Uwiedź mnie

Uwiedź mnie

Autorzy: Abbi Glines

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.47 zł

Gorąca buntowniczka i przystojny brat gwiazdy rocka. Czy mają szansę na wspólną przyszłość?

Jason Stone nie chce dłużej żyć w cieniu swojego brata. Wyjeżdża do Sea Breeze, żeby odpocząć i oderwać się od nudnego życia. Na jego drodze pojawia się piękna Jess z… kijem baseballowym w ręku.

Jess jako córka striptizerki zawsze była zdana tylko na siebie. Po burzliwym związku dziewczyna postanawia skończyć szkołę i znaleźć pracę, by rozpocząć nowe życie. Wtedy poznaje Jasona…

Czy namiętność przezwycięży przeciwności losu?

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Mis­be­ha­ving

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Bień­kow­ska

Re­dak­cja: Ewa Ko­si­ba

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Skład: IMK

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Jes­si­ca Han­del­man

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki: Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scy

Zdję­cie na okład­ce: © 2014 Mi­cha­el Frost

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Wa­lus

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Text co­py­ri­ght © by 2014 Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-112-7

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Wszyst­kim tym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom, któ­rzy chcie­li, że­bym stwo­rzy­ła po­stać „złej dziew­czy­ny”.

Ta książ­ka jest dla Was.

– Roz­dział I –

Jess

Po­win­nam być mą­drzej­sza. Ale oka­za­łam się idiot­ką. Wy­star­czy­ło, żeby Hank za­trze­po­tał ża­ło­śnie rzę­sa­mi i wy­dął war­gi, a ja już do nie­go pę­dzi­łam jak ta głu­pia. Ale już do­syć. Wy­ba­czy­łam mu, że zro­bił dziec­ko in­nej dziew­czy­nie. Jed­nak na­wet moja wy­ro­zu­mia­łość ma swo­je gra­ni­ce.

To już ostat­ni nu­mer, jaki wy­ciął mi Hank Gran­ger. Nie bę­dzie wię­cej mną po­mia­tać. Mama nie tak mnie wy­cho­wa­ła. Nie mogę dłu­żej po­zwa­lać, żeby na­sza wspól­na prze­szłość wpły­wa­ła na moje emo­cje. On ni­g­dy nie sta­nie się praw­dzi­wym męż­czy­zną. Chło­pak, któ­ry był moją pierw­szą mi­ło­ścią, wy­rósł na pod­łe­go dra­nia. Ni­g­dy się nie ustat­ku­je, a ja mia­łam już dość: nie bę­dzie wię­cej dep­tał mo­ich uczuć!

My­ślał, że jest spryt­ny, bo za­par­ko­wał swo­je­go od­pi­co­wa­ne­go pick-upa na ty­łach baru. Ale je­śli są­dził, że go tam nie za­uwa­żę, to się gru­bo po­my­lił. Kre­tyn. Zna­la­złam go bez pro­ble­mu. Mie­li­śmy ra­zem wyjść dziś wie­czo­rem. Obie­cał, że za­bie­rze mnie na ko­la­cję. Na rand­kę z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Ale dwie go­dzi­ny temu za­dzwo­nił i od­wo­łał na­sze spo­tka­nie, twier­dząc, że źle się czu­je. Jako od­da­na dziew­czy­na po­sta­no­wi­łam, że ugo­tu­ję zupę i mu ją za­wio­zę. A tu nie­spo­dzian­ka: nie było go w domu. Wła­ści­wie wca­le się nie zdzi­wi­łam. My­ślę, że w głę­bi ser­ca wie­dzia­łam, że kła­mie.

Wy­szłam spo­mię­dzy drzew, wśród któ­rych szłam przez pra­wie dwa ki­lo­me­try, i prze­mknę­łam na tył lo­kal­ne­go baru o na­zwie Live Bay. Nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek zo­ba­czył tu dzi­siaj mo­je­go pick-upa. Zresz­tą pie­szo ła­twiej się po­ru­szać i skryć w ciem­no­ści, gdy­bym mu­sia­ła ucie­kać w po­śpie­chu.

W dło­niach ści­ska­łam kij ba­se­bal­lo­wy, któ­ry po­ży­czy­łam od mo­je­go ku­zy­na Roc­ka przed dwo­ma ty­go­dnia­mi, kie­dy mu­sia­łam je­chać po mamę do pra­cy, bo jej wóz nie chciał za­pa­lić. O trze­ciej nad ra­nem pod klu­bem ze strip­ti­zem nie jest szcze­gól­nie bez­piecz­nie. Mama mia­ła pi­sto­let, ale ja nie wie­dzia­łam, jak się nim po­słu­gi­wać. Kie­dy ją po­pro­si­łam, żeby mnie na­uczy­ła, za­czę­ła się śmiać i po­wie­dzia­ła, że nie może tego zro­bić, bo skoń­czy­ło­by się na tym, że pew­nej nocy w ata­ku fu­rii od­strze­li­ła­bym Han­ko­wi jaja. Od­mó­wi­ła nie dla­te­go, że ża­ło­wa­ła Han­ka, ale nie chcia­ła, że­bym tra­fi­ła do wię­zie­nia. Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc w dło­niach cię­żar kija ba­se­bal­lo­we­go. Ten ka­wał drew­na wy­rzą­dzi za chwi­lę po­waż­ne szko­dy. Mia­łam też w kie­sze­ni scy­zo­ryk. La­kier rów­nież dia­bli we­zmą, a je­śli tyl­ko zdą­żę, prze­bi­ję mu wszyst­kie czte­ry opo­ny.

Kie­dy ob­cho­dzi­łam na­oko­ło wóz, na któ­ry przez czte­ry ostat­nie lata chu­chał i dmu­chał, trak­tu­jąc go nie­mal jak dziec­ko, ogar­nę­ło mnie po­czu­cie mocy. Tyle razy mnie skrzyw­dził. A te­raz to ja za­mie­rza­łam wy­rzą­dzić krzyw­dę jemu. Ja. Nie Rock. Ja.

Ro­zej­rza­łam się w ciem­no­ści, żeby spraw­dzić, czy ni­ko­go tu nie ma. Roz­bi­ja­nie szyb na­ro­bi tro­chę ha­ła­su. Nie by­łam pew­na, ile zdą­żę zdzia­łać, za­nim ktoś mnie przy­ła­pie. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że miej­sco­wy ze­spół, Jack­down, za­ba­wi wszyst­kich na tyle sku­tecz­nie, że nikt nie wyj­dzie z baru w naj­bliż­szym cza­sie.

Z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc okrzyk zwy­cię­stwa, któ­ry ci­snął mi się na usta, sta­nę­łam moc­no na no­gach i za­mach­nę­łam się ki­jem, mie­rząc w szy­bę drzwi od stro­ny kie­row­cy. Tę za­mie­rza­łam roz­trza­skać jako pierw­szą. Ude­rzy­łam na­pę­dza­na całą wście­kło­ścią i bó­lem, tra­wią­cy­mi mnie od chwi­li, gdy od­kry­łam, że chło­pak, któ­re­go ko­cha­łam od dzie­sią­te­go roku ży­cia, zdra­dza mnie na pra­wo i lewo. Twarz za­sła­nia­ła mi ko­mi­niar­ka. Nie by­łam w sta­nie dłu­żej tłu­mić śmie­chu wzbie­ra­ją­ce­go mi w pier­si, kie­dy tłu­kłam ko­lej­ne szy­by jego wy­chu­cha­ne­go pick-upa.

Upo­jo­na ra­do­ścią ze­msty wy­ję­łam z kie­sze­ni scy­zo­ryk i otwo­rzy­łam go. Po­sta­no­wi­łam ostrym czub­kiem noża wy­dra­pać w la­kie­rze kil­ka słów, po czym schy­li­łam się, żeby wbić ostrze w przed­nią opo­nę.

– Hej! – roz­legł się tu­bal­ny głos.

Za­mar­łam. To nie był Hank, ale jed­nak ktoś.

Pod­nio­słam z zie­mi kij ba­se­bal­lo­wy i wy­cią­gnę­łam nóż z opo­ny, po czym pu­ści­łam się bie­giem w stro­nę lasu. Ni­g­dy mnie nie zła­pie, mu­sia­łam jed­nak zdjąć tę głu­pią ko­mi­niar­kę, żeby le­piej wi­dzieć. Wpad­nię­cie na drze­wo i utra­ta przy­tom­no­ści to nie był naj­lep­szy plan uciecz­ki.

Tu­pot stóp na chod­ni­ku ostrzegł mnie, że je­stem ści­ga­na. Cho­le­ra! Nie tego było mi trze­ba. A tak do­brze się ba­wi­łam. Hank za­słu­żył so­bie na to. Na­praw­dę. Był pod­łym oszu­stem. Nie chcia­łam z tego po­wo­du tra­fić do wię­zie­nia. No i mama by się wku­rzy­ła.

– Hej! – Zno­wu usły­sza­łam ten tu­bal­ny głos. Cze­go on się spo­dzie­wał? Że sta­nę i po­zwo­lę mu się zła­pać? Nie­do­cze­ka­nie!

W od­da­li roz­le­gły się jesz­cze inne gło­sy. Su­per. Ścią­gnął całe tłu­my. Ze­szłam ze ścież­ki, któ­rą bie­głam, i skrę­ci­łam głę­biej w las. Ale to schro­nie­nie za chwi­lę mia­ło mieć swój kres. Jesz­cze kil­ka me­trów i do­trę do bocz­nej dro­gi. Nie mo­głam wsiąść do swo­je­go pick-upa, bo zo­sta­wi­łam go przed do­mem, w któ­rym miesz­ka­łam z mamą. Chcia­łam, żeby wszy­scy my­śle­li, że cały czas tam wła­śnie je­stem. Będę mu­sia­ła da­lej dra­ło­wać na pie­cho­tę i zro­bić wszyst­ko, żeby nikt mnie nie do­go­nił. A niech to!

Nie sły­sza­łam od­gło­su ni­czy­ich kro­ków, więc albo ich zgu­bi­łam, albo byli uta­len­to­wa­ni w dzie­dzi­nie pod­kra­da­nia się. Do­tar­łam na skraj lasu i za­trzy­ma­łam się na po­bo­czu dro­gi. Była pu­sta.

Obej­rza­łam się za sie­bie, ale ni­ko­go nie zo­ba­czy­łam. Hank pew­nie się do­my­śli, kogo szu­kać, ale nie bę­dzie miał do­wo­du. Uśmiech­nę­łam się i ode­tchnę­łam głę­bo­ko. Mię­dzy nami wszyst­ko skoń­czo­ne. Wresz­cie. Po tym, co zro­bi­łam, Hank ni­g­dy mi nie wy­ba­czy, więc nie bę­dzie mnie kor­ci­ło, żeby do nie­go wró­cić. Znie­na­wi­dzi mnie te­raz rów­nie moc­no, jak ja jego.

– JESS! – Roz­po­zna­łam wrzask Han­ka. Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie. Nie zo­ba­czy­łam go, usły­sza­łam jed­nak, że bie­gnie za mną przez las. Cho­le­ra. Cho­le­ra. Cho­le­ra. Ści­gał mnie. Jak to moż­li­we, że zo­rien­to­wał się tak szyb­ko? W pa­ni­ce roz­glą­da­łam się wo­kół, głów­ku­jąc, do­kąd mo­gła­bym po­biec, żeby się ukryć. Nie było nic, tyl­ko dro­ga cią­gną­ca się przez wie­le ki­lo­me­trów. Żad­nych do­mów – nic.

Zza za­krę­tu wy­ło­ni­ły się przed­nie świa­tła ja­kie­goś sa­mo­cho­du, a ja zro­bi­łam je­dy­ne, co mi przy­szło do gło­wy: wy­bie­głam na śro­dek dro­gi i za­czę­łam dzi­ko wy­ma­chi­wać rę­ka­mi, na­dal trzy­ma­jąc kij Roc­ka.

Sa­mo­chód za­czął zwal­niać i wy­łą­czył dłu­gie świa­tła. Dzię­ki Bogu.

Za­raz… czy to po­rsche? Co u dia­bła?

Ja­son

Wi­dzia­łem tyl­ko dziew­czy­nę w opię­tym czar­nym stro­ju i z bu­rzą dłu­gich ja­snych wło­sów. Sta­ła na środ­ku dro­gi i… trzy­ma­ła w ręku kij ba­se­bal­lo­wy. Ta­kie rze­czy zda­rza­ły się tyl­ko w Ala­ba­mie. Uda­ło mi się za­trzy­mać, za­nim ją roz­je­cha­łem, i pa­trzy­łem, jak pod­bie­ga do drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra i puka w szy­bę. Jej błęd­ny, prze­peł­nio­ny pa­ni­ką wzrok mógł­by mi się wy­dać nie­po­ko­ją­cy, gdy­by nie mia­ła ta­kich przej­rzy­stych ja­sno­nie­bie­skich oczu, ocie­nio­nych gę­sty­mi czar­ny­mi rzę­sa­mi. Wci­sną­łem gu­zik od­blo­ko­wu­ją­cy drzwi, a ona otwo­rzy­ła je gwał­tow­nie i wsia­dła do środ­ka.

– Jedź! Jedź! Jedź! – za­żą­da­ła. Na­wet nie po­pa­trzy­ła w moją stro­nę. Cały czas wy­glą­da­ła przez okno. Spoj­rza­łem na po­bo­cze dro­gi, w któ­re wpa­try­wa­ła się w ta­kim na­pię­ciu. Nic tam nie było… Na­gle z lasu wy­padł ja­kiś fa­cet z gry­ma­sem wście­kło­ści na twa­rzy i wszyst­ko zro­zu­mia­łem. Nic dziw­ne­go, że była prze­ra­żo­na. Fa­cet był po­tęż­ny i wy­raź­nie go­to­wy ko­goś za­mor­do­wać.

Wrzu­ci­łem bieg i ru­szy­łem, za­nim zdo­łał po­dejść bli­żej.

– O mój Boże, dzię­ku­ję. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło. – Dziew­czy­na ode­tchnę­ła z ulgą i opar­ła gło­wę o za­głó­wek.

– Czy po­wi­nie­nem za­wieźć cię na po­li­cję? – spy­ta­łem, zer­ka­jąc w jej stro­nę. Czy tam­ten ko­leś za­ata­ko­wał ją, za­nim mu się wy­rwa­ła?

– W żad­nym wy­pad­ku. Za dzie­sięć mi­nut pew­nie i tak po­li­cja za­cznie mnie szu­kać. Za­wieź mnie do domu. Mama bę­dzie mnie kry­ła, ale mu­szę do­trzeć tam jak naj­szyb­ciej.

Po­li­cja za­cznie jej szu­kać? Mama bę­dzie ją kry­ła? Co?

– Nie żeby miał ja­kiś do­wód. Zgu­bi­łam tyl­ko ko­mi­niar­kę, ale to było ta­kie byle co, ku­pio­ne w skle­pie Go­odwill na Hal­lo­we­en parę lat temu. Nie uda mu się po­wią­zać jej ze mną.

Zwol­ni­łem, bo wy­po­wia­da­ne przez nią sło­wa po­wo­li za­czy­na­ły do mnie do­cie­rać. Wy­glą­da­ło na to, że nie oca­li­łem dziew­czy­ny przed na­past­ni­kiem. O ile do­brze zro­zu­mia­łem tę jej pa­pla­ni­nę, wła­śnie po­mo­głem w uciecz­ce prze­stęp­czy­ni.

– Dla­cze­go zwol­ni­łeś? Mu­szę do­trzeć do mamy i to te­raz, za­raz. To tyl­ko ja­kieś trzy ki­lo­me­try stąd. Trze­ba je­chać do dro­gi po­wia­to­wej trzy­dzie­ści czte­ry, skrę­cić w pra­wo, po­tem tro­chę wię­cej niż ki­lo­metr aż do Oran­ge Stre­et i w lewo. To trze­ci dom po pra­wej.

Po­krę­ci­łem gło­wą i zje­cha­łem na po­bo­cze.

– Nie po­ja­dę ani me­tra da­lej, je­śli mi nie wy­ja­śnisz, przed czym do­kład­nie po­ma­gam ci uciec.

Zer­k­ną­łem na kij ba­se­bal­lo­wy, któ­ry trzy­ma­ła mię­dzy no­ga­mi, a po­tem na jej twarz. Na­wet w ciem­no­ści wi­dzia­łem, że to jed­na z tych nie­do­rzecz­nie pięk­nych po­łu­dnio­wych blon­dy­nek. Zu­peł­nie jak­by tu­taj, na po­łu­dniu Sta­nów, ist­niał ja­kiś spe­cjal­ny czyn­nik sprzy­ja­ją­cy wy­stę­po­wa­niu ta­kich ślicz­no­tek.

Wes­tchnę­ła sfru­stro­wa­na i za­mru­ga­ła gwał­tow­nie, tak że łzy na­pły­nę­ły jej do oczu. Była do­bra. Na­praw­dę do­bra. Te uro­cze łez­ki były pra­wie wia­ry­god­ne.

– To na­praw­dę dłu­ga hi­sto­ria. Za­nim wszyst­ko ci wy­ja­śnię, zo­sta­nie­my zła­pa­ni i będę mu­sia­ła spę­dzić noc w aresz­cie. Pro­szę, pro­szę, pro­szę, po pro­stu za­wieź mnie do domu. Je­ste­śmy tak bli­sko – bła­ga­ła.

O tak, jej uro­da za­pie­ra­ła dech. Szko­da, że ta dziew­czy­na ozna­cza­ła jed­no­cze­śnie kło­po­ty.

– Po­wiedz mi jed­no: po co ci ten kij ba­se­bal­lo­wy? – Mu­sia­łem coś wie­dzieć. Je­śli wal­nę­ła ko­goś tym ki­jem, nie mo­głem po­ma­gać jej w uciecz­ce. Ktoś mógł być ran­ny albo wręcz nie żyć.

Prze­cze­sa­ła pal­ca­mi wło­sy i jęk­nę­ła.

– Do­bra, do­bra, w po­rząd­ku. Ale zro­zum, że za­słu­żył so­bie na to.

Cho­le­ra. Na­praw­dę ko­goś ogłu­szy­ła.

– Po­wy­bi­ja­łam wszyst­kie szy­by w pick-upie by­łe­go chło­pa­ka.

– Co ta­kie­go? – By­łem pew­ny, że się prze­sły­sza­łem. Ta­kie rze­czy nie zda­rza­ły się w praw­dzi­wym ży­ciu. W pio­sen­kach co­un­try, ow­szem. Ale nie w rze­czy­wi­sto­ści.

– Zdra­dzał mnie, łaj­dak. Na­le­ża­ło mu się. Źle mnie trak­to­wał, więc mu się od­pła­ci­łam. A te­raz uwierz mi, pro­szę, i za­bierz mnie stąd.

Ro­ze­śmia­łem się. Nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Jak żyję, nie sły­sza­łem cze­goś rów­nie za­baw­ne­go.

– Z cze­go się śmie­jesz? – spy­ta­ła.

Po­krę­ci­łem gło­wą i wy­je­cha­łem z po­wro­tem na dro­gę.

– Bo spo­dzie­wa­łem się cze­goś in­ne­go.

– A cze­go niby się spo­dzie­wa­łeś? Mam kij ba­se­bal­lo­wy.

Spoj­rza­łem na nią i uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

– My­śla­łem, że ko­goś nim ogłu­szy­łaś.

Otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, a po­tem wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Nie wal­nę­ła­bym ni­ko­go ki­jem ba­se­bal­lo­wym! To by było sza­leń­stwo.

Mia­łem ocho­tę za­uwa­żyć, że wy­bi­cie szyb w wo­zie by­łe­go chło­pa­ka i uciecz­ka nocą przez las to też nie­złe sza­leń­stwo. Ale nic nie po­wie­dzia­łem. By­łem pew­ny, że nie zgo­dzi­ła­by się ze mną.

– O tu­taj, skręć w pra­wo. – Wska­za­ła dro­gę przed nami. Nie za­wra­ca­łem so­bie gło­wy włą­cza­niem kie­run­kow­ska­zu, bo ni­ko­go nie było w za­się­gu wzro­ku. – To jak masz na imię? Mam wra­że­nie, że gdzieś cię już wi­dzia­łam, cho­ciaż nie znam tu, u nas, ni­ko­go, kto jeź­dził­by po­rsche.

Mia­łem jej po­wie­dzieć, kim je­stem? Lu­bi­łem tę pry­wat­ność, któ­rą za­pew­nia­ło Sea Bre­eze w sta­nie Ala­ba­ma. W cią­gu naj­bliż­sze­go mie­sią­ca mia­łem wie­le do prze­my­śle­nia i nie pla­no­wa­łem za­wie­rać żad­nych zna­jo­mo­ści z miej­sco­wy­mi. Mimo że ta dziew­czy­na była dia­bel­nie sek­sow­na.

– Nie je­stem stąd. Od­wie­dzam tyl­ko ko­goś – wy­ja­śni­łem. Po­wie­dzia­łem praw­dę. Za­trzy­ma­łem się w domu na pla­ży na­le­żą­cym do mo­je­go bra­ta, gdzie chcia­łem roz­wa­żyć ko­lej­ne ży­cio­we de­cy­zje.

– Ale już cię gdzieś wi­dzia­łam. Wiem, że tak – od­par­ła, prze­chy­la­jąc gło­wę i przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

Wkrót­ce się zo­rien­tu­je. Moim bra­tem był Jax Sto­ne. Już jako na­sto­la­tek zo­stał roc­ko­wą gwiaz­dą, ale te­raz w wie­ku dwu­dzie­stu dwóch lat był bo­giem roc­ka. Wy­glą­da­li­śmy po­dob­nie. A me­dia uwiel­bia­ły mnie śle­dzić, je­śli nie mo­gły do­trzeć do Jaxa. I cho­ciaż ko­cha­łem bra­ta, nie­na­wi­dzi­łem tej cią­głej uwa­gi. Wszy­scy wi­dzie­li we mnie prze­dłu­że­nie Jaxa. Ni­ko­go, na­wet ro­dzi­ców, nie ob­cho­dzi­ło, kim tak na­praw­dę je­stem. Wszy­scy do­strze­ga­li we mnie je­dy­nie od­bi­cie swo­ich ocze­ki­wań.

– To po­rsche, co? Ni­g­dy jesz­cze żad­ne­go nie wi­dzia­łam na żywo.

To była jed­na z za­ba­wek mo­je­go bra­ta. Nie mia­łem tu wła­sne­go wozu, więc ko­rzy­sta­łem z tych pię­ciu, któ­re sta­ły w ga­ra­żu. Ro­dzi­ce za­czę­li przy­wo­zić nas do domu w Sea Bre­eze na wa­ka­cje, kie­dy Jax za­czął się ro­bić sław­ny. Ale mój brat nie był już na­sto­lat­kiem i te­raz dom na­le­żał do nie­go. W ze­szłym mie­sią­cu skoń­czył dwa­dzie­ścia dwa lata. A ja skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia mie­siąc wcze­śniej.

– Tak, to po­rsche – od­par­łem.

– Skręć tu­taj. – Zno­wu wska­za­ła dro­gę przed nami. Skrę­ci­łem w lewo i pod­je­cha­łem przed trze­ci dom po pra­wej. – To tu­taj. Dzię­ki Bogu, jesz­cze ni­ko­go tu nie ma. Mu­szę le­cieć. Po­wi­nie­neś się zmy­wać, żeby nikt cię o nic nie wy­py­ty­wał. Ale bar­dzo ci dzię­ku­ję.

Otwo­rzy­ła drzwi i po­pa­trzy­ła na mnie po raz ostat­ni.

– A tak w ogó­le je­stem Jess i oca­li­łeś mi dzi­siaj ty­łek.

Pu­ści­ła do mnie oko i za­trza­snę­ła drzwicz­ki, po czym ru­szy­ła bie­giem do fron­to­wych drzwi. W tych opię­tych czar­nych dżin­sach jej ty­łek był z pew­no­ścią wart oca­le­nia. Jak żyję, nie wi­dzia­łem ta­kiej ład­nej pupy.

Wrzu­ci­łem wstecz­ny bieg i wy­je­cha­łem z po­wro­tem na dro­gę. Naj­wyż­szy czas, że­bym wra­cał na pry­wat­ną wy­spę, gdzie znaj­do­wał się dom mo­je­go bra­ta. Ten wie­czór po­to­czył się tro­chę ina­czej, niż pla­no­wa­łem, ale oka­zał się cho­ler­nie roz­ryw­ko­wy.

Na­gle wy­stra­szył mnie od­głos cze­goś zsu­wa­ją­ce­go się z sie­dze­nia pa­sa­że­ra i ude­rza­ją­ce­go o drzwi. Spoj­rza­łem w tam­tą stro­nę i zo­ba­czy­łem kij ba­se­bal­lo­wy. Za­po­mnia­ła o nim. Obej­rza­łem się na jej dom i uśmiech­ną­łem do sie­bie. Do­pil­nu­ję, żeby do­sta­ła kij z po­wro­tem. Już nie dzi­siaj, ale wkrót­ce.

– Roz­dział II –

Jess

Po­zwo­li­łam, żeby siat­ko­we drzwi za­trza­snę­ły się za mną, za­nim zdą­ży­łam po­my­śleć, co ro­bię, po czym od­wró­ci­łam się, żeby prze­krę­cić za­suw­kę. Tak na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by Hank po­sta­no­wił szu­kać ze­msty. Nie są­dzi­łam jed­nak, że jest taki głu­pi. Wie­dział, że z moją mamą le­piej nie za­dzie­rać.

– To ty, Jess? – za­wo­ła­ła mama z kuch­ni.

Rów­nie do­brze mo­głam jej się przy­znać, co zro­bi­łam. Je­śli gli­ny się tu zja­wią, po­win­na być przy­go­to­wa­na.

– Tak, to ja, i oba­wiam się, że mo­że­my mieć kło­po­ty – od­par­łam, prze­cho­dząc przez mały sa­lo­nik do kuch­ni. Pię­cio­po­ko­jo­wy dom, w któ­rym do­ra­sta­łam, zbu­do­wa­no z żuż­lo­be­to­nu – nic spe­cjal­ne­go, ale czynsz nie był wy­gó­ro­wa­ny. Ża­den fa­cet nie mu­siał nam po­ma­gać w opła­ca­niu ra­chun­ków. Mama za­wsze sama wszyst­kim się zaj­mo­wa­ła.

– Co, u dia­bła, zno­wu zma­lo­wa­łaś? – spy­ta­ła, kie­dy we­szłam do kuch­ni. Sta­ła przy eks­pre­sie do kawy, w czer­wo­nych ustach trzy­ma­ła pa­pie­ro­sa. Mia­ła na so­bie je­dy­nie ulu­bio­ny szla­frok z ró­żo­we­go atła­su. Pew­nie szy­ko­wa­ła się do pra­cy i po­sta­no­wi­ła zro­bić so­bie prze­rwę na kawę.

Wy­su­nę­łam jed­no z na­szych po­kry­tych wi­ny­lem ku­chen­nych krze­seł i usia­dłam.

– Zma­sa­kro­wa­łam pick-upa Han­ka.

Mama wy­ję­ła pa­pie­ro­sa z ust.

– Co ta­kie­go? – zdu­mia­ła się.

– Był w Live Bay z tą zdzi­rą, z któ­rą krę­ci. Zno­wu mnie okła­mał. Skoń­czy­łam z nim i chcia­łam, żeby cier­piał.

Mama strzep­nę­ła po­piół do zle­wu i krę­cąc gło­wą, się­gnę­ła po fi­li­żan­kę. Dłu­gie ja­sne wło­sy wciąż mia­ła ład­ne, ale jej twarz, nie­gdyś ude­rza­ją­co pięk­ną, ży­cie na­zna­czy­ło głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi. By­łam pew­na, że pa­le­nie też się do tego przy­czy­ni­ło.

– Cho­le­ra, dziew­czy­no. Za go­dzi­nę mu­szę wyjść do pra­cy. A je­śli zja­wią się gli­ny?

O tym nie po­my­śla­łam. Nie mia­łam ali­bi. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Może zdą­żą przed two­im wyj­ściem.

Mama na­la­ła so­bie czar­nej kawy i usia­dła na­prze­ciw­ko mnie.

– A czy przy­naj­mniej zro­bi­łaś to po­rząd­nie? Je­śli już mu­si­my się uże­rać z gli­nia­rza­mi, to żeby cho­ciaż to było tego war­te. Nie mam dziś na­stro­ju na tych nu­dzia­rzy.

Uśmiech­nę­łam się na wspo­mnie­nie sa­tys­fak­cji, jaką czu­łam, roz­bi­ja­jąc szy­by jego wy­chu­cha­ne­go wozu.

– Tak, my­ślę, że nie­źle go za­ła­twi­łam.

Mama kiw­nę­ła gło­wą, zdu­si­ła pa­pie­ro­sa, po czym wy­pi­ła łyk kawy.

– To głu­pi, ża­ło­sny skur­wiel, od któ­re­go po­win­naś się trzy­mać z da­le­ka. Masz przed sobą całe ży­cie i niech mnie dia­bli, je­śli po­zwo­lę, że­byś skoń­czy­ła tak jak ja. Hank zro­bił już dzie­cia­ka jed­nej dziew­czy­nie, z któ­rą nie za­mie­rza się oże­nić. Nie chcę, że­byś zo­sta­ła jego ko­lej­ną ofia­rą. Ta­kie ży­cie nie jest ła­twe i do­brze o tym wiesz. Masz uro­dę, dzię­ki któ­rej mo­żesz się stąd wy­rwać. Za­le­ży mi, żeby tak się sta­ło – po­wie­dzia­ła mama, opie­ra­jąc się na krze­śle i krzy­żu­jąc dłu­gie nogi.

Od­by­wa­ły­śmy tę roz­mo­wę, od­kąd by­łam dość duża, żeby zro­zu­mieć ta­kie rze­czy. Czy­li pew­nie od cza­su, jak skoń­czy­łam dzie­więć lat. Kie­dy two­ja mama jest strip­ti­zer­ką, uczysz się wie­lu spraw dużo szyb­ciej niż inne dzie­ci. Nie ma cza­su na nie­win­ność.

– Tym ra­zem skoń­czy­łam z Han­kiem już na do­bre. Obie­cu­ję – za­pew­ni­łam ją.

Mama chy­ba mi nie do­wie­rza­ła. Nie mo­głam jej za to wi­nić. Ta hi­sto­ria z Han­kiem cią­gnę­ła się od lat. Na­praw­dę po­win­nam dać so­bie z nim spo­kój. Hank ozna­czał bi­let w jed­ną stro­nę do ta­kie­go ży­cia, z ja­kim zma­ga­ła się mama. A cho­ciaż sza­no­wa­łam ją za to, że nie ucze­pi­ła się żad­ne­go fa­ce­ta, któ­ry by nas utrzy­my­wał, nie chcia­łam ta­kie­go losu. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo mama go nie­na­wi­dzi.

– Ucie­kłam stam­tąd po­rsche – wy­zna­łam jej z uśmie­chem. Wciąż jesz­cze nie otrzą­snę­łam się z oszo­ło­mie­nia tym wo­zem… i chło­pa­kiem, któ­ry go pro­wa­dził. Zde­cy­do­wa­nie spo­za mo­jej ligi. Był taki bo­ga­ty, że do­słow­nie zio­nął for­są. Poza tym pa­trzył na mnie ta­kim wzro­kiem, jak­bym była ja­kimś eg­zo­tycz­nym stwo­rze­niem, z któ­rym zu­peł­nie nie wie­dział, co zro­bić. Praw­do­po­dob­nie śmier­tel­nie go wy­stra­szy­łam. Nie po­cho­dził stąd. Od­wie­dzał tu tyl­ko ko­goś i pew­nie już wró­cił do swo­jej luk­su­so­wej re­zy­den­cji.

– Ja­koś nie wi­du­je się tu zbyt wie­lu po­rsche – od­par­ła mama ze scep­tycz­ną miną.

– To nie był nikt miej­sco­wy. Po­dej­rze­wam, że spę­dza urlop na wy­spie. Wy­glą­dał mi na ta­kie­go.

Mama kiw­nę­ła gło­wą. Do­brze zna­ła ten typ. Przez całe ży­cie ostrze­ga­ła mnie przed dwo­ma ro­dza­ja­mi chło­pa­ków: ta­ki­mi jak Hank, czy­li „ża­ło­sny­mi gnoj­ka­mi”, oraz fa­ce­ta­mi z wy­spy, któ­rzy zda­niem mamy „chcą tyl­ko jed­ne­go, a po­tem zni­ka­ją”.

– Ale nie przej­muj się nim. Na pew­no uwa­ża mnie za wa­riat­kę – uspo­ko­iłam ją.

Mama unio­sła brwi i opar­ła się o stół, żeby na mnie po­pa­trzeć.

– Na­praw­dę tak my­ślisz? Nie wy­cho­wa­łam cię chy­ba na kom­plet­ną na­iw­niacz­kę. To fa­cet, kot­ku. Je­dy­nie to się li­czy. Jed­no spoj­rze­nie na cie­bie i wró­ci na pew­no. Le­piej uwa­żaj.

Pró­bo­wa­łam po­de­rwać nie­jed­ne­go bo­ga­te­go chło­pa­ka z Sea Bre­eze, ale ni­g­dy nic z tego nie wy­szło. Od­kąd by­łam małą dziew­czyn­ką, mia­łam na oku Mar­cu­sa Har­dy’ego. Ko­le­go­wał się z moim ku­zy­nem Roc­kiem, ale był inny niż my. Miesz­kał w ład­nym du­żym domu na pla­ży. Tyle że Mar­cus ni­g­dy nie trak­to­wał mnie po­waż­nie. A kie­dy po­znał Wil­low, żad­na inna nie mia­ła szans. Te­raz, jako mąż i oj­ciec, był już kom­plet­nie nie­osią­gal­ny.

– Po­win­nam była na­le­gać, że­byś wy­je­cha­ła na stu­dia. Mo­gła­byś ko­goś tam po­znać i wy­rwać się z tej dziu­ry – po­wie­dzia­ła mama ta­kim to­nem, jak­by Sea Bre­eze było naj­gor­szym miej­scem na świe­cie. Ja tak tego nie po­strze­ga­łam. Ko­cha­łam to nad­brzeż­ne mia­stecz­ko, w któ­rym się wy­cho­wa­łam.

– Nie chcia­łam ni­g­dzie wy­jeż­dżać – przy­po­mnia­łam jej. Wy­bra­łam za­miast tego lo­kal­ny dwu­let­ni col­le­ge. Nie za­mie­rza­łam opusz­czać na­sze­go mia­stecz­ka ani mamy. Przez całe moje ży­cie by­ły­śmy dru­ży­ną.

Mama wes­tchnę­ła, od­su­nę­ła się z krze­słem od sto­łu i wsta­ła.

– Wiem, skar­bie. Po­zwo­li­łam ci zo­stać, bo lu­bię mieć cię przy so­bie. Co nie zmie­nia fak­tu, że tu­taj trud­no ci bę­dzie zna­leźć fa­ce­ta, dzię­ki któ­re­mu wy­rwiesz się z tego ży­cia. A niech mnie dia­bli, je­śli się zgo­dzę, że­byś skoń­czy­ła tak jak ja.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, ale w tym mo­men­cie ktoś za­ło­mo­tał do drzwi. Mama spoj­rza­ła w ich stro­nę, na­pu­szy­ła wło­sy i roz­chy­li­ła je­dwab­ny szla­frok na tyle, żeby od­sło­nić swój im­po­nu­ją­cy de­kolt.

– Wska­kuj pod prysz­nic. Za­ła­twię to, ma­leń­ka. O nic się nie martw – szep­nę­ła, wsu­wa­jąc sto­py w czer­wo­ne szpil­ki, w któ­rych jej dłu­gie nogi wy­da­wa­ły się jesz­cze dłuż­sze.

Uśmiech­nę­łam się i po­pę­dzi­łam do ła­zien­ki, gdzie od­krę­ci­łam wodę w ka­bi­nie prysz­ni­co­wej, ale sta­łam z uchem przy­ło­żo­nym do drzwi.

– Ach, wi­tam, ofi­ce­rze Ben. Wie pan prze­cież, że nie na­le­żę do dziew­czyn, któ­re przyj­mu­ją wi­zy­ty do­mo­we – po­wie­dzia­ła mama ni­skim, po­nęt­nym gło­sem, któ­ry sły­sza­łam u niej mi­lio­ny razy.

– Do­bry wie­czór, Star­lo. Przy­kro mi, że za­wra­cam ci gło­wę, za­nim… mhm… – od­chrząk­nął, a ja prze­wró­ci­łam ocza­mi. Wie­dzia­łam już, że po­czci­wy sta­ry ofi­cer Ben jest sta­łym by­wal­cem w Jugs, klu­bie ze strip­ti­zem na obrze­żach Sea Bre­eze. – …wyj­dziesz do pra­cy. Ale ode­bra­łem zgło­sze­nie w spra­wie Jess i mu­szę je spraw­dzić. Jest w domu?

– Nie wiem, kto do pana dzwo­nił, Ben – od­par­ła mama, wy­po­wia­da­jąc jego imię ta­kim to­nem, jak­by za­mie­rza­ła ro­ze­brać się tyl­ko dla nie­go – ale moja có­recz­ka była tu ze mną przez cały wie­czór. Bie­rze właś­nie prysz­nic po tym, jak po­ma­ga­ła mi sprzą­tać. Może pan na­wet spraw­dzić ma­skę jej wozu – jest zim­na. Nie jeź­dzi­ła ni­g­dzie przez cały dzień. – Mama urwa­ła i usły­sza­łam stu­kot ob­ca­sów ude­rza­ją­cych o par­kiet, gdy po­de­szła do Bena. – A cho­ciaż bar­dzo po­do­ba mi się myśl, że miał­by pan zo­ba­czyć mnie pod prysz­ni­cem, mam jed­nak cał­kiem inne od­czu­cia, je­śli cho­dzi o prze­szka­dza­nie w ką­pie­li mo­jej có­recz­ce – do­da­ła su­ge­styw­nym to­nem.

Mama była w tym do­bra.

– Mhm, mhm, tak, ro­zu­miem, mhm, oczy­wiś­cie. Prze­pra­szam za to naj­ście, Star­lo, ale mu­sia­łem spraw­dzić. Wi­dzia­ła ją tyl­ko jed­na oso­ba i z pew­no­ścią obej­rzę wóz Jess, za­nim od­ja­dę, żeby po­twier­dzić, że jej, mhm, ali­bi jest, mhm, nie­pod­wa­żal­ne. – Ją­kał się strasz­li­wie, a ja za­kry­łam usta dło­nią, żeby nie par­sk­nąć śmie­chem. Praw­do­po­dob­nie miał w tej chwi­li do­sko­na­ły wi­dok na pier­si mamy. Wy­ko­rzy­sty­wa­ła je jako siłę per­swa­zji wo­bec płci prze­ciw­nej. To za­wsze dzia­ła­ło.

Mu­siał mnie jesz­cze zo­ba­czyć, żeby mieć pew­ność, że je­stem w domu. Ścią­gnę­łam ko­szul­kę, chwy­ci­łam ręcz­nik i owi­nę­łam się nim, po czym uchy­li­łam drzwi ła­zien­ki. Ben ode­rwał po­żą­dli­we spoj­rze­nie od mo­jej mamy i spoj­rzał na mnie, gdy wy­sta­wi­łam gło­wę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, mamo? Sły­sza­łam gło­sy – za­wo­ła­łam, sta­ra­jąc się, żeby za­brzmia­ło to jak naj­nie­win­niej.

– Tak, ko­cha­nie. Wszyst­ko w naj­lep­szym po­rząd­ku. Roz­ma­wiam tyl­ko z ofi­ce­rem Be­nem – od­par­ła, po­sy­ła­jąc mi sze­ro­ki uśmiech.

Za­mknę­łam drzwi ła­zien­ki, a ofi­cer Ben raz jesz­cze prze­pro­sił mamę za naj­ście.

– Nic nie szko­dzi, pa­nie ofi­ce­rze. Wy­ko­nu­je pan tyl­ko swo­ją pra­cę i dba o bez­pie­czeń­stwo w na­szym mia­stecz­ku. Le­piej śpię w nocy, wie­dząc, że mamy dziel­nych i od­da­nych lu­dzi, jak pan, któ­rzy trosz­czą się o nas. Szczę­ścia­ra z tej Mar­thy, że taki cięż­ko pra­cu­ją­cy męż­czy­zna co wie­czór wra­ca do niej do domu.

Nie mo­głam nie prze­wró­cić ocza­mi. To, że fa­ce­ci da­wa­li się na­brać na taką gad­kę, ni­g­dy nie prze­sta­nie mnie zdu­mie­wać. Ben miał brzu­szek pi­wo­sza i ły­sie­ją­cą cza­chę. Nie było w nim nic dziel­ne­go, a wie­dząc, jaką część cięż­ko za­ro­bio­nych pie­nię­dzy wy­da­je w Jugs przez kil­ka wie­czo­rów w ty­go­dniu, ga­piąc się na moją mamę i inne ko­bie­ty tań­czą­ce w mi­kro­sko­pij­nych strin­gach, by­naj­mniej nie uwa­ża­łam Mar­thy za szczę­ścia­rę. Moja mama też nie.

– No tak… – Urwał i tak gło­śno prze­łknął śli­nę, że usły­sza­łam go w ła­zien­ce. – Cie­szę się, że dzię­ki temu le­piej śpisz. Ro­bię, co mogę. Czy, mhm, bę­dziesz dzi­siaj w pra­cy?

– Wła­śnie szy­ku­ję się do wyj­ścia. Przyj­dzie pan dziś mnie zo­ba­czyć? Mam na­dzie­ję, że tak. Może na­wet wy­ko­nam spe­cjal­ny ta­niec tyl­ko dla pana – od­rze­kła mama.

Ze­bra­ło mi się na wy­mio­ty. Myśl, że mo­gła tań­czyć tym ob­le­śnym fa­ce­tom na ko­la­nach i nie wy­rzy­gać im się pro­sto w gębę, była dla mnie nie do po­ję­cia. Mó­wi­ła, że daw­no temu na­uczy­ła się wy­łą­czać coś so­bie w gło­wie i my­śla­ła tyl­ko o tym, że im le­piej za­tań­czy, tym wię­cej za­ro­bi.

– Będę tam – za­pew­nił ofi­cer Ben. – W ze­szłym ty­go­dniu nie mo­głem przyjść z po­wo­du zaj­ścia na po­ste­run­ku. Drę­czy­ło mnie to przez cały ty­dzień.

– Miło mi sły­szeć, że je­stem w pań­skich my­ślach – rzu­ci­ła mama słod­kim gło­si­kiem.

– Za­wsze – od­parł Ben i od­chrząk­nął, zda­jąc so­bie spra­wę, że flir­tu­je otwar­cie z moją pra­wie nagą mat­ką na pro­gu jej domu. – Mu­szę je­chać i prze­ka­zać zwierzch­ni­kom, że Jess nie była w nic za­mie­sza­na.

– Oczy­wi­ście, i do zo­ba­cze­nia póź­niej – po­że­gna­ła się mama, po czym za­stu­ka­ła ob­ca­sa­mi, od­su­wa­jąc się od drzwi.

– Do zo­ba­cze­nia – od­krzyk­nął Ben i drzwi się za­trza­snę­ły. Usły­sza­łam dźwięk za­my­ka­nej za­su­wy, a wte­dy za­krę­ci­łam prysz­nic i wyj­rza­łam z ła­zien­ki. Wszyst­kie drzwi w tym domu otwie­ra­ły się na sa­lon.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam po pro­stu.

Mama wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i mach­nę­ła ręką.

– Ciesz się, że to był Ben. Z nim spra­wa jest pro­sta. Gdy­by przy­je­chał tu­taj Da­vid albo Ro­oster, mu­sia­ła­bym po­ka­zać im znacz­nie wię­cej niż de­kolt i ka­wa­łek nogi, żeby dali ci spo­kój.

Kiw­nę­łam gło­wą i żo­łą­dek mi się ści­snął, bo ogar­nę­ły mnie wy­rzu­ty su­mie­nia, że zmu­si­łam mamę do flir­to­wa­nia z żo­na­tym gli­nia­rzem po to, żeby wy­cią­gnąć mnie z opa­łów.

– Prze­pra­szam – szep­nę­łam.

Mama za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi do swo­je­go po­ko­ju.

– Nie prze­pra­szaj. Ktoś mu­siał się wresz­cie roz­pra­wić z tym gnoj­kiem. Cie­szę się, że to zro­bi­łaś. – I za­mknę­ła za sobą drzwi swo­jej sy­pial­ni.

Sta­łam tam, czu­jąc, że na moje usta wra­ca uśmiech. Nie mia­łam w ży­ciu wie­lu przy­ja­ció­łek, bo inne dziew­czy­ny mnie nie ro­zu­mia­ły i nie chcia­ły się do mnie zbli­żyć. Ale mama na­praw­dę była moją naj­lep­szą kum­pe­lą.

Ja­son

Dwa dni póź­niej na­dal my­śla­łem o tej ma­sa­kru­ją­cej pick-upy blon­dyn­ce. Była wy­jąt­ko­wa. Nie­za­po­mnia­na. Trzy­ma­łem jej kij ba­se­bal­lo­wy w rogu po­ko­ju i za­sta­na­wia­łem się, co z nim zro­bić. Uzna­łem, że na ra­zie nie po­trze­bu­je do­wo­dów rze­czo­wych.

Za­chi­cho­ta­łem i po­krę­ci­łem gło­wą. Po­ma­ga­łem dziew­czy­nie od­po­wie­dzial­nej za akt wan­da­li­zmu. To było zu­peł­nie do mnie nie­po­dob­ne. Ale wy­wo­ły­wa­ło uśmiech na mo­jej twa­rzy. Chy­ba po­trze­bo­wa­łem ja­kie­goś oży­wie­nia. Po­sta­no­wi­łem od­cze­kać jesz­cze kil­ka dni, a po­tem spraw­dzić, czy uda mi się za­stać ją w domu. Mu­sia­łem od­dać jej kij, no i chcia­łem ją znów zo­ba­czyć. To była świet­na wy­mów­ka.

Zsze­dłem na dół po scho­dach let­nie­go domu bra­ta aku­rat w mo­men­cie, kie­dy Jax i jego dziew­czy­na Sa­die we­szli do środ­ka. Wie­dzia­łem, że przy­jeż­dża­ją na week­end i spo­dzie­wa­łem się ich.

Jax spoj­rzał na mnie z uśmie­chem.

– Po­sta­no­wi­li­śmy przy­łą­czyć się do im­pre­zy.

– Znasz mnie, im­pre­za jest sza­lo­na. Mam na­dzie­ję, że się nie zgor­szy­cie – od­par­łem.

Mój brat po­trzą­snął gło­wą i się ro­ze­śmiał.

– No tak, czy to nie smut­ne, że chciał­bym, żeby była w tym choć odro­bi­na praw­dy?

Sa­die żar­to­bli­wie uszczyp­nę­ła Jaxa w rękę, po czym po­de­szła, by mnie uści­skać.

– Nie zwra­caj na nie­go uwa­gi. Uwa­żam, że je­steś cu­dow­ny taki, jaki je­steś. Nie po­trze­bu­jesz sza­lo­nych im­prez.

Dziew­czy­na mo­je­go bra­ta była osza­ła­mia­ją­co pięk­na. Mia­ła cia­ło i uro­dę mo­de­lek, ja­kie wi­du­je się na okład­kach cza­so­pism. Była jed­nak ma­ło­mia­stecz­ko­wą dziew­czy­ną z Sea Bre­eze i by­naj­mniej nie chcia­ła być sław­na. Ko­cha­ła Jaxa i na­uczy­ła się ze spo­ko­jem przyj­mo­wać to, że jej twarz cią­gle po­ja­wia­ła się w me­diach, ale za­nim go po­zna­ła, nie lu­bi­ła znaj­do­wać się w cen­trum uwa­gi. Co było nie­moż­li­we do unik­nię­cia. Ta dziew­czy­na wszę­dzie przy­cią­ga­ła uwa­gę wszyst­kich.

– Dzię­ki, Sa­die. W każ­dej chwi­li mo­żesz zre­zy­gno­wać z ży­cia z gwiaz­do­rem roc­ka i wieść spo­koj­ny, zwy­czaj­ny ży­wot ze mną – oświad­czy­łem, pusz­cza­jąc oko do Jaxa, któ­ry ły­pał na mnie spode łba.

– Ręce przy so­bie, bra­cisz­ku – wark­nął, chwy­ta­jąc Sa­die za ło­kieć. – To nie jest za­baw­ne.

Nie prze­sta­wa­ło mnie to ba­wić. Jax ni­g­dy nie miał żad­nych kom­plek­sów. Za­nim jesz­cze stał się sław­ny, był naj­bar­dziej pew­nym sie­bie chło­pa­kiem, ja­kie­go zna­łem. Wy­star­czy­ło jed­nak, by ja­ki­kol­wiek fa­cet spoj­rzał na Sa­die, a on na­tych­miast za­czy­nał się de­ner­wo­wać. Bar­dzo mnie to śmie­szy­ło.

– Daj spo­kój, Jax. Nie bądź głup­ta­sem – ofuk­nę­ła go Sa­die, marsz­cząc brwi, na co on na­tych­miast zro­bił skru­szo­ną minę. To było jesz­cze ko­micz­niej­sze.

– Nie złość się na mnie – po­wie­dział.

Sa­die znów spoj­rza­ła na mnie.

– Co byś po­wie­dział na małe spo­tka­nie to­wa­rzy­skie? Po­my­śla­łam, że na wie­czór za­pro­si­my grup­kę przy­ja­ciół. Chcę się ze wszyst­ki­mi zo­ba­czyć, a po­nie­waż zo­sta­nie­my tu tyl­ko dwa dni, ła­twiej bę­dzie skrzyk­nąć całą ban­dę za jed­nym za­ma­chem. – Po­sła­ła mi pro­mien­ny uśmiech.

Cho­le­ra, Sa­die nie była moją dziew­czy­ną, ale trud­no było jej od­mó­wić. By­łem pew­ny, że każ­dy, do kogo by się uśmiech­nę­ła, zro­bił­by wszyst­ko, o co pro­si­ła.

– Ja­sne – od­par­łem.

Jax prze­wró­cił ocza­mi, jak­by jego nie okrę­ci­ła so­bie wo­kół ma­łe­go pal­ca. Cze­go się spo­dzie­wał? By­łem fa­ce­tem.

– Pój­dę się upew­nić, czy w kuch­ni są przy­go­to­wa­ni na do­dat­ko­wych go­ści – zwró­cił się Jax do Sa­die, po czym po­ca­ło­wał ją w po­li­czek i ru­szył w stro­nę kuch­ni.

– Dzwo­ni­łam już i roz­ma­wia­łam z pa­nią Mary. Jest przy­go­to­wa­na – za­wo­ła­ła za nim Sa­die.

Pani Mary za­rzą­dza­ła per­so­ne­lem ku­chen­nym. Sa­die pra­co­wa­ła kie­dyś u niej, więc do­brze ją zna­ła. Tak wła­śnie za­czę­ła się zna­jo­mość Sa­die i Jaxa. Pew­ne­go wie­czo­ru po­da­wa­ła mu ko­la­cję i je­stem prze­ko­na­ny, że już wte­dy wpadł po uszy. Cho­ciaż bro­nił się, jak mógł.

Jax za­trzy­mał się, od­wró­cił i po­słał jej ten uśmiech, któ­ry wszyst­kie ma­ga­zy­ny okre­śla­ły jako za­bój­czo sek­sow­ny.

– To może pój­dziesz ze mną do mo­je­go po­ko­ju i po­mo­żesz mi się roz­pa­ko­wać?

Zo­ba­czy­łem, że po­licz­ki Sa­die ob­le­wa ru­mie­niec, za­ci­snę­ła też war­gi, żeby po­wstrzy­mać uśmiech.

– W po­rząd­ku, je­śli po­trze­bu­jesz po­mo­cy.

– Mnó­stwa po­mo­cy – za­pew­nił ją Jax. – Nie masz po­ję­cia, jak wiel­kiej po­mo­cy po­trze­bu­ję.

– Je­śli za­raz nie pój­dzie­cie do swo­je­go po­ko­ju, po­le­ję was obo­je lo­do­wa­tą wodą – oznaj­mi­łem.

Sa­die po­chy­li­ła gło­wę, a Jax uśmiech­nął się do mnie sze­ro­ko.

– Do zo­ba­cze­nia póź­niej – rzu­cił, bio­rąc dziew­czy­nę za rękę i pro­wa­dząc ją po scho­dach na górę.

Uzna­łem, że naj­le­piej bę­dzie, je­śli wyj­dę na tro­chę z domu i pój­dę na pla­żę. Nie by­łem pew­ny, jak dłu­go ci dwo­je za­mie­rza­ją się „roz­pa­ko­wy­wać”.

Pięć go­dzin póź­niej gło­sy na dole sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze, a ja sta­łem w mo­jej sy­pial­ni i pa­trzy­łem na ogród przed do­mem. Wie­dzia­łem, że mu­szę zejść na dół. Jax chciał, że­bym do nich do­łą­czył. Ale to nie byli moi przy­ja­cie­le. Nie cho­dzi­ło o to, że ich nie lu­bi­łem – wręcz prze­ciw­nie. Tyle że tak na­praw­dę ich nie zna­łem. No i była jesz­cze kwe­stia Pre­sto­na Dra­ke’a.

Ko­leś za mną nie prze­pa­dał. Swe­go cza­su bar­dzo się sta­ra­łem zro­bić wra­że­nie na Aman­dzie Har­dy, ale osta­tecz­nie stra­ci­łem ją na rzecz Pre­sto­na. Trud­no jest ry­wa­li­zo­wać z nie­grzecz­ny­mi chłop­ca­mi o ja­snej czu­pry­nie sur­fe­ra. Nie że­bym był za­ko­cha­ny w Aman­dzie. Nie szu­ka­łem mi­ło­ści. Ni­g­dy. Aman­da była po pro­stu ład­na i słod­ka. Po­do­ba­ło mi się to. Tej dziew­czy­ny nie dało się nie lu­bić.

Pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło te roz­my­śla­nia, a kie­dy się od­wró­ci­łem, zo­ba­czy­łem bra­ta – stał w pro­gu i trzy­mał ręce w przed­nich kie­sze­niach dżin­sów.

– Za­mie­rzasz się tu ukry­wać przez cały wie­czór?

Roz­wa­ża­łem to. Nie czu­łem się zbyt swo­bod­nie z ludź­mi, któ­rych nie zna­łem. By­łem ra­czej in­tro­wer­ty­kiem. W na­szej ro­dzi­nie to Jax był lwem sa­lo­no­wym.

– Wła­śnie mia­łem do was zejść.

Jax uniósł brew.

– Spra­wiasz ta­kie wra­że­nie, jak­byś wo­lał być wszę­dzie, tyl­ko nie tam.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Nie prze­pa­dam za prze­by­wa­niem w to­wa­rzy­stwie osób, któ­rych nie znam do­brze. Ale zro­bię to dla Sa­die.

Brat wszedł do po­ko­ju.

– Je­śli przej­mu­jesz się Pre­sto­nem, od­puść so­bie. On jest tak na­praw­dę lu­za­kiem.

Za­chi­cho­ta­łem. Jax nie znał Pre­sto­na od tej stro­ny, co ja.

– Uwierz mi, je­śli cho­dzi o Aman­dę, nie jest zbyt­nim lu­za­kiem.

– Może i nie. Ale już ją ma. Są ze sobą wy­star­cza­ją­co dłu­go, by po­czuł się pew­nie. Spo­ty­ka­łeś się z dziew­czy­ną, w któ­rej był za­ko­cha­ny. Po­tra­fię zro­zu­mieć tam­to jego chwi­lo­we sza­leń­stwo.

No tak. Jax prze­żył to samo w związ­ku z Mar­cu­sem Har­dym. Te­raz byli kum­pla­mi. Mar­cus się oże­nił i miał dziec­ko, więc nie sta­no­wił już dla Jaxa za­gro­że­nia. Aman­da i Mar­cus są ro­dzeń­stwem, a Mar­cus pra­co­wał w na­szym let­nim domu tego sa­me­go lata, co Sa­die.

– Już scho­dzę – po­wie­dzia­łem. – Sło­wo. Poza tym je­stem głod­ny.

– To do­brze, bo po­dej­rze­wam, że je­śli Sa­die nie zo­ba­czy cię tam za pięć mi­nut, to przyj­dzie tu po cie­bie. Mar­twi się, że czu­jesz się po­mi­nię­ty.

Przy­po­mnia­łem so­bie, że ro­bię to dla Sa­die.

– Chodź­my – za­de­cy­do­wa­łem.

Ru­szy­łem za Ja­xem na scho­dy i spoj­rza­łem na tłum gro­ma­dzą­cy się w holu oraz na Sa­die, któ­ra wła­śnie otwie­ra­ła drzwi, żeby wpu­ścić ko­lej­nych przy­ja­ciół.

Kie­dy by­łem z Aman­dą na przy­ję­ciu we­sel­nym Mar­cu­sa i Wil­low, po­zna­łem kil­ko­ro z nich. Wszy­scy wy­da­wa­li się bar­dzo mili, ale wśród nich był rów­nież Pre­ston. Nie mia­łem pew­no­ści, czy za­ak­cep­tu­ją mnie tak do koń­ca. Kie­dy po we­se­lu wy­je­cha­łem z Sea Bre­eze, wszy­scy roz­sta­li­śmy się w zgo­dzie. Nie­trud­no było się zo­rien­to­wać, kogo tak na­praw­dę pra­gnie Aman­da. Na­wet nie pró­bo­wa­łem o nią wal­czyć. Ser­ce tej dziew­czy­ny wy­raź­nie na­le­ża­ło do Pre­sto­na.

Do domu wszedł Mar­cus Har­dy, trzy­ma­jąc na rę­kach nie­mow­lę owi­nię­te w czer­wo­no-bia­ły ko­cyk, na któ­rym wid­niał chy­ba słoń. Sa­die wy­da­ła pisk ra­do­ści, uści­ska­ła Wil­low, po czym wy­cią­gnę­ła ręce, żeby wziąć dziec­ko od Mar­cu­sa. Jesz­cze dwa lata wcze­śniej żad­ne­mu z nich na­wet nie śni­ła­by się taka sce­na. Mar­cus był zde­ter­mi­no­wa­ny, by przy­cią­gnąć uwa­gę Sa­die, nie mógł jed­nak kon­ku­ro­wać z Ja­xem. Zresz­tą z nim nikt nie mógł ry­wa­li­zo­wać. Ja ni­g­dy się nie ośmie­li­łem.

– Po Sa­die ja go we­zmę – roz­legł się zna­jo­my głos i zo­ba­czy­łem Aman­dę wcho­dzą­cą do holu.

– Ty masz go cały czas – od­par­ła Sa­die, uśmie­cha­jąc się do ma­lusz­ka.

– On ko­cha cio­cię Man­dę – za­gru­cha­ła Aman­da nad bra­tan­kiem.

Nie wi­dzia­łem jej od we­se­la Mar­cu­sa i Wil­low. Dłu­gie ja­sne wło­sy opa­da­ły jej na ple­cy, krót­ka spód­nicz­ka od­sła­nia­ła opa­lo­ne nogi. Tuż za nią po­ja­wił się Pre­ston i po­ło­żył jej rękę na bio­drze za­bor­czym ge­stem, a ja za­mar­łem. Może to jed­nak był zły po­mysł.

– Przy­się­gam, że daw­no mu prze­szło – szep­nął mi do ucha Jax.

Kiw­ną­łem gło­wą i ru­szy­łem po scho­dach w stro­nę zgro­ma­dzo­nych w holu osób. Nie cho­dzi­ło o to, że ba­łem się Pre­sto­na – po pro­stu nie chcia­łem przez cały wie­czór czuć się jak nie­pro­szo­ny gość. Nic by się nie sta­ło, gdy­by omi­nę­ła mnie ta im­pre­za.

– Będą też Cage i Eva. Wciąż się przy­zwy­cza­ja­ją do ży­cia z dziec­kiem – zwró­ci­ła się Wil­low do Sa­die.

– Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy zo­ba­czę Bliss – od­par­ła Sa­die, wzdy­cha­jąc ra­do­śnie.

Jesz­cze jed­no dziec­ko? Cho­le­ra, ta ban­da roz­mna­ża­ła się jak kró­li­ki.

– Jest prze­ślicz­na – po­wie­dzia­ła Wil­low. – Nie żar­tu­ję. Jest tak ślicz­na, że aż trud­no w to uwie­rzyć. Ma ta­kie słod­kie py­za­te po­licz­ki i oczy Cage’a. Eva nie może ni­g­dzie z nią pójść, żeby za­raz nie ob­stą­pił jej cały tłum wy­da­ją­cy ochy i achy nad małą. – Na twa­rzy Wil­low po­ja­wił się po­god­ny uśmiech.

Do­tar­li­śmy na dol­ny scho­dek i Sa­die nas za­uwa­ży­ła. Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. Nie na­wią­zy­wa­łem kon­tak­tu wzro­ko­we­go z Aman­dą i na­wet nie spoj­rza­łem w kie­run­ku Pre­sto­na. Pod­sze­dłem na­to­miast do Mar­cu­sa, żeby się z nim przy­wi­tać i po­gra­tu­lo­wać mu syna.

– Miło cię wi­dzieć – rzekł Mar­cus z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Cie­bie też. Wi­dzę, że masz ko­lej­ne­go człon­ka ro­dzi­ny – do­da­łem. – Gra­tu­la­cje.

– Dzię­ki. Nie mogę przez nie­go spać po no­cach, ale spo­ko. To do­sko­na­ła pora na po­ga­dusz­ki o fut­bo­lu. Uczę go od ma­łe­go.

Ro­ze­śmia­łem się i od­wró­ci­łem do Sa­die, któ­ra unio­sła ma­lusz­ka, że­bym mógł mu się przyj­rzeć.

– Ja­son, po­znaj Elie­go Har­dy’ego – po­wie­dzia­ła ła­god­nym to­nem, ja­kim zwy­kle roz­ma­wia się z ma­ły­mi dzieć­mi.

– Miło mi cię po­znać, Eli – od­par­łem. Chłop­czyk uśmiech­nął się i wło­żył rącz­kę do buzi. Pu­szek na jego gło­wie był rudy, jak wło­sy jego mamy, ale ma­lec wy­dał mi się po­dob­ny do Mar­cu­sa. Może z po­wo­du oczu.

– Je­stem głod­ny. Bę­dzie­my tu sta­li i ga­pi­li się na dzie­ci przez całą noc, czy jest też coś do żar­cia? – roz­legł się nowy głos, od­wra­ca­jąc moją uwa­gę od ma­lu­cha. Roz­po­zna­łem przy­by­sza, ale nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć, jak ma na imię. Miał dre­dy ze­bra­ne w ku­cyk. Ta­tu­aże po­kry­wa­ły więk­szą część jego rąk i ra­mion, je­den się­gał na­wet szyi. Nie przy­glą­da­łem mu się na tyle dłu­go, żeby roz­po­znać mo­tyw. Miał prze­kłu­tą war­gę, a kie­dy mó­wił, wi­dać też było me­tal w ję­zy­ku.

– Mamy mnó­stwo je­dze­nia, De­way­ne – za­pew­ni­ła go Sa­die, uśmie­cha­jąc się do nie­go, jak­by nie był prze­ra­ża­ją­cym ty­pem.

– To do­brze – od­rzekł, po czym pod­szedł do niej i po­ca­ło­wał Elie­go w głów­kę, cze­go zu­peł­nie bym się po nim nie spo­dzie­wał. – Cho­le­ra, ten dzie­ciak jest słod­ki. Ale też wy­glą­da zu­peł­nie jak ma­mu­sia.

Mar­cus tyl­ko za­chi­cho­tał.

De­way­ne po­pa­trzył na mnie i znie­ru­cho­miał. Prze­niósł wzrok za moje ple­cy, tam gdzie – jak wie­dzia­łem – sta­li Aman­da z Pre­sto­nem. Jego twarz wy­krzy­wi­ła się w le­ni­wym uśmie­chu.

– Do dia­bła. Za­po­wia­da się cho­ler­nie we­so­ło. Pre­ston, bę­dziesz się grzecz­nie za­cho­wy­wać wo­bec Ja­so­na?

Sa­die otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, a wszy­scy uci­chli. Uzna­łem, że to do­bry mo­ment, by się od­wró­cić i ode­zwać do tam­tych, żeby mieć to już z gło­wy.

Aman­da mie­rzy­ła De­way­ne’a ta­kim wzro­kiem, jak­by za­mie­rza­ła go ude­rzyć, ale na twa­rzy Pre­sto­na do­strze­głem roz­ba­wie­nie.

– Za­wsze je­stem grzecz­ny – oświad­czył Pre­ston, le­ni­wie prze­cią­ga­jąc sło­wa, co do­sko­na­le har­mo­ni­zo­wa­ło z jego apa­ry­cją sur­fe­ra. – Do Ja­so­na nic nie mam. W każ­dym ra­zie już nie. – Opu­ścił rękę, któ­rą obej­mo­wał Aman­dę w pa­sie, i zro­biw­szy krok do przo­du, wy­cią­gnął ją do mnie. – To co, zgo­da? – za­gad­nął.

Trud­no było ko­le­sia nie lu­bić. Uści­sną­łem mu dłoń.

– Pew­nie, że tak – od­par­łem.

– Cie­szę się – po­wie­dział, po czym się cof­nął i znów ob­jął Aman­dę. – Wi­dzisz, ba­ra­nie? Wszyst­ko w po­rzą­decz­ku – zwró­cił się do De­way­ne’a.

Ten tyl­ko za­chi­cho­tał i po­krę­cił gło­wą.

– Ja­sne, ja­sne.

– Do­bra, De­way­ne, skończ już z tymi pro­wo­ka­cja­mi. Je­ste­śmy w domu Sto­ne’ów – ode­zwał się Mar­cus, si­ląc się na dy­plo­ma­cję.

De­way­ne wzru­szył ra­mio­na­mi i spoj­rzał na Mar­cu­sa.

– Chcia­łem się tyl­ko tro­chę za­ba­wić.

Drzwi znów się otwo­rzy­ły – tym ra­zem wy­peł­ni­ła je zwa­li­sta syl­wet­ka Roc­ka. Zza jego nóg wy­pa­dła mała dziew­czyn­ka z bu­rzą lo­ków na gło­wie, cien­kim gło­si­kiem wo­ła­ją­ca Pre­sto­na. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że Pre­ston się schy­lił i chwy­cił ją, gdy rzu­ci­ła mu się w ob­ję­cia. Rock i jego żona Tri­sha ad­op­to­wa­li młod­szą sio­strzycz­kę i bra­ci Pre­sto­na po śmier­ci ich mat­ki, dzię­ki cze­mu wię­zi tej grup­ki przy­ja­ciół za­cieś­niły się jesz­cze bar­dziej.

– Tę­sk­ni­łam za tobą – oznaj­mi­ła dziew­czyn­ka, gło­śno cmo­ka­jąc Pre­sto­na w po­li­czek.

– Ja też za tobą tę­sk­ni­łem – od­parł.

– Prze­pra­sza­my za spóź­nie­nie – po­wie­dział Rock. – Tri­sha przy­wie­zie chłop­ców po tre­nin­gu fut­bo­lu. Mu­sia­łem je­chać po Da­isy. Jess opie­ko­wa­ła się nią u nas w domu, kie­dy by­li­śmy z chłop­ca­mi na tre­nin­gu.

Drgną­łem na dźwięk imie­nia Jess. Tak mia­ła na imię dziew­czy­na, któ­rą ura­to­wa­łem tam­tej nocy.

– Po­zwa­lasz Jess opie­ko­wać się Da­isy? – spy­ta­ła Wil­low, wy­raź­nie zdzi­wio­na.

Rock spoj­rzał na nią i zmarsz­czył brwi.

– To moja ku­zyn­ka. Wiem, że nie prze­pa­dasz za Jess, ale świet­nie do­ga­du­je się z Da­isy.

– Ona nie jest taka zła, Low – wtrą­ci­ła Aman­da. – Wiem, że mia­łaś z nią przy­kre do­świad­cze­nia, ale Jess jest lo­jal­na aż do prze­sa­dy i ko­cha te dzie­cia­ki.

Moja cie­ka­wość jesz­cze wzro­sła. Je­śli to była ta sama Jess, któ­ra zde­mo­lo­wa­ła wóz swo­je­go chło­pa­ka, mo­głem zro­zu­mieć oba­wy Low. Nie wy­glą­da­ła jak ty­po­wa opie­kun­ka do dziec­ka.

– Wy­da­je się taka nie­od­po­wie­dzial­na – po­wie­dzia­ła Wil­low, marsz­cząc czo­ło.

De­way­ne wró­cił do holu z gar­ścią chip­sów.

– Nie lu­bisz jej, bo chcia­ła Mar­cu­so­wi za­wró­cić w gło­wie tym swo­im sek­sow­nym ty­łecz­kiem. To jesz­cze nie zna­czy, że jest złą dziew­czy­ną. Po pro­stu cza­sa­mi ją tro­chę po­no­si.

Aman­da po­sła­ła gniew­ne spoj­rze­nie w kie­run­ku De­way­ne’a.

– Nie wy­wle­kaj tego. To sta­re dzie­je.

– Prze­stań, sta­ry. – Głos Mar­cu­sa za­brzmiał bła­gal­nie.

– Jess robi cza­sem nie­prze­my­śla­ne rze­czy i jest im­pul­syw­na, ale to nie zmie­nia fak­tu, że świet­nie zaj­mu­je się Da­isy – bro­nił Rock ku­zyn­ki.

– Parę dni temu kom­plet­nie znisz­czy­ła Han­ko­wi pick-upa – za­uwa­żył Mar­cus.

Te­raz ta grup­ka bez resz­ty przy­ku­ła moją uwa­gę. Nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu. Mu­sia­łem po­trzeć usta dło­nią, żeby nikt nie za­uwa­żył. Mó­wi­li o tej sek­sow­nej blon­dyn­ce, któ­rej po­mo­głem uciec.

– Co ta­kie­go zro­bi­ła? – spy­ta­ła Sa­die, wy­raź­nie wstrzą­śnię­ta.

Wil­low wes­tchnę­ła i po­krę­ci­ła gło­wą.

– Ten jej chło­pak, z któ­rym cią­gle zry­wa­ją i znów się scho­dzą, zdra­dzał ją, więc wzię­ła kij ba­se­bal­lo­wy czy coś po­dob­ne­go i po­wy­bi­ja­ła mu wszyst­kie szy­by w wo­zie, i chy­ba jesz­cze zdą­ży­ła po­wgnia­tać tro­chę ka­ro­se­rię z boku, za­nim ucie­kła.

Pre­ston par­sk­nął roz­ba­wio­ny.

– Prze­pra­szam. Ale to cho­ler­nie za­baw­ne. Za każ­dym ra­zem, jak to sły­szę, nie mogę po­wstrzy­mać się od śmie­chu.

Rock po­krę­cił gło­wą.

– Wa­riat­ka. Hank za­słu­żył so­bie na to, ale na­dal nie mogę uwie­rzyć, że na­praw­dę to zro­bi­ła. Zresz­tą Jess mówi, że to nie ona, a je­dy­nym do­wo­dem prze­ciw­ko niej są sło­wa Han­ka, któ­ry twier­dzi, że wi­dział, jak ucie­ka i ją go­nił. Mówi, że po­tem wsko­czy­ła do ja­kie­goś po­rsche i od­je­cha­ła. To aku­rat musi być kłam­stwo. W tym mie­ście nikt nie ma po­rsche. A póź­niej, kie­dy gli­ny pod­je­cha­ły pod ich dom, jej mama po­wie­dzia­ła, że Jess cały dzień była z nią i wła­śnie bie­rze prysz­nic. Gli­niarz po­twier­dził, że ma­ska jej wozu była chłod­na, więc nie mógł się spie­rać ze Star­lą.

Po­czu­łem na so­bie wzrok Jaxa, ale się nie od­wró­ci­łem. Mia­łem wra­że­nie, że sły­szę jego my­śli. Wie­dział, kto w Sea Bre­eze po­sia­da po­rsche – on.

– Zna­jąc Han­ka, był pi­ja­ny albo na­ćpa­ny. Ale tak czy owak, to wy­glą­da na wy­skok Jess. Nikt inny nie miał mo­ty­wu. No i wszy­scy wie­my, że Star­la pew­nie za­ba­wia w Jugs nie­jed­ne­go gli­nia­rza z Sea Bre­eze – po­wie­dział Pre­ston, na­dal roz­ba­wio­ny i uśmiech­nię­ty.

„Jugs? Co to jest Jugs?”. Nie za­py­ta­łem. Wo­la­łem się nie wy­chy­lać. Na szczę­ście Jax nie wspo­mniał nic o po­rsche, któ­re zo­sta­wił tu­taj w ga­ra­żu.

– Roz­dział III –

Jess

Przez ty­dzień sta­ra­łam się nie rzu­cać w oczy. Mia­łam już dość sie­dze­nia w domu. Opie­ka nad có­recz­ką Roc­ka, Da­isy May, przed pa­ro­ma dnia­mi sta­no­wi­ła miłą od­mia­nę, ale po­trze­bo­wa­łam ja­kiejś ak­tyw­no­ści. My­śle­nie o Han­ku i ca­łym tym stra­co­nym cza­sie do­pro­wa­dza­ło mnie do sza­leń­stwa. Jak­bym sama się pro­si­ła o to, by skoń­czyć tak jak mama. Nie że­bym nie ko­cha­ła mamy – po pro­stu wie­dzia­łam, że ma trud­ne ży­cie.

Poza tym, cho­ciaż uwiel­bia­łam się stro­ić, żeby przy­cią­gać mę­skie spoj­rze­nia, nie chcia­łam na­wet my­śleć o tym, że mu­sia­ła­bym się roz­bie­rać przed fa­ce­ta­mi, żeby zwią­zać ko­niec z koń­cem. A mama ro­bi­ła to bez mru­gnię­cia okiem. Nie są­dzi­łam, że ja bym tak kie­dy­kol­wiek mo­gła. Lu­bi­łam swo­je cia­ło. Tyle że wo­la­łam wy­bie­rać, przed kim zdej­mu­ję ubra­nie. Gru­bi, ły­sie­ją­cy po­li­cjan­ci nie będą pła­cić, żeby zo­ba­czyć mnie nago. Boże, do­po­móż.

Wsu­nę­łam sto­py w czer­wo­ne kow­boj­ki i ob­cią­gnę­łam skó­rza­ną czar­ną mi­ni­spód­nicz­kę tak, żeby za­sła­nia­ła mi po­ślad­ki. Wy­glą­da­ło na to, że w tym se­zo­nie skó­ra znów była mod­na. Cie­szy­łam się, bo uwiel­bia­łam skó­rza­ne ciu­chy. Się­gnę­łam po je­den z mo­ich T-shir­tów Jack­down. Dziś wie­czo­rem wy­bie­ra­łam się do Live Bay po­słu­chać Kri­ta i jego ze­spo­łu. Krit uwiel­biał, kie­dy mia­łam na so­bie jed­ną z ko­szu­lek ze­spo­łu.

Krit był tak­że za­chwy­co­ny, kie­dy zdej­mo­wa­łam ją przed nim. Ale te dni już mi­nę­ły. Jego sio­stra Tri­sha wy­szła za mo­je­go ku­zy­na. By­li­śmy te­raz ro­dzi­ną, cho­ciaż on wo­lał twier­dzić, że to się nie li­czy. Tak czy owak, Krit nie nada­wał się na fa­ce­ta, któ­ry oca­li mnie przed lo­sem mo­jej mamy. Był taki sam jak ja: po­cho­dził z ni­zin spo­łecz­nych i usi­ło­wał się z nich wy­rwać. Poza tym obo­je tro­chę za bar­dzo lu­bi­li­śmy pa­ko­wać się w kło­po­ty. Na­sze by­cie ra­zem oka­za­ło się nie­bez­piecz­ne.

Mama wy­szła już do pra­cy, więc po­szłam do jej po­ko­ju spry­skać so­bie de­kolt per­fu­ma­mi Cha­nel. Uży­wa­ła ich oszczęd­nie, a mnie nie wol­no było ich do­ty­kać.

Kie­dy uzna­łam, że je­stem już go­to­wa, chwy­ci­łam klu­czy­ki do pick-upa i otwo­rzy­łam fron­to­we drzwi. Na pod­jeź­dzie stał wy­pa­sio­ny czar­ny hum­mer z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi. Kto nim, u dia­bła, przy­je­chał? To nie był zwy­czaj­ny hum­mer, tyl­ko taki na spe­cjal­ne za­mó­wie­nie. Za­mknę­łam drzwi za sobą i po­ko­na­łam dwa schod­ki z pu­sta­ków.

Drzwi od stro­ny kie­row­cy się otwo­rzy­ły i z wozu wy­siadł Pan Po­rsche. W dło­ni trzy­mał kij ba­se­bal­lo­wy na­le­żą­cy do Roc­ka. Cho­le­ra, za­po­mnia­łam o nim. Uśmie­cha­jąc się z ulgą, bo Rock by mnie za­bił, gdy­bym go zgu­bi­ła, wy­szłam Panu Po­rsche na­prze­ciw.

– Za­po­mnia­łaś cze­goś – po­wie­dział na po­wi­ta­nie.

– Dzię­ku­ję – od­par­łam, bio­rąc od nie­go kij i cho­wa­jąc go za ple­ca­mi na wy­pa­dek, gdy­by ktoś prze­jeż­dżał obok i zo­ba­czył mnie z nim. To była ostat­nia rzecz, ja­kiej po­trze­bo­wa­łam po tym ty­go­dniu.

– Mogę ci go bez­piecz­nie po­wie­rzyć? Czy mam być w po­go­to­wiu w ra­mach ko­lej­nych pla­nów uciecz­ki?

Pan Po­rsche miał do­łe­czek w pra­wym po­licz­ku. Nie za­uwa­ży­łam go przed­tem.

– Chy­ba na ra­zie od­sta­wię mój kij. Za dużo z nim kło­po­tów – stwier­dzi­łam.

– Cie­szę się, że to sły­szę. Opo­wie­ści o two­jej de­mol­ce krą­ży­ły w tym ty­go­dniu po ca­łym mie­ście – rzekł z roz­ba­wio­ną miną. – Po­nie­waż cho­dzą słu­chy, że ucie­kłaś po­rsche, ale nikt nie wie­rzy Han­ko­wi, bo po­dob­no nikt w tym mie­ście nie ma ta­kie­go sa­mo­cho­du, po­sta­no­wi­łem przy­je­chać tu czymś in­nym.

Skąd on to wszyst­ko wie­dział? Sea Bre­eze to nie­du­że mia­stecz­ko, ale nie aż ta­kie małe. Miej­sco­wi nie wy­mie­nia­li tych in­for­ma­cji z let­ni­ka­mi. Mu­siał znać ko­goś, kto miał do­stęp do ta­kich wie­ści.

– Kim ty je­steś? – spy­ta­łam.

– Mam na imię Ja­son – od­parł.

Ja­son. Nie zna­łam żad­ne­go Ja­so­na. Nie li­cząc Ja­so­na Con­doya, któ­ry przedaw­ko­wał w ze­szłym roku. Prze­chy­li­łam gło­wę i przy­glą­da­łam mu się dłuż­szą chwi­lę.

– To po­wiedz, Ja­so­nie, kogo ty znasz w Sea Bre­eze? Mo­gła­bym przy­siąc, że przy­je­cha­łeś tu pro­sto z wy­spy. Two­je po­rsche i w ogó­le wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło.

Jego uśmiech stał się jesz­cze szer­szy, a do­łe­czek w po­licz­ku głęb­szy. Bar­dzo mi się po­do­bał ten do­łe­czek.

– To moja ta­jem­ni­ca – po­wie­dział tyl­ko.

Zer­k­nę­łam na jego de­si­gner­skie ciu­chy i upo­mnia­łam samą sie­bie, że fa­ce­ci tacy jak on są cał­ko­wi­cie spo­za mo­jej ligi. Ja szu­ka­łam miej­sco­we­go z ja­kimś po­ten­cja­łem. Na nic wię­cej nie mo­głam li­czyć. Ten ko­leś wy­glą­dał tak, że do­sko­na­le pa­so­wał­by do Be­ver­ly Hills.

– Aha, no to dzię­ki za kij i za wte­dy. Je­stem ci bar­dzo wdzięcz­na – po­wie­dzia­łam, do­cho­dząc do wnio­sku, że prze­dłu­ża­nie tej roz­mo­wy jest bez­ce­lo­we.

– Wy­bie­rasz się gdzieś? – spy­tał.

– Tak, wła­śnie wy­cho­dzę. Mój kum­pel gra w ze­spo­le – wy­ja­śni­łam.

Ja­son nie wy­ko­nał żad­ne­go ru­chu, żeby odejść. Co on wy­pra­wiał?

– Gra­ją w ba­rze – cią­gnę­łam.

– Spo­tkasz się tam z kimś?

Eee… że co? Czyż­by za­mie­rzał mnie spy­tać, czy też może tam pójść? Nie. Mu­sia­łam coś źle zro­zu­mieć.

– Mhm, na pew­no będą tam ja­cyś zna­jo­mi.

– Ale nie fa­cet? A może ten kum­pel z ze­spo­łu jest tym fa­ce­tem?

Py­tał mnie, czy się z kimś umó­wi­łam na rand­kę. Rany. Po raz pierw­szy w ży­ciu za­bra­kło mi słów. Sta­łam tam tyl­ko, ga­piąc się na nie­go z za­kło­po­ta­niem.

– W po­rząd­ku. Se­rio. Nie rób ta­kiej spa­ni­ko­wa­nej miny. To do zo­ba­cze­nia – rzu­cił, po czym od­wró­cił się i za­czął iść w stro­nę hum­me­ra.

Za­raz od­je­dzie. Mu­sia­łam coś po­wie­dzieć.

– Nie, cze­kaj. Ja nie… Nie ma żad­ne­go fa­ce­ta. Za­mie­rzam po pro­stu po­słu­chać ze­spo­łu i spo­tkać się ze zna­jo­my­mi. Je­śli chcesz je­chać ze mną… – Urwa­łam, na­dal nie mo­gąc uwie­rzyć, że chce się tam ze mną po­ka­zać.

Za­trzy­mał się i obej­rzał na mnie.

– Je­steś pew­na?

Tak! Zdo­ła­łam ja­koś kiw­nąć gło­wą i nie za­cho­wać się jak idiot­ka.

Jego uśmiech wró­cił.

– Ja po­pro­wa­dzę.

Dla uspo­ko­je­nia wzię­łam głę­bo­ki od­dech, po­de­szłam do nie­go i wte­dy zda­łam so­bie spra­wę z tego, że na­dal trzy­mam w dło­ni kij ba­se­bal­lo­wy.

– Och. – Sta­nę­łam i pod­nio­słam go w górę. – Mu­szę to odło­żyć.

– Mo­żesz wło­żyć go do hum­me­ra i za­brać, jak wró­ci­my – za­pro­po­no­wał, pod­cho­dząc, żeby otwo­rzyć mi drzwi.

Coś ta­kie­go zda­rzy­ło mi się po raz pierw­szy. Jesz­cze nikt nie otwie­rał mi drzwi wozu. Ni­g­dy.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam, spo­glą­da­jąc na nie­go i do­cho­dząc do wnio­sku, że mo­gła­bym się do tego przy­zwy­cza­ić.

– Za co? – spy­tał ze zdez­o­rien­to­wa­ną miną.

– Za to, że otwo­rzy­łeś mi drzwi – od­par­łam.

Zro­bił wiel­kie oczy i przy­glą­dał mi się przez mo­ment, po czym po­chy­lił się do przo­du.

– Jess, je­śli fa­ce­ci nie otwie­ra­ją ci drzwi, to nie są war­ci two­je­go cza­su. Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać. – Na­stęp­nie wy­pro­sto­wał się i wy­cią­gnął rękę, żeby po­móc mi wsiąść do hum­me­ra.

By­łam pew­na, że wresz­cie zro­zu­mia­łam, co zna­czy sło­wo „omdle­wać”. Po­da­łam mu rękę, a on ujął moją dłoń i przy­trzy­mał mnie przy wsia­da­niu. Jego wóz był wyż­szy od mo­je­go, ale nogi mia­łam rów­nie dłu­gie jak mama. A jed­nak po­do­ba­ło mi się, że mi po­ma­ga.

Kie­dy usia­dłam, za­uwa­ży­łam, że pa­trzy na moje nogi, do­pie­ro po chwi­li pod­niósł wzrok, by od­wza­jem­nić moje spoj­rze­nie.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział, ru­mie­niąc się nie­znacz­nie. A po­tem za­mknął drzwi i mia­łam chwil­kę, żeby dojść do sie­bie.

Czy kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam, żeby fa­cet się ru­mie­nił? Nie li­cząc mo­je­go na­uczy­cie­la od hi­sto­rii z li­ceum, w któ­rym się pod­ko­chi­wa­łam i ja­sno da­wa­łam mu to do zro­zu­mie­nia. Po­czu­łam się sta­now­czo zbyt ską­po ubra­na. Mój sek­sow­ny strój wy­dał mi się te­raz… tro­chę tan­det­ny. Ja­son otwo­rzył drzwi od stro­ny kie­row­cy i wsiadł do środ­ka. Jego bi­cep­sy się na­pię­ły, bez resz­ty przy­cią­ga­jąc moją uwa­gę. Za­sta­na­wia­łam się, jak wy­glą­da­ją jego mię­śnie brzu­cha.

– Do­kąd je­dzie­my? – spy­tał, za­pa­la­jąc sil­nik.

– Bar na­zy­wa się Live Bay – od­par­łam. – Sły­sza­łeś może o nim?

Ja­son uśmiech­nął się prze­kor­nie.

– No pew­nie.

Ja­son

To był pew­nie zły po­mysł. Nie by­łem go­to­wy na to, żeby po­wie­dzieć Jess, kim je­stem. Z opo­wie­ści, któ­re o niej sły­sza­łem, wie­dzia­łem, że lubi się pa­ko­wać w kło­po­ty. Za­mie­rza­łem od­dać jej kij i od­je­chać. Cho­ciaż to, co opo­wia­da­li o niej przy­ja­cie­le Sa­die i Jaxa, było pie­kiel­nie za­baw­ne, mia­łem wra­że­nie, że kie­dy się do­wie, że moim bra­tem jest Jax Sto­ne, tyl­ko to bę­dzie się dla niej li­czyć. Za­in­te­re­su­je się mną, ale z nie­wła­ści­wych po­wo­dów. A ja zo­sta­nę tu tyl­ko przez mie­siąc, żeby po­być tro­chę sa­me­mu, za­nim znów za­cznie się szko­ła.

Kie­dy zo­ba­czy­łem, jak wy­cho­dzi z domu w tej kró­ciut­kiej spód­nicz­ce, któ­ra z tru­dem za­kry­wa­ła jej ty­łek, i w tym opię­tym T-shir­cie, za­po­mnia­łem, dla­cze­go wła­ści­wie nie za­mie­rza­łem się sta­rać le­piej jej po­znać. A na wi­dok jej nóg zro­bi­ło mi się sła­bo. Rock za­cho­wy­wał się wo­bec Jess tak opie­kuń­czo, kie­dy wszy­scy inni ją ob­ga­dy­wa­li, wi­dzia­łem też tro­skę w jego oczach, gdy usi­ło­wał tłu­ma­czyć jej za­cho­wa­nie. Znał tę dziew­czy­nę taką, ja­kiej tam­ci nie mie­li oka­zji po­znać.

Chcia­łem się za­po­znać z tam­tą Jess. Bo ta sek­sow­na, na wpół ubra­na dziew­czy­na, któ­ra lu­bi­ła uży­wać swe­go cia­ła, żeby fa­ce­tom mię­kły ko­la­na, była cho­ler­nie po­nęt­na. Ale po­trze­bo­wa­łem cze­goś wię­cej. By­łem cie­ka­wy. Ot co.

– By­łeś już kie­dyś w Live Bay? – za­py­ta­ła.

Zer­k­ną­łem w jej stro­nę.

– Tak, raz – przy­zna­łem.

– Za­sko­czy­łeś mnie. Zwy­kle lu­dzie z wy­spy nie wy­pra­wia­ją się do lo­kal­nych knajp.

„Lu­dzie z wy­spy” wy­po­wie­dzia­ła nie­zbyt przy­chyl­nym to­nem.

– Masz coś prze­ciw­ko wy­spie? – spy­ta­łem roz­ba­wio­ny.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go? To było tyl­ko stwier­dze­nie fak­tu.

Mia­ła ra­cję. Tyle że Jax prze­ła­mał ten ste­reo­typ. Nie tyl­ko zszedł z wy­spy, lecz tak­że zdo­był ser­ce miej­sco­wej dziew­czy­ny.

– By­łaś kie­dyś na wy­spie? – za­py­ta­łem. Pod­je­cha­łem pod Live Bay i spoj­rza­łem na nią.

Po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Nie. – Unio­sła ku mnie wzrok. Jej dłu­gie rzę­sy ocie­nia­ły wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we. – Fa­ce­ci z wy­spy z re­gu­ły nie za­pra­sza­ją na ko­la­cję ta­kich dziew­czyn jak ja.

A szko­da. Fa­ce­ci z wy­spy nie wie­dzie­li, jaką zaj­mu­ją­cą dziew­czy­ną była Jess.

– Ich stra­ta – po­wie­dzia­łem, otwie­ra­jąc drzwi. Mu­sia­łem truch­ci­kiem obiec hum­me­ra, żeby zdą­żyć do Jess, za­nim sama wy­sko­czy z wozu w tych swo­ich kow­boj­kach.

Unio­sła brwi.

– Po­ma­gasz też dziew­czy­nom przy wy­sia­da­niu? – zdzi­wi­ła się.

Cho­le­ra, z ja­ki­mi ty­pa­mi ona się uma­wia­ła?

Po­da­łem jej rękę, a ona uję­ła ją i wy­sia­dła. Kie­dy jej pierś do­tknę­ła mo­jej, gwał­tow­nie wcią­gną­łem po­wie­trze. Biust mia­ła nie tyl­ko ob­fi­ty, ale tak­że mięk­ki.

– Dzię­ki – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się i pa­trząc na mnie zna­czą­co. Nie za­mie­rza­łem od­bie­rać jej tej przy­jem­no­ści. Wie­dzia­ła, że spodo­bał mi się do­tyk jej pier­si, i nie od­su­wa­ła się, że­bym mógł im się rów­nież przyj­rzeć z bli­ska.

Ale ja nie za­mie­rza­łem na nie pa­trzeć. Mimo że tego ocze­ki­wa­ła. Już i tak przy­ła­pa­ła mnie na lu­stro­wa­niu jej nóg. Nie mia­łem za­mia­ru do­dat­ko­wo ga­pić się na jej cyc­ki. Za­miast tego pu­ści­łem do niej oko i od­su­ną­łem się.

– Go­to­wa? – za­gad­ną­łem.

Wi­dząc błysk roz­cza­ro­wa­nia w jej oczach, po­ża­ło­wa­łem, że jed­nak nie rzu­ci­łem okiem. Nie chcia­łem, żeby my­śla­ła, że mnie nie po­cią­ga. Może i była flir­cia­rą, ale przede wszyst­kim ko­bie­tą i mia­ła swo­je uczu­cia.

– Ja­sne – od­par­ła, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu, po czym skie­ro­wa­ła się do wej­ścia.

Już mia­łem chwy­cić ją za ło­kieć i za­pew­nić, że jej cia­ło jest do­sko­na­łe, jed­nak się po­wstrzy­ma­łem. Mia­łem prze­czu­cie, że wła­śnie do tego przy­wy­kła. Nie chcia­łem być taki sam jak inni. W jej oczach by­łem wy­jąt­ko­wy i na­praw­dę za­mie­rza­łem taki być. Pra­gną­łem się wy­róż­niać.

Dla­cze­go? Sam nie by­łem pew­ny.

Wy­dłu­ży­łem krok, żeby ją do­go­nić i do­trzeć do drzwi przed nią, by móc je otwo­rzyć. Za­trzy­ma­ła się i pa­trzy­ła na mnie, kie­dy się cof­ną­łem, żeby prze­pu­ścić ją przo­dem. Na jej war­gach po­ja­wił się nie­znacz­ny uśmiech – wró­ci­ła Jess flir­cia­ra.

Wsze­dłem za nią do środ­ka. Mu­zy­ka już była gło­śna i wszy­scy prze­py­cha­li się w stro­nę sce­ny. Ze­spół jesz­cze nie grał, ale pew­nie nie­dłu­go miał za­cząć.

Kil­ku fa­ce­tów za­wo­ła­ło coś do Jess na po­wi­ta­nie, a ona po­ma­cha­ła im w od­po­wie­dzi. Wszy­scy ją tu zna­li. Na­wet bar­man pu­ścił do niej oko. Chy­ba nie zdo­łał­bym tego znieść na dłuż­szą metę. Do­brze, że dzi­siaj mia­łem oka­zję się prze­ko­nać, jak to wy­glą­da.

Zo­ba­czy­łem, że kil­ku fa­ce­tów prze­no­si wzrok z Jess na mnie. Wszy­scy się za­sta­na­wia­li, czy je­ste­śmy ra­zem. Czu­łem to. Nie do­ty­ka­łem jej w ża­den spo­sób, bo nie była moją dziew­czy­ną. Po pro­stu przy­szli­śmy tu ra­zem.

– A tego gdzie zna­la­złaś, Jess? – za­gad­nę­ła dziew­czy­na z ciem­no­brą­zo­wy­mi lo­ka­mi i ja­skra­wo­ró­żo­wą szmin­ką, przy­glą­da­jąc mi się z jaw­ną cie­ka­wo­ścią. Po­wo­li wo­dzi­ła wzro­kiem po moim cie­le.

– On jest ze mną, Tiff. Po­lej się zim­ną wodą i zejdź nam z dro­gi – od­par­ła Jess, bio­rąc mnie pod ra­mię i przy­cią­ga­jąc do sie­bie.

Ze wszyst­kich sił po­wstrzy­my­wa­łem się od uśmie­chu.

– Jak bę­dziesz miał już dość jej szpo­nów, to przyjdź do mnie. Je­stem słod­ka ni­czym ko­cia­czek – za­wo­ła­ła za mną tam­ta, kie­dy Jess cią­gnę­ła mnie przez tłum.

– Przy­ja­ciół­ka? – za­py­ta­łem, roz­ba­wio­ny sztyw­noś­cią ra­mion Jess.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła do mnie.

– Mhm, nie – prych­nę­ła. – Wy­róż­niasz się, chło­pacz­ku z wy­spy. Od razu wi­dać, skąd je­steś. A to wabi róż­ne na­cią­gacz­ki.

– Jak to, więc to nie moja uro­da? – za­żar­to­wa­łem.

Już mia­ła od­po­wie­dzieć, ale do­strze­gła moją roz­ba­wio­ną minę i jej ra­mio­na się roz­luź­ni­ły.

– Je­steś przy­stoj­ny, chło­pacz­ku z wy­spy. Mu­szę ci to przy­znać. Tym go­rzej dla cie­bie. Trzy­maj się bli­sko mnie, bo Tiff to za­le­d­wie jed­na z wie­lu.

Kiw­ną­łem gło­wą, a ona po­sła­ła mi praw­dzi­wy uśmiech. Taki, przy któ­rym w jej oczach tań­czy­ły ogni­ki roz­ba­wie­nia.

– Chodź. Moi przy­ja­cie­le są tam – po­wie­dzia­ła.

Sze­dłem za nią przez tłum. Naj­pierw do­strze­głem Roc­ka. Sie­dział przy sto­li­ku na­prze­ciw­ko sce­ny. Obok nie­go zo­ba­czy­łem De­way­ne’a. Ni­g­dzie nie było na­to­miast Pre­sto­na ani Aman­dy. Ode­tchną­łem z ulgą. Z Roc­kiem i De­way­ne’em dam so­bie radę.

A jed­nak de­ner­wo­wa­łem się tro­chę, jak za­re­agu­je Rock. Nie chcia­łem ko­le­sia wku­rzyć.

Kie­dy Rock po­wie Jess, kim je­stem, mój se­kret się wyda. Ona i tak wi­dzia­ła we mnie bo­ga­te­go chłop­ta­sia, któ­ry za­pu­ścił się w nie swo­je śro­do­wi­sko. Nie by­łem pew­ny, czy wie­dza, że moim bra­tem jest Jax Sto­ne, aż tak bar­dzo zmie­ni jej na­sta­wie­nie. Z po­cząt­ku ukry­wa­nie tego wy­da­wa­ło mi się waż­ne, te­raz jed­nak wca­le nie by­łem prze­ko­na­ny, że Jess za­re­agu­je tak samo, jak więk­szość dziew­czyn, któ­re po­zna­wa­łem. By­łem przy­zwy­cza­jo­ny, że dziew­czy­ny, po­wiedz­my, ja­koś mną za­in­te­re­so­wa­ne, z chwi­lą, kie­dy do­wia­dy­wa­ły się, kim jest mój brat, na­gle do­sta­wa­ły ob­se­sji na moim punk­cie. Bę­dąc bra­tem Jaxa, za­zwy­czaj mo­głem zdo­być każ­dą bab­kę, ale z nie­wła­ści­wych po­wo­dów.

Wkrót­ce się prze­ko­nam. Je­śli Jess za­cznie się za­cho­wy­wać jak jed­na z tych osza­la­łych fa­nek Jaxa i po­sta­no­wi się do mnie kle­ić, spa­dam stąd i tyle. To bę­dzie nasz test. Na­praw­dę nie chcia­łem, żeby ten wie­czór się skoń­czył. Mia­łem na­dzie­ję, że Jess nie oka­że się wiel­bi­ciel­ką Jaxa Sto­ne’a.

– Roz­dział IV –

Jess

Jak on to zro­bił? Je­den sek­sow­ny, roz­ba­wio­ny uśmiech Ja­so­na i by­łam go­to­wa wy­dra­pać Tiff oczy. Mia­łam ocho­tę spleść pal­ce z jego pal­ca­mi, ale nie chcia­łam go spło­szyć. Wy­da­wa­ło mi się, że on tyl­ko cze­ka, aż zro­bię coś głu­pie­go. I wszyst­ko ze­psu­ję. Nie mu­siał nic mó­wić – wi­dzia­łam to w jego oczach.

– To mój ku­zyn Rock i je­den z jego naj­lep­szych kum­pli, De­way­ne – oznaj­mi­łam, nie chcąc, by po­my­ślał, że za­da­ję się tyl­ko z fa­ce­ta­mi. Na­wet je­śli to była praw­da, nie wy­glą­da­ło to do­brze. Tak na­praw­dę to byli kum­ple Roc­ka. Flir­to­wa­łam z więk­szo­ścią z nich, czym zra­zi­łam do sie­bie ich dziew­czy­ny. Nie li­cząc żony Roc­ka, Tri­shy, któ­ra mnie ko­cha­ła. No i, rzecz ja­sna, była jesz­cze Aman­da. Ona ni­g­dy mnie nie osą­dza­ła ani nie pa­trzy­ła na mnie z góry. W szko­le za­wsze mnie za­ga­dy­wa­ła i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by­śmy były przy­ja­ciół­ka­mi. A po­tem, nie­co po­nad rok temu, po­sta­no­wi­ła tro­chę za­sza­leć i zwró­ci­ła się do mnie po wska­zów­ki. To do­świad­cze­nie sce­men­to­wa­ło na­szą przy­jaźń.

Rock na­po­tkał moje spoj­rze­nie i się uśmiech­nął, a po­tem prze­niósł wzrok na Ja­so­na i jego uśmiech zbladł. Czy to dla­te­go, że tak oczy­wi­ste było, że nie po­cho­dzi z tych stron? Są­dzi­łam ra­czej, że się ucie­szy, wi­dząc mnie z ta­kim po­rząd­nym chło­pa­kiem. Wła­ści­wie każ­dy, kto nie był Han­kiem, po­wi­nien wy­wo­łać na jego twa­rzy uśmiech.

Rock wstał, a ja za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy po­win­nam się usta­wić mię­dzy nim a Ja­so­nem. Za­nim jed­nak zdą­ży­łam zde­cy­do­wać, co ro­bić, Ja­son wy­szedł przede mnie.

– Rock, De­way­ne, miło was zno­wu zo­ba­czyć – po­wie­dział swo­bod­nym, po­ufa­łym to­nem.

Za­mar­łam.

To nie mia­ło sen­su.

– A niech mnie! – wy­krzyk­nął De­way­ne i wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

Rock jesz­cze bar­dziej zmarsz­czył czo­ło.

– Mo­żesz mi to ja­koś wy­ja­śnić? – spy­tał Ja­so­na.

– To ja je­stem kie­row­cą po­rsche – od­po­wie­dział po pro­stu.

Rock uniósł brwi, po czym spoj­rzał na mnie i znów na Ja­so­na. Prze­je­chał dło­nią po ogo­lo­nej gło­wie.

– Dla­cze­go o tym nie po­my­śla­łem? – mruk­nął.

Otwo­rzy­łam usta i już mia­łam za­py­tać, o co tu, u dia­bła, cho­dzi, kie­dy De­way­ne zno­wu ryk­nął śmie­chem.

– To su­kin­syn! Ka­pi­tal­ne. A nic nie po­wie­dzia­łeś tam­te­go wie­czo­ru.

Tam­te­go wie­czo­ru? Od­wró­ci­łam się do Ja­so­na, a on po­słał mi prze­pra­sza­ją­cy uśmiech. Wie­dział, kim je­stem? Wi­dział się nie­daw­no z Roc­kiem? Jak to?

– Po­wi­nie­nem się wku­rzyć, że nic nie po­wie­dzia­łeś, ale wła­ści­wie się cie­szę, że tego nie zro­bi­łeś – po­wie­dział Rock. – Po­rsche to je­dy­ny ele­ment tej hi­sto­rii, któ­ry świad­czy o nie­win­no­ści Jess. – Z po­wro­tem usiadł na stoł­ku.

Wresz­cie od­zy­ska­łam głos.

– O czym wy mó­wi­cie? – spy­ta­łam, ude­rza­jąc dło­nią w blat sto­łu, żeby zwró­cić ich uwa­gę.

Rock spoj­rzał na mnie jak na wa­riat­kę, po czym znów po­pa­trzył na Ja­so­na. Jego py­ta­ją­ce spoj­rze­nie wpra­wi­ło mnie w jesz­cze więk­sze zmie­sza­nie.

– Zo­sta­wi­ła kij w moim wo­zie. Dziś jej go od­wio­złem. No i wy­lą­do­wa­li­śmy tu­taj. Wła­ści­wie nie­wie­le roz­ma­wia­li­śmy. Nie po­da­li­śmy so­bie na­wet swo­ich na­zwisk – wy­ja­śnił Ja­son Roc­ko­wi, po czym spoj­rzał na mnie, jak gdy­by cze­kał, że coś we mnie za­sko­czy.

– Czy­li przed tam­tą im­pre­zą nie wie­dzia­łeś jesz­cze, że Jess jest moją ku­zyn­ką? – upew­nił się Rock.

– Nie mia­łem po­ję­cia – od­parł Ja­son.

Rock wes­tchnął i ski­nął gło­wą w moją stro­nę.

– Sta­ry, ona nie przyj­mie tego naj­le­piej. Po­wi­nie­neś jej po­wie­dzieć, za­nim cię tu przy­pro­wa­dzi­ła.

Mia­łam już dość czy­ta­nia mię­dzy wier­sza­mi.

– Kim ty je­steś? – za­py­ta­łam.

Ja­son otwo­rzył usta, po czym je za­mknął. Czyż­by tak trud­no było mu po­wie­dzieć, skąd znał Roc­ka?

– Po­znaj Ja­so­na Sto­ne’a, je­dy­ne­go bra­ta Jaxa Sto­ne’a, kot­ku – oznaj­mił gło­śno De­way­ne.

– Se­rio? – sko­men­to­wał Rock, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem.

– Co? On by tego w ży­ciu nie wy­du­sił. Nie wy­trzy­ma­łem na­pię­cia – od­rzekł De­way­ne.

Ja z ko­lei po pro­stu sta­łam tam i ga­pi­łam się na Ja­so­na. Jak mo­głam tego nie do­strzec? Był bar­dzo po­dob­ny do Jaxa. Wi­dy­wa­łam go w bru­kow­cach i w te­le­wi­zji ra­zem z Ja­xem. Na wrę­cze­niu na­gród mu­zycz­nych po­ka­zał się ze Star. Swe­go cza­su wszy­scy mó­wi­li o tym, że Star prze­rzu­ci­ła się z jed­ne­go bra­ta Sto­ne’a na dru­gie­go. Jesz­cze wcze­śniej wi­dzia­łam go w bru­kow­cach z dziew­czy­ną, któ­ra wy­stą­pi­ła w jed­nym z naj­now­szych te­le­dy­sków Jaxa. To były zdję­cia z im­pre­zy w ja­kimś klu­bie, na któ­rych ob­ła­pia­li się na oczach wszyst­kich. Nie mo­głam w to uwie­rzyć.

– Po­win­nam była cię roz­po­znać – po­wie­dzia­łam.

Ja­son wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie je­stem Ja­xem.

Cho­ciaż jego ton był po­zba­wio­ny ja­kich­kol­wiek emo­cji, wi­dzia­łam to w jego oczach. Te­sto­wał mnie. Nie zdra­dził mi, kim jest, bo za­ło­żył, że wte­dy trak­to­wa­ła­bym go ina­czej. I praw­dę mó­wiąc… pew­nie miał ra­cję.

Moja mama nie wy­cho­wa­ła idiot­ki. Ja­sne, wie­lu rze­czy nie wie­dzia­łam. Na przy­kład z al­ge­bry. By­łam z niej kiep­ska. Ale fa­ce­ci – na nich się zna­łam. Przez lata ob­ser­wo­wa­łam, jak mama nimi ma­ni­pu­lu­je. Ja­son chciał być nor­mal­ny. Spo­ko. Będę go trak­to­wać jak każ­de­go in­ne­go.

– Nie, nie je­steś Ja­xem – od­par­łam. Zer­k­nę­łam na De­way­ne’a. – Przy­nieś mi piwo, pro­szę.

Unie­sio­na ze zdzi­wie­nia prze­kłu­ta brew De­way­ne’a nie uszła mo­jej uwa­dze. Ni­g­dy nie pro­si­łam. W każ­dym ra­zie nie jego. Zro­bi­łam to ze wzglę­du na Ja­so­na.

– Pora za­tań­czyć, chłop­ta­siu z wy­spy – oznaj­mi­łam, po czym pu­ści­łam do Ja­so­na oko i ru­szy­łam w stro­nę tłu­mu pod sce­ną, nie oglą­da­jąc się, czy idzie za mną. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że pój­dzie.

Na­gle ja­kiś fa­cet za­stą­pił mi dro­gę i zła­pał mnie za bio­dra. To był Will Fort, naj­lep­szy kum­pel Han­ka.

– Hej, złot­ko, idziesz do mnie? – spy­tał.

Raz je­den wy­ko­rzy­sta­łam Wil­la, żeby wku­rzyć Han­ka. Nie było war­to. Will miał nie­rów­no pod su­fi­tem.

– Mo­żesz ma­rzyć da­lej, Fort – rzu­ci­łam w od­po­wie­dzi, strą­ca­jąc jego dło­nie z mo­ich bio­der. Za­to­czył się do tyłu i wpadł na inną parę. Nie dla­te­go, że by­łam taka sil­na, po pro­stu był już kom­plet­nie za­la­ny.

Za­trząsł się ze śmie­chu. Wi­dząc roz­ba­wie­nie na jego twa­rzy, mia­łam ocho­tę go ude­rzyć.

– Też po­tra­fię być bru­tal­ny, kot­ku. Hank mó­wił, że tak wła­śnie lu­bisz – beł­ko­tał Will.

Już otwie­ra­łam usta, by mu za­gro­zić, że za­raz kop­nę go w jaja, ale w tym mo­men­cie czy­jaś inna dłoń opar­ła się na moim bio­drze. Za­sko­czo­na od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam Ja­so­na, któ­ry prze­szy­wał Wil­la wzro­kiem. Tego się nie spo­dzie­wa­łam, zde­cy­do­wa­nie jed­nak był to przy­jem­ny zwrot wy­da­rzeń. Zdzi­wi­łam się, że w ogó­le za­re­ago­wał.

– Chy­ba naj­le­piej bę­dzie, je­śli się cof­niesz i zo­sta­wisz ją w spo­ko­ju. Są­dząc po jej spoj­rze­niu, bru­tal­ność, któ­rą ma na my­śli, może spra­wić, że bę­dziesz le­żał nie­przy­tom­ny na zie­mi.

Will prze­niósł wzrok na Ja­so­na i zo­ba­czy­łam zdu­mie­nie w jego oczach. Ja­sne było, że Ja­son nie jest jed­nym z nas. Sku­li­łam się w du­chu. Mu­sia­łam od­cią­gnąć Ja­so­na od Wil­la, za­nim ten po­wie coś upo­ka­rza­ją­ce­go. Zwy­kle ucie­kał się do żar­ci­ków o mo­jej ma­mie.

– Chodź­my – zwró­ci­łam się do Ja­so­na i po­cią­gnę­łam go głę­biej w tłum.

Ja­son po­szedł za mną chęt­nie, ale nie spusz­czał wzro­ku z Wil­la. Po­do­ba­ła mi się ta jego opie­kuń­czość, praw­da była jed­nak taka, że na­wet pi­ja­ny Will mógł sko­pać mu ty­łek. Tacy fa­ce­ci jak Ja­son nie mo­gli się mie­rzyć z typ­kiem, któ­ry do­ra­stał bity przez ojca, aż był już dość duży, by mu od­dać.

– Zna­jo­my? – spy­tał wresz­cie Ja­son, kie­dy za­nu­rzy­li­śmy się w tłum na tyle głę­bo­ko, że stra­cił Wil­la z oczu.

– To małe mia­stecz­ko. Wszy­scy miej­sco­wi się zna­ją – po­wie­dzia­łam, co nie było do koń­ca praw­dą. Nie chcia­łam jed­nak udzie­lać Ja­so­no­wi lek­cji hi­sto­rii mo­je­go ży­cia.

Ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że Will uprze­dzi Han­ka, że przy­szłam tu z in­nym fa­ce­tem. Hank wciąż nie od­pła­cił mi się za znisz­cze­nie jego wozu i nie by­łam w na­stro­ju na kon­fron­ta­cję z nim. Zwłasz­cza na oczach Ja­so­na.

– To był zły po­mysł – stwier­dzi­łam. – Mam lep­szy.

Ja­son nie od­po­wie­dział, ale był za­cie­ka­wio­ny.

– Po­tra­fisz pły­wać, chłop­ta­siu z wy­spy?

Jego usta roz­cią­gnę­ły się w krzy­wym uśmiesz­ku.

– Pew­nie.

– To do­brze – od­par­łam i wziąw­szy go za rękę, po­cią­gnę­łam przez tłum do drzwi. – Znam mniej za­tło­czo­ne miej­sce.

Ja­son

Kie­dy Jess spy­ta­ła mnie, czy umiem pły­wać, nie tego się spo­dzie­wa­łem. Nie by­łem zwo­len­ni­kiem ła­ma­nia pra­wa.

Pa­trzy­łem, jak Jess wdra­pu­je się na wy­so­ką że­la­zną bra­mę, i my­śla­łem nad głu­po­tą, któ­rą za­mie­rza­łem zro­bić. Wie­dzia­ła, że mam bez­po­śred­ni wi­dok pod jej spód­nicz­kę, i wy­ko­rzy­sty­wa­ła to bez­czel­nie. Zer­ka­jąc na pu­sty dom na pla­ży, za­sta­na­wia­łem się, czy wśród miej­sco­wych ta­kie wy­sko­ki były na po­rząd­ku dzien­nym. Jess z pew­no­ścią nie ro­bi­ła tego po raz pierw­szy.

– Idziesz? – spy­ta­ła, prze­rzu­ca­jąc nogę przez ogro­dze­nie i uśmie­cha­jąc się do mnie z góry. Nie na­le­ża­łem do osób uni­ka­ją­cych trud­nych sy­tu­acji, ale jesz­cze nikt nie rzu­cił mi wy­zwa­nia, któ­re po­le­ga­ło na prze­ła­że­niu przez płot wo­kół cu­dze­go domu. – Nie za­wiedź mnie – do­da­ła i za­czę­ła się opusz­czać na dru­gą stro­nę bra­my.

Ro­zej­rza­łem się do­ko­ła, żeby się upew­nić, czy nie zwró­ci­li­śmy ni­czy­jej uwa­gi, po czym wy­cią­gną­łem przed sie­bie ręce i uchwy­ci­łem się chłod­ne­go me­ta­lu. Wspi­nacz­ka była dużo ła­twiej­sza, niż są­dzi­łem, ob­ser­wu­jąc Jess, ale ona mia­ła na so­bie kow­boj­ki i mini. Co, szcze­rze mó­wiąc, prze­są­dzi­ło spra­wę. Tym no­gom trud­no było od­mó­wić.

Kie­dy moje sto­py do­tknę­ły zie­mi po dru­giej stro­nie, od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że Jess stoi nad ba­se­nem i mo­czy pal­ce w wo­dzie, ubra­na w ró­żo­we maj­tecz­ki, któ­re bar­dzo nie­wie­le za­sła­nia­ły, i sta­nik od kom­ple­tu. Unio­sła oczy i po­sła­ła mi pro­wo­ka­cyj­ny uśmiech.

– Chodź tu i złap mnie – za­wo­ła­ła, po czym dała nur­ka do wody.

Świa­do­mość, że te pa­secz­ki ró­żo­wej sa­ty­ny, któ­re tak ską­po osła­nia­ły jej cia­ło wy­glą­da­ją­ce jak z roz­kła­dów­ki, są ślicz­ne i mo­kre, była wy­star­cza­ją­cym bodź­cem, że­bym też się ro­ze­brał. Zer­ka­jąc na wzno­szą­cy się przed nami dom, mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że Jess ma ra­cję – ta po­sia­dłość jest fak­tycz­nie do wy­na­ję­cia i w tej chwi­li stoi pu­sta.

Rzu­ci­łem dżin­sy i ko­szul­kę na naj­bliż­szy le­żak, po czym znów się od­wró­ci­łem i zo­ba­czy­łem, że Jess mi się przy­glą­da. Wy­su­nę­ła czu­bek ję­zy­ka i zli­za­ła wodę z dol­nej war­gi.

Cho­le­ra. To mo­gło być war­te ewen­tu­al­nych kło­po­tów, w ja­kie mo­gli­śmy po­paść. Zo­ba­czy­łem, że prze­cho­dzi ją dreszcz i uzna­łem, że naj­le­piej bę­dzie też za­nur­ko­wać. W tym mo­men­cie zim­na woda była dla mnie bar­dzo wska­za­na.

Kie­dy się wy­nu­rzy­łem, Jess z sze­ro­kim uśmie­chem młó­ci­ła wodę, żeby się utrzy­mać w miej­scu.

– Mu­szę przy­znać, że nie są­dzi­łam, że się od­wa­żysz. Ba­łam się, że będę pły­wać sama – po­wie­dzia­ła i pod­pły­nę­ła bli­żej.

– Nie­wie­le bra­ko­wa­ło – od­par­łem szcze­rze.

Prze­chy­li­ła gło­wę i dłu­gi ko­smyk opadł jej na ra­mię.

– Co spra­wi­ło, że zmie­ni­łeś zda­nie?

Spoj­rza­łem na wodę. Ba­se­no­we lam­py oświe­tla­ły jej cia­ło. Mo­głem być dżen­tel­me­nem i skła­mać, uzna­łem jed­nak, że Jess nie jest dziew­czy­ną, któ­ra ocze­ku­je ele­ganc­kiej od­po­wie­dzi. Ona chcia­ła usły­szeć praw­dę.

– Te maj­tecz­ki – od­rze­kłem.

Jess otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, po czym od­rzu­ci­ła do tyłu gło­wę i się ro­ze­śmia­ła. Nie było w tym żad­nej pro­wo­ka­cji czy ko­kie­te­rii. Wy­da­ło mi się to od­świe­ża­ją­ce. Ta dziew­czy­na wie­dzia­ła, że jest dia­bel­nie sek­sow­na i po­do­ba­ło jej się to. Świa­do­mie wy­ko­rzy­sty­wa­ła swo­je atu­ty.

Kie­dy znów na mnie spoj­rza­ła, w jej oczach po­ja­wił się szel­mow­ski błysk i pod­pły­nę­ła jesz­cze bli­żej. Woda mia­ła nie­ca­łe metr osiem­dzie­siąt głę­bo­ko­ści, więc z ła­two­ścią do­ty­ka­łem pal­ca­mi dna. Po­zwo­li­łem jej na to. Wy­da­wa­ła się taka pew­na tego, co robi, a mnie po­do­ba­ła się ta gra.

– Nor­mal­nie ro­bię to nago – po­wie­dzia­ła szep­tem.

– Nie miał­bym nic prze­ciw­ko temu.

Po­ło­ży­ła dło­nie na mo­ich ra­mio­nach, żeby się przy­trzy­mać.

– Chcesz, że­bym była naga? To do­kończ mnie roz­bie­rać.

Mimo że było to bar­dzo ku­szą­ce, nie za­mie­rza­łem dać się spro­wo­ko­wać. Za­zna­łem już w ży­ciu sek­su bez zna­cze­nia. Jed­no­ra­zo­we nu­mer­ki z fan­ka­mi Jaxa nie były dla mnie ni­czym no­wym. Tyle że nie chcia­łem tego z Jess. W jej spoj­rze­niu było coś ta­kie­go… Ja­sne, jej sło­wa i za­cho­wa­nie sta­no­wi­ły otwar­tą pro­po­zy­cję, ale w oczach wi­dzia­łem nie­me bła­ga­nie, jak­by wręcz za­kli­na­ła mnie, że­bym z niej nie sko­rzy­stał.

Pod­nio­słem rękę i do­tkną­łem jej peł­nej dol­nej war­gi.

– Nie dzi­siaj.

Skrzy­wi­ła nie­znacz­nie usta, a w jej oczach mi­gnę­ła nie­pew­ność. Tego się nie spo­dzie­wa­ła.

– Zmie­ni­łeś zda­nie i jed­nak nie chcesz so­bie użyć? – spy­ta­ła, od­py­cha­jąc się ode mnie i pły­nąc z po­wro­tem tam, gdzie mo­gła do­się­gnąć dna.

Nie spodo­ba­ło mi się okre­śle­nie „użyć so­bie” ani ton, ja­kim je wy­po­wie­dzia­ła.

– Nie po­win­naś tak ni­sko się ce­nić, Jess – od­par­łem. Pra­gnie­nie, by po­pły­nąć za nią, chwy­cić ją w ra­mio­na i sca­ło­wać z jej twa­rzy tę ura­żo­ną minę, było trud­ne do od­par­cia.

Par­sk­nę­ła nie­przy­jem­nym śmie­chem.

– Nie gram w ta­kie gier­ki.

Ow­szem, gra­ła. Jej ży­cie było jed­nym wiel­kim ze­sta­wem gier.

– Nie roz­bie­ram dziew­czy­ny, je­śli nie chcę jej ze­rżnąć.

Jess na mo­ment prze­sta­ła młó­cić wodę i na­bra­ła jej do ust, po czym wy­plu­ła.

– Nie mogę uwie­rzyć, że to po­wie­dzia­łeś.

– Co? Praw­dę?

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie. Po pro­stu… Wy­da­jesz się taki po­rząd­ny i uprzej­my. Nie spo­dzie­wa­łam się, że na­praw­dę mnie roz­bie­rzesz, więc aż tak się nie zdzi­wi­łam, ale po­wie­dzia­łeś „ze­rżnąć”.

Te­raz to ja się ro­ze­śmia­łem. Co ona mo­gła o mnie wie­dzieć?

– Nie za­po­mi­naj, kim je­stem. Może i Jax jest za­ję­ty, ale ja ni­g­dy nie by­łem. Ko­rzy­stam z jego ży­cia na­wet bar­dziej niż on sam.

Jess za­czę­ła coś mó­wić, ale bły­ska­ją­ce czer­wo­no-nie­bie­skie świa­tła roz­ja­śni­ły ciem­ność. Po­pa­trzy­ła w stro­nę bra­my, przez któ­rą prze­leź­li­śmy, a po­tem znów na mnie.

– Pora stąd wiać – po­wie­dzia­ła, po czym pod­pły­nę­ła do kra­wę­dzi ba­se­nu i wy­sko­czy­ła z wody.

Le­d­wie zdą­ży­li­śmy chwy­cić ciu­chy, a już gli­niarz przy bra­mie wy­mie­rzył nam w twa­rze snop świa­tła la­tar­ki.

– Jess, wy­da­wa­ło mi się, że już to prze­ra­bia­li­śmy – ode­zwał się roz­draż­nio­nym to­nem, po czym wy­cią­gnął pęk klu­czy i otwo­rzył bra­mę.

Zo­ba­czy­łem, że ję­zyk cia­ła Jess zmie­nił się w jed­nej chwi­li. Opu­ści­ła rękę, w któ­rej trzy­ma­ła ubra­nie, i kro­kiem mo­del­ki po­de­szła do gli­nia­rza, któ­ry prze­su­nął się, żeby ją prze­pu­ścić.

– Ale zro­bi­ło mi się go­rą­co, Walt, i mu­sia­łam się ochło­dzić.

Gli­niarz wes­tchnął i spoj­rzał na mnie.

– Nie wąt­pię, że zro­bi­ło ci się go­rą­co. Uprze­dza­łem cię, że jesz­cze je­den taki wy­skok i za­bie­ram cię do aresz­tu.

Jess po­de­szła do nie­go jesz­cze bli­żej i po­cią­gnę­ła go za przód ko­szu­li.

– Ale to wca­le nie bę­dzie faj­ne. Mama dziś pra­cu­je i będę mu­sia­ła tam sie­dzieć cała mo­kra, do­pó­ki mama nie przy­je­dzie i nie wpła­ci kau­cji.

Po­dzia­ła­ło. Gli­niarz za­po­mniał o moim ist­nie­niu i ga­pił się na Jess sto­ją­cą przed nim w mo­krej bie­liź­nie.

– Nie po­win­naś była…

– Pły­wać, wiem. Prze­pra­szam. Na­praw­dę. Ale cała się spo­ci­łam od tań­cze­nia i ta­kie noc­ne pły­wa­nie wy­da­ło mi się świet­ną spra­wą. By­łam nie­grzecz­ną dziew­czyn­ką. Wie pan, że zda­rza­ją mi się chwi­le sła­bo­ści.

Po­ło­ży­ła dłoń pła­sko na jego pier­si, a on za­czął roz­luź­niać so­bie koł­nie­rzyk.

– Kogo ze sobą przy­pro­wa­dzi­łaś? – spy­tał, na­dal nie od­ry­wa­jąc od niej wzro­ku.

– On jest nie­win­ny. Bła­ga­łam go, żeby przy­szedł ze mną. – Po­kle­pa­ła go po pier­si. – Może by go pan wy­pu­ścił, a wte­dy może mnie pan aresz­to­wać, je­śli pan chce.

Nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić, żeby ten zbo­czo­ny gli­na za­brał ją beze mnie. Do­ce­nia­łem to, że pró­bo­wa­ła mnie z tego wy­krę­cić, ale ten typ mógł­by być jej oj­cem.

– Mu­szę coś zro­bić, żeby ukró­cić te two­je nu­me­ry – po­wie­dział ze wzro­kiem utkwio­nym w jej pier­siach.

– Niech go pan po pro­stu pu­ści. Je­śli obie­ca pan, że da mi koc, że­bym nie zmar­z­ła, po­cze­kam u pana na po­ste­run­ku, do­pó­ki mama nie wró­ci z pra­cy.

Ko­leś za­mie­rzał na to pójść.

– Je­śli zo­sta­niesz aresz­to­wa­na, jadę z tobą – oznaj­mi­łem, wcią­ga­jąc ko­szul­kę i pod­cho­dząc bli­żej, żeby sta­nąć za nią.

Gli­niarz pod­niósł gwał­tow­nie gło­wę i na­po­tkał mój wzrok. Po­żą­dli­wy błysk w jego oczach bły­ska­wicz­nie prze­mie­nił się w iry­ta­cję.

– To był mój po­mysł. Nie mie­szaj się do tego – od­par­ła Jess i ści­snę­ła mój ło­kieć, usi­łu­jąc mnie uci­szyć.

Po­pa­trzy­łem na nią z góry.

– Prze­la­złem przez tę bra­mę i wsko­czy­łem do ba­se­nu z mo­jej wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli.

Otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, ale nic już nie po­wie­dzia­ła.

– Nie wy­da­je mi się, że­by­śmy się już spo­tka­li – burk­nął gli­niarz.

Po­krzy­żo­wa­łem mu pla­ny i stał się moim wro­giem. Uśmiech­ną­łem się i unio­słem wzrok, by na­po­tkać jego gniew­ne spoj­rze­nie.

– Ja­son Sto­ne. Za­trzy­ma­łem się na wy­spie w let­nim domu bra­ta.

Za­zwy­czaj nie wy­ko­rzy­stu­ję po­pu­lar­no­ści Jaxa, żeby wy­wie­rać wpływ na lu­dzi. Te­raz jed­nak by­łem prze­ko­na­ny, że to je­dy­ny spo­sób, by uchro­nić Jess przed tym ob­le­siem.

Po jego oczach zo­rien­to­wa­łem się, że sko­ja­rzył moje na­zwi­sko. Prze­niósł spoj­rze­nie z po­wro­tem na Jess, któ­ra w dal­szym cią­gu ga­pi­ła się na mnie, jak­by nie mo­gła uwie­rzyć, co ja wy­pra­wiam.

– Chcesz po­wie­dzieć, że je­steś bra­tem Jaxa Sto­ne’a?

– Mam oka­zać do­wód? – spy­ta­łem, na­śla­du­jąc jego wcze­śniej­szy roz­draż­nio­ny ton.

Po­trzą­snął gło­wą i od­su­nął się od Jess.

– Nie, to nie bę­dzie ko­niecz­ne. Pusz­czę was obo­je, ale le­piej uwa­żaj i trzy­maj się od niej z da­le­ka. Cią­gle pa­ku­je się w ja­kieś kło­po­ty.

Krew we mnie za­wrza­ła i za­ci­sną­łem dło­nie w pięś­ci. Jesz­cze parę se­kund temu skur­wiel mo­le­sto­wał ją wzro­kiem. A te­raz ostrze­gał mnie przed nią.

– Je­stem du­żym chłop­cem – po­wie­dzia­łem zde­gu­sto­wa­ny.

Gli­niarz od­wró­cił się, żeby odejść, ale rzu­cił jesz­cze:

– Ubierz­cie się, a po­tem stąd zni­kaj­cie. Mu­szę z po­wro­tem za­mknąć bra­mę.

Bar­dzo się sta­ra­łem nie pa­trzeć, jak Jess wy­gi­na mo­kre cia­ło, żeby się wbić w tę skó­rza­ną spód­nicz­kę, ale, cho­le­ra, to nie było ła­twe. Wcią­gnę­ła ko­szul­kę i uśmiech­nę­ła się do mnie. Roz­ba­wie­nie w jej oczach spra­wia­ło, że bar­dzo trud­no było mi nie od­wza­jem­nić tego uśmie­chu.

– A więc czę­sto to ro­bisz – stwier­dzi­łem, kie­dy wło­ży­łem już ko­szul­kę.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ro­bię wie­le rze­czy.

Ton jej gło­su nie umknął mo­jej uwa­dze. Zno­wu to ro­bi­ła. Pro­wo­ko­wa­ła mnie. Nor­mal­nie, je­śli dziew­czy­na wy­glą­da­ła tak jak Jess, nie tra­ci­łem oka­zji. Ale to jej pu­ste spoj­rze­nie nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Wo­la­łem, kie­dy jej oczy błysz­cza­ły z pod­nie­ce­nia.

– Nie wąt­pię – od­par­łem tyl­ko. Na­stęp­nie od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem przez bra­mę. Gli­niarz sie­dział w ra­dio­wo­zie i ob­ser­wo­wał nas. Ski­ną­łem mu gło­wą, prze­cho­dząc obok. Gdy wy­sze­dłem na dro­gę, obej­rza­łem się na Jess, idą­cą za mną. Wpa­try­wa­ła się w moje ple­cy. My­śla­ła in­ten­syw­nie. Wpra­wi­łem ją w kon­ster­na­cję. Mia­ła to wy­pi­sa­ne na twa­rzy.

Wy­cią­gną­łem do niej rękę.

– Chodź.

Spoj­rza­ła na moją dłoń, po­tem na mnie i zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Weź mnie za rękę – po­wie­dzia­łem.

Unio­sła brwi.

– Uwa­żasz, że sama nie dam rady przejść przez jezd­nię? – żach­nę­ła się. Była wy­raź­nie wku­rzo­na.

– Je­stem pe­wien, że do­sko­na­le dasz radę. Ale może tego nie chcę. Pro­szę, weź mnie za rękę. – Sam nie wie­dzia­łem, dla­cze­go tak się przy tym upie­ram. Nie ba­łem się prze­cież, że wpad­nie pod sa­mo­chód. Po pro­stu chcia­łem po­trzy­mać ją za rękę. Po­ra­zi­ły mnie to za­gu­bie­nie i ta nie­pew­ność w jej oczach. Nie chcia­łem, żeby tak się czu­ła.

– Po co? – spy­ta­ła, pod­cho­dząc do mnie. Jej scep­tycz­na mina po­wie­dzia­ła mi wię­cej, niż chcia­łem wie­dzieć. Jess nie była przy­zwy­cza­jo­na do ta­kich drob­nych ge­stów ze stro­ny fa­ce­tów. Przy­wy­kła do tego, że jest wy­ko­rzy­sty­wa­na. Wku­rzy­ło mnie to bar­dziej, niż by­łem go­to­wy przy­znać.

– Bo lu­bię, kie­dy je­steś bli­sko mnie – od­par­łem i za­raz po­ża­ło­wa­łem, że ują­łem to w taki spo­sób. Nie chcia­łem, żeby opacz­nie zro­zu­mia­ła moje sło­wa. Nie za­mie­rza­łem jej ra­nić, z całą pew­no­ścią jed­nak chcia­łem ją na­uczyć, cze­go po­win­na ocze­ki­wać od męż­czyzn.

– Och – po­wie­dzia­ła, po czym opu­ści­ła wzrok i spoj­rza­ła na moją wy­cią­gnię­tą dłoń. Pa­trzy­łem, jak po­wo­li pod­no­si rękę i po­da­je mi ją.

– To nie było aż ta­kie trud­ne, co? – za­żar­to­wa­łem z uśmie­chem, żeby zła­go­dzić jej na­pię­cie. Jess bez opo­rów ofe­ro­wa­ła mi swo­je cia­ło, żeby do­pro­wa­dzić mnie do sza­leń­stwa, ale taki zwy­kły do­tyk przy­pra­wiał ją o zde­ner­wo­wa­nie i lęk.

– Nie, to… miłe – od­rze­kła.

Chcia­łem po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale się po­wstrzy­ma­łem. Ści­sną­łem tyl­ko de­li­kat­nie jej dłoń i wró­ci­li­śmy na par­king przed Live Bay, do hum­me­ra. Uzna­łem, że na dzi­siaj wy­star­czy tego do­bre­go. Mu­sia­łem od­wieźć ją do domu.

Po dro­dze nie­wie­le mó­wi­li­śmy. Kie­dy do­tar­li­śmy przed jej dom, wresz­cie na nią spoj­rza­łem. Ona zer­ka­ła na mnie ukrad­kiem przez cały czas.

– Otwo­rzę ci drzwi – po­wie­dzia­łem, po czym wy­sko­czy­łem z wozu, ob­sze­dłem go na­oko­ło i po­mo­głem jej wy­siąść. T-shirt, któ­ry mia­ła na so­bie, na­dal był wil­got­ny od jej mo­kre­go cia­ła, nie po­zwo­li­łem so­bie jed­nak na na­pa­wa­nie się wi­do­kiem tego, jak przy­le­ga do jej buj­nych krą­gło­ści.

– Dzię­ki – szep­nę­ła ci­cho.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Od­pro­wa­dzi­łem ją tyl­ko pod drzwi i po­cze­ka­łem, aż się­gnie po klucz scho­wa­ny nad nimi i otwo­rzy za­mek. Wie­dzia­łem, że za­pro­si mnie do środ­ka. Mu­sia­łem coś po­wie­dzieć, za­nim to zro­bi, bo znacz­nie trud­niej by­ło­by mi od­mó­wić jej tu­taj, przed jej do­mem. Tak bli­sko jej łóż­ka.

– Wpro­wadź swój nu­mer do mo­je­go te­le­fo­nu – za­pro­po­no­wa­łem, po­da­jąc jej mo­je­go iPho­ne’a.

Za­sko­cze­nie na jej twa­rzy było prze­lot­ne, szyb­ko za­ma­sko­wa­ła je sztucz­nie ko­kie­te­ryj­ną miną.

– Nie wej­dziesz do środ­ka?

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Roz­dział IV

Roz­dział V

Roz­dział VI

Roz­dział VII

Roz­dział VIII

Roz­dział IX

Roz­dział X

Roz­dział XI

Roz­dział XII

Roz­dział XIII

Roz­dział XIV

Roz­dział XV

Roz­dział XVI

Roz­dział XVII

Roz­dział XVIII

Roz­dział XIX

Roz­dział XX

Roz­dział XXI

Roz­dział XXII

Roz­dział XXIII

Roz­dział XXIV

Roz­dział XXV

Roz­dział XXVI

Roz­dział XXVII

Roz­dział XXVIII

Po­dzię­ko­wa­nia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uwiedź mnie Dla Ciebie płonę Zatrzymaj mnie Nie pozwól mi odejść Już zawsze razem Dotknij mnie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain