Pole śmierci

Pole śmierci

Autorzy: Piotr Głuchowski

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 16.68 zł

PIERWSZA POLSKA BITWA PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ

Polska misja wojskowa w Kambodży (1992-1993) była przygotowana koszmarnie. Pojechali ludzie, którzy nigdy nie mieli broni w ręku, a nawet nie znali angielskiego. Brakowało jedzenia i sprzętu. Wartownik stał z bambusowym kijem, namioty pleśniały, auta się psuły, śmigłowce spadały. Sztab nie wiedział, co wyprawiają oddziały, bo nie miał radiostacji. A nasi żołnierze ćpali, chlali i urzędowali w burdelach, a potem uciekali, nie płacąc. Jednego trzeba było odbijać zbrojnie. Jednak gdy polską bazę zaatakowali Czerwoni Khmerzy, daliśmy im łupnia. Mimo że rozkaz brzmiał: ?Poddać się!?.

Kambodża była polską Mission: Impossible. Bez broni i bez łączności nasi żołnierze stanęli naprzeciw wojsk największego żyjącego zbrodniarza na świecie ? Pol Pota. W treść Pola śmierci trudno wam będzie uwierzyć, ale wszystko odbyło się właśnie tak. Na tę książkę warto było czekać dwadzieścia pięć lat.

płk Wiesław Słoniewski, były dowódca oddziału z Siem Reap, instruktor GROM

Piotr Głuchowski (1967), redaktor ?Gazety Wyborczej?, pisarz i reporter, laureat najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, MediaTory), autor i współautor bestsellerowych reportaży książkowych (Ojciec Tadeusz Rydzyk. Imperator; Karbala). Pisze także kryminały.

WARSZAWA 2017

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Danuta Sabała

Konsultacja kambodżanistyczna: Jacek Świercz

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia na okładce: East News: Peter Macdiarmid/AFP, David Longstreath/AP

Projekt makiety, skład: ProDesGraf

Fotoedytor: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Mapy: Wawrzyniec Święcicki

Fotografie w książce:

Getty Images: s. 55 (dół), 96, 97 (Bettmann), 102 (dół), 195 (Roland Neveu), 197 (dół, Alex Bowie), 254 (dół, Francis Demange), 255 (dół); East News: s. 57 (góra, Everett Collection), 57 (dół), 98, 99 (dół, AP), 94 (dół, Horst Faas/AP), 99 (góra Alan Rockoff/AP), 100 (AFP), 101 (góra, Christoph Froehder/AP), 255 (góra, Stuart McDonald/AFP); Agencja Gazeta: s. 196 (góra, Grzegorz Skowronek), 196 (dół, Krzysztof Miller); PAP: s. 58 (góra, Marcin Bielecki); Fotonova: 194 g. (Tomasz Wierzejski); Archiwum: Piotra Głuchowskiego s. 56, 58 (dół), 102, 194 (dół), 252 (góra), 256 (góra); Józefa Piotrowicza s. 55 (góra), 198 (dół), 201 (dół), 205 (dół), 252 (dół), 253; ks. Jerzego Niedbały s. 200 (dół), 201 (góra), 204, 205 (góra); Krzysztofa Kamińskiego s. 199 (góra), 200 (góra), 202 (dół); Ryszarda Kalińskiego s. 198 (góra), 202 (góra); Ryszarda Kazimierza Gębki s. 206, 256 (dół); Piotra Ollera 199 (dół), 254 (góra); Zbigniewa Danielaka s. 203; SKMP ONZ s. 95; domena publiczna s. 94 (góra).

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Piotr Głuchowski 2017

Wydanie drugie, uzupełnione

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-2009-0 (EPUB), 978-83-268-2010-6 (MOBI)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

MACIE SIĘ PODDAĆ

CZĘŚĆ I. CIEMNE, NIEZNANE SIŁY

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

CZĘŚĆ II. PĘDZĄCY AMOK

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

CZĘŚĆ III. ANGKAR ZABIJA, ALE NIE WYJAŚNIA

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

CZĘŚĆ IV. WBREW ROZKAZOM

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

PODZIĘKOWANIA

MISJA UNITED NATIONS TRANSITIONAL AUTHORITY IN CAMBODIA

PRZYPISY

ŹRÓDŁA

MACIE SIĘ PODDAĆ

Pytanie z dowództwa w Phnom Penh: – Co tam się dzieje?!

Odpowiedź majora Wiesława Słoniewskiego: – Atakują nas!

– Straty?

– Dotąd nie.

– Stan amunicji?

Szef kompanii, starszy chorąży Józef Piotrowicz z motorolą w ręce pokazuje dwa palce.

Słoniewski do dowództwa: – Poszły dwa tysiące.

– Ile?!

– Połowa stanu.

Jest 3 maja 1993 roku. Dochodzi godzina czwarta pięćdziesiąt. Jak poda późniejszy, nigdy nie ujawniony mediom raport: trudna do oszacowania liczba Czerwonych Khmerów zaatakowała czwartą kompanię polskiego batalionu logistyczno-inżynieryjnego POLLOG. Miejsce akcji: baza ONZ przy lotnisku stutysięcznego miasta Siem Reap, cztery kilometry od słynnego kompleksu świątynnego – Angkoru. Królestwo Kambodży.

Przeszło hektarowy obóz otoczony jest sześcioma stanowiskami ogniowymi. Jeden z tych punktów trzymają Banglijczycy z jednostki bojowej, resztę – polscy logistycy. Kierowcy, magazynierzy, mechanicy samochodowi, księgowi. Plus radiotelegrafista, lekarz i trzej tłumacze.

Na misję pokojową o przydługiej nazwie Tymczasowa Administracja Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kambodży nasi przyjechali po dolary. W większości są już po trzydziestce. Za duże brzuchy, zapadnięte klatki piersiowe, okulary korekcyjne, problemy z kręgosłupem – to standard. Większość służby spędzili za biurkami i kierownicami ciężarówek, zaliczając od czasu do czasu obowiązkowe strzelanie do tarczy. Lekarz, inżynier, oficer kulturalno-oświatowy, kucharz, oficer wychowawczy zwany kiedyś politycznym... nikt z nich nigdy nie celował do człowieka, większość nie potrafi się bić ani nawet obsłużyć cekaemu. Zresztą żadnej ciężkiej broni w bazie nie ma. Na przeszło czterdziestu chłopa przypada mniej niż tuzin AK-47, rakietnica, kilka pistoletów TT i parę granatów. To w końcu misja pokojowa. Polacy są tu od tego, by rozwozić po okolicy paliwo, wodę, papier toaletowy czy wentylatory. Ochroną bazy przeładunkowej miał się zajmować kontyngent z Bangladeszu. O aktywnych Czerwonych Khmerach nikt w Polsce nie mówił.

Piekło rozpętało się kwadrans temu. O czwartej nad ranem było jeszcze cicho – tylko cykady trzeszczały. Polscy i banglijscy wartownicy przeładowywali broń raczej z nudy niż z potrzeby. W blasku lamp skierowanych na pole za linią drutów przebiegała w tę i z powrotem hiena. O świcie huknęły pierwsze, odległe strzały. Najpierw pojedyncze trzaski kałasznikowów – z odległości dwustu, trzystu metrów – potem serie z ciężkich karabinów maszynowych.

– Od strony Angkor Wat zaczęła walić regularna artyleria. Zobaczyliśmy płomienie na czarnym niebie – powie potem Paweł Szypura, szczupły, niewysoki, z małym wąsikiem.

Teraz, za dziesięć piąta, słychać huk należących do Czerwonych Khmerów moździerzy batalionowych. Polpotowcy nadciągają. Pocisk z granatnika nasadkowego eksploduje w samym centrum bazy. Rozrywa gruby na dwa palce kabel elektryczny, lampy gasną. Spadają granaty kulkowe. Po eksplozji każdego setki stalowych patronów dziurawią wszystko wokoło: namioty, zaparkowane w bazie samochody, zbiorniki z wodą. Zwykły granat wpada przez brezentowy dach do magazynu. Gdy wybucha wewnątrz, biały namiot chwilę świeci.

– W pierwszym od wojny starciu bojowym Wojska Polskiego dowodziłem w majtkach. Na samym początku. Bo kanonada zerwała mnie z łóżka – powie mi później dowódca bazy, były komandos z Dziwnowa i Lublińca, trzydziestoośmioletni wówczas major Wiesław Słoniewski, syn Jana. Jest niewysoki, oszczędny w słowach. Dużo czyta i pali. Dużo też w życiu widział. Zaczynał karierę w najtajniejszej jednostce wojskowej PRL, potem szkolił żołnierzy GROM-u. Pozostał czujny.

– Za piętnaście piąta rano zszedłem z warty do namiotu, broń na łóżko, zacząłem pić wodę, kiedy usłyszałem strzały – doda chorąży Zygmunt Baszak, podczas bitwy trzydziestopięcioletni, żylasty, w typie biegacza maratonów. – Wyleciałem na dwór między namiotami, a tu jak nie pierdolnie! Zgasło światło i już wszędzie tylko pociski z granatników padały. Zawadziłem o sznurek, upadłem, broń mi wyleciała. Pocisk koło mnie rozerwał się tak blisko, że zdjął mi hełm z głowy.

– Nakryli nas ogniem całkowicie – podsumuje sierżant Jerzy Krzemiński, wąsaty szatyn o zdecydowanie zarysowanej szczęce, w bazie – mechanik.

* *

Godzina czwarta pięćdziesiąt pięć. Kule świszczą przy uszach, co znaczy, że atakujący już się wstrzelali w cel. Jeden z Polaków odpala zza worów z piachem białą flarę. W jej świetle widać kucających i pełznących w stronę ogrodzenia partyzantów. Czarne stroje – ni to mundury, ni dresy – na głowach kaszkiety. Jeden właśnie składa się do strzału. Krzemiński rzuca za druty ręczny odłamkowy RG 42. Napastnik wylatuje w powietrze jak kłębek szmat. Banglijczycy – z dużego kalibru – rozpruwają trzech innych. Widok jest potworny, choć łaskawa ciemność i tak skrywa szczegóły: wyrwane pociskami trzewia, odsłonięte kości, bryzgi krwi. Trafieni nieruchomieją, a mimo to czerwoni – zaprawieni w bojach – wciąż podchodzą bliżej linii koncertiny.

Major Słoniewski: – Wpadłem do bunkra, zacząłem wywoływać posterunki. Wysłałem człowieka po mundur, bo jakoś tak głupio rozkazy wydawać w gaciach. Kiedy zameldowałem do sztabu, co zaszło, kazali mi wywiesić białą flagę.

Pułkownik Zawiliński, oficer kontrwywiadu i dowódca na drugiej zmianie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Kambodży: – Macie się poddać!

Major Słoniewski: – Jak to, kurwa, poddać?!

Zawiliński: – Rozkazuję ci...

Słoniewski: – Halo... nie słyszę, halo!

ROZDZIAŁ 1

ARANYAPRATHET – POIPET

– Chce pan pisać o misji ONZ? – Andrzej Korus, kierownik zespołu edukacji i tradycji warszawskiego Centrum Weterana, jest zdziwiony. – Wszyscy teraz piszą tylko o misjach w Afganistanie i Iraku. Te wcześniejsze to gorszy sort.

– Jak pan myśli, dlaczego? – pytam.

– Egipt, Syria, Kambodża i pierwsze Bałkany miały zawsze złą prasę – odpowiada. – Te wszystkie historie o prostytutkach zakwaterowanych na stałe w naszych bazach, o odbijaniu skacowanych wojaków z burdeli, o kradzieżach paliwa, o spadających helikopterach, o machlojkach finansowych, żebraninie, bałaganie, sprzedanych mundurach...

– To nieprawda?

– Prawda, ale nie cała. Faktem jest, że z powodu niejasnych kryteriów naboru jechali na dolary członkowie PZPR albo Wojskowej Służby Wewnętrznej. Ale czy taki człowiek, jeden z drugim, nie mógł się wykazać bohaterstwem? Mógł. Weźmy Danielaka, co ratował załogę rozwalonego helikoptera.

– On akurat nie był partyjny ani z WSW. Był cywilem pracującym dla armii.

– No tak. O wyjeździe decydował też często przypadek. Ktoś poszedł z kimś na wódkę i sobie załatwił wyjazd. Jak to w Polsce.

Zbigniew Danielak, szczecinianin, w Kambodży cywilny pracownik wojska w stopniu podporucznika, odznaczony orderami ONZ i III RP: – Jest takie coś, że po Iraku i Afganistanie my, w błękitnych hełmach, staliśmy się drugą kategorią. Bo byliśmy źle uzbrojeni, ludzie nie znali języków, pojechali na chlanie i dymanie. Taka opinia szła. Pewnie, że jak się spojrzy na zdjęcia ekwipunku czy uzbrojenia misji afgańskiej albo irackiej i z drugiej strony na to, co myśmy w Kambodży mieli... niebo a ziemia. Ale byli też ze mną, w Phnom Penh i Stung Treng, ludzie odważni, dobrzy żołnierze.

* *

Jadę do Kambodży w roku 2017 albo czterdziestym drugim pierwszego wieku Nowej Ery według rachuby Czerwonych Khmerów, zbrodniarzy, z których większość wciąż żyje i cieszy się bezkarnością w kraju, gdzie premierem jest od ponad trzydziestu lat jeden z nich. Granicę między tajskim miasteczkiem Aranyaprathet a prowincją Poipet w Królestwie Kambodży – bo tak się teraz nazywa kraj – przekraczam pieszo.

Pociąg, który przywiózł mnie tutaj z Bangkoku, pokonał dwieście dwadzieścia kilometrów w siedem godzin. Najpierw, na głównym dworcu w stolicy Tajlandii, podstawiono cztery wagony. Gdy się wypełniły, kolejarze podciągnęli siedem kolejnych – o drewnianych ławach oblepionych tłustym kurzem, z przerdzewiałymi, lecz wciąż działającymi wiatrakami pod obłym sufitem. Równo z podróżnymi – jeszcze po ciemku – weszła sprawna ekipa sprzątająca złożona głównie z bardzo młodych dziewcząt w maskach przeciwpyłowych i rękawicach do łokci. Czyszczenie wnętrza i rozpakowywanie bagaży przez pasażerów przebiegło równolegle z instalacją jadalni. Tęga Tajka ułożyła na siedzeniach kosze i misy pełne niedojrzałego mango, kandyzowanych bananów i zimnych szaszłyków. Gdy sprzątacze wyszli, pociąg State Railway of Thailand ruszył, skrzypiąc. Między ciepłym świtem i gorącym popołudniem za otwartymi na przestrzał oknami przesunęły się tysiące drewnianych bud, chat, szop, murowanek i blaszanych pawilonów. Wieś przechodziła w osadę, osada w dzikie koczowisko, a ono znowu w wieś. Błyszczały w słońcu oczka wodne pełne różowych nenufarów i karoserie ogromnych, zawsze starannie umytych aut terenowych.

Przed granicą rozdzielone rzędami bananowców pola wschodzącego w styczniu ryżu ustąpiły ugorom po horyzont, mokradłom, niezbyt gęstym lasom złożonym z liściastych krzaków i dziko rosnących palm. Potem zarośla przeszły w gęsty busz poprzecinany rzekami w kolorze kawy z mlekiem albo zupy z dyni. Przed samym Aranyaprathet wrócił ludzki chaos: śmieci, pawilony z obszarpanej folii, kloce z betonu, plątaniny kabli na wszelkiej maści podporach, rury i wykonane własnoręcznie reklamy wszystkiego – noclegów, jedzenia, przewozów. Za dworcem wyglądającym jak opuszczona stacyjka w Borach Tucholskich ciemnolicy Khmerzy szli ku granicy z workami na plecach, a tajscy kierowcy tuk-tuków, poligloci w lustrzankach, oferowali podróż, dokądkolwiek się chce. Na przejście graniczne, do Angkoru, do samego Phnom Penh albo i na odległe o czterysta kilometrów plaże Sihanoukville.

– You want cambodian visa, sir?

Nie chcę wizy, dziękuję. Wiem już, że wiza własnej roboty to pierwsze z tutejszych oszustw. W tłumie Hindusów, Chińczyków, Tajów, Khmerów i nielicznych białych przeciskam się ku pawilonowi kontroli paszportowej przez nadgraniczne targowisko. Upał jeszcze zwiększa wszechobecny smród śmieci z nutką padliny. Uszy atakuje hałas setek ludzkich głosów, jazgotliwa muzyka z samochodowych odtwarzaczy. Trąbią i pokrzykują na siebie szoferzy piętrowych autokarów, tuk-tuków, czyli motocykli z wózkiem, oraz najliczniejsi kierowcy olbrzymich toyot i złocistych lexusów LX 470. Tych ostatnich – jak się przekonam – jest tu najwięcej, bo w Kambodży złoty lexus to symbol statusu.

* *

Kolejka do tajskiego punktu kontroli dokumentów ma ponad sto metrów. Po godzinie czekania staję na baczność przed pogranicznikiem – miejsce, w którym należy ustawić stopy, jest zaznaczone na posadzce, jak w polskim areszcie. Mundurowy robi mi zdjęcie, komputer porównuje punkty na twarzy z ujęciem z hali przylotów lotniska w Bangkoku. Mogę iść. Ruszam przez pas ziemi niczyjej po oflankowanym kolczastą koncertiną wiadukcie nad dziesięciometrowym jarem. Ten zatłoczony całą dobę most – najintensywniej wykorzystywana przeprawa na całym Półwyspie Indochińskim – jest darem Królestwa Tajlandii i ONZ dla narodu Kambodży. W połowie przejścia opadają mnie mali khmerscy żebracy. Najmłodszy ma nie więcej niż cztery lata, najstarszy może sześć i drewnianą zagiętą szabelkę – broń Sandokana, Tygrysa z Malezji. Drepcą równo ze mną, proszą o dolary. Daję, bo mnie stać – zaoszczędziłem na fałszywej wizie.

Prawdziwą sprzedaje mi pierwszy wyłowiony wzrokiem z tłumu kambodżański mundurowy. Ma stopień kapitana i jest szczęśliwy, że na niego spojrzałem. Zaprasza pod daszek z azbestowej płyty, sam przynosi plastikowe krzesło. Jest już długopis i aktówka pełna wszystkich potrzebnych formularzy. Zastanawiam się, czy to jednak nie przekręt, ale mundur wygląda na prawdziwy: szamerunki, akselbanty, mnóstwo złota na pagonach, kołnierzu i berecie. Broń przy pasie – glock siedemnastka. Chyba prawdziwi wojskowi nie pozwoliliby się tu pętać uzbrojonym przebierańcom?

Kwadrans i w kieszeni mego kapitana spoczywa trzydzieści pięć dolarów, a w moim paszporcie – zielona naklejka upoważniająca do miesięcznego pobytu na terenie Preah Reacheanachak Kampuchea. Gdybym podszedł do jakiegokolwiek innego wojskowego – zarobiłby tamten, nie mój. W Kambodży nie tyle skorumpowane, co sprywatyzowane jest wszystko: policja graniczna, drogowa, kryminalna i turystyczna, świątynie Angkoru i muzea wojen, ulice, brzegi rzek, chodniki. Nieliczne wspólne miejsca – nazwijmy je publicznymi – już dawno zostały zasypane przez śmieci. Czerwoni Khmerzy chcieli, by wszystko było własnością kolektywów i aby wszyscy stali się równie biedni. Po ich upadku naród poszedł w przeciwnym kierunku. W tłumie ciągnącym z Poipet w głąb kraju widzę z jednej strony uginających się pod ciężarem worów łachmaniarzy, których nie stać na miejsce w autobusie, z drugiej – nadzwyczajną liczbę toyot tundra, isuzu D-Max, nissanów titan i amerykańskich terenówek maxi, których cena w Polsce zaczyna się od pół miliona złotych. W przewodniku po Kambodży czytam, że ich właściciele należą do kasty Khmer Riche (sarkastyczne nawiązanie do francuskiego Khmer Rouge). Słowa „kasta” używam celowo – bogaczem trzeba się urodzić. Krzysztof Dopierała, autor przewodnika, pisze: „...rządząca krajem elita zbija fortuny na monopolistycznych biznesach, koneksjach czy nielegalnych interesach (...). Szczególną rolę w grupie niepodzielnie rządzącej krajem stanowią dzieci elity (...). Kompletnie odcięte od rzeczywistości funkcjonują w świecie, w którym importowane z USA samochody czy nocne wycieczki do Bangkoku na zakupy u znanych projektantów mody są na porządku dziennym. Świadectwa osób, które miały okazję obcować z Khmer Riche, wspominają o willach wielkości lotniskowych hal odlotów, prywatnych ochroniarzach czy noszonej na co dzień automatycznej broni (...). Poziom kumoterstwa na najwyższych szczeblach kambodżańskiej elity zaszedł w ciągu ostatnich dekad tak daleko, że wydostanie się z tego schematu jest niemożliwe”.

ROZDZIAŁ 2

WIEŚ PREK SBAUV

Saloth Sâr – człowiek, który chciał zmienić zasadę mówiącą, że bogaci pozostają do końca życia bogaczami, a biedacy biednymi – przyszedł na świat w Indochinach Francuskich, prawdopodobnie 19 maja 1925 roku, czyli w Roku Byka. Rozciągający się od Morza Południowochińskiego po brytyjską Birmę kraj składał się wówczas z pięciu części – Tonkinu, Annamu, Kochinchiny, Laosu i Kambodży. Potem trzy pierwsze złożą się na zjednoczony Wietnam, a dwie ostatnie pozostaną osobnymi królestwami.

W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku Republika Francuska inwestowała na subkontynencie i wdrażała tam nowe technologie. Trwała elektryfikacja stolicy, budowa dróg, mostów, układów melioracyjnych, linii kolejowych i lotnisk. Rosło wydobycie szlachetnych kamieni w kopalniach na zachodzie. Koloniści sprowadzili z Ameryki Południowej kauczukowce, których hodowla okazała się bajecznym biznesem. Cały świat wyposażał żelazne i drewniane obręcze kół wszelkich pojazdów w gumowe opony. Kauczuku potrzebowały: przemysł zbrojeniowy, medyczny, fabryki odzieży. Podaż nie nadążała za popytem.

Wzniesiono wielkie i istniejące do dzisiaj hurtownie. Powstała giełda, rozwinęła się chińska dzielnica biznesowa w stolicy. Wyrosły budynki użyteczności publicznej – poczty, szpitale, cywilne szkoły. Co najważniejsze dla chłopów – ceny ryżu rosły. Dzieciom rolnika Saloth Phema – przyszłemu ludobójcy Sârowi, młodszemu odeń Nhepowi i starszej siódemce rodzeństwa – nie brakowało ani jedzenia, ani ubrań. Jedna z sióstr Sâra, Roeung, została nawet wysłana na królewski dwór jako nałożnica władcy – Monivonga. To było wielkie wyróżnienie w kraju, w którym król jest równy bogom.

Sâr – najzdolniejszy z synów Phema – także miał się wyrwać do stolicy. Na początek ojciec zawiózł go wozem zaprzężonym w wołu do buddyjskiej szkoły podstawowej w Wat Botum Vaddei, sto kilometrów na południe od rodzinnego Prek Sbauv.

Szkoła była płatna, ale Saloth Phem i jego żona Sok Nem mieli pieniądze – wśród dwóch tuzinów chłopskich i rybackich domów w osadzie położonej na samym brzegu Stung Sen, dopływu jeziora Tonle Sap – ich dom był największy. Stary Phem miał pięćdziesiąt akrów pól ryżowych, podczas gdy przeciętny kambodżański chłop około pięciu. Oboje z żoną byli buddystami, chociaż wioskę zamieszkiwali wówczas także hinduiści. Między jednymi i drugimi nie było konfliktów. Jedni i drudzy mieli poszanowanie dla pracy, wiedzy i formalnego wykształcenia. Jedni i drudzy zasilili potem armię Czerwonych Khmerów i szeregi tajnej policji, Santebal. Jedni i drudzy dali z siebie zrobić zwierzęta.

* *

Idę przez Prek Sbauv w pochmurny dzień. Klasyczna ulicówka, niczym się nie wyróżniająca wśród ośmiu tysięcy kambodżańskich wsi. Na drodze ciepłe błoto, na zachwaszczonym poboczu rowery, skutery, gdzieniegdzie pick-up z pięciolitrowym silnikiem. W Polsce najbogatsi jeżdżą takimi na narty z rodziną, tu japońskie terenowce służą rolnikom do wyjazdów na pola, transportu patatów albo stalowych bań z wodą dla krów. Jak potem sprawdzę, miesięczna rata za używaną toyotę hilux to równowartość trzystu złotych.

Deszcz raz siąpi, raz przestaje, ale temperatura nie spada poniżej trzydziestu stopni. Mijam pomalowane na żółto i złoto buddyjskie kapliczki. Pale zwieńczone figurkami Oświeconego stoją pod baldachimami wśród sztucznych kwiatów i zetlałych kadzidełek. Tu i ówdzie świeżo położone miseczki z ryżem.

Domy – uroczo zatopione wśród bananowców, palm cukrowych, banianów, hibiskusów i drzew chlebowych – w większości opierają się na dwumetrowych słupach. Te filary oddzielające podłogę od gruntu – zwykle drewniane, rzadko betonowe – przydają się w porze deszczowej, między lipcem a listopadem, gdy kraj przybiera postać gigantycznej kałuży. Poza tym większość tradycyjnych khmerskich gospodarstw pozbawiona jest łazienek czy choćby toalet. Dlatego stoją na skraju zbiorników. Pale umożliwiają wysunięcie zaplecza chaty ponad toń, w którą spadają nieczystości.

W wodzie Stung Sen wszyscy się myją, myją też samochody. W nurt rzeki lecą wszelkie odpadki z warsztatów i garaży pełnych najdziwniejszych rupieci. Od kiedy Chiny zalewają świat tanimi drobiazgami, im kto biedniejszy, tym więcej ma używanych gratów. Bogaty je wyrzuca, biedny zbiera. No i leżą: puszki po konserwach i piwie, koła od rowerów, plecionki z palmowych liści, słoje, sitka, zniszczone buty, zużyte akumulatory. Na powierzchni Stung Sen kołysze się drugie tyle: beczki, worki foliowe, plastikowe skrzynki. Ławice śmieci oplatają przywiązane do filarów długie, płaskodenne łodzie, obok których zwisają rozpięte na drągach, częściowo zanurzone siatki. Mieszkańcy wyciągają z nich ryby albo słodkowodne kraby, które można tu kupić, o czym informuje nabazgrane na przypiętym do pala kartonie hasło reklamowe: Fish, crab, seafood for sale.

Z chałupki o powierzchni może cztery metry na trzy wybiega gromada w wieku przedszkolnym. Bose stopy, za duże spodnie od dresów, kolorowe koszulki z polistyrenu, dziewczynka w spódnicy. Chcą mi sprzedać małże sercówki o skorupach umazanych sosem z papryki, kwasku cytrynowego i soli. Czteroletni brzdąc pokazuje, jak to się rozgryza i wysysa środek. Cena – zawsze taka sama w przypadku turysty – dolar za kilogram. Płacę i próbuję rozgryźć muszlę. Nic z tego. Dziewczynka śmieje się, odsłaniając mleczaki. Rozłupuje swoją skorupkę z łatwością, wyjmuje z buzi i podaje mi skorupiaka już otwartego. Jest słonawo-kwaśny. Pytam dziatwę, czy któreś zna angielski. Chłopiec kiwa twierdząco głową, lecz na pytanie, gdzie mieszkał Pol Pot, Saloth Sâr, leader of Khmer Rouge, Brother Number One – nie umie odpowiedzieć. Kolejni zaczepiani mieszkańcy też wzruszają ramionami. Już wkrótce dotrze do mnie, że zapomnienie o Czerwonych Khmerach to – obok bogacenia się i pucowania aut – jedna z tutejszych specjalności.

Pozostaje rozpoznać domostwo rodziny Saloth ze zdjęcia. Mam ze sobą wydruk artykułu Johna Raedlera, kambodżańskiego korespondenta CNN z lat 1997-1998, a na nim zbliżenie ich chałupy. Podwójny drewniany budynek nad wodą. Dołem – trzymetrowe pale, wierzchem – strzecha z palmowych liści. Okna bez szyb, otwór wejściowy bez drzwi.

Jest tu taki dom? Pytam prowadzącego rower zbieracza plastikowych butelek PET – potem dowiem się, ile ciekawych rzeczy można z nich zrobić – o kogokolwiek z Saloth family.

Owszem – wnioskuję ze słów khmerskich, francuskich i z gestów – mieszkał we wsi jeszcze niedawno młodszy brat Pol Pota Saloth Nhep. Ale już go nie ma.

– Already dead? Nie żyje? Wyprowadził się?

– K’nyom meun deung.

Facet nie wie i tyle.

– A jest tu jeszcze ktokolwiek z rodziny Pol Pota?

– K’nyom meun deung.

Gest ręki mego rozmówcy – sześćdziesięcioletniego z wyglądu, ubranego w spodnie khaki i opiętą na brzuchu koszulę z krótkim rękawem – przywodzi na myśl odpędzanie muchy. A ja się zastanawiam, co ten dżentelmen robił po 1975 roku. Od samej granicy na widok każdego człowieka po pięćdziesiątce myślę: co robiłeś albo co robiłaś za rządów Angkar, za władzy Najwyższej Organizacji? Tu nie było rozliczeń, do więzień poszło raptem kilka osób, żeby uspokoić wspólnotę międzynarodową i dostać kredyty. Rządzącemu nieprzerwanie od lat osiemdziesiątych premierowi Hun Senowi zarzuca się korupcję i fałszerstwa wyborcze, ale nikt nie wspomina o tym, że jest byłym dowódcą wojskowym Pol Pota, który stracił oko w oblężeniu Phnom Penh w 1975 roku. To zdaje się Khmerom kompletnie nie przeszkadzać. Podobnie jak fakt, że byli żołnierze i członkowie kolejnych partii zakładanych przez Brata Numer Jeden mieszkają między swymi dawnymi ofiarami. Nie mam wątpliwości, że miejscowi z Prek Sbauv doskonale pamiętają, kto był kim – ostatnie dni terroru polpotowców dzieli od dnia dzisiejszego raptem ćwierć wieku. Najbardziej wydajni zabójcy mieli w czasie terroru po piętnaście-szesnaście lat. Są teraz moimi rówieśnikami. Czy da się poznać po oczach, że ktoś osobiście zamordował kilka tysięcy ludzi? Że był wirtuozem stalowej pałki, siekiery, cepa, elektrycznego kabla, pogrzebacza? Że przez parę lat dusił, topił, rozbijał głowy kilkudziesięciu osobom dziennie?

Raczej się nie da. Pol Pot też – do końca życia – wyglądał na sympatycznego człowieka. Dużo się uśmiechał, nie podnosił głosu, kochał francuską kulturę, nikogo osobiście nie pobił, w każdym razie nie ma o tym relacji. Jego podwładny Kang Kek Iew – naczelnik najstraszniejszego więzienia na świecie – zanim został ludobójcą, był genialnym uczniem, olimpijczykiem z matematyki, potem nauczycielem i po upadku tutejszej komuny wrócił do szkoły pod przybranym nazwiskiem Hang. Dzieci bardzo go lubiły. Starszy pan, który w latach siedemdziesiątych zlecał ćwiartowanie kilkuletnich ofiar, dekadę później jeździł z uczniami na wycieczki.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pole śmierci Zatoka świń Karbala Tabloid Trzeci zamach Ojciec Tadeusz Rydzyk 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran