nową fikcję na miejsce euroazjatyckiego Związku Sowieckiego. Lubi się porównywać z transoceaniczną Ameryką i chętnie by ją naśladowała, gdyby nie przerażała jej amerykańska demokracja. Jest przeciwieństwem Ameryki, odwrotnością, antytezą i bardzo chce być znowu jej przeciw­wagą. Siedemdziesięcioletnia zimna wojna była dla Rosji epoką największej glorii. Zaspokajała jej największe ambicje, spełniała najśmielsze marzenia, uczyniła ją przeciwwagą Zachodu i super­potęgą – co z tego, że z ujemnym znakiem? Rozpad Związku Sowieckiego był dla niej „największą tragedią XX wieku” – Putin wiedział, co mówi. Przegrała siedemdziesięcioletnią wojnę, ale się podniosła jak wańka-wstańka. Wprawdzie po ciężkich cierpieniach, ale jest przyzwyczajona do cierpień, a nawet w nich rozsmakowana. Ten masochizm – russkaja chandra, jak go nazwał Puszkin – jest przecież wszechobecny w jej melancholijnej muzyce, poezji i prozie.

Putin robi wszystko, żeby przywrócić zimnowojenny status quo ante. Przy szczerym poparciu rosyjskich dusz, które – jeśli ktoś zna ich historię – nie są żadną zagadką. Ale to już się nie uda, bo jest dwóch dodatkowych rywali: islamizm, ideologia nie mniej groźna od komunizmu, i superpotężne Chiny, jedna szósta ludzkości jak wodospad nad bezludnym kontynentem, bezsensownie przyczepionym do Rosji. Prymitywna Rosja sowiecka chciała dognat´ i pieriegnat´ Amieriku, co okazało się niemal dosłownie marzeniem ściętej głowy, ale Chinom się udaje. I Chiny nie mają zachodnich kompleksów wobec islamu ani złudzeń, a w razie potrzeby nie będą miały zachodnich skrupułów. Demokracja, największa siła Ameryki, jest równocześnie jej słabością, bo wpuszcza konie trojańskie i toleruje domorosłe hieny i osły, które podgryzają ją i podkopują. Starzeje się i nie może się obejść bez fizycznej pomocy zagranicy, która demokracji nie ceni. Starzejącą się demokrację amerykańską – i europejską – można przeczekać, a Chiny mają czas (zawsze miały). Kiedyś uwierzyłem Bertrandowi Russellowi, który przepowiadał Chińczykom wielką przyszłość. Po barbarzyńskiej rewolucji kulturalnej przestałem wierzyć. Teraz znowu wierzę, bo są jedynym ratunkiem przed islamskim obłędem. Nie demokracja, ale jednak cywilizacja i przynajmniej jakieś prawa dla kobiet. Trzeba się tylko modlić, żeby i Chiny nie załamały się pod własnym ciężarem jak Rosja.

McLean, 2 VII 2014

Kochana Pani Bożeno, bardzo dziękuję za jeszcze jeden piękny prezent urodzinowy. Ten reportaż z przeszłości historycznej jest złotym środkiem: Elisabeth Åsbrink starannie i wiarygodnie udokumentowała rozdział historii, a opowiedziała dramatycznie jak powieść. Jest to cenna proza dokumentalna, jaką od dawna postuluję, zwłaszcza w tematyce Holokaustu. Gratuluję jurorom Nagrody imienia Kapuścińskiego trafnego wyboru. Ryszard Mistrz Świata byłby zadowolony.

McLean, 3 VII 2014

Po południu poczułem kurz z lufcików klimatyzacji i przypomniałem sobie, że dawno nie zmieniałem filtra. Otwieram – aż szary. Miałem w domu filtr z klimatyzatora wymienionego w zeszłym roku, ale za duży. Przyciąłem – pasuje, ale klimatyzator nadal nie działa. Manipuluję termostatem – nie reaguje. Jadę do wielkiego hardware, gdzie mają wszystko. Owszem, mają filtry przeróżnych rozmiarów, tylko nie taki, jakiego mi potrzeba. Kupiłem trochę za długi, przyciąłem, wcisnąłem i pośpiesznie nakładam aluminiową pokrywę, bo w domu coraz cieplej i coraz bardziej się pocę, ale klimatyzator wciąż nie działa! Obniżam termostat – nic z tego. Dzwonię do firmy, która niespełna rok temu to wszystko zainstalowała (za pięć tysięcy dolarów!) – odpowiada automat, bo już piąta, koniec pracy. A jutro święto narodowe i zaraz po nim weekend, więc pewno odezwą się nie wcześniej niż za cztery dni.

Jadę na pływalnię, żeby się ochłodzić. W drodze ulewa – bardzo dobrze, będzie chłodniej. Wychodzę z samochodu z rozpiętym parasolem i prędko mijam odkryty basen, nieczynny z powodu grzmotów. „Oho!” – słyszę męski głos za plecami. Oglądam się, lecz nikogo nie widzę, a grzmoty się nasilają. „Oho!” – słyszę ten sam głos i chichot, ale już się nie oglądam. Wchodzę do szatni, a tam siedzi facet w średnio starszym wieku, którego nigdy przedtem nie widziałem, i chichocze jak tamten za moimi plecami, że taka burza, a wcale nie robi się chłodniej. Wychodzę na kryty basen, a grzmoty coraz głośniejsze i nagle gasną światła. Po chwili się zapalają i znowu gasną. Powtarza się to parę razy, po czym gasną ostatecznie. Ucichły wszystkie motory, ciemno, tylko w kątach awaryjne światełka błyskają. Menedżer nie wie, jak długo potrwa awaria. Ludzie, którzy schronili się tu przed ulewą, stoją i czekają na odpowiednią chwilę, żeby pobiec do samochodów. Ja siadam pod ścianą, bo nigdzie mi się nie śpieszy. Grzmoty przycichają, ulewa ustaje, ludzie uciekają do domu, tylko ja zostaję. Menedżer podchodzi do mnie i mówi, że nie wiadomo, kiedy klub znów będzie czynny. Wychodzę i jadę do domu – może klimatyzator jakimś cudem zaczął działać?

Gdzież tam, nie ma cudów. Kolację zjadłem na zimno, żeby nie rozgrzewać mieszkania. Wiadomości telewizyjne oglądałem nago. Ostatnio już nie było źle, bo nasi wrogowie wzajemnie się mordują, a w Izraelu jak u Pana Boga za piecem, ale diabeł nie toleruje takiego stanu rzeczy, więc kazał uprowadzić i zamordować trzech pobożnych żydowskich chłopców, Bogu ducha winnych. Gdy ktoś cię skrzywdził, nie odpłacaj, bo przestaniesz być skrzywdzonym – pouczała mnie Ida Kamińska, powtarzając za swoją matką (i Jezusem). Diabeł o tym oczywiście wie, toteż kazał uprowadzić i zamordować niewinnego arabskiego chłopca i już nie ma niewinnych. I lecą kamienie, rakiety i kule. Przedtem myślałem, że matka przyroda ma mi za złe, że się urodziłem, i stąd te wszystkie awarie około dnia moich urodzin. Teraz widzę, że to diabeł.

McLean, 4 VII 2014

Zamiast zalecanej małej aspirynki (81 mg) wziąłem na noc połówkę valium, żeby nie panikować, że brak powietrza. Budziłem się co godzinę, lecz nad ranem się ochłodziło i zaspałem. Ledwo zdążyłem się ubrać, słyszę ding-dong: w drzwiach Latynos w kombinezonie – niespodziany prezent urodzinowy. Rzucił okiem na klimatyzator i mówi, że pokrywa jest do góry nogami. Zdjął i pokazał wewnętrzny przycisk na sprężynce: gdy pokrywa jest niewłaściwie założona, przycisk nie kontaktuje. I nie wziął nic, choć normalnie taka wizyta kosztuje ze sto dolarów – dosłowny prezent.

Pani Bożena też zrobiła mi miłą niespodziankę, zamieszczając na Facebooku życzenia urodzinowe i moją pochwałę dla książki W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa, nagrodzonej przez fundację Kapuścińskiego, a przy okazji także jego wyrazy uznania dla mnie w książce O książkach, ludziach i sztuce. Urodziny udały mi się również dlatego, że oglądając wieczorem patriotyczny koncert spod Kapitolu, przysnąłem przed fajerwerkową uwerturą Czajkowskiego 1812, której nienawidzę, a Adam, wiedząc o tym, zbudził mnie dopiero, gdy się skończyła.

McLean, 6 VII 2014

BBC donosi o rozruchach w Jerozolimie „w wyniku napięcia wywołanego przez zamordowanie arabskiego chłopca”, ale o zamordowanych przedtem trzech żydowskich chłopcach nie wspomina. W tym kurewstwie jest metoda.

McLean, 7 VII 2014

Dopiero teraz dostałem opublikowaną parę miesięcy temu w „Gazecie Wyborczej” rozmowę z Pawłem Łozińskim, reżyserem Miejsca urodzenia. Oto fragment rozmowy:

– Grynberg przyjeżdża do Polski i odkrywa, że jego ojciec został zabity przez Polaków, sąsiadów. Pana kamera odsłania tę tajemnicę, jeden z bohaterów podaje nazwisko zabójcy. Pan to wycina, wstawia planszę, że boi się o tego bohatera.

– Po wstępnej projekcji ktoś powiedział: „Wywal to, bo temu człowiekowi przytrafi się to co ojcu Grynberga”. Rok po emisji zamordowany został inny bohater tego filmu, który opowiedział, że ukrywał Żydów podczas wojny. Nie ujawniał żadnej mrocznej tajemnicy, tylko mówił, że pomagał. Nie mogłem przewidzieć, że coś mu się stanie.

Może jednak zabito go z jakiegoś innego powodu? To zawsze była bandycka okolica.

McLean, 11–13 VII 2014

(patrz Wiedeńska krew, „Kultura Liberalna” 291/2014)

Reportaż z przeszłości pod tytułem W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa (Wołowiec 2013) jest opowieścią epistolarną napisaną na podstawie pięciuset autentycznych, udokumentowanych listów w jedną stronę, bo odpowiedzi zginęły wraz z adresatami. Takie listy bez odpowiedzi są typowe dla korespondencji holokaustowej. Adresatem listów, z których Elisabeth Åsbrink zbudowała swoją dramatyczną opowieść, był Otto, żydowski chłopiec, którego rodzice zdołali wysłać w 1939 roku z Wiednia do Szwecji dzięki szwedzkiej misji ewangelickiej. W tym czasie – jak pisze autorka – „do szwedzkiej ambasady w Wiedniu płynął nieprzerwany strumień rozpaczy” (s. 76). Według jej informacji szwedzcy „misjonarze załatwili wyjazd z nazistowskich Niemiec [do których należała wtedy Austria] około trzem tysiącom ludzi” (s. 47). Było to osiągnięcie, bo Szwecja ich nie chciała, zwłaszcza Żydów. „Osoby uznane za Żydów [pytano o pochodzenie ojca i matki] otwarcie zaliczano do kategorii niepożądanych imigrantów” (s. 31). „Ascetyczne chrześcijaństwo, które ukształtowało Szwecję, wywodziło się od Marcina Lutra” i tradycyjnie „kochało” Niemcy – wyjaśnia autorka (s. 51).

Jesienią 1938 roku „w samej tylko Smalandii odbyło się siedemdziesiąt wieców” (s. 99), między innymi przeciwko „planowanemu sprowadzeniu żydowskich dentystów, lekarzy i aptekarzy” (s. 98). 6 lutego 1939 roku w Sztokholmie setki „studentów w białych studenckich czapkach przemaszerowało z pochodniami przez miasto” i „żądali, aby zawody lekarza, dentysty i aptekarza zastrzec wyłącznie dla Szwedów” (tamże). Do ruchu pronazistowskiego „przyłączyło się całe Towarzystwo Szwedzko-Niemieckie, gromadzące wyższe sfery mieszczaństwa, lekarzy, prawników i profesorów, działających na rzecz »sprawiedliwej oceny nowych Niemiec«” (s. 238). Szwedzcy faszyści uczyli się od Hitlera. „Ruch antykomunistyczny nigdy nie osiągnie swego celu, jeśli nie będzie jednocześnie antysemicki” – cytuje autorka ich wodza Pera Engdahla. „Celem” było oczywiście zdobycie władzy, a najpewniejszym środkiem, uświęcającym ów cel, był antysemityzm. Na tym „genialnym” wynalazku polegała ideologia i strategia Hitlera.

Opowieść zaczyna się, gdy w Wiedniu mieszkało blisko dwieście tysięcy „osób uznawanych za Żydów”. „Niektórzy zapominali o swojej żydowskiej tradycji” (s. 45) i upodabniali się do otoczenia. Inni szukali „przepustki do bezpiecznej chrześcijańskiej większości”, przyjmując chrzest (tamże), ale „naziści sprawili, że nawrócenie straciło sens”. Dla nich „Żyd był zawsze Żydem” (s. 52). Eichmann zaraz po przybyciu do Wiednia zwrócił się do szwedzkiej misji ewangelickiej o „listę wszystkich Żydów, którzy mienią się chrześcijanami” (s. 47). „Taka lista nie istnieje, odparł pastor Hedenquist, bo Kościół nie robi różnicy […]” (tamże), ale Eichmann miał swoje sposoby. „Dzieci wyjeżdżające do Szwecji chrzczono taśmowo” (s. 79), lecz wysłano tylko kilkadziesiąt. „Każdego dnia spotykam matki, które biegają po mieście, próbując wyekspediować swoje dzieci z kraju” – pisała do trzynastoletniego Ottona jego matka (s. 120), by go przekonać, że powinien czuć się szczęśliwy, będąc osamotnionym dzieckiem wśród obcych, którzy go nie chcą. Nie chciano lekarzy ani aptekarzy, ale brano dziewczynki jako tanią opiekę do dzieci i pomoc domową „z niewielkim apetytem” (s. 141). Na wsi nie brakowało ciężkiej pracy dla bezpłatnych parobków, więc Otto – nieprzeciętnie zdolny chłopiec z inteligenckiej rodziny – został parobkiem. Najmłodsze dzieci płakały po nocach, lecz Otto był na tyle dorosły, że po ciężkiej pracy „sen opadał na niego jak ciężka kołdra, którą naciągał na myśli” (s. 274).

Do reportażu ze zbrodni załączona jest sekwencja wcześniejszych antyżydowskich wydarzeń, jak edykt mediolański (rok 313 – Żydom nie wolno osiedlać się w Jerozolimie), synod w Clermont (rok 535), synod w Toledo (rok 653), edykt cesarza bizantyjskiego (rok 722), który palił synagogi razem z wiernymi, wygnania (z konfiskatą mienia) z Francji, Hiszpanii, Sycylii, pierwsze getto (Wenecja 1516), otoczenie żydowskiej dzielnicy murem (Rzym 1556). Ponieważ głównym miejscem akcji jest Wiedeń, należałoby dodać, że książę Albert, który podczas wojen husyckich ciężko się zadłużył u Żydów, oskarżył ich o zdradę i wygnał, dzięki czemu nie tylko nie spłacił długów, lecz przy okazji przejął żydowskie nieruchomości. I że w roku 1421 wiedeńczycy spalili sto dwadzieścia żydowskich kobiet i dziewięćdziesięciu dwóch mężczyzn, oskarżonych o znieważenie i wręcz „torturowanie” hostii, po czym długo szukali złota w ich popiołach (to pamiątkowe miejsce nazywa się Judenplatz). Po rzeziach Chmielnickiego do Wiednia przybywali żydowscy uchodźcy z ziem polskich i gmina na tyle urosła, że wkrótce znów się opłacało ją ograbić i wygnać (patrz Memorbuch, Warszawa 2000, s. 251). Gdy Austria zajęła Galicję, Wiedeń stał się wielkim ośrodkiem żydowskiej kultury, a wkrótce nie tylko żydowskiej. Wiedeńczyk Stefan Zweig pisał, że „dziewięć dziesiątych tego, co w XIX wieku świat czcił jako wiedeńską kulturę, było lansowane, utrzymywane i tworzone przez Żydów” (tamże). Podczas pierwszej wojny światowej do Wiednia przybyło co najmniej pięćdziesiąt tysięcy Żydów, którzy uciekali od Rosjan. „Większość tutejszych lekarzy i adwokatów to byli Żydzi, a większość światowej sławy uczonych, muzyków i pisarzy – Żydzi i konwertyci” (tamże, s. 252). Szukali uznania i wdzięczności, a znaleźli zawiść i nienawiść: Wiedeń stał się stolicą europejskiego antysemityzmu. Hitler spędził tu pięć swych najbardziej formatywnych lat. Eichmann zażądał od wiedeńskich Żydów półtora miliona marek i pośpiesznej emigracji: tysiąc osób dziennie. Liczba pobitych i zabitych w „noc kryształową” (z 9 na 10 listopada 1938 roku) nie jest znana, lecz obrabowano tysiące mieszkań i sklepów. Żydzi wyprzedawali się za bezcen i emigrowali. Do Pragi, Bratysławy, Krakowa, Lwowa, Drohobycza, zamożniejsi do Paryża, Brukseli, Amsterdamu – a więc nie dość daleko. Najwięcej szczęścia mieli ci nieliczni, którym udało się nielegalnie przedostać do Palestyny. W sumie wyjechało sto osiemnaście tysięcy Żydów, zostali ci, co byli za biedni i za starzy. W styczniu i lutym 1941 roku wysyłano ich do Opola Lubelskiego. Później do Niska, Rygi, Izbicy, Mińska (białoruskiego) i Terezina. 23 października 1941 odszedł pociąg do getta łódzkiego. 31 marca 1942 roku wywieziono dwa tysiące osób z Opola Lubelskiego do Bełżca. 25 maja „kolejne dwa tysiące zmuszono do wymarszu na stację w Nałęczowie, gdzie już czekały pociągi. Kierunek: Sobibór” (W Lesie Wiedeńskim…, s. 280). 31 sierpnia 1942 roku tysiąc osób – wśród nich ciotkę Ottona – wywieziono z Wiednia do Małego Trościeńca na Białorusi. Pociąg szedł cztery doby. Gdy zajechali, zabrano im bagaż, pieniądze i kosztowności. Ciotka Ottona „musiała się przy wszystkich rozebrać do naga i w obecności uzbrojonych żołnierzy przejść do wybranego miejsca w lesie. Tam została zastrzelona” (s. 292). Nie wiem, czy na jakiejś mapie jest ten Mały Trościeniec, gdzie wsiąkła ta wiedeńska krew.

Wiedeńska gmina kolaborowała, bo co mogła zrobić? „Odpowiedzialność za stawienie się na stacji ponosiła gmina. Brakującą osobę musiał zastąpić ktoś inny” (s. 276). „Jeżeli ktoś uciekł, deportowano zamiast niego dwóch pracowników gminy żydowskiej” (s. 290). Tego rodzaju „system kwotowy” stosowano także w Warszawie, Łodzi, Krakowie, wszędzie. Pozbawiony pracy zawodowej ojciec Ottona został pracownikiem gminy, który miał dbać o to, żeby każdy wezwany stawił się do pociągu. Dzięki temu rodzice Ottona wyjechali jednym z ostatnich pociągów, na razie do czeskiego Terezina, i dopiero 28 września i 3 października 1944 roku – najpierw ojciec, a potem matka – do Auschwitz (s. 327). Ostatni ich list przyszedł do Szwecji, gdy ich już nie było.

Szwecja wpuściła osiem tysięcy Żydów zbiegłych z Danii, ale to było w październiku 1943 roku, gdy szale wojny się przechyliły i proniemiecka neutralność niedobrze pachniała. Z tegoż względu zaraz po wojnie Szwecja przyjęła na leczenie dwadzieścia tysięcy niedobitków z niemieckich obozów koncentracyjnych, w tym siedem tysięcy Żydów. Ale już w roku 1950 w Rzymie odbył się „między­narodowy kongres nazistów z Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec Zachodnich, Austrii, Szwajcarii, Holandii i Belgii” (s. 340), a rok później taki sam w szwedzkim Malmö. „Kiedy zachodnioniemiecki rząd w roku 1962 zajął się problemem neonazizmu w kraju, okazało się, że Szwecja jest największym dostarczycielem druków propagandowych dla niemieckich nazistów, a Per Engdahl kluczową postacią w międzynarodowym ruchu nazistowskim” – pisze Elisabeth Åsbrink (s. 344). Przymiotnik „międzynarodowy” należałoby tu uściślić jako zachodnioeuropejski. Czy tylko prawica? Wkrótce doszlusuje lewica z „antysyjonizmem” zza wschodniej ściany, który skwapliwie zaadaptowała, dając Hitlerowi pozagrobowe zwycięstwo – Europa nie chce Żydów. Ani u siebie, ani na Bliskim Wschodzie. A broń Boże w Jerozolimie.

Jednym z bohaterów reportażu Elisabeth Åsbrink jest Ingvar Kamprad – syn gospodarza, u którego Otto pracował – jego rówieśnik, nazista niemieckiego pochodzenia. Zaprzyjaźnili się i razem uwodzili dziewczyny. Ingvar „nie miał bliższego przyjaciela niż Otto” (s. 329), choć należał do ścisłego grona zwolenników Pera Engdahla. Po wojnie Ingvar Kamprad okazał się wybitnie zdolnym kupcem i założył firmę IKEA (Ingvar Kamprad Elmtaryd Agunnaryd), która uczyniła go najbogatszym człowiekiem w Szwecji. Gdy w 1998 roku ukazała się książka o jego związkach z nazizmem, zdolny kupiec wysłał do stu osób listy z przeprosinami, a do trzydziestu osobiście zadzwonił, w tym również do Ottona. Otto studiował wieczorami, zaocznie, i powrócił do swojego naturalnego miejskiego otoczenia, ale nie do Wiednia. Pracował kilka lat dla Ingvara w IKEI. Został Szwedem, ożenił się ze Szwedką, lecz otaczał go „balon milczenia, w którym od urodzenia żyły jego dzieci […] udając, że Otto nie cierpi. Że czas leczy” (s. 252). „Nie chcę przekazać tego moim dzieciom” – powiedziała jego córka (s. 253), ale każde dziecko Holokaustu wie, że to przekazuje się samo.

Jest to rozdział historii w perspektywie osobistej. Elisabeth Åsbrink ma nieomylny słuch. U niej te listy „śpiewają w chórze, ich głosy przeplatają się ze sobą” jak fuga. „Fuga, która kończy się zbrodnią” (s. 173). Po której źle brzmią walce wiedeńskie. Zwłaszcza ten pod tytułem Wiedeńska krew.

PS Jest parę drobnych potknięć – autorki lub tłumaczki – których można było łatwo uniknąć. Wątpię, by 1 września 1939 roku szwedzka gazeta „zapełniła całą trzecią stronę informacją o wypowiedzeniu przez Niemcy wojny Polsce” (s. 177), bo wypowiedzenia wojny nie było. Nie „siódma armia poddała się pod Stalingradem” (s. 304), ale szósta, i nie pod Stalingradem, lecz w Stalingradzie. Judenrein nie znaczyło „wolny od Żydów” (s. 243), lecz „oczyszczony z Żydów” – istotna różnica, bo to była czystka etniczna, bardzo dosłowna, a nie „uwolnienie”. Można też było coś zrobić z lapsusem „o pokrewieństwie krwi” (s. 151).

McLean, 14 VII 2014

Średniowiecze. Motłoch uzbrojony w kije atakuje i chce podpalić synagogę, wrzeszcząc: „Śmierć Żydom!”. Żydzi w synagodze siedzą przerażeni. Nie „znieważyli” ani nie „torturowali” hostii i nie zabili żadnego dziecka na macę, ale popełnili nabożeństwo na intencję trzech żydowskich chłopców zabitych przez palestyńskich Arabów. Zdjęcie pokazuje palestyńską flagę na czyjejś szyi i chustę „arafatkę” oraz wiele innych głów w egzotycznych szmatach, ale większość po europejsku, niektóre ręce w geście „Heil Hitler!”. Rzecznik „zielonych” – taka wegetariańska odmiana – mówi mediom, że „synagogi, które się zachowują jak ambasady, atakuje się jak ambasady”, a media się nie dziwią, bo jak średniowiecze, to oczywiście atakuje się ambasady.

McLean, 15 VII 2014

Mariusz Solecki w czerwcowej „Odrze” nazywa „żołnierzami wyklętymi” NSZ-etowców gloryfikowanych w książkach Wacława Holewińskiego, z których najnowsza otrzymała nawet Literacką Nagrodę imienia Józefa Mackiewicza. „Żołnierzami wyklętymi” byli AK-owcy, o których w PRL-u należało mówić źle albo milczeć. Rozciągając tę nazwę na NSZ, usiłuje się zatrzeć różnicę, która jest zasadnicza. AK wyklęto z powodów politycznych, a NSZ kryminalnych. AK wyklęli komuniści, a NSZ uczciwi ludzie. NSZ, którego ideologią był faszyzm, w hitlerowski sposób łączył antykomunizm z nienawiścią do Żydów i mordował ich w czasie okupacji i po, indywidualnie i zbiorowo, kobiety, dzieci, kogo tylko mógł. W chaotycznych latach powojennych specjalnością NSZ – przemianowanego na NZW (Narodowe Zjednoczenie Wojskowe) – było polowanie na Żydów w pociągach. Dla zatarcia tej prawdy historycznej Solecki za Holewińskim przytacza bajeczkę o NSZ-etowcach, którzy w pociągu „stanęli w obronie Żyda maltretowanego przez szumowiny”. „Zostaw go albo ci rozpierdolę łeb na troje” – zawołał jeden rycerz. „Ktoś przeszukał kieszenie bandytów, a potem po kolei wyprowadzano ich na pomost”, gdzie drugi rycerski NSZ-etowiec „kopał ich w dupę i wypadali z wagonu na nasyp”. Aby nie posądzono ich o okrucieństwo, narrator zaraz wyjaśnia, że „krzywda im się nie działa, bo pociąg jechał wolniutko”. Słownictwo („rozpierdolę łeb” i „kopał w dupę”), jak i czynności (przeszukiwanie kieszeni i wyrzucanie z jadącego pociągu) mówią same za siebie. Drugą „niearyjską żoną” (świadectwem niewinności) ma być jeszcze mniej prawdopodobny „major Stanisław Ostwind, stracony przez komunistów Żyd z NSZ”. Jeśli zdarzył się w NSZ Żyd, to z pewnością nikt o tym nie wiedział. Znałem osobiście Salomona Straussa-Marko, który zamaskował się w ukraińskiej formacji SS. Komuniści go wcale nie stracili, przeciwnie, uznali jego bohaterstwo i pozwolili mu opublikować wspomnienia (­Czysta krew, Łódź 1966). Gdyby Stanisław Ostwind był pomylonym Żydem (lub przechrztą), który należał do NSZ z przekonania, to komuniści nie omieszkaliby tego rozgłosić.

Szczególnie niepokojąca jest gloryfikacja „samurajów niezawisłości” jak „Janek” Murawiec, który „nazabijał, tyle dla Polski ucierpiał, a ona mu odpłaciła śmiercią na Mokotowie”. Freudowskim wymsknięciem (Freudian slip) jest tu czasownik „nazabijał” bez wyjaśnienia kogo i za co. Dla pewniejszego zachachmęcenia różnicy między AK a NSZ Solecki stawia książki Holewińskiego w jednym rzędzie z Popiołem i diamentem Andrzejewskiego, Rojstami Konwickiego, Białą plamą Janiny Broniewskiej, Początkiem Hołuja, a nawet Rozstajami reżymowca Putramenta. Można się dziwić, że przyzwoitemu czasopismu jak „Odra” wymsknął się artykuł o bohaterach Holewińskiego i Soleckiego, ale z drugiej strony to dobrze: niech bredzą i niech się sypią.

PS 21 listopada 1938 roku inżynier J. Holewiński pisał w ankiecie „Małego Dziennika”, że „jedynym rozwiązaniem kwestii żydowskiej jest zupełne usunięcie żydów z chrześcijańskich społeczeństw” i że „emigrantom żydowskim powinno być wolno wywieźć jedynie b. niewielką sumę w gotówce, majątki zaś ich i przedsiębiorstwa byłyby przejmowane przez państwo” (patrz Drohobycz, Drohobycz, Warszawa 2012, s. 23). Autor Wacław Holewiński wydaje się mieć z inżynierem Holewińskim dużo więcej wspólnego niż tylko to rzadkie nazwisko.

Jest to list do Redakcji, który ukazał się w „Odrze” w listopadowym numerze.

McLean, 16 VII 2014

Głównym zadaniem telewizji Russia Today jest pokazywanie, jaka Ameryka jest zła. Na przykład dziś, że nie przyjmuje dziesiątków tysięcy latynoskich dzieci, które nielegalnie przenikają przez południową granicę. Od sowieckiej propagandy Russia Today różni się tym, że nie pokazuje, jaka dobra jest Rosja.

McLean, 18 VII 2014

Zgodziłem się na filmowany wywiad, ale jako pisarz, a nie survivor (ang.) ani psych (ros.), i chcę mówić po polsku, bo jestem polskim pisarzem, choć cytować swoje utwory mogę po angielsku. Dosyć już opowiadałem o swoich przeżyciach holokaustowych (dla „Oral History” Spielberga, dla Fortunoff Archive Uniwersytetu Yale, a dwa lata temu także dla „Gazety Wyborczej”) i nie chcę już tego powtarzać. Mogę natomiast opowiadać o swoich utworach na ten temat.

McLean, 19 VII 2014

Przyjemny chłodny ranek, lato w tym roku w ogóle łaskawe. O jedenastej w samym środku mojego małego rezerwatu stoi złocista samosia. Nie bardzo głodna skubie to i owo, po czym kładzie się i odpoczywa w sobotniej ciszy i cieniu bambusów. Głowę ma zwróconą w stronę pustego podjazdu sąsiadów i medytuje albo drzemie – one umieją spać z uniesioną głową. Cyknąłem ją parę razy i pracuję, zerkając co jakiś czas w jej stronę. Przyjemnie mi, że tu jest. W południe idę po schodach na górę – powoli, żeby jej nie spłoszyć. Usłyszała i patrzy w okno nad schodami, ale się nie rusza. Z przyjemnym uczuciem w dołku (feeling lucky) jem lunch, wstając co jakiś czas, żeby zobaczyć, czy jeszcze jest. Gdy kończę jedzenie, stoi na podjeździe sąsiadów. Podziwia kolorowe zabawki dzieci i inne plastikowe rupiecie, po czym wolnym krokiem od­chodzi za dom. Była tu prawie dwie godziny. Ale gdzie jej maleństwo? Dlaczego nie przybiegło?

McLean, 20 VII 2014

Drogi Piotrze, bardzo dziękuję za patriotyczną widokówkę z Warszawy, która doszła dopiero wczoraj. Masz rację, że ja „pasuję do tego miasta”. W żadnym innym nie czuję się tak na właściwym miejscu, nawet w mojej rodzinnej Łodzi. I żadne inne mi się tak nie podoba. Szkoda, że już nam się obu nie chce podróżować plugawymi samolotami i lotniskami, bo chciałbym Ci pokazać – i sam zobaczyć – kościół parafialny w Zarębach Kościelnych z tablicą pamiątkową w miejscu, gdzie równo siedemdziesiąt lat temu przystąpił do pierwszej (i ostatniej) komunii niechrzczony Henryk Krzyżanowski – właściwie Herszek Grynberg – któremu oczywiście nic nie pomogło, bo to niepoprawny Żyd.

McLean, 21 VII 2014

„Ile jeszcze kobiet i dzieci musicie zabić, żeby osiągnąć swój cel?” – spytał w Gazie przedstawicielkę rządu izraelskiego bezczelny dziadyga z BBC. „Jeśli pan myśli, że nasi najlepsi synowie przyszli tutaj i giną, żeby zabijać kobiety i dzieci, to jest pan w błędzie” – odpowiedziała bardzo oględnie, bo co miała powiedzieć? Dziadyga powinien zadać to pytanie Hamasowi, ale nie zada, bo wie, że byłoby to ostatnie pytanie w jego zakłamanym życiu.

McLean, 23 VII 2014

Ciepły i duszny poranek, zapowiedź tropikalnego dnia. O wpół do dziesiątej miła niespodzianka: rude maleństwo w białe kropki przybiegło na mój backyard. Szuka matki? Wtem drugie takie samo! Jeszcze nie widziałem dwóch takich maleństw naraz. A jakie udane – brawo! Stoją jedno za drugim w moich niskich bambusach i spoglądają na pusty podjazd sąsiadów. Cykam parę razy, lecz w bambusach mało je widać. Wreszcie to pierwsze odważa się i rusza, a drugie za nim. Przebiegły podjazd i stoją w głębi krajobrazu na drugim krańcu trawnika. Wtem słychać auto. Odrywają się od zielonego tła i w podskokach zmykają za dom. Nadjeżdża czarny samochód, który tu rzadko bywa. Wysiada siwa matka-babka-teściowa i wchodzi do domu, zupełnie nie wiedząc, co tu się przed chwilą działo.

McLean, 25 VII 2014

Wczoraj wieczorem amerykańska telewizja pokazała krótką rozmowę ze zdalnym hersztem Hamasu (trzyma się z dala od Gazy).

Reporter: Dlaczego Hamas ukrywa rakiety w szkołach?

Herszt Hamasu: Niech Izrael pokaże te rakiety.

Reporter: To nie Izrael je znalazł, lecz UNRWA.

Herszt Hamasu: Nieprawda.

Koniec rozmowy.

Dlaczego powiedział: „Niech Izrael pokaże te rakiety”? Bo wie, że UNRWA zwróciła je Hamasowi. Dlaczego zwróciła? Bo szkoda każdej rakiety.

Dziś rano rozmowę tę przytoczyło BBC.

Reporter: Dlaczego Hamas ukrywa rakiety w szkołach?

Herszt Hamasu: Niech Izrael pokaże te rakiety.

Koniec rozmowy. Jeszcze jeden z kurewskich trików, jakich BBC ma bez liku.

A po co? Żeby Izrael się wycofał. Żeby odblokował Gazę i pozwolił sprowadzić tam celniejsze rakiety. I cement na nowe tunele. Żeby oddał wszystkie tereny „okupowane” i bliżej podpuścił te rakiety i tunele. Żeby oddał pół Jerozolimy i żeby można było podchodzić piwnicami bez kopania tuneli. Żeby nie było żadnego bezpiecznego miejsca w Izraelu i żeby Izrael się poddał. Żeby islamiści go wymordowali – włącznie z chrześcijanami w Jerozolimie, Betlejem i Nazarecie. I żeby mieli szeroko otwartą drogę do Europy. Ze wszystkich człekokształtnych tylko antysemici podcinają gałęzie, na których siedzą.

McLean, 26 VII 2014

Sobota, pochmurno. O wpół do siódmej widzę, że odjeżdża SUV nowych sąsiadów. Pewno na weekendową wycieczkę. O dziewiątej siedzę i piszę, wtem za oknem ruda samosia. Podąża za mój najbliższy węgieł, w stronę ponownie poślubionej sąsiadki. W tejże chwili z niskich bambusów wynurza się kropkowane maleństwo, a za nim drugie i biegną za nią. Już dawno nie widziałem czegoś tak pocieszającego, a bardzo mi potrzeba.

McLean, 27 VII 2014

Piana na ustach antysemickiej międzynarodówki jest oczywistym objawem wścieklizny. Patrzę na to z mieszanymi uczuciami. Czuję lęk, że nas zakrzykują – a umieją zakrzyczeć na śmierć – i równocześnie satysfakcję, że ich wściekłość jest bezsilna, że tym razem nie mogą nas pożreć, choćby pękli z wściekłości, i że im bardziej będą się wściekać, tym prędzej pękną.

McLean, 29 VII 2014

Hillary Clinton, której pełno wszędzie, bo szykuje się na pierwszą prezydentkę Stanów Zjednoczonych, „wyjaśniła” w telewizji, że Hamas umieszcza rakiety wśród ludności cywilnej, bo Gaza jest gęs­to zaludniona. Że też Hamasowi nie przyszedł do głowy tak przekonujący argument. I ciekawe, dlaczego to gęste zaludnienie nie usprawiedliwia niszczycielskich skutków izraelskich kontr­ataków? Po drugie gęsto zaludnione jest tylko miasto Gaza i Hamas ma dosyć pustych miejsc w okolicy. Oto jaka bystra żona stanu stanie na czele Ameryki i wolnego świata, jeśli zagłosują wszystkie histeryczki z polityczną wścieklizną macicy. Inna bystrzyca, Nancy Pelosi, która wodzi rej w Izbie Reprezentantów, uspokaja telewidzów, bo Katarczycy ją zapewnili, że Hamas jest organizacją humanitarną.

McLean, 30 VII 2014

Młodzież, która dostała w ręce mądre telefony (smartphones), zabawia się przesyłaniem zdjęć swoich organów płciowych. Według sondaży Pew Research Center w zeszłym roku czterdzieści cztery procent mądrych telefonistów w wieku od osiemnastu do dwudziestu czterech lat otrzymało, a piętnaście procent wysłało takie „seksty”. Rzadko się przeprowadza tego rodzaju badania wśród małoletnich i „Washington Post” przytacza tylko jedno sprzed dwóch lat w prywatnej szkole średniej, gdzie dwadzieścia procent małolatków wysłało coś takiego, a czterdzieści procent otrzymało. Dylemat powstał, gdy policja i prokuratura kazały sfoto­grafować erekcję siedemnastoletniego Wirginijczyka, żeby zidentyfikować corpus delicti jego sekstingu. Po protestach opinii publicznej i American Civil Liberties Union odstąpiono od tego zamiaru, a zrobione przedtem „miękkie” zdjęcie ­siedemnastoletniego penisa nie zostanie przedłożone sądowi. Prasa nie podaje, w jaki sposób zamierzano uzyskać erekcję narządu, który w obliczu policji z natury rzeczy się chowa, nawet u siedemnastolatka. Pewno zleca się takie zadania atrakcyjnym tajniaczkom.

McLean, 2 VIII 2014

Anna Frajlich napisała wiersz pod tytułem Jak najdalej od Europy, w którym zestawia ucieczkę swojej matki w 1941 roku z Polski do Kirgizji ze swoją własną ucieczką w roku 1969 z Polski do Ameryki. Wiersz jest na tyle ponadczasowy, że mogą się pod nim podpisać wszyscy europejscy uchodźcy ostatnich kilkuset lat.

McLean, 6 VIII 2014

W Gazie zaczął się rozejm, lecz BBC judzi i mendzi dalej. Wczoraj emitowali wybór swoich wcześniejszych pokazówek: o małych chłopcach, w których trafił pocisk wystrzelony przez pomyłkę; o rodzinie, której bomba zburzyła dom; i o matce, która mówi, że nie była zwolenniczką Hamasu, bo zabili jej siostrzeńca, ale teraz jest (bo Hamas jej kazał tak powiedzieć). A dziś rano prezenterka BBC wycisnęła z paru nieznanych nikomu „ekspertów”, że Amerykanie, zwłaszcza młodzież, nie dają już więcej Izraelowi carte blanche, ba, nawet młodzi Żydzi amerykańscy stają się sceptyczni.

Otóż Amerykanie, starzy i młodzi, włącznie z młodymi amerykańskimi Żydami, nie dają carte blanche nikomu, ale zdecydowanie wolą Izrael od Hamasu, któremu daje carte blanche BBC i bezwstydna większość europejskich mediów.

McLean, 7 VIII 2014

France 24 i indyjska NDTV pokazują hamasowców odpalających rakiety z gęsto zabudowanego terenu w Gazie, w sąsiedztwie budynku, nad którym powiewa flaga UNRWA. Francuzi pokazują to ze wstydu po zeszłomiesięcznym napadzie motłochu na paryską synagogę, a Hindusi, bo znają islamski fanatyzm z własnego doświadczenia.

McLean, 8 VIII 2014

Izrael odpowiedział bombami na nowe rakiety z Gazy, ale BBC w ruchomych napisach głosi, że „Izrael uderza w Gazę pośród (amid) ognia rakietowego”, który pozostaje anonimowy. W ustnym skrócie wiadomości podali, że w Gazie zginął dwunastoletni chłopiec, a w pełnej wersji, że po stronie izraelskiej zostały ranne trzy osoby – bez wieku i płci. W swoim programie wieczornym BBC poświęciło cały segment pogrzebowi zabitego chłopca. Jego zrozpaczony ojciec żąda pomsty i deklaruje poparcie dla walki zbrojnej. Dowiadujemy się również, że chłopiec zginął, bawiąc się koło meczetu, w którym jego ojciec uczestniczył w nabożeństwie. Ani słowa o tym, że Izraelczycy nie mierzyli w chłopca, ale w drani, którzy spod tego meczetu strzelali rakietami do Izraelczyków bez względu na wiek. Ani że Izraelczycy mierzyli ostrożnie i dlatego nikomu w meczecie nic się nie stało. Ani o tym, że dranie nie zabronili chłopcu bawić się koło swoich rakiet, lecz przeciwnie, bo w szpitalach kamery czekają na zabite i poranione dzieci. Bo jeden obraz kłamie więcej od tysiąca słów.

McLean, 9 VIII 2014

Cichy, pogodny sobotni poranek. Idę na spacer. Skręcam w Rock­ingham, a na jezdni ni to pies, ni to lis stoi i gapi się w moją stronę. Podchodzę parę kroków, a to mała sarna i zaraz daje susa w gęstwinę ziemi niczyjej. Patrzę, a tam dwie małe stoją i gapią się na mnie, ciekawskie jak wszystkie dzieci. Chętnie bym tu postał z nimi, ale muszę czym prędzej odbyć ten spacer i usiąść do komputera, żeby uzupełnić indeks nazwisk w pamiętniku, który wyjdzie na jesieni. Ważny indeks, bo są w nim nie tylko znane postacie, lecz i takie, które – jak mi pisze redaktorka – „nie miały szans stać się postaciami”. Szesnaścioro Bursztynów, dziewięcioro Chrynowickich, sześcioro Lachmanów, sześcioro Polaniewiczów…

McLean, 10 VIII 2014

O siódmej rano odsłaniam okno sypialni. Jest pogodnie i cicho, na podjeździe sąsiadów ani jednego auta, a w krzewach przy domu poruszają się słoneczne plamy, dwie duże i jedna mała – muszę sobie wreszcie kupić lornetkę. Jedzą śniadanie, po czym idą do następnego ogrodu, bo niedziela, ludzie gdzieś pojechali lub śpią. Siódma to niby wcześnie, ale straciliśmy już godzinę od letniego przesilenia i codziennie tracimy minuty. O wpół do dwunastej są u mnie pod oknem: najpierw jedna, potem druga, za nią kropkowate maleństwo, a potem drugie. Pierwsza z apetytem skubie ziele, druga też zabiera się do jedzenia, malutkie zaś tylko dotrzymują im towarzystwa. Cykam parę zbliżeń do trzeciego pamiętnika (inszallah). Wtem ta druga dorosła podskakuje na alarm i wszystkie czmychają za węgieł od strony ponownie poślubionej sąsiadki, gdzie od dawna remont, a dziś nie ma nikogo, bo niedziela. Biegnę na górę i widzę, jak stoją rządkiem na moim gęsto ocienionym drivewayu. Przodowniczka wspina się na pochyły frontyard sąsiadki i czeka, bo spadzistą ulicą schodzi otyły mieszczanin w białym T-shircie i z dwoma otyłymi psami na smyczy. Zepsute mieszczańskie psy niczego nie czują albo im się nie chce. Sarny o tym wiedzą i spokojnie czekają. Dwie malutkie dla rozrywki poskubują zieleń przy krawędzi drivewayu. Na sygnał, że już można, biegną rządkiem na drugą stronę ulicy za dom moich dobrych kwakierskich sąsiadów.

McLean, 11 VIII 2014

Dochodziła czwarta po południu, była piękna pogoda. Jechałem z przepisową prędkością trzydziestu mil na godzinę. Radio grało pogodną sonatę. Widoczność była doskonała, tylko cholerny SUV przede mną przesłaniał mi drogę. Mijamy małą przecznicę po prawej, to znaczy SUV mija, bo zaraz potem wypada stamtąd – prosto­padle do mnie – drobny samochód, żeby skręcić w lewo. Nie miałem czasu na hamowanie, tylko na odruchowy skręt na drugą połowę jezdni i jak najszybszy objazd przeszkody, zanim nadlecą auta z przeciwnej strony, i w tej jednej sekundzie wyminąłem śmierć, jeśli nie dwie, lub gorsze od śmierci kalectwo. Zapisuję ten unik jako jeden z moich największych sukcesów. Dumny jestem zwłaszcza z serca, które mi nawet nie drgnęło – zupełny spokój, ani kropli potu.

McLean, 13 VIII 2014

Słoneczny i świeży poranek po wczorajszym deszczu. Wracam ze spaceru i siadam do komputera, a za oknem piękna, smukła, słonecznie ruda. Na podjeździe nowych sąsiadów ani jednego auta, u sąsiadki obok też cicho, bo już po remoncie, jeszcze tylko jakieś prace wykończeniowe w środku. Wtem z niskich bambusów wybiegają oba kropkowate maleństwa, a za nimi dorosła straż tylna i wypełniają mi cały widok. Maleństwa zawzięcie skubią zieleń mojego żyznego backyardu z rzadkim u dzieci apetytem. Jedna dorosła ogryza krzew na granicy z moją najbliższą sąsiadką, druga bluszcz, który się wspina na drzewo. Jedna z małych wygina kropkowany grzbiecik i załatwia swoją potrzebę – nie widać, czy dużą, czy małą – po czym sięga pyszczkiem między nogi matki, ale nie może dosięgnąć. Biegam od szyby do szyby i fleszuję. Spoglądają czasem w stronę flesza, ale się nie płoszą. Zabawiły pół godzinki i ruszają rządkiem z powrotem – forpoczta, jedno małe, drugie małe, i straż tylna – przez niskie bambusy, pusty podjazd i rozleg­ły trawnik do drugich i trzecich sąsiadów.

McLean, 14 VIII 2014

Wracam z porannego spaceru, schodzę do pracowni, a za oknem dwie dorosłe i jedna mała bez kropek jedzą śniadanie. Potem matka myje małej uda. Potem obie nasłuchują, którędy iść. Wybrały przejście koło mojej najbliższej sąsiadki, gdzie pełno rupieci po remoncie, ale nikogo nie widać ani nie słychać. Biegnę na górę. Matka przewodniczka stoi w moim carporcie i słucha. Szkoda, że nie wziąłem z dołu aparaciku, bo miałbym jej portret z moim samo­chodem. Ulicą kroczą spacerowicze, może zdążę po aparacik? Nie zdążyłem, wsiąkły w zielony frontyard sąsiadki.

Wieczorem ruchomy pasek France 24 głosi, że „rozejm w Gazie się utrzymuje pomimo naruszeń z obu stron”. Okazuje się, że z Gazy spadło na Izrael pięć rakiet, a Izrael odpowiedział. We Francji to się nazywa „naruszeniami z obu stron”.

McLean, 15 VIII 2014

Chłodne, aromatyczne noce i poranki, już dawno nie miałem tak polskiego lata. Siedzę wieczorami na balkonie i czytam jak na wakacjach, na letnisku bardzo dawno temu. Traktat o łuskaniu fasoli Myśliwskiego to powolna proza, w sam raz na moje samotne wieczory. Nie jest to traktat i wystarczyłoby w tytule Przy łuskaniu fasoli jak u Grassa Przy obieraniu cebuli. Zastanawiam się, czy zgodnie z tą wegetariańską modą nie zatytułować swojego bieżącego pamiętnika Przy struganiu marchewki. Myśliwskiego monolog, który płynie strumieniem świadomości, jest fascynujący i nawet nie razi mnie tu „staropolska” gawędowość, którą na ogół uważam za kompozycyjną łatwiznę i przejaw staropolskiego lenistwa, bo u Myśliwskiego w tej pozornej łatwiźnie jest metoda. Narracja chodzi w kółko, ale nie błądzi, nie wymyka się spod kontroli. Nie jest linearna, a jednak dokądś zmierza. Dokąd? Donikąd – jak życie, które jest tu tematem przewodnim. Jest to wielobarwny przekaz doświadczeń starego człowieka, robotnika, muzyka, samorodnego filozofa, everymana, a do tego dziecka wojny, które przeżyło pacyfikację porównywalną z Holokaustem. Od filozofii błyskotliwsza i głębsza jest w tym „traktacie” poezja i jeśli to traktat, to raczej poetycki – w pięknym, przenikliwym, wynalazczym języku. Najbardziej wzruszający jest epizod o partyzanckiej sanitariuszce. Niepokalanej, cierpiącej, świętej drobinie piękna, czystości i dobra pośród brzydoty, brudu i zła. Myśliwski jest poetą i dramato­pisarzem. Jego monolog jest samograjem na jednego aktora – tylko brać i wybierać.

Dla mnie szczególnie rewelacyjny jest epizod o smakach i konsystencjach wody – twardej i miękkiej, studziennej i rzecznej, źródlanej i deszczowej (s. 214–215). Przypomniał mi on o pierwszej i drugiej wodzie mojego życia, o której już dawno chciałem napisać, ale nie miałem okazji. Otóż najlepsza była pierwsza woda, ze studni na folwarcznym majdanie w Radoszynie. Nigdzie indziej tak dobrej nie piłem. A druga – u dziadka i babci w Dobrem, dokąd nas wysiedlono z Radoszyny – była najgorsza: lepka, tłustawa, mdława, nie chciałem jej pić. I tu mój żal do autora, zresztą nienowy. Wielokrotnie zaprzeczałem rzekomej „nierozłączności obu kultur”, bo z osobistego doświadczenia wiem, jak bardzo od siebie stroniły i jak starannie utrzymywały dystans. Natomiast niezbitym faktem była nierozłączność egzystencjalna zakończona amputacją, największą i najkrwawszą, jaką sobie można wyobrazić i która nigdy nie przestanie boleć. A tymczasem w Kamieniu na kamieniu (Warszawa 1984), epopei polskich doświadczeń wojennych i powojennych – która w 2012 roku dostała w Nowym Jorku nagrodę jako najlepiej przetłumaczona książka roku – Myśliwski całkowicie pominął los ludności żydowskiej, jedną dziesiątą krajobrazu, połowę strat ludzkich kraju. Narrator, który jest wiejskim działaczem, a nawet dowódcą partyzantów, nigdzie nie napotyka Żydów ani o nich nie wspomina. Ludzie giną w zbiorowych egzekucjach w lesie i okolicznych miastach, ale to nie są Żydzi. Ani wzmianki o jakimś ukrywającym się Żydzie. Owszem, był karczmarz Żyd, ale ani słowa o tym, co się z nim stało.

W postkomunistycznej epopei pod tytułem Widnokrąg (Warszawa 1996) jest drobna poprawa: krótki, poboczny epizod o deportacji żydowskiej rodziny. Toteż czytając Traktat, kolejną polską epikę wojenno-powojenną, czekałem i czekałem aż do trzysta dziewięćdziesiątej drugiej stronicy czterystustronicowej narracji, gdy spod rękawa nieznajomej kobiety „wyłoniło się kilka cyfr, napisanych na skórze jakby atramentem czy kopiowym ołówkiem”. „Ach, to z dzieciństwa jeszcze. I zawstydziła się, czy może spłoszyła”. „Powinienem tego nie zauważyć, bo nie wszystko powinno się zauważać, zwłaszcza mężczyzna u kobiety” – komentuje narrator. „Nie wszystko człowiekowi także w nim samym jest miłe. Nie ze wszystkim i u siebie się godzimy. Niejedno chcielibyśmy także u siebie poprawić. Ale ponieważ jest to niemożliwe, to przyzna pan, że przynajmniej o tyle jest mniej dotkliwe, o ile tego nie zauważamy”.

Nie mogę tego przyznać ani zgodzić się na tak łatwe i prędkie zasypanie tej wielkiej czarnej dziury. Pacyfikacja wsi przypomina w tej opowieści Holokaust, ale była wydarzeniem sporadycznym i – jak sam narrator zaznacza – sprowokowanym przez partyzantów. Natomiast zagłada żydowskich mieszkańców wszystkich wsi, miast i miasteczek była regułą bez wyjątku i bez prowokacji. Powinien o tym wiedzieć i pamiętać stary narrator, który wszystko wie i pamięta, zwłaszcza że mieszka na skraju partyzanckiego lasu, gdzie z pewnością szukali schronienia Żydzi, gdy na nich polowano (patrz Jan Grabowski, Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945). W dodatku narrator jest opiekunem grobów, czyli pamięci, i sumiennie odmalowuje na nich imiona i nazwiska ofiar pacyfikacji. Innych grobów nie zna i nie pamięta. Oto niezbity dowód separacji kultur, pamięci i historii. Obaj pochodzimy z polskiej wojennej prowincji. Myśliwski cztery lata ode mnie starszy, dużo więcej widział, słyszał i rozumiał. Dlaczego nie chce świadczyć? Czy nasza amputacja go tak mało boli?

PS Łuskanie fasoli jest precyzyjne jak każda proza Myśliwskiego z jednym drobnym wyjątkiem: narrator, który w zatłoczonym ­pociągu nie może się ruszyć, siedzi najpierw przy oknie (s. 329), potem przy drzwiach (s. 333), a w końcu jednak przy oknie (s. 351).

McLean, 18–19 VIII 2014

Josh Tebeau, młody człowiek, który chciał przeprowadzić ze mną wywiad przed kamerą, nie odpowiedział, gdy przeredagowałem jego pytania. Pewno zrezygnował. Wobec tego sam ten wywiad przeprowadzam.

– Jakie jest pana najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

– Na to pytanie odpowiedziałem wiele lat temu wierszem:

Rysuję w pamięci stół przy oknie

i małego chłopca przy stole

jest to pierwszy stół w jego życiu

matka podaje talerz

jedzenie jest nie całkiem koszerne

więc chłopiec spogląda w okno

czy nie wraca ojciec

który nie powinien wiedzieć

stół jest szary i szaro w oknie

nawet talerz jest wypełniony szarością

nie ma światła ani koloru

w tym wspomnieniu

ojciec nie wrócił

został za oknem

zabity i zagrzebany

niedaleko od domu

a matka wszystko podała

i poszła na koniec świata

bez niczyjej pomocy umrzeć

zawsze niezależna

nie mogę jej skłonić żeby patrzyła w okno

kreślę kreślę nic z tego uparcie

odwraca twarz niewidzialną

w szarym cieniu

ale czuję spojrzenie przy stole

gdy podaję ulubioną potrawę

jej wnukowi

(Rysuję w pamięci [w:] Rysuję w pamięci,

Wydawnictwo a5, Poznań 1995)

– W Żydowskiej wojnie pisze pan, że został pan wierzącym chrześcijaninem i dzieci przezywały pana księdzem. Czy chciał pan zostać księdzem?

– Nie myślałem o tym, ale chciałem być chrześcijaninem.

– W Zwycięstwie pan pisze, że po wyzwoleniu nie chciał pan być Żydem.

– Instynktownie bałem się tego, jak zresztą wszyscy, którzy przeżyli na aryjskich papierach, zwłaszcza dzieci.

– W jaki sposób nastąpił pana powrót do żydowskiej tożsamości?

– Upodobniłem się do żydowskich dzieci, wśród których się znalazłem w domu dziecka, w sanatorium, w żydowskiej szkole.

– Dlaczego został pan oddany do domu dziecka?

– Miałem płuca zagrożone gruźlicą. Łódź, gdzie zamieszkaliśmy pod koniec wojny, była zadymionym miastem fabrycznym z cuchnącymi ściekami, a dom dziecka znajdował się z dala od miasta, miał opiekę lekarską i był dobrze żywiony przez zagraniczne organizacje żydowskie.

– Co pan z tego domu dziecka najbardziej zapamiętał?

– Kolektywizm, presję kolektywu, konformizm. Kierowniczką była komunistka, która w czasie wojny prowadziła dom dziecka w sowieckim Uzbekistanie.

– We wczesnej młodości był pan zafascynowany komunizmem. Co pana urzekło w tej ideologii?

– Urzekające kłamstwo o sprawiedliwości społecznej oraz równości rasowej i narodowej.

– Dlaczego Żydowska wojna urywa się z chwilą wyzwolenia i dlaczego Zwycięstwo napisał pan dopiero w Ameryce?

– Wiedziałem, że w komunistycznej Polsce nie pozwolono by mi prawdziwie opisać tego, co się działo po wyzwoleniu.

– Czy opuścił pan Polskę z powodu komunizmu, czy anty­semityzmu?

– Z powodu antysemityzmu, który wtedy przestano taić. ­Wiedziałem, że nie wytrzymam tego psychicznie, a nawet gdybym wytrzymał, nie mógłbym więcej pisać na mój najważniejszy temat.

– Jak emigracja wpłynęła na pana pisarstwo?

– W sumie bardzo dodatnio. Wprawdzie musiałem wiele lat pracować zarobkowo, przez co zostawało mi mało czasu na pisanie, ale poznałem bezcenne poczucie wolności, godności osobistej, samodzielności i odpowiedzialności za wszystko, co robię i piszę. Nie mówiąc o wielkim skoku cywilizacyjnym i kulturalnym.

– Film dokumentalny Pawła Łozińskiego Miejsce urodzenia opowiada o pana dramatycznej wizycie w rodzinnych stronach. Czy coś w tym filmie zostało pominięte i czy chciałby pan coś dodać?

– Najważniejsze, co chciałbym dodać, to że w zamordowaniu mojego ojca brało udział więcej osób niż wskazani w filmie dwaj bracia. Przecież oni musieli od kogoś wiedzieć, kiedy, skąd i dokąd – od kogo do kogo – mój ojciec będzie szedł tamtej zimnej marcowej nocy. Ojciec zostawił u różnych ludzi na przechowanie dużo więcej niż owe dwie krowy, o których mowa w filmie, i kilka niewspomnianych tam osób mogło być zainteresowanych, żeby nie przeżył. Stąd zmowa milczenia, którą w filmie pokazano.

– Pana opowieść Dzieci Syjonu ma charakterystyczną konstrukcję literacką. Jaki jest tego powód?

– Jest to rodzaj oratorium i fugi, gdzie chciałem zmieścić jak najwięcej dziecięcych głosów odtworzonych z protokołów ich zeznań o tym, czego doświadczyły po niemieckiej inwazji i ucieczce lub deportacji z rodzinami na sowiecką stronę.

– Czy pisze pan w swoich utworach o jakichś nawykach, jakich pan nabrał pod wpływem przeżyć z dzieciństwa?

– Pisałem w swoich esejach, że nauczyłem się w dzieciństwie nieufności i ukrywania uczuć, że utrudnia mi to bliższe kontakty osobiste i że pisanie jest dla mnie jedynym sposobem, żeby się ­otworzyć i zbliżyć do ludzi.

– Czy pisanie przynosi panu rodzaj katharsis?

– W tragedii, o której piszę, nie ma katharsis, lecz pisanie przynosi mi ulgę przez poczucie spełnianego obowiązku. I jak chyba u wszystkich artystów i pisarzy usprawiedliwia moje istnienie. Mój przypadek jest o tyle szczególny, że ja nie wybieram tematu, lecz jest on mi narzucany przez siłę wyższą, jaką jest mój los.

– Pana pisarstwo jest bardzo powściągliwe, ascetyczne, dlaczego?

– Dyktuje mi taką formę temat, którego wykrzyczeć się nie da, a ozdabiać nie wypada. Najważniejsza jest w nim treść, która mówi sama za siebie. Nie należy jej przeszkadzać. Forma powinna być minimalna, żeby niczego nie przesłaniała.

– Czy sformułowanie „każdy ma ranę, która jeszcze krwawi albo jest ledwo zabliźniona” przejawia się w pana twórczości?

– Mam ją bardziej niż „każdy”, bo – jak powiedział Jan Karski – dla Żydów Holokaust jest zawsze otwartą raną.

– W eseju My, Żydzi z Dobrego wspomina pan o śnie, w którym zmarli zarzucają panu, że nie jest pan dobrym Żydem. Kto według pana jest dobrym Żydem?

– Ten, kto pozostaje wierny żydowskiej tradycji, pielęgnuje ją i przedłuża. Wbrew i na przekór nieprzyjaznym okolicznościom, bo żydowska tradycja jest bezcennym zabytkiem i skarbem. Można się spierać o odcienie i aspekty religijne czy świeckie, lecz powinna być żydowska. Ja wywiązuję się z tego tylko częściowo. Przez mój polski język i dwu-, a nawet trójkulturowość żyję na pograniczu i przypominam raczej tłumacza żydowskiej kultury niż jej twórcę. Prócz tego podstawowym obowiązkiem Żyda jest żydowska rodzina, a ja przez swoje pasje i obowiązki pisarskie to zaniedbałem.

– Dzieci Holokaustu przenosiły się z miejsca na miejsce. W oderwaniu od rodziców, często na zawsze, traciły bezpowrotnie ich miłość i wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Jak te doświadczenia wpłynęły na pana?

– Ja na szczęście byłem prawie cały czas z ojcem lub z matką i o tyle moje przeżycia były mniej traumatyczne. Zostałem jednak jak inni pozbawiony domu, który jest podstawą kultury i cywilizacji. Przez pół roku w kryjówkach – a miałem wtedy sześć lat – niczego się nie uczyłem, była to zupełna przerwa w moim rozwoju. Żydowskie wartości straciłem, zanim je naprawdę poznałem, a chrześcijańskie, które ledwo poznałem, musiałem porzucić. Wpajano mi ideologię komunistyczną, która kilka lat później, u progu mojej dojrzałości, zupełnie się skompromitowała. Sam musiałem uczyć się humanizmu i po ucieczce do Ameryki znalazłem wreszcie grunt pod nogami. Który teraz, na starość, znów tracę, widząc barbarzyństwo, szerzące się jak plaga w coraz ciaśniejszym globalnym świecie, wywracające ludzkie wartości. A najbardziej przerażający jest w tym barbarzyństwie nawrót antysemityzmu. I to w najbardziej cywilizowanych krajach Europy, która dobrze wie, z czego się wziął Holokaust. Nie spodziewałem się, że tego dożyję. A przepowiadał to już ćwierć wieku temu Bogdan Wojdowski, starszy ode mnie o sześć lat i przez to bardziej doświadczony. W Liście otwartym do pisarzy pokolenia Shoah z 4 listopada 1989 roku (patrz „Masada”, jesień 1991) pisał o „krzykliwych i barbarzyńskich hasłach ekstremizmu antysemickiego, [które] same się demaskują w świetle jupiterów, kamer TV i na szpaltach prasy”, oraz groźniejszej, bo „finezyjnej i podstępnej kazuistyce […] na uniwersytetach, w kulturze, w wyższych kołach polityki […]”. Czyli o zdradzie elit, która dziś jest dla wszystkich oczywista. Nie jest to nowość, bo podobnie było w latach trzydziestych – choć bez pretekstu jak Izrael i „okupacja”. Tradycja tej zdrady sięga roku 1819, gdy profesorowie i studenci niemal całej cywilizowanej Europy żądali cofnięcia wprowadzonej przez Napoleona emancypacji Żydów. O czym taki uniwersytet świadczy? Jak świadczy on o człowieku? I jak wobec tego być humanistą? Wojdowski widział i słyszał więcej, niż mógł wytrzymać, zwłaszcza na starość, gdy się traci odporność. Jego list otwarty okazał się jego testamentem. Pisałem o tym w eseju Pokolenie Szoa (Prawda nieartystyczna, Wołowiec 2002).

– Czy w dzisiejszym świecie można być Żydem bez odniesienia do Holokaustu? I czy będzie to kiedykolwiek możliwe?

– Nie i nie. Holokaust jest najbardziej pouczającym doświadczeniem dla Żydów i całej cywilizacji. Bardziej niż wyjście z Egiptu i przymierze z prawem. Tablice potłuczono, a Boga nie widać – ani żydowskiego, ani chrześcijańskiego, ani żadnego innego.

– Co według pana powinno być głównym zadaniem pisarza żydowskiego, który przeżył Holokaust?

– Opowiadać, bo „im więcej się o tym opowiada, tym lepiej” – jak nakazuje tradycja paschalna.

– Z czym się panu kojarzy słowo „dom”?

– Z matką. Wszędzie, gdzie ją odwiedzałem – w Izraelu, a potem w Kalifornii – czułem się, jakbym wracał do domu. Nawet gdy już byłem żonaty. Także podczas owych czterech lat w domu dziecka. W sobotę po szkole, która znajdowała się w Łodzi, szedłem do matki. Dostawałem obiad domowy, a nie z kotła, i zostawałem na noc. W niedzielę szliśmy na spacer lub na poranek w sali teatralnej, gdzie występowali żydowscy mówcy i śpiewacy. Po obiedzie grałem z ojczymem w szachy i było mi dobrze aż do tej szarej godziny, gdy trzeba było wyjść i odjechać podmiejskim tramwajem. Nic nie mówiłem, ale matka widziała mój smutek, a ja jej, bo myśmy się dobrze znali z czasu okupacji, gdy po jej spojrzeniu wiedziałem, co robić, a czego nie, a ona po moim, że rozumiem. W domu dziecka nie było mi źle, miałem paru kolegów do wszystkiego i nie czułem się samotny, ale przyjemnie było mi tylko u matki. Wiedziałem, że dom dziecka był dla mojego dobra i zdrowia i że był wielką ulgą dla niej, gdy ojczyma na dwa lata zamknęli, więc nigdy nie miałem żalu, że mnie oddała. Mam tylko żal do losu, że nie przeżyliśmy tych lat razem. Wróciłem, gdy wyrosłem z domu dziecka, a ojczyma wypuścili, ale zaraz po maturze wyjechałem na studia i znów dom miałem tylko od święta. A wkrótce potem wyjechali beze mnie. To była moja decyzja, bo chciałem skończyć uniwersytet, a wiedziałem, że nie mogą czekać, ale gdy odjeżdżali, czułem to samo, co w tamte szare niedzielne godziny, gdy wracałem do domu dziecka. Wyrywałem się do niej do Izraela i do Kalifornii tak jak do domu. W 1967 roku uciekłem z Polski z przyjemnością, bo do niej, i od razu, choć w obcym kraju, poczułem się jak w domu. Niestety, po paru krótkich latach wyniosło mnie na drugi kraniec kontynentu. „Znów będziesz tak daleko” – powiedziała ze smutkiem, dodając zaraz, że wie, że to dla mojej przyszłości (nie lubię tego słowa). Jeszcze trzy razy zdążyłem być u niej, a ona trzy razy u mnie. Gdy przyjeżdżała, mój dom stawał się naprawdę moim domem. Gdy odeszła na zawsze, kupiłem ten dom, w którym mieszkam już ponad trzydzieści lat. Kupiłem go za pieniądze, które mi zostawiła, i czuję się w nim jak gdyby u niej – i z własnej woli go nie opuszczę. „Narysowałem” go wierszem jak tamto najwcześniejsze wspomnienie.

Z samotności sklepiony i ciszy

płynie przez noce i dni

pod niebotycznymi dębami

które zwą tu drapaczami chmur

otwiera życzliwie ramiona

gdy udaje mi się wrócić z podróży

i osłania mnie od zimnych spojrzeń

hello home I love you mówię

gdy mnie jak matka kołysze

do wiecznego snu

pod wysokimi dębami

po których jeszcze się wspina

dzikie wino indiańskich dusz

(Amerykański dom [w:] Pomnik nad Potomakiem,

Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn 1989)

McLean, 20 VIII 2014

Zamaskowany islamski skurwysyn na oczach całego świata odciął nożem głowę bezbronnemu Amerykaninowi. Ja wiem, że nie wszyscy muzułmanie są skurwysynami, ale jakoś wszystkie takie syny są muzułmanami. Najwidoczniej religia im na to pozwala i niektórzy nawet dlatego przechodzą na islam. Wyrozumialcy tłumaczą, że ci ludobójcy wykorzystują i wypaczają islam. Dlaczego akurat islam? Czyż nie poznaje się drzewa po jego owocach? Takie biblijne pytanie.

McLean, 21 VIII 2014

BBC podaje, że Izraelczycy trafili trzech dowódców Hamasu, ale pokazuje rozpaczającą Arabkę, nie wiadomo, czy to krewna któregoś z nich, czy z całkiem innego zdarzenia, lecz jest obrazem rzekomej krzywdy, wymowniejszym od tysiąca ustnych kłamstw.

McLean, 22 VIII 2014

Nawet „Washington Post”, który popierał Obamę na prezydenta, przyznaje, że lekkomyślnie wycofał on wojsko z Iraku i wbrew doradcom chce powtórzyć ten błąd w Afganistanie, zastępując siłę militarną umoralniającymi kazaniami. Drugi artykuł redakcyjny na tej samej stronicy ostrzega, że kompromis w sprawie Ukrainy, do którego zdaje się zmierzać prezydent, byłby ustępstwem wobec oczywistej agresji i zachętą do dalszych takich poczynań. Trzeci, tuż pod powyższymi, zarzuca administracji Obamy, że ogranicza wolność prasy przez szykany prawne wobec dziennikarzy, którzy nie chcą wskazać źródeł informacji niewygodnych dla Białego Domu, a wszystko to przy zapewnieniach prezydenta, że „dziennikarze nie powinni ponosić ryzyka prawnego z powodu wykonywanej pracy”. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że jeszcze nigdy tak nie szykanowano w Ameryce dziennikarzy jak za Obamy (któremu notabene ogromna ich większość w pocie czoła pomagała wygrać obie elekcje). Na sąsiedniej stronicy, gdzie publikuje się opinie niezależnych komentatorów, Michael Gerson pisze, że Obama nie tylko „przewodzi od tyłu”, ale jest „ciągnięty od tyłu” (dragged from behind). Dowodem tego jest jego spóźniona reakcja na zbrodnie islamistów w Iraku i Syrii. Komentator podkreśla, że jego doktryna nieinterwencji (rezygnacja z przywódczej roli Ameryki) wytwarza próżnię, którą wykorzystują ciemne siły. Na tejże stronicy stały piątkowy kolumnista Charles Krauthammer krytykuje „powściągliwość” prezydenta, przypominając jego lapidarną wypowiedź o dekapitacji amerykańskiego reportera Jamesa Foleya przez islamistów i pośpieszny powrót helikopterem do przerwanej partyjki golfa.

McLean, 24 VIII 2014

„Grupa znanych pisarzy i działaczy kulturalnych oświadczyła, że występuje z komunistycznego Światowego Związku Kultury Jidyszowskiej (Alweltlecher Jidyszer Kultur Farband) z powodu paktu, który Związek Sowiecki zawarł z nazistowskimi Niemcami. Według doniesień wystąpił także redaktor naczelny [komunistycznej] gazety »Morgn Frajhajt«. Nowy redaktor ze łzami w oczach prosił, żeby zostali, ale bez skutku”. Przypomina o tym lewicowy żydowski „Forward” w rubryce 75 lat temu.

W tymże numerze notatka: „Leonard (Leibel) Fein skończył 1 lipca osiemdziesiąt lat, ale wiek i schorzenia nie powstrzymywały go od pisania cotygodniowej kolumny. Ostatnią nadesłał 11 bm. Dwa dni później był na »ożywionej« kolacji (spirited dinner party) z przyjaciółmi. […] Wrócił późno do domu, a nad ranem już nie żył”. Pod notatką jest jego ostatnio nadesłany artykuł. Był zaledwie dwa lata starszy ode mnie. Mnie też nic nie powstrzymuje od pisania. I też mi już takie kolacje nie służą.

McLean, 25 VIII 2014

Dopiero dzisiaj się dowiaduję, że wbrew moim wróżbom Godot i jego cień Antoniego Libery nie został nawet nominowany do Nike, a dawno nie czytałem polskiej książki na tak wysokim poziomie. Jeszcze jedno świadectwo, jakie sobie wystawiają jurorzy.

McLean, 27 VIII 2014

Kolejna przerwa w arabsko-żydowskiej wojnie stuletniej, ale nie w mediach. Russia Today napuściła wczoraj jakiegoś „żurnalistę i autora” (journalist and author) o żydowskim nazwisku na starego prezesa amerykańskich syjonistów, bo szczucie Żyda na Żyda to wyjątkowa przyjemność. Staremu brakowało tchu, bo przejmował się nagonką na Izrael, a „żurnalista” – zimny drań w sile wieku – niczym się nie przejmując, ostrzeliwał go seriami kłamstw w żywe oczy. Dzisiaj zaś tak samo na zimno kłamał Arab z Ammanu w programie France 24, a Izraela bezskutecznie próbował bronić rzecznik francuskich gmin żydowskich o polskim nazwisku Markowicz. Pojedynek odbywał się w języku angielskim, którym jordański Arab władał jak macierzystym, a polsko-francuski Żyd z dużym trudem. W dodatku Arabowi sekundowała francuska Żydówka i oboje krzyczeli na Markowicza, że dwa tysiące zabitych, w tym kobiety i dzieci, więc jak mu nie wstyd, a Żydówka do tego, że to sprzeczne z żydowską etyką. Nie pozwolili mu nawet odliczyć od ofiar cywilnych tysiąca zbrojnych hamasowców, a gdy wspomniał o tysiącach rakiet wystrzelonych na Izrael, Żydówka się oburzyła, że nikt od tych rakiet nie zginął. Bo to skandal, żeby Żydzi nie ginęli i sprzeczne z żydowską tradycją i „etyką”, po prostu wstyd! Podziwiałem tego Markowicza, który siedział potulnie jak tradycyjny europejski Żyd. Besztali go, a on nic, żeby nie narazić gminy na gorsze. Zachował miarowy oddech, nie okazywał zdenerwowania, nie podnosił głosu, nawet się nie obrażał – typowy Żyd diasporowy. Prawnik z zawodu, próbował chłodno i rzeczowo argumentować, ale jego angielszczyzna była za powolna, zwłaszcza że tamtych było dwoje, a arabskim łgarzom ani pomylonym Żydówkom nigdy nie brakuje słów.

McLean, 28 VIII 2014

YouTube z odosobnionym głosem profesora Bogusława Wolniewicza „w sprawie Izraela”, czyli szczucia przeciw Izraelowi, „jak to wciąż czynią polskie radio publiczne i telewizja, czyli rząd…”. Oraz prasa. Profesor przytacza z jakiegoś tygodnika oszczerstwa, jak „nazistowskie zbrodnie Żydów”, „żydonazistowskie zbrodnie wojenne”, „zbrodnie wojenne dokonywane przez Żydów” – otwarty antysemityzm, nawet bez antysyjonistycznych pozorów z czasów Polski Marcowej. Jeszcze bardziej zatrważający jest poziom umysłowy internautów, którzy zakrzykują starego profesora. Jest to ciężka patologia z wyraźnymi skutkami zakażenia medialnego. I zaledwie kilka głosów rozsądku na sto sześćdziesiąt bredni. Profesor mówi powoli i rozważnie jak niegdyś stary Jan Karski. Nawet tembr głosu ma podobny. Jakby Karski przemawiał zza grobu, gdzie przez antysemitów nie zaznaje spokoju.

To nie tylko prymitywy i oszołomy. W programie kulturalnym polskiej telewizji publicznej jakaś znana aktorka – nieznanych się do takich programów nie zaprasza – użyła neologizmu „pożydził”. Co zrobił? – zdziwił się jeden z rozmówców. Pożydził – powtórzyła – poskąpił pieniędzy. Mniejsza o to, że Żydzi należą do najhojniejszych darczyńców, zwłaszcza w dziedzinie kultury i sztuki, istotne jest podłoże tego słowotwórstwa. Ach, głupota – zlekceważył sprawę pewien polski profesor, któremu to zacytowałem. Nie głupota, lecz chamstwo – odpowiedziałem – a to wielka różnica, bo artystka występująca przed kamerami wie, że z tamtej strony patrzy i słucha ktoś, kto jest Żydem. I głupotę się wybacza, a chamstwa nie. Zwłaszcza w kulturze i sztuce.

McLean, 29 VIII 2014

W Ostatnim rozdaniu Myśliwskiego jest wzmianka, że w miasteczku, gdzie toczy się akcja opowieści, żył kiedyś Chaim Mucha, u którego jeden z protagonistów uczył się szewstwa (s. 123), oraz Samuel Zyskin, który „mądry był Żyd” i „coś przeczuwał”, więc w 1938 roku sprzedał tartak, fabrykę mebli i dom i wyjechał do Palestyny (s. 318). Dziwiono się, że wyjeżdża, bo Niemcy, „taki kulturalny naród, jak tu nawet przyjdzie, miałby mordować?”. I to wszystko, jeśli nie liczyć nienazwanej, aluzyjnej Żydówki, która „miała coś z południowej urody, czarne włosy, czarne oczy, śniadą cerę, wąski, lekko przygarbiony nos” i „była łagodna, nieśmiała, jakby kryjąca się w sobie przed światem” (s. 234). Co nie znaczy, że autor unika historii, jak to teraz podobno modne. Przeciwnie, martyrologii narodowej w jego opowieści wcale nie brak. „Kokot jako zakładnik został rozstrzelany” (s. 185). Czeladnik Stanisław został ranny i okaleczony w partyzantce (tamże). Ciotka aktorka zginęła w powstaniu. Brat poszedł na ochotnika na wojnę i zginął (s. 252). Jest mąż, którego „zamęczono w obozie”, mały chłopiec, który uciekł z domu, żeby wziąć udział w powstaniu, a później „nie chciał się uczyć, tylko po ruinach się włóczył” (s. 259–260). Jest także „zdjęcie z czasów wojny”, a na nim „rząd powieszonych mężczyzn” (s. 369).

Jest epizod o zwożeniu do krematorium trupów nagich kobiet (s. 385–390), które musiały być w ogromnej większości Żydówkami, bo innych tak masowo nie mordowano, ale tutaj są abstrakcyjne, gdyż rozważa się uniwersalne kwestie życia, śmierci, miłości i sztuki z konkluzją, że te „akty namalowała wojna. A wojnie nikt nie dorówna” (s. 416) i dopowiedzią: „Siedzisz przed telewizorem, to musiałaś widzieć, powtarzają to nieraz, jak spychacz zwala do dołu stertę martwych aktów” (s. 417). Wdziałem ten dokument filmowy i przytoczyłem trzydzieści lat temu w konkluzji eseju Ludzie Żydom zgotowali ten los (patrz Prawda nieartystyczna), dowodząc – jak widać bez skutku – że nie wojna wykonała te „akty”, ale Holokaust, któremu „nikt nie dorówna”.

McLean, 30 VIII 2014

Josh Tebeau się jednak odezwał i przybędzie z kamerą. Dobrze, bo może utrwali na filmie trochę mojego domu i zieloną gąszcz (gramatyka zamierzona), którą dzielę z miejscową zwierzyną, a raczej ona ze mną.

McLean, 1 IX 2014

Ma zaledwie siedemnaście lat. Powiedziałem mu dosłownie to, co dwa tygodnie temu napisałem w pamiętniku, i spytałem, po co mu do tej rozmowy kamera. Odpowiedział, że dużo mówi wyraz twarzy i gest. Również specjaliści twierdzą, że trudne uczucia, niemożliwe do wyrażenia słowami przekazuje się pozawerbalnie i że w ogóle większość naszej żywej mowy to body language, czyli właśnie wyraz twarzy, gest, ton. Pisałem o tym w Ciągu dalszym (rozdz. Milczenie). Może czytał. W każdym razie to bardzo po­cieszające, że tak młody człowiek zabrał się do takiego tematu i już tyle wie.

Zrobił parę krótkich ujęć drzew i gąszczy, które mu wskazałem, ale bez szczególnego zainteresowania.

McLean, 5 IX 2014

Słonecznie, duszno, upał od rana, lato na koniec każe płacić za wszystkie swoje łagodne dni. O wpół do jedenastej rudy lis w czarne ciapki przemknął wzdłuż niskich bambusów i zniknął w gąszczu wysokich. Dobra nowina, bo już się bałem, że go nie ma.

Nasz prezydent coraz wolniej duka, gdy nie ma ­telepromptera. Na początku jego kadencji myślałem, że jest słabym aktorem, który nie wytrzyma tak długiej roli. Później doszedłem do wnios­ku, że się pomyliłem, bo całkiem nieźle się bawił na scenie. Teraz zdaje mi się, że jednak miałem rację. Myślał, że w naszej wizualnej epoce wystarczy imitować: trochę Roosevelta, trochę Kennedy’ego czy Kinga, lecz okazuje się, że trzeba jednak kimś naprawdę być i mieć the right stuff. Wygląda jak narcyz w roli ponad swoje siły albo schizofrenik nieświadomy rzeczywistego stanu rzeczy. Charles Krauthammer, z wykształcenia psychiatra, diagnozuje jego stan jako delusional, a jego politykę wobec Ukrainy jako „ucieleśnienie dwuznaczności” (patrz dzisiejszy „Washington Post”).

Natomiast nie mam wątpliwości, kim jest Putin. Kagebistą, który trzyma pod kluczem wszystkie teczki Rosji sowieckiej. I nie ujawnia! Dlatego tak kocha go osiemdziesiąt procent poddanych. Bo kto tam się ostał po siedemdziesięciu latach negatywnej selekcji i kastracji? Podziwu godna drobna mniejszość, która cudem się uchowała, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę.

McLean, 6 IX 2014

Parny upał, gorszy niż wczoraj. Po dziesiątej z niskich bambusów wynurza się jedna złocista, a za nią druga. Po chwili jedno malutkie, a za nim drugie już prawie bez kropek. Cieszę się, że są oba. Za dużo aut na podjeździe sąsiadów, więc się nie zatrzymują i w tej samej kolejności co przyszły, znikają za węgłem od strony angielskiej sąsiadki.

McLean, 7 IX 2014

W czasie pierwszej wojny światowej obie strony zalecały się do Żydów, których Rosja trzymała w otwartym getcie zwanym strefą osiedlenia (czerta osiedłosti). Nowojorski „Forward” w rubryce 100 lat temu przytacza doniesienia prasowe z Petersburga, że rząd carski „nie jest przeciwny nadaniu Żydom pełnych praw na równi z innymi obywatelami”. Wprawdzie nic konkretnego nie ogłoszono, ale „coś w tym może być”, skoro cenzura przepuszcza takie korespondencje – spekulowała ówczesna żydowska prasa, dodając, że „rząd austriacki radzi Żydom nie wierzyć w emancypację pod władzą carską i przyrzeka im pełne prawa w strefie osiedlenia pod panowaniem Austrii”.

Pół miliona Żydów służyło w armii rosyjskiej, trzysta tysięcy w austriackiej, sto tysięcy w niemieckiej, pięćdziesiąt tysięcy w brytyjskiej, we francuskiej Żydów nie liczono. W każdym razie była to najbardziej bratobójcza wojna w długiej historii Żydów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pamiętnik 3 Pamiętnik 2 Monolog polsko żydowski Żydowska wojna. Zwycięstwo Dzieci Syjonu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej