„Czekiszczak” Biografia gen. broni Czesława Kiszczaka DODRUK

„Czekiszczak” Biografia gen. broni Czesława Kiszczaka DODRUK

Autorzy: Lech Kowalski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.30 zł

Biografia Kiszczaka to historia PRL w pigułce, ze zbrodniami, skrytobójczymi mordami, torturami, walkami bratobójczymi, pałowaniem, aresztami, więzieniami i innymi bezeceństwami, w tle, z udziałem bohatera niniejszej książki.

Generał Czesław Kiszczak to typowe dziecię enkawudowsko-ubeckie, wyrosłe na piersi czołowych zbrodniarzy z sowieckich służb specjalnych, których przysłano do powojennej Polski, by wespół z rodzimą bezpieką cywilną i wojskową oraz pepeerowskimi komunistami współtworzyli świat pełen iluzji ideologicznych i zakłamania bolszewickiego. „Cyngiel”, „najgroźniejszy egzekutor generała Jaruzelskiego”, jak określili go generałowie wojska ludowego, z którymi rozpocząłem rozmowy na początku lat 90. minionego wieku. Przyznaję, że uczyniłem to za wcześnie, Czesław Kiszczak jeszcze wówczas wiele znaczył, wielu z nich obawiało się, co może przynieść jutro, gdy za dużo powiedzą. Porozumienie okrągłostołowe – po obaleniu socjalizmu – gwarantowało mu przez dziesiątki lat bezkarność. Ścigany przez sądy, permanentnie wymykał im się z rąk, symulując chorobę, starczą niepoczytalność, unikając w ten sposób kary i odpowiedzialności W końcu Sąd Apelacyjny w Warszawie skazał go na dwa lata więzienia w zawieszeniu, w związku z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce przez związek przestępczy o charakterze zbrojnym. To wyrok historyczny, a werdykt symboliczny.

Lech Kowalski

Lech Kowalski

Czekiszczak. Biografia gen. broni Czesława Kiszczaka

ISBN

Copyright © Lech Kowalski, 2015

All rights reserved

Redakcja

Justyna Kobus, Marta Stołowska

Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman

Fotografia na okładce

Andrzej Stawinski/REPORTER

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

ROZDZIAŁ I Z rodzinnego gniazda w nieznane 1. Luki w życiorysie

2. Poprawki do epopei wojennej

3. W kuźni kadr komunistycznych

4. Oficer bezpieki wojskowej

ROZDZIAŁ II W sowieckim bastionie zbrodni 1. Główny Zarząd Informacji WP

2. Terminator w Oddziale II GZI

3. Komuniści versus rząd Jej Królewskiej Mości

4. Powrót do sowieckiej zony

5. Szef dywizyjnej bezpieki wojskowej

ROZDZIAŁ III Rejterada z Informacji Wojskowej 1. Po drodze był Rembertów

2. Nie matura, lecz chęć szczera…

3. Mąż, czyli pan i władca

ROZDZIAŁ IV Na służbie w nowo-starej bezpiece 1. GZI przemianowane na WSW, czyli zmiana szyldu

2. Szef bezpieki wojskowej Marynarki Wojennej

3. Z Wybrzeża na Śląsk

4. Zastępca szefa WSW

ROZDZIAŁ V Najmita do zadań specjalnych 1. Na czele postsowieckiego wywiadu wojskowego

2. Szef Wojskowej Służby Wewnętrznej

3. Na czele resortu zbrodni

4. Wojna z narodem widziana od środka

5. Państwo garnizonowe

6. Oprawcy zza resortowych biurek

Rozdział VI Na straży dyktatury proletariatu 1. Resortowa pierestrojka

2. Zamęt w centrali na Rakowieckiej

3. Stan wyjątkowy a Okrągły Stół

4. Nie obrażać „Królowej”

5. Dekompozycja republiki MSW

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wstęp

„Kim ty jesteś teraz?” To pytanie zadała Kiszczakowi żona w swojej książce o małżonku pt. Twórca zmian. Mniejsza o odpowiedź, bo ta została wykreowana na potrzeby chwili i z prawdą niewiele ma wspólnego. Przywołuję ją dlatego, że pisząc tę biografię, próbowałem dla odmiany odpowiedzieć na pytanie: Kim był Czesław Kiszczak przez cały okres trwania ­PRL-u? Czym zasłużył na dożywotnie ściganie przez sądy, którym permanentnie wymykał się z rąk, symulując chorobę, starczą niepoczytalność, unikając w ten sposób kary i odpowiedzialności?

Nie był w tym osamotniony: zaświadczenia lekarskie o problemach psychologicznych, a jeszcze częściej kardiologicznych, to dla oskarżonych o zbrodnie komunistyczne niemal gwarancja bezkarności. Jego pobratymcy z ubecji wojskowej i cywilnej, jak również z milicji, prokuratury i sądownictwa, postępowali w identyczny sposób. Sądy III RP to kupowały i umywały ręce. W końcu jednak sprawiedliwości stało się zadość — przynajmniej częściowo — i Kiszczak „za udział w związku przestępczym o charakterze zbrojnym, który przygotowywał stan wojenny”, został skazany prawomocnym wyrokiem sądowym na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Mimo że po raz kolejny zastosował stary manewr i na okres rozprawy skrył się w szpitalu MSW. W czerwcu 2015 r. sąd nie dał się już na to nabrać i pod nieobecność pozwanego orzekł prawomocny wyrok1.

Nietrudno było zauważyć, że stan zdrowia Kiszczaka już od lat był uzależniony od wyników kolejnych procesów sądowych. Gdy generał został skazany, zdrowie gwałtownie się pogarszało, kiedy uniewinniony, następowała tak widoczna poprawa, że nawet zapraszał przedstawicieli prasy na kieliszek czegoś mocniejszego. Generałowi, w dodatku trzygwiazdkowemu (nawet peerelowskiemu), nie przystoi takie zachowanie.

Pracując nad biografią gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego (Generał ze skazą, wyd. 1, Warszawa 2001 i Jaruzelski. Generał ze skazą, wyd. 2, Poznań 2012), wielokrotnie zastanawiałem się, jak to się stało, że gen. Czesław Kiszczak, postać silna i wyrazista, tak spolegliwie podporządkował się zniewieściałemu gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, bez szemrania wypełniając jego polecenia, w tym te najpodlejsze, a nawet uwłaczające godności. A takich nie brakowało, zwłaszcza w dekadzie lat 80. ubiegłego wieku. W kolejnych rozdziałach szerzej o nich opowiem. Najbardziej lapidarnie tę współzależność ujął były wiceszef MSW gen. Juliusz Hibner w rozmowie z autorem, stwierdzając: „To był najgroźniejszy egzekutor generała Jaruzelskiego”. W światku przestępczym o takich mówi się: cyngiel, pistolet, a nawet żołnierz, bo chodzi o specjalistów od mokrej roboty. Dopóki Jaruzelski sobie tego nie życzył, Kiszczak nie aspirował też do rangi polityka. Nie miał zresztą do tego kwalifikacji — dwa falstarty w jednym roku do stanowiska premiera i prezydenta tylko to potwierdzają. Był wręcz modelowym „siłownikiem” — siłą przed prawem torował sobie drogę w karierze na szczyty komunistycznego establishmentu. Dlatego podejrzewam, że gdyby obaj znaleźli się na bezludnej wyspie, gdzie przetrwanie zależałoby jedynie od wrodzonych umiejętności i od kaprysów natury, to Czesław byłby Robinsonem Crusoe, a Wojciech jedynie Piętaszkiem. W realiach ­PRL-u, gdzie w grę wchodziły decyzje Kremla, Kiszczak ustępował pokornie pola Jaruzelskiemu. Choć zwłaszcza w latach 80. były takie momenty, że gdyby tylko chciał, mógłby go wysadzić z siodła. I to z dziecinną łatwością. A jednak tego nie zrobił.

Kiszczakowi brakowało przede wszystkim wschodniego kombatanctwa. Gdyby nadciągnął do Polski w szeregach — powiedzmy — absolwentów Aleksandryjskiej Szkoły NKWD w 1944 r., miałby szansę w przyszłości na podjęcie równorzędnej walki o władzę z Wojciechem Jaruzelskim, TW „Wolskim” — informatorem sowieckiej Informacji Wojskowej. Wspomniany TW legitymował się takim „kombatanctwem”: były oficer stalinowskich formacji zbrojnych utworzonych w Związku Sowieckim pod dowództwem gen.-lejtnanta Zygmunta Berlinga. I to procentowało przez cały okres służby w strukturach partyjno-mundurowych ­PRL-u. Kiszczak miał tego świadomość.

Młody Czesław, tuż po zawierusze wojennej, wrócił do Polski z Zachodu — najgorszego wówczas kierunku do zrobienia kariery w komunistycznej Polsce, z mocno naciąganym życiorysem komunistycznym, naiwnym i wydumanym. Stąd już na starcie nie miał większych szans na rywalizację z przyszłym pupilem Moskwy. Niemniej trafili na siebie, co dla Polski okazało się brzemienne w skutkach.

Podczas gromadzenia materiału do biografii Jaruzelskiego, już po kwerendach archiwalnych, od razu spostrzegłem, że mam do czynienia z prymusem, który zawsze chce być najlepszy, a jednocześnie z osobą urokliwie niebezpieczną. Kadra zawodowa podśmiewała się z niego po kątach, co nie przeszkodziło mu w zniewoleniu własnego narodu. Natomiast podczas zbierania materiałów do biografii Kiszczaka pierwsze wrażenie było inne. Miałem przed sobą osobnika na wskroś męskiego, zdecydowanego, twardego, korzystającego z uciech życia, doceniającego smak dobrego alkoholu, niełatwego w codziennym współżyciu, zwłaszcza w rodzinie. Kiedy jednak zakończyłem zmagania archiwalne, zdałem sobie sprawę, że Kiszczak to osobnik o kilku przynajmniej twarzach, przywdziewający kompletnie różne maski, zależnie od okoliczności. Człowiek wręcz nieobliczalny przy podejmowaniu decyzji, co można było prześledzić, gdy zacierał ślady mordu dokonanego na Grzegorzu Przemyku przez podleg­łych mu siepaczy.

Niewątpliwie służba w organach sowieckiej Informacji Wojskowej pokiereszowała mu osobowość i psychikę. Był zbyt młody, kiedy tam trafił. Wśród wielu sadystów z NKWD i „Smiersza” nie miał szans na postrzeganie świata inaczej niż oni. Według prof. Andrzeja Paczkowskiego ppłk Józef Światło (vel Izaak Fleischfarb) — modelowy wręcz ubek i komunistyczny sadysta — miał trzy twarze, maski, które zmieniał. Czesław Kiszczak miał ich znacznie więcej. To naprawdę niebezpieczny i bezwzględny osobnik, przewrotny, oschły, zepsuty do szpiku kości. Niektórych przeraża po dziś dzień. Jednemu z moich licznych generalskich rozmówców jeszcze w latach 90. na dźwięk jego nazwiska drżały ręce. Wciąż mam go przed oczami i nigdy nie zapomnę tamtej rozmowy. Piliśmy kawę u niego w domu, zagryzając pysznym makowcem, gdy nagle padło nazwisko „Kiszczak” i starszemu panu zaczęły gwałtownie drżeć ręce i cały bezwiednie obsypał się okruchami. Patrzyłem z niedowierzaniem, ale przecież nie był wyjątkiem. Poznałem bardzo wielu ludzi, którzy nigdy nie pozbyli się traumy i strachu przed Kiszczakiem, więc to rozumiem. Mógłbym opisać dziesiątki życiorysów złamanych decyzjami byłego szefa MSW, ale większość moich rozmówców nie życzyła sobie, bym powoływał się na nich w książce. Musiałem obiecać, że ta biografia w żaden sposób nie naprowadzi Kiszczaka i jego świty na ich trop. Choć to rozumiem, żałuję ogromnie, gdyż biografia poparta ich wypowiedziami zyskałaby na wymowie. Szkopuł w tym, że większość moich rozmówców nadal mieszka w enklawach resortowych, czyli osiedlach wojskowo-esbecko-milicyjnych, gdzie kalających własne (czytaj: resortowe) gniazdo traktuje się niczym trędowatych. Agresywny ostracyzm to coś, co dotyka wszystkich wyłamujących się ze zmowy milczenia. Ale w końcu przecież przyjdzie czas, że świadkowie wydarzeń zaczną się dzielić wiedzą z przeszłości. To jest nieuniknione i głęboko w to wierzę. Problem w tym, że jak dotąd o Kiszczaku nie chcą mówić nigdzie. Nawet w jego rodzinnych Roczynach, w Beskidach, mieszkańcy też nie chcą, by kojarzono ich miejscowość z osobą Kiszczaka. Biograf w wypadku budzącego tak niedobre uczucia bohatera stoi przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Aż chciałoby się zakrzyknąć: „Znikąd pomocy!”.

Wojciech i Czesław, gdy tylko się wzajemnie odnaleźli, szybko przypadli sobie do gustu. Obaj należeli do gatunku trafnie ochrzczonego jako „homo sovieticus”. Wyszkoleni i zaakceptowani przez Sowietów, otrzymali glejt do sprawowania władzy nad innymi w imieniu Kremla. Żaden z nich z pewnością nie byłby komunistą, gdyby po wojnie odrodziła się Polska przedwrześniowa. Daleko im było do zawodowych rewolucjonistów i etatowych bolszewików gotowych iść za swe przekonania do więzienia, funkcjonować poza nawiasem społeczeństwa. Wiem to, bo dobrze tę parę poznałem. Rzucili się w objęcia sowieckich okupantów, bo to ustawiało ich w życiu już za młodu, dawało komfort władzy, stabilizację i widoki na przyszłość. Przejawiali wręcz zwierzęcy instynkt w maniakalnym i bezwzględnym parciu do celu. Od początku — jak mawiał Bonaparte — trzymali z silniejszymi batalionami. Nie znam przypadku, by któryś z nich ujął się za słabszym, gdyby to miało zaważyć na jego karierze i dalszym losie.

Kiszczak nie był odosobnionym przypadkiem. Pragnę pokazać w tej biografii, jak zmierzał na bolszewicki szczyt, jak taranował przeciwników, często anonimowych „wrogów ludu”, jak eliminował tych wszystkich, którzy stanęli mu na drodze i nie podzielali jego przekonań. Czy miewał przebłyski szaleństwa, zwątpienia, w tej drodze na skróty w demontowaniu Polski przedwojennej i instalowaniu jednego z najbardziej zbrodniczych systemów na świecie? Po odpowiedź odsyłam do niniejszej biografii. I choć zszedł ze sceny dziejowej wraz z PRL-em, przeszedł do historii. Wart jest biografii. Sęk w tym, by w pamięci potomnych nie ostał się na warunkach określonych przez siebie. A próbował tego dokonać, w czym dzielnie wspierała go małżonka Maria Teresa Korzonkiewicz-Kiszczak, autorka biograficznych, rodzinnych opowieści. Podobnie czynił Wojciech Jaruzelski, któremu oprócz biografii poświęciłem dokument telewizyjny Towarzysz generał.

Kiedy zbliżał się okres rozliczeń epoki peerelowskiej, Czesław rzutem na taśmę uprzedził Wojciecha i w 1991 r. opublikował wspomnienia pt. Generał Kiszczak mówi… prawie wszystko…, które są niczym innym, jak próbą tłumaczenia się z przestępczej przeszłości, spisaną przez dwóch krakowskich dziennikarzy, Witolda Beresia i Jerzego Skoczylasa. W archiwum IPN można znaleźć maszynopisy tego wywiadu, który powstawał z czynnym udziałem rzeszy pomocników. Część odpowiedzi Kiszczaka zamieszczonych w tej książce wydaje się być nawet nie jego autorstwa. Nie są skrojone na miarę jego intelektu, wyraźnie go przerastają. Były szef MSW — potem chwilowy premier i kandydat na prezydenta — pozostaje bowiem absolwentem szkoły podstawowej. Nie ma prawa przypisywać sobie wykształcenia średniego, choć próbował to robić. Nie jest też porywającym mówcą. W archiwum IPN natrafiłem również na konspekt książki pod tytułem: To, co można powiedzieć. Kiedy porównywałem wypowiedzi Kiszczaka z książki Generał Kiszczak mówi… ze wspomnianym konspektem, świetnie się bawiłem. Trudno się domyślić, co tu było prawdą albo która „prawda” miała wcześniej ujrzeć światło dzienne.

Niecały rok później, kiedy tow. Wojciech Jaruzelski przestał być prezydentem, podążył śladem Czesława i w tym samym wydawnictwie —Polska Oficyna Wydawnicza BGW — wydał książkę pt. Stan wojenny. Dlaczego… Pozycję zafałszowaną do granic przyzwoitości, która przebiła książkę Kiszczaka. W ten sposób obaj próbowali zakrzyczeć i zagłuszyć minioną przeszłość i — o dziwo — to im się udało. Czynili to głównie ze strachu, że wkrótce przyjdzie im odpowiedzieć za swoje czyny. Postanowili więc odwlekać ten moment w nieskończoność, zaciemnić obraz bestialstw ze swoim udziałem i przeczekać. I to również im wyszło, chociaż nie do końca. W 1992 r. głos zabrał gen. dyw. Władysław Pożoga, pierwszy zastępca gen. Kiszczaka w MSW, który udzielił wywiadu Henrykowi Piecuchowi. Zaowocowało to książką pt. Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie. W tym samym roku brednie Kiszczaka obalił też prof. Jan Widacki, późniejszy wiceminister spraw wewnętrznych, który z kolei udzielił wywiadu Wojciechowi Wróblewskiemu. Powstała książka Czego nie powiedział generał Kiszczak. Pierwszy czekista ­PRL-u nie próbował się nawet odnieść do sądów Widackiego, które pogrążały go na wieki. Ale na tym nie koniec. W 1993 r. Henryk Piecuch przeprowadził kolejny wywiad, tym razem z szefem ochrony dyktatora, płk. Arturem Gotówką. Tytuł książki brzmiał Byłem gorylem Jaruzelskiego. Z rozmowy traktującej głównie o służbach specjalnych, kulisach wprowadzenia stanu wojennego itp. można było wywnioskować, że w drodze na szczyty władzy w ­PRL-u nic nie było równie ważne jak stopień służalczości wobec Związku Radzieckiego. Dotyczyło to Jaruzelskiego, Kiszczaka i Pożogi. Pragnę również zwrócić uwagę na wywiad Witolda Beresia oraz Krzysztofa Burnetki, jaki przeprowadzili z Krzysztofem Kozłowskim. Tytuł tej książki to Gliniarz z „Tygodnika”. Rozmowy z byłym ministrem spraw wewnętrznych Krzysztofem Kozłowskim. Rozmówca był pierwszym niekomunistycznym szefem MSW. Z bliska oglądał ostateczny upadek Kiszczaka w podległym mu resorcie: porzuconego, samotnego i rozgoryczonego.

Z pewnością tych prac i wywiadów wspomnieniowych o Kiszczaku i Jaruzelskim ukazałoby się dużo więcej, gdyby nie fakt, iż ten drugi, póki żył, nadal twardą ręką trzymał generalską świtę, sam decydując o tym, komu przysługuje prawo zabrania głosu na konkretny temat. Pamiętam pewne zdarzenie. Miało miejsce w domu gen. Tadeusza Tuczapskiego, którego przez rok nagrywałem do przygotowywanej książki pt. Kulisy resortu obrony narodowej. Maszynopis był już na ukończeniu, gdy nagle zadzwonił telefon. Szybko się zorientowałem, że dzwonił Jaruzelski gdyż gospodarz ciągle powtarzał do słuchawki: „Tak, Wojciechu, zrozumiałem”, „Dobrze, Wojciechu, rozważę to”, „Tak jest, oczywiście, Wojciechu” i tak dalej… Co było niesamowite — przez całą rozmowę stał w pozycji zasadniczej, po żołniersku wyprostowany, prawa ręka spoczywała na szwach spodni, podczas gdy lewą trzymał przy uchu słuchawkę. Żałosny to był widok. Okazało się, że Jaruzelski dowiedział się, iż nasza rozmowa zostanie wydana w formie książki. I to był początek jej końca. Po tym telefonie mój rozmówca rzucił się do ponownej autoryzacji tekstu, który w miarę moich kolejnych wizyt coraz bardziej tracił na wartości, w końcu był tak miałki, że nie zgodziłem się na publikację. Generał Tuczapski miał do mnie o to ogromne pretensje, interweniował nawet w moim macierzystym Wojskowym Instytucie Historycznym, próbując poprzez moich przełożonych wywrzeć na mnie presję. Bez skutku. Obecnie maszynopis zalega w piwnicy i pewnie nie trafi już do druku.

To nie był zresztą odosobniony przypadek. Pamiętam, że byłem już bliski nakłonienia gen. Floriana Siwickiego na przeprowadzenie wywiadu rzeki, gdy nagle mój rozmówca stwierdził, że nie umie opowiadać. Wywołało to mój gromki śmiech. Ale po chwili podał prawdziwy powód odmowy, dodając: „To by się nie spodobało gen. Jaruzelskiemu”. Tak właśnie zacierał ślady przeszłości ten, który w oczach wielu uchodzi za wzór oficerskich cnót i uosobienie honoru.

Śladem Wojciecha i Czesława w zacieraniu przeszłości i zastraszaniu z czasem poszli inni, udoskonalając metody, fundując autorom książek liczne procesy sądowe. To dlatego dziś ze świecą szukać chętnych do napisania biografii pozostałych decydentów z czasów ­PRL-u. Ale warto ten szlak przecierać, do czego gorąco zachęcam

Do końca Czesław Kiszczak odżegnywał się od swych korzeni bezpieczniackich, próbując uchodzić jedynie za specjalistę od kontrwywiadu i wywiadu. By dowiedzieć się, że król był nagi, wystarczy jednak sięgnąć po książkę Sławomira Cenckiewicza pt. Długie ramię Moskwy. Wywiad wojskowy Polski Ludowej 1943–1991 (wprowadzenie do syntezy), wydaną w 2009 r. I okazuje się, iż wywiad wojskowy pod kierownictwem Kiszczaka w roli szefa Zarządu II Sztabu Generalnego był jedynie kosztowną zabawą w szpiegomanię, za pieniądze z budżetu państwa. Cenckiewicz trafnie podsumował osiągnięcia tej służby, tytułując jeden z podrozdziałów „Nieudacznicy Kiszczaka”. Jak mawiał klasyk wywiadu: „Jaki szef, tacy szpiedzy”.

Od blisko 30 lat przeprowadzam kwerendy w archiwach, ale jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim spustoszeniem akt, jakie zastałem przy dokumentowaniu służby Czesława Kiszczaka w szeregach sowieckiej Informacji Wojskowej. Z pewnością pracowały nad tym kolejne pokolenia ubecko-esbeckie podległe generałowi, próbując zacierać związki szefa z tą enkawudowską służbą. Tyle że dość nieudolnie. Stąd to tsunami archiwalne okazało się wycinkowe. (Gdyby to robili podwładni niemieckiego generała, śladu by nie było po jego zbrodniach). A tak zdołałem zrekonstruować przebieg służby generała w sowieckiej bezpiece wojskowej. Co jest o tyle ważne, że wiele tamtejszych rozwiązań operacyjno-bezpieczniackich odnajdywałem później w działaniach służbowych Kiszczaka w szeregach WSW, Zarządu II Sztabu Generalnego i MSW. Te związki musiały być bardzo silne, gdyż Kiszczak po wielekroć uporczywie powracał do korzeni. To było widoczne zwłaszcza przy współorganizowaniu Okrągłego Stołu, a komiczne, gdy próbował naśladować wchłonięcie Informacji Wojskowej w szeregi Wewnętrznej Służby Wojskowej w 1957 r. i powtórzyć taki sam manewr z transformacją Służby Bezpieczeństwa u schyłku ­PRL-u.

Jestem też prawdopodobnie jedynym, który tak dokładnie przestudiował wszystkie autobiograficzne pozycje żony generała, że poczynił do nich uwagi, prowadził notatki, porównał z materiałem archiwalnym, z innymi pozycjami książkowymi z literatury przedmiotu — i na koniec… załamał się. Nie przypuszczałem początkowo, że w tym wszystkim generałowej chodziło głównie o zakrzyczenie przeszłości zawodowej męża. Bo do tego tak naprawdę te pozycje książkowe się sprowadzają. Czy się dziwię? Absolutnie nie, takie prawo żony: bronić męża. Te książki to: Saga rodu. Powieści autobiograficzne tom I: Żona generała Kiszczaka mówi, tom II: Niebezpieczna gra, tom III: Magia mojego życia, i ostatnio wydany Twórca zmian (Warszawa 2013). Ilekroć autorka odwołuje się w nich do opisu życia u boku męża, wszystko wydaje się w porządku. Te fragmenty były bardzo pomocne przy pisaniu niniejszej biografii, poznałem atmosferę rodzinnych i towarzyskich spotkań, wizyt, rewizyt, których żadną miarą nie wydobędzie się z dokumentów archiwalnych. Gorzej, kiedy autorka podejmuje się bezkrytycznej interpretacji działań służbowych męża, które absolutnie nie wyglądały tak jak w jej opisach. Taka postawa w konfrontacji z materiałem archiwalnym ociera się o śmieszność. A już całkiem fatalnie wypada, gdy generał, który początkowo był przeciwny pisarstwu małżonki, próbuje z czasem dorzucać do nich jedynie słuszne spostrzeżenia na temat swych dokonań służbowych. Prawdziwa rodzinna tuba propagandowa2.

Na koniec pragnę podziękować tym wszystkim, którzy pomogli mi przy pisaniu tej biografii. Mam na myśli pracowników Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej z Warszawy. Wyrazy szczególnego podziękowania kieruję również do dr. hab. Sławomira Cenckiewicza, który obdarował mnie setkami dokumentów archiwalnych związanych z osobą bohatera niniejszej biografii i zachęcił do jej napisania.

Kilka słów zatem o dodatkowej literaturze przedmiotu, która uwzględnia poczynania bohatera mojej książki w powojennych dziejach ­PRL-u. Można byłoby podzielić ją z grubsza na dwa bloki tematyczne: pierwszy, obejmujący lata 1945-1988, i drugi, sprowadzający się jedynie do roku 1989. W tym pierwszym Kiszczak jest prezentowany fragmentarycznie, głównie przyczynkarsko, a przy tym często negatywnie. Lista pozycji książkowych jest tu niezwykle długa, wymienię więc pięć, moim zdaniem, najważniejszych. Są to: Ryszard Terlecki, Polska w niewoli 1945–1989. Historia sowieckiej niewoli, Kraków 2015; Armia Czerwona/Radziecka w Polsce w latach 1944–1993, red. Krzysztof Filip i Mirosław Golon, Borne Sulinowo–Bydgoszcz–Gdańsk 2014; Patryk Pleskot, Tarcza partii i narodu. Kontrwywiad Polski Ludowej w latach 1945–1956. Zarys struktury i wybór źródeł, Warszawa 2010; Aparat Bezpieczeństwa wobec żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza i funkcjonariuszy Straży Granicznej, red. Paweł Skubisz, Warszawa 2013; Janusz Tomaszewski, Sowietyzacja Wojska Polskiego w latach 1943–1956, Wrocław 2012.

Wyodrębniłem też wspomniany drugi blok w tej doraźnie skonstruowanej periodyzacji dziejów ­PRL-u, oczywiście z udziałem Kiszczaka. To ostatni rok władzy komunistów, rok 1989. Jest go tu momentami aż nadto. Oto kilka pozycji traktujących o tych wydarzeniach w tle z bohaterem niniejszej biografii: Peter Raina, Droga do „Okrągłego Stołu”. Zakulisowe rozmowy przygotowawcze, Warszawa 1999; Paulina Codogni, Okrągły stół, czyli Polski Rubikon, Warszawa 2008; Krzysztof Dubiński, Magdalenka. Transakcja epoki: notatki z poufnych spotkań Kiszczak–Wałęsa, Warszawa 1990; Tajne dokumenty Biura Politycznego i Sekretariatu KC. Ostatni rok władzy 1988–1989, oprac. Stanisław Perzkowski, Londyn 1994; Okrągły Stół. Dokumenty i materiały, red. Włodzimierz Borodziej, Andrzej Garlicki, t. 1-5, Warszawa 2004.

I ostatnia już uwaga. Tytuł tej książki to akronim od skrótu Czeka, (Czieriezwyczajka) pochodzącego od Wszechrosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, zajmującej się m.in. ściganiem i likwidacją tzw. kontrrewolucjonistów i sabotażystów, których Kiszczak zwykł nazywać „przeciwnikami”, mając na myśli współobywateli, którzy nie podzielali jego poglądów politycznych i nie chcieli komunizmu w Polsce. W Związku Sowieckim funkcjonariuszy tych służb nazywano czekistami, co częściowo przyjęło się także w Polsce. Czekiści wychowali liczne zastępy funkcjonariuszy NKWD, „Smiersza” oraz GRU i KGB, a oni z kolei byli pierwszymi nauczycielami Kiszczaka. Funkcjonowanie tych zbrodniczych tworów niemal żywcem przeniesiono do Polski, kiedy to miejsce pokonanych Niemców zajęli Sowieci i przystąpili do „oswobadzania Polaków spod kapitalistycznego jarzma”. Pierwsze człony od imienia i nazwiska Czesława Kiszczaka nawiązują do wspomnianej służby: czekista, czekiści — w końcu wyszło „Czekiszczak”. I stąd pomysł na tytuł książki. Podejrzewam, że bohaterowi biografii raczej nie przypadłby do gustu. Ale to już wyłącznie jego problem.

Warszawa, 15 października 2015

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Generał Zbigniew Pudysz (były dyrektor Biura Śledczego MSW) przedłożył zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, że jest niemal rośliną mającą problemy z podstawowymi funkcjami życiowymi. Co nie przeszkadzało mu jednocześnie brylować w programach TVN. To on był głównym mataczącym i zacierającym ślady w sprawie śmierci krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa. Z kolei komunistyczny prokurator wojskowy Marian Ryba, który bezprawnie pozbawił wolności 17 osób i prześladował żołnierzy podziemia antykomunistycznego po wojnie, gdy doszło do procesu, od razu zapadł na zdrowiu, a wcześniej aktywnie udzielał się w „Klubie Czerwonych Generałów LWP”. Major UB Łukasz Kuźmicz, jeden z najokrutniejszych ubeków na Rzeszow­szczyźnie, torturował żołnierzy podziemia niepodległościowego, bił taboretem, raził prądem, polewał wrzątkiem. Na sumieniu ma ponad 200 zbrodni komunistycznych. Nie dopuścił do procesu, przedkładając opinię kardiologa, iż jego udział w posiedzenia sądu jest wykluczony. Generał Marek Ochocki, były komendant KW MO w Legnicy, to pacyfikator protestów robotniczych w Lubinie, gdzie były ofiary śmiertelne. Według biegłego psychologa i kardiologa jego udział w procesie jest również wykluczony. Generał Edward Kłosowski, były zastępca Komendanta Głównego MO w Warszawie, który wydał decyzję o zatrzymaniu i internowaniu działaczy „Solidarności”, też nie stanie przed sądem z powodu złego stanu zdrowia, podobnie jak dziesiątki i setki innych zbrodniarzy komunistycznych. W. Wybranowski, Zbrodnie bez kary, „Do Rzeczy” 13-19.04.2015, s. 30-31.

2 Na marginesie autobiografii żony generała pragnę jedynie dodać, iż wydawane są one przez autorkę osobiście. Bez jakichkolwiek recenzji wydawniczych. Dystrybucja również odbywa się na koszt własny. M.T. Korzonkiewicz-Kiszczak, Twórca zmian. Wywiad z gen. broni w st. spocz. Czesławem Kiszczakiem, Warszawa 2013, s. 5.

ROZDZIAŁ I

Z rodzinnego gniazda w nieznane

1. Luki w życiorysie

Czesław Kiszczak urodził się 19 października 1925 r. w Roczynach w Beskidzie Śląskim. W teczce personalnej generała widnieje również inny dzień narodzin, mianowicie 22 października. I to w dodatku w dokumentach, które własnoręcznie podpisywał. W końcu ktoś przekreślił ten błędny zapis, ale mimo to będzie się on pojawiał po kres służby generała w szeregach MON i MSW. Podobnie jest z miejscem urodzenia, można spotkać dokumenty zawierające informacje, że przyszedł na świat w pobliskim Andrychowie. Od początku też bohater tej biografii miał problemy z określeniem właściwego pochodzenia społecznego. Raz podawał chłopskie, innym razem robotniczo-chłopskie lub robotnicze. Podobnie było z Wojciechem Jaruzelskim, który raz był synem agronoma, innym razem administratora rolnego, a faktycznie był synem zarządcy majątków ziemskich i jednocześnie właściciela dóbr ziemskich. Ci dwaj późniejsi czołowi decydenci partyjno-mundurowi ­PRL-u tak bardzo pragnęli akceptacji nowych, komunistycznych władz, że nie mogli się zdecydować, jakie wybrać pochodzenie, by zostało dobrze przyjęte przez przełożonych. Koniunkturalnie w kolejno składanych ankietach personalnych żonglowali nimi do woli. W istocie Czesław był pochodzenia chłopskiego, i to z dziada pradziada.

Jego rodzice byli prostymi ludźmi: ojciec Jan (rocznik 1888), matka Rozalia z domu Orkisz (rok urodzenia matki też był różnie podawany przez syna: raz 1889, innym razem 1887). Czesław ma przyrodniego brata ze wspólnej matki — to Michał Żywioł (rocznik 1912). Niemniej to Czesław był oczkiem w głowie rodziców. Gdy się urodził, ojciec liczył sobie już 37 lat, a matka 36-37. W okresie międzywojennym ojciec pracował w hutnictwie, co nie oznaczało wcale — choć syn sugerował to w ankietach personalnych — że był z zawodu hutnikiem. Nie był, przyuczył się jedynie, raz tę pracę miał, innym razem ją tracił. Jak wielu w tej okolicy. Pracował m.in. w hucie „Guidotto” w Chropaczowie koło Katowic. Stracił ostatecznie pracę w hucie w 1935 r. Według syna był ponoć zbyt hardy wobec przełożonych. W latach 30. senior rodziny wstąpił do Stronnictwa Ludowego (SL), chyba jedynie ze względu na miejsce zamieszkania, gdyż ludzie z hut i fabryk w tym regionie sympatyzowali raczej z Polską Partią Socjalistyczną (PPS). W okresie okupacji nie należał do żadnej organizacji niepodległościowej. Po wojnie zapisał się do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL). Opłacało się. Został sekretarzem gromadzkim.

Matka Kiszczaka była gospodynią domową. W wianie wniosła do rodziny dwa hektary ziemi. Ta ziemia była na wagę złota. Nieraz ratowała Kiszczaków przed głodem. W głównej ankiecie personalnej Czesława, w rubryce „zawód ojca” w okresie okupacji widnieje z kolei: rolnik. W tej samej ankiecie podał, że matka w czasie wojny została wywieziona do Niemiec, nie napisał jednak, w jakim charakterze. Kilka lat później — we wniosku o mianowanie na stopień kapitana — podał, że rodzice zostali wspólnie wywiezieni na roboty przymusowe. Można też spotkać wersję, że do obozu, a następnie na roboty w okolice Kołobrzegu. Dlaczego tak kluczył, nie zdołałem ustalić. Gdybym spotkał się z generałem, być może usłyszałbym jeszcze inną wersję.

Roczyny to piękna małopolska wieś leżąca w powiecie wadowickim, w gminie Andrychów. Według danych z końca grudnia 2011 r. liczy 4112 mieszkańców. Ma swój herb — to złota laska Merkurego na czerwonym tle, opleciona dwoma złotymi wężami. Złoty kolor symbolizuje potęgę władzy i godność, a węże — sławę, wojnę i odwagę. Nieźle się to komponuje z opisem cech charakteru Kiszczaka. Zodiakalny Skorpion z laską Merkurego, do tego z dwoma wężami. To piorunująca mieszanka. Ślepowron z herbu rodowego Wojciecha Jaruzelskiego — wobec mocy ucieleśnionych w herbie miejscowości Czesława Kiszczaka — to pospolite ptaszysko. Węże poradziłyby sobie z nim z dziecinną łatwością. W życiu tych dwóch decydentów mundurowych (W.J. i C.K.) było jednak odwrotnie. Jak wiadomo, Ślepowron przewodził w tym duecie.

Pierwsza wzmianka o Roczynach pochodzi z 1563 r. Jak wynika z opisu zamieszczonego na oficjalnej stronie internetowej miejscowości: „Szata roślinna Roczyn jest typowa dla Beskidów. Wyższe partie górskie porastają lasy, natomiast w miejscach niższych dominują zbiorowiska nieleśne”. Lasy w Roczynach zajmują niewielki procent powierzchni. Z Roczyn do Bielska-Białej jest 29 km, do Krakowa 78 km, do Katowic 57 km, do Warszawy 325 km, za to tylko 19 km do Wadowic. Kiedy Czesław przychodził na świat, w Wadowicach mały Karol Wojtyła liczył sobie pięć lat. Dwie skrajnie różne postaci wydała beskidzka ziemia. Kilkadziesiąt lat później obie zaważą na historii Polski, a w wypadku papieża — również na losach świata. W jakże odmienny sposób.

Z Roczyn wywodzi się również Alojzy Karkoszka, młodszy od Czesława o niecałe cztery lata, aparatczyk pezetpeerowski, m.in. I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, w czasie krwawego stłumienia buntu robotników Wybrzeża w 1970 r.

Przed wojną cały świat młodego Czesława kręcił się wokół rodzinnej wsi. W Roczynach ukończył siedmioklasową szkołę podstawową, do której uczęszczał w latach 1932-19391. Tuż przed wojną zdążył jeszcze rozpocząć naukę w gimnazjum w Kętach oddalonych o 11 km od domu, ale nie ukończył pierwszej klasy. We wspomnianej teczce personalnej ktoś dopisał ołówkiem na drugiej stronie ankiety, w podrubryce „wykształcenie cywilne”: 9 klas. Takie wykształcenie Kiszczak miał rzekomo zdobyć w latach 1947-1951 w Warszawie. Nie podano, w jakim liceum ogólnokształcącym. W grę mogło wchodzić jedynie liceum powołane przez Główny Zarząd Informacji WP, gdzie przyszli czekiści uzupełniali wykształcenie ogólne. Brak średniego wykształcenia musiał doskwierać Czesławowi, gdyż spotyka się na ten temat najróżniejsze informacje w jego kolejnych życiorysach: niepełne średnie — takie wykształcenie podał, będąc szefem WSW w Marynarce Wojennej, innym razem dziewięć klas szkoły ogólnokształcącej. Jeszcze kiedy indziej — co potwierdza „Karta Informacyjna Urzędu Rady Ministrów z lat 1981-1990” — w kwestionariuszu osobowym w rubryce nazwa uczelni napisał: Centralna Szkoła KC PPR (nazwa też niewłaściwa). Pominął podstawówkę. No bo jak to — wicepremier i minister spraw wewnętrznych z wykształceniem podstawowym? Wstydliwe zestawienie, choć prawdziwe.

W życiu mieszkańców Roczyn istotną rolę odgrywał kościół parafialny. Do 1935 r. Roczyny należały do parafii św. Macieja w Andrychowie, gdzie Czesław został ochrzczony. Żona tak opisuje te wcześniejsze związki męża z Kościołem: „Czesław w dzieciństwie był ochrzczony, bierzmowany, chodził do komunii tak jak jego matka, jak my wszyscy”. Kościół w życie tego młodego chłopaka wniosła matka. Dlaczego syn próbował rugować go z życia rodziny, nietrudno się domyślić. „W domu o Piłsudskim i Kościele mówiło się źle. O ZSRR — dobrze. Wszystko, co złe, a dotyczące komunizmu, nazywano propagandą” — pisał po latach2.

Starałem się odnaleźć jakiekolwiek związki generała z powojennymi dziejami rodzinnej miejscowości, jednak nic nie znalazłem. Sami mieszkańcy nie pałają szczególną wolą podkreślania, że Kiszczak jest ich ziomkiem. Kilkakrotnie zwracałem się do przedstawicieli oficjalnej strony internetowej tej miejscowości z prośbą o jakiekolwiek informacje o związkach generała z rodzinnym gniazdem. Za każdym razem odpowiadała mi głucha cisza. Wielu późniejszych notabli peerelowskich wstydziło się swojego pochodzenia i miejsca zamieszkania i z czasem zrywali jakiekolwiek kontakty z rodzinną miejscowością, być może Kiszczak również do nich należał. Jego hierarchia wartości według żony zdaje się to potwierdzać. „Na pierwszym miejscu — są koledzy i znajomi, a potem daleko, daleko za tymi wartościami, rodzina, żona. Chociaż swoją matkę bardzo kochał, ale ona, jak i cała jego rodzina, nie miała dla niego zasadniczych wartości” — pisze generałowa.

2. Poprawki do epopei wojennej

Lata okupacji 1939-1945 to również zagadkowy okres w życiu młodego Czesława i tak jak wcześniejszy wymaga wielu wyjaśnień i sprostowań. Generalnie w życiorysie Kiszczaka brak jakichkolwiek istotnych dokonań zbrojnych w okresie wojny, co mogło z czasem zacząć uwierać jeszcze bardziej niż wykształcenie podstawowe. Nie miał z czym pójść do komunistów. Był to taki sam ból jak dzisiaj brak internowania w życiorysach obecnych elit politycznych.

Gdy wojna dobiegła końca, był już prawie dwudziestoletnim młodzieńcem. Wielu dowódców oddziałów leśnych walczących z komuną tuż po wojnie było niewiele starszych, a mieli już na koncie piękną kartę walki zbrojnej z okupantem. Kiszczak za to dał się złapać i wywieźć na roboty przymusowe — prawdopodobnie raz nawet sam karnie zgłosił się na wyznaczony punkt wysyłkowy. Czy można było od tego uciec? Można było pójść do lasu, wstępując w szeregi partyzantki. Tak robiło przecież tysiące młodych ludzi. Czesław tymczasem do 1941 r. siedział w domu w Roczynach, podejmując się dorywczych prac. Nic więc nie zapowiadało, że z czasem wyrośnie z niego taki bolszewicki kozak.

Co innego Wojciech Jaruzelski, który w okresie okupacji został zesłany w głąb Związku Sowieckiego wraz z całą rodziną, a przy okazji posmakował sowieckiej okupacji kresowych ziem polskich. A był starszy od Czesława raptem o dwa lata. Na końcu z formacjami gen.-lejtnanta Zygmunta Berlinga dotarł aż do Łaby, by po powrocie do zupełnie innej już ojczyzny ochoczo wspierać Sowietów w zniewalaniu Polski. Walczył z oddziałami UPA w hrubieszowskim, ścigał i zwalczał wspólnie z NKWD polskie podziemie niepodległościowe. Szybko trafił w szeregi sowieckich kolaborantów wojskowych, a stamtąd wyruszył już po sławę i zaszczyty.

Czy w tych dwóch równoległych żywotach z okresu okupacji Wojciecha i Czesława nie należałoby się dopatrywać istoty późniejszej dominacji jednego nad drugim na szczytach władzy w ­PRL-u? Po części na pewno tak. Gdyby Kiszczak nadciągnął od wschodu w granice powojennej Polski w szeregach enkawudowskich przyszłego szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego gen. Stanisława Radkiewicza, miałby duże szanse przeskoczyć Jaruzelskiego w wyścigu po władzę3.

Wróćmy jednak do losów okupacyjnych Czesława. 20 czerwca 1941 r. — jak sam podaje — trafił na roboty przymusowe do Wrocławia. Nie próbował nigdy wyjaśnić, w jakich okolicznościach to się stało. Prawdopodobnie wzięto go z branki ogłaszanej przez Niemców. Otrzymał skierowanie do składu drogeryjnego firmy B.I. Grund, gdzie był pracownikiem fizycznym w laboratorium. Uznać to należy za całkiem dobrą fuchę, jak na warunki wojenne. W jego wspomnieniach z tamtego okresu zdumiewa stopień ignorancji, by nie powiedzieć, głupoty. Czesław żali się: „W ówczesnym Wrocławiu robotnikom polskim nic właściwie nie było wolno: nie można było korzystać z żadnego kina, teatru, wesołego miasteczka czy restauracji. Nie mówiąc już o romansie z Niemką — za coś takiego trafiało się po prostu na szubienicę. Pozostawały tylko miejscowe prostytutki pracujące na Kroolstrasse, obok rynku. Wówczas była to jeszcze tania usługa i stosunkowo bezpieczna — wymagały od swoich klientów używania prezerwatyw i karbolu”. By było ciekawiej, ta „głęboka refleksja” okupacyjna pochodzi z… 1991 r. Kiszczak, pisząc ją, miał więc już wówczas 66 lat. Czy nie dotarło do niego, co działo się w tym czasie na świecie z milionami ludzi, którzy w warunkach okupacyjnych byli mordowani w najokrutniejszy sposób? Dom Kiszczaków od obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu dzieliły zaledwie 23 km. Tak niewiele, że gdy wiał północno-zachodni wiatr, czuło się swąd palonych ludzkich zwłok w Auschwitz. Nie dotarło tam też widać szeroko propagowane przez polskie państwo podziemne hasło: „Tylko świnie siedzą w kinie”. W filmie pt. Towarzysz generał stwierdziłem, że cała masa generałów LWP to, delikatnie mówiąc, osobnicy o nieprzesadnym intelekcie i najwyraźniej nie minąłem się z prawdą.

Dalej między wierszami w swoich wspomnieniach Czesław dawał do zrozumienia, że we Wrocławiu otarł się o działalność konspiracyjną grupy „Olimp”. Z tym, że — tu uwaga — dowiedział się o tym… dopiero po wojnie. Faktycznie taka organizacja istniała, została utworzona w 1941 r., skupiała głównie miejscową Polonię, Górnoślązaków oraz przebywających na robotach przymusowych Wielkopolan. Ci ludzie zbierali informacje wywiadowcze, organizowali akcje sabotażowe w zakładach pracy, pomagali polskim robotnikom przymusowym. Możliwe, że gdzieś tam, w obrębie jej działania, znalazł się młody Czesław. Ale nie był nigdy jej członkiem ani z nimi nie konspirował. (Jak miałby to zresztą robić, skoro o istnieniu grupy nie wiedział!)

Pobyt Czesława we Wrocławiu dobiegł końca w maju 1943 r., kiedy to trafił do Arbaitsamtu — niemieckiego urzędu pracy — a stąd został przerzucony pociągiem do Szczakowej. Następnie znalazł się w samym środku Pustyni Błędowskiej, w obozie założonym przez Niemców, do którego przybywali tzw. kupcy i wybierali sobie zdrowych mężczyzn do pracy. Jak inni został skierowany w kolejne miejsce. Nieeskortowanym pociągiem dojechał do Katowic, dalej tramwajem do Bytomia i następnie do pobliskich Miechowic. Wymarzony okres do ucieczki, ale go nie wykorzystał. W nowym miejscu przebywał miesiąc lub dwa. W Miechowicach trafił do pracy w kopalni węgla „Hermann Goering Grubbe”, gdzie szybko zdał sobie sprawę, że nie podoła fizycznie. Narzucone normy dziennego urobku były dla niego zbyt wysokie. Nigdy nie był wielkim i silnym mężczyzną. W 1953 r. ważył 54 kg przy wzroście 170 cm. Takie dane zostały zapisane w dokumentacji Centralnej Komisji Lekarskiej MON. W 1943 r. z pewnością był bardziej zabiedzony. Stąd zdecydował się na ucieczkę. Skierował się w rodzinne strony, co nie było najlepszym pomysłem, gdyż mógł od razu wpaść w ręce gestapo. W domu nie zastał już rodziców. Co się działo z przyrodnim bratem — nie wiadomo. Chwilowo schronił się u krewnych. Potem, korzystając z usług znajomego kolejarza, ruszył pociągiem w kierunku granicy z Generalnym Gubernatorstwem, przeprawił się przez Skawę i dotarł do stacji kolejowej w Stryszowie, a stąd pociągiem do Krakowa. Tu zaczął szukać kontaktów z podziemiem, a przynajmniej tak twierdził. Trochę to dziwne, bo taki kontakt mógł nawiązać bez problemu w rodzinnych stronach, gdzie nie brakowało oddziałów leśnych. I co najważniejsze, było można do nich dotrzeć na piechotę, przemieszczając się do pobliskich lasów4. Przechadzając się po Plantach w Krakowie — jak twierdził — wypytywał przechodniów o podziemie zbrojne. Co świadczy o tym, że bardzo długo pozostawał niedojrzały. W jego wieku chłopcy w stolicy likwidowali gestapowców i kolaborantów, wysadzali transporty niemieckie podążające na front wschodni, walczyli w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a on nie umiał trafić do partyzantów? Jak z kogoś takiego miał wyrosnąć w przyszłości as wywiadu czy kontrwywiadu?

W końcu dostał pracę w prywatnej pralni chemicznej I. Hawranek przy ulicy Kościuszki, gdzie przepracował około dwóch miesięcy. Aż pewnego dnia znowu padł ofiarą łapanki zorganizowanej przez Niemców. Stąd w sierpniu 1943 r. trafił na roboty przymusowe do Wiednia, do pracy w parowozowni Hütteldorf-Hacking. Jak podaje, zetknął się tam z komunistami austriackimi. Nie wiem, czy miał świadomość, że był to kolejny przetrzebiony garnitur Komunistycznej Partii Austrii (KPA), która została zdelegalizowana już w 1933 r., a po włączeniu Austrii do III Rzeszy w 1938 r. przestała cokolwiek znaczyć. Nie liczył się z nimi również Stalin, który polecił wydać wszystkich komunistów austriackich przebywających w Moskwie prosto w ręce Hitlera. Kierownictwo KPA — i co wybitniejsi jej członkowie — od dawna przebywało w obozie koncentracyjnym w Dachau, część z nich zdążono już wymordować. Na wolności byli jedynie ci, którzy nie stanowili o potencjale i sile tego ruchu. Tymczasem Czesław podaje, że będąc w Wiedniu, został członkiem „Befreiungs Front”. Tak zostało to zapisane w jego aktach personalnych. I w tej wersji bywało powielane w publikowanych do dziś życiorysach generała.

W rzeczy samej chodzi o „Befreiungsfront”. Co robił w tej organizacji, dowiadujemy się z deklaracji członkowskiej ZBOWiD. Okazało się, że prowadził pracę wywiadowczą wśród obcokrajowców i był łącznikiem organizacji — nie wyjawił, pomiędzy kim a kim. Natomiast we wspomnianej wcześniej ankiecie personalnej podał, iż „pracował przy organizowaniu administracji i kolportował prasę”. W jeszcze innym miejscu informował, że organizował milicję ludową. Tych konspiracyjnych wersji życiorysu pozostało kilka w jego aktach. W ankiecie personalnej w rubryce: „Udział w ruchu partyzanckim 1939-1945 w kraju i za granicą” w podrubryce „Nazwa oddziału, nazwisko lub pseudonim dowódcy” widnieje „Franz”. A w kolejnej podrubryce „Pseudonim własny” przedstawił się jako „Frytz”. Chyba chodziło mu o „Fritza”. Trudno, wspominając o tych ksywkach, zachować powagę. Na marginesie — w pierwszych ankietach personalnych w rubryce „Znajomość języków obcych w mowie i piśmie” Czesław podawał: niemiecki — dobrze, rosyjski — dobrze. Zmienił zdanie, gdy został szefem MSW, uznał wtedy, że: niemiecki — słabo, rosyjski — biegle. Przyjęty w Wiedniu pseudonim pozostaje jednak dowodem na to, że z niemieckim to była blaga5.

Na temat tego typu kombatanctwa wiceminister spraw wewnętrznych prof. Jan Widacki napisał m.in.: „Z tą partyzantką (konspiracją) to różnie bywało. Jeden z generałów MSW powszechnie uchodzi za kombatanta Armii Ludowej. Przypadkiem mam tu jego teczkę personalną. […] Nasz kandydat, powiedzmy, Józek wpisał (w ankiecie): PPR. W rejonie pełniłem obowiązki tajnego wywiadu. […] W maju 1949 r. szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w opinii o Józku pisał: Przed wojną oraz w czasie okupacji do 1945 pracował przy ojcu w gospodarstwie, politycznie nie udzielał się. Gdzieś w opinii z lat pięćdziesiątych pojawia się wzmianka, że był łącznikiem w oddziale AL. W 1965 r. w uzasadnieniu wniosku na odznakę »20 lat w Służbie Narodu«, napisano już, że w okresie okupacji był partyzantem Armii Ludowej. W opinii z 1989 r. zaś możemy przeczytać, że nasz generał jest uczestnikiem walki z okupantem hitlerowskim w szeregach Armii Ludowej i walcząc z okupantem, był ranny w nogę. Wprawdzie w 1945 r. twierdził, że raniła go reakcja, ale przecież każdy okupant jest reakcjonistą. Wszystko się zgadza”.

Końcówka pobytu Czesława w Wiedniu została z kolei ukoronowana akcją bojową 7 kwietnia 1945 r. Akurat w momencie wkraczania Armii Czerwonej do stolicy Austrii. Czego dokonał? Otóż wskoczył do przypadkowo nadjeżdżającego czołgu i pomógł Sowietom przemieszczać się po mieście. Służył im za przewodnika, co z czasem minister obrony narodowej gen. Jaruzelski zakwalifikował w opinii służbowej jako… udział w „antyfaszystowskim ruchu oporu”. Ale tu nie był wyjątkiem. Do dzisiaj mam w pamięci relacje kombatantów wojska ludowego, które napływały do Wojskowego Instytutu Historycznego. Wynikało z niektórych, że piszący je… niemalże w pojedynkę zdobywali Berlin. Co bardziej rozgarnięci dorzucali, że z udziałem plutonu, kompanii, batalionu lub pułku, w którym służyli. Im było bliżej krachu ­­PRL-u, tym relacje te były jeszcze bardziej podkolorowane. A ja musiałem je czytać i odpowiadać na nie pisemnie.

29 kwietnia 1945 r. „Frytz” porzucił konspirowanie i wyruszył z Wiednia w rodzinne strony. W sumie wędrował blisko miesiąc. W domu zameldował się 25 maja 1945 r. Przesiedział tam do 28 czerwca, będąc na utrzymaniu rodziców. Tak naprawdę nie miał co ze sobą począć. Chyba że chciałby dalej się edukować i np. pójść na studia. Kiszczak nie był tym jednak zainteresowany — spieszyło mu się, pragnął być od razu w centrum wydarzeń. 23 czerwca zapisał się do Polskiej Partii Robotniczej (PPR). Rekomendował go towarzysz Franciszek Żywioł, widocznie ktoś z rodziny przyrodniego brata Michała. Czesław uznał, że może to być jakaś szansa na życiowy sukces. W tym czasie do PPR wstępowali głównie ludzie z nizin społecznych, tacy właśnie jak on. Prawdziwych, ideowych komunistów w tym gronie była garstka. Najczęściej pchali się pod sztandary najróżniejsi cwaniacy, kolaboranci niemieccy, często też pospolici sowieccy donosiciele czy przestępcy z okresu okupacji. Arystokracja proletariacka i chłopi, którzy żyli z pracy na roli, wstępowali głównie do Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), względnie do Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL). I nie chcieli mieć nic wspólnego z komunistami, a jeszcze mniej z Sowietami. Ci, którzy przyszli do PPR, w uzasadnieniach pisali, co im ślina na język przyniosła. Kolaborant wystawiał rekomendację partyjną kolaborantowi, donosiciel donosicielowi, półanalfabeta analfabecie. Takich bredni trudnych do zrozumienia, pełnych błędów ortograficznych, pozbawionych sensu naczytałem się bez liku.

W 1944 r. PPR liczyła ponoć 20 tysięcy członków. W maju 1945 r. było ich już 300 tysięcy, co mówi samo za siebie. Desant cwaniaków i miernot wystraszył starych komunistów, którzy próbowali powstrzymać ich napływ. Udało się im pozbyć jedynie 65 tysięcy, co w żaden sposób nie poprawiło jakości szeregów partyjnych. W grudniu 1945 r. PPR liczyła 235 tysięcy członków. Czesław Kiszczak był jednym z nich. To była dyktatura ciemniaków, jak trafnie zauważył Stefan Kisielewski (za to określenie pobili go zresztą „nieznani sprawcy z bezpieki”). Z tej szarańczy partyjnej nie dało się w przyszłości zbudować normalnego państwa, a jedynie skansen terytorialny, w całości uzależniony od Moskwy, która już w 1945 roku przystąpiła do pacyfikowania Polski na własne podobieństwo. I właśnie tacy pepeerowcy, bez korzeni i tradycji byli im potrzebni. Wspólnymi siłami wszystkim, którzy nie podjęli współpracy, uczynili z życia piekło na ziemi. To z takiego miejsca startował do wielkiej kariery towarzysz Czesław Kiszczak. Kiedy dotarł na szczyty władzy komunistycznej, za sobą zostawił krwawy szlak walki z własnym narodem. Po latach, widocznie zdając sobie z tego sprawę, stwierdził: „Ja Polski Ludowej nie tworzyłem, w 1945 r. do niej »zielony«, 19-letni, po wojennej tułaczce trafiłem. Nie znałem jej okupacyjnej, konspiracyjnej przeszłości. Ta, którą mi serwowano, nie zawsze była pełna i prawdziwa”.

I tym razem kłamał. Jego dalsze losy potwierdziły, że nieprzypadkowo znalazł się w PPR, a później w Centralnej Szkole Partyjnej PPR, Oficerskiej Szkole Polityczno-Wychowawczej, Informacji Wojskowej, Wojskowej Służbie Wewnętrznej, wreszcie w MSW6. W gronie resortowych współpracowników mawiał, że gdyby mu przyszło jeszcze raz wybierać, postąpiłby analogicznie. Tak przynajmniej twierdził w latach 80., kiedy dzierżył władzę w ­PRL-u wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim. Z czasem — już w III RP — nie był taki wylewny, pilnował się coraz bardziej i nie pozwalał sobie na ckliwe wspomnienia. Dostrzegał plusy i minusy służby bezpieczniackiej w MON i MSW i stał się znacznie ostrożniejszy.

3. W kuźni kadr komunistycznych

Po powrocie z Wiednia w rodzinne strony młody Czesław mógł jak wielu jego rówieśników pójść do szkoły średniej, a później na studia — dzienne lub wieczorowe, jednocześnie podejmując pracę. Przed proletariuszami i biednymi dziećmi chłopskimi szkoły stały wówczas otworem. Gorzej miała młodzież inteligencka, zwłaszcza z domów z tradycjami patriotycznymi i z przeszłością konspiracyjną w Armii Krajowej czy Narodowych Siłach Zbrojnych. On jednak na początek postanowił gruntownie wyedukować się po linii partyjnej. 28 czerwca 1945 r. — a minęło zaledwie pięć dni od momentu wstąpienia do partii — został słuchaczem Centralnej Szkoły Partyjnej PPR. Kiszczak nie podaje, w jakich okolicznościach znalazł się w szkole i kto go tam zarekomendował, a nie można było ot tak, zapisać się tam, przychodząc prosto z ulicy. Komuniści byli czujni, obowiązywała selekcja7.

Czesław trafił szczęśliwie, bo na III kurs, dwa wcześniejsze były stosunkowo krótkie. Jego trwał przeszło trzy miesiące, od 10 lipca do 20 października 1945 r. Kiszczak podawał jednak inną datę wstąpienia do szkoły, twierdził, że naukę rozpoczął 28 czerwca i kontynuował do 7 listopada 1945 r. Z tego by wynikało, że ponad cztery miesiące. Tak długich kursów w tym czasie jednak nie przeprowadzano. Komunistom palił się grunt pod nogami, dlatego wypychali w teren młodych ludzi do pracy partyjno-agitacyjnej.

Łódź w tym okresie tętniła życiem, była — w porównaniu z innymi miastami — mało zniszczona. Stąd komuniści lokowali tu dużo instytucji centralnych. Bliskość zrujnowanej stolicy również przemawiała za tym miejscem. W Łodzi działały w tym czasie: Centralna Szkoła Oficerów Polityczno-Wychowawczych WP, Centrum Szkolenia Oficerów Polityczno-Wychowawczych MO, Centralna Szkoła MBP, Centralna Szkoła Organizacyjna ZWM, Centralna Szkoła Polityczno-Wychowawcza Ministerstwa Informacji i Propagandy oraz Centralna Szkoła Związków Zawodowych.

Od początku szkoła była infiltrowana przez Sowietów, gwarantowała to kadra kierownicza CSP (Centralnej Szkoły Partyjnej), która w większości wywodziła się z dawnej Komunistycznej Partii Polski. Nim tu przybyli, przeszli niezły szlif ideologiczny we Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) WKP(b). Wielu z nich poznało Kraj Rad na własnej skórze, przeszło przez więzienia i łagry. Niektórym wymordowano najbliższych — mężów, żony, rodziców. A potem pognano ich do Polski, by krzewili idee Lenina i Stalina, czego namacalnym dowodem pozostaje kolektywne kierownictwo Centralnej Szkoły Partyjnej PPR w Łodzi8.

Wspomniane kierownictwo prowadziło większość zajęć z kursantami, czasami wspierali ich notable partyjni z KC PPR z Warszawy, którzy przy okazji wizyt w terenie wpadali do szkoły z wykładami gościnnymi. Był to klasyczny bełkot partyjny, bez przygotowania, z marszu. Na co dzień można tu było też spotkać np. Adama Schaffa czy Żannę Kormanową i innych młodych, zadziornych bolszewików, którzy zaczynali tu swoje tzw. kariery naukowe. Wielu z nich — zwłaszcza łagiernicy z kolektywnego kierownictwa szkoły — nic nie wiedziało o Polsce. Co zresztą przyznała wspomniana Celina Budzyńska. Mieli duże trudności ze zrozumieniem ostatnich lat II Rzeczypospolitej, nie wspominając o okresie Polski pod okupacją. Praktycznie nic nie wiedzieli o polskim rządzie w Londynie, o działalności Polskiego Państwa Podziemnego, o działaniach bojowych żołnierzy Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Narodowych Sił Zbrojnych. Mieszali więc dodatkowo kursantom w głowach. Nie ma więc co się dziwić, że z tych szeregów powyrastali oprawcy linczujący własny naród.

Wśród kursantów dominowały osoby pochodzenia robotniczego, które stanowiły około 80-90 procent uczniów szkoły. Początkowo chłopstwo było tu skromnie reprezentowane, bo w granicach 6-8 procent. Możliwe, że stąd wzięło się późniejsze żonglowanie Kiszczaka własnym pochodzeniem, kiedy raz podawał się za syna chłopa, innym razem robotnika. Z czasem ta statystyka się poprawiła, młodzież chłopska zorientowała się, że warto, i ruszyła szturmować tego typu szkoły partyjne. O wykształceniu przybywających do szkoły kursantów, aż wstyd wspominać. Czesław z ukończoną podstawówką, zaliczony został do tych „z wyższej półki”. Z reguły kursanci mieli po kilka klas podstawówki, byli prawie analfabetami, wielu nie potrafiło notować na zajęciach, a potem korzystać z notatek. Większość miała ogromne problemy z opanowaniem terminologii komunistycznej, a co dopiero mówić o użyciu jej we właściwym kontekście. Równolegle z kursami prowadzono w szkole krótkoterminowe tzw. dokształty, które trwały od paru tygodni do miesiąca. W taki sposób edukowano późniejszych agitatorów wyborczych, inspektorów szkolnych czy sekretarzy gminnych. Tak ekspresowo wyedukowani ruszali w teren9. Ta szkoła raczej okaleczała umysłowo, niż uczyła. Wielu późniejszych decydentów partyjnych ­PRL-u swoją edukację zakończyło właśnie na tym szczeblu. Z grona absolwentów skupimy się na tych, których skierowano do resortów siłowych. Z reguły trafiali na stanowiska pełnomocników partyjnych, ewentualnie ich zastępców. Z kolei ci, których wchłonęły struktury ubeckie, kandydowali na stanowiska kierowników urzędów powiatowych, a nawet na kierowników wojewódzkich. Część z nich od razu rzucono na tzw. ziemie odzyskane i byli po trosze wszystkim: sekretarzami, ubekami, milicjantami. Jeśli przeżyli, kariera stała przed nimi otworem.

Gdzie trafił Czesław, niech sam opowie: „Po zakończeniu Centralnej Szkoły PPR miałem zamiar pójść na studia historyczne, ale po zbadaniu naszych życiorysów kierownictwo oceniło, że moim miejscem pracy partyjno-politycznej jest wojsko. Przekonano mnie, a ja wyraziłem zgodę”. Taką wersję generał przedstawił żonie, co zostało uwzględnione w jej ostatniej książce, z 2013 r. Jest jeszcze inna opowiastka na ten sam temat: „Zgłosiłem się z osobistego upodobania do służby wojskowej związanej z ładem, porządkiem i dyscypliną. Wielu rówieśników podobnie jak ja chciało bronić wyzwolonej Polski i dokonujących się w niej rewolucyjnych przeobrażeń. Zapał, energia, gorące serca, możliwość noszenia upragnionego munduru i broni — taka była nasza motywacja”. Jak widać, Kiszczak w zależności od aury politycznej mówił to, co było w danej chwili korzystniejsze, i zawsze miał w zanadrzu kilka wersji na ten sam temat10. Takim sposobem ktoś, kto o wojsku nic nie wiedział i nie miał żadnego przeszkolenia resortowego, trafił w jego szeregi. Miał głosić na chwałę partii słowo o Leninie i Stalinie, Marksie i Engelsie.

Jeśli mu wierzyć, to trafił do koszar na warszawskie Bielany. Moje wątp­liwości wynikają stąd, że nie ma o tym okresie służby wojskowej najmniejszej wzmianki w teczce personalnej. Ta żołnierka była widocznie jedynie krótkim, nieudanym epizodem. Generalnie III kurs w CSP PPR uznano za bardzo słaby. Taką opinię przedłożył tow. Zenon Kliszko na posiedzeniu sekretariatu KC PPR, dodając: „Około 30 procent spośród obecnych absolwentów nie kwalifikowało się swoim poziomem do szkoły”. O taki stan rzeczy Kliszko obwinił komitety wojewódzkie, które typowały kandydatów do szkoły. Takie też kadry zarządzały potem Polską Ludową.

4. Oficer bezpieki wojskowej

Stalinizm i terror są w zasadzie synonimami — charakteryzuje je ciąg­łe stosowanie bezmiernego gwałtu. Stąd komuniści ogniem i mieczem zwalczali wszelaką odmienność polityczną. Jörg Baberowski w Czerwonym terrorze ujął to tak: „Kto nie rozumiał języka bolszewików, odrzucał ich rytuały i wyznania wiary, stawał się wrogiem. Władza prześladowała nie tylko wroga klasowego, ale też piętnowała i deportowała mniejszości narodowe, jeśli tylko wydawały się jej wrogami […]. Stalinizm był cywilizacją nienawiści i resentymentu. Żył piętnowaniem i niszczeniem tych, których skazał na wykluczenie. Niszczycielski szał stalinizmu nie znał granic i nikt nie mógł ujść przed terrorem. W końcu nawet partia nie była już bezpiecznym miejscem, bo niszczyła samą siebie. To właśnie stalinizm kazał wprowadzić w czyn nieustanną destrukcję”. Ten koszmar stał się całym światem młodego Kiszczaka, począwszy od 1945 r. Z czasem generał dorzuci do niego też coś od siebie11. „Otrzymanie polskiego munduru, możliwość zdobycia gwiazdek oficerskich, to był nie tylko wybór polityczny, ale to był po prostu ogromny awans społeczny, równie ważny dla mnie, jak i dla mojego ojca. Do tego dochodziły moje własne przemyślenia związane z polityką”12.

7 listopada 1945 r. Czesław Kiszczak zameldował się w Wojskowej Komendzie Rejonowej nr 1 na warszawskiej Pradze. Jak podaje w różnych miejscach i w różnych wersjach — w charakterze ochotnika do wojska ludowego. Te różne wersje są zauważalne, zwłaszcza przy konfrontacji treści zawartych w teczce personalnej generała i dokumentacji pochodzącej z Urzędu Rady Ministrów, gdzie w latach 80. ewidencjonowano przebieg jego kariery. Możliwe, że taki stan rzeczy zdopingował Kiszczaka do tego, iż w pierwszej dekadzie obecnego wieku próbował dotrzeć do tej dokumentacji. Stąd jego wizyta w Archiwum Instytucji Centralnych MON w Modlinie. Na szczęście wspomniane dokumenty zostały wcześniej przerzucone do Archiwum IPN. A tam widocznie nie zamierzał się pokazywać.

Wróćmy do przerwanego wątku. Jeszcze tego samego dnia — jak wynika z zaświadczenia Departamentu Kadr MON w sprawie przebiegu służby wojskowej — Czesław zameldował się również w Oficerskiej Szkole Polityczno-Wychowawczej w Łodzi. Tu trafił na kolejny kurs trwający od 7 listopada do 18 grudnia 1945 r. To akurat tyle, by nauczyć się odróżniać łopatę od saperki, ale już armaty od działa za żadne skarby. Co ciekawe szkoła ta w nowych strukturach powstała raptem dzień wcześniej. Można więc sobie wyobrazić, jak wyglądało nauczanie w tej placówce nowomowy partyjnej. Przeszedł tu swoiste pranie mózgu. Tyle tylko że tym razem pod kątem potrzeb armii proletariackiej. Przy okazji miał też szansę liznąć co nieco wiadomości sensu stricto wojskowych.

Analiza programów tej „uczyliszcze” nie ma sensu. Od razu przyjęto stuprocentowy próg zdawalności na egzaminach końcowych. Aby taki wynik osiągnąć, oddział personalny szkoły i wydział propagandy podzielił przybyłych osiłków bolszewickich na tzw. pisatych i czytatych oraz na tych, którym szło to opornie. Tych ostatnich kierowano do tzw. batalionów kandydackich, gdzie dodatkowo szlifowali wspomniane umiejętności. W trakcie wstępnej selekcji znaleźli się jednak i tacy, których nie sposób było zakwalifikować do żadnej z tych grup. Znaleziono przecież rozwiązanie: „Jako zbyt słaby materiał na oficerów, a jednocześnie całkowicie pewny pod względem politycznym element, skierowaliśmy ich do Wojsk Wewnętrznych i Wydziału Bezpieczeństwa”. Byli więc idealni do łamania żeber przesłuchiwanym, skakania po nich buciorami, wbijania igieł pod paznokcie, wybijania zębów itp. W takich przypadkach ani czytanie, ani pisanie nie znajdowało przecież zastosowania.

Czesław miał dużo szczęścia, że jako syn chłopski dostał się do tej szkoły. Z założenia postanowiono werbować bowiem wyłącznie „element z ośrodków przemysłowych, politycznie konsekwentny, a także rozgarnięty”. W tym celu rozesłano instruktorów wydziału personalnego szkoły do wybranych regionów w kraju, m.in. do Zagłębia Węglowego, „Radomia i po ziemi radomskiej”, „Warszawy i Warszawy podmiejskiej” oraz do Łodzi i najbliższej okolicy. W czasie naboru ściśle współpracowano z lokalnymi organizacjami partyjnymi, które wskazywały kandydatów, „dając charakterystykę i poręczenie”. Nabór do szkoły pochodził z tzw. poboru demokratycznego. Co oznaczało, że byli to: „Najlepsi, najbardziej demokratyczni synowie ludu”. Tyle tylko że lud w tej sprawie nie miał nic do powiedzenia13.

Czesław przybył do wspomnianej szkoły jako pospolity cywil i taki ją opuścił. To, że w ankietach personalnych podaje, że był podchorążym, oznacza tylko tyle, że akurat miał kaprys tak się mianować — i zapisano to w aktach. Z pewnością częściej zwracano się do niego „towarzyszu”, co powszechnie praktykowano w bolszewickich uczelniach. Naprawdę Czesław nie posiadał żadnego stopnia wojskowego, nie składał przysięgi wojskowej ani nie miał wcześniej żadnego przeszkolenia wojskowego. Był zwyczajnym cywilem. Tymczasem jego późniejszy przyjaciel Wojciech Jaruzelski do gwiazdek oficerskich dochodził w pocie czoła. Przeznaczył na spełnienie swych marzeń — uwaga — aż ponad trzy miesiące, edukując się w sowieckiej szkole oficerskiej w Riazaniu. A że był kiepskim słuchaczem, wyszedł jedynie w stopniu chorążego. Absolwentów z lepszymi wynikami nauczania mianowano od razu podporucznikami. Ale to i tak było coś wobec wojskowych dokonań edukacyjnych Czesława, który w okresie kursu był podchorążym, a wyszedł jako cywil. Czy ktoś widział gdzieś jeszcze takie wojsko? Prawdziwy kabaret.

Opuszczając Łódź i szkołę oficerską, Czesław miał prawo tytułować się „pełnomocnikiem partyjnym”. Co to oznaczało? Otóż decyzją Biura Politycznego KC PPR z 31 października 1944 r. podjęto rezolucję „w sprawie sytuacji i pracy partii w wojsku”. W rezolucji sformułowano zadania dla pełnomocników: „Pełnomocnicy partyjni kontrolują działalność polityczną oraz zachowanie się żołnierzy i oficerów — członków partii — i informują ich drogą indywidualnych rozmów o sytuacji politycznej i nastawieniu partii”. Tym sposobem komuniści zawłaszczyli sobie wojsko, które stało się ich, a nie narodu. Warto o tym pamiętać, kiedy to wojsko będzie staczało regularne bitwy z własnym narodem. Oficerem takiego właśnie wojska postanowił zostać Czesław Kiszczak14. I cel osiągnął.

Wyobraźmy go sobie teraz w roli pełnomocnika partyjnego w jednostce wojskowej: przybywa do niej, nie ma nadal pojęcia o tym wojsku, wokół niego starzy wyjadacze frontowi, gdzieniegdzie jacyś fanatyczni komuniści z aparatu polityczno-wychowawczego, trochę przedwojennej kadry zawodowej na okrasę i młokosów po komunistycznych szkołach oficerskich. Gdyby przyszło mu wygłosić jakąś mowę na cześć i chwałę partii komunistycznej przed batalionem, prawdopodobnie zakończyłoby się to dla niego pełną kompromitacją. Ale chyba sam wiedział, że mówcą dobrym nigdy nie będzie, bo w tym charakterze długo nie zagrzał miejsca w wojsku ludowym.

Czesław Kiszczak omija ten temat w swoich życiorysach. W jednym z nich — zdeponowanym w aktach Urzędu Rady Ministrów — zamieszczono taką wersję tego okresu służby: „W dniu 7 listopada 1945 r. rozpoczął służbę w Ludowym Wojsku Polskim. W 1954 r. rozpoczął studia w Akademii Sztabu Generalnego”. A co było pomiędzy? Czyż nie był pełnomocnikiem partyjnym w wojsku? Nie służył w szeregach sowieckiej bezpieki wojskowej zwanej Informacją Wojskową? Gdzieś to wyparowało z akt przebiegu służby wojskowej. Możliwe, że w tym czasie służył we wspomnianych koszarach na Bielanach w Warszawie, ale w zupełnie innym charakterze. Otóż na Bielanach i na ulicy Wspólnej w Warszawie Sowieci tworzyli pierwsze zalążki przyszłej Szkoły Oficerów Informacji, ale o szkoleniu w warunkach panujących na Bielanach nie było wówczas mowy. Pomieszczenia koszarowe były remontowane, brakowało wykładowców. Szkolono więc w myśl zasady, że najlepszym nauczycielem jest praktyka. Jak to ktoś ujął: „Codzienny kontakt czekistów z wrogą działalnością”. Podrywano więc kolejne zastępy zdezorientowanych janczarów do akcji pacyfikacyjnych w stolicy, bo niczego więcej na Bielanach nie sposób było od nich wymagać. O nauczaniu ex cathedra nie było mowy. Nie zapominajmy też, że w tym czasie stolica była pełna enkawudzistów i zbirów ze sławetnego sowieckiego „Smiersza”, którzy nieustannie polowali na żołnierzy Armii Krajowej i innych „wrogów ludu”. Na Bielanach młodych czekistów nie nauczono niczego. Czuli się wykorzystani przez Sowietów. To musiało uwierać Kiszczaka, bo zrobił wiele, by ten etap kariery nie ujrzał światła dziennego15.

Po miesiącu zabrali go z Bielan i w pośpiechu skierowali na kurs do Oficerskiej Szkoły Polityczno-Wychowawczej w Łodzi. Widocznie się sprawdził, skoro postawili na niego. W tym czasie mocno dawała znać o sobie chłopska natura Czesława. Nie stawiał na finezję i siłę argumentów, a raczej na zamordyzm, prąc na skróty do wytyczonego celu. Było mu coraz bliżej do sowieckich enkawudzistów i kontrwywiadowców ze „Smiersza”, z którymi już wkrótce miał się ostatecznie zbratać.

Miejscem idealnym dla młodego Czesława okazała się sowiecka Informacja Wojskowa, gdzie wiarę w komunizm wbijano do głów opornym nogą od krzesła, niekiedy całym taboretem. W jego aktach osobowych zachował się raport skierowany do szefa Głównego Zarządu Informacji WP płk. Jana Rutkowskiego, kiedy Kiszczak po raz pierwszy zastukał do bram tej instytucji (pisownia oryginalna): „Niniejszym proszę Obywatela Pułkownika o przyjęcie mnie do pracy w Organach Informacji Wojska Polskiego. Prośbę swą motywuję tym, że będąc gorącym zwolennikiem Demokracji, pragnę w jak najbardziej wydatni sposób przyczynić się do utrwalania Demokratycznego ustroju Państwa Polskiego i do zwalczania wrogich elementów. Podpis: Kiszczak Czesław”16. W raporcie zwraca uwagę napisanie z dużej litery wyrazu „Demokracja”, z którą ta bezpieka wojskowa nigdy nie miała nic wspólnego. Znajdujemy też w nim odpowiedź na pytanie, po co się tu zgłosił. Jak sam podał, pragnął: „przyczynić się do zwalczania wrogich elementów”, czyli tej najwartościowszej części narodu polskiego, nieakceptującej komunizmu i sowieckich okupantów.

Tym posunięciem Czesław przybliżył się do zdobycia wymarzonych gwiazdek oficerskich. Jak wynika z kwestionariusza przebiegu służby w LWP, do Informacji Wojskowej wstąpił 18 grudnia 1945 r., a naznaczony na stanowisko został w styczniu 1946 r. Nie do końca odpowiada to prawdzie. Potwierdza to wyciąg z Rozkazu Szefa GZI WP nr 7 z 23.01.1946 r.: „Naznaczyć Kiszczaka Czesława s. Jana na stanowisko zastępcy oficera informacyjnego Pierwszej Sekcji drugiego Wydziału GZI WP — nowo przyjętego z dnia 1.01.1946 roku”. Dokument podpisał wspomniany wcześniej szef GZI WP płk Jan Rutkowski. Nowo przyjętym zajął się szef Wydziału Personalnego GZI ppłk Cyryl Pogrebnia, oficer sowiecki. Tak naprawdę to Sowieci decydowali o tym, kto mógł dostąpić „zaszczytu służby”. Przyjęcie na stanowisko zastępcy oficera oznaczało terminowanie u boku sowieckiego czekisty. Innych tam prawie nie było.

Od pierwszych dni służby w bezpiece wojskowej Kiszczak podawał się za oficera, co potwierdzają jego ankiety personalne. Mijał się z prawdą. Niecałe pół roku później otrzymał stopień porucznika i etat kapitański. Darowano mu wysługę lat w stopniach chorążego i podporucznika. Czym się tak zasłużył, nie zdołałem ustalić. Przeanalizowałem rozkazy szefa tej instytucji za rok 1946 — nie znalazłem w nich ani jednej wzmianki o Czesławie Kiszczaku. Poniekąd wynika to stąd, że ta część przebiegu jego służby została zwyczajnie wyczyszczona na polecenie zainteresowanego. Nie był to odosobniony przypadek, gdyż pozostali prominentni czekiści czynili podobnie. W sumie zniknęło blisko 90 procent akt archiwalnych Informacji Wojskowej. Z pozostałych 10 procent nie wszystko da się złożyć w logiczną całość. W tej zamkniętej enklawie sowieccy przełożeni mogli sobie pozwolić na wiele. Mianowali go porucznikiem, choć nie miał ukończonej żadnej szkoły oficerskiej. Takim to sposobem w wieku niespełna 21 lat cywil Czesław stał się porucznikiem sowieckiej bezpieki wojskowej.

Zapamiętajmy ten dzień — 2.07.1946 r. — to, kto go awansował i gdzie trafił z własnej woli. Do końca jego kariery resortowej w ankiecie personalnej przebiegu służby w rubryce: „wyszkolenie wojskowe” od zawsze było puste miejsce. Po prostu nie było czego tam wpisać17.

Z wnioskiem o awans wystąpił już pięć miesięcy później szef Wydziału II GZI WP płk Ignacy Krzemień. We wniosku stwierdził: „Obowiązkowy, zdolny, pracowity i koleżeński. Dobrej prezencji, zdyscyplinowany, taktowny. W okresie swej pracy w Głównym Zarządzie Informacji WP zyskał pełne zaufanie przełożonych. Z uwagi na swoją wyjątkową pracowitość i osiągnięcia w pracy zasługuje w pełni na stopień porucznika. Szczery i uświadomiony demokrata”. W załączonym wniosku odnajdujemy kilka większych i mniejszych kłamstewek. W rubryce wykształcenie podano — „7 klas szkoły powszechnej i 1 klasa”. Ktoś to wkrótce dostrzegł, proponując porównać ten zapis z drukiem nr 6. A tam wyraźnie było napisane, że pierwszej klasy gimnazjum nie ukończył. Podobnie zakłamywał rzeczywistość Wojciech Jaruzelski. Od początku karier towarzyszył im przerost ambicji nad umiejętnościami18.

W tym samym miesiącu, w którym Kiszczak fetował swój oficerski awans, zapadły dwa wyroki śmierci na maszynistki z GZI WP. Dziewczyny miały po 23 i 24 lata. Nie ulega wątpliwości, że były mu znane. Pracowały w tym samym gmachu w newralgicznych miejscach. Pierwsza z nich, Krystyna Milczarek — w dokumentach widnieje też jako Kazimiera Mielczarek — była maszynistką w Kancelarii Ogólnej GZI. Od listopada 1945 do maja 1946 r. wspólnie z Barbarą Niemczuk, żołnierzem AK, ps. „Hajduczek”, również maszynistką z Wydziału Personalnego GZI — działały w komórce wywiadowczej „Wernyhora”, która wchodziła w skład Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP). Wyrok wykonano 28 sierpnia, w siedzibie GZI WP przy ulicy Chałubińskiego. Nie zdołałem ustalić, w jaki sposób zginęły19.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Pierwsze wzmianki dotyczące nauczania we wsi Roczyny pochodzą z 1885 r. Nauka odbywała się w wynajętym budynku. Początkowo mieszkańcy gminy posyłali dzieci do szkoły tylko w porze zimowej, latem były niezbędne w pracach na polu, stąd nauka kończyła się z nadejściem wiosny. Murowaną szkołę zaczęto budować w maju 1890 r. i oddano ją do użytku 2.09.1891 r. Siedem lat później przekształcono szkołę w dwuklasową, a w 1913 w czteroklasową. Kolejną reorganizację przeprowadzono 1.01.1925 r., kiedy to powstała szkoła sześcioklasowa zwana Publiczną Szkołą Powszechną. Od 1932 r. była to już szkoła siedmioklasowa. W tym samym roku Czesław Kiszczak rozpoczął tam naukę.

2 W 1935 r. postanowiono zbudować Dom Katolicki w Roczynach. Mieszkańcy ofiarowali ziemię pod budowę i społecznie przystąpili do wznoszenia świątyni. Sprawie patronował ks. Marian Łączka, ówczesny wikariusz parafii andrychowskiej. Poświęcenie budynku nastąpiło 9.08.1936 r., dzwon do niego ufundował arcyksiążę Habsburg z Żywca. Rozwój budowy kościoła zahamowała wojna. Gdy do władzy doszli komuniści, o zgodzie na budowę kościoła nie było co marzyć, a jednak mieszkańcy wsi postawili na swoim. Pozwolenie na budowę wywalczyli dopiero pod koniec lat 70. Ksiądz Jan Nowak przypłacił to życiem i zmarł w trakcie budowy w 1982 r. Doczekał jednak wizyty kardynała Karola Wojtyły, który 17.09.1978 r. wmurował kamień węgielny pod budowę kościoła. W 1979 r. komuniści pozwolili utworzyć w Roczynach parafię. W maju 1982 r. kardynał Franciszek Macharski dokonał poświęcenia całego kościoła. W. Bereś, J. Skoczylas, Generał Kiszczak mówi… prawie wszystko, Warszawa 1991, s. 12; M.T. Korzonkiewicz-Kiszczak, Magia mojego życia, Warszawa 2010, s. 18.

3 L. Kowalski, Jaruzelski, Generał ze skazą: biografia wojskowa generała armii Wojciecha Jaruzelskiego, Poznań 2012, s. 9-182.

4 Przytoczę pozycję, którą gen. Kiszczak z pewnością miał w swej domowej bibliotece: Polski ruch oporu 1939-1945, red. nauk. B. Kobuszewski, P. Matusak, T. Rawski, Warszawa 1988, gdzie na stronach 310-499 zostały zaprezentowane zbrojne organizacje podziemne m.in. na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim oraz na terenie Małopolski, gdzie tacy młodzi ludzie jak wówczas Czesław z bronią w ręku zmagali się w bojach z Niemcami. Kraków i Planty można było sobie darować. Potwierdza to również M. Starczewski, Ruch oporu na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, Katowice 1989, s. 167-207.

5 Oto fragment opinii z wniosku awansowego z 15.09.1979 roku, przy okazji mianowania na stopień generała dywizji: „Gen. bryg. Kiszczak przeszedł długą partyjną i żołnierską drogę. W okresie wojny aktywny w komunistycznym, antyfaszystowskim ruchu oporu”. Podpisał minister obrony narodowej gen. armii W. Jaruzelski. To taka sama prawda jak to, że Jaruzelski brał udział w walkach o Berlin w 1945 r. Gdy tymczasem po raz pierwszy zobaczył Berlin w czerwcu 1945 r., będąc uczestnikiem wycieczki zorganizowanej przez macierzysty pułk. Co nie przeszkadzało mu obnosić się z „Medalem za udział w walkach o Berlin”, jaki pozwolił sobie nadać 3.09.1967 r. Tak podkręcało się właśnie kombatanctwo za czasów PRL-u, zob. L. Kowalski, Generał ze skazą: biografia wojskowa gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego, Warszawa 2001, s. 110.

6 B. Gąsienica-Staszeczek, Partie komunistyczne i robotnicze. Informator, Warszawa 1975, s. 88; P. Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944, Warszawa 2002, s. ­407-420; M.T. Korzonkiewicz-Kiszczak, Twórca zmian, op. cit., s. 9.

7 CSP PPR powstała jesienią 1944 r. w Lublinie. Była to decyzja KC PPR ujęta w uchwale z października 1944 r. (zob. Rezolucja przyjęta na posiedzeniu Biura Politycznego KC PPR w dniu 24.11.1944 r.). CSP rozpoczęła działalność organizacyjną 4 grudnia. Zaplanowano przyjęcie 150 słuchaczy, a okres nauki przewidziano na dwa miesiące. I kurs nauczania rozpoczął się 20.11.1944 r. i trwał do 20.01.1945 r. Faktycznie zdołano zebrać wówczas około 100 słuchaczy. Zajęcia odbywały się w jednopiętrowym domu, będącym przed wojną własnością rodziny właściciela fabryki. Dyrektorem szkoły został zasłużony działacz komunistyczny Tadeusz Daniszewski (Dawid Kiszbraum). Wiosną 1945 r. CSP została przeniesiona do Łodzi, bastionu klasy robotniczej, gdzie przydzielono szkole duży czteropiętrowy budynek przy al. Kościuszki 65. To tu właśnie trafił Czesław Kiszczak. Zob. A. Kochański, Protokoły posiedzeń Biura Politycznego KC PPR 1944-1945, Warszawa 1992, s. 63; A. Kochański, Protokoły posiedzeń Sekretariatu KC PPR 1945-1946, Warszawa 2001, s. 67, 71, 114, 131, 137, 148, 218, 252, 313, 323.

8 Wystarczy przeczytać wywiad Teresy Torańskiej z Celiną Budzyńską — ze składu kolektywnego kierownictwa CSP — by zdać sobie sprawę, jak nieludzkim krajem był Związek Sowiecki. Celina Budzyńska w Kraju Rad straciła męża, a córki szukała przez długie lata. Inna z tego grona, Regina Kobryńska (Zofia Cytron), zwana „Szaloną Reginą”, była fanatyczną komunistką. Po przejściach w ZSRS zapadła na chorobę psychiczną. Dopiero w 1931 r. nauczyła się mówić po polsku. Kolejna to Jadwiga Siekierska, absolwentka Instytutu Czerwonej Profesury w Moskwie. Wraz z Budzyńską spędziły osiem lat w łagrze, w tym siedem lat na wspólnej pryczy. Siekierskiej Sowieci zamordowali męża i rozstrzelali siostrę, mimo zaawansowanej ciąży. W skład kierownictwa CSP wchodziła także Romana Granas, narodowości żydowskiej. Miała 15 lat, kiedy wstąpiła do KPP, absolwentka Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej w Moskwie, członkini WKP(b) i pracownica NKWD. Te kobiety zostały wyprane z wszelkiej polskości, ogłupione ideologią bolszewicką. W kierownictwie szkoły był również Aleksander Cichocki, zagorzały komunista. On jeden nie zaznał smaku życia na nieludzkiej bolszewickiej ziemi. Był więźniem Auschwitz i Buchenwaldu. Zob. T. Torańska, Byli, Warszawa 2012, s. 74-181; B. Cichocki, K. Jóźwiak, Najważniejsze są kadry. Centralna Szkoła Partyjna PPR/PZPR, Warszawa 2006, s. 51-72.

9 Liczba wyedukowanych komunistów w CSP PPR od grudnia 1944 r. do grudnia 1948 r., czyli do powstania PZPR, wyniosła 3242 osoby. Z czego 1823 osoby ukończyły kurs zasadniczy taki jak Czesław, a 1419 osób kursy dodatkowe. B. Cichocki, K. Jóźwiak, Najważniejsze są kadry, op. cit., s. 74.

10 Jest jeszcze inna opowiastka na ten sam temat: „Zgłosiłem się z osobistego upodobania do służby wojskowej związanej z ładem, porządkiem i dyscypliną. Wielu rówieśników podobnie jak ja chciało bronić wyzwolonej Polski i dokonujących się w niej rewolucyjnych przeobrażeń. Zapał, energia, gorące serca, możliwość noszenia upragnionego munduru i broni — taka była nasza motywacja”. Jak widać, wybitny czekista zawsze ma w zanadrzu kilka wersji na ten sam temat. A. Kępiński, Z. Kilar, Kto jest kim w Polsce. Inaczej, cz. 2, Warszawa 1986, s. 216.

11 J. Baberowski, Czerwony terror. Historia stalinizmu, Warszawa 2009, s. 7-8.

12 W. Bereś, J. Skoczylas, Generał Kiszczak mówi…, op. cit., s. 15.

13 Informacja o nastrojach 1944-1945. Sprawozdanie GZP-W WP za grudzień 1944-luty 1945, Archiwum IPN BU, sygn. 2386/17191.

14 Ibidem, s. 281; T. Konecki, Zawodowe szkolnictwo Ludowego Wojska Polskiego w pierwszym powojennym dziesięcioleciu, „Wojskowy Przegląd Historyczny (WPH)”1974, nr 2, s. ­327-358; W. Jurgielewicz, Organizacja szkół i kursów oficerskich ludowego Wojska Polskiego (sierpień ­1944-maj 1945 r.), „WPH” 1968, nr 3, s. 192-207; B. Krasiewicz, Problemy rozwoju szkolnictwa wojskowego w latach 1943-1978, „WPH” 1978, nr 3, s. 102-131.

15 Wśród pierwszych odnotowanych Sowietów i polskich czekistów w tej szkole znaleźli się m.in.: ppłk Matiuszyn, kpt. P. Lubina, mjr P. Karalun, por. L. Fuks, mjr W. Puszkow, mjr T. Ruchajło, ppor. J. Hołod, ppor. R. Łakoch, plut. pchor. T. Kurowski, sierż. J. Margules, sierż. M. Aremba. Kronika Ośrodka Szkolenia WSW. Archiwum IPN BU, sygn. 2386/24583; B. Cyborski, Zarys historii WSW w latach 1971-1973, praca magisterska, Wojskowa Akademia Polityczna. IPN BU, sygn. 00450/134; Z. Duda, Organizacja i zarys działalności organów Informacji Wojska Polskiego w latach 1943-1948, praca magisterska, Wojskowa Akademia Polityczna. IPN BU, sygn. 00450/133.

16 Siły Zbrojne PRL. Zeszyt Ewidencyjny. Kiszczak Czesław, s. Jana. Archiwum IPN BU, sygn. 2174/7098, k. 82.

17 Zastępca szefa GZI WP płk Anatol Fejgin, wyjątkowy oprawca pochodzenia żydowskiego, tak oceniał młody narybek: „W ciągu kilku miesięcy, nie dysponując żadnym, nawet podstawowym wykształceniem, można było zostać oficerem. Wypuszczano masowe zastępy nowych, młodych, w większości bardzo oddanych sprawie, ale co tu dużo mówić, głupich oficerów. Pomyślcie, jaką szansą było uzyskanie stopnia oficerskiego przez ludzi, którzy w innych warunkach doszliby co najwyżej do sierżanta i to pod koniec życia. A tu dwa, trzy miesiące i już pierwsze gwiazdki zdobią pagony. Ci ludzie musieli być wdzięczni partii i władzy ludowej do końca życia za nieoczekiwany awans. Było to dla nich zrealizowanie marzeń o gwiazdce z nieba. I ci ludzie przeważnie pozostawali wierni, nie zmieniali zdania nawet wówczas, gdy partia je częściowo zmieniała. Trwali na swych posterunkach w roku 1956, 1968, 1970, 1980, 1981… Zawsze słuchali głosów przywódców partii”. H. Piecuch, Spotkania z Fejginem: zza kulis bezpieki, Warszawa 1990, s. 112-113.

18 Siły Zbrojne PRL. Zeszyt Ewidencyjny. Kiszczak Czesław, s. Jana. Archiwum IPN BU, sygn. 2174/7098.

19 Siedziba GZI WP przy ul. Chałubińskiego 3 przypominała miejski łagier lub też dzielnicową zonę wydzieloną z miasta stołecznego Warszawy. Pod tym samym adresem mieściły się więzienie wewnętrzne i areszt prewencyjny. Do więziennych lochów przechodziło się łącznikiem na drugim piętrze. Z kolei w Ciechanowie bezpieka wojskowa miała swój przejściowy obóz specjalny, który zabezpieczał 1. samodzielny batalion ochrony pod dowództwem mjr. Teodora Ruchajły. Głównej siedziby GZI strzegł skład osobowy wydzielony z 6. samodzielnego batalionu wartowniczego. Komendantem wojskowym GZI był kpt. Marian Cimoszewicz, administratorką bloku mieszkalnego kadry zawodowej jego żona Teresa — rodzice Włodzimierza Cimoszewicza. Obok gmachu były garaże i park samochodowy, głównie z samochodami amerykańskimi, niemieckimi i francuskimi (na 28 samochodów tylko dwa były sowieckie). Obok były magazyny, warsztaty, ambulatorium oraz biuro przepustek. Do bieżących prac porządkowych wykorzystywano jeńców niemieckich. Niemki był też służącymi w domach co znamienitszych zbrodniarzy z GZI WP. Praca w zarządzie rozpoczynała się od godz. 8.00 i trwała do 17.00, z przerwą obiadową pomiędzy 13.00 a 14.00, w soboty od 8.00 do 14.00. Niekiedy te ustalenia zmieniano. Nie dotyczyło to Wydziału Śledczego, który katował swe ofiary 24 godziny na dobę. Krzyk niósł się daleko. W górnej części budynku głównego i w sąsiednim przy ul. Chałubińskiego 3a i 3b znajdowały się mieszkania służbowe, gdzie ubecy wojskowi po pracy wypoczywali z żonami i dziećmi. Kawalerów grupowano po kilku w pokojach ze wspólną kuchnią, podobnie było z pannami, najczęściej maszynistkami. GZI uruchomiło również doraźne liceum ubeckie. Nauka tam odbywała się w czwartki i piątki w godzinach od 16.00 do 19.00. Porucznik Kiszczak próbował zostać absolwentem tej siermiężnej szkółki ubeckiej, ale nawet tej nie zdołał ukończyć. Teczka Rozkazów Szefa GZI WP (3.01-10.12.1948). Archiwum IPN BU, sygn. 2386/17718; Teczka Rozkazów Szefa GZI WP (5.01-31.12.1949 r.). Archiwum IPN BU, sygn. 2386/17724; Teczka Instrukcji Szefa GZI WP za 1950 r. Archiwum IPN BU, sygn. 2386/17772; T. Swat, Przed Bogiem i historią. Księga ofiar komunistycznego reżimu w Polsce lat 1944-1956: Mazowsze, Warszawa 2003, s. 217; Informacja specjalna dla Naczelnego Dowódcy WP marsz. M. Żymierskiego. Pismo szefa GZI WP płk. Rutkowskiego z 1946 r. (brak dokładnej daty) w sprawie śledczej przeciwko agentkom wywiadu nielegalnej organizacji antypaństwowej pt. „Konspiracyjne Wojsko Polskie”. Archiwum IPN BU, sygn. 2386/17274.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

„Czekiszczak” Biografia gen. broni Czesława Kiszczaka DODRUK Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego a Żołnierze Wyklęci. Walka z podziemiem antykomunistycznym w latach 1944-1956 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego