Jankeski fajter

Jankeski fajter

Autorzy: Aura Xilonen

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 27.99 zł

Literacka petarda z Meksyku

 

Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrzędnej księgarni. Jedyne, co umie, to szybko biegać i wyprowadzać piekielnie mocne ciosy. I z braku lepszego zajęcia – czyta. 

Pewnego dnia miesza się w uliczną awanturę w obronie platonicznej miłości. Tak rozpoczyna się jego antyodyseja we wrogim mieście…

Jankeski fajter to literacka petarda: mocno zakręcony język, hipnotyzująca i bardzo współczesna powieść – zabawna i dramatyczna zarazem. Jakby skrzyżowanie Doroty Masłowskiej z Eduardem Mendozą przenieść na pogranicze amerykańsko-meksykańskie.

AURA XILONEN (1995) przebojem wdarła się na literacką scenę. Za Jankeskiego fajtera zdobyła nagrodę Premio Mauricio Achar 2015. Do tej pory prawa do jej debiutanckiej książki sprzedano w USA, Holandii, we Włoszech, Francji i w Niemczech. Studiuje na Uniwersytecie w Puebli (Meksyk), interesuje się reżyserią filmową.

Words, as ideas, are barbaric men invention.

Słowa, tak jak idee, to barbarzyński wymysł człowieka.

LIBORIO

Dla babci i dziadka, wujka i cioci, i mamy.

Dla wszystkich emigrantów na całym świecie,

bo jak się nad tym dobrze zastanowić,

to wszyscy nimi jesteśmy.

I kiedy te typy rzuciły się na tamtą naprawdę fajną lasię, zaczepiali ją i nawijali chamską gadkę, olśniło mnie, że przecież mogę zmienić swoje życie, wystarczy, że tam podejdę i spuszczę fakin cieniasom regularny łomot. W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję. Od zawsze to wiedziałem, choćby przed chwilą, jak poprzestawiałem wszystkie zęby kolesiowi, co rzucał jej słabe teksty, a ona nic, ani słowa, patrzy tylko na ulicę, czy jedzie autobus, chociaż widać, że jej to przeszkadza, zwłaszcza jak ten fiut złapał ją za tyłek swoimi paluchami usyfionymi lepigramem. Wtedy normalnie jakbym się zerwał ze smyczy, co mnie trzymała za ladą bookshopu, w którym pracuję: aż się zakurzyło i wystartowałem jak torpeda z pięściami do jego ryja, no bo co w końcu ryzykuję, skoro niczego i tak nie mam. I dopadam fajfusa, i przypierdalam mu z buta w kostkę, a ten się zwija jak roleta, jakby z szyby ściekał, tak powoli, więc mu z całej siły poprawiam z piąchy, centralnie w karczycho.

Bach! Jeb! Łup! I wybijam mu zęby, tak że ma tam już tylko wielką czerwoną japę, telepie się jak potłuczony i ściele na chodnik długi i szeroki. Dookoła mnie zdążyła się zebrać cała banda, bo jak jest jakiś fajt na ulicy, zaraz się zlatują różni kolesie i fagasy, żeby se z bliska popatrzyć.

A jeden z tych frajerów startuje do mnie:

– Fakin men, od tyłu nie: z przodu atakuj jak facet, indio de mierda.

I zasuwa na mnie, a zęby świecą mu się metalik jak psu, co rozerwie wszystko, czego się chyci, no więc ja się nie zastanawiam, tylko tym samym butem, którym skosiłem pierwszego, sprzedaję mu bombę między nogi, a on leci na glebę. Zanim doleciał, to mu jeszcze popatrzyłem w oczy, jakieś takie białe miał, pewnie mu jaja powędrowały prosto do mózgu. I leci tak centralnie nosem na asfalt.

No i już nikt z tej fakin bandy dookoła nie zgrywa twardziela i tylko gapią się na mnie posrani, kulą się, jakby ich do ziemi przygięło.

Chciałem zobaczyć, jak tam ta dziewczyna, no nie wiem, czy jest okej, czy co, ale już jej nie było. Tyle kręciło się tam luda, że nie wiem, czy przyjechał jej bus, czy jakiś palant zaciągnął ją gdzieś w te uliczki dalej, gdzieś między zaszczurzone domy.

Jedna Murzynka, co widziała tę całą chryję, którą zafundowałem, podchodzi do mnie i szarpie za rękaw, odciąga od tej zbieraniny, podczas gdy jacyś kolesie próbują przywrócić do życia tamtych cieniasów rozsmarowanych po chodniku; kobieta ciągnie mnie na corner i mówi:

– Jezu, boy, chopie, bier nogi za pas, znikaj, ale ju, ruchy, bo cię tu za trzy sekundy utuką normalnie.

Ale ja się wyszarpuję z jej chwytu, niech se tam gada do siebie na ulicy, i przechodzę na drugą stronę, do księgarni, żeby dalej patrzeć, jak się kurz na półkach zbiera.

[Ech, nie czułem się tak wspaniale od tego dnia, kiedy wskoczyłem do Río Grande i tylko dzięki sile swoich ramion, rzężąc jak stary gaźnik, wylazłem godziny później ledwie żywy, jakbym pierwszy raz oddychał. Wtedy¸ tam w tej wodzie, odeszły mnie wszystkie strachy przed czymkolwiek, tu, po tej stronie otchłani.]

Już za ladą w bookshopie dopada mnie od tyłu jak ręka boska Chief i pyta:

– Sprzedałeś co, leniu zawszony? – potem podchodzi do witryny, przez którą widać ulicę, i woła: – Fuck, a co tam się, kurde, dzieje na rogu?

Ja wzruszam ramionami, ze szmatą w rękach, bo musiałem dokończyć ścieranie kurzy, które przerwałem w połowie, żeby wyskoczyć do gości i obronić tę pannę.

– Psa przejechali – burczę, że niby nic nie wiem, i znużony parskam irytacyjnie. W tej chwili podnoszę wzrok i patrzę na zewnątrz, i normalnie czuję, jakby mnie co siekło, jakbym dostał strzała w żołądek: ta laska idzie przez ulicę prosto do księgarni.

Żebym się tak pod ziemię zapadł.

Z nerwów totalnie sztywnieję, ale nie tam, gdzie trzeba.

Śliny nie daję rady przełknąć.

Czuję, że się zaraz rozsypię pod jej spojrzeniem; jeszcze sekunda i wyparuję.

Chief też ją przyuważył i rzuca chojracko:

– Ja ją obsłużę, ty idź psuć powietrze gdzie indziej. – I daje mi znaki, żebym się wycofał w stronę regałów i nie robił mu obciachu przed tą lalą, kiedy on będzie puszył piórka.

Dziewczyna wchodzi, przecinając powietrze i nie patrząc na książki, które zalegają na półkach i stołach; wszystko to mija i staje przed ladą. Chief ściąga brwi i wywraca gałami, że niby nie chce się jej gapić w dekolt.

Ja spuszczam wzrok na podłogę, czuję się jak papierowy rozbitek na morzu książek.

W gębie tak mi sucho, że normalnie zaczynam chrząkać.

Ona mówi mu nie wiem co, bo przestałem słyszeć; czuję tylko, jak mi serce zapierdziela tysiąc na godzinę. Chief mnie przywołuje gestem, żebym podszedł, i cienkim głosikiem mamrocze mi prawie prosto w ucho:

– Coś ty jej zrobił, fakin wszarzu, że chce z tobą gadać?

Chief się oddala na parę kroków, że niby nie luka w naszą stronę, ale ja wiem, że on ma oczy za uszami, a w źrenicach mikrofony. Dziewczyna ziora na mnie z góry na dół, jakby mnie mierzyła, jakbym był z powietrza, i mówi, a potem zaraz się odwraca i idzie do wyjścia:

– Stary, thanks… chociaż nie thanks. Nie potrzeba mi bohaterów, you know? – obraca się, a ja czuję wszystkie jej kształty, jej usta, jej piersi, jej zapach, jak walą we mnie i napierają na skórę. Chief wlepia gały w jej zadziorne pośladki, kiedy ona wychodzi ze sklepu i ścina ulicę. Ja tam stoję oklapnięty, jakby mnie wmurowało w podłogę, jakby się na mnie coś lepkiego wylało, sam nie wiem. Chief się odwraca i mówi podkurwiony:

– Ty, kolego, co to, mierda, było?

Ja znów wzruszam ramionami i zbiera mi się na pawia, na miejscu, pośrodku litrów farby, którą musiały zużyć drukarnie, żeby zapaćkać literami wszystkie te książki. Ale nie że cykor mnie obleciał. Tam na zewnątrz, podczas bijatyki, puls miałem jak półdenat pod narkozą. Luzik. Normalnie mógłbym wielbłąda przecisnąć przez ucho igielne, jak spuszczałem wpierdziel tamtym lujom. Nie, taki stresior to mam tylko przez laski, przede wszystkim te ładne, takie tenteges. Wystarczy, że se pomyślę, że przy takiej stoję, już mi coś w brzuchu skacze, wydaje mi się, że nawet nie powinienem oddychać tym powietrzem co one, popatrzę na taką, a już mi normalnie szpik się w kościach lasuje. Więc naparzać się z kolesiami na ulicy to ja bardzo proszę, no problem. Ale takie kształty to mnie dotykają do najbardziej żywego, no tak, i kiedy ta dziewczyna wyszła z bookshopu, poczułem straszny żal, jakbym opadł, sflaczał kompletnie.

I ani be, ani me nie byłem w stanie do niej powiedzieć.

– No ale co to, jasna dupa, było? – Z mglistych rozmyślań wyciąga mnie Chief.

– Nic, Chiefie. – Zbieram się jakoś w sobie. – Ta lala chciała jakieś czasopismo, nie wiem jakie, ale go nie mamy – nawijam, żeby przestał mi grzebać w ranie, która mi się właśnie w sercu otwarła.

– Partacz zakichany, jak my mamy dociągnąć do pierwszego, jak nie umiesz nawet sprzedać jednego pierdolonego czasopisma? Fuck. Fuck. Fuck.

A ja tam tak stoję, przymulony, aż mnie mdli od tego rzygania, co mi na nie się zbiera nadal.

Nie mogę spać; patrzę tylko na niewyraźną ciemność, która zalewa mi oczy i kłuje zimnymi szpilkami w ciało na strychu nad księgarnią, gdzie Chief pozwala mi waletować. Pełno tu małych pajączków i innego paskudztwa, które kryje się w ścianach i czeka tylko, żeby się na mnie rzucić. Pająki samobójcy. Ale ja nie, nie mogę zasnąć, tylko wyobrażam sobie tę dziewczynę, jak mi bimba pod tą gołą żarówką, aż w końcu tłucze szkło i w środku nocy wbija we mnie swoje fioletowe paznokcie. Nawet wydaje mi się, że słyszę, jak drapie rękami moją skórę, jak rozdziera ją tak, jak ja drę gazety do czyszczenia szyb, z takim samym hałasem jak rozbijane szkło.

– Kurwa. Mierda. Fuck. Fuck. Fuck. Gnojek jeden. Cholerny bezużyteczny wszarz. Fuck, fuck, fuck – wrzeszczy coraz głośniej i wścieklej.

Nie chce mi się wstawać.

Nie mam siły, żeby to zrobić z własnej woli. Wciąż czuję gorączkę pod skórą, czuję, jak mi po wnętrznościach krąży sakramencka trzęsawka. W tej właśnie chwili, kiedy patrzę sobie, jak promień słońca wypełnia się drobinkami kurzu, co to latają w jego ciepłym środku, słyszę, jak Chief tam z dołu z księgarni wrzeszczy, jakby mu kto z gęby zrobił klakson.

Szybko zwalam z siebie koce i zasuwam na dół ze stryszku schodkami, oczy mam czerwone, jakbym całą noc zalewał się łzami z tłuczonego szkła czy coś w tym estilo, ale nawet tymi moimi oczami czerwonymi od niewyspania widzę cały ten syf.

Bookshop normalnie do góry nogami. Wszystko rozpieprzone. Chief podnosi jeden regał i zaczyna zbierać ścierwa książek z powyrywanymi kartkami. Księgarnia wygląda jak alejka w Parku Wells jesienią, wszystko zasłane papierem jak liśćmi, setki tego, jak jakiś dywan. Niektóre książki wyglądają, jakby je kto nożem zadźgał, pałką walił, zębami gryzł, tam i siam leżą te kaleki, jakby im ktoś wpakował petardę w tyłek i rozsadził środek i grzbiety. Chief gapi się na mnie z plikiem wyszarpanych stron w łapie, ale zamiast mnie zbluzgać, zamiast się na mnie wyżywać i tak sobie ulżyć, widzę, że oczy mu latają i osuwa się na ten bajzel. Nie wiem, co robić, więc nie robię nic. Wzruszam się znów ramionami i zaczynam zbierać, co tam mam najbliżej. Ustawiam jeden kulasowaty stolik i majtam na niego całą hałdę książek, którą zgarniam z podłogi.

[„Książki krwawią”, powiedział mi Chief pierwszego dnia, kiedy mnie przyjmował do bookshopu, bo potrzebował kogoś i bardzo tanio, żeby się kręcił po wszystkich kątach i wszystko sprzątał, we wszystkim pomagał. Żeby włazić na ściany jak skorpion, żeby przyklejać i ściągać postery z tekstami, żeby taskać perypatetyczne pudła z książkami i zanosić je do kantorka, gdzie wezmą się za nie robaki, tak jak się w końcu biorą za wszystkie te fakin książki, żeby się kręcić jak smród po rurach i wszystko ścierać, odkurzać i układać.

– Młody, a co ty wiesz o książkach? – zapytał mnie wtedy, zaraz jak go zapytałem o robotę.

– Nic, señor – odpowiedziałem.

– No ale jak to nic, kolego? Przygłup przecież nie jesteś, co?

– Nie, señor.

– No to co wiesz o książkach?

Pamiętam, że gapiłem się na ten jego sklepik zawalony tomiszczami po sam sufit i powiedziałem pierwsze, co mi strzeliło do łba:

– Że cholernie dużo miejsca zajmują, señor.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem ten jego śmiech jak z koziej dupy trąbka. Zdjął okulary i zabuczał jak bąk:

– Fuck, hłe, hłe, hłe. Z ciebie nie tyle przygłup, hłe, hłe, hłe, iście dardanelski przygłup! – i polewał tak ze mnie dobrą chwilę.

Jak już przestał rechotać jak stary kaszlak, z miejsca zatrudnił mnie na próbę, żebym mu za free wymył witryny.

– Zobaczymy, młody, czy jesteś bardziej ogarnięty, niż się wydaje: tak mi wypucujesz szyby, żeby aż oczy bolały, fuck. A, jeszcze jedno, czego ty tak walisz, jakbyś się w gównie kąpał?

Ja sobie pomyślałem, że to kaszka z mleczkiem, tak mu te szyby wypucuję, że będą się błyszczały jak te okienka w trumnach dla nieboszczyków, bo taki denat nawet przecież nie chuchnie, tylko się stąd zbiera na tamtą stronę, obojętny, wszystko ma gdzieś, bez fakin tchu. I tak zrobiłem, usunąłem cały ten syf, co się tam od wieków zbierał, własnych paznokci używałem jako szpachelek i własnego oddechu jako nabłyszczacza.

Parę miesięcy później Chief mi chlapnął, że dał mi tę robotę dlatego, że byłem jedynym, jaki się trafił, i wyglądał na takiego, co to nie ma żadnego zamiaru niczego mu kraść.

– Bo i po cholerę mi kraść jakieś książki czy takie tam – odparowałem, dotknięty na godności własnej. – Jedyne, czego chcę, to zabrać się stąd do New Yorku, byle dalej od tamtej strony, z której uciekłem, no ale póki tu się kręcę, zebrałbym trochę hajsu, żeby się na gołodupca nie rzucać w nieznane.

Tyle że tego ostatniego to już Chief nie usłyszał, bo powiedziałem to tak cicho, że może nawet tylko pomyślałem.

I tak leciały tygodnie, a on widział, że żadnej pracy się nie boję, więc wpuścił mnie na ten swój stryszek, żebym nie tylko za dnia pracował, ale też miał oko na interes nocą, kiedy on idzie home ze swoją señorą i señorzętami, więc mnie tam zamykał, zakładając kłódki od zewnątrz, a okienko na strychu zaczopowane było okiennicami.

– … ale jakbyś potrzebował help, to możesz dzwonić fonem. Tylko nie zapomnij, bałwanie jerychoński, jakby co, to dzwonisz do mnie, comprendes?

I tak znalazłem się na strychu, całym zasyfionym, a na przed snem brałem sobie książki. Najpierw te z obrazkami. Niosłem je tam na górę, bo czasami zachodziła do nas jakaś pańcia i żądała książek w Spanish, i czegoś tam chciała, a ja niczego podpowiedzieć nie umiałem. Chief mnie przyuważył i raz mi rzucił, cały groźny jak algorytm:

– Wszarzu bezmózgi, weź se przynajmniej poczytaj te opisy na okładkach, żebyś fakin wiedział, o czym do ciebie mówią, i w końcu sprzedał jakiś fakin book, a nie siedział i pierdział w stołek.

No i tak, pod musem i przymusem, leciałem tymi opisami na okładkach. Krwawym potem się zalewając, bo od czytania na początku oczy napierdzielają, ale powoli jakoś się człowiek oswaja. Wieczorem wnosiłem na stryszek dziewicze książki, a rano znosiłem rozdziewiczone.

– Te, wszarzu, nie wiesz może, dlaczego ta książka ma pełno plam od paluchów?

– Nie, Chiefie, niech mnie pokroją, ale nie wiem.

– Nie rżnij mi tu głupa, małpoludzie jeden.

Wtedy się nauczyłem nakładać plastikowe worki na dłonie, żeby nie zostawiać śladów na książkach. Jakie brałem na górę, takie znosiłem. Nawet rozkminiłem, jak je odwijać i z powrotem zawijać w tę folijkę, żeby wyglądały na nietknięte. Bo Chief kochał książki i jak jakąś sprzedawał, to jakby duszę swoją opylał. Tacy są ci nadęci goście: sami się do grobu wpędzają.]

– Leć, młody, do mojej żony i każ jej tu przyjść, fuck, nie chcę do niej dzwonić, żeby się nie wystraszyła, że się jeszcze coś gorszego stanie – mówi Chief wciąż na klęczkach w rozwalonej księgarni, jak już popodnosiłem wszystkie regały i zabrałem się do zgarniania miotłą latających luzem kartek. Przyglądam mu się. I widzę, że strasznie się zmienił, zalewa łzami te strzępy książek, które trzyma w garściach. Wygląda jak popsuty kran, Chief się rozkleił, jakby kto chmury wykręcał jak pranie. Taki jest mizerny, taki bezbronny, kwiczy jak wieprzowina z bożej łaski nad tym książkowym ścierwem, że zostawiam miotłę ciągle w ruchu i lecę przez te palindromiczne ulice, żeby jakoś odreagować czy sam nie wiem, bo wciąż czuję wielką gulę w gardle, jakbym się zadławił pestką awokado; żyły mi wibrują sejsmicznie, nie wiem, coś mnie dziwnie tam w środku uciska. Wciągam powietrze nosem.

– Te, młody, ty tam, w dupę cię osa siekła? – słyszę, jak ta Murzynka krzyczy za mną z drugiej strony ulicy, pchając metalowy wózek wyładowany badziewiem. Potem idzie w stronę cornera i znika za budynkiem, w którym mieszka ta dziewczyna. Sterczę tam tak na chodniku, łażę wte i wewte, a czas leci. Taki pogubiony się czuję. Patrzę na bandę krawaciarzy, idą normalnie szeregiem, każdy telefon przy uchu, patrzę na jakichś szczyli i fajfusów, co się pracowicie drapią cały dzień po jajach, patrzę na facetów i laski, jak przechodzą w jedną i drugą stronę, pompując CO2 wszystkimi porami skóry. Patrzę na samochody, które hamują albo przyśpieszają, toczą się całe metalowe, wpychają jedne przed drugie. Klaksony, gwar, odgłos słońca naparzającego w dachy domów, tutaj wszystkie ptaki zaplątują się w druty. Patrzę na wysokie okna, z których zwisają rośliny z doniczek nad fajer schodami obok ciasnych lufcików. Widzę spuszczone rolety i odsłonięte rolety. Budynki w ceglanym kolorze, szare, z przykurzonymi szybami. Zadbane drzewa i wychuchane ogródki.

Dzielnica latina jest jak korytarz ze sprzętem AGD.

Jakaś niunia przechodzi z minipieskiem wpakowanym w futerał z materiału. Oczy normalnie bolą. Przechodzę powoli przez ulicę w stronę przystanku i zaraz z każdej strony spada na mnie tysiąc klaksonów.

– Fuck you, man – drą się. – Fuck, fuck, fuck. Go home, fakin smoluchu, wypierdalaj stąd, puta twoja mać, indio w dupę jodido.

Dowlekam się na przystanek i klapię na ławkę; podnoszę wzrok i widzę księgarnię, jak stoi lapidarnie, śmiertelnie ranna, jak pogrzebana za potłuczonymi witrynami. Mrużę oczy i widzę, że Chief tam jeszcze się kuli, jakby klepał różaniec, przed tym swoim bookshopem ukrzyżowanym.

– Te, puto – słyszę za plecami. – Lubisz robić zadymę i wstawiać się za nie swoimi dupami, co?

Odwracam się, żeby wyfilować, kto mnie tam klepie po ramieniu, i widzę tylko jasną smugę pięści, co z prędkością światła leci na spotkanie mojego policzka. Nie mam czasu nawet zamknąć oczu. Bomba posyła mnie z miejsca tyłkiem na ziemię. Latają mi gwiazdki i czuję, jak mi krew leci z nosa na koszulkę.

– Fakin smoluch! – dalej drze się tamten palant z kwiatkami, wielki sradorator tej dziewczyny, co to na lewo i prawo rzuca jej płaskie teksty. – Zobaczymy, czy taki z ciebie fakin maczo, że się do cudzych bab przystawiasz. Kto ci, puto, pozwolił mieszać się, gdzie nie twój interes, e?

– O, ja pierdolę, dajesz – wrzeszczy jakiś inny platfus i leci w naszą stronę, widząc, że leżę rozkminiony na chodniku. – Weź wybij gnojowi takie numery ze łba.

Nie wiem już, ilu ich tam się zlazło, żeby mnie skopać hurtowo, ale czułem, jakby mnie mrówy całego oblazły i szczypały wszędzie. Ja jedynie kryję baniak i wypatruję jakiejś dziury między ich nogami. Widzę tylko, że auta dalej jeżdżą, a poza tym same kopniaki. Jeden, dwa, trzy, cztery, tysiąc, osiem tysięcy.

– Te, goście, zostawcie go już – ktoś tam woła do tych debili. Manto nagle ustaje.

– Jak cię jeszcze zobaczę w okolicy mojej dupy, fakin smoluchu – pyszczy mi ten pajac – tak cię urządzę, że będziesz pluł swoimi jajcami, czaisz? – I sprzedaje mi ostatniego kopa, i przepycha się przez tłumek na zewnątrz, co słabo widzę, bo mi wizja szwankuje. Reszta gości też bierze dupen w troken i znika jak kamorra.

– W porządku, synu? – pyta mnie jakiś facet z siwawą brodą i podaje mi jednocześnie materiałową chusteczkę. Kuca przy mnie i gapi się, jakby chciał prześwietlić ten wodospad krwi, co mnie zalewa od czubka po pięty. – Matko Santa, urządzili cię jak Santo Cristo w Wielki Piątek, masakra, no!

Biorę tę ścierę z jego ręki i pierwsze wycieram sobie krew zmieszaną z potem z czoła.

– Rozwalili ci coś jeszcze prócz głowy?

Kręcę, że nie. Zaciskam wargi, całe krwiste, ssąc, ale nie, żadnego zęba nie brakuje. Żebro jedno mnie boli i goleń, powieki, włosy, pod paznokciami, pod językiem, ale jakoś przeżyję, no bo co.

[Chrzestna zawsze mi mówiła, jak się zjawiałem ze śliwami pod oczami i cały jakbym w ciernie wpadł: „Chwasta nigdy nie wyplenisz, gorszy miocie jeden”. Bo w Meksyku nie ma życia bez ciągłych nawalanek, dlatego tu uciekłem, dosyć miałem już wycierania gębą kurzu z ulicy, dosyć ciągłego gryzienia ziemi.]

– Poczekaj, synu, nie wstawaj tak nagle – mówi ten pan, kiedy zbieranina już się wreszcie rozeszła i wydaje mi się nawet, że chyba mnie nagrali tymi swoimi pieprzonymi komórami, fakin locos, ale ja już nie mam ochoty odstawiać przed nimi wykładziny. Wstaję i ten pan podtrzymuje mnie za ramię, kiedy czuję, jak zalewa mnie oceaniczna fala mdłości. – Lepiej, żebyś sobie usiadł, bo możesz znowu polecieć na twarz. – Słucham go i osuwam się na ławeczkę przystankową. W skroniach mi pulsuje dwieście na godzinę. – Masz jakąś rodzinę, żeby zadzwonić? – Patrzę na niego z wybrzeżnie głupią miną. Znów kręcę głową, że nie. – Popatrzmy – mówi ten facet i lustruje mnie z góry na dół – masz tylko krwawe ślady i zadrapania: parę aspiryn, maść, trochę bandaży i w kilka dni będziesz jak nowo narodzony. Masz gdzie się zatrzymać? – Trzeci raz kręcę na nie i wzruszam ramionami. – Dobra, synu, zatrzymasz się na parę dni w moim przytułku, a potem się zobaczy, co z tobą. – Patrzę na niego nieufnie, za dużo oberwałem, żeby wierzyć, za dużo mi się goryczy skumulowało i teraz mam jej po dziurki. – No, chodź – nalega on, widząc w moich oczach cały ten strach, tę obawę i ten gniew, co mi się odłożyły w brzuchu i mogą w każdej chwili wypalić, i wtedy wszystko cholera weźmie. – Chodźmy, synu – ponagla mnie – świat nie jest taki zły, jak się wydaje, i zawsze jest jakaś nadzieja, chłopcze, zawsze, słowo – mówi pasyjnie. Przez chwilę się nie odzywa, patrzy na mnie jak druid jakiś. – Jestem pan Abakuk – mówi. – A jak się ty nazywasz, chłopcze?

No, zrobili ze mnie stratosferyczną miazgę: oczy mam podbite, gęba jak u jakiegoś szopa pracza, albo raczej fakin pandy, Śliwy jak berety. Jak mięsne bitki. U mnie w pueblo powiedzieliby, że mam ślepia zaklajstrowane, cholera wie, jak jakiś zielonooki monster, fuck. Ledwie widzę to, na co te moje ślepia wyceluję i czego się tylko uczepią. W uszach mi piszczy asymetrycznie, szum mam, od kiedy zainkasowałem to manto. Kątem oka widzę czerwony bus, który zatrzymuje się na przystanku: część towarzystwa, co się gapiło, jak mnie te luje i cieniasy masakrowali, wsiada do środka, a drugie tyle wysiada i rozłazi się jak rój fakin mrówek.

Miasto żyje dalej. Wszystko toczy się swoimi wybrakowanymi, szczerbatymi trybikami, jak wielkie koło, co wszystko miażdży.

– Liborio – odpowiadam gościowi i jednocześnie zwracam mu chusteczkę, całą usyfioną krwią i smarkami.

– Zatrzymaj ją sobie – odpowiada pitagorejsko z bałwańskim uśmieszkiem. „Stary crazy pierdziel – myślę – nikt nikomu nie pomaga ot, tak sobie”. Coś brudnego, nieteges, zwał jak zwał, zawsze w człowieku siedzi, zapuszkowane, podejrzane i śmierdzące, wokół czego latają muchy wielkie jak sępy, muchy jak wieprze. – W porządku, chłopcze – nawija dalej pan Abakuk. – Masz. – Daje mi parę banknotów po dziesięć baksów. – Kup sobie środek przeciwzapalny, maść z lidokainą i paczkę opatrunków Überkrantz.

– What? – zbaraniałem.

– Może lepiej ci to zapiszę, bo widzę, że jesteś jeszcze na innej planecie, a przy okazji dam ci adres mojego przytułku, jakbyś kiedyś potrzebował dachu nad głową. – Wyciąga z płaszcza jakieś pisadło, zrywa z przystanku małe przylepione ogłoszenie i gryzmoli coś na odwrocie, pytając mnie jednocześnie: – Ta bijatyka to o dziewczynę? – Potem podsuwa mi pejper przed rozkiszony nos, razem z wymiętolonymi banknotami.

– A pan to w globus sztachnięty, panie starszy? – odpowiadam, żeby się przekonać, czy mam mu resztkami sił sprzedać kopa między nogi, a potem wiać, choć widzieć to nie bardzo widzę i zaraz bym wyrżnął w jaki słup.

– Że co? – Dalej się uśmiecha.

– No, pytam jak kogo dobrego, czy panu odbiło, czy jak…

– Ha, ha, ha, ech, nie, nie, nie. W moim wieku to by rzeczywiście było wariactwo.

Patrzę na niego przez chwilę przez szparki moich obitych powiek. Wyrywam mu szybko hajs i kartkę i pakuję je w bezpieczne miejsce, za pasem obok medalika od matki.

– Dobrze – mówi on. – Żeby ci szybko pomogło.

Obraca się i rusza w swoją stronę.

– E! – wołam go głucho, bo mi głos słabo wychodzi przez obite żebra. – W Boga pan wierzy?

Pan Abakuk odwraca się trochę i odpowiada mi odprasowanym uśmiechem:

– Nie, a ty? – a potem idzie dalej i znika za cornerem, gdzie mieszka ta dziewczyna. Ja tam siedzę, kulę się, a auta mnie mijają. Nie mam ochoty się ruszać. Żebym tak był jakimś liściem, wywiałoby mnie na orbitę i tam bym se został, fruwałbym sobie między tymi fakin gwiazdkami.

[„No ale marzenia to marzenia”, stwierdził kiedyś Chief, jak mu powiedziałem, że:

– A owszem, dlaczego nie, kiedyś bym chciał mieć rodzinę, żeby mi gnojki biegały i bawiły się w wojnę; tak, bachory w domu i na patio, jeśli kiedyś będę mieć dom, żonę i dzieci, i będę zbierał te wszystkie fakin graty, co to narastają ludziom w miarę, jak się starzeją i starzeją.

– Hłe, hłe, hłe – brechta Chief. – Ale ty jesteś szpetny jak cholera, fakin wszarzu jeden śmierdzący, hłe, hłe, hłe. Która cię tam będzie chciała?

Tutaj zamilkłem, wnerwiony, urażony tym, jak niehalo inni mnie widzą. A jeśli Boga rzeczywiście nie ma i jesteśmy tylko jak jakieś cząstki latające po świecie, które się wzajemnie zwalczają? Często się nad tym zastanawiałem, zwłaszcza jak się robiło słabo i życie mi dowalało, a chrzestna, do której wołałem ciociu, truła mi zawsze, żebym się lepiej wyuczył psalmów.

„I w końcu stał się człowiekiem jak trza, bez tego całego dziadostwa”, mówiła. A ja ją miałem gdzieś, ją i tego całego księdza, co zadziera nosa i struga jakiegoś alleluja, zbok w sutannie.

Bo kto by miał ochotę iść na księdza i całe fakin życie spędzić w czystości?

I zapytałem go kiedyś o to na katechezie:

– Ojcze Terán, a ksiądz to jak często marszczy kapucyna?

I tak mi odwinął w baniak, że musiałem wiać jak dusza czyśćcowa. Potem wezwał moją ciotkę i razem mnie przechrzcili kijem przez plery.

– Mam cię już dość; zmiatasz mi stąd zaraz albo wzywam gliniarzy – powiedziała mi jakiś czas później ta ciotka, co wcale nie była moją ciotką, tylko chrzestną. No i musiałem się zwijać, tak jak stałem, wylądowałem na ulicy jak śmieć, pod mostem; twarde lądowanie jak kamerdolec rzucony gdzieś w cholerę. Jeden z wielu takich, wlazłem między męty i marginesy.

„Albo stąd dasz dyla, albo po tobie”, pomyślałem sobie kiedyś, leząc w cieniu wytłuczonych latarni pustą ulicą, gapiąc się na swoje ręce całe we krwi.]

No, ale co było, nie pisze się w rejestr. Teraz jestem po tej stronie. Minęło. Minęło? Znów przytykam sobie zakrwawioną szmatę do nosa, na szczęście zawsze byłem jak z betonu. Nawet gzy nie są w stanie przebić się przez moją skórę grubą jak u osła albo ja nigdy nie czułem, bo mnie obleka ta słoniowa gruboskóra jak rękawiczka, jak mnie doją te jakieś komary, a potem latają opite krwią, takie bombki. I wtedy nagle biały furgon staje mi przed nosem i ze środka drze się do mnie ochryple kobita z kapelutem na głowie i ciemnymi brylami:

– Hi, koleś, wsiadaj. – Otwiera drzwi. Nie wiem, czy to do mnie ta mowa. Więc sterczę tam jak pytajnik. – Come on, stary – powtarza – nie bądź cykor.

Ja dalej siedzę, przymulony, bo problemy zaczynają się wtedy, jak najpierw robisz, a potem dopiero ruszasz łbem. Widząc, że się nie podnoszę, zatrzaskuje drzwi i wrzeszczy na mnie głosem schrypniętej ważki:

– Widziałam, jak żeś tam dawał czadu. – Kilka samochodów zaczyna na nią trąbić jak nawiedzone. – Możesz mi naskoczyć, fiucie jeden, jak się odważysz – woła do tych kierowców za nią, a potem znów nawija do mnie: – Niezły z ciebie zawodnik, nie powiem. A co! Ile ty masz lat, koleś?

– A co cię to, mierda, obchodzi? – odpalam jej na odlew, żeby wyparowała z mojego życia tak szybko, jak wparowała.

– W porzo, facet, potem wrócę, jak się uspokoisz i będziemy mogli pogadać. Pracujesz tu, nie? – Pokazuje na księgarnię. Ja ją zlewam. – W porządku, koleś. – Wyciąga aparat i celuje we mnie. Zanim błysnął flesz, pokazuję jej środkowego. – See you, kolegou – i zaczyna rechotać, jakby dostała ataku: – Buahaha, chlip, bua hahaha.

Rusza tym swoim furgonem i oddala się, a w końcu znika w tłumie samochodów, co pędzą tam i siam. Obracam się w stronę księgarni i widzę Chiefa plecami do mnie, stoi ze spuszczoną głową. Niczego nie zauważył. Domyślam się, że wobec własnego nieszczęścia wszystkie inne znaczenia nie mają.

Iść czy nie iść po żonę Chiefa, czy może lepiej wracać i lizać rany w bookshopie?

Wsiadam do czerwonego busa, który właśnie podjechał mi pod nos, płacę, strzelam jak torpeda do tyłu, gdzie tacy kolesie jak ja zwykle jeżdżą, żeby nie straszyć białych i czarnych, bo my jesteśmy szarzy, a tutaj szarość jest jak czyściec, nie trzymasz ani z Bogiem, ani z Diabłem.

– Co ci jest, młody? – pyta doña, otwierając drzwi.

– A nic, szefowo – mówię – na księgarnię napadli.

Widzę, jak odskakuje do tyłu, jak jakaś żaba, kładzie se rękę na piersi i zaczyna się sypać jak źle ustawiona kupa kamieni.

[Nie była dla mnie niedobra, przeciwnie, zawsze mi coś na ząb skołowała, jak szła do miasta. Raz, parę miesięcy temu, kupiła mi nawet dżinsy i koszulę z wyszytym logiem księgarni i jeszcze parę butów, nie z tych drogich, ale wygodniejszych niż te moje przetarte klapki.

– Masz, trzymaj, młody, żebyś nie chodził obdarty jak siedem nieszczęść!]

Zanim szefowa glebnie na podłogę, łapię ją za rękę i przytrzymuję, żeby miała miękkie lądowanie jak kurczak w garnku. Jak już się osunęła, dysząc ciężko, zaciągam ją do środka. Jej doñięta pewnie są teraz w schoolu. I co tu robić? Lecę po butelkę tam, gdzie mają barek i ołtarzyk dla Matki Boskiej z Guadelupe, otwieram i wracam, żeby ją napoić.

– Umierałam – bełkocze nagle i krztusi się, wykaszlując ślinę aż do ogródka za domem, to tam Chief robi grille i grilluje to american hot dog way of life. – Wódkę mi dajesz, wariacie, zabić mnie chcesz? – mówi mi szefowa, kiedy już przeszedł jej atak kaszlu, i wyrywa mi flaszkę. No ale skąd ja się mam, cholera, znać na reanimacji, wiem tylko, że raz jeden truposz wstał z grobu i łaził, jak sądzę, z tymi wszystkimi robakami w ciele.

Pomagam jej wstać i już po minucie suniemy jej vanem do księgarni.

– Dlaczego nie zadzwonił na komórkę? – pyta mnie doña, kiedy lecimy freewayem. Ciągle wystukuje na swoim telefonie numer do Chiefa. Miasto z odległości świeci się szkliście niebiesko, jak lapis lazuli, z dali jak uśpione, z tłumami rojącymi się w środku. Wieżowce wyglądają jak kolumny herkulesowe, atlantyczne, nad którymi zaiwaniają ptaki, te, co je widziałem poprzedniej jesieni, jak wylatują z Parku Wells i fruną cholera wie dokąd. – I co, wycelowali w was z broni, czy jak? Pobili was? Mój mąż jest ciężko ranny? Ilu ich było? Wezwaliście policję? Dlaczego on do mnie nie dzwoni? Muszę uprzedzić szkołę, dzieci. Albo może koleżanka je odbierze. Tak! I co jeszcze? Rozpoznacie ich? O której to się stało? Pomógł wam ktoś? Zajął się ktoś już tymi twoimi siniakami? Ilu na was napadło? Matko jedyna! Boże, młody, jeśli mojemu mężowi coś się stało, ja nie przeżyję.

Doña nie ściemniała: naprawdę go kocha, kocha go pełną gębą, co widać i czuć było w tych jej koszykach z jedzeniem, w tych przytulasach wężowych i całusach jak grad.

[– Słuchaj, no, wszarzu – powiedział do mnie Chief na pierwszym czy drugim grillu u niego w domu, na który mnie zabrał, i kiedy tequila rozwiązała mu już język – widzisz tę babkę? To jest moja kobita, wszarzu niedomyty, ale ty to już wiesz, nie? Widzisz ją? I wiesz co? Ona mnie kocha, kocha mnie, ja to wiem, jak Boga kocham, czuję to w środku. I wiesz co? Ja też ją kocham, bo ja… dla niej, dla niej, ja, ja bym… – i tu Chiefa zatkało, zagapił się w swoją pustą szklankę po tequili.

Potem przysiadł się ten stuknięty Argentyńczyk, z którym lubił się o wszystko zakładać i zapraszał go zawsze:

– Ty jesteś ten gostek, co mu w księgarni pomaga, nie? – zapytał mnie z tym ich włoskim akcentem.]

Przecięliśmy ostatni freeway i wjechaliśmy do miasta. Doña skręca w trzecią avenue i daje prosto na center. Mijamy centrum handlowe napakowane McDonaldami, starbucksami, wal-martami, costco, home depotami, 7 elevenami, sam’s clubami, domino’sami, cinemarkami i upstrzone reklamami Coca-Coli, Western Union, FedExa, UPS-a, Apple’a i Microsoftu.

Skręcamy w lewo i tniemy na księgarnię, palimy gumy, schodząc w mig ze stówy do zera. Parkujemy w wolnym miejscu przed sklepem i ona wysiada jak nawiedzona, i idzie wielkimi susami. Ja zasuwam za nią.

Drzwi bookshopu otwarte są na oścież, książki nadal tytłają się na podłodze i widzę, że regały znowu leżą na ziemi. Światła wciąż się palą jak jakieś fakin widma apokaliptyczne.

– Chryste Panie! Kochanie! Kochanie! O Boże! – doña gania w kółko i pokrzykuje.

– Chiefie! Chiefie! Chiefie! – wrzeszczę za nią jak jakieś potłuczone echo.

– Gdzie mój mąż, młody? – dopytuje się szefowa. Podnoszę ręce jak jakiś otępiały zombiak. – Mówił coś, że idzie na posterunek? Że idzie złożyć doniesienie? Co mówił? Bo dzwoniliście na policję, nie? – dopytuje. Co mrugnie, to jej oczy robią się coraz czerwieńsze, jak gejzery z lawą, jak tnące linie pod wypielęgnowanymi brwiami. – Stryszek! – I leci schodkami do góry, a ja szukam Chiefa w schowku czwarty już raz albo piąty, może zaszył się między te cholerne tomiki poezji miłosnej jak fakin poczwarka rojąca się od robali. A może siedzi w kiblu, okupuje sedes, bo się wściekł i nadymał, bo ja wiem, że strach i żółć zmieniają nasze zapachy, wkurw sprawia, że flegma robi się oleista, gęsta, lepka i krwią podbiegła. Natomiast strach wyczuwany jest przez psy, dlatego tak gryzą zawzięcie, jak ci się włosy na karku jeżą.

– Nie, nigdzie go nie ma.

Wygląda na to, że Chief zmienił się w widmo.

Podchodzę do rozwalonych drzwi bookshopu i nic. Staję w progu. Ludzie łażą jak zawsze, gapią się tylko pod nogi ze spuszczonymi głowami albo wlepiają oczy w komórę, na której palce im się zaciskają. W tym momencie pośrodku tego przepieprzonego dnia, czy jak go zwać, czuję, że twarz znów zaczyna mnie piec, jakby mnie kto nakłuwał setkami szpileczek, guzy mam jak rogi, ale kiedyś przejdzie, jak sądzę.

Na zewnątrz zmierzch zaczyna nacierać chmurnym niebem. Słońce już zjechało i się zbiera jak codziennie, rzucając pomarańczowe błyski zza pierzasto-kłębiastych. Auta jeżdżą jak jeździły. Różne podejrzane typy wyłażą ze swoich kryjówek. Laski kręcą tyłkami, jakby odstawiały jakiś pląs, jakiś miniówkowy taniec. Księgarnia totalnie rozwalona i nikt się nie gapi? Co się, kurde, dzieje na tym świecie!

Wracam do środka i zaczynam ustawiać regały, żeby jakoś ogarnąć ten fakin chaos. Doña złazi z góry, trzymając parę książek, które sobie wziąłem do czytania, a rano nie zdążyłem znieść. Nic nie mówi. Bo i co ma mówić, skoro Chief przepadł jak kamień w szybę? Już trochę spokojniejsza układa książki na ladzie.

[Czasami szefowa zachodziła do bookshopu z Chiefem. Żeby pomóc, siadała za kasą. Potem leciała po szczyli do schoolu i nie widziałem jej już aż do następnego tygodnia, kiedy wpadała, żeby przynieść mężowi jakieś żarcie. Jak Chief nabrał do mnie zaufania, zostawiał mnie w sklepie i potrafił wyrwać się z żoną na miasto o każdej porze.

„Zaraz wracam, wszarzu jeden, wychodzę z panią mojego serca” i startował z zapałem jak jakiś zakochany astronauta prosto do fakin nieba.]

– Musimy zostawić wszystko, jak jest, żeby policja zobaczyła straty – doña przecina ciszę, rozglądając się dokoła po tych porozpirzanych książkach i powywalanych regałach.

Nigdy nie słyszałem, żeby szefowej wymkło się choćby jedno fakin słowo w spanglish. Albo mówiła po hiszpańsku, albo po angielsku, żadnych tam półśrodków. I nie rzucała nigdy mięsem, tak jak to się Chiefowi nieraz zdarza, on czasem jedzie taką terminologią, co to w książkach nie ma, w słowniku nie uświadczysz, w tym fakin słowniku, który przeglądałem, bo za cholerę nie czaiłem, co czytam w książkach; żadnego ostrego słownictwa, z którego więcej wiadomo niż z tych grzecznych i poukładanych słówek, tych pieprzonych lafirynd wypucowanych na słodko, retorycznych dinozaurów, starych i nudnych. Lepsze są takie bluzgi z ulicy, bo wszystko jest jasne jak w ryj strzelił, a nie takie tam pitu-litu. Nie wiem, dlaczego doña zawsze jest taka elegancka. Nie wiem. Natomiast wiem, że ja tu nie mogę siedzieć i czekać na gliniarzy, w każdym razie dopóki się sytuacja nie uspokoi. Szefowa patrzy mi w oczy i kapuje, że jak mnie capną i każą zeznawać, to mnie policja zaraz wykopie z powrotem na drugą stronę, w stratosferę, jak jakąś pieprzoną rakietę.

– Bierz, młody – mówi, a oczy wciąż ma zaczerwienione, i podaje mi parę banknotów, które wyjęła z kieszeni bluzy. – Lepiej, żebyś się ulotnił na parę dni, póki tu się sytuacja nie uspokoi. Tylko mi gdzieś nie przepadnij, młody, bo będziemy potrzebować pomocy, żeby to znów postawić na nogi. Teraz dzwonię na 911. Trzymaj się okolicy i żeby ci ktoś te rany opatrzył.

Biorę od niej banknoty. Są trzy po sto.

– Dzięki, szefowo. Chief zaraz pewnie się zjawi.

Obracam się na pięcie, a ona łapie za mobila i dzwoni na alarmowy.

I co ja teraz, w mordę cholera, mam robić? Skurcze mnie łapią za łydki. Jakby ktoś małymi blenderkami ubijał mi kakao w arteriach, jakby mi żyły nawiercali. Gębę mam taką, jakby mnie osa gigant ostro posiekła.

Przechodzę przez ulicę. Samochody włączają już światła. Latarnie koloryzują mrok. Nigdy nie widziałem tu żadnej gwiazdy. Na migoczące w mieście gwiazdy wyrok wydał smog świetlny. Patrzę na granatowe niebo i próbuję ze wszystkich sił wdychać tlen, bo mi go mało.

Jestem w obcym mieście.

Nie mam tu żadnych fakin znajomych.

Przyszłość, myślałem sobie zawsze, polega na tym, żeby mijać te dni, te jadowite godziny, te trupie sekundy, które się kumulują i grupują w samobójcze eskadry po sześćdziesiąt, i się nad nimi nie zastanawiać. Przecinam następną ulicę i maszeruję do Parku Wells. Zanim zdążyłem skręcić za róg, gdzie mieszka ta laska, usłyszałem wycie syren, patrol jedzie całym gazem. Pakuję piąchy do kieszeni dżinsów i zasuwam przed siebie.

Zimno się robi, a ja nie mam dziś ani stryszku, ani pająków, żeby się jakoś rozgrzać.

Park Wells nie jest jakiś specjalnie duży, średniawy raczej, z drzewami i kamiennymi ławkami, co stoją wzdłuż alejki z granitowych płyt. Są tam trzy fontanny, z których dorośli korzystają, żeby puszczać małe żaglówki w towarzystwie smarkaczy w wolne dni, kiedy już wyjdą z tych swoich kościołów prezbiteriańskich, ewangelicznych, baptystycznych, chrześcijańskich, mahometańskich, buddyjskich, zaratustriańskich, scjentologicznych, androginicznych, bluesowych, jazzowych, soulowych, arabeskowych, jupiteriańsko-termopilańskich, chochlikowatych, katolickich ortodoksyjnych, heterodoksyjnych i pedoksyjnych, prowadzonych przez wielebnych, pastorów, księży, kapłanów, proboszczów, doktorów, filozofów, muzyków, barbituryków, czarnookich, białookich, ślepookich, okolicznościowych ateuszy, zwykłych ateuszy, niedowiarków, adrenalicznych kantorów, recytatorów i hałaśliwych pajaców.

Chadzali też do Parku Wells różni luje, typy, męty, laski i szczyle. Biali, czarni, żółci, różowi, niewypierzeni, ramole i młode gnojki. Niektórzy korzystali z wytyczonego wybiegu, żeby wyprowadzać swoje zwierzaki, zawsze z plastikowym workiem na to, co one narobią. Inni jeszcze biegali rano albo wieczorem podłączeni do swoich iPodów, bimbających im jak wahadła, z earphonami w uszach, żeby się wyizolować od świata jak murem. Muzyka w uszach, myślę sobie, to taka maska, żeby ci nikt nie przeszkadzał, a w całym parku pełno takich ganiało.

[Pierwszy raz, jak zaszedłem do Parku Wells, to było w jedną z wolnych niedziel, jakie dał mi Chief, żebym mu się nie snuł pod nogami i nie dłubał w nosie, jak już odwaliłem całą robotę w księgarni.

– Zmiataj, wszarzu jeden, pogimnastykować się w parku!

– A co ja tam mam robić, skoro jestem chudszy niż Chiefa jego mać.

– Coś ty powiedział, puto?

– Że już lecę, szefie.

Tego dnia siadłem gdzieś w parku i cały dzień gapiłem się na wiewiórki, oglądałem dzieci, jak taplają się w fontannie, że niby ratują tonącą żaglówkę. Patrzyłem, jak psy drepcą po granicie albo na innych ludzi, co tak samo siedzieli i gapili się na nic.

Przy okazji następnych niedziel przemycałem sobie z bookshopu książki i czytałem pod drzewem, na daszku nad stojakami na rowery, z którego widać było cały teren parku: od północy do południa i z zachodu na wschód. Widziałem stamtąd rolkarzy, rockendrollerów, którzy tańczyli przy tych swoich boomboksach na fula, jak jakieś węże kręcące się w powietrzu, byli tam jeszcze inni uliczni grajkowie, trąbowali, skrzypcowali, gitarzyli po drugiej stronie placu boju.

Wyobrażam sobie park jako chaotyczną piramidę, na której wszyscy się zbierają, ale nie mieszają się ze sobą.

To tam zobaczyłem tę dziewczynę pierwszy raz. Przyszła z owczarkiem niemieckim na smyczy, miała na sobie czarne legginsy i bezrękawkę. Włosy zebrane w zwykły kucyk, prosty, jak kolumna grecka, dorycka, bez ozdóbek nad kapitelem, jak jakaś wenus, śliczna. Nos ostry i oczy wielkie jak niebo. Zobaczyłem ją i jakby kto po mnie przejechał walcem, jakby mnie znokautował, serce wyciekało mi wszystkimi porami. Zamarłem bez tchu, sterczałem tam, nie oddychając, trząsłem się, jakby mi dreszcze falami przebiegały po ciele. Nigdy nie wiedziałem, czy istnieje ta cała fakin miłość od pierwszego wejrzenia, dalej w sumie nie wiem, ale na widok tej laski oczy mi normalnie wyszły z gałek, ledwie je podniosłem nad książkę, i po prostu jakbym na odlew przez facjatę dostał. Do siatkówki mi się przebiła. Wtedy kompletnie mi wyparowało, o czym ja właściwie czytam, i nie byłem w stanie zmusić się do ponownego patrzenia w książkę. Ona tam, bestialsko piękna, dzika, niesamowitość chodząca, cały park wypełniła samą sobą.

Podejrzewam, że jak mnie mijała, to też rzuciła na mnie okiem, bo tak mi się wydaje, że one zauważają przecież wszystko, choć po nich tego nie widać, żeby się zdawało, że świata bożego nie dostrzegają, a tak naprawdę wszystko mają pochytane. A mnie tam zamurowało, wcięło, pod tym drzewem pełnym wiewiórek i robali.

Zmiotło mnie.

Zrobiła dwa kółka dookoła parku, a potem przeszła z tym owczarkiem niemieckim przez ulicę. Przepadła gdzieś za rojem aut i ludzi. Ja tam już lewitowałem, cały siny, bo mi wdychane powietrze nie przedzierało się do organizmu, nie dostawało do moich tyrańsko udręczonych komórek.

Wróciłem w następną niedzielę z mocnym postanowieniem, że ją znów zobaczę, puls walił mi jak młot, ale nie przyszła.

A potem jeszcze następna niedziela i dalej nic.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Campeón gabacho

D.R. © 2015 AURA XILONEN ARROYO OVIEDO

D.R. © 2015, Penguin Random House Grupo Editorial, S.A. de C.V.

Projekt okładki

Jasiek Krzysztofiak

www.jasiek.co.uk

Ilustracja na okładce

Michael Svoboda / Getty Images

Opieka redakcyjna

Tomasz Pindel

Adiustacja

Monika Skowron

Korekta

Katarzyna Onderka

Copyright © for the translation by Tomasz Pindel

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5017-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jankeski fajter 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej