Saloniki. Miasto duchów. Chrześcijanie, muzułmanie i żydzi w latach 1430–1950

Saloniki. Miasto duchów. Chrześcijanie, muzułmanie i żydzi w latach 1430–1950

Autorzy: Mark Mazower

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 600

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 35.92 zł

W Salonikach przez wiele stuleci – i najczęściej pokojowo – obok siebie żyli przedstawiciele różnych narodów, religii, języków i kultur: egipscy kupcy, hiszpańscy Żydzi, prawosławni Grecy, suficcy derwisze, Albańczycy… Jak to się stało, że dziś ślady wieloetnicznej przeszłości tej niegdyś tętniącej życiem metropolii łatwiej znaleźć w lokalnych archiwach i bibliotekach niż na ulicach miasta? Co sprawiło, że Saloniki zostały pozbawione (a może wyrzekły się) swojego wielokulturowego dziedzictwa?

Mark Mazower, znakomity brytyjski historyk, opisuje ponad pięćset lat burzliwej historii tego portowego miasta. Imponuje dbałością o szczegóły i empatią, która pozwala mu zrozumieć punkt widzenia mieszkańców Salonik i po raz kolejny udowodnić, że nie ma lepszego klucza do zrozumienia współczesności od poznania przeszłości.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

„Uważna lektura książki Mazowera pozwala zrozumieć, dlaczego Saloniki przegrywają symboliczną walkę z Atenami – dlaczego uchodzą dziś za miasto brzydsze, mniej ważne, bardziej peryferyjne, choć do niedawna były sercem regionu. Co się stało z salonickim „multi”, które przez ostatnie pięć wieków napędzało rozwój portowego miasta? Gdzie się podziały dawne tureckie łaźnie, pomniki, domy, meczety? Gdzie ślady po pięćdziesięciu tysiącach salonickich Żydów – mówiących w ladino Sefardyjczykach i Romaniotach, z ich wymarłym już dziś językiem jewanik? Mazower, historyk z uchem reportera, wspaniale pisze o dotkliwym „braku”, ale i „bogactwie”, które wynikało z centralnego położenia miasta na szlaku starożytnej drogi Via Egnatia łączącej Konstantynopol z Rzymem, Wschód z Zachodem. Autor porównuje Saloniki do Wrocławia, Wilna, Lwowa, czy Jerozolimy – do miast, których tożsamość jest „wielopiętrowa”, które wyrastają na gruzach i które czasami chętnie mierzą się z własną historią, a czasami decydują się ją odrzucić. "Saloniki" to książka wybitna. To klucz do poznania dawnej i współczesnej Grecji.” Dionisios Sturis

„Mazower doskonale pokazuje, jak cechy wielkomiejskiej kultury popularnej – taniec, muzyka, sztuka, literatura, a przede wszystkim seks – wpłynęły na przemianę metropolii banitów i uchodźców w przytulną przystań, którą można nazwać domem. Dramatyczna, pełna nadziei, pięknie spisana historia Salonik ukazuje, w jaki sposób miasta, a z nimi ich mieszkańcy, ulegają pokusie odwrotu od przeszłości, przekształcając się w zupełnie nowe i trudne do rozpoznania miejsce.” Charles King, autor książek „O północy w Pera Palace” i „Odessa”, „Times Literary Supplement”

„Książka Marka Mazowera to niezwykle ważne arcydzieło. Ważne, bo wypełnia lukę w biografiach wielkich miast. Arcydzieło, bo robi to doskonale. Jest podzielona na smakowite literackie kąski, których kosztowanie daje czystą przyjemność. Nie oderwiesz się od lektury i zatracisz w niej bez reszty.” Louis de Bernieres, „Times of London”

„Opowieść o fascynującym mieście, będącym świadkiem burzliwych wydarzeń, spisana przez jednego z najwybitniejszych historyków swojego pokolenia. Mazower mistrzowsko wprowadza nas w barwny świat zawiłej przeszłości Salonik. „The New York Review of Books”

„Doskonała synteza kulturalnej, politycznej, ekonomicznej, intelektualnej i społecznej historii fascynującej metropolii. Niejednego czytelnika opowieść o Salonikach wzruszy do łez. Arcydzieło.” „The Boston Globe”

„Mazower odtwarza historię miejsca olśniewającego egzotyką i barwną złożonością etniczną. To niezwykła opowieść o mieście położonym na rozstaju dróg, między Europą a Azją.” „The New York Times”

„Korzystając z wielu źródeł, m.in. z pamiętnika ukraińskiego uchodźcy z 1720 roku, listów z konsulatów czy dokumentów z Muzeum Żydów Greckich, autor rekonstruuje niesamowitą historię Salonik. Po mistrzowsku ukazuje, jak wielką rolę odgrywały w przeszłości wielkie miasta. Genialna książka.” Philip Mansel, „The Spectator”

Już w księgarniach:

Charles King O północy w Pera Palace. Narodziny współczesnego Stambułu

Ziauddin Sardar Mekka. Święte miasto

Charles King Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów

Justin Marozzi Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi

Mark Mazower

Saloniki

Miasto duchów

Chrześcijanie, muzułmanie i żydzi w latach 1430–1950

Przełożyła Agnieszka Nowakowska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Salonica, City of Ghosts: Christians, Muslims and Jews 1430–1950

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2004, Mark Mazower

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Nowakowska, 2017

Maps by John Gilkes

Autor oraz HarperCollinsPublishers dołożyli wszelkich starań, by odnaleźć właścicieli praw autorskich do ilustracji zamieszczonych w tej książce. Jeśli po jej publikacji do autora bądź wydawnictwa zgłoszą się właściciele praw autorskich, których nie udało się odnaleźć, autor i wydawca zobowiązują się do uregulowania spraw związanych z własnością praw autorskich.

Redakcja Ewa Polańska

Redakcja merytoryczna dr Michał Bzinkowski

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Gabriela Niemiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-576-0

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Wołowiec 2017 · Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wprowadzenie

Część I Róża sułtana Murada

1 Podbój w 1430 roku

2 Meczety i hammamy

3 Przybycie Sefardyjczyków

4 Mesjasze, męczennicy, cuda

5 Janczarzy oraz inne dopusty

6 Handel i Grecy

7 Paszowie, bejowie i lichwiarze

8 Religia w dobie reform

Część II W cieniu Europy

9 Podróżnicy i europejska wyobraźnia

10 Wobec przeszłości

11 W stylu frankijskim

12 Kwestia macedońska w latach 1878–1908

13 Rewolucja młodoturecka

Część III Tworzenie greckiego miasta

14 Powrót Świętego Dimitriosa

15 I wojna światowa

16 Wielki pożar

17 Muzułmański exodus

18 Miasto uchodźców

19 Ruch robotniczy

20 Strój do tanga

21 Grecy i Żydzi

22 Ludobójstwo

23 Pokłosie

Podsumowanie. Pamięć o zmarłych

Podziękowania

Przypisy końcowe

Przypisy

Spis map

Dla Marwy

Wprowadzenie

Pilnujcie się, by im nie powiedzieć, że czasem różne miasta następują po sobie w tym samym miejscu i pod tą samą nazwą, rodzą się i umierają, nie znając się wzajemnie, pozbawione punktów stycznych. Czasem nie zmieniają się imiona mieszkańców, akcent ich mowy, a nawet rysy twarzy; lecz odeszli bez słowa bogowie, którzy mieszkają pod nazwami i ponad miejscami, a zamiast nich zagnieździli się tam bogowie obcy.

Italo Calvino, Niewidzialne miasta1

Gdy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku pierwszy raz przyjechałem do Salonik – w lecie, pociągiem z Aten, z plecakiem – ruszyłem z dworca na poszukiwanie miasta tonącą w spalinach ulicą, minąłem rząd obskurnych hoteli i doszedłem do ruchliwego skrzyżowania, za którym zaczynało się centrum. Chociaż niemiłosierny upał i uliczny hałas przypominały mi zostawioną przed paroma godzinami grecką stolicę, wiedziałem, że znalazłem się w innym świecie. Zaledwie o jakąś godzinę jazdy na północ była granica z Jugosławią Tity z przejściami w Gewgelii czy Florinie, na wschodzie lesiste Rodopy stanowiły barierę w drodze do Bułgarii i leżała Tracja ze swoimi zapomnianymi muzułmańskimi miasteczkami i wioskami przed turecką granicą. Z chwilą gdy przemierzyłem ruchliwy plateia Vardari (plac Wardarski) – w czasie I wojny światowej zwany przez brytyjskich żołnierzy „Piccadilly Circus” – zignorowawszy znaki drogowe kierujące mnie do wyjazdu z miasta w stronę żelaznej kurtyny, poczułem obecność jakiejś innej Grecji, mniej zwróconej ku starożytności, silniej zaś związanej z sąsiednimi ludami, językami i kulturami.

W alejkach bazaru, gdzie torowałem sobie drogę w tłumie, mijając wózki z górami fig, orzechów, podróbek koszul z Piątej Alei i pirackich kaset, odnalazłem cień. W hali targowej Modiano z małych głośników na stoiskach dobiegało buzuki Tsitsanisa, ale zagłuszały je klarnety i bębny cygańskich chłopców, którzy grali w pełnych ludzi ouzeriach. Przy stołach w tawernie Myrovolos Smyrni (Wonna Smyrna), której sama nazwa przywoływała minione blaski i nieszczęścia hellenistycznej Anatolii, początek sjesty umilały tsipouro i mezedes. Tutaj mniej było plecakowiczów niż w turystycznych knajpkach pod Akropolem, więcej gospodyń domowych, tragarzy i przyjeżdżających w dzień powszedni do miasta rolników. Czy na targu mięsnym naprawdę widziałem popisy tańczącego niedźwiedzia? Z całą pewnością nie przegapiłem targu kwiatowego przy hammamie Louloudadika (który w przewodnikach bywa też zwany Łaźniami Targowymi, Łaźniami Kobiecymi albo hammamem Yahudi, czyli Łaźnią Żydowską), popadających w ruinę magazynów korzennych przy odos Egiptou (ulicy Egipskiej) ani wciąż czynnego, pełnego handlarzy piętnastowiecznego, zwieńczonego kopułami Bedestanu. Werwy, z jaką handlowano w tym mieście, mogły pozazdrościć nawet Ateny: takiej wierności dawnym wartościom bazaru i suku jak tutaj nie sposób było zobaczyć na południu kraju.

Ateny bez większego trudu zatarły ślady swojej osmańskiej przeszłości. Przez stulecia charakterem przypominały one w gruncie rzeczy rozrośniętą wieś, więc po zdobyciu przez Grecję niepodległości w 1830 roku państwo odnalazło w nich nie tylko bogatą kulturowo stolicę, obfitującą w drogie zachodniemu filhellenizmowi zabytki starożytności, lecz także miejsce niemal pozbawione śladów późniejszych epok. Tymczasem w Salonikach przeszłość osmańska wciąż żyła w pamięci, armia grecka wkroczyła do nich bowiem dopiero w 1912 roku, więc gwarzące cicho na podwórkach swoich domów staruszki urodziły się najpewniej jako poddane sułtana Abdülhamida. Wspaniałe mury o długości prawie trzynastu kilometrów wciąż otaczały gęsto zaludniony, tętniący życiem ośrodek, którego miejskość nigdy nie budziła wątpliwości – miasto, którego historia sięgała okresu klasycznego i które przez wieki do dzisiaj trwa nieprzerwanie.

[^] Topografia Bałkanów

Jeszcze zanim z zatłoczonej dzielnicy na dole, nad zatoką, poszło się w stronę Górnego Miasta, małe wczesnośredniowieczne kościółki, na wpół schowane pod poziomem ulicy, wskazywały na fazę przejściową między okresem klasycznym a bizantyńskim. Szybko odkrywało się, jakie kryły skarby – ich należące do najwspanialszych na świecie wczesnochrześcijańskie mozaiki i freski śmiało mogą się równać z zabytkami Rawenny i Stambułu. Wysoko, w Górnym Mieście, wciąż funkcjonowała bizantyńska łaźnia publiczna, która przez znaczną część swojej historii pozostawała półschowana pod osypującą się ziemią, a w cienistym, zarośniętym ogrodzie w pobliżu był mały kościół Agios Nikolaos Orfanos (Świętego Mikołaja Opiekuna Sierot) z czternastowiecznymi malowidłami ściennymi ukazującymi życie Chrystusa. W Rotundzie – osobliwej, cylindrycznej budowli rzymskiej, której wielokrotne metamorfozy w kościół, w meczet, w muzeum i w centrum sztuki odzwierciedlają niekończące się przemiany miasta – przetrwały jedne z najstarszych mozaik wschodniego Śródziemnomorza. Sąsiadował z nią elegancki, smukły jak ołówek minaret, wysoki na ponad trzydzieści pięć metrów.

Jak na niejednym przybyszu, który był tu wcześniej, szczególne wrażenie wywarło na mnie leżące w obrębie starych murów Górne Miasto z jego labiryntem stromych uliczek, czasem kończących się niespodziewanie, czasem prowadzących na ocienione platanami, orzeźwiane fontannami placyki. Miało się poczucie, że przetrwał tutaj jakiś starszy świat, żyjący innym rytmem: na brukowanych stromiznach samochodem łatwo się nie jeździło i tu jeszcze nie dotarło dużo aut. Piesi drapali się pod górę bez pośpiechu, przystając raz po raz dla złapania oddechu: mimo upału ludzie szli podziwiać rozległe widoki na miasto i zatokę. Biurowce i wielopiętrowe budynki mieszkalne z czasów powojennego boomu zostały na dole. W Górnym Mieście nie widziało się wielu oznak zamożności. Przylegające do siebie skromne bielone domki, murowane albo drewniane, często składały się tylko z jednej niewielkiej izby z dobudowaną wygódką – pelargonia w donicy ożywiała parapet okienny, spłowiały kilimek ze szmacianych ścinków służył jako wycieraczka, na przeciągniętych między nimi sznurach suszyło się pranie. Leciwi mieszkańcy byli schludnie ubrani. Dopiero później uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie większość z nich zamieszkała w tych domach w latach dwudziestych XX wieku i należała do dziesiątków tysięcy uchodźców z Azji Mniejszej, którzy osiedlili się w tym mieście w ramach wymiany ludności z Turcją. Te proste małe domy kontrastowały z podupadłymi eleganckimi willami, mającymi nadwieszone piętra i wysokie mury ogrodowe, wciąż stojącymi przy niejednej ulicy; czasy świetności najczęściej miały one za sobą i uległy dewastacji: ich dwuspadowe dachy były pozapadane, w rozwartych okiennicach odsłaniały się sypialnie, przez widowiskowo ziejące w ścianach frontowych dziury można było dostrzec migawki z miasta w dole. Gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, większość z nich była od dziesięcioleci porzucona przez swoich muzułmańskich właścicieli, którzy wyjechali z tego miasta równocześnie z przybyciem uchodźców. Cyprysy, jodły i krzewy różane w ogrodach zarosły bluszczem albo dzikim winem, dawne żywe kolory spłowiały, zamieniając się w pastelowe odcienie żółci, ochry i beżu. Takich śladów przeszłości nie było w krajobrazie miejskim południowej Grecji – nie ma w nim bowiem dzielnic tureckich, które przeżyły wyjazd swoich mieszkańców, dzielnic z fontannami noszącymi nienaruszone inskrypcje dedykacyjne, z mauzoleum derwisza, zamkniętym dziś na cztery spusty.

Podczas kolejnych bytności w Salonikach zacząłem sobie uzmysławiać, że ślady z epoki osmańskiej stanowią klucz pozwalający dostrzec główny paradoks tego miasta. To prawda, że inaczej niż w Atenach życie miejskie istniało tu nieprzerwanie od ponad dwóch tysięcy lat. Naznaczonej radykalnymi zwrotami i zawieruchami tutejszej historii brakowało jednak ciągłości. Nieliczne zabytki osmańskie, które przetrwały w Salonikach, były tylko garścią z tego, co istniało tu kiedyś. Stare domy chyliły się ku upadkowi i w ciągu dziesięciolecia wiele z nich miało się zawalić albo pójść do rozbiórki. Ostatnio kilka budowli zostało odrestaurowanych i zwiedzający mogą podziwiać wnętrza wspaniałego piętnastowiecznego hammamu Beya, największej łaźni osmańskiej w Grecji, albo oglądać na plateia Romfei (plac Romfeisa) wytworną rezydencję, w której dziś mieści się biblioteka publiczna. Poza tymi wyjątkami osmańskie miasto jednak znikło, a jego spuścizna interesuje właściwie tylko specjalistów od ochrony zabytków i naukowców.

Zmiana jest, rzecz jasna, istotą miejskiego życia i żadne miasto, któremu się wiedzie, nie będzie muzeum swojej przeszłości. Rozbudowa doków portowych po II wojnie światowej doprowadziła do likwidacji ogrodów Beşçınar (Książęcych) – nadmorskiego parku, w którym mieszkańcy Salonik bawili się i wypoczywali od pokoleń; dziś jedyną po nim pamiątką jest nosząca jego nazwę ouzeria. Na opustoszałym zapleczu dawnego dworca kolejowego powoli niszczeją przedwojenne tramwaje i stare wagony kolejowe. Nawet niesławna podmokła Bara – największa niegdyś dzielnica czerwonych latarni w tej części Europy – żyje jedynie w czułych wspomnieniach nielicznych saloniczan starej daty i w tutejszej beletrystyce, a na jej ulicach, których nazwy, na przykład Afrodyty czy Bachusa, pozostały niezmienione, nie znajdziemy już niczego bardziej podniecającego niż agencje wynajmu samochodów, warsztaty, garaże i zakłady wulkanizacyjne.

Zlikwidowanie w mieście burdeli to jednak zupełnie co innego niż wyrugowanie widomych śladów jego pięćsetletniej historii. Zastanawiało mnie, jakie są tego skutki dla samoświadomości Salonik – zwłaszcza że to miasto chlubi się swoją przeszłością – skoro znaczne jego obszary w najlepszym razie po prostu niszczeją, a w najgorszym zostały też wykreślone z jego kronik. Czy to dokonało się przypadkowo? Czy można za to winić wielki pożar, który w 1917 roku spustoszył znaczną część śródmieścia? Czy też raczej miasto przeobraziło się gwałtownie i całkowicie za sprawą przymusowej wymiany ludności w 1923 roku, kiedy Saloniki opuściło ponad trzydzieści tysięcy muzułmańskich uchodźców, a na ich miejsce przyjechało tu blisko sto tysięcy wyznawców prawosławia? Innymi słowy, chciałem dociec, czy moje poczucie miejskiej ciągłości, która zrazu wydawała mi się w Salonikach tak atrakcyjna, było złudzeniem. Może istniała inna historia miasta, która czekała, by o jego ciągłości opowiedzieć inaczej, przedstawiając ją jako sekwencję nie tylko płynnych przeistoczeń i adaptacji, lecz także brutalnych rozbratów i nowych początków.

W dziejach tego miasta był bowiem jeszcze jeden unicestwiony komponent, który także zaczynałem poznawać. Kiedy jechałem z lotniska do centrum, nie uszły mojej uwadze okazałe dziewiętnastowieczne wille kryjące się w zdziczałej zieleni za rdzewiejącymi parkanami wśród rzędów powojennych bloków mieszkalnych wybudowanych na przedmieściach. Trzykondygnacyjną pałacową rezydencję otoczoną cienistym, porośniętym sosnami terenem, w której dziś ma główną siedzibę prefektura, postawiła w XIX wieku bogata rodzina żydowskich przemysłowców Allatinich; w tejże rezydencji przebywał na wygnaniu do Salonik internowany sułtan Abdülhamid, którego młodoturcy zdetronizowali w 1909 roku. Willa Bianca, mocno przerośnięta budowla w stylu szwajcarskim przy tej samej ulicy, należała do zamożnego rodu Diaz-Fernandezów. W drodze z lotniska mija się co najmniej kilkanaście tego rodzaju sanktuariów eklektycznego gustu, jaki miała elita w dobie fin de siècle’u – tureccy oficerowie, greccy i bułgarscy kupcy, żydowscy przemysłowcy.

Podczas gdy Turcy i Bułgarzy zajmowali w moich lekturach historycznych o Grecji poczesne miejsce, zwykle jako jej odwieczni wrogowie, Żydzi[1], ogólnie rzecz biorąc, byli w nich, co znamienne, niemal nieobecni, wspominani jedynie na marginesie najważniejszej, centralnej narracji o powstaniu nowożytnego państwa i jego istnieniu na arenie międzynarodowej. Tymczasem jednak nie byłoby przesady w stwierdzeniu, że w życiu Salonik odgrywali oni przez stulecia rolę dominującą. W 1912 roku Żydzi wciąż jeszcze stanowili w mieście najliczniejszą grupę etniczną, a tutejsze doki zamierały w szabat. Byli wśród nich bogaci biznesmeni, ale znacznie więcej Żydów pracowało jako tragarze i niewykwalifikowani robotnicy, zajmowało się krawiectwem, ulicznym handlem obnośnym i żebractwem, rybołówstwem, a także było zatrudnionych w przemyśle tytoniowym. Dzisiaj jedynym śladem ich obecności w życiu Salonik są pewne nazwiska – Capon, Perahia, Benmayor, Modiano – zacierające się nad witrynami sklepów oraz kamienie nagrobne z inskrypcjami w alfabecie hebrajskim, które zostały zwiezione na kościelne dziedzińce, dom starców i biura organizacji żydowskich. Istnieje też czynny cmentarz, ale powstał on po wojnie i kryje się na zachodnich obrzeżach miasta.

Tutaj – i nie tylko tutaj – żyjącą od stuleci społeczność żydowską unicestwili naziści. Kiedy austriackiemu politykowi Kurtowi Waldheimowi, który w czasie wojny stacjonował w Salonikach jako oficer Wehrmachtu, zarzucono udział w prowadzeniu deportacji, przyjechałem tu, by rozmawiać z ocalałymi z Auschwitz, z ludźmi, którzy przeżyli w partyzantce, i ze szczęśliwcami, którzy przetrwali w ukryciu albo zdołali uciec za granicę. Pewien mówiący półgłosem prawnik stanął ze mną na balkonie swojej kancelarii, skąd spoglądaliśmy na rzędy aut zaparkowanych na plateia Eleftherias (placu Wolności), na który spędzono go wraz z innymi Żydami do przymusowej pracy. Dwaj starsi mężczyźni, nie-Żydzi, spotkani przypadkowo na ulicy Markosa Botsarisa, opowiedzieli mi o dniu, w którym wyprowadzano z dzielnicy Żydów; mieli wtedy po dziesięć lat, jak powiedzieli, i razem z kolegami włamali się do pożydowskich domów, gdzie na stole stało jeszcze ciepłe jedzenie. Czterdziestoletnia kobieta, która zajmowała miejsce obok mnie w samolocie powrotnym do Londynu, wychowywała się po wojnie w dzielnicy położonej tuż nad starym cmentarzem żydowskim i wspominała, że w dzieciństwie bawiła się z rówieśnikami wśród zdewastowanych grobów, że szukali tam ukrytych skarbów i że niedługo później władze zbudowały na tym terenie kampus uniwersytecki. Każdy, jak się zdawało, miał o nich jakąś historię do opowiedzenia, mimo że wtedy jeszcze los Żydów nie budził większego zainteresowania w kręgach naukowych.

Nieco później w ateńskiej siedzibie Centralnej Rady Związku Społeczności Żydowskich Grecji trafiłem na kilka zakurzonych, opieczętowanych worków z dokumentami. Gdy zajrzałem do środka, okazało się, że zawierają masę nieuporządkowanych papierów – inwentarzy, memorandów, podań i listów. Były to wojenne archiwalia Urzędu do spraw Przejęcia Mienia Żydowskiego stworzonego na rozkaz Niemców w tym czasie, gdy w ciągu paru tygodni 1943 roku ponad czterdzieści pięć tysięcy Żydów – czyli jedną piątą ludności miasta – wywieziono do Auschwitz. Papiery te dokumentują salonickie pokłosie deportacji, pokazując walkę o majątek żydowski, o nieruchomości i mienie ruchome, w której uczestniczyło wielu notabli z okresu wojny. O wysiedleniach ogólnie, a zwłaszcza o Holokauście zacząłem wtedy nie tylko myśleć pod kątem ofiar i prześladowców, lecz przede wszystkim widzieć je jako rozdziały w życiu miast. Prawie wszyscy Żydzi zostali wymordowani, ale ich rodzinne miasto rozwijało się i prosperowało.

Oskarżenie Waldheima o udział w ostatecznym rozwiązaniu – jak się okazało, niedowiedziony – odzwierciedlało miarę, w jakiej Holokaust zdominował myślenie o II wojnie światowej. Ze sposobu mówienia i pisania o niej można było czasem wnosić, że oprócz Zagłady Żydów nie wydarzyło się w tamtych latach nic istotnego. Przykładowo, w przypadku Waldheima i jego wojennej przeszłości w Grecji znacznie bardziej zasadne były zarzuty o udział w innych zbrodniach – w masowych rozstrzeliwaniach cywilów w odwecie za partyzantkę i w egzekucji żołnierzy brytyjskich. Taka postać kulturowej obsesji jest z wielu powodów godna ubolewania. Historykowi wytrąca narzędzia poznawcze i zawęża perspektywę. Sprowadza historię do swego rodzaju voyeuryzmu i skłania do ferowania pochopnych wyroków. Ja też nieraz miewałem wrażenie, że się do tego przyczyniam – doszukując się w mieście tropów Zagłady, ignorując żywych na rzecz zmarłych.

Nieustanna koncentracja na wydarzeniach II wojny światowej groziła nade wszystko tym, że niezwykły rozdział historii żydowskiej, europejskiej i osmańskiej będzie postrzegany jedynie jako preludium do ludobójstwa, że przesłoni stulecia, kiedy społeczność żydowska cieszyła się względnym spokojem, a zarówno jej problemy, jak i perspektywy rysowały się zupełnie inaczej. W księgarni Molho, jednym z nielicznych miejsc w centrum miasta, które pamiętają minione czasy, odnalazłem pomnikową Histoire des Israélites de Salonique Josepha Nehamy, dzięki której zacząłem dostrzegać niezwykłość ich historii. Przybycie żydowskich wygnańców z Półwyspu Iberyjskiego, sława Salonik jako kwitnącego ośrodka myśli rabinicznej, zamęt wywołany w XVII wieku przez najsłynniejszego fałszywego mesjasza Sabataja Cwiego i niewzruszona wiara sabatajczyków, którzy pozostali mu wierni nawet po jego konwersji na islam, tworzyły historię fascynującą, mało znaną i bez precedensu w Europie. Cieszący się przychylnością sułtanów żydzi, jak odnotował turecki podróżnik Ewlija Czelebi, mówili o tym mieście „nasze Saloniki”, a większość jego mieszkańców „zna mowę żydowską, gdyż dzień i noc poprzestają oni z żydami i pospołu z nimi prowadzą interesy”.

Tymczasem jednak, gdy uzupełniłem wiedzę o tej greckiej metropolii lekturami książek i artykułów dotyczącymi jej przeszłości żydowskiej, próbując pogodzić swoją znajomość ojczystego miasta Świętego Dimitriosa – „miasta prawosławnego” – ze znajomością sefardyjskiej „Matki Izraela”, odniosłem wrażenie, że te dwie historie – grecka i żydowska – nie tyle się dopełniają, ile wymijają. Zauważyłem, jak rzadko wspomina się o Żydach w standardowych, greckich ujęciach tego miasta. Prawie nie ma o nich wzmianek w tomie wydanym uroczyście w 1962 roku z okazji pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia Salonik spod panowania tureckiego; politycy organizujący tamte obchody traktowali temat żydowski jako tabu. W omijaniu go odzwierciedlała się krytykowana bez pardonu przez Iliasa Petropoulosa „barbarzyńska ideologia neogreckiej burżuazji”, dla której to miasto „zawsze było greckie”. Zarazem jednak większość uczonych żydowskich cechowała wybiórczość nie mniejsza niż ich greckich kolegów: w ich mieście wyobrażonym nie było chrześcijan tak samo, jak w tym wyobrażonym przez Greków brakowało Żydów2.

Jeśli chodzi o muzułmanów, panujących w Salonikach w latach 1430–1912, to pozostawali oni nieobecni i u jednych, i u drugich. Swoje piętno odcisnęły stulecia europejskiej niechęci do mieszkańców imperium osmańskiego. Ich obecność po niewłaściwej stronie Dardaneli od tak dawna uchodziła za przypadek, nieszczęście czy tragedię, że później, w dziele życzeniowego myślenia historycznego, zostali oni wygnani z europejskiego piśmiennictwa o przeszłości. Ani uczeni i pisarze tureccy, ani turkolodzy zajmujący się imperium osmańskim nie robili wiele, by ten stan rzeczy zmienić. Wszystkim, jak się zdaje, wygodnie było przemilczać fakt, że w tym zakątku Europy osmańskie, islamskie miasto leżało niegdyś nad miastami Greków i Żydów.

Jest rzeczą osobliwą, że we wspomnieniach Saloniki malują się często zupełnie inaczej niż w opracowaniach naukowych czy oficjalnych i że w tych pierwszych miejscowe społeczeństwo odsłania się niemal jak w kalejdoskopie interakcji. Leon Sciaky swoją obrazową książkę Farewell to Salonica, będącą autobiografią żydowskiego chłopca dorastającego za czasów Abdülhamida, rozpoczyna przywołaniem głosu muezina o zmierzchu. Albańska rodzina ochroniła bułgarskiego sklepikarza, u którego zaopatrywała się w żywność, przed furią osmańskiej żandarmerii, a w zamożnych domach muzułmańskich zatrudniano dla dzieci chrześcijańskie mamki i greckich ogrodników, żeby dbali o drzewa owocowe. Ahmet Emin Yalman pisze, że ze studni przed jego domem rodzinnym korzystali „mieszkający w sąsiedztwie Turcy, Grecy, Bułgarzy, Żydzi, Serbowie, Wołosi i Albańczycy”. Gioconda, dziejąca się w czasie okupacji niemieckiej poruszająca nowela Nikosa Kokantzisa, opowiada o miłości greckiego nastolatka do żydowskiej dziewczyny mieszkającej w sąsiednim domu; tuż przed deportacją jej rodzice powierzają mu najdroższe im rzeczy osobiste3.

Czy naukowców po prostu zaślepiały nacjonalizm i ciasno pojmowana polityka etniczna? Być może, ale jeśli tak, to wina nie leży tylko po ich stronie. Zasadniczy problem – wspólny dla historyków oraz ich odbiorców – polega na przypisywaniu zupełnie odmiennych czy wręcz wzajemnie sprzecznych znaczeń tym samym kluczowym wydarzeniom, na postrzeganiu historii jako gry o sumie zerowej. Przy takim podejściu powodzenie, jakie odnosi jedna grupa, dokonuje się kosztem innej grupy, cierpienia i straty jednych drugim przynoszą korzyść: rok 1430 – gdy bizantyńskie miasto zdobywa sułtan Murad II – dla chrześcijan jest katastrofą, ale dla Turków triumfem. Zwycięstwo greckie prawie pięćset lat później, w 1912 roku, stanowi odwrócenie tego schematu. Żydzi, którzy osiedlili się w mieście na zaproszenie sułtanów osmańskich, swoje powodzenie utożsamiali z dobrem imperium, a to było trudne do wybaczenia dla Greków.

Tak więc prawdziwe wyzwanie nie polega jedynie na tym, by opowiedzieć o tym niezwykłym mieście jako o wspólnej koegzystencji kulturowej i religijnej – początek XXI wieku chętnie zresztą wysłucha owych dawno zapomnianych opowieści i z radością je przyjmie – lecz wymaga także ujęcia doświadczeń chrześcijan, muzułmanów i żydów w kategoriach jednej, obejmującej wszystkich narracji historycznej. Historie narodowe jednoznacznie zdefiniowały bohaterów i nikczemników, ale jak wyglądałaby historia, gdyby te role zacierały się i nie były oczywiste? Czy można stworzyć narrację o przeszłości miasta, w której da się pogodzić ciągłości jego kształtu i tkanki z radykalnymi nieciągłościami – deportacjami, przymusowymi wysiedleniami i czystkami, z ludobójstwem – które to miasto także przeżyło? Blisko sto lat temu taką próbę podjął pewien miejscowy historyk: w okresie gdy ostateczne losy Salonik jeszcze się ważyły, to miasto uderzyło go jako „muzeum idiomatów zasadniczo odmiennych kultur i religii”. Od tego czasu ich, jak to nazwał, „duch hybrydyczny” mocno ucierpiał w dwóch wojnach światowych oraz na skutek ich następstw. Uważam, że warto pokusić się o nową próbę4.

W latach trzydziestych XX wieku w pobliżu mauzoleum sufickiego świętego Musy Baby spotykano niekiedy jego wędrującego ducha. Nawet dziś właściciele domów wyobrażają sobie czasem, że pod ich piwnicami spoczywają janczarzy i znajdują się bizantyńskie nekropolie. Czyta się historie o ukrytych katakumbach rzymskich, o nieszczęśliwych miłościach i niespokojnych duchach nawiedzających popadające w ruinę nadmorskie wille. Krążą słuchy o ukrytym skarbcu żydowskim, którego strzegą duchy niepoddające się egzorcyzmom, stawiające czoła agentom Mossadu, byłym nazistom i każdemu, kto próbował odnaleźć powierzone ich pieczy kosztowności i złoto.

Salonickie duchy objawiają się jednak także inaczej, w dokumentach i archiwach, w listach arcybiskupów bizantyńskich, zapisach osmańskich urzędników i w piśmiennictwie hagiograficznym opisującym żywoty i okrutną śmierć chrześcijańskich męczenników. Wyciszenie historycznej różnorodności miasta nie wynika z braku źródeł. Szesnastowieczni rabini rozsądzali dawno zapomniane spory małżeńskie, konflikty w interesach i rozważali troski hałaśliwego, smrodliwego, zatłoczonego miasta. Dziennik ukraińskiego uchodźcy politycznego opisuje hulanki żydowskich służących, pijanych i utytłanych w błocie, rozpasanie kleru, zgiełk uliczny, tumulty i zarazy. Podróżnicy, coraz liczniej odwiedzający miasto ze względu na jego zabytki, ze względu na przepiórki i króliki żyjące na okolicznych nizinach, przyjeżdżający w interesach albo po prostu w poszukiwaniu przygód, opisywali magiczny, górujący nad Morzem Egejskim pejzaż minaretów, cyprysów i białych murów. W końcu XIX wieku – ale nie wcześniej – zaczęło przybywać gazet wychodzących w półtuzinie języków i nawet, co na ziemiach osmańskich stanowiło rzadkość, pokazały się mapy miasta. Mamy przebogate archiwalia – osmańskie, weneckie, greckie, austriackie, francuskie, angielskie, amerykańskie – raporty spisywane sumiennie przez kolejne pokolenia zagranicznych konsulów, którzy dawno już wyjechali z miasta. Sięgając do tych źródeł, zacząłem od podboju Salonik przez sułtana Murada II w 1430 roku, śledziłem w nich życie codzienne miasta za jego następców oraz ich przechodzenie od wielowyznaniowego, niebywale poliglotycznego świata osmańskiego – aż do I wojny światowej salonicki czyścibut potrafił się dogadać w sześciu czy siedmiu językach – i przejęcie przez to miasto roli etnicznie i językowo jednorodnego bastionu dwudziestowiecznego państwa narodowego, gdzie w latach pięćdziesiątych ponad dziewięćdziesiąt pięć procent mieszkańców było już, z definicji, Grekami.

Upadły dawne imperia, narody walczyły o samostanowienie, zmieniały się tożsamości i ludziom nadane zostały nowe etykiety: muzułmanie stali się Turkami, a chrześcijanie Grekami. Chociaż w Salonikach to Grecy doczekali się w końcu własnego państwa, a Bułgarzy, muzułmanie i Żydzi na różne sposoby ponieśli straty, warto pamiętać, że gdzie indziej także Grecy byli poszkodowani – w Stambule na przykład albo w Trabzonie, Aleksandrii czy w Izmirze, gdzie w czasie wysiedleń w 1922 roku zginęły ich dziesiątki tysięcy. Miasta, koniec końców, zarówno wypędzają, jak i dają schronienie, a wielu spośród Greków, którzy zadomowili się w Salonikach, wcześniej musiało gdzieś zostawić swoje dawne domy.

Podobne przeobrażenia przeszły miasta w różnych regionach naszego globu – wymieńmy choćby Lwów, Wrocław, Wilno, Tbilisi, Jerozolimę, Jafę, Lahaur. Każde z nich przeżyło traumy związane z brutalną przemocą towarzyszącą powstawaniu państw narodowych. Czy na przykład działalność izraelskiego Powiernictwa nad Własnością Opuszczoną, przekazującego nieruchomości „nieobecnych” po 1948 roku Arabów w ręce nowych właścicieli żydowskich, bardzo się różniła od działalności greckiego Urzędu do spraw Przejęcia Mienia Żydowskiego, który w Salonikach powołano pięć lat wcześniej? Obie te instytucje wzięły w karby chaotyczną grabież i chciały poddać proces przejmowania majątku jakiejś biurokratycznej procedurze. Ślady dawnych miast można także odkrywać, podążając za uchodźcami, którzy je opuścili. Wśród tych, którzy mi pomogli, przywołując wspomnienia minionych Salonik, byli: emerytka przycinająca róże w swoim wiejskim ogrodzie w Sussex, sędziwy kupiec żyjący na przedmieściu Stambułu i mieszkający w Indianapolis ocaleniec z Auschwitz5.

Przed 1950 rokiem, na którym zamykam tę książkę, saloniccy muzułmanie zostali przesiedleni do Turcji, a Żydzi wywiezieni przez Niemców i w ogromnej większości wymordowani. Po właśnie zakończonej greckiej wojnie domowej, w której zwyciężyła antykomunistyczna prawica, miasto czekał całkowicie niespodziewany i bezładny dynamiczny rozwój, a jego ludność podwoiła się i potroiła w ciągu trzydziestu czy czterdziestu lat. Tam, gdzie w żywej pamięci były cyprysy i minarety, stajnie, sowy i bociany, gęsto wyrosły bloki mieszkalne i gigantyczne billboardy. Jego transformacja trwa, do salonickiego krwiobiegu wchodzą dzisiaj maniacy komputerowi z Rosji, lekarze z Ghany, albańscy kamieniarze, ukraińskie nianie, chińscy straganiarze. Wielu z nich szybko zaczyna płynnie mówić po grecku, bo przynależność miasta do tego nowoczesnego państwa narodowego jest bezsporna, a historia jego przejścia z rąk osmańskich w greckie należy już do dawnych dziejów.

Część I

Róża sułtana Murada

1

Podbój w 1430 roku

Początki

Zdobyte w 1430 roku miasto istniało przez siedemnaście wieków jako metropolia hellenistyczna, rzymska i bizantyńska. Miało za sobą okresy rozkwitu i stagnacji, bywało też łupione. Obcy najeźdźcy zdobywali je, po czym szli dalej. Przez cały ten czas było miastem, którego mieszkańcy mówili po grecku. Podbój osmański przetrwały jednak tylko ślady jego greckiej przeszłości. Spośród chrześcijan, którzy przeżyli, wrócili tam nieliczni, by patrzeć, jak w ich wspaniałych kościołach powstają meczety. Hipodrom, forum i pałac cesarski obróciły się w coraz bardziej niszczejące ruiny, niknące powoli pod narastającymi warstwami ziemi, które skryły niewidoczne pokłady katakumb, krypt i tajemnych przejść. W zupełnie innej epoce dalekiej przyszłości archeolodzy przydadzą odnalezionym posągom, kolumnom i sarkofagom wartości, a nowa władza – która nadejdzie po klęsce osmańskiej – wykorzysta je, by po raz kolejny nadać miastu nowy kształt i określić je na nowo. Ale jedna rzecz będąca świadectwem jego greckiego pochodzenia trwała tutaj niezmiennie, opierając się upływowi czasu i obcym najazdom: nazwa tego miasta.

Salonicco, Selanik, Soluń, Salonicha czy Saloniques? Tylko średniowiecznych wariantów mamy przynajmniej trzynaście; to miasto jest koszmarem dla autorów indeksów i frajdą dla lingwisty. „Czy w ogóle istnieje jakaś poprawna wymowa [słowa] Salonika? – pisał w 1941 roku pewien brytyjski weteran wojenny. – Tak czy inaczej, niemal wszyscy piszemy je przez »k«”. Swoim tupetem wsadził kij w mrowisko. „Niby czemu Saloníka, skoro w czasie ostatniej wojny każdy używał nazwy Salónika?” – odparł niejaki pan Pole z Totteridge. „Nie zgadzam się z W. Pole’em” – oburzył się kapitan Vance z Edgware w Middlesex. „W czasie ostatniej wojny nikt nie posługiwał się nazwą Salónika”. Pan Wilks z Newbury próbował mitygować adwersarzy pomocną informacją o tym, że w 1937 roku „dekretem króla Grecji Salónika została przemianowana na Thessaloniki”. Grecy, w rzeczy samej, używali tej ostatniej urzędowej nazwy już od kapitulacji osmańskiej w 1912 roku6.

Jako że jej grecka etymologia żadnych wątpliwości nie budzi, tylko cudzoziemcy potrafią sobie łamać nad tym głowę. Córka miejscowego macedońskiego króla Filipa II nazywała się Thessalonike (Tesalonika) i miasto zostało nazwane na jej cześć: zarówno imię córki, jak i miasta upamiętniały zwycięstwo (niki) Filipa nad Tesalami, gdy władca Macedonii zdobywał dominację nad Grecją. Później, jak wiemy, jego syn Aleksander podbił znacznie odleglejsze ziemie, docierając do granic znanego ówcześnie świata. W okolicach miasta były osady prehistoryczne, lecz ono samo zostało założone przez państwo macedońskie w IV wieku przed naszą erą.

Więź tej metropolii ze starożytną dynastią nie osłabła do dzisiaj. Krótka przechadzka od Białej Wieży szeroką nadmorską promenadą, biegnącą wzdłuż brzegu zatoki na południowy zachód, zawiedzie nas do monumentalnego pomnika konnego Aleksandra Wielkiego. Szarżujący Megas Aleksandros unosi miecz, spoglądając w dal na pięciopasmową wylotówkę z miasta (też nazwaną jego imieniem) prowadzącą na lotnisko i do plaż oraz miejscowości wypoczynkowych Półwyspu Chalcydyckiego. Bohaterska figura na cokole góruje nad szalejącymi przy nim deskorolkarzami, dziećmi stawiającymi pierwsze kroki, bezdomnymi psami, imprezowiczami tłoczącymi się w kolejkach do dyskotek i barów na jasno oświetlonych statkach, które nocą wypływają do zatoki. W letnie wieczory, gdy słońce kładzie się za górami, jak magnes przyciąga setki spacerowiczów wynurzających się z pobliskich dusznych ulic w poszukiwaniu orzeźwiającej morskiej bryzy.

Jednak w 1992 roku, gdy po rozpadzie Jugosławii sąsiednia Macedonia ogłosiła niepodległość, greccy obrońcy Aleksandra wyszli na ulice w zupełnie innym nastroju. Wystawy sklepowe zaroiły się od flag, naklejki na samochodach i lotniskowe banery wołały, że „Macedonia była, jest i zawsze będzie grecka”. Grecy starli się ze Słowianami o dziedzictwo po macedońskich królach i Saloniki były miejscem, gdzie wybuchło największe wzburzenie. Na główny plac ściągnęły setki tysięcy rozgniewanych manifestantów, wezwanych przez metropolitę Panagiotatosa (Jego Świątobliwość) Panteleimona, (którego część dziennikarzy zwała Jego Wściekłością, Panagriotatos, ze względu na jego niewyparzony język). XX wiek kończył się tak samo, jak się zaczął – konfliktem o Macedonię, a same nazwy stanowiły w nim problem polityczny, zrozumiały jedynie dla nielicznych będących daleko od Grecji.

Jak na ironię, Aleksander Macedoński osobiście nie widział miasta nazwanego na cześć jego przyrodniej siostry, bo powstało ono po jego śmierci, w okresie walki o sukcesję. Tesalonikę pojął za żonę Kassander, jeden z dowódców wojskowych. Kassander, który pretendował do macedońskiego tronu i kazał zgładzić stojącą mu na drodze matkę Aleksandra, żeby uwiarygodnić się jako mąż stanu, założył kilka miast. To nazwane nieskromnie jego imieniem znikło z kart historii. Ale miasto, które w 315 roku otrzymało imię jego żony, miało wraz z samą Aleksandrią dołączyć do nowych portów śródziemnomorskich, dzięki którym grecki świat zwiąże się handlowo ze szlakami na Daleki Wschód, do Indii i Afryki.

Jak się okazało, Kassander wybrał dobrą lokalizację. Miasto zbudowane na zboczach leżących w cieniu góry Chortiatis, schodzących do morza wzgórz łatwo zapewnia swoim mieszkańcom miłe poczucie orientacji przestrzennej: od jego zarania widzieli przed sobą zatokę, po jej drugiej stronie daleką górę Olimp, lesiste pagórki i góry na tyłach i płaskie, pocięte siatką rzek niziny na zachodzie. Nie tak suche jak Ateny, nie tak ściśle obramowane jak Triest, nowe miasto zlewało się z otoczeniem, wyznaczając punkt, gdzie góry i rzeki spotykają się z morzem. Strzegło najdogodniejszej drogi lądowej łączącej Morze Śródziemne przez Bałkany z Europą Środkową, drogi, którą przyszli Słowianie (w VI wieku) i Niemcy (w 1941 roku), podczas gdy kupcy i konwoje NATO (jadące w 1999 roku do Kosowa) przemieszczały się nią w przeciwnym kierunku. Jego strategiczną pozycję między Wschodem i Zachodem wykorzystali później także Rzymianie, prowadząc przez miasto Via Egnatia, siedemsetkilometrową drogę z Italii do Anatolii.

Saloniki, będące ogniwem łączącym Europę z Azją oraz Śródziemnomorze z Bałkanami, leżą na granicy dwóch stref klimatycznych, gdzie w ciągu roku często się zmienia ciśnienie atmosferyczne. Zimowe ulewy i mgły pozwalały zjednywać duchy, a w latach trzydziestych XX wieku były źródłem natchnienia dla melancholijnego pokolenia modernistów. Północne wichury znad doliny Wardaru, smagające miasto przez wiele dni, przyniosły mu w ciągu stuleci więcej szkód, niż zdołali to zrobić ludzie, rozdmuchując pożary i zamieniając je w katastrofy. W gorszych latach bywają też śnieżyce i niekiedy nawet lód potrafi się pokazać w zatoce: podczas fali mrozów w lutym 1770 roku „wielu biedaków zamarzło na śmierć na ulicach”; w latach sześćdziesiątych XX wieku zaspy sparaliżowały ruch uliczny między Górnym Miastem a nadmorską częścią Salonik. Za to cieszą się one śródziemnomorskim latem – stosunkowo bezwietrznym i bezdeszczowym, o wysokich temperaturach w ciągu dnia, tylko nieznacznie łagodzonych popołudniową bryzą znad zatoki7.

Połączenie zimowych deszczy i letniego słońca sprzyja uprawom rolnym. Dobrze się tu udają morele, kasztany, morwy, a także zboża, ziemniaki, ogórki i melony. Bujne ogrody warzywne na nizinach aluwialnych – „nasza Kalifornia”, jak powiedział mi kiedyś wesoło pewien rolnik – ciągną się dzisiaj aż po szosę do Aten. „Znakomite tereny łowieckie w tych stronach – pisał w 1854 roku John Murray w swoim przewodniku – obfitują w bażanty, bekasy oraz inne ptactwo”. Wardar, który na zachód od miasta płynie zakolami wśród pól, latem niesie mało wody, ale zimą jest wezbrany, wartki i niełatwo nim żeglować, u swego ujścia występuje z brzegów, tworząc gęsto porośnięte trzcinami kilometry rojącego się od komarów rozlewiska. Nizina nad Wardarem i te mokradła przypominały Johnowi Morrittowi – gdy patrzył na nie w grudniu w końcu XVIII wieku – najbardziej „krainę jeleni od Cambridge po Ely”. Przez stulecia lęgły się tutaj „morowe zarazy”, ich niezdrowe, febryczne wyziewy – przed epoką pestycydów – doprowadzały konie do szaleństwa, a u mieszkańców miasta powodowały „ziemistość policzków oraz białość warg”8.

„Wszystko bierze się z wody” – głosi zachowana do dziś inskrypcja na osmańskiej fontannie w Górnym Mieście. Inaczej niż w spieczonej Attyce rzeki, deszcze i unosząca się znad zatoki wilgoć sprawiają tutaj, że miasto i jego okolice skąpane są w lekkiej mgiełce, przesłaniającej góry na zachodzie szarością, brązem i fioletem. Po wielu pochmurnych sztormowych dniach wielebny Henry Fanshawe Tozer powiedział: „jeszcze nigdy tego nie odczuwałem – radości na widok jasnych kolorów”. Ponieważ wody artezyjskie leżą płytko pod ziemią, łatwo buduje się tu studnie i pobliskie wzgórza obfitują w źródła. Zimowe ulewy utworzyły po obu stronach miasta głębokie, wrzynające się w ziemię koryta strumieni rwących tak, że jeszcze przez znaczną część XIX wieku woda porywała konie i jeźdźców albo wypłukiwała złożone płyciej kości na cmentarzach za murami9.

W świeżą wodę zaopatrywały miasto od jego zarania fontanny, akwedukty i podziemne rury, przy miejscach zaś, gdzie wypływała z ziemi, żyli bogaci i święci, rosły platany i akacje oraz lokowały się monastery. Archeolodzy odkryli pozostałości rzymskich, bizantyńskich i osmańskich młynów wodnych, znajdujące się przy korytach strumieni napełniających miejskie cysterny. Do lat trzydziestych XX wieku wieśniacy z pobliskiej góry Chortiatis pozyskiwali lód z zamarzniętej wody gromadzącej się przy skałach na gęsto zalesionych stokach nad miastem, przechowywali go w małych lodowniach wykopanych w ziemi i każdego lata zwozili osłami do Salonik. Sól z pobliskich salin wykorzystywano do konserwacji mięsa i dorszy, zatoka była zasobna w ryby, a pobliskie niziny w kuropatwy, zające, króliki i żółwie, na wzgórzach rosły dęby, buki i klony – nic więc dziwnego, że miasto rozkwitło.

Rzymianie

Saloniki założyła dynastia hellenistyczna, ale dostatek przyniosły im czasy rzymskie. Sanktuaria ku czci władców macedońskich i rzymskich sąsiadowały ze świątyniami bogów egipskich, sfinksy koegzystowały z bóstwami opiekuńczymi miasta, tajemniczymi samotrackimi Kabirami. Cześć tym bóstwom oddawano prawdopodobnie w Rotundzie, najstarszej, używanej do dziś budowli Salonik, której przestrzeń sakralna przyciągała później świętych chrześcijańskich, derwiszów i wreszcie wielbicieli sztuki nowoczesnej czy jazzu. Już przed narodzeniem Chrystusa Saloniki były stolicą prowincji i cieszyły się ważnymi przywilejami miejskimi. Później rezydował w nich sam cesarz Galeriusz. Tuż przy głównej arterii przecinającej miasto przetrwały do dziś ozdobione rzeźbami filary monumentalnego Łuku Triumfalnego Galeriusza, wzniesionego dla uczczenia jego zwycięstwa nad Persami. Cesarz, który wzorował się na modelach syryjskich i perskich, miał ogromne ambicje miastotwórcze. Studenci historii starożytnej opalają się dzisiaj w alejkach nad nieistniejącym już portykiem, który niegdyś łączył Łuk Galeriusza z gigantycznym pałacem cesarskim i hipodromem. Tam, gdzie do dziś znajduje się handlowe serce miasta, archeolodzy odnaleźli rozległe forum, świadectwo grecko-rzymskiego konsumpcjonizmu, z podwójnymi arkadami sklepowymi, wyłożonym marmurem kwadratowym placem, biblioteką i przestronnym burdelem, wyposażonym na potrzeby uprzywilejowanych klientów w seksualne gadżety, prywatne łazienki i pokoje jadalne.

Krótko mówiąc, był to kwitnący ośrodek miejski o strategicznym znaczeniu dla potęgi rzymskiej na Wschodzie. Może się nam wydać zdumiewające, że Grecy nawet dziś będą mówić o sobie Romioi, czyli Rzymianie. Ale nie ma w tym nic dziwnego. Imperium rzymskie było także i tutaj, wśród mówiących po grecku, a jego czar przetrwał tu jeszcze długo po upadku Rzymu na Zachodzie. Musimy jednak zachować ostrożność, bo gdy Grecy używają terminu Romios, właściwie nie mają na myśli tego, że są „Rzymianami”. W słowie tym kryje się element, który kulturową złożoność miasta kształtuje silniej niż jakikolwiek inny – wiara chrześcijańska. Również Osmanie tak rozumieli ten termin: gdy mówili o „społeczności Rzymian” (Rum Millet), chodziło im o prawosławnych chrześcijan, niekoniecznie Greków; Rum to była bizantyńska Anatolia; Roumeli to były prawosławne, chrześcijańskie Bałkany. Przed epoką nacjonalizmu etnicznego bycie „Grekiem” dla większości mieszkańców osmańskiego świata oznaczało synonim przynależności religijnej do prawosławia.

W grecko-rzymskim świecie niewiele jest miast tak ściśle utożsamianych z chrystianizacją jak Saloniki. Gdy wyjeżdżał z nich apostoł Paweł, chrześcijanie stanowili jedynie odstępczą sektę żydowską, której wyznawcy byli grzebani razem z żydami. Pod koniec IV wieku chrześcijaństwo triumfowało już jednak samodzielnie jako nowa religia: w pogańskiej Rotundzie powstała świątynia chrześcijańska, a w mieście w niebywałym tempie mnożyły się kaplice, sanktuaria i cmentarze chrześcijańskie.

Postacią symbolizującą w Salonikach zwycięstwo Chrystusa, która z czasem miała przyćmić nawet samego apostoła Pawła, był rzymski oficer o imieniu Dimitrios, który zginął męczeńską śmiercią w końcu III wieku. Niewielkie sanktuarium ku jego czci zbudowano obok wielu innych ozdrowieńczych sanktuariów w pobliżu forum. Gdy jego cudowne moce uleczyły rzymskiego prefekta, ten z wdzięczności wybudował świętemu pięcionawową bazylikę, która szybko przekształciła się w ważny ośrodek kultu, oprócz chrześcijan przyciągający także żydów i pogan. Miasto obwołało Dimitriosa swoim patronem i gdy na początku XIX wieku przeprowadzono w Salonikach pierwszy imienny spis ludności, okazało się, że co dziesiąty chrześcijanin nosi imię tego świętego10.

Podobnie jak inne najważniejsze wczesnochrześcijańskie sanktuaria – okazała, przysadzista bazylika Panagia Acheiropoietos (ikony Matki Boskiej Niestworzonej Ręką Ludzką), wspaniała Agia Sofia i sama Rotunda – bazylika Świętego Dimitriosa uzmysławia, jak głęboko chrześcijańskie rytuały i doktryny przepoiły grecko-rzymską kulturę miasta. Mimo że pożar w 1917 roku bezpowrotnie zniszczył większość jego bezcennych mozaik w nawach, te, które przetrwały i zostały odrestaurowane, pozwalają zobaczyć syntezę imperium z chrześcijaństwem: przybycie świętego oznajmiają na trąbkach ubrani w togi anielscy heroldowie, święty błogosławi dzieciom albo kładzie ręce na ramionach fundatorów kościoła. Inny święty, Sergios, przedstawiony został w purpurowym chitonie z insygniami żołnierskimi pod szyją. Bogobojni mieszkańcy miasta są chrześcijanami, ale bez trudu można w nich rozpoznać Rzymian. Świątynia powstała w miejscu rzymskich łaźni, których część, jako miejsce męczeńskiej śmierci świętego, została zachowana i przez setki lat będzie celem pielgrzymek. Kolumny w nawach wieńczą marmurowe kapitele z wolutami, liśćmi akantu, gołębicami, orłami – niekiedy pochodzące ze starszych budowli, inne zaś wyrzeźbione specjalnie dla tej świątyni – które reprezentują całą gamę stylistyczną rzymskiej sztuki zdobniczej z kilkusetletniego okresu, kiedy chrześcijaństwo zaczynało panować w cesarstwie. Nazwą Bizancjum określamy cywilizację, która postrzegała siebie jako spadkobierczynię wspaniałej spuścizny cesarstwa rzymskiego i tak była postrzegana przez otaczający ją świat. Istotę tej cywilizacji stanowiła kulturowa synteza tradycji Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa, a Saloniki były jednym z jej bastionów.

Najeźdźcy

Miasto „strzeżone przez Boga, wszelkimi swymi bogactwami znacznie przewyższające wszystkie miasta Tracji oraz całego Illyricum”, znakomicie chroniły wysokie mury obronne, twierdza górująca majestatycznie nad wodami zatoki i obejmująca nawet mierzeję. Ze wszech miar potrzebowało ono jednak także opieki nadprzyrodzonej, jako że skarby Salonik oraz ich położenie najwyraźniej ściągały kolejnych najeźdźców. Po ataku od morza w 904 roku, przypuszczonym przez Arabów sudańskich i żołnierzy egipskich pod wodzą bizantyńskich konwertytów na islam, miasto było pełne trupów, a tysiące jego mieszkańców zostało sprzedanych w niewolę. Ale był to przypadek odosobniony, Macedonia bowiem znajdowała się daleko od centrum wieloletniej bizantyńsko-arabskiej wojny lądowej, a we wschodniej Europie – inaczej niż w Syrii czy Anatolii – wyznawcy Chrystusa mieli przed sobą jeszcze prawie tysiąc lat, by głosić wiarę, zanim przyjdzie im się zmierzyć z poważnym rywalem w postaci islamu.

W dłuższej perspektywie od tych, którzy szukali łupów, nieporównanie ważniejsze były koczownicze plemiona, którym miasto leżało na drodze w ich wędrówce ze stepów środkowej Azji ku zieleniącym się bujnie ziemiom Europy. Niekiedy mijały je, by skręcić na północ i osiąść gdzieś dalej. Od połowy VI wieku jednak bizantyńscy eksperci wojskowi zdawali sobie sprawę z nowego niebezpieczeństwa – ze strony Słowian. Według nadwornego historyka Prokopiusza z Cezarei zamieszkiwali oni nędzne chaty, często się przemieszczali, a na wojnę zwykle szli pieszo, uzbrojeni tylko w małe tarcze i oszczepy11. Chociaż byli ubodzy oraz dysponowali jedynie prymitywnym orężem, ich atutem była przewaga liczbowa i wkrótce zaczęli poważnie zagrażać bizantyńskim władcom. W końcu VI wieku pierwszy raz doszli do murów Salonik i ich ogromna armia stanęła na podmiejskich nizinach12. Miasto wyszło z tego obronną ręką tylko dzięki wstawiennictwu Świętego Dimitriosa: on to bowiem natchnął obrońców, by nad szańcami rozpięli zasłony, które osłabiły grad oszczepów miotanych na mury, a w tym czasie zbrojne wypady z twierdzy zmusiły napastników do wycofania się. Słowianie wielokrotnie oblegali miasto, ale ponoć za każdym razem przychodził mu z odsieczą Święty Dimitrios, a czynione przezeń cuda zostały udokumentowane na piśmie i były przez wieki przedmiotem opowieści.

Słowiańskie plemiona nie znikły. Osiedlały się na roli albo trudniły wioskowym handlem w całej Grecji, łącznie z Peloponezem, z kolei między Salonikami a ich wiejskim zapleczem wytworzył się trwający czternaście stuleci fundamentalny układ etnograficzny: na wsi większość mieszkańców stanowili uprawiający ziemię słowiańscy chłopi, a kontrolę nad nią, polityczną i ekonomiczną, sprawowały uplasowane w mieście niesłowiańskie elity13. Granice jednak zawsze są miejscem wzajemnych kontaktów, a mało było granic tak przepuszczalnych i symbiotycznych jak te między Słowianami a Grekami. Pierwsi przenikali do miasta nęceni potęgą helleńskiej edukacji oraz związanym z nią awansem społecznym i dopiero w XIX wieku romantyczny nacjonalizm uszczelnił granice słowiańsko-greckie, wprowadzając ściśle strzeżone bariery narodowe.

Co więcej, miasto nie tylko przyjmowało Słowian, ale też sięgało po nich i nawracając ich, poprzez Kościół włączało do swojej cywilizacji. Pochodzący z Salonik bracia Konstantyn (potomności znany lepiej pod jego późniejszym imieniem Cyryl) i Metody, niewykluczone, że mający słowiańskie korzenie, stworzyli nowy, oparty na greckim alfabet i przełożywszy Pismo Święte oraz pisma liturgiczne na język Słowian, przyswoili nauczanie Chrystusa słowiańskiemu wschodowi Europy. Ich misjonarskiemu dziełu dorównywały tylko sukcesy uczniów Mahometa w upowszechnianiu jego nauk na Bliskim Wschodzie. Ziarna ich misji zostały zasiane w Dalmacji, na Węgrzech, Morawach i w Polsce; w końcu IX wieku nawrócili się także pogańscy Bułgarzy. W rezultacie cyrylica, w tej czy innej odmianie, stworzona przez dwóch synów bizantyńskiego oficera z Salonik, nauczana jest dzisiaj w szkołach od Adriatyku po Syberię[2].

Nadejście Osmanów

W ciągu następnych sześciuset lat miasto było ośrodkiem myśli humanistycznej i debaty teologicznej. Założone w nim liczne kościoły uczyniły zeń skarbnicę późnobizantyńskiej sztuki. Monastycyzm rozprzestrzeniał się na Bałkanach z Egiptu i Syrii, w Salonikach zatrzymywali się pielgrzymi, uczeni i darczyńcy zmierzający na pobliską, leżącą na wschód od miasta majestatyczną Świętą Górę Athos.

Tymczasem jednak, mimo ożywienia kulturalnego, cesarze bizantyńscy borykali się z kolejnymi kryzysami. Ambitni władcy Bułgarii i Serbii – chociaż byli chrześcijanami – stanowili dla nich raczej zagrożenie niż wsparcie. W 1185 roku Normanowie najechali i zniszczyli Saloniki. Katoliccy krzyżowcy – w świecie prawosławnym zwani pogardliwie Frankami – zdobyli w 1204 roku Konstantynopol i okrutnie splądrowali miasto. Bizantyńskie panowanie dobiegało kresu na wschodzie. Z Azji Środkowej nadciągnęły plemiona tureckie, a w okresie wzlotu i upadku sułtanów seldżuckich Anatolia zamieniła się w pole bitwy konkurujących ze sobą emiratów. Cesarstwo przetrwało wyłącznie dzięki słabości swoich wrogów oraz rozważnej polityce przekupywania zagranicznych sojuszników.

Kiedy jednak na początku XIV wieku o panowanie nad wschodnim Śródziemnomorzem walczyli między innymi najemnicy katalońscy, Genueńczycy, Wenecjanie i Serbowie, rodziła się całkowicie nowa potęga, która w ciągu dwustu lat stanie się największą siłą na świecie. Osman Gazi, założyciel dynastii osmańskiej, rządził początkowo niewielkim emiratem anatolijskim przy granicy z Bizancjum. Od wschodu sąsiadował z silniejszymi władcami muzułmańskimi, a dalej rozciągało się najpotężniejsze państwo chanów mongolskich. Łatwiej niż tych sąsiadów było mu podbijać słabnących Greków. W 1302 roku Osman pokonał wysłaną przeciwko niemu przez cesarza armię zaciężną; gdy umierał w 1326 roku, stolica jego imperium znajdowała się w odbitej Bizantyńczykom Bursie. W ekspansji na ziemie europejskie sprzyjał jego następcom konflikt Paleologów z Kantakuzenami w Bizancjum. Jego syn Orhan w 1354 roku zdobył przyczółek na półwyspie Gallipoli, a w niespełna dwadzieścia lat później syn Orhana Murad I narzucił zależność trybutarną bizantyńskiemu cesarzowi Janowi V Paleologowi. Przed końcem stulecia syn Murada Bajazyd I Błyskawica ogłosił się sułtanem.

Za sprawą przeinaczeń wynikających z szesnastowiecznej ideologii osmańskiej (z czasów gdy władcom imperium zależało na tym, by po podboju prowincji arabskich zademonstrować i uwiarygodnić swoją czystość sunnicką), a także dziewiętnastowiecznego nacjonalizmu na Bałkanach charakter państwa osmańskiego w jego wczesnej fazie pozostaje słabo rozpoznany. Osmanowie byli dynastią muzułmańską, ale swoje imperium zbudowali i w Europie, i w Azji. W rzeczy samej, do XVI wieku mieli oni prawdopodobnie więcej poddanych chrześcijańskich niż muzułmańskich. Wyznawana przez nich forma islamu była swego rodzaju religią pogranicza, którą nieśli nie tylko wojownicy świętej wojny, lecz także bractwa religijne, przejmując sanktuaria chrześcijańskie i okazując przy tym zadziwiającą otwartość wobec samego chrześcijaństwa. Władcy osmańscy pod wieloma względami byli spadkobiercami środkowoazjatyckich odmian islamu ludów tureckich, jak i tej w wydaniu wielkiego chana Möngke, dla którego religie jego imperium były „niczym pięć palców jednej dłoni”. Przyjęli wykładnię hanafickiej szkoły prawa sunnickiego, najbardziej tolerancyjnej i elastycznej wobec niemuzułmanów, brali za żony serbskie i greckie księżniczki – a to znaczyło, że wielu sułtanów miało chrześcijańskie matki – ich najważniejszymi doradcami i generałami często bywali konwertyci, pełniący wcześniej służbę dla Bizancjum14.

Jeden z historyków sformułował niedawno tezę, że do XV wieku imperium było w gruncie rzeczy, by użyć jego określenia, „konfederacją najeźdźców”, w której Osmanowie sprzymierzyli się z innymi wielkimi rodami w imię zdobywania terytoriów i łupów. Gazi (wojownik za wiarę) Evrenos Bey, wódz wywołującej największą trwogę formacji konnej, był wysokim oficerem bizantyńskim nawróconym na islam. Z jego poczynań można wnosić, że osmańscy emirowie traktowali go niemal jak partnera, a gdy Evrenos poprowadził zwycięski najazd na północną Grecję, nagrodzili go ogromnymi majątkami ziemskimi. Lenna w okolicach Salonik nadane jego rodzinie uczyniły z nich jednych z największych agrariuszy w imperium i Evrenosowie cieszyli się przeogromnymi wpływami w mieście do początków XX wieku. Wśród potomków tego rodu byli i osmańscy paszowie, i młodoturcy, a do grobowca jego założyciela obok muzułmanów pielgrzymowali też chrześcijanie15.

Stosunek Turków do chrześcijan przyniósł wielu wyznawcom prawosławia miłą ulgę. Dostojny arcybiskup Salonik Grzegorz Palamas, który w 1355 roku znalazł się w osmańskiej niewoli, stwierdził ze zdziwieniem, że Koścół prawosławny na ziemiach emira nie tylko jest uznawany, lecz także na nich kwitnie. Prominenci tureccy chcieli z nim dyskutować o związkach łączących religie i z inicjatywy emira arcybiskup odbył debatę z chrześcijańskimi konwertytami na islam. „Skoro my wierzymy w waszego proroka, to dlaczego wy nie wierzycie w naszego?” – pytali go wielokrotnie muzułmanie. Gdy Palamas zobaczył, jak jeden z imamów poprowadził pochówek, skorzystał z okazji, by skłonić go do dysputy teologicznej. Gdy zdawało się, że wkrada się w nią zacietrzewienie, biskup załagodził spór, mówiąc uprzejmie: „Gdybyśmy doszli do zgody w rozmowie, zapewne moglibyśmy się także złączyć w wierze”. Riposta, jaką usłyszał: „Przyjdzie czas, gdy między nami wszystkimi zapanuje zgoda”, powiedziała mu wiele16.

Wraz ze zmierzchem potęgi Bizancjum coraz więcej prawosławnych chrześcijan czuło, że znaleźli się między młotem a kowadłem. Stojąc przed oczywistym wyborem: albo znieważający ich katolicy (ograbienie przez nich Konstantynopola w 1204 roku nigdy nie zostało im zapomniane), albo muzułmańscy Turcy, często skłaniali się ku tym drugim. Mimo że później greccy komentatorzy ze wstydem kwitowali protureckie tendencje w polityce późnego Bizancjum, prąd ten był bardzo silny, Osmanowie byli bowiem postrzegani jako obrońcy prawosławia przed katolikami. Nadzieja na stabilizację polityczną, pragnienie zdobycia majątku i statusu w merytokratycznych, otwartych strukturach władzy, podziw dla sprawnych rządów Osmanów oraz ich wyraźnej gotowości do opierania się zarówno na chrześcijanach, jak i muzułmanach – wszystko to wyjaśnia, dlaczego urzędnicy, arystokracja, chłopi i mnisi ulegali powabowi sułtanów i dlaczego wiele wybitnych rodzin bizantyńskich wstąpiło w ich służbę. Prochrześcijańskie sympatie wielkich wezyrów Murada II były powszechnie znane; na samego Murada wywarły wpływ głoszące otwartość bractwa zakonne derwiszów, a szejk będący przewodnikiem duchowym rodziny Evrenosa uchodził za obrońcę chrześcijan. W tych okolicznościach nie dziwi więc to, że zamiast skazanego na niepowodzenie oporu znacznie sensowniejszym wyborem wydawała się akceptacja rzeczywistości i że mieszkańcy Salonik, przynajmniej według jednego z bizantyńskich kronikarzy, wsławili się jako „przyjaciele sułtana”17.

W drugiej połowie XIV wieku nacierającym szybko wojskom osmańskim poddawały się kolejne miasta na Bałkanach; w ich ręce dostała się Via Egnatia i nawet przebiegli mnisi z Góry Athos uznali zwierzchność sułtana. Pierwsze oblężenie Salonik zaczęło się w 1383 roku i w kwietniu 1387 miasto poddało się bez walki. Po kapitulacji mały garnizon turecki przejął kontrolę nad cytadelą na wzgórzu, samo zaś miasto nie ucierpiało. Władca Salonik Manuel II Paleolog chciał stawiać opór, ale zakrzyczany przez mieszkańców musiał je opuścić, by oni mogli je poddać. Sam Manuel złożył hołd emirowi Muradowi i zanim został cesarzem, nawet walczył po stronie swojego nowego suwerena.

Gdyby miasto pozostało następnie pod nieprzerwaną kontrolą Osmanów, jego losy potoczyłyby się zupełnie inaczej, bo nie zostałaby w nim tak gwałtownie przerwana ciągłość bizantyńskiego życia. Po poddaniu się bez walki nowym władcom w Salonikach niewiele się zmieniło, przywileje miejskie zostały utrzymane, wspaniałe tutejsze monastery przetrwały burzę. Niewielki garnizon turecki na własne potrzeby zamienił jeden kościół w meczet i została wprowadzona praktyka devşirme, przymusowego poboru dzieci – polegająca na tym, że od czasu do czasu tureccy żołnierze przeprowadzali brankę chrześcijańskich chłopców, co bez wątpienia powodowało cierpienia. Ale gdy arcybiskup Izydor wrócił w 1393 roku do Salonik, sytuacja na miejscu okazała się według jego relacji lepsza, niż się spodziewał, a przybyły w 1402 roku ruski mnich Ignacy podziwiał „wspaniałość” salonickich monasterów. Chrześcijanie zwracali się do sułtana o interwencje w kościelnych sporach, Turcy zatwierdzali urzędowe powołania biskupów, a jeden z nich „otwarcie mówił wszystkim, którzy go pytali, że Turcy są jego zwierzchnikami, cesarzami i protektorami”18.

Na nieszczęście Salonik cesarz bizantyński Manuel nie powstrzymał się przed wykorzystaniem okazji, jaką była militarna porażka Osmanów, by podjąć próbę odbicia miasta. W 1402 roku armia osmańska została bowiem pobita przez mongolskiego władcę Timura, ponosząc największą klęskę w swojej historii. Sułtan Bajazyd zmarł w niewoli, jego upadek doprowadził do rozpadu państwa osmańskiego i trwającej dwadzieścia lat zaciekłej wojny domowej. Wykorzystując słabość dynastii osmańskiej, Manuel skłonił do małżeństwa ze swoją córką pretendującego do tronu Sulejmana i jednocześnie wymógł na nim powrót Salonik pod zwierzchność Bizancjum. Wywołało to niezadowolenie okolicznych gazich, między innymi Evrenosa Beya, ale byli oni jedynie w stanie opóźnić wycofanie się garnizonu tureckiego. W 1421 roku na tronie sułtańskim zasiadł młodociany Murad II, który postanowił położyć kres zamętowi w imperium i wyniszczającemu je bratobójczemu rozlewowi krwi.

Oblężenie

Sułtana Murada II opisywano w 1430 roku jako „drobnego, niskiego, zasępionego mężczyznę o fizjonomii Tatara – szerokiej i ogorzałej twarzy, wydatnych kościach policzkowych, przyciętej okrągłej brodzie, wielkim orlim nosie i małych oczach”. Choć miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, zapewnił już sobie miejsce w historii, konsolidując pokonaną przez Mongołów dynastię osmańską. Zahartowany, dużo pijący, był zamiłowanym myśliwym i cieszył się uwielbieniem wśród żołnierzy oraz szacunkiem dyplomatów i mężów stanu. Jako wojownik był niezwykle utalentowany, chociaż większość lat swego panowania poświęcił walkom o umocnienie potęgi osmańskiej na Bałkanach i w Anatolii, wolał oddawać się kontemplacji, dwukrotnie chciał abdykować i został pochowany w Bursie, w mauzoleum zbudowanym według jego projektu, pełnym surowego piękna, gdzie spoczął pod otwartym niebem w grobie przysypanym ziemią. W opisie hiszpańskiego podróżnika Pero Tafura sułtan był „człowiekiem dyskretnym, o srogim obliczu i […] tak starannie zadbanym, że podobnego mu jeszcze nie widziałem”19.

Według osmańskiej legendy, pewnej nocy śpiący w swoim pałacu sułtan ujrzał we śnie Boga, który podał mu do powąchania piękną, słodko pachnącą różę. Gdy Murad spytał, czy może ją zatrzymać, Bóg odparł, że ta róża to Saloniki i że postanowił oddać mu to miasto.

W istocie, Murad od dawna chciał to miasto odzyskać, jako że z jego perspektywy Saloniki były nie tylko ważnym portem śródziemnomorskim, ale miał do nich prawo, bo były one wcześniej pod zwierzchnością osmańską. Gdy jego wojska zaczęły je oblegać w 1422 roku, a ich okolice zostały przez niego zdobyte, władcy bizantyńscy mogli tylko bezsilnie się temu przypatrywać. Cesarstwo umierało. Mieszkańcy Salonik zaprosili do siebie Wenecjan w nadziei, że ci przynajmniej umocnią miasto obronnie, ale zła sytuacja jeszcze się pogorszyła. W 1429 roku życie Salonik właściwie zamarło, trzy czwarte jego mieszkańców z niego zbiegło – często na tereny kontrolowane przez Osmanów – i w Salonikach pozostało zaledwie dziesięć tysięcy ludzi. Chociaż Wenecja sporadycznie dostarczała im zboże, brakowało żywności. Obrońcy spuszczali się z murów na linach, by rejterować do Turków. Przekazywali też meldunki, że chcą się poddać: silnemu, jak zawsze, w obrębie murów stronnictwu proosmańskiemu przybywało zwolenników, Murad bowiem w razie kapitulacji przyrzekał dobre traktowanie.

Sędziwy arcybiskup Symeon był wstrząśnięty defetyzmem panującym wśród jego owieczek. „Oni w istocie zadeklarowali, że skłonni są oddać miasto niewiernym – pisał. – Jeśli chodzi o mnie, to trudniej jest mi się z tym pogodzić niż ze śmiercią dziesięciu tysięcy”. Ale rozgniewane tłumy nie chciały go słuchać. Kazanie o cudownej mocy Świętego Dimitriosa, patrona Salonik, i zapowiedź przybycia na odsiecz ogromnego rycerza na koniu wierni uznali za czcze obiecanki. Bóg przez wieki chronił to miasto „jako metropolię i opiekuna okolicznych ziem” – napominał biskup, podczas gdy Turcy stali pod murami, a pobliskie wsie i miasteczka były w ich rękach. Ponieważ przejęli kontrolę nad przedpolem, ufortyfikowane miasto było gigantycznym więzieniem. Dalszy opór nieuchronnie oznaczał przyszłą niewolę. Po śmierci arcybiskupa Symeona w 1429 roku Wenecjanie sprowadzili do miasta posiłki, by zapobiec kapitulacji, i oblężenie ciągnęło się do marca 1430 roku, kiedy Murad postanowił przypuścić szturm. Przerwawszy łowy z lampartami, sokołami i jastrzębiami, udał się do swojej armii pod Salonikami.

Zaciężne wojska z Europy i Anatolii otoczyły mury, wielbłądy przyciągnęły machiny oblężnicze, miotacze kamieni, bombardy i drabiny oblężnicze. Sułtan zajął pozycje na wzniesieniu, z którego miał widok na twierdzę, po czym wysłał chrześcijańskich posłów z ostatecznym ultimatum o kapitulacji. I tym razem na próżno. Widząc wchodzący do zatoki okręt wenecki i obawiając się, że stacjonujący w Salonikach kontyngent dostanie posiłki, kazał rozpocząć atak.

Przez dwa czy trzy dni zdesperowana obrona odpierała szturmujących żołnierzy i minerów. Ale wtedy Murad zagrzał swoich ludzi. „Oddam wam wszystko, co tam znajdziecie, mężczyzn, kobiety, dzieci, srebro i złoto – zapowiedział. – Zostawicie mi tylko samo miasto”. O świcie 29 marca strzały poszybowały tak gęsto „jak grad”, zmuszając obronę do cofnięcia się z prześwitów. Zdopingowani obietnicą sułtana gaziowie niczym „dzikie zwierzęta” rzucili się do zmasowanego natarcia na mury. Po paru godzinach jeden z nich wdrapał się od ślepej strony na wieżę Trigonion, ściął głowę weneckiemu żołnierzowi i cisnął ją w dół. Inni poszli jego śladem i wkrótce główna brama miasta stanęła otworem.

Wenecki kontyngent zdołał uciec do portu, by odbić cumujące galery. Turcy tymczasem, „z wrzaskiem i żądni naszej krwi”, według Jana Anagnosty, który zdołał ujść z życiem, plądrowali kościoły, domy i budynki publiczne, szukając kosztowności schowanych za ikonami i w kryptach. „Spędzili mężczyzn, kobiety, dzieci, starych i młodych, spętali ich jak zwierzynę i pognali z miasta do obozowiska – opisuje Anagnosta. – Nie wspominam o tych niezliczonych, którzy padli w twierdzy albo w drodze i nie doczekali się pochówku. Każdy żołnierz pędził masę jeńców, spiesząc się, żeby ich szybko wywlec do swoich towarzyszy, aby inny, silniejszy od niego żołnierz nie odebrał mu pojmanych, tak więc gdy jakiś niewolnik, stary bądź też chory, nie mógł nadążyć za innymi, z miejsca był spisany na straty, gdyż żołnierz ścinał mu głowę. Potem na początek oddzielili rodziców od dzieci, żony od mężów, przyjaciół i krewnych od siebie […]. Całe miasto wypełniło się płaczem i rozpaczą”20.

Murad, jak zawsze, przestrzegał przyjętych praw wojny. Mieszkańcy Salonik, nie zgodziwszy się na kapitulację bez walki, choć mieli taką możliwość, wiedzieli dobrze, że grozi im niewola i grabież dobytku. Gdyby pozwolono im się poddać, czego pragnęła ich większość, pewnie miasta nie spotkałby tak okrutny los. Gdy parę miesięcy później wojska osmańskie obległy miasto Janinę, ich dowódca Sinan Paşa poradził greckiemu arcybiskupowi, żeby poddali się pokojowo, „bo inaczej doszczętnie zniszczę wasze miasto, tak samo, jak zrobiłem to w Salonikach”. I dodał: „Przysięgam na Boga Niebios i Ziemi i na Proroka Mahometa, że nie musicie się obawiać ani niewoli, ani uprowadzenia”. Kler i szlachta mieli zachować dobra ziemskie i przywileje „i inaczej niż w Salonikach nie zdewastujemy kościołów ani niczego nie ogołocimy”. Janina, która na to przystała, pozostała ważnym ośrodkiem myśli i nauki helleńskiej przez cały okres panowania osmańskiego, a jeden z generałów Murada wręcz ufundował w niej chrześcijański monaster. Saloniki tego szczęścia nie miały: zostały zrujnowane i upiorna cisza zapanowała na ich wyludnionych ulicach i w opustoszałych domach21. W kościele Acheiropoietos sułtan kazał odprawić nabożeństwo dziękczynne. Następnie zamienił go w meczet i polecił wyryć lakoniczną inskrypcję na marmurowej kolumnie w północnej nawie. „Sułtan Murad Han zdobył Saloniki w roku 833 [=1430]” – ten napis przetrwał do dziś i jeśli dopisuje nam wzrok, możemy podziwiać jego eleganckie arabskie litery.

2

Meczety i hammamy

Najważniejsza wojna

Miasta jako ośrodki handlu, nauki, kultu religijnego i administracji miały dla pomyślności ziem osmańskich decydujące znaczenie, a sułtani wiedzieli, że po podboju miasta trzeba przywrócić do życia. Mehmed II Zdobywca, który w 1453 roku podbił Konstantynopol, powiedział, że to była tylko „wojenka” w porównaniu z „największą wojną” związaną z odbudową metropolii. Dwie dekady wcześniej jego ojciec Murad dostrzegał ten problem w Salonikach. Człowiek, który przy całym swoim geniuszu militarnym za „miłośnika wojny” nie uchodził, chciał im przywrócić dawną świetność. W jego imperium żadne miasto nie miało tak majestatycznej twierdzy ani tak wielkiego potencjału handlowego jak one. Były bramą na Bałkany, które dla gospodarki jego państwa szybko stawały się kołem zamachowym. „Gdy [sułtan] zobaczył to ogromne nadmorskie miasto, położone korzystnie i mające wszechstronne zalety, zasępił się i postanowił je odbudować” – pisał Anagnosta22.

Zaczął od przepędzenia rabusiów, maruderów i dzikich lokatorów. „Wam przypadły pieniądze i niewolnicy – oświadczył swoim żołnierzom – i na tym macie poprzestać, ja chcę bowiem samego miasta, do którego, jak wiecie, odbyłem w trudzie długi marsz”. Najpierw naprawił uszkodzone mury i kazał dowódcy garnizonu zmodernizować twierdzę. Szybkie zakończenie tych prac upamiętniła niespełna rok później inskrypcja nad bramą do nowo zbudowanej wieży głównej: „Ten Akropol z Bożą pomocą został zdobyty i odebrany siłą z rąk niewiernych oraz Franków przez sułtana Murada, syna sułtana Mehmeda, którego sztandar z woli Bożej wciąż pozostaje zwycięski. Wybił on i pojmał niektórych ich synów oraz przejął ich majątek”23.

Początkowo Murad zamierzał „zwrócić miasto jego mieszkańcom i odbudować je wiernie”. Według Anagnosty sułtan chciał uwolnić wszystkich jeńców, ale odradził mu to jeden z jego wysokich dowódców. W każdym razie władca osobiście zapłacił okup za niektórych bizantyńskich notabli oraz ich rodziny (taki miał zwyczaj wobec zwyciężonych), a jego wasal, despota serbski Jerzy Brankowicz – którego córkę Marę sułtan poślubił kilka lat później – wykupił innych jeńców. W ten sposób uratowało się przed niewolą i wróciło do domu około tysiąca pojmanych Greków. Powrót do miasta nakazano też uchodźcom, którzy uciekli z niego w czasie oblężenia. Wstrząśnięci widokiem zniszczeń, jaki ich tam powitał, winili arcybiskupa Symeona za to, że uniemożliwiał pokojową kapitulację miasta, a część z nich kwestionowała nawet cudowną moc Świętego Dimitriosa. Stopniowo ponownie otwierano bizantyńskie karawanseraje, łaźnie publiczne, warsztaty, garbarnie, tkalnie. Poprawiły się relacje wenecko-osmańskie i rok po podboju Wenecja otworzyła w Salonikach konsulat. Ale po świetności kwitnącej, czterdziestotysięcznej metropolii sprzed dekady pozostały jedynie ślady i miasto wyglądało jak cień.

Gdy Murad uświadomił sobie skalę jego wyludnienia, zmienił zdanie, postanawiając sprowadzić do Salonik także osadników muzułmańskich. Wiele nieruchomości przekazał wysokim urzędnikom swojego dworu, zwolnieniami podatkowymi przyciągnął rzemieślników z pobliskiego miasta Janitsa i z Anatolii. Gospodarce miasta zapewnili oni zastrzyk nowej krwi. Ich przesiedlenie stanowiło jednak ogromny cios dla chrześcijańskiej tożsamości Salonik i wstrząsnęło greckimi ocaleńcami. Saloniki, pisał Anagnosta, „przywdziały tę ohydę jak szatę żałobną […]. Umilkły hymny do Boga i chóry. Zamiast nich słychać tylko alalagmoi [głosy Allaha] i hałas bezbożny ku uciesze Szatana. A przy tym wszystkim nie widać gniewu Niebios ni kary na niewiernych, którzy zbezcześcili kościoły, rodzinom i domom przynieśli zgubę, obrabowali i zniszczyli kościoły i miasto”24.

Tysiące dawnych mieszkańców Salonik wciąż przebywało w niewoli. „Widzieliśmy nieraz nieszczęsnych chrześcijan – chłopców, a także niezamężne dziewczęta oraz masy mężatek wszelkiego rodzaju – których Turcy prowadzili w długich szeregach przez miasta Tracji i Macedonii – pisał Cyriak z Ankony, włoski znawca starożytności i antykwariusz. – Skuci żelaznymi łańcuchami, okładani batogami, byli później wystawiani na sprzedaż po wsiach i na targach […], to zaś stanowiło widok niewysłowienie żałosny i plugawy, niczym targ bydła”. (Cyriak, mimo współczucia, kupił jednak młodą Greczynkę, którą posłał na służbę swojej matce). W nadziei na lepszy los pojmani przechodzili niekiedy na islam; inni, skuci ze sobą jarzmem założonym na kark, prosili o jałmużnę na ulicach stolicy Edirne, gdzie czekała ich sprzedaż albo pójście w służbę imperium25.

Z całą pewnością jednak sułtan nie zamierzał wyplenić chrześcijaństwa z Salonik. Nie tylko bowiem przyniosłoby to szkody gospodarcze, lecz także stanęłoby w sprzeczności z osmańską praktyką i jego przekonaniami osobistymi. I tak władca szybko powołał nowego arcybiskupa Grzegorza, a Serbka Mara, prawosławna żona Murada, należała do darczyńców na rzecz miasta. Kościoły i monastery odzyskały majątek (w przypadku jednego z klasztorów, jak odnotował złośliwie pewien piętnastowieczny kronikarz, pewnie dlatego, że tamtejsi mnisi pomogli Turkom zdobyć miasto). Zgodnie z muzułmańskim zwyczajem wojennym dotyczącym miast, które nie poddały się dobrowolnie, w kilku kościołach powstały meczety, inne zostały ogołocone dla zdobycia materiałów budowlanych, zamienione na domy mieszkalne albo były nieużywane. Trudno jednak oszacować, ile z nich przejęto na samym początku. Podczas gdy według Anagnosty w chrześcijańskich rękach pozostały tylko cztery, to nawet po 1432 roku, kiedy Murad zaczął sprowadzać muzułmanów, wiele fundacji kościelnych wciąż czerpało znaczne dochody ze swych posiadłości. Zrazu nie było zresztą potrzeby przekształcania kościołów w meczety, skoro nie istniały jeszcze wspólnoty wiernych, żeby je użytkować: czyli fala konwersji nastąpiła wraz z powolnym napływem ludności muzułmańskiej. Jeśli chodzi o najznamienitsze świątynie miasta, to bazylika Świętego Dimitriosa została zamieniona na meczet dopiero w 1491 roku, a Agia Sofia i Rotunda podzieliły jej los sto lat później26.

Prawdziwy problem chrześcijańskich mieszkańców polegał nie tyle na utracie miejsc kultu religijnego – których przed podbojem były dziesiątki w obrębie murów, a rok po nim przetrwało ich dość, by zaspokoić potrzeby gwałtownie skurczonej populacji prawosławnej – ile na braku duchownych. Wielu z nich uciekło albo wciąż pozostawało w niewoli. Dwadzieścia lat po zdobyciu miasta zdani na siebie wierni wciąż samotnie śpiewali pieśni w kościele Agia Paraskevi (Świętej Paraskewy), gdyż, jak skonstatował ze smutkiem pewien chrześcijanin, „większość kleru oraz wspólnoty do dziś znajduje się w niewoli”. Prawosławie – mimo że uznawane przez władze osmańskie – odżywało z trudem. „Jedynie od ludzi starszych można usłyszeć – pisał Anagnosta po powrocie z pojmania – że niegdyś w tym miejscu był taki to a taki kościół, a gdzie indziej inny, i usłyszeć o ich dawnym zniewalającym pięknie”27.

Osmańska ekspansja w Europie niosła islamizację życia miejskiego. Punkt ciężkości bałkańskiego chrześcijaństwa przesunął się do monasterów prosperujących na terenach wiejskich, zwłaszcza na Górze Athos. Zmiany w miastach sięgały głębiej. Wraz z napływem nowych osadników rozpowszechniała się ich religia, powstawały nowe miejsca kultu oraz instytucje muzułmańskiego świata. Chociaż zarówno przed ostatecznym podbojem, jak i po nim na islam przeszło niewielu saloniczan, miasto zmieniło się przede wszystkim za sprawą przybyszy z Anatolii – jak to ujął kronikarz Aşıkpaşazade – spod „władania idolatrii” przechodząc „pod panowanie islamu”. Odgłosy chrześcijańskiego życia religijnego: bicie dzwonów, śpiewy procesyjne, petardy wielkanocne – zostały zagłuszone wołaniem muezina, hałasem triumfalnych pochodów świętujących konwersje i (z czasem) wystrzałów armatnich z okazji Bajramu. Podczas ramadanu zamierały ruchliwe targowiska i nawet niemuzułmanie unikali spożywania pokarmu w miejscach publicznych, czekając, aż o zmierzchu kanonada z fortu oznajmi przełamanie postu, da sygnał do nocnego ucztowania na ulicy i pokazów Karagöz, kukiełkowego teatru cieni, którego obsceniczność miała później szokować podróżnych. Minarety – spiralne albo strzeliste, wielobarwne i jednokolorowe – podświetlane z okazji świąt i uroczystości państwowych, zdominowały panoramę miasta i stały się dla przyjezdnych punktami orientacyjnymi. W 1853 roku oksfordzki geograf Henry Tozer pisał o jarzących się na każdym „kręgach lampek”, które gdy nocą odbił od brzegu, „tworzyły na horyzoncie jasne skupisko, rozbłyskujące łagodnie niczym chmara robaczków świętojańskich”28.

Zastosowana przez Murada kolonizacja osmańska polegająca na przymusowym zasiedleniu silnie pobudziła gospodarkę Salonik, a ich ludność w ciągu kilku lat wzrosła ponad dwukrotnie. Jak wynika z najwcześniejszych zachowanych rejestrów osmańskich, muzułmanie zamieszkujący Saloniki w 1478 roku, w odróżnieniu od tamtejszej populacji chrześcijańskiej, którą niemal w całości tworzyli autochtoni, żyli w mieście od niedawna. Społeczności napływowe mieszkały w skupiskach i miały swoje miejsca kultu religijnego. Imamów było dwudziestu sześciu, więc średnio licząc, każdy z nich przewodził wspólnocie liczącej stu sześćdziesięciu sześciu wiernych, podczas gdy jeden duchowny chrześcijański przypadał średnio na sześciuset sześćdziesięciu siedmiu prawosławnych. Tak więc potrzeby religijne wyznawców islamu, choć świeżo przeszczepionego, były zaspokajane znacznie lepiej niż chrześcijan. Chociaż topografia miasta – jego mury, główne ulice, lokalizacja targowisk – zachowała wyraźnie dawny, grecko-rzymski układ, i władze osmańskie, i praktyki islamu odmieniały fizjonomię Salonik29.

O krzewieniu nauczania muzułmańskiego świadczy dekret z 14 grudnia 1479 roku, na mocy którego sułtanat powołał nauczyciela do salonickiej medresy. Uczony ten, mevlana Qivam ed-Din, który otrzymywał pobory w wysokości dwudziestu asperów dziennie, modlił się „o trwałość Państwa” oraz wykładał „nauki związane z religią, orzekał w trudnych kwestiach w zakresie prawa religijnego, a także nauczał o subtelnościach dotyczących tradycji i wykładał prawdy egzegetyczne Koranu”. Oprócz kształcenia uczniów jego zadaniem było zapewnianie im należytych warunków bytowych i wyżywienia, „aby religia odnajdywała chwałę i aby poznali jej świetność, a ulemowie cieszyli się najwyższym autorytetem”30.

Mimo powstania tej oraz innych szkół Saloniki nigdy nie wyróżniały się w świecie muzułmańskim szczególną pobożnością ani nie należały do najważniejszych ośrodków islamskiej nauki. Jak się zdaje, w życiu religijnym zabrakło wystarczająco silnych odniesień historycznych, teologicznych czy emocjonalnych. Tamtejsze medresy były stosunkowo małe i nie okryły się sławą, miejscowe meczety nie mogły się równać z majestatycznymi arcydziełami sztuki sakralnej w Edirne, Bursie i Stambule – trzech stolicach imperium – saloniccy muftiowie (reprezentujący najwyższy autorytet w dziedzinie muzułmańskiego prawa) w hierarchii imperium należeli do czwartej klasy, a więc stali niżej od muftich w ośmiu największych miastach imperium. Czyżby znajdujące się w pobliżu wielkie dobra ziemskie rodziny Evrenosów przypominały sułtanom niewygodny fakt o dawnym partnerstwie, sprawiając, że władcy gdzie indziej lokowali łaski i pieniądze? Prawdopodobnie przyczyniło się do tego także położenie Salonik na Bałkanach, gdyż tamtejsi muzułmanie, choć sprawowali kontrolę w miastach, odczuwali sąsiedztwo obcej im, chrześcijańskiej wsi. Skoro Mehmed Zdobywca musiał napominać muzułmanów z Rumelii o obowiązku modlitwy pięć razy dziennie – w sferze przestrzegania nakazów religii na Bałkanach panował wyraźnie inny klimat niż w Anatolii. Ale w innych bałkańskich miastach muzułmanie przynajmniej mieli zdecydowaną przewagę liczbową: przykładowo, w 1530 roku stanowili oni dziewięćdziesiąt procent ludności w Larisie, sześćdziesiąt jeden procent w Seres, siedemdziesiąt pięć procent w Monastyrze i Skopje, sześćdziesiąt sześć procent w Sofii. W Salonikach nigdy nie byli jednak dominującą demograficznie grupą i jeśli w połowie XV wieku stanowili oni blisko połowę ludności, to w 1530 roku już zaledwie jedną czwartą. Gdy w 1831 roku przeprowadzono w imperium osmańskim pierwszy nowoczesny spis ludności, okazało się, że spośród dużych miast w kraju Saloniki miały najniższy odsetek ludności muzułmańskiej. Przybysze dostrzegali jednak ich islamskość na pierwszy rzut oka. Salonicki szejk, reprezentujący obowiązującą hanaficką szkołę prawa islamskiego, sprawował w mieście główny urząd muftiego, a gdy w XVI wieku imperium zdobyło ziemie arabskie, do Salonik przyjechali także przedstawiciele trzech pozostałych głównych szkół prawnych. Liczba meczetów przewyższyła wkrótce liczbę kościołów, a najważniejsze sufickie bractwa mistyczne niemal w każdej dzielnicy założyły tekke (klasztory zwane zawijami; dosłownie „loże derwiszów”). Jak powiedział siedemnastowieczny geograf Hacı Kalfa, Saloniki były „miniaturą Stambułu”31.

Meczety i wakfy

W dzisiejszych Salonikach, gdzie dla wyeksponowania starożytnych i bizantyńskich zabytków rozebrano otaczającą je zabudowę, ślady wczesnego okresu osmańskiego odnaleźć niełatwo. Większość meczetów pochłonął wielki pożar w 1917 roku, a minarety, które go przetrwały, zostały niebawem rozebrane. Przy ruchliwym skrzyżowaniu ulic Egnatia i Wenizelosa przetrwały jednak małe sklepiki, nieczynne kino i butiki dla turystów, przycupnięte po dwóch stronach zwieńczonego elegancką kopułą meczetu, który w mieście należy do ostańców. W 1468 roku córka Hamzy Beya, jednego z dowódców armii Murada, by uczcić ojca, wybudowała w tym miejscu niewielki dom modlitwy. Jednakże wraz z rozwojem i bogaceniem się miasta rozrastał się także meczet Hamzy Beya, do którego dobudowano minaret (dziś już nieistniejący) i rozległy dziedziniec z kolumnadami32.

Zachował się też inny meczet z XV wieku, o równie imponujących rozmiarach i w lepszym stanie. To Alaca İmaret, znajdujący się między rzędami wysokich bloków mieszkalnych z betonu, w sąsiedztwie przystanku autobusowego na ulicy Kassandra. Kompleks Alaca İmaret, w którym mieściły się szkoła, sala modlitwy i kuchnia dla ubogich, stanowi ilustrację sposobu, w jaki osmańscy budowniczowie adaptowali dawniejsze starsze formy muzułmańskiej architektury na ziemiach, których kultura materialna była całkowicie pozbawiona tradycji islamskich. W medresie, czyli szkole religijnej zbudowanej w oryginalnym arabsko-perskim stylu, uczniowie i wykładowcy odbywali zajęcia w pomieszczeniach otaczających niezadaszony dziedziniec. Turcy seldżuccy przystosowali ten model do surowszych warunków atmosferycznych środkowej Anatolii, przykrywając dziedziniec kopułą i często dodając na zapleczu niewielką salę modlitewną. Z czasem zwieńczony kopułą dziedziniec powiększył się i został przyłączony do głównego budynku – a prekursorem tego rozwiązania był nieznany architekt Alaca İmaret. Wzdłuż całej fasady budowli wzniósł przewiewny portyk, w którym niegdyś znajdowali schronienie uchodźcy i żebracy, a który dzisiaj jest opustoszały i pełen graffiti. Tutejszy wielobarwny minaret, ornamentowany ułożonymi w diamentowe wzory kamieniami, od którego wzięła się nazwa całej budowli (alaca znaczy „kolorowy”), został dawno zburzony, ale odwiedzający pobliskie miasteczko Weria turyści odnajdą w bocznej uliczce od głównej drogi bardzo podobny, na wpół zrujnowany. Ten bałkański styl minaretów był ostatnim, słabym echem polichromatycznych arcydzieł islamu środkowoazjatyckiego i perskiego, którego wpływy, jak podkreśla historyk Machiel Kiel, rozciągały się od macedońskich miast na zachodzie po niziny północnych Indii i Jedwabny Szlak na wschodzie33.

Zapisy z XV wieku wymieniają inne nowe meczety i nazwiska lokalnych darczyńców, którzy je ufundowali, jak Sinan Bey, jak właściciel łowisk rybnych Mehmed, nauczyciel Burhan, Mustafa z Karaferye, pielgrzymi Mehmed, Hasan, İsmail, Kemal i Ahmed, sędzia Abdullah. Ich rozsiane po mieście małe meczety, masdżid, były z pewnością stosunkowo skromne, skoro najważniejsza modlitwa piątkowa odbywała się w salonickim „Starym Piątku” – tak nazywano meczet założony przez sułtana Murada w kościele Acheiropoietos, gdzie władca odprawił nabożeństwo z okazji zwycięstwa. Większych przybytków religijnych nie dałoby się zbudować bez finansowego wsparcia, jakim dysponowała wyłącznie elita. I tak Alaca İmaret powstał dzięki funduszom, które zapewnił jeden z dowódców armii Murada, İnegöllü İshak Paşa, za wybitne osiągnięcia wojskowe wyróżniony później urzędem gubernatora Salonik. Swój osobisty majątek İshak Paşa spożytkował, finansując przedsięwzięcia użytku publicznego, między innymi kilka meczetów, hammam, most nad Strumą, fontanny i tekke derwiszów. Nie on jeden. Koca Kasım Paşa, który rozpoczynał życie jako niewolnik egipskiego uczonego, wstąpił w służbę imperium, został wielkim wezyrem i założył w mieście inny meczet-imaret. Yacup Paşa, wezyr urodzony w Bośni, który sławę zyskał zarówno jako poeta, jak i zwycięzca w walkach z Austriakami oraz Węgrami na granicy chorwackiej, ufundował meczet noszący jego imię.

W tych śmiałych przedsięwzięciach budowlanych – w porównaniu zwłaszcza z zachodnią Europą – godne podziwu jest tempo, w jakim zostały zrealizowane. Często finalizowano je w zaledwie parę lat. Efektywność ta wymagała nie tylko dużych nakładów pracy wykwalifikowanej siły roboczej oraz rozwiniętych tradycji architektonicznych, lecz także umiejętności gromadzenia i dystrybucji funduszy z szybkością znacznie przewyższającą możliwości, jakimi dysponowała większość ówczesnych państw europejskich. Sprzyjał temu wysoce scentralizowany system władzy w imperium osmańskim, lecz prawdziwym kołem zamachowym pozwalającym na odnowę miasta była religijna instytucja finansowa, która nazywała się wakf.

W świecie muzułmańskim instytucja wakfu istniała od dawna. Fundator przekazujący na jej rzecz swój majątek, sklepy albo dobra ziemskie rezygnował z niego oraz z dochodów, jakie z nich czerpał, w zamian za nagrodę w życiu wiecznym i błogosławieństwo dla swoich potomków. Dzierżawcy przekazanego wakfowi majątku czy ziemi też odnosili korzyści, gdyż byli zwolnieni z nieuregulowanych i często obciążających podatków państwowych, a fundacja przyczyniała się do rozwoju miasta. Fundator (albo fundatorka, jako że wśród przekazujących majątek nie brakowało zamożnych kobiet), robiąc darowiznę, mógł sobie zapewnić, że wakf będzie z niej robił użytek przy udziale jego rodziny, na zarządców czy powierników fundacji mógł bowiem desygnować swoich krewnych, zapewniając im pensję. Darczyńcy ściśle kontrolowali funkcjonowanie swoich fundacji, decydując nawet w najdrobniejszych sprawach – i tak ryż z szafranem i miód wydawano z okazji niektórych świąt, (suty) poczęstunek wieczorny składający się z duszonego mięsa z przyprawami i cebulą, gotowanego ryżu oraz chleba przysługiwał uczniom regularnie pobierającym nauki w szkole34.

Rodzina sułtańska świeciła przykładem: Murad II osobiście – choć niemal nieustannie pochłaniało go prowadzenie wojny i choć na sercu leżały mu przede wszystkim dawna stolica w Bursie oraz wznoszenie wielkiego meczetu w Edirne – sfinansował w górnej części Salonik budowę kilku studni oraz wspaniałego kompleksu łaźni przy Egnatii. Sułtan wyremontował też w mieście stary rzymsko-bizantyński akwedukt oraz opłacał kolonistów, by o niego dbali. Jego syn Mehmed Zdobywca, mimo że teoretycznie był wrogiem instytucji wakfu, gdyż dobra ziemskie i majątek będące w gestii tych fundacji nie podlegały kontroli państwa, skłonił jednak swoich wezyrów do ufundowania kompleksów targowych oraz innych budynków użyteczności publicznej. Bajazyd II, który w czasie swoich kampanii na Bałkanach w końcu XV wieku spędzał zimy w Salonikach, wybudował zwieńczony sześcioma kopułami kamienny bedestan (kryty bazar), przeznaczony na potrzeby handlu drogocennymi towarami. Ta elegancka, użytkowana do dziś budowla naprzeciw meczetu Hamzy Beya szybko stała się handlowym centrum Salonik. Sułtan przekazywał miastu dochody z najmu kramów sprzedających perfumy, owoce, chałwę i sorbety, tkaniny, pantofle, noże i jedwab, a ich część została spożytkowana na utrzymanie meczetu, który stworzył w 1492 roku, oddając na potrzeby muzułmanów bazylikę Świętego Dimitriosa35.

Oprócz założenia licznych kaplic, szkół, kuchni dla ubogich i lóż sufickich fundacje wakfów sfinansowały budowę wielu studni i fontann, potrzebnych zarówno do islamskich ablucji, jak i służących potrzebom codziennym. Łaźnie publiczne stawiano w sąsiedztwie meczetów i szkół religijnych, aby wierni mogli łatwiej dopełniać obowiązku obmywania się przed modlitwą. Z tego właśnie powodu Murad II zbudował tuż obok głównego meczetu w mieście przestronny hammam Beya. W jego wypełnionych parą salach i prywatnych gabinetach młodzi łaziebni masowali i smarowali oliwą leżących na rozgrzanych kamieniach klientów, ale hammam działający w przestrzeni miejskiej, która nie obfitowała w miejsca użyteczności publicznej, był także przybytkiem służącym kontaktom seksualnym i życiu towarzyskiemu. Chociaż reputacja jego bywalców zawsze budziła wątpliwości, praca w nim zapewniała znajomości z możnymi i pozwalała awansować w służbie imperium. Salonicki hammam Beya, z osobnymi łaźniami dla mężczyzn i kobiet, to jeden z najwspanialszych zabytków wczesnej architektury osmańskiej na Bałkanach. Nazwany później „Rajskimi Łaźniami”, był czynny do lat sześćdziesiątych XX wieku. Dzisiaj, gdy wyczerpały się zasoby wodne zapewniające mu stały dopływ gorącej i zimnej wody, o którym wspominali siedemnastowieczni podróżnicy, greckie służby archeologiczne oddały go zwiedzającym i wędrując wąskimi przejściami od sali do sali, można podziwiać ich misterny wystrój, marmurowe stoły, na których masowano klientów, jego pomieszczenia zwieńczone kopułami zdobionymi mukarnasami, czyli stiukami o rysunku plastra miodu, wśród których grają jasne snopy światła wpadającego przez głębokie lukarny w sklepieniu36.

Wakfy pobudzały też handel. Oprócz głównej hali targowej Bajazyda oraz targów mącznych, tekstylnych, korzennych, futrzarskich, skórzanych na nabrzeżu, tuż za bramą miejską umiejscowił się tak zwany targ egipski, gdzie (według późniejszego podróżnika) sprzedawano „wszelkie dobra z Egiptu, płótno, cukier, ryż, kawę”. W jego pobliżu znajdowały się garbarnie, które kwitły już w końcu XV wieku. Na targu egipskim pieczono suchary, a w kawiarniach i tawernach, które w tej okolicy wyrosły z czasem, posilali się żeglarze, podróżni, wielbłądnicy, tragarze i wyrobnicy dniówkarze. W sercu tego tętniącego życiem dzielnicy stał meczet Abdurraufa – „piękna, pełna wyjątkowego czaru świątynia, miejsce nabożeństw, zadumy i pokrzepienia” – jedyny za murami miasta, ufundowany przez salonickiego mułłę, który zbudował go na potrzeby kupców i ofiarował jako wakf. „Dzień i noc – pisze siedemnastowieczny podróżny – przebywają w nim wierni, albowiem modlą się tutaj muzułmańscy kupcy ze wszystkich stron świata oraz bogobojni żeglarze i pływający na morzu kapitanowie, radując się widokiem okrętów i portu”37.

Warto podkreślić, że w imperium osmańskim fundacje podobne do wakfu, o tradycjach jeszcze z czasów bizantyńskich, mogli także prowadzić chrześcijanie. I tak w 1498 roku przedsiębiorczy mnisi z monasteru Wlatadon czerpali dochody z wielu nieruchomości na terenie miasta: mieli kram na targu rybnym (sąsiadujący z kramem należącym do „beja”), a także siedem innych w pobliżu (obok stoisk „Kostasa, syna Kokorisa”). Ponadto prowadzili trzy stoiska ze świecami, dwa warsztaty szewskie znajdujące się koło warsztatów szewskich „Hacıego Ahmeda” i „Hacıego Hassana” oraz kramy z gotowanymi potrawami, studnie i zabudowania w starej dzielnicy blisko Hipodromu, młyny wodne za murami miasta i winnicę na zboczach Chortiatis. Pozyskiwane z nich dochody przeznaczali na utrzymanie klasztoru i na zakup kolejnych nieruchomości38.

Dalej od miasta wakfy finansowały budowę i utrzymanie mostów, stacji pocztowych, stajni, karawanserajów i przepraw promowych, nieodzownych dla wymiany handlowej i umożliwiających szybkie ruchy wojska, które warunkowały osmańskie panowanie w południowo-wschodniej Europie. Robert de Dreux, siedemnastowieczny francuski ksiądz, podziwiał hany, domy zajezdne o rozmiarach dorównujących kościołom, „które Bachas bądź inni tureccy paszowie pobudowali wspaniale, by służyły podróżnym, niezależnie od ich pozycji czy religii, udzielając gościny każdemu i w zamian nie prosząc o zapłatę”. Piętnastowieczne Saloniki, jako miasto, które w morskiej, handlowej i militarnej ekspansji na zachód miało znaczenie kluczowe, odnosiły korzyści z pacyfikacji terenów wiejskich i przejęcia przez Osmanów dawnej Via Egnatia. Pierwszy raz od stuleci, po trudnych czasach rozdrobnienia i niestabilności politycznej późnego Bizancjum, nad całym regionem zapanował jeden ośrodek władzy39.

Rządy w mieście

Na podbitych przez Osmanów Bałkanach miasta przeżywały zmierzch spowodowany brakiem stabilności politycznej i militarnej w poprzednich stuleciach. Nowa władza musiała zatem nie tylko na nowo je zaludnić, lecz także przeorganizować administracyjnie. Nad Salonikami sułtan panował bezpośrednio dzięki mianowanym przez siebie namiestnikom. W sensie prawnym czy instytucjonalnym nie było jasnego podziału między miastem a jego wiejskim zapleczem – często ci sami ludzie odpowiadali za obydwa obszary i inaczej niż w tradycji bizantyńskiej nie istniały władze miasta w ścisłym tego słowa znaczeniu. Ulokowani w Salonikach dzierżawcy podatkowi kontrolowali pobliskie saliny, a urzędnicy miejscy sprawowali nadzór nad wydobyciem innych surowców na Półwyspie Chalcydyckim. Zresztą Saloniki trudniły się także rolnictwem, znaczne bowiem tereny w obrębie ich murów zajmowały winnice, sady oraz pastwiska, a chrześcijanie, którzy w imieniu Murada (w zamian za zwolnienia z podatków) patrolowali nocą nadmorskie mury, w większości rekrutowali się spośród miejscowych pasterzy i rolników. Specyfika gospodarki miejskiej i rytm życia w mieście wymagały jednak specjalnych regulacji40.

Nie dysponujemy dokumentami, które pokazują dokładnie, jak rządzono piętnastowiecznymi Salonikami. Ale możemy sobie ten obraz przybliżyć, korzystając z wiedzy o innych prowincjonalnych miastach. A zatem zarówno władzę wojskową, jak i rządy w mieście sprawował gubernator – który z jednej strony zabezpieczał je militarnie, nadzorując garnizon, służące w nim kontyngenty żołnierzy i koni oraz obsadę fortyfikacji i bramy, z drugiej zaś nadzorował pobór podatków, a zwłaszcza od tych, którzy zakupili koncesje celne, oraz czuwał nad ogólnym funkcjonowaniem miasta. Ściąganie podatków i dbałość o funkcjonowanie rynku były przez imperium osmańskie traktowane priorytetowo. Państwo niezmiernie ściśle wyznaczało opłaty celne za przywóz wszystkich towarów do miasta, a gubernator odpowiadał za ich egzekucję. Produkty i zwierzęta importowane przez rolników i kupców kontrolowali strażnicy pilnujący bram. Muhtesip był urzędnikiem, który nadzorował kupno i sprzedaż „wszystkich dóbr stworzonych przez Boga”. On i jego pomocnicy co tydzień odwiedzali targ mączny i rzeźnie, gdzie sprawdzali wagi i miary oraz kontrolowali jakość srebra i jego ceny. Miał on także na oku niewolników, pilnując, by modlili się regularnie, oraz bezwzględnie tępił pijaństwo i rozpustę w miejscach publicznych. Produkcję organizowały gildie rzemieślnicze, z których część, na przykład rzeźnicza, zrzeszała wytwórców jednego wyznania, inne zaś, jak szewska, były religijnie mieszane. W Salonikach – inaczej niż w wielu miastach – członkowie poszczególnych gildii nie tworzyli wspólnych skupisk mieszkalnych.

Był to system złożony w zakresie kompetencji i podległości prawnych. Gubernator oraz wielu reprezentujących go urzędników dysponowali prawem aresztowania i uwięzienia. Zwierzchnictwo nad sprawowaniem prawa obejmował kadi (sędzia), który był także notariuszem, ale niekiedy inny, podległy mu sędzia miał w swojej gestii „wszystko to, co zagraża porządkowi publicznemu”, czyli morderstwa, gwałty, cudzołóstwo, rabunki – przestępstwa, które przynajmniej na Bałkanach często sądzono nie według prawa boskiego, lecz w zgodzie z „prawem opartym na zwyczaju” bądź stanowionym dekretami sułtana. Tak więc w imperium obowiązywał system prawny, którego podstawę stanowiły szariat, wywodzące się z niego prawo zwyczajowe adat – zróżnicowane w zależności od miejsca – oraz rozporządzenia i zapisy ustanawiane przez samego sułtana, czyli kanun41.

Ponieważ miasto nie miało własnych organów porządkowych, władzę policyjną sprawował w nim gubernator, odpowiedzialny także za ochronę przeciwpożarową oraz kontrolę nad usuwaniem nieczystości i higienę. Koszta związane z ochroną policyjną polegającą na patrolowaniu dzielnicy ponosili kupcy i mieszkańcy, którzy płacili pasban (termin pochodzący od perskiego słowa znaczącego „strażnik nocny”). Czterysta lat później przyjezdnych w Salonikach wciąż budził w nocy odmierzający godziny, nieznany im stukot podkutych butów na ulicznym bruku. Właściciele domów opłacali także wywóz nieczystości oraz odpowiadali za stan ulicy przed swoimi posesjami. Gildie miały obowiązek desygnowania młodych mężczyzn do pełnienia dyżurów w straży ogniowej, ale częstość, z jaką w mieście wybuchały katastrofalne pożary, świadczy o jej nieskuteczności. Zarazem jednak Saloniki miały zaskakująco sprawny system zaopatrzenia w wodę – dawni przybysze pisali z podziwem o mnogości tutejszych studni i fontann publicznych – jej dopływ można było kontrolować i w nagłych wypadkach kierować strumień tam, gdzie była potrzebna42.

Dzięki temu, że zachował się rejestr katastralny z 1478 roku, trzeci, jaki sporządzili sumienni osmańscy skrybowie (ale najstarszy, który przetrwał), mamy stosunkowo dokładny obraz rozmieszczenia ludności w poszczególnych dzielnicach mniej więcej pół wieku po podboju. Wzór osadniczy wskazuje na swego rodzaju stan przejściowy między okresem bizantyńskim a czasami rozkwitu miasta pod panowaniem osmańskim. Liczba mieszkańców Salonik nieznacznie przekroczyła wtedy dziesięć tysięcy – a więc ich populacja co najmniej osiągnęła stan bezpośrednio sprzed wkroczenia armii osmańskiej i z grubsza dzieliła się po połowie na chrześcijan i muzułmanów, wciąż z niewielką przewagą tych pierwszych. Muzułmanie byli imigrantami i w przeciwieństwie do innych dawnych miast bizantyńskich w Salonikach konwersje na islam wydają się nieliczne.

Bizantyńska proweniencja Salonik dawała o sobie znać w greckim, wciąż używanym nazewnictwie osiedli i dzielnic. Osmańscy skrybowie wiernie te nazwy spisali: Agio Dimitri, Ofalo, Podrom (od dawnego Hipodromu), Agio Mine, Asomat – ich nomenklatura pochodziła od dawnych kościołów. Z użycia nie wyszło nawet Akhiropit (Acheiropoietos), mimo że sam kościół został zamieniony na meczet, a turecka nazwa tego kwartału pojawi się dopiero w następnym stuleciu. Duże kościoły – jak Agia Sofia – oraz monaster Wlatadon wciąż utrzymywały się ze swoich dóbr. Garnizon tworzyli żołnierze osmańscy, ale na chrześcijanach spoczywała powinność sprawowania pieczy nad obwarowaniami i wieżami nadmorskimi i nawet nad ich remontami – gdy na początku XVII wieku kolejny gubernator uznał, że to zagraża bezpieczeństwu miasta, położył kres temu rozwiązaniu. Jak pokazują dane szczegółowe dotyczące mienia monasteru Wlatadon, muzułmanie i chrześcijanie mieszkali i pracowali w mieszanych dzielnicach prawdopodobnie dlatego, że Murad zasiedlił nowo przybyłych w domach opuszczonych przez chrześcijan albo w takich, których chrześcijańscy właściciele zmarli. W starych dzielnicach znajdujących się po obu stronach głównej ulicy chrześcijanie wciąż byli liczniejsi od muzułmanów.

Tylko w Górnym Mieście – co zapowiadało przyszły wzór zamieszkania – większość stanowili już muzułmanie. Cieszyli się tam najlepszym dostępem do wody i świeżym powietrzem. Biedota żyła tam w skromnych parterowych domostwach z podwórkami ukrytymi od ulicy za pobielonymi murami; bogaci budowali sobie powoli kamienne domy z nadwieszonymi werandami i rozległymi ogrodami, w których mieli własne studnie połączone z miejskim systemem zaopatrzenia w wodę. Cień zapewniały cyprysy i platany oraz liczne zadaszone altany przy fontannach, gdzie można było schronić się przed słońcem i ciesząc się widokiem miasta, napić wody. Najwyższym urzędnikom regularnie dostarczano lód z góry Chortiatis, którego używano najczęściej do przygotowania bardzo popularnego napoju, jakim był sorbet. W XVIII wieku, jeśli nie wcześniej, zamożni muzułmanie zaczęli swoje domy malować i zdobić je pisanymi na czerwono wersetami z Koranu43.

Edykty sułtańskie zdołały przywrócić wytwórczość w mieście – i Saloniki wkrótce zasłyną ze swoich wyrobów, zwłaszcza skórzanych i tekstylnych – transport na osłach i wielbłądach oraz krawiectwo, piekarnictwo, produkcję żywności, rybołówstwo, szewstwo i handel spożywczy, bez których żaden ośrodek miejski nie może się obejść. Saloniki uprawiały ryż oraz produkowały mydło, noże, wosk, piece, sorbet, poduszki i naczynia kuchenne. Szafran, mięso, ser i ziarno pochodziły z okolicy. Ze względu na obfitość łowisk rybnych astrologowie uznali, że zodiakalnym znakiem miasta są Ryby. Skrybowie zaspokajali popyt na bardzo potrzebną umiejętność pisania, hammamy miały piętnastu zarządców – zaskakująco wielu jak na tamte wczesne czasy. Obecność w mieście kupców, kuśnierzy, jubilerów i złotników świadczyła o tym, że odżyły jego kontakty handlowe ze światem i wzrasta zamożność.

Salonikom było jednak jeszcze daleko do rozkwitu. Liczne domy pozostawały opustoszałe albo zdewastowane, rozległe parcele w obrębie murów, zwłaszcza na wyższych zboczach, użytkowano jako pastwiska, sady, winnice i ziemię uprawną. W rejestrze z 1478 roku figurują dwaj rolnicy, ale wielu mieszkańców miasta uprawiało własne ogrody (osmański skryba używa słowiańskiego słowa baština, wskazującego na bliski związek Słowian z ziemią) albo na pastwiskach hodowało owce, konie, woły i osły. Setki lat później, gdy ludność Salonik przekroczyła sto tysięcy, wciąż widoczny był na poły rolniczy charakter ich wyżej położonych obrzeży: osmańskie fotografie z tego okresu pokazują w obrębie murów rozproszone zabudowania wśród pól – muzułmańska dzielnica w granicach twierdzy była w gruncie rzeczy osobną wsią – a świeże mleko do początku lat dwudziestych XX wieku pochodziło w mieście od zwierząt żyjących razem z ich właścicielami w jego dolnej części. I w rzeczy samej, przez znaczną część okresu, w którym panowali sułtani, łąki w obrębie murów zajmowały więcej miejsca niż zabudowa mieszkalna. Ambasadora weneckiego przejeżdżającego przez Saloniki w końcu XVI wieku uderzyło, że chociaż „ulice w centrum są eleganckie i szerokie, a prawie na każdej jest fontanna i widzi się przy nich dużo kolumn, po części zrujnowanych, po części całych”, to miasto „w dużej mierze pozostaje słabo zaludnione”44.

W ostatniej dekadzie XVI wieku było ono jednak znacznie gęściej zasiedlone niż sto lat wcześniej. Po 1500 roku liczba mieszkańców szybko się bowiem podwoiła i gdy w 1520 roku przekroczyła trzydzieści tysięcy, po raz pierwszy zaczęło brakować w nim domów, a miasto trzeba było zaopatrywać w wodę z niewykorzystywanych wcześniej zasobów. Nowi przybysze napłynęli z niespodziewanej strony – z zachodniej części Śródziemnomorza, dokąd hiszpańscy monarchowie Ferdynand i Izabela w ramach chrystianizacji swojego królestwa wygnali z niego żydów. Zachęceni obietnicami Bajazyda, który przyrzekł im koncesje gospodarcze i ochronę polityczną, hiszpańskojęzyczni żydzi masowo ściągali do imperium. Część osiedliła się w Stambule, Sarajewie, Safedzie czy Aleksandrii, ale ich największa kolonia powstała w Salonikach. Gdy wspomniany ambasador wenecki odwiedził miasto, oprowadzał go po nim żydowski przewodnik, a żydzi byli w Salonikach wielokrotnie liczniejsi niż w Wenecji. Z trzech społeczności religijnych mieszkających w obrębie murów – muzułmańskiej, chrześcijańskiej i żydowskiej – ta ostatnia, całkowicie jeszcze nieobecna w spisie ludności z 1478 roku, nagle każdą z pozostałych przewyższyła liczbowo. Wraz z osiedleniem się żydów w osmańskich Salonikach pojawił się trzeci, chyba najmniej spodziewany komponent.

3

Przybycie Sefardyjczyków

Siedemnastowieczny osmański podróżnik Ewlija Czelebi swój opis Salonik rozpoczyna, jak to miał w zwyczaju, fantastyczną przypowieścią o powstaniu tego miasta. Mianowicie, gdy prorok Salomon – „niechaj będzie błogosławiony” – pokazywał świat królowej Szeby, ona, popatrzywszy, ujrzała „w krainie Aten, na ziemiach Rzymian najwspanialsze miejsce zwane Bellvue”. Tam właśnie Salomon zbudował jej pałac, „którego ślady są widoczne do dziś”, po czym wyruszył z nią na wschód, do Stambułu, Bursy, Baalbeku i Jerozolimy, gdzie wznosili budowle, zaludniając na powrót ziemię po Potopie. Według Czelebiego salonickie mury zbudowali „filozof Filikos” oraz jego syn Selanik, któremu miasto „zawdzięcza swą nazwę”. Później, jak powiada, Żydzi uszli z Palestyny, „w ciągu jednej nocy ujarzmili grecki naród i zdobyli twierdzę”. Królowie hebrajscy walczyli z księżniczkami bizantyńskimi, w końcu przeszła ona pod panowanie sułtanów osmańskich, ale „po dziś dzień miasto jest pełne Żydów”45.

Historia Ewlii ma w sobie ziarno prawdy: w latach 1667–1668, kiedy przebywał on w Salonikach, żydzi wpisywali się w ich pejzaż tak nieodłącznie, że najwyraźniej trudno było sobie wyobrazić, by nie mieszkali tam od zawsze. I rzeczywiście, żydzi żyli tam, zanim pojawili się chrześcijanie. W epoce Bizancjum Saloniki zamieszkiwało mniej więcej kilkaset mówiących po judeo-grecku rodzin żydowskich (Romaniotów); mimo częstych i dotkliwych prześladowań prowadzili oni z powodzeniem handel śródziemnomorski, o czym świadczą choćby listy odnalezione przed laty w kairskiej genizie. Na krótko przed podbojem tureckim osiedlili się w nich także żydowscy uchodźcy uciekający przed prześladowaniami we Francji i w Niemczech. Nie wiemy, czy ktoś z nich przetrwał w mieście oblężenie z 1430 roku, lecz jeśli tak, to Mehmed Zdobywca przesiedlił ich później do Konstantynopola w ramach polityki zaludniania tego miasta prowadzonej po jego zdobyciu w 1453 roku, a w Salonikach, po raz pierwszy od bodaj tysiąca lat, w ogóle nie było żydów. Dlatego też nie figurują oni w rejestrze przeprowadzonym w 1478 roku. Kiedy świat chrześcijański ogarnęła nowa fala prześladowań antyżydowskich, imperium osmańskie postanowiło ten fakt wykorzystać46.

Ucieczka przez Morze Śródziemne

Wypędzeniem Żydów w 1290 roku Anglicy rozpoczęli politykę, która trwała nagminnie w krajach chrześcijańskich przez następnych dwieście lat. Edyktem Ferdynanda i Izabeli z 1492 roku tysiące żydów zostało wygnanych z kraju, który w ich poczuciu zapewniał im bezpieczeństwo i pomyślność. W ślady Hiszpanii poszły Sycylia i Sardynia, Nawarra, Prowansja i Neapol. Do połowy XVI wieku żydów wypędziła znaczna część zachodniej Europy. Nieliczni przetrwali w niej mimo prześladowań, wielu przeszło na chrześcijaństwo, podczas gdy inni, zwani marranami albo „nowymi chrześcijanami”, praktykowali w ukryciu żydowskie zwyczaje, kryjąc się pod maską katolicyzmu. Centrum żydowskiego świata przesunęło się wtedy na wschód – do gościnnej, bezpieczniejszej Polski i na ziemie osmańskie47.

W samej Hiszpanii nie wszyscy byli zwolennikami wypędzeń. (Niewykluczone, że właśnie dlatego o wiele liczniejsi muzułmanie w Andaluzji zostali potraktowani inaczej: najpierw zmuszono ich do konwersji, a wygnano znacznie później). „Nieodosobniony był pogląd – pisał uczony inkwizytor Jerónimo de Zurita – że monarcha popełnia błąd, pozbywając się z kraju tak przedsiębiorczych i pracowitych ludzi, którzy w jego królestwie wyróżniali się zarówno liczbowo, jak i otaczającą ich estymą oraz swym oddaniem dla pomnażania majątku”. Następna generacja inkwizytorów wyrażała obawę, że wygnani Żydzi „zabrali ze sobą potencjał i bogactwo tego królestwa, by przenieść je do naszych wrogów za sprawą wytwórczości i handlu, w których odnoszą powodzenie nie tylko w Europie, lecz także na całym świecie”48.

Wygnanie Żydów wpisywało się w bezwzględną walkę o potęgę islamu z chrześcijaństwem. Można ją niemal postrzegać jako rywalizację dwóch wielkich religii monoteistycznych o zjednoczenie imperium rzymskiego, którego były sukcesorami: po jednej stronie stali w niej bowiem hiszpańscy monarchowie katoliccy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, po drugiej zaś sułtani osmańscy, spadkobiercy Cesarstwa Wschodniorzymskiego oraz władcy największego i najsilniejszego imperium muzułmańskiego na świecie. Walka ta sięgnęła apogeum w XVI wieku, kiedy Karol V, zasiadający na tronie cesarza rzymskiego, władca Niderlandów i Austrii, a także król Hiszpanii wraz z jej posiadłościami na Sycylii, w Neapolu, Meksyku i Peru, zmierzył się z Sulejmanem, którego potęga rozciągała się od Węgier po Jemen i od Algieru do Bagdadu. Wojska sułtana podbiły ziemie arabskie, a na północy stanęły u bram Wiednia, podczas gdy flota osmańska zwyciężała na Morzu Śródziemnym w bitwach z Ligą Świętą, zdobywając dla imperium Rodos, Cypr i Tunis, przez jedną zimę okupując Tulon, podbijając Niceę i terroryzując wybrzeże Półwyspu Apenińskiego. Gdy Habsburgowie szukali sprzymierzeńca w Persji, Anglicy i Francuzi zabiegali o zbliżenie z Portą. Była to wojna światowa wczesnej nowożytności49.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy końcowe

SKRÓTY STOSOWANE W PRZYPISACH

AJDC American Jewish Joint Distribution Committee (Joint) – Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Pomocy

EIE Elliniki Istoriki Etaireia

ELIA Elliniko Laografiko kai Istoriko Archeio (Ateny)

FO archiwa Foreign Office (Public Record Office)

GDM Geniki Dioikisis Makedonias

IAM Istorika Archeia Makedonias (Saloniki)

IWM Imperial War Museum

NA US National Archives (Waszyngton, DC)

PRO Public Record Office (Londyn)

UNRRA United Nations Relief and Rehabilitation Agency – Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy

YDIP Ipiresia Diachiriseos Israilitikon Periousion (Muzeum Żydowskie Grecji)

WPROWADZENIE

1 I. Calvino, Niewidzialne miasta, przeł. A. Kreisberg, Warszawa 1975, s. 25.

2 E. Petropoulos, La -à Salonique, Athènes 1980, wstęp.

3 L. Sciaky, Farewell to Salonica, London 1946; N. Kokantzis, Gioconda, Athens 2001; A.E. Yalman, Turkey in My Time, Norman, OK 1956, s. 11.

4 P. Risal, La ville convoitée. Salonique, Paris 1914, s. x.

5 M. Fischbach, Records of Dispossession. Palestinian Refugee Property and the Arab-Israeli Conflict, New York 2003.

CZĘŚĆ I. RÓŻA SUŁTANA MURADA

1 PODBÓJ W 1430 ROKU

6 „The Mosquito”, nr 53, marzec 1941.

7 K. Mertzios, Mnimeia Makedonikis Istorias, Tesaloniki 1947, s. 410.

8 M.A. Walker, Through Macedonia to the Albanian Lakes, London 1864, s. 34; J. Murray, Handbook for Travellers in Greece, London 1854, s. 415; G. Marindin (red.), The Letters of John B.S. Morritt of Rokeby, London 1914, s. 158.

9 H.F. Tozer, Researches in the Highlands of Turkey, t. 1, London 1869, s. 149.

10 Na temat Żydów dziękczyniących Świętemu Dimitriosowi zob. cud w V wieku w: R. Cormack, Mosaic Decoration of S. Demetrios, Thessaloniki, „Annual of the British School at Athens” 1969, nr 64, s. 17–52.

11 Procopius, De bello gothico, ks. III, 14, 22–30 [w:] S. Vryonis, The Evolution of Slavic Society and the Slavic Invasions in Greece. The First Major Slavic Attack on Thessaloniki, AD 597, „Hesperia: Journal of the American School of Classical Studies at Athens”, nr 4(50), październik–grudzień 1981, s. 378–390, cyt. ze s. 385.

12 P. Lemerle, Les plus anciens recueils des miracles de Saint Démétrius, „Le Texte” 1979, nr 1, s. 134, przeł. S. Vryonis, cyt. za: tegoż, The Evolution of Slavic Society, dz. cyt., s. 381, 382.

13 Zob. R. Browning, Byzantine Thessalonike. A Unique City?, „Dialogos” 1995, nr 2, s. 91–104.

14 P. Sugar, Southeastern Europe under Ottoman Rule, 1354–1804, Seattle 1977, s. 19–22; M. Balivet, Byzantines et Ottomans. Relations, Interaction, Succession, Istanbul 1999, s. 4; H. Inalcik, The Ottoman Empire. The Classical Age, 1300–1600, London 1994 (wyd. pol.: Imperium osmańskie. Epoka klasyczna 1300–1600, przeł. J. Hunia, Kraków 2006 – przyp. tłum.).

15 H. Lowry, The Nature of the Early Ottoman State, Albany, NY 2003.

16 G.G. Arnakis, Gregory Palamas Among the Turks and Documents of His Captivity As Historical Sources, „Speculum”, nr 1(26), styczeń 1951, s. 104–118.

17 M. Balivet, Byzantines et Ottomans, dz. cyt., s. 33, 65–69.

18 Tamże, s. 39.

19 The Travels of Bertrandon de la Brocquiere, AD 1432 and 1433 [w:] T. Wright (red.), Early Travels in Palestine, London 1848, s. 346, 347; M. Letts (red.), Pero Tafur. Travels and Adventures, 1435–1439, London 1926, s. 126.

20 G. Tsaras, I teleftaia alosi tis Thessalonikis (1430), Tesaloniki 1985, s. 172; K. Mertzios, Mnimeia Makedonikis Istorias, dz. cyt., s. 45–90; G. Tsaras, I teleftaia alosi tis Thessalonikis (1430), dz. cyt., s. 50–57 [Anagnostis], s. 96 [Doukas].

21 F. Miklosich, J. Müller (red.), Acta et Diplomata Graeca Medii Aevi Sacra et Profana, t. 3, Vienna 1865/1868, s. 282, 283.

2 MECZETY I HAMMAMY

22 The Travels of Bertrandon de la Brocquiere, AD 1432 and 1433 [w:] T. Wright (red.), Early Travels in Palestine, London 1848, s. 347; G. Tsaras, I teleftaia alosi tis Thessalonikis (1430), Tesaloniki 1985, s. 62.

23 M. Kiel, Notes on Some Turkish Monuments in Thessaloniki and Their Founders, „Balkan Studies” 1970, nr 11, s. 129–131.

24 G. Tsaras, I teleftaia alosi, dz. cyt., s. 66, 67.

25 E.D. Bodnar (red.), Cyriac of Ancona. Later Travels, Cambridge, MA 2003, s. XI, 12, 13; The Travels of Bertrandon de la Brocquiere, dz. cyt., s. 349–355.

26 M. Vickers, Cyriac of Ancona at Thessaloniki, „Byzantine and Modern Greek Studies” 1976, nr 2, s. 75–82; S. Vryonis, Thessaloniki in 1430 [w:] A. Bryer, H. Lowry (red.), Continuity and Change in Late Byzantine and Early Ottoman Society, Birmingham 1986, s. 314, 315.

27 S. Vryonis, Thessaloniki in 1430, dz. cyt., s. 299, 316, 317.

28 A. Bisani, A Picturesque Tour Through Part of Europe, Asia, and Africa, London 1793, s. 36; H.F. Tozer, Researches in the Highlands of Turkey, t. 2, London 1869, s. 141.

29 H. Lowry, Portrait of a City. The Population and Topography of Ottoman Selanik [Thessaloniki] in the Year 1478, „Diptycha” 1980/1981, nr 2, s. 254–292.

30 N. Beldiceanu, Recherche sur la ville Ottomane au XVE siècle, Paris 1973, s. 159, 160.

31 J. de Hammer, Histoire de l’empire Ottoman depuis son origine jusqu’à nos jours, t. 3, pierwodr. Paris 1835, wznow. Istanbul 1994, s. 112; M. Kiel, Notes on Some Turkish Monuments in Thessaloniki and Their Founders, dz. cyt., s. 125.

32 M. Kiel, Notes on Some Turkish Monuments in Thessaloniki and Their Founders, dz. cyt., s. 132–134.

33 Tamże, s. 139–141.

34 E. Ginio, „Every Soul Shall Taste Death”. Dealing with Death and the Afterlife in Eighteenth Century Salonica, „Studia Islamica” 2001, nr 93, s. 113–132.

35 Bedestan – zob. S. Curcic, E. Hadjitrifonos (red.), Secular Medieval Architecture in the Balkans, 1300–1500, Thessaloniki 1997, s. 286–288; T. Stavrides, The Sultan of Vezirs. The Life and Times of the Ottoman Grand Vezier Mahmud Pasha Angelovic (1453–1474), Leiden–Boston–Cologne 2001, s. 285–288.

36 A. Zombou-Asimi, To Bey Hammami (Loutra Paradeisos) tis Thessalonikis, „Thessaloniki” 1995, nr 1, s. 341–376; N. Moschopoulos, I Ellas kata ton Evlia Tselebi, „Epetiris Etaireias Byzantinon Spoudon” 1940, nr 16, s. 348.

37 N. Moschopoulos, I Ellas kata ton Evlia Tselebi, dz. cyt., s. 337.

38 S. Tzortzaki-Tzaridou, Ideikotera provlimata efarmogis tou Othomanikou yaioktitikou sistimatos sti Makedonia [w:] KITh., Christianiki Thessaloniki. Othomaniki periodos, 1430–1912, Tesaloniki 1994, s. 259–277, 269, 270.

39 Cyt. za: P. Atreinidou-Kotsaki, Leitourgia ton bezestenion stin agora tis Othomanikis periodou, „Makedonika” 1995/1996, nr 30, s. 169; V. Dimitriades, Topografia tis Thessalonikis kata tin tourkratia, 1430–1912, Tesaloniki 1983, s. 180–182; V. Dimitriades, Problems of Land-Owning and Population in the Area of Gazi Evrenos Bey’s Wakf, „Balkan Studies” 1981, nr 1(22), s. 43–46; V. Dimitriades, Vakifs along the Via Egnatia [w:] E. Zachariadou (red.), The Via Egnatia under Ottoman Rule, 1380–1699, Rethymnon 1997, s. 85–97; H. Pernot (red.), Voyage en Turquie et en Grèce du R.P. Robert de Dreux, Paris 1925, s. 35.

40 J.K. Vasdravellis, Istorika Archeia Makedonias, t. 1: Archeion Thessalonikis, 1695–1912, Tesaloniki 1952, s. 2–5; N. Beldiceanu, Recherche sur la ville Ottomane au XVE siècle, dz. cyt., s. 144–146.

41 H. Inalcik, The Ottoman Empire. The Classical Age, 1300–1600, New York 1973, s. 70–75 (wyd. pol.: Imperium osmańskie. Epoka klasyczna 1300–1600, przeł. J. Hunia, Kraków 2006 – przyp. tłum.).

42 Tamże; N. Todorov, The Balkan City, 1400–1900, Seattle 1983, s. 98.

43 E. Ginio, Aspects of Muslim Culture in the Ottoman Balkans [w:] D. Tziovas (red.), Greece and the Balkans. Identities, Perceptions and Cultural Encounters since the Enlightenment, Farnham 2003, s. 120.

44 Viaggio di un ambasciatore veneziano da Venezia a Constantinopoli nel 1591 [w:] L. Firpo (red.), Relazioni di Ambasciatori veneti al Senato, t. 13, Torino 1984, s. 201.

3 PRZYBYCIE SEFARDYJCZYKÓW

45 N. Moschopoulos, I Ellas kata ton Evlia Tselebi, „Epetiris Etaireias Byzantinon Spoudon” 1940, nr 16, s. 321– 363.

46 M.A. Epstein, The Ottoman Jewish Communities and their Role in the Fifteenth and Sixteenth Centuries, Freiburg 1980, s. 178–180; H. Lowry, Portrait of a City. The Population and Topography of Ottoman Selanik [Thessaloniki] in the Year 1478, „Diptycha” 1980/1981, nr 2, s. 254–292.

47 Y. Yerushalmi, Exile and Expulsion in Jewish History [w:] B.R. Gampel (red.), Crisis and Creativity in the Sephardic World, 1391–1648, New York 1998, s. 3–22. Yerushalmi wspomina o wypędzeniach Żydów z Francji w końcu XII wieku.

48 Cyt. za: H. Kamen, The Mediterranean and the Expulsion of Spanish Jews in 1492, „Past & Present”, nr 119, maj 1988, s. 53, 54.

49 A. Hess, The Moriscos. An Ottoman Fifth Column in Sixteenth-Century Spain, „American Historical Review” 1968, nr 1(74), s. 1–25.

Przypisy

[1] Nazwa „żyd/Żyd” jest zapisywana w tekście dwojako: małą literą, jeśli oznacza wyznawcę religii, a wielką – gdy mowa o członku grupy etnicznej/narodowej. Jeśli kontekst nie wskazuje jednoznacznie na to, którego z rozumień dotyczy dane słowo, to zwykle stosuje się zapis wielką literą [przyp. red.].

[2] Za najstarsze pismo słowiańskie stworzone przez Cyryla i Metodego uważa się głagolicę. Cyrylica była najprawdopodobniej dziełem jednego z ich uczniów [przyp. red.].

Spis map

Topografia Bałkanów

Saloniki w świętych geografiach

Osmańskie miasto

Najstarszy plan osmańskiego miasta wraz z nowym nabrzeżem (1882)

Osmańskie Saloniki i ich okolice, około 1910 roku

Półwysep Bałkański w schyłkowym okresie imperium osmańskiego

Część miasta spustoszona pożarem w 1917 roku

Po pożarze: plan z 1918 roku

Bałkany po 1918 roku

Plan miasta z 1929 roku

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Saloniki. Miasto duchów. Chrześcijanie, muzułmanie i żydzi w latach 1430–1950 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI