Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Autorzy: Ben Rawlence

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 392

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 23.05 zł

„Dadaab” oznacza „miejsce twardego kamienia”. Jednak dla mieszkańców Rogu Afryki to przede wszystkim nazwa jednego z największych obozów dla uchodźców na świecie. Założony w 1992 roku miał chronić osoby uciekające przed wojną domową w Somalii od głodu, nędzy, a później również od terrorystów z Asz-Szabab. Niewielki i tymczasowy azyl z biegiem lat przekształcił się w ogromną, otoczoną drutem kolczastym metropolię, kuszącą tysiące ludzi wizją lepszego jutra i darmową opieką organizacji pomocowych.

Dziennikarz i wieloletni współpracownik Human Rights Watch Ben Rawlence zebrał historie osób, które wskutek niesprawiedliwości losu znalazły się w sytuacji bez wyjścia. W jego książce głos mają rodzice, którzy zostawili za sobą całą przeszłość, ich dzieci – „pokolenie ’92” – nieznające rzeczywistości innej niż obóz, i ich wnuki, często umierające z powodu niedożywienia i szerzących się w Dadaab chorób.

Gwałty i wymuszenia, obławy, wewnętrzny terror i klanowy ostracyzm, a wszystko pod czujnym okiem ONZ i kenijskiej policji. Miejsce, które wydawało się rajem, dość szybko okazało się gettem, z którego ucieczka graniczy niemal z cudem.

Jedna z 10 najważniejszych książek 2016 roku według „Los Angeles Times” oraz książka roku 2016 według „The Economist”.

„Polecając tę książkę, mam powody osobiste. Byłam w wielu obozach, w tym też w Dadaab. PAH pracuje w Somalii i w Sudanie Południowym. Znam losy ludzi, którzy żyją w nędzy i upokorzeniu, marząc o lepszym świecie. Te historie warto poznać, żeby zobaczyć również ów „drugi” świat i uświadomić sobie, jak wiele mamy i że stać nas na bycie solidarnymi.” Janina Ochojska

„Dla nas są wyłącznie liczbami, plagą, która dotknęła nasze piękne życie. Jednak uchodźcy, azylanci i migrujący z przyczyn ekonomicznych to imiona, istnienia, synowie, córki, ukochane osoby, ludzie pełni nadziei i wytrwałości. To ofiary polityki globalnej i wojen, a zarazem jednostki, zarówno te dobre, jak i złe. W swej książce Ben Rawlence ukazał złożony obraz uchodźczego życia, nie idealizując go. To jakby przedstawić obraz Brueghela za pomocą słów. Tę pozycję powinni przeczytać najbardziej wpływowi ludzie świata, jednak nie zrobią tego, ponieważ wiązałoby się to ze spojrzeniem na prawdy nie do zniesienia. Wymowne świadectwo pisarza o ogromnym sercu.” Yasmin Alibhai-Brown

„To najlepsza książka o obozach dla uchodźców, jaką czytałem. Rawlence ukazuje twarze tych, którzy do tej pory byli anonimowi, enigmatycznie określani jako „uchodźcy”. Kreśli historię dziewięciu mieszkańców ośrodka, dzięki czemu z bezosobowych ofiar stają się ludźmi z krwi i kości, a gorące i zakurzone Dadaab przeistacza się w coś więcej niż zwykły ośrodek pomocowy – w żywe, choć osobliwe miasto.” Howard French, „The Wall Street Journal”

„W świetle dzisiejszego kryzysu imigranckiego Miasto cierni może służyć jako przestroga dla zachodnich rządów. Rawlence opisuje losy dziewięciu mieszkańców obozu Dadaab, oddając głos tym, którzy na co dzień są pomijani w dyskusji. Niezwykle ważna książka, zwłaszcza w dobie narastającej polityki antyimigranckiej.” „Minneapolis Star Tribune”

„Świetna książka szczegółowo opisująca codziennie życie mieszkańców Dadaab – ogromnego ośrodka dla uchodźców prowadzonego przez ONZ, w którym znajdują schronienie uciekinierzy z Somalii.” „Chicago Tribune”

„Rawlence stworzył książkę niezwykłą – stając w opozycji do anonimowych statystyk podawanych przez media, ukazuje rzeczywistość dzisiejszych obozów dla uchodźców. Opisywane przez niego historie są fascynujące i szokujące zarazem. Następnym razem, kiedy usłyszycie bezmyślną krytykę imigrantów, koniecznie podarujcie krzykaczowi tę książkę.” „The Sunday Times”

„Rawlence z niezwykłą delikatnością ukazuje pełnowymiarowe człowieczeństwo tych, których media już dawno odczłowieczyły. Ponura rzeczywistość i walka o przetrwanie w przeludnionym obozie jest zatrważająca dla zachodniego czytelnika. Ważna, uniwersalna i przy

W serii ukazały się ostatnio:

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy

humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Ben Rawlence

Miasto cierni

Największy obóz dla uchodźców

Przełożył Sergiusz Kowalski

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego City of Thorns: Nine Lives in the World’s Largest Refugee Camp

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Frederic Courbet / Panos / Forum

Copyright © by Ben Rawlence, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Sergiusz Kowalski, 2017

Mapy I i II © Leslie Robinson i Vera Brice

Mapy III, IV, V i VI dzięki uprzejmości UNHRC, zaadaptowane przez M. Rules

Redakcja Marta Höffner

Korekta Monika Ples / d2d.pl, Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-575-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Osoby

Prolog

Część pierwsza. Ma’a Lul, czyli głód

1 Róg Afryki

2 Guled

3 Mariam

4 Ifo

5 Niszo

6 Isza

7 Chawa Dżube

8 Piątek w Nairobi

9 Dziewicza wyprawa

10 Milczący marsz

11 Muna i Poniedziałek

12 Na żywo z Dadaab

13 Billai

Część druga. Rob, czyli deszcz

14 Porwanie

15 Projekt Jubaland

16 Tauane

17 Dzień bohaterów

18 Chejro

19 Policja! Policja!

20 Nomadzi w mieście

21 Nie jesteśmy tu po to, żeby narzucać rozwiązania

22 Y = Asz­-Szabab

23 Buufis

24 Grufor

25 Sypiając z wrogiem

Część trzecia. Guri, czyli dom

26 Nalot!

27 Zapach cukru

28 Nowy przywódca

29 Za dużo piłki

30 Nocny stróż

31 Cukrowy tata

32 Włochy albo śmierć

33 Czekając na księżyc

34 Id al­-Fitr

35 Słoneczne mamy

36 Wiedza nigdy nie ginie

37 Witajcie w Westgate

38 Westgate II

39 Taniec erotyczny z ONZ

40 Lepsze miejsce

Epilog

Komentarze

Lektury uzupełniające

Podziękowania

Kolofon

Mieszkańcom Dadaab i Louise

Róg Afryki

Granica kenijsko-somalijska

Kompleks obozów Dadaab (marzec 2012 roku)

Obóz Ifo

Obóz Ifo 2 (czerwiec 2013 roku)

Obóz Hagadera (styczeń 2012 roku)

Osoby

Ahmed (Gab) – mąż Iszy, urodzony około roku 1970, przybył do Dadaab, gdy jego stada padły w czasie suszy w 2011 roku.

Apszira – żona Tauane’a, jego kuzynka, urodzona w Kenii w 1985 roku, dobrowolnie przybyła do Dadaab w 2003 roku, aby poślubić Tauane’a.

Billai – żona Niszo, urodzona w 1995 roku w południowej Somalii, przybyła do Dadaab z rodziną, uciekając przed klęską głodu w 2011 roku.

Christine – córka Muny i Poniedziałka, przyszła na świat w Dadaab w 2011 roku.

Ryba – kolega Tauane’a, działacz sportowy w obozie Hagadera, rocznik 1984. Pochodzi z okolic Kismayo, do Dadaab przybył z matką, uciekając przed wojną domową w 1992 roku.

Guled – mąż Mariam, urodzony w Mogadiszu w 1993 roku, w 2010 uciekł do obozu Dadaab przed Asz­-Szabab.

Idris – ojciec Tauane’a, urodzony około roku 1950, trafił do Dadaab, straciwszy dwóch synów w wojnie domowej w 1991 roku.

Isza – żona Ahmeda (Gaba), urodzona w Somalii około roku 1970, w 2011 roku wraz z pięciorgiem dzieci uciekła do Dadaab przed głodem.

Chejro – zdobyła w obozie wykształcenie i została nauczycielką, do Dadaab przybyła w 1992 roku jako dwulatka, razem z uciekającą przed wojną domową matką, Rukią.

Mahat – pracujący dorywczo na targu przyjaciel Niszo, jego ojciec zginął na wojnie, do Dadaab przybył z matką, gdy miał osiem lub dziewięć lat.

Mariam – żona Guleda, rocznik 1992, przyjechała za nim z Mogadiszu do Dadaab w 2011 roku.

Poniedziałek – mąż Muny, były „zagubiony chłopiec”, urodzony w 1981 roku w sudańskim Abyei, zanim w 2004 roku trafił do Dadaab, przeszedł przez kilka obozów dla uchodźców w Etiopii i Kenii.

Muna – żona Poniedziałka, urodzona w Somalii w 1990 roku. Rodzice uciekli z nią, półroczną dziewczynką, do Dadaab, kiedy większość wielopokoleniowej rodziny została zabita.

Niszo – tragarz na targu w Ifo, mąż Billai, urodzony w 1991 roku w drodze do Dadaab, rodzice uciekli przed wojną domową z Bajdabu w środkowej Somalii.

Indha Dae (Profesor Białe Oko) – urodził się niewidomy, potem odzyskał wzrok, handlarz, potem reporter radiowy, do Dadaab przywiozła go w 1991 roku jako cztero-, pięciolatka babka uciekająca przed wojną.

Tauane – mąż Apsziry, przedsiębiorca, przywódca młodzieży, pojawił się z rodziną w Dadaab w 1991 roku jako siedmiolatek, jego bracia zginęli w wojnie domowej.

Prolog

Biały Dom, Waszyngton, 31 października 2014 roku

W szarym pokoju bez okien za szarym stołem zasiedli członkowie Rady Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Council, NSC). Na ścianach fotografie wysportowanego prezydenta Obamy w drodze na szczyt NATO w Walii. Departament Afryki reprezentują: biały mężczyzna w średnim wieku, lekko odchylony w krześle, jego zgarbiony nad notatkami młodszy kolega w nowym, opiętym garniturze, niska blondynka, która przez całą naradę siedzi sztywno z rękoma na kolanach – jej zastygła twarz zdaje się unosić nad powierzchnią stołu – oraz ich szefowa w eleganckiej tweedowej spódnicy i dobranych jasnobrązowych, drogich pantoflach – uśmiecha się, kiwa głową i jak pozostali, mówi niewiele.

Miałem zapoznać NSC z sytuacją w obozie dla uchodźców w Dadaab w północnej Kenii, przy granicy z Somalią. Od 2008 roku, kiedy związane z Al­-Kaidą zbrojne ugrupowanie Asz­-Szabab przejęło kontrolę nad większością terytorium Somalii, Róg Afryki stał się podstawą tego, co politycy lubią nazywać „łukiem destabilizacji” – strefy kryzysowej ciągnącej się przez Afrykę od Mali i obszaru działania Boko Haram w Nigerii na zachodzie, przez Czad, Darfur, Sudan, południową Etiopię i Somalię, aż po Jemen, Arabię Saudyjską, Pakistan i Afganistan na wschodzie. Mnożące się zamachy terrorystyczne sprawiły, że świat zainteresował się afrykańskim ekstremizmem. Rok wcześniej Asz­-Szabab zaatakowała centrum handlowe Westgate w stolicy Kenii, Nairobi. Pół roku po naszej naradzie organizacja ta znów trafiła na czołówki gazet, gdy zamordowała stu czterdziestu ośmiu studentów Garissa University College na wschodzie kraju. Po tych atakach kenijskie władze twierdziły, że zamachowcy przybyli z obozu Dadaab, i zapowiadały jego zamknięcie, nazywając go „wylęgarnią terroryzmu”. Zasadniczo NSC chciała zapoznać się z moimi doświadczeniami, ponieważ przeważająca część środków na utrzymanie obozu pochodzi właśnie ze Stanów Zjednoczonych.

Trzy poprzednie lata spędziłem, badając życie mieszkańców obozu, a pięć lat wcześniej przedstawiłem raport na temat przestrzegania tam praw człowieka. Jak opisać różne oblicza tego miejsca ludziom, którzy go nigdy nie widzieli? Nazwa „obóz dla uchodźców” jest myląca. Dadaab założono w 1992 roku, żeby pomieścić dziewięćdziesiąt tysięcy osób uciekających przed wojną domową w Somalii. Po ćwierćwieczu, na początku 2016 roku, było niezaznaczoną na żadnych oficjalnych mapach półmilionową aglomeracją wielkości Nowego Orleanu, Bristolu czy Zurychu. Próbowałem opowiedzieć urzędnikom z NSC o zdumiewającej rojnej, choć zdewastowanej metropolii, w której działają kina i kluby piłkarskie, hotele i szpitale. Podkreślałem, że wbrew temu, czego mogliby się spodziewać, większość uchodźców jest nastawiona zdecydowanie proamerykańsko. Opowiedziałem im o tym, jak poczynają sobie finansowane, uzbrojone i wyszkolone przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię kenijskie siły bezpieczeństwa – mówiłem o gwałtach i wymuszeniach, o obławach na uchodźców, których zachęca się, by wracali do ogarniętej wojną Somalii. Czułem jednak, że tak naprawdę wcale mnie nie słuchają. Oczekiwałem, że odrzucą stereotypy, do których przywykli, że zignorują wszystko, czego się dowiedzieli z mediów i podczas swoich odpraw.

Moi przyjaciele uchodźcy z Dadaab byli podekscytowani, gdy usłyszeli, że jadę do Białego Domu! I oto jestem tu, w samym centrum amerykańskiej machiny politycznej, mam wykorzystać tę możliwość, ale idzie mi jak po grudzie. Uchodźcy, całe swoje życie karmieni skąpymi racjami z dostaw ONZ, szkoleni przez organizacje pozarządowe i kształceni na warsztatach o demokracji i w kampaniach na rzecz genderowej integracji i przeciwko obrzezaniu kobiet, żywili miłe złudzenia co do hojności społeczności międzynarodowej. Nie wolno im było opuszczać obozu ani pracować, ale wierzyli, że kiedy świat dowie się o ich losie, natychmiast ruszy im z pomocą, kładąc kres przedłużającej się sytuacji, w której zmuszeni są żyć od pokoleń w obozach, a ich dzieci i wnuki rodzą się w tym pustynnym więzieniu bez murów. Jednak urzędnicy z szarego pokoju patrzą na świat z tylko jednej perspektywy.

– Jeżeli to, co pan mówi, jest prawdą – powiedział młody człowiek w przyciasnym garniturze – to jak wytłumaczyć tak długie istnienie Dadaab? – Chciał wiedzieć, dlaczego wszyscy młodzi ludzie z obozu nie przyłączyli się do Asz­-Szabab. Sam zadałem sobie kiedyś to pytanie. Pomyślałem o Niszo, chłopaku pracującym na bazarze jako tragarz. Kiedy spytałem, dlaczego nie przyłączył się do bojowników – przecież płacą dobrze, a on jest biedny – przerwał wywiad i odszedł z twarzą ściągniętą gniewem. Pytanie było obraźliwe. Dla niego i wszystkich jego znajomych uchodźców Asz­-Szabab to szaleni mordercy i zbrodniarze. Przypomniał mi się Guled, który był dzieckiem­-żołnierzem i jak wielu takich jak on zbiegł do obozu. Wolał uwolnić się od ekstremistów, niż walczyć u ich boku.

Młody urzędnik upierał się jednak przy swoim:

– Obraz, który pan nam przedstawił: zaburzone poczucie tożsamości, brak pracy, wrogie polityczne otoczenie, pogarszające się warunki, wszystko to wygląda jak pożywka dla radykalizmu… – Mój rozmówca zakładał chyba, że są tylko dwa rodzaje młodych ludzi: terroryści i ci, którzy mogą nimi zostać.

– Nędza nie musi prowadzić do ekstremizmu – odparłem. Przypomniały mi się twarze dumnych imamów, którzy bronili tradycji przed zbrodniczym wypaczeniem; odważnego przywódcy młodych Tauane’a, który z narażeniem życia zaopatrywał uchodźców, kiedy organizacje pomocowe wycofały się w obawie przed porwaniami ich pracowników, i Chejro, która za nędzne grosze uczyła obozowe dzieci; wreszcie Profesora Białe Oko, który nadawał relacje w miejscowej rozgłośni radiowej.

Jak miałem opowiedzieć o imponującej godności, odwadze i duchowej niezależności tych ludzi, skoro w oczach urzędników byli jedynie potencjalnymi terrorystami?

– No dobrze – powiedziała szefowa rady.

Nie było pytań, więc zebranie skończyło się przed czasem. Wpadłem w pułapkę liberalnego lobbysty: jeżeli młodym nie zagraża radykalizm, to czy NSC nie powinna przestać martwić się o Dadaab, spokojnie zapomnieć o uchodźcach? Takie postawy politycznych decydentów rodzą fałszywy dylemat – zwolennicy i przeciwnicy wojny z terroryzmem muszą toczyć spór w kategoriach zagrażającej radykalizacji, jak gdyby młodzi, biedni muzułmanie nie mieli innego wyboru.

Na zewnątrz panował przejmujący chłód. Balustrady białych schodów po obu stronach tylnego wejścia do Białego Domu pokrywała czarna draperia, a nad łukiem trawnika unosiła się wielka nadmuchiwana dynia. Pierwsza dama szykowała się na przyjęcie z okazji Halloween. Nisko nad naszymi głowami przeleciał heli­kopter niosący jej męża. Kiedyś jako student siedziałem z nim przy jednym stole, dzieląc się bożonarodzeniowymi potrawami i opowieściami. Patrząc z Pennsylvania Avenue na śmigłowiec prezydenta, poczułem, że ten człowiek jest teraz ode mnie równie odległy jak piaski Dadaab. Uchodźcy szukający schronienia w kraju jego przodków odnajdywali siebie w jego historii, ale nawet najpotężniejszy człowiek świata nie mógł zrobić dla najbardziej potrzebujących więcej niż inni. Ani jego kraj, ani żaden inny nie przyjmie uciekinierów z Somalii, a już na pewno nie w znaczącej liczbie.

Uchodźców jest dziś więcej niż kiedykolwiek, jednak świat odwrócił się do nich plecami. Nasze mity i religie pełne są opowieści o wygnańcach, ale tym, którzy są ich żywą egzemplifikacją, odmawiamy pełni człowieczeństwa. Ludzi, którzy uciekają przed wojnami XXI wieku z Syrii, Iraku, Afganistanu, Somalii i innych krajów, traktujemy jak piątą kolumnę, potencjalne zagrożenie. Co rok nieliczni uzyskują od ONZ status uchodźcy i azyl w innym kraju. Tysiące obierają nielegalną drogę, płacąc przemytnikom za miejsce na łodzi lub przedzierając się przez dziury w ogrodzeniach. Nie dziwi mnie młody urzędnik NSC, który chciał zrozumieć doświadczenie uchodźców. To cud, że tylu z nich w pogoni za lepszym życiem woli narażać się na śmierć podczas morskiej przeprawy, niż ginąć jako męczennicy za wiarę. Jednak ci odważni stanowią tak naprawdę mniejszość. Ogromna większość, miliony, utknęła w obozach. Przeznaczając część naszych podatków na ONZ, płacimy miliardy dolarów po to, żeby tam zostali. Znaczy to, że w Dadaab opłacamy szkoły, szpitale i osiem ton żywności słanej co miesiąc w sam środek skwarnej pustyni, żeby ich wszystkich nakarmić.

Moja książka jest próbą spojrzenia na życie w tym dziwnym czyśćcu oczami tych, którzy dopuścili mnie do swego świata i opowiedzieli swoje historie. Nikt nie chce przyznać, że tymczasowy obóz Dadaab stał się trwałym elementem rzeczywistości – ani kenijski rząd, który musi go gościć, ani ONZ, która musi za niego płacić, ani sami uchodźcy, którzy muszą tam żyć. Oto paradoks destabilizujący sytuację. Uchodźcy, schwytani w pułapkę somalijskiej wojny i niechętnego im świata, żeby przetrwać w obozie, muszą wyobrażać sobie inne życie. To wytrącające z równowagi doświadczenie, albowiem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość przestają być na dłuższą metę bezpieczną przystanią. Życie w tym mieście cierni to zarówno duchowa, jak i fizyczna pułapka, bo myśl krąży tu nieustannie między nierealnymi marzeniami a koszmarną realnością. Krótko mówiąc, trafiają tu wyłącznie kompletni straceńcy.

Część pierwsza

Ma’a Lul, czyli głód

1

Róg Afryki

Somalijska ziemia nie zaznała deszczu od ponad dwóch lat. W roku 2010 nie padało od wierzchołka Rogu Afryki, jakim jest mierzący w brzuch Jemenu przylądek Gees Gwardafuy, po wzgórza Etiopii na zachodzie i równiny Kenii na południu. Koczownicy i rolnicy widzieli chmury nadciągające ze wschodu, znad Oceanu Indyjskiego, nad czerwone równiny i płowe wzgórza, ale deszcz nie spadał. Widzieli, jak słabną zwierzęta, jak zboża uginają się pod ciężarem kurzu, i ogarniał ich smutek.

W tym rejonie świata są trzy pory roku: hagar, dżiilaal i gu. Hagar to pora wietrzna, trwająca od maja do września, kiedy monsun znad Oceanu Indyjskiego wieje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, spychając chłodne wody z południowych mórz ku północy, wzdłuż wybrzeża Afryki Wschodniej i łuku biegnącego od Arabii, Iranu i Pakistanu po Bombaj, starożytnym szlakiem handlowym ludu Suahili. Od co najmniej tysiąca lat przed naszą erą statki dau żeglowały w marcu na wschód i wracały we wrześniu z prądem odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, niosącym ogrzane już wody z powrotem na południe. Gdy płynie się z monsunem, żegluga od wybrzeży Somalii do Indii trwa tylko trzy tygodnie, zaś pod wiatr może zająć trzy miesiące i często kończy się katastrofą. W głębi Rogu Afryki, tysiące mil od portów Boosaaso, Mogadiszu i Kismaju, handel toczy się nadal zgodnie z tym naturalnym rytmem.

Swego czasu, kiedy klimat był bardziej przewidywalny, pora hagar kończyła się z nadejściem października krótkim deszczem zwanym deir, po którym narastał upał i podnosił się wszechobecny kurz, zwiastujące porę suchą, dżiilaal. Jeśli Bóg dał, upał stopniowo wzmagał się, by w końcu wezbrać wilgocią. Przychodziła trwająca od marca do maja błogosławiona pora deszczowa, gu. Cierniowe zarośla błyskawicznie okrywały się jaskrawą zielenią, a piach porastał z dnia na dzień skąpą warstewką traw. Wielbłądy i kozy koczowników przybierały na wadze.

Czasem pora gu nie nadchodziła, a wtedy wzmagający się upał nie znajdywał ujścia. Wraz z ponownym nastaniem hagar wysch­ły piach unosił się małymi wirami, które żyły własnym życiem, wciskając się dosłownie wszędzie. Skóra zwierząt obkurczała się, a nomadzi obserwowali z niepokojem niebo, lękając się abaar, czyli suszy. Zdarzało się, że gu nie było w kolejnych latach, co zwykle zwiastowało kłopoty. W tej części świata, gdzie w walce człowieka z przyrodą o przetrwanie ich szanse są wyrównane, głód i wojna szły zawsze w parze. Teraz pora gu nie nadeszła przez dwa lata z rzędu, a krótkie deszcze spadły niebezpiecznie późno.

Pod wrogim niebem gęstniał niepokój. Ziemia nie oferowała niczego wieśniakom, więc i oni nie mieli nic, co mogliby oddać swym władcom w formie dziesięciny lub podatku. Niemal całą południową i centralną Somalią rządzili islamscy ekstremiści z Asz­-Szabab, którzy potrzebowali każdego grosza na sfinansowanie „wielkiej wojny”, mającej na celu wygnanie z Mogadiszu i utopienie w morzu wspieranego przez ONZ rządu „niewiernych”. Zbrojne milicje wyłapywały po wsiach ludzi, a potem wywoziły ich ciężarówkami i zmuszały do walki. Zabierały też ich skąpe plony jako zakat – wkład do świętej wojny – więc ludzie ­głodowali.

Co gorsza, Asz­-Szabab obłożyła zakazem wszelką pomoc żywnościową z napisem „USA”, wyganiając ze swojego terytorium Światowy Program Żywnościowy. Jednocześnie amerykański Urząd Kontroli Aktywów Zagranicznych objął sankcjami Asz­-Szabab – oznaczało to wyrok więzienia dla agencji pomocowych opłacających milicję za wpuszczenie pomocy humanitarnej, co jest normą w Somalii, gdzie od dwudziestu lat trwa wojna. Nieliczne statki, które wyruszyły z pomocą, ryzykowały spotkanie z osławionymi piratami. Tak więc w obliczu szczególnego splotu niepomyślnych okoliczności, jako że susza trwała już od dwóch lat, mieszkańcy Somalii musieli stawić czoło jednej z najgłośniejszych katastrof, jakie znał świat.

Podczas „bitwy o Mogadiszu”, jak nazywano ofensywę Asz­-Szabab, w mieście walczono o każdą ulicę – okopy, snajperzy, ostrzał na oślep. W swoje działania wojenne bojownicy angażowali wszystkie zasoby i siły ludzkie, nawet dzieci. Byli jak wiry wiecznej dżiilaal, które wzbijają w powietrze pył wypalonej równiny, pokrywając wszystko brązowym nalotem. Nadchodząca tragedia przybrała barwę sepii.

Wobec ogromu śmierci można tylko dziwić się, że ktokolwiek jeszcze pozostał w tym kraju. Nikt naprawdę nie wie, ilu ludzi mieszka w Somalii, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat swoje domy porzuciła jedna trzecia lub nawet połowa jej ­sześcio- lub ośmio­milionowej populacji. Ponad półtora miliona uchodźców trafiło za granicę, z czego wielu do obozu w Dadaab. W kraju zostali ci, którzy nie mogli uciec, bo nie mieli na bilet na autobus, którzy postanowili pilnować swojego majątku albo robić pieniądze, wreszcie ci, którzy po prostu postradali rozum. Wielu bało się ryzyka, jakie niesie ucieczka w nieznane, i wolało trzymać się maksymy „lepszy znany diabeł…”. Inni przywykli do wojennej ruletki, która stała się ich codziennością. Jednym z nich był Guled.

2

Guled

Po raz ostatni świat zainteresował się Somalią w 1993 roku, kiedy podczas operacji „Przywrócić nadzieję” dwa amerykańskie śmigłowce wojskowe Black Hawk zostały zestrzelone nad gęsto zabudowaną dzielnicą Mogadiszu, Wardighley. Wiwatujący tłum włóczył ulicami ciała kilku amerykańskich żołnierzy sił specjalnych. Jednostki Stanów Zjednoczonych i ONZ wycofały się, a świat umył ręce i przestał przejmować się Somalią.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy czarne stalowe ptaki runęły z nieba, żona byłego oficera sił zbrojnych obalonego rządu somalijskiego dyktatora Siada Barre’a urodziła dziecko. Guled przyszedł na świat w ubogim domu niedaleko stadionu, ledwie parę przecznic od miejsca katastrofy. Dorastał w zrujnowanym mieście, bawiąc się wśród szczątków dwóch helikopterów. W czasach jego dzieciństwa piękne bulwary Mogadiszu, jego wielkie meczety i katedry, starodawne omańskie, portugalskie i włoskie nabrzeża i skrzące się bielą wille trzykrotnie legły w gruzach. Dorastając w kraju, w którym nie ma rządu i trwa ustawiczna wojna domowa, Guled nauczył się płynąć z prądem.

Był drobnej budowy i miał wąską głowę zakończoną ostrym podbródkiem. Jego czarne, rozbiegane oczy widziały wszystko i niczego nie zdradzały. Gdy dorósł, oboje rodzice już nie żyli, miasto przechodziło w różne ręce więcej razy, niż umiał zliczyć, a on sam opanował do perfekcji sztukę nierzucania się w oczy. Nadal mieszkał w domu przy stadionie razem z siostrą i gromadką innych dzieci, które wojna metodycznie, jedno po drugim osierociła. Żyli za nędzne grosze, które starsza siostra Guleda zarabiała, sprzedając herbatniki, ciastka, słodycze i benzynę, o ile ją zdobyła.

Ponad milion Somalijczyków uciekło do wielkich obozów dla uchodźców w Kenii, przez morze do Jemenu lub pieszo przez Saharę do Libii i stamtąd do Włoch, lecz on i siostra zostali. Guled nauczył się nie mieć żadnych ambicji. „O niczym nie marzę” – mawiał, wiedząc, że jego dotychczasowe wybory życiowe bardziej przypominały serię wygranych na loterii. Chciał tylko grać w piłkę i przeżyć.

Na nieszczęście dla uzależnionego od futbolu chłopaka, jego dojrzewanie zbiegło się w czasie ze wzrostem znaczenia Unii Trybunałów Islamskich (UTI) i jej najsilniejszego odłamu, Asz­-Szabab, które zakazały wszystkiego, co uznały za dekadenckie hobby, jak granie w piłkę, palenie czy oglądanie filmów. Na początku, w 2006 roku, UTI budziła nadzieję. Po piętnastu latach konfliktu, kiedy wydawało się, że zwalczający się plemienni wodzowie utknęli w martwym punkcie, przez chwilę – jak sądzono – pojawiła się w Somalii szansa na trudny pokój pod wspólną flagą szariatu. Jednak Etiopia i Ameryka obawiały się rządów islamistów, więc Stany Zjednoczone i inne kraje sfinansowały etiopski najazd na Somalię, żeby uporać się z UTI. W 2006 roku zdumiewająco szybka, zmasowana i okrutna inwazja obróciła Mogadiszu w ruiny, pozostawiając biegnący przez kraj pas splądrowanych domów, wymordowanych cywili i zgwałconych kobiet, tymczasem ci, którzy to sfinansowali, odwrócili wzrok.

Mający poparcie ONZ Etiopczycy wsparli marionetkowe władze, tak zwany Tymczasowy Rząd Federalny (TFG), i założyli bazę na stadionie nieopodal domu Guleda. W spokojnych chwilach po lekcjach w pobliskiej szkole Guled grywał w piłkę, jednak nierzadko mecze przerywano z powodu eksplozji. UTI została pokonana, ale jej radykalne niedobitki, Asz­-Szabab, wzmocniły się i szukały pomsty. Zachodnie rządy nie miały ochoty ponownie ryzykować życia swoich żołnierzy, więc opłaciły misję pokojową Unii Afrykańskiej w Somalii, AMISOM, by strzegła TFG. Realizujący to trudne zadanie żołnierze z Ugandy i Burundi nie umieli dostrzec wśród ruin bojowników Asz­-Szabab, więc walili rozpaczliwie na oślep z moździerzy. W odpowiedzi Asz­-Szabab ostrzeliwała rakietami ich bazy, nie troszcząc się zanadto o precyzję. Dla kilku­nastoletniego Guleda ciężkie bombardowania zdążyły już stać się chlebem powszednim, gdy kontratak Asz­-Szabab zepchnął AMISOM ku morzu i posłał Etiopczyków do domu.

Guled oglądał kapitulację etiopskich oddziałów na boisku do piłki nożnej – pewnego dnia przybyła tam milicja i trzeba było przerwać grę. Surowi muzułmanie w czarnych mundurach i zawojach skarcili chłopców za krótkie spodenki i za zabawę w czasie przeznaczonym na modlitwę. Odbity przez Asz­-Szabab stadion stał się miejscem, gdzie bojownicy wystawiali na pokaz zdrajców, szpiegów, niewierzących i innych, którzy zbłądzili. Odrąbywali dłonie, kamienowali i ścinali ludziom głowy zgodnie ze swoim rozumieniem islamskiego prawa. Karali za słuchanie muzyki, zgolenie brody lub noszenie nie dość grubego i długiego stroju. Niekiedy filmowali egzekucje i wrzucali je do sieci, żeby dowartościować się w oczach światowej społeczności dżihadystów.

Harakat asz­-Szabab al­-Mudżahidin – Ruch Młodzieży Mudżahedińskiej, w skrócie Młodzież – krył się w cieniu, rządził dzięki połączeniu arogancji, charyzmy i strachu. Bojownicy wkraczali do szkół i porywali uczniów, a potem próbowali przekonać ich do swojej sprawy ideologicznymi wykładami. Część ich propagandy brzmiała przekonująco. Dżihad – tłumaczyli – jest potrzebny, by oczyścić Somalię z obcych: Etiopczyków, Amerykanów, chrześcijan. Ich biuletyn wydawany w suahili nosi tytuł „Gaidi Mtaani”, „Uliczny Terrorysta”. Czytamy w nim: „Ludzie na całym świecie słyszeli o Somalii i myślą, że życie tu nie jest możliwe”. Ale my tu żyjemy – odpowiedzą sobie młodzi, pozbawieni wszystkiego Somalijczycy i przez chwilę zobaczą szansę na inne życie.

Asz­-Szabab ma w wielu kwestiach rację. Z biuletynu można dowiedzieć się, że pomoc międzynarodowa miała zrujnować somalijskie rolnictwo i uzależnić ludzi od dostaw zagranicznej żywności. W obu przypadkach był to skutek uboczny pomocy. Czytamy, że Zachód chciał trzymać Somalijczyków „w obozach jak zwierzęta”, co wiernie opisuje sytuację w Dadaab. Ale do ­dotkniętego traumą pokolenia Guleda najsilniej chyba przemówiło postawione w biuletynie retoryczne pytanie: „Po co najeżdżać kraj, w którym od półtorej dekady trwa wojna domowa, w chwili, gdy jego mieszkańcy postanowili żyć w pokoju?”. Unia Trybunałów Islamskich przyniosła pokój. Cieszyła się szeroką popularnością wśród Somalijczyków, którzy nienawidzili sfinansowanej przez Amerykanów etiopskiej inwazji. „Stany Zjednoczone nie mogą ścierpieć tego, że islam okazał się rozwiązaniem” – dowodził biuletyn. Dla wielu brzmiało to przekonująco.

Na boiskach sportowych głosili to przesłanie werbownicy, a na placach zabaw nauczyciele narzuceni szkołom przez Asz­-Szabab. Nie był to jednak wyłącznie problem ideologiczny. „Całe pokolenie – ubolewał jeden z nauczycieli – przystąpiło do zbrojnych ugrupowań z głodu”. Gotów był płacić uczniom, żeby nie walczyli, tylko chodzili do szkoły. Jednak w mieście bezprawia, gdzie pieniądze mają niewielką wartość i gdzie może je odebrać dowolna banda uzbrojonych drani, chłopcy mieli nawet przyśpiewkę podsumowującą ich ponury wybór: „bez broni nie ma życia”. Zadanie werbowników było przerażająco łatwe.

Guled był normalnym dzieciakiem, miał dzielną starszą siostrę, kochał muzykę i klub piłkarski Manchester United i nie chciał mieć do czynienia z Asz­-Szabab. Jednak nie zawsze był wybór. Niektórym dzieciom odmawiającym służby obcinano dłonie. Pewien chłopiec z sąsiedztwa, kiedy przyszli do niego werbownicy, powiedział „nie”, ale i tak go zabrali. Nazajutrz jego trzynastoletnia siostra otworzyła drzwi i znalazła na progu domu jego głowę. To było ostrzeżenie.

Ludzie z Asz­-Szabab przyszli do podstawówki Guleda, „Szebelie”, mieszczącej się w nowoczesnym betonowym budynku koło starej fabryki makaronu w dzielnicy Jakszid. Rok wcześniej szkołę na krótko zamknięto po zwołanym przez Asz­-Szabab spotkaniu nauczycieli z rodzicami, którzy musieli podpisać zgodę na wstępowanie swoich dzieci do tego ugrupowania. Ciała dwóch ojców, którzy odmówili, znaleziono potem na środku targowiska Bakaara. Zostali zastrzeleni, a do ich ubrań przypięto kartki wyjaśniające skutki niezgody na wstępowanie dzieci do Asz­-Szabab.

Gdy walki zbyt się nasilały lub zbyt przybliżały – gdy moździerze za nimi i przed nimi ostrzeliwały się nawzajem – Guled z siostrą i przyjaciółmi przenosili się do dawnej dzielnicy przemysłowej na obrzeżach miasta, Warszadeh. Gdy się uspokajało, wracali ukradkiem, żeby sprawdzić, czy ich dom nadal stoi. Czasem umieli przewidzieć, kiedy spadnie deszcz pocisków. Nocą obserwowali niebo, żeby ustalić, w którą stronę przemieszcza się ogień. Rakiety typu katiusza, zwane forija (gwizdki), wydawały charakterystyczny dźwięk, co dawało czas na poszukanie schronienia. Moździerze – hobija – niosły cichą śmierć. Ogień szalał z taką siłą, że mógł stopić nawet metalowe łóżko. Dzieci uciekały i wracały niezliczoną ilość razy. Czasem ludzie przebiegali przez ulicę, osłaniając się materacami. Potem, pod koniec 2009 roku, mniej więcej wtedy, kiedy Asz­-Szabab przyszła do szkoły Guleda, cicha hobija trafiła w ich blok. Ulicę zasłali ranni, w domu Guleda i jego siostry pełno było odłamków. W sąsiednim budynku zginęła matka z wszystkimi dziećmi.

Oceniwszy szanse, Guled z siostrą uciekli dalej, drogą przemysłową do buszu za miejscem zwanym Debideh, obok zrujnowanego szpitala w Arafat. Tam znaleźli drzewo, zatknęli na kolcach kawał materiału dla osłony przed ostrymi promieniami słońca i ułożyli się do snu na piasku obok tysiąca innych. Nikt nie patrzył na tę wojnę racjonalnie, rozważając możliwe wybory – podejmowali decyzje jak wspinacz, który zdobywając trudną ścianę, by przetrwać, wykonuje jeden po drugim kolejne ruchy. Ostatecznie dzieci dołączyły do ośmiuset siedemdziesięciu tysięcy uchodźców wysiedlonych z domów w stolicy od początku etiopskiej inwazji w 2006 roku.

Rok przed inwazją tętniące życiem Mogadiszu liczyło milion dwieście tysięcy mieszkańców. Teraz stało się reklamą skuteczności etiopskich śmigłowców bojowych Mi­-24, czołgów T­-55 i moździerzy AMISOM. Miasto wymarło. Pozostały głównie dzieci, które przemykały wśród ruin, wałęsały się widmowymi ulicami i walczyły z wronami o jadalne ochłapy – sieroty Mogadiszu zostawione przez rodziców lub rozdzielone z nimi w powszechnym chaosie. Namnożyło się gospodarstw domowych rządzonych przez dzieci walczące o przetrwanie. Otwierało to nowe możliwości przed bystrym chłopakiem, który umiał prowadzić samochód.

Guled miał szczęście. Brakowało dorosłych mężczyzn, więc dostał pracę kierowcy mikrobusa. Rano opuszczał swą siedzibę pod drzewem i szedł do szkoły, a popołudniami pokonywał trasę prowadzącą obrzeżami miasta przez strefę kontrolowaną przez Asz­-Szabab: Arafat–Warszadeh–Towfiq–Afgooye–El-Szabije. Czasem jechał przez miasto do Hodanu i Tarbuunki, mijając slumsy sklecone z patyków, płótna i plastiku, zamieszkałe przez ludzi gnieżdżących się wśród ruin. Widział, jak obozują na stadionie, w pozbawionej dachu, zrujnowanej nawie katedry, na niezagospodarowanej ziemi koło parlamentu, w porcie i na niezliczonych polach namiotowych, oznaczonych ręcznie wymalowanymi na kawałku blachy napisami. Nosiły miłe nazwy jak Obóz Zbawiciela lub Obóz Miłosierdzia, ale każdy wiedział, że te słowa są kłamstwem. Pilnujący obozowisk używali „uchodźców wewnętrznych” jako przynęty, a potem kradli dostarczaną pomoc.

Od czasu do czasu Guled mijał swoim mikrobusem linię frontu w drodze na pas wybrzeża nadal rządzony przez TFG. Na posterunkach kontrolnych pocący się w ciężkich kamizelkach kuloodpornych ugandyjscy żołnierze żądali od niego pieniędzy, a raz komórki. Wszystkich przyjeżdżających z terenów kontrolowanych przez Asz­-Szabab uważali za terrorystów i stosownie do tego traktowali. Wszędzie widać było zapory antybombowe wzmocnione workami z piaskiem przykrytymi zieloną siatką, a na ulicach roiło się od ludzi w ciemnych okularach i mundurach do wyboru i koloru – jasnoniebieskich, khaki, zielonych. Były oddziały pokojowe, wojsko, policja, a nawet specjalna policja drogowa, wyposażona w karabiny i kontrolująca pojazdy na centralnym rondzie K4. Na dwóch kilometrach kwadratowych zgromadziło się całe mnóstwo opłacanych przez zagranicę uzbrojonych ludzi.

W drodze powrotnej na terytorium Asz­-Szabab, w pewnej odległości od posterunku Guled zatrzymywał busik i prosił wszystkie kobiety, by przeszły do tyłu, bo Asz­-Szabab nie pozwala mężczyznom i kobietom siedzieć razem. Zdarzało się, że nie dało się bezpiecznie wcisnąć słabych staruszek na tył pojazdu, więc Guled nie nalegał. Za tę uprzejmość musiał płacić – parkował pojazd, wysiadał i dostawał dwadzieścia uderzeń trzciną. Nauczył się znosić karę spokojnie i bez szemrania. To samo spotykało go za próbę wyprzedzania. Na drogach Asz­-Szabab nie ma wyprzedzania – Bóg chce, żebyście czekali na swoją kolej.

Po jakimś czasie, na początku 2010 roku, Guled przeniósł się ze swoją prowizoryczną rodziną do większego obozu wysiedleńców na obrzeżach miasta, gdzie agencje działały za zgodą Asz­-Szabab, rozdając żywność i namioty. Nazywał się on El­-Szabije, czyli „studnia”. Życie wróciło w utarte koleiny, o czym podczas wojny można było tylko pomarzyć. Guled wspomina tamte dni niemal czule. Miał wystarczająco dużo jedzenia, miał pieniądze. Rano chodził do szkoły, po południu jeździł mikrobusem, a wieczorami patrzył w niebo pokryte odblaskami bitwy o miasto.

Kiedy w lipcu 2010 roku nie nadeszły deszcze, Asz­-Szabab rozpoczęła „wielką wojnę”, czyli „Ofensywę ramadanu”, mającą zadać ostateczny cios siłom AMISOM. Przez chwilę wydawało się, że Mogadiszu będzie pierwszą stolicą, która znajdzie się w rękach ekstremistów od 1996 roku, kiedy talibowie zdobyli Kabul. Ale Amerykanie przysłali najemnych instruktorów, by szkolili snajperów AMISOM, oraz broń, łamiąc embargo ONZ. W październiku Asz­-Szabab, która znalazła się w trudnym położeniu, zaczęła zwozić coraz bardziej opornych i niedoświadczonych rekrutów z dotkniętych suszą obszarów wiejskich. W ciągu trzech miesięcy straciła blisko tysiąc trzystu żołnierzy, śmierć poniosło też około dwóch tysięcy trzystu cywilów. Mimo to Guled z siostrą nie myśleli o wyjeździe – mieli żywność i stały dochód, na co nie mogliby liczyć gdzie indziej.

– Dziś w Mogadiszu zostali sami biedacy – mówi mężczyzna, który uciekł przed wojną do obozu Dadaab w Kenii. Ale to nie wszystko. Ten, kto ucieka, potrzebuje trzech rzeczy: pieniędzy, odwagi i wyobraźni. Pieniędzy, bo nic w Somalii nie jest za darmo, s szczególnie drogi jest transport, na który jest tak wielki popyt. Odwagi, bo droga na południe roi się od posterunków, samozwańczych milicji i bandytów, którzy rabują jeden na trzy zmierzające ku granicy pojazdy. Wreszcie wyobraźni, bo ktoś ukształtowany przez chaos wojny potrzebuje jej naprawdę sporo, by uwierzyć, że gdzie indziej można żyć inaczej, lepiej. Guled znał pewnego chłopca, Noora, który uciekł do Kenii, lecz jedyna krewna, jego siostra, została w Mogadiszu, a solidarność była pod wieloma względami równie ważna jak przetrwanie.

Dlatego mimo ryzyka nadal nie wyjeżdżał. I dlatego tamtego październikowego ranka poszedł jak zwykle do szkoły. Zamiótł klasę i o siódmej stawił się z pozostałymi uczniami na zbiórce, która odbywała się na szkolnym podwórku i którą nazywali „pobudzaniem”. Jak zwykle tego dnia jeden z chłopców odczytał wyniki poszczególnych klas w zawodach sportowych, a drugi recytował wersety Koranu. Dwie dziewczyny czytały wiersze, jeden po angielsku, drugi po somalijsku. Inna przedstawiła skecz. Następnie nauczyciel prowadzący klasę Guleda, Abdiraszid, zaapelował, żeby w związku ze zdarzającymi się od paru tygodni w innych szkołach w mieście porwaniami dzieci „szły po lekcjach prosto do domu i unikały Asz­-Szabab”.

Niezwykłe było to, że dzieci nadal chodziły do szkoły. Tego roku tylko jedna czwarta tych, które zostały w kraju, zapisała się do szkół podstawowych. W Mogadiszu połowa z nich rzuciła naukę. Ale część uczniów przychodziła nadal. Zamiatali klasy, dzwonili na lekcje, zjawiali się w szkole, nie bacząc na ryzyko. Ich nauczyciele, podobnie jak Asz­-Szabab, mieli swoją idée fixe – starali się desperacko wyrwać to pokolenie ze szponów cynizmu i rozpaczy.

Na przerwie Guled kupił sobie samosy. Jego szkolny mundurek – żółta koszula i niebieskie spodnie – był jednym z nielicznych barwnych akcentów wyróżniających uczniów na tle białych rumowisk i szarych, poszarpanych ruin miasta. Na horyzoncie migotał błękitem Ocean Indyjski. Uczniowie wchodzili i wychodzili przez szkolną bramę, cisnęli się wokół stoiska z przekąskami, nie zwracając uwagi na odgłosy odległych strzałów.

Po przerwie Guled wrócił do klasy i poustawiał ławki, a inny chłopiec wytarł tablicę. W szkole „Szebelie” rzadko trzeba było egzekwować dyscyplinę. To, co zdarzyło się potem, Guled pamięta dokładnie.

W lewym górnym rogu tablicy nauczyciel Abdiraszid wpisał datę i temat: geografia. Odwrócił się do klasy i nagle zamarł z twarzą ściągniętą grymasem przerażenia. Guled obejrzał się i zobaczył stojących w wejściu pięciu mężczyzn spowitych w czerń – widać im było tylko oczy. Z karabinami na ramieniu spokojnie omiatali wzrokiem klasę. Dwaj podeszli do nauczyciela, wzięli go pod ręce i bez słowa wyprowadzili na zewnątrz. Zmartwiali ze strachu uczniowie patrzyli, jak pozostali trzej przechadzają się między ławkami, wskazując co roślejszych chłopców. Ruchom ich palców towarzyszył głos nakazujący po somalijsku: „Wstać… wstać… wstać…”. Guled zobaczył skierowany w niego palec. Wargi mu zadrżały, żołądek podszedł do gardła. W sali panowała krucha jak szkło cisza.

– Wstać! – powiedział mężczyzna.

Guledowi przemknęła przez głowę myśl, że teraz umrze – albo w bitwie, albo za zbrodnie, których nie rozumie: za grę w piłkę, za krótkie spodnie, za słuchanie muzyki, za naukę w świeckiej szkole – jego zbrodnie były liczne. Potem pomyślał, że pewnie już nigdy nie zobaczy domu.

Stało już sześciu chłopców. Klasa wstrzymała oddech, nikt się nie poruszał. Jeden z bojowników oznajmił złowróżbnie: „Będziecie walczyć z chrześcijanami i rządem niewiernych. To wasz ostatni dzień w szkole”.

Później uzbrojeni mężczyźni pognali wybranych chłopców korytarzem i dalej na zewnątrz, do czekającej przed szkołą ciężarówki nakrytej brezentową plandeką. Za nią stały dwie inne pełne ludzi z karabinami. Zanim poczuł na twarzy czyjeś ręce i przepaska zasłoniła mu oczy, Guled zdążył zauważyć, że jest z nimi ich nauczyciel Abdiraszid. Słyszał, jak w innych klasach uczniowie nadal beztrosko recytują lekcje. W ciągu niecałej minuty dołączył do dwóch tysięcy dzieci porwanych tego roku w Somalii. Serce waliło mu jak oszalałe. Zdziwił się, że nie związali mu rąk. Chwycił się ławki pod sobą, kiedy ciężarówka brała zakręty, pędząc szachownicą ulic Mogadiszu.

3

Mariam

Wreszcie zdjęto mu z oczu opaskę i Guled zobaczył, że stoi pod drzewem. Zostało ich już tylko pięciu. Nauczyciel Abdiraszid i jeden z chłopców zniknęli. Ale byli też inni, siedzący na ziemi, których nie rozpoznawał. Ubrany na czarno jasnoskóry mężczyzna z długą brodą i odkrytą twarzą zwrócił się do nich po somalijsku bezbarwnym, mechanicznym głosem: „Musicie pracować i umrzeć za islam”. Po czym odszedł, zostawiając ich pod drzewem.

Drzewo rosło na szerokiej, otwartej przestrzeni. Do stojących z boku niskich budynków wchodzili uzbrojeni mężczyźni, inni z nich wychodzili. Obóz otoczony był łatwym do pokonania płotem z patyków – to nie płot, lecz strach czynił z tego miejsca więzienie. Nowi rekruci zastanawiali się przerażeni, czy każą im założyć pasy samobójców albo poślą na front, żeby roznosili posiłki lub zbierali ciała poległych mudżahedinów. Wszyscy wiedzieli, co czeka chłopców, którzy nie zechcą walczyć, lub – ta myśl była jeszcze gorsza – co czeka ich rodziny, jeśli uciekną. A Guled miał teraz jeszcze jedną osobę, o którą się troszczył. Siedząc pod drzewem, kręcił noszoną na środkowym palcu obrączką z kolorowym kamieniem. To była jego obrączka ślubna. Stwierdził z zaskoczeniem, że ze wszystkich trosk, jakie przebiegły mu przez głowę, najpilniejsze wydawało się to, jak zawiadomi swoją nową żonę o tym, że żyje.

Mariam była dziewczyną spokojną i zdecydowaną, miała krąg­łą twarz i nieskazitelną cerę. Podobnie jak Guled uciekła z rodziną do jednego z osiedli na obrzeżach Mogadiszu w „korytarzu Afgooye”. Był to odcinek miasta wyłączony z walk i pierwsze miejsce, do którego przybywali ludzie uciekający z prowincji przed suszą. Pod koniec 2010 roku korytarz, ledwie mieszczący już ponad pół miliona wysiedlonych, pozbawionych środków do życia ludzi, stał się ogromnym slumsem kontrolowanym przez Asz­-Szabab. Mariam także uczęszczała do miejskiej szkoły i jak Guled jeździła tym samym autobusem z El­-Szabije.

Młoda Somalijka nie może rozmawiać bezpiecznie z chłopcem w miejscu publicznym, lecz w tłocznej dzielnicy dla uchodźców, będącej właściwie jednym wielkim obozowiskiem, nie ma żadnej prywatności. Autobus był dla nich najdogodniejszym miejscem, w którym mogli być razem i mieli mnóstwo czasu na rozmowy – jak powiedział Guled, na „pielęgnowanie miłości”. Guled nie potrafił wskazać, co mu się w niej spodobało; była to – jak to ujął – „po prostu kwestia uczucia”. Mariam zaś lubiła jego „powolne ruchy” i to, że nie był impulsywny, zapalczywy. Spośród chłopców, których znała, wyróżniał się rzadko spotykanym spokojem.

Kodeks rodzinny wprowadzony w Somalii w 1975 roku za rządów byłego dyktatora Siada Barre’a zezwalał na małżeństwo od osiemnastego roku życia. Bez względu na to, jak funkcjonował ten przepis przed wojną, teraz nie działał wcale. Niemal połowa somalijskich dziewcząt wychodzi za mąż przed ukończeniem osiemnastu lat. W niektórych rejonach kraju uważa się, że dziewczynka nadaje się do ślubu, kiedy zaczynają jej rosnąć piersi. Upowszechniły się też małżeństwa wymuszone – w ten sposób rodzina panny młodej może zdobyć pieniądze i pozbyć się jednej gęby do wyżywienia. Miłość ubogiego młodzieńca nie nakarmi teściów, więc zakochani, którzy z przyczyn finansowych nie mogą starać się o oficjalne zaręczyny, wybierają często poniżające rozwiązanie i uciekają, żeby wziąć potajemny ślub.

Zgodnie z tradycją decydująca się na ucieczkę para musi odjechać co najmniej dziewięćdziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Dlatego Wanlaweyn, oddalone od Mogadiszu o dziewięćdziesiąt jeden kilometrów, stało się somalijskim Las Vegas, pełnym szejków do wynajęcia. Guled i Mariam wiedzieli, że nigdy nie zbiorą pieniędzy na oficjalne zaręczyny, dlatego pewnego dnia – cztery miesiące przed porwaniem Guleda – opuścili zajęcia i udali się autobusem do Wanlaweyn. Ustawili się w kolejce na poboczu szosy, wraz z innymi parami młodymi czekającymi na spotkanie z obdartym i mocno ogorzałym od pracy na świeżym powietrzu imamem. Podczas ceremonii, która trwała dziesięć minut i kosztowała czterdzieści tysięcy somalijskich szylingów (mniej więcej dwa dolary), stojący pod drzewem imam uniósł księgę i różaniec, po czym wymruczał jakieś słowa. I tak zostali sobie poślubieni – on miał lat szesnaś­cie, ona siedemnaście.

Nowo poślubieni utrzymywali sekret przez trzy miesiące, aż plotki dotarły do matki dziewczyny. Po stosownej porcji szlochów Guled zdołał uspokoić teściową na tyle, że zgodziła się przyjąć w rodzinnym namiocie delegację wujów. Wujowie zalegalizowali jego zawarty bez zezwolenia ślub z Mariam, a strony zadowoliły się rekompensatą w wysokości dwóch milionów szylingów (około pięćdziesięciu dolarów). Guled obiecał płacić w ratach, w miarę jak będzie go stać. Ponadto wyposażył namiot w małżeńskie sprzęty: naczynia kuchenne i posłanie. Teraz byli dorośli – wskutek wojny całe pokolenie dorastało w przyspieszonym tempie. Jednak szczęście małżeńskie nie trwało długo.

W południe przybyli kolejni żołnierze. Wątły cień drzewa, pod którym wciąż siedzieli nowi rekruci, słabo chronił przed palącymi promieniami słońca. Żołnierze ustawili chłopców w szeregu, wydali im zupę z chlebem i mundury – czarną bluzę i spodnie, zwane po somalijsku futuszari. Następnie jasnoskóry, brodaty dowódca oddzielił ochotników od poborowych, a potem podzielił ich jeszcze raz według wieku. Jak powiedział, starsi „pójdą walczyć”, a młodszym, w tym Guledowi, rozdano kije i baty, po czym wsadzono ich do ciężarówki. Słońce zatoczyło łuk i zbliżał się czas asr, popołudniowej modlitwy. Chłopcy mieli pójść na targ i upewnić się, że żaden sklep nie jest otwarty podczas modlitwy. Stało się jasne, co czeka Guleda – miał być funkcjonariuszem Hizbatu – milicji Asz­-Szabab. Mężczyźni byli potrzebni na froncie, więc Asz­-Szabab zasilała szeregi milicji porwanymi dziećmi.

Dla ochotników skierowanie do Hizbatu było rozczarowaniem – marzyli wszak o wstąpieniu do Amniyatu, budzącego przerażenie wywiadu Asz­-Szabab, albo w szeregi Istiszahadjin – oddziału zamachowców samobójców. Kto chciał wysadzić się w imię Boga, musiał czekać w kolejce trzy lata, a i tak wybierano tylko najlepszych. Dowiedziawszy się o swoim przydziale, Guled poczuł ulgę.

W porównaniu z tamtymi zadania Hizbatu były dość przyziemne. Na terytoriach rządzonych przez Asz­-Szabab miał dbać o prawo i porządek, praktyki religijne i kulturowo­-narodową czystość. Preferowano somalijskie zwyczaje i praktyki, takie jak noszenie spodni nad kostkę i sandałów zamiast butów, co Asz­-Szabab uznawała za miejscowy styl. Jak wspomina Guled, mężczyźni nie mogli nosić „fryzur na Balotellego” (ówczesny ekstrawagancki napastnik Manchester City), żadnych irokezów, włosów na jeża, żadnych grzywek ani trwałej. Kobiety zachęcano do noszenia preferowanych przez Asz­-Szabab ciężkich, grubych hidżabów z włókien sztucznych zamiast bardziej przewiewnych, kolorowych tkanin bawełnianych – wprawdzie w zeszłym stuleciu zapewniły one somalijskiemu wybrzeżu bogactwa i sławę, ale bojownicy uznali je za zbyt przezroczyste. Asz­-Szabab ma kłopoty z nowoczesnością, co często prowadzi do hipokryzji. W 2014 roku zdelegalizowała internet, zmuszając głównych somalijskich operatorów telekomunikacyjnych do wyłączenia w Mogadiszu sygnału 3G, ale jednostka medialna milicji utrzymywała aktywne konto na Twitterze, a przywódcy Asz­-Szabab udzielali wywiadów przez iPady.

Po krótkiej jeździe ciężarówka wyrzuciła patrol Hizbatu na targu w El­-Szabije i Guledowi znów mocniej zabiło serce. Obóz Asz­-Szabab był oddalony o dziesięć minut od jego namiotu, dziesięć minut od Mariam. Chłopcy z piętnastoosobowego patrolu rozeszli się wachlarzem po okolicy. Kiedy handlarze zobaczyli młodych żołnierzy, zaczęli zamykać sklepiki – znali prawo i znali karę za jego złamanie. Na porządku dziennym była chłosta. Ci, którzy mieli w telefonie muzykę lub niedozwolone zdjęcia, musieli czasem połknąć kartę SIM. Palaczom groziło przypalanie twarzy własnym papierosem. Pewien mężczyzna z El­-Szabije, którego wychłostano za palenie, opowiadając potem swoją historię, załamał się i wybuchł płaczem – nie tyle na wspomnienie fizycznego bólu, ile upokorzenia, jakim było wymierzenie mu kary przez dzieci. Guled mógł być jednym z nich.

Przez dwa tygodnie chłopcy powtarzali codzienne rutynowe czynności. Patrol przemieszczał się skrajem targowiska, sprawdzając daty ważności paczkowanych produktów i puszek i zatrzymując pojazdy poruszające się w czasie modlitwy. Szli przez kartonowe miasteczko, w którym bezdomni ludzie, w tym Guled, rozbili namioty i pokryli strzechą prowizoryczne lepianki. Pewnego dnia natrafili znienacka na dwie dziewczyny i młodego chłopca, którzy stali przed ladą otwartego sklepu. Jedna z dziewcząt trzymała w ręku siatkę z warzywami.

– Stać! – wrzasnął dowódca patrolu. Dzieci odwróciły się i zamarły.

– Na ziemię! – Patrol znał się na swojej robocie. Dwaj chłopcy z batami wystąpili naprzód. Pozostali stanęli z boku, obserwując. Leżące w ulicznym pyle dziewczęta patrzyły z przerażeniem na swoich odzianych w czerń rówieśników z patrolu. Guled utkwił oczy w starszej. Patrzył dalej nawet wtedy, gdy ją rozpoznał i próbował odwrócić wzrok.

To była Mariam. Ich oczy spotkały się. Poczuł, że pod czarnym ubraniem cały płonie ze strachu i wstydu. Zobaczył niemy szok na jej twarzy, zanim odwrócił się, desperacko próbując powstrzymać wzbierające łzy w nadziei, że nikt ich nie zauważył. Mariam wiedziała, że wystarczy jedno słowo, a oboje będą zgubieni, więc milczała, kiedy szczupły chłopak, pewnie młodszy od niej, zaczął okładać batem po plecach ją, jej siostrę i młodego kuzyna. Słyszała od przyjaciół, że Guled był wśród tych, których zabrała Asz­-Szabab. Teraz zrozumiała, co to znaczy.

Dzień w dzień rekruci czekali na jakiś straszny rozkaz. W obozie panowała atmosfera podejrzliwości. Liczyło się każde spojrzenie, a wypowiadane słowa miały wiele znaczeń. Guled zaprzyjaźnił się z pewnym chłopcem, ale kiedy ten zbiegł podczas patrolu, nie miał nikogo, komu mógłby się zwierzyć. Nużyły go błahe rozmowy na neutralne tematy, tymczasem jego umysł gorączkowo kreślił warianty wydarzeń.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI