We wspólnym rytmie

We wspólnym rytmie

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 39

Cena książki papierowej: 528.00 zł

cena od: 18.89 zł

Dobry jeździec wie, że ma tylko jedną szansę, aby zaskarbić sobie szacunek konia. Wie też, że przez jeden wybuch gniewu może na zawsze stracić jego zaufanie. Konia można bowiem skrzywdzić tylko raz. Potem latami odbudowuje się zerwaną relację. Z ludźmi bywa podobnie… 

 

Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Natasha zamknęła się w swojej samotności, postawiła na niezależność i karierę. Kiedy decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta „dziewczynka znikąd” odkryje przed nią życie na nowo.

 

Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi? 

 

We wspólnym rytmie to opowieść o kobiecie, która nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby znów być kochana, i o dziewczynie, która jest gotowa kłamać i kraść dla kogoś, kogo kocha.

 

Miłość istnieje w tym, co się robi, w małych i dużych gestach. To, że się o niej nie mówi, nie oznacza, że jej nie ma. 

 

Dla C, S, H oraz L

A także dla Mekki Harris

Pokaż mi swojego konia, a powiem ci, kim jesteś.

przysłowie staroangielskie

Prolog

Zanim ją zobaczył, mignęła mu jej żółta sukienka. Jaśniała w blednącym świetle niczym latarnia na dalekim końcu stajni. Przystanął na chwilę, nie wierząc własnym oczom. Uniosła bladą dłoń, Gerontius pochylił wytworny łeb nad drzwiami, by wziąć przysmak, który mu podała, a on przyspieszył kroku. Niemal biegł, a metalowe czubki jego butów dźwięczały na mokrym bruku.

– Przyjechałaś!

– Henri!

Chwycił ją w ramiona, gdy się odwróciła. Pocałował ją i przechylił głowę, by odetchnąć cudownym zapachem jej włosów. Westchnienie, które wyrwało się z jego gardła, brzmiało tak, jakby wydobyło się z cholewek jego butów.

– Przyjechaliśmy dzisiaj – odparła, kładąc głowę na jego ramieniu. – Nawet nie miałam czasu się przebrać. Pewnie wyglądam okropnie… ale siedziałam na widowni i zauważyłam cię za kurtyną. Przyszłam życzyć ci powodzenia.

Bezładnie wyrzucała z siebie słowa, których i tak prawie nie słyszał. Elektryzowała go sama jej obecność, to, że trzymał ją w ramionach po tylu miesiącach rozłąki.

– No proszę!

Cofnęła się i przesunęła wzrokiem od jego czarnej czapki z daszkiem po nieskazitelny mundur, po czym strzepnęła niewidzialny pyłek z jego złotych epoletów. Ucieszył się, gdy zauważył, z jakim wysiłkiem cofnęła rękę. Zdumiało go, że nie wkradła się pomiędzy nich niezręczność nawet po tych wszystkich miesiącach. Żadnej kokieterii. Była absolutnie prostolinijna. Dziewczyna z jego wyobraźni znów ożyła.

– Wyglądasz wspaniale – powiedziała.

– Nie… nie mogę zostać – odparł. – Za dziesięć minut zaczynamy.

– Wiem… Le Carrousel wygląda fascynująco. Obejrzeliśmy motocyklistów i paradę czołgów. Ale ty, Henri, ty i konie to zdecydowanie największa atrakcja. – Obejrzała się ku arenie. – Chyba cała Francja zjawiła się tutaj, by cię zobaczyć.

– Masz… les billets?

Spojrzeli na siebie, marszcząc brwi. Bariera językowa nadal istniała pomimo ich wysiłków.

– Billets… – Pokręcił głową poirytowany. – Bilety. Bilety. Najlepsze bilety.

Rozpromieniła się, a jego irytacja od razu się ulotniła.

– O tak. Edith, jej matka i ja siedzimy w pierwszym rzędzie. Nie mogą się doczekać, by cię zobaczyć na koniu. Powiedziałam im o tobie wszystko. Zatrzymaliśmy się w Château de Verrières. – Ściszyła głos do szeptu, choć nikogo nie było w pobliżu. – Jest bardzo wystawny. Wilkinsonowie mają mnóstwo pieniędzy. O wiele więcej niż my. Bardzo miło postąpili, zapraszając mnie.

Patrzył na nią, gdy mówiła. Rozpraszał go łuk Kupidyna na jej górnej wardze. Była tutaj. Jego dłonie w białych rękawiczkach otaczały jej twarz.

– Florence… – szepnął, znów ją całując. Jej skóra pachniała słońcem, choć zapadł już zmierzch. Było to upajające, jakby stworzono ją do tego, by emanowała ciepłem. – Każdego dnia tęsknię za tobą. Dawniej była tylko Le Cadre Noir. Teraz… nic nie jest dobre bez ciebie.

– Henri… – Pogłaskała go po policzku, wtulając się w niego.

Niemal zakręciło mu się w głowie.

– Lachapelle!

Odwrócił się gwałtownie. Didier Picart stał przy swoim koniu, stajenny przygotowywał siodło. Picart wkładał rękawiczki.

– Może jeśli zaczniesz poświęcać jeździe tyle uwagi, ile swojej angielskiej dziwce, w końcu do czegoś dojdziemy, co?

Florence nie znała francuskiego na tyle, by zrozumieć jego słowa, ale dostrzegła przelotny grymas na twarzy Picarta, który zdradził, że komentarz Francuza nie był pochlebny.

Henri to zauważył i ogarnął go znajomy gniew. Zacisnął zęby. Pokręcił głową, pragnąc przekazać Florence, że Picart to głupiec, który nic nie znaczy. Picart zachowywał się w ten sposób – obraźliwie, prowokacyjnie – od podróży do Anglii, podczas której Henri poznał Florence. Angielki nie mają klasy, krzyknął potem w kantynie. Henri wiedział, że te słowa są skierowane do niego. Nie potrafią się ubrać. Jedzą jak świnie przy korycie. Przespałyby się z każdym za kilka franków albo za równowartość pinta tego ich kwaśnego piwa.

Upłynęło wiele tygodni, zanim zrozumiał, że gniew Picarta niewiele ma wspólnego z Florence, za to wszystko z faktem, że jego miejsce w Le Cadre Noir zajął syn farmera. Nie żeby dzięki temu łatwiej się tego słuchało.

Głos Picarta niósł się po podwórzu:

– Podobno przy quai1 Lucien Gautier wynajmują pokoje na godziny. To chyba bardziej odpowiednie miejsce niż stajnie, n’est-ce pas2?

Henri zacisnął palce wokół dłoni Florence. Próbując zapanować nad sobą, odparł:

– Mógłbyś zostać ostatnim mężczyzną na ziemi, a ona wciąż byłaby dla ciebie za dobra, Picart.

– Nie słyszałeś, wieśniaku, że każda dziwka się zgodzi za odpowiednią cenę? – Picart uśmiechnął się znacząco, wsunął nieskazitelnie wypolerowany but w strzemię i wskoczył na konia.

Henri ruszył w jego stronę, lecz Florence go powstrzymała.

– Kochany… Chyba lepiej będzie, jak wrócę na miejsce – powiedziała, odsuwając się. – Musisz się przygotować. – Zawahała się, po czym stanęła na palcach i pocałowała go raz jeszcze, szczupłą bladą dłonią obejmując jego kark.

Wiedział, co próbuje zrobić: pragnęła odwrócić jego uwagę od trucizny Picarta. Udało jej się – mógł czuć tylko radość, gdy jej wargi spoczywały na jego wargach. Uśmiechnęła się.

– Bonne chance, écuyer3.

– Écuyer! – powtórzył, natychmiast zapominając o Picarcie. Wzruszyło go, że pod jego nieobecność nauczyła się właściwego terminu oznaczającego jeźdźca.

– Uczę się!

Posłała mu pocałunek z figlarnym błyskiem i obietnicą w oku, po czym zniknęła. Jego Angielka biegła przez długie stajnie, a jej obcasy stukotały na bruku.

Le Carrousel, doroczny festiwal wojskowy, tradycyjnie już oznaczał koniec roku treningowego dla młodych oficerów kawalerii z Saumur. Jak zwykle w ten lipcowy weekend w średniowiecznym miasteczku roiło się od gości spragnionych widoku nie tylko promocji młodych kawalerzystów, lecz także tradycyjnych pokazów jeździeckich, akrobatyki motocyklowej i parady czołgów, których kadłuby wciąż jeszcze były poznaczone wojennymi bliznami.

Był rok 1960. Stara gwardia ustępowała pod naporem kultury masowej, zmieniających się norm i Johnny’ego Hallydaya, lecz w Saumur jeszcze się tego nie czuło. Doroczny pokaz w wykonaniu dwudziestu dwóch elitarnych francuskich jeźdźców, zarówno wojskowych, jak i cywilów, którzy tworzyli Le Cadre Noir, stanowił najważniejsze wydarzenie weekendu Le Carrousel – bilety zawsze wyprzedawały się w ciągu paru dni. Kupowała je miejscowa społeczność, ci, którym wpojono szacunek dla francuskiego dziedzictwa, oraz – z bardziej przyziemnych pobudek – wszyscy zaintrygowani plakatami rozklejonymi w całej Dolinie Loary, które obiecywały „Majestatyczność, tajemnicę i konie przeczące prawom grawitacji”.

Le Cadre Noir powstała niemal dwieście pięćdziesiąt lat temu, po tym jak wojny napoleońskie zdziesiątkowały francuską kawalerię. Aby odbudować to, co kiedyś uważano za elitarną formację, utworzono szkołę w Saumur, mieście będącym domem dla akademii jeździeckiej już w szesnastym wieku. To właśnie tutaj zebrano korpus instruktorów wyselekcjonowany z najlepszych szkół jeź­dziec­kich w Wersalu, Tuileries i Saint-Germain, aby przekazywali oni najwspanialsze tradycje jeździectwa nowemu pokoleniu oficerów, zapoczątkowując nową tradycję.

Wraz z nastaniem czołgów i zmechanizowanych maszyn wojennych Le Cadre Noir stanęła w obliczu pytań o celowość istnienia tej tajemnej organizacji. Od wielu dekad jednak żaden rząd nie czuł się władny rozwiązać akademii, która stała się częścią francuskiego dziedzictwa. Jeźdźcy w czarnych mundurach stanowili ikony, a Francja, ojczyzna L’Académie Française, haute cuisine i haute couture, zawsze rozumiała znaczenie tradycji. Sami jeźdźcy, uznając, że najlepszy sposób na przetrwanie to stworzenie dla siebie nowej roli, poszerzyli swoje kompetencje: poza kształceniem kawalerzystów szkoła otworzyła podwoje, by pokazać wyrafinowane umiejętności swych adeptów i wspaniałe konie masowej publiczności we Francji i za granicą.

W takiej Le Cadre Noir znajdował się obecnie Henri Lachapelle, a pokaz tego wieczoru miał największe znaczenie symboliczne w całym roku, odbywał się bowiem w domu i stanowił szansę zademonstrowania zdobytych ciężką pracą umiejętności przyjaciołom i rodzinie. Powietrze pachniało karmelem, winem i fajerwerkami, a od tysięcy spokojnie poruszających się ciał bił żar. Wokół placu du Chardonnet, w sercu École de Cavalerie i jej eleganckich, miodowych budynków przelewały się tłumy. Odświętny nastrój pogłębiały jeszcze lipcowy upał, nieruchome wieczorne powietrze, atmosfera napiętego wyczekiwania. Dzieci biegały w kółko z balonami i watą cukrową na patyku, a ich rodzice gubili się w tłumie otaczającym stragany, na których sprzedawano papierowe wiatraki i wino musujące, bądź też przechadzali się w roześmianych grupach po moście i wśród kawiarni po północnej stronie. Towarzyszył im niski pomruk podekscytowania wydobywający się z gardeł tych, którzy już zajęli miejsca wokół Grand Manège, rozległej, wysypanej piaskiem areny, i teraz czekali niecierpliwie, wachlując się i pocąc w blednącym świetle dnia.

– Attends!4

Słysząc ten okrzyk, Henri poprawił siodło i uzdę, po raz piętnasty zapytał dresseur, czy jego mundur dobrze leży, po czym pogłas­kał chrapy Gerontiusa, swojego konia, podziwiając wąskie warkocze wstążek, które stajenny wplótł w lśniącą grzywę, i mrucząc słowa pochwały i otuchy w elegancko przycięte uszy zwierzęcia. Gerontius miał siedemnaście lat, według standardów akademii był już staruszkiem i wkrótce miał odejść na emeryturę. Towarzyszył Henriemu od pierwszego dnia w Le Cadre Noir trzy lata temu. Od razu połączyło ich żarliwe uczucie. Tutaj, w obrębie starych murów szkoły, młodzi mężczyźni często całowali chrapy swoich rumaków i szeptali im słówka tak czułe, że wstydziliby się je wypowiedzieć pod adresem kobiety.

– Vous êtes prêt?5 – Grand Dieu, główny jeździec, sunął środkiem areny treningowej w otoczeniu innych écuyers. Pozłacany mundur i trójgraniasty kapelusz stanowiły dowody jego wysokiej rangi. Stanął przed młodymi jeźdźcami i ich pobudzonymi końmi. – To, jak wiecie, jest najważniejsze wydarzenie naszego roku. Ceremonia ta ma już ponad sto trzydzieści lat, a tradycje naszej szkoły sięgają jeszcze dalej, aż do Ksenofonta i epoki starożytnych Greków. Tak wiele w otaczającym nas dzisiaj świecie domaga się zmiany, odrzucenia starych dróg i pościgu za tym, co swobodne i łatwe. Le Cadre Noir wierzy, że wciąż istnieje miejsce dla elity, dla umiłowania doskonałości ponad wszystko. Dzisiaj jesteście ambasadorami pokazującymi, że prawdziwy wdzięk, prawdziwe piękno może być rezultatem tylko dyscypliny, cierpliwości, solidarności i wyrzeczenia. – Rozejrzał się wokół. – Nasza sztuka umiera w chwili stworzenia. Sprawmy, by ludzie z Saumur poczuli się zaszczyceni, że mogli uczestniczyć w takim spektaklu.

Rozległ się pomruk aprobaty, a potem jeźdźcy zaczęli dosiadać koni. Poprawiali czapki, ścierali niewidoczne plamy z butów – wyko­nywali te wszystkie drobne gesty, które pomagają zwalczyć zbliżającą się tremę.

– Jesteś gotowy, Lachapelle? Denerwujesz się?

– Nie, sir. – Henri wyprostował się, czując na sobie wzrok przełożonego, który próbował doszukać się skaz na jego mundurze. Wiedział, że jego udawany spokój zdradza pot spływający po skroniach na sztywną stójkę kołnierza.

– To żaden wstyd odczuwać przypływ adrenaliny podczas pierwszej Carrousel – oświadczył starszy mężczyzna, głaszcząc kark Gerontiusa. – Ten staruszek cię poprowadzi. Wykonasz capriole podczas pokazu drugiej grupy. A potem la croupade na grzbiecie Phantasme. D’accord6?

– Tak jest, sir.

Henri wiedział, że maîtres écuyers nie byli jednogłośni w swojej decyzji o powierzeniu mu tak znaczącej roli w dorocznym przedstawieniu, pamiętali bowiem o jego wątpliwych osiągnięciach w ostatnich miesiącach, o kłótniach oraz o jego rzekomym i katastrofalnym braku dyscypliny… Jego stajenny zdradził mu, o czym mówiło się w siod­lar­ni: że jego buntownicza natura niemal kosztowała go miejsce w Le Cadre Noir.

Nawet nie próbował się bronić. Jak miał bowiem wytłumaczyć tę gigantyczną zmianę, która w nim zaszła? Jak miał im powiedzieć, że dla niego, mężczyzny, który nigdy nie słyszał czułego słowa ani nie czuł delikatnego dotyku, jej głos, jej dobroć, jej piersi, jej zapach i włosy okazały się nie tylko miłą odmianą, lecz wręcz obsesją o wiele potężniejszą niż intelektualne traktaty opisujące niuanse sztuki ujeżdżania?

Dzieciństwo Henriego Lachapelle’a upłynęło pod znakiem chaosu i nieładu oraz dominującego ojca. Szczytem wyrafinowania była butelka wina za dwa franki, a każdy wysiłek nauczenia się czegoś był wyszydzany. Zaciąg do kawalerii okazał się dla Henriego ostatnią deską ratunku, a awanse, które zaowocowały zdobyciem prestiżowego miejsca w Le Cadre Noir, szczytem marzeń każdego mężczyzny. W wieku dwudziestu pięciu lat po raz pierwszy poczuł, że ma dom.

Był wyjątkowo utalentowany. Lata spędzone na farmie nauczyły go ciężkiej pracy. Miał predyspozycje do radzenia sobie z trudnymi końmi. Mówiło się nawet, że pewnego dnia zostanie maître écuyer, a może nawet kolejnym Grand Dieu. Żył w przekonaniu, że rygor, dyscyplina, czysta radość i satysfakcja płynące z nauki wystarczą mu na resztę życia.

Aż w końcu Florence Jacobs z Clerkenwell, która nawet nie lubiła koni, lecz skorzystała z darmowego biletu na przedstawienie francuskiej akademii jazdy w Anglii, zniszczyła to wszystko – jego spokój umysłu, jego determinację, jego cierpliwość. Gdyby spotkał ją później, nabywszy perspektywy, która przychodzi tylko z wiekiem, mógłby sobie wytłumaczyć, że taka namiętność to nieodłączna cecha pierwszej miłości, że ta burza uczuć ucichnie, a może nawet zniknie. Ale Henri – samotnik niemający wielu przyjaciół, którzy mogliby posłużyć mu taką mądrą radą – wiedział tylko, że od chwili, gdy zobaczył ciemnowłosą dziewczynę, która oglądała przedstawienie z szeroko otwartymi oczami przez trzy wieczory z rzędu, nie może przestać o niej myśleć. Przedstawił się jej, choć sam nie wiedział, dlaczego w ogóle odszukał ją po widowisku, a potem każda minuta bez niej wpędzała go w rozdrażnienie lub gorzej: była jak spadanie w nieskończoną, bezsensowną otchłań. Jakie znaczenie mogła więc mieć cała reszta?

Jego determinacja wyparowała w ciągu jednej nocy. Po powrocie do Francji zaczął kwestionować doktrynę, irytowały go detale, które uważał za nieistotne. Zarzucił Devaux, jednemu ze starszych maître écuyer, że ten utknął w przeszłości. Dopiero gdy zignorował trzecią sesję treningową z rzędu, a jego stajenny ostrzegł go, że grozi mu wydalenie, uświadomił sobie, że musi się wziąć w garść. Studiował Ksenofonta, stopniowo przyswajając jego metodę. Trzymał się z dala od kłopotów. Coraz częstsze listy od Florence, która obiecywała, że odwie­dzi go latem, podnosiły go na duchu. Po kilku miesiącach, chyba w nagrodę, przyznano mu kluczową rolę w Le Carrousel: zastąpił Picarta w la croupade – jednym z najtrudniejszych manewrów, jakie może wykonać jeździec – co jeszcze pogłębiło urazę już odczuwaną przez uprzywilejowanego młodego mężczyznę.

Grand Dieu dosiadł swojego konia, potężnego portugalskiego ogiera, po czym wykonał na nim dwa eleganckie kroki w stronę Henriego.

– Nie zawiedź mnie, Lachapelle. Potraktujmy ten wieczór jako nowy początek.

Henri pokiwał głową, nie znajdując słów przez nagły atak zdenerwowania. Dosiadł konia, chwycił wodze i poprawił czarny kapelusz na ostrzyżonych na krótko włosach. Słyszał pomruki tłumu, po których zapadła pełna wyczekiwania cisza, gdy orkiestra zagrała kilka próbnych nut – ten rodzaj głębokiej ciszy, która może towarzyszyć tylko tysiącowi oczekujących na coś w napięciu osób. Jak przez mgłę docierały do niego życzenia powodzenia, które składali sobie jego towarzysze, aż w końcu poprowadził Gerontiusa na miejsce w środku ustawionych w wojskowym, równym szyku, błyszczących, ozdobionych wstążkami koni. Jego rumak niecierpliwił się w oczekiwaniu na pierwszy rozkaz, gdy ciężka czerwona kurtyna podniosła się, zapraszając ich na zalaną światłem arenę.

Choć na pierwszy rzut oka dwudziestu dwóch jeźdźców zachowywało pozory spokoju i uporządkowania, a ich publiczne wystąpienia były pełne lekkości i wdzięku, życie w Le Cadre Noir stanowiło wyzwanie zarówno fizyczne, jak i intelektualne. Henri Lachapelle codziennie czuł się wyczerpany; do łez frustracji doprowadzały go niekończące się krytyczne uwagi maîtres écuyers i fakt, że nie potrafił przekonać ogromnego, bardzo nerwowego konia do wykonywania figur nad ziemią według wyśrubowanych standardów szkoły. Na własnej skórze odczuwał, nawet jeśli nie potrafił tego udowodnić, uprzedzenia wobec tych, którzy wstępowali do elitarnej szkoły z szeregów armii, jak on, a nie drogą rywalizacji w zawodach dla cywilów, tak jak pochodzący z wyższych sfer członkowie francuskiej socjety, którym od początku towarzyszył luksus posiadania doskonałych koni i czasu na wypracowanie tych umiejętności. W teorii w Le Cadre Noir wszyscy byli równi, odróżniali się od siebie tylko zręcznością na końskim grzbiecie. Henri miał jednak świadomość, że egalitaryzm kończy się na jednakowych mundurach z serży.

Mimo to powoli, miarowo, pracując od szóstej rano do późnego wieczora, parobek z Tours zbudował sobie reputację osoby, która nie boi się wysiłku i ma rękę do najtrudniejszych koni. Henri Lachapelle, jak zauważali maîtres écuyers, patrząc na niego spod daszków czarnych czapek, ma „spokojny dosiad”. Jest sympathique7. To właśnie z tego powodu oprócz swojego ukochanego Gerontiusa otrzymał także Phantasme, wybuchowego, młodego stalowoszarego wałacha, któremu wystarczyła najbłahsza wymówka, aby zachować się katastrofalnie. W głębi ducha Henri przez cały tydzień obawiał się skutków decyzji obsadzenia Phantasme w takiej roli. Teraz jednak, gdy spoczywał na nim wzrok tłumu, melodyjne piękno smyczków wypełniało jego uszy, a miarowy krok Gerontiusa kołysał nim lekko, poczuł się nagle uskrzydlony, jak u Ksenofonta. Czuł na sobie pełen podziwu wzrok Florence, wiedział, że później jego wargi dotkną jej skóry, i dzięki temu dosiadł konia jeszcze głębiej, jeszcze bardziej elegancko, kierując rumakiem weteranem z taką lekkością, że kształtne uszy zwierzęcia aż zastrzygły z rozkoszy. Do tego właśnie zostałem stworzony, pomyślał z wdzięcznością. Wszystko, czego potrzebuję, jest tutaj. Widział płomienie pochodni migoczące na ścianach i wiekowych filarach, słyszał rytmiczne uderzenia końskich kopyt, które współgrały ze sobą wokół niego. Cwałował w formacji wokół maneża zatracony w chwili, świadomy tylko konia, który tak pięknie się pod nim poruszał, i stukotu jego kopyt, który budził w nim radość. Stary rumak się popisywał.

– Siedź prosto, Lachapelle. Dosiadasz konia jak wieśniak.

Zamrugał, zerkając na Picarta, który jechał obok niego ramię w ramię.

– Co się tak wiercisz? Twoja dziwka cię czymś zaraziła? – syknął pod nosem Picart.

Henri już miał coś powiedzieć, lecz powstrzymał się, gdy Grand Dieu zawołał:

– Levade!

Na tę komendę jeźdźcy ustawili swoje konie na tylnych nogach, wywołując burzę oklasków.

Gdy konie znów uderzyły przednimi kopytami o ziemię, Picart się odwrócił, ale jego głos wciąż był wyraźnie słyszalny.

– Ona też pieprzy się jak wieśniaczka?

Henri przygryzł wargę od wewnątrz, zmuszając się do zachowania spokoju. Nie mógł pozwolić, by jego gniew spłynął przez lejce na obdarzonego słodką naturą konia. Słyszał, jak prezenter objaśnia szczegóły techniczne ruchów jeźdźców, i próbował zebrać myśli, by słowa mogły przez niego przeniknąć. Pod nosem powtórzył radę Ksenofonta: „Gniew osłabia skuteczną komunikację z koniem”. Nie zamierzał pozwolić, by Picart popsuł mu ten wieczór.

– Mesdames et messieurs8, a teraz pośrodku areny zobaczycie, jak monsieur de Cordon wykonuje lewadę. Zwróćcie uwagę, jak koń balansuje na tylnych nogach dokładnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

Henri niemal nie zauważył czarnego konia stającego dęba gdzieś za nim ani nagłej burzy oklasków. Zmusił się do tego, by się skupić i przykuć uwagę Gerontiusa. Wciąż jednak myślał o minie Florence, gdy Picart wykrzyczał swoje obsceniczne uwagi tuż obok niej, i o niepokoju, który przemknął po jej twarzy. A jeśli znała francuski lepiej, niż deklarowała?

– A teraz zobaczycie Gerontiusa, jednego z naszych starszych koni, który wykona kapriolę. Ta figura należy do najbardziej wymagających zarówno dla konia, jak i jeźdźca. Koń wybija się w górę i będąc jeszcze w powietrzu, wyrzuca obie tylne nogi do tyłu.

Henri zwolnił, koordynując opór własnych dłoni z szybkimi ruchami ostróg. Poczuł, że koń zaczyna się pod nim kołysać w terre à terre9, stacjonarnym, miarowym ruchu, który budował pod nim moc. Już ja im pokażę, pomyślał, a potem dodał: pokażę jemu.

Wszystko inne zniknęło. Pozostał tylko on i dzielny stary koń rosnący w siłę. Zawołał Derrière!10, zbliżył rękę z pejczem do końskiego zadu, wbił ostrogi w brzuch zwierzęcia i Gerontius poszybował w górę, w powietrze, wyrzucając tylne nogi poziomo za siebie. Nagle rozbłysły oślepiające flesze, z wszystkich stron rozległy się okrzyki zachwytu i oklaski, a Henri pocwałował ku czerwonej kurtynie, po drodze zerkając na Florence, która również wstała, by bić mu brawo. Jej wargi rozciągały się w dumnym uśmiechu.

– Bon! C’était bon!11 – Już zsuwał się z grzbietu Gerontiusa, masując dłonią końskie łopatki. Dresseur odprowadził konia. Jak przez mgłę docierały do niego okrzyki aprobaty, a potem zmiana tempa muzyki na arenie i widok dwóch innych écuyers za czerwoną kurtyną, którzy wykonywali własne manewry, prowadząc konie na długich uzdach.

– Phantasme jest bardzo zdenerwowany. – Stanął przed nim stajenny, który z troską zmarszczył grube czarne brwi. Udzielił nagany szaremu rumakowi, który kręcił się wokół nich. – Uważaj na niego, Henri.

– Poradzi sobie – odparł Henri z roztargnieniem, podnosząc czapkę, by otrzeć pot z czoła.

Stajenny wręczył uzdę czekającym za nim jeźdźcom, po czym odwrócił się do Henriego i ostrożnie zdjął mu czapkę. Ten manewr wykonywało się z odkrytą głową, aby uniknąć ryzyka związanego z tym, że czapka może się zsunąć, ale bez niej Henri zawsze czuł się osobliwie obnażony.

Spojrzał na stalowoszarego wałacha, który wkroczył na arenę z szyją ciemną od potu, z obu stron otoczony ludźmi.

– Idź. No już. Idź. – Dresseur otrzepał tył jego kurtki, po czym wepchnął go na arenę.

Konia otaczali trzej écuyer – dwaj z przodu i jeden z tyłu.

Henri stanął w powodzi świateł, żałując nagle, że nie czuje obok siebie uspokajającej obecności zwierzęcia.

– Bonne chance!12 – usłyszał jeszcze głos stajennego, zanim zagłuszył go aplauz.

– Mesdames et messieurs, voilà la croupade13, która wywodzi się z siedemnastowiecznej kawalerii, kiedy to była traktowana jak sprawdzian umiejętności kawalerzysty utrzymania się w siodle. Trzeba czterech, a nawet pięciu lat, by opanować ten manewr. Monsieur Lachapelle będzie dosiadał Phantasme bez lejców i bez strzemion. Manewr ten, sięgający korzeniami czasów greckich, wymaga o wiele więcej od jeźdźca niż od konia. Dla niektórych to bardziej elegancka wersja rodea.

Rozległ się śmiech. Henri, na wpół oślepiony światłami, zerknął na Phantasme, który przewracał białkami oczu z mieszaniną zdenerwowania i ledwie skrywanej furii. Będąc z natury koniem akrobatą, nie lubił, gdy trzymało się go stanowczo za łeb, a hałas, odgłosy i zapachy La Carrousel zdawały się jeszcze pogarszać jego już zły humor.

Henri dotknął spiętych łopatek konia.

– Sza – wymruczał. – Już dobrze. Już dobrze.

Kątem oka zauważył, że Duchamp i Varjus, dwaj mężczyźni z przodu, uśmiechają się przelotnie. Obaj byli doświadczonymi jeźdźcami i od razu wyczuli zmianę nastroju zwierzęcia.

– Dosiądź go głębiej, co? – doradził Varjus z uśmiechem, podsadzając go. – Un, deux, trois…14 Hop.

Koń emanował napięciem. To dobrze, powiedział sobie Henri, prostując się w siodle. Adrenalina doda mu wysokości. Będzie to lepiej wyglądało w oczach tłumu i w oczach Grand Dieu. Zmusił się, by głęboko oddychać. Dopiero gdy zaplótł dłonie na krzyżu w tradycyjnej pasywnej postawie, która zawsze kojarzyła mu się nieprzyjemnie z pojmanym zbiegiem, opuścił wzrok i uświadomił sobie, kogo ustawiono przy zadzie Phantasme.

– Może się przekonamy, jakim jeźdźcem naprawdę jesteś, Lachapelle? – powiedział Picart.

Henri nie miał czasu na odpowiedź. Wyciągnął nogi jak najdalej i zacisnął dłonie w rękawiczkach za plecami. Usłyszał, jak prezenter dodaje coś jeszcze, i poczuł aurę wyczekiwania na arenie.

– Attends15.

Varjus obejrzał się za siebie. Terre à terre już pod nim narastał.

– Un, deux, derrière!16

Poczuł, jak w koniu wzmaga się chęć wykonania manewru, usłyszał nagły trzask bicza, którym Picart uderzył rumaka w zad. Phantasme wierzgnął, stanął dęba na przednich nogach, a Henri poleciał do przodu smagnięty batem, z trudem utrzymując dłonie za plecami. Koń odzyskał równowagę, a wokół rozległy się oklaski.

– Nieźle, Lachapelle – usłyszał pomruk Varjusa stojącego przy piersi Phantasme.

I nagle, zanim zdołał się przygotować, znów usłyszał Derrière! Tylne nogi Phantasme wyrzuciły go w górę i do przodu, i tym razem musiał rozłożyć ręce na boki, by utrzymać równowagę.

– Nie tak szybko, Picart. Wysadzisz go z siodła.

Zdezorientowany Henri usłyszał poirytowany głos Varjusa i ledwie wstrzymywany kwik bólu konia, gdy jego grzbiet napiął się pod nim.

– Dwie sekundy. Dajcie mi dwie sekundy – mruknął, próbując się wyprostować. Zanim mu się to jednak udało, bicz znów trzasnął. Tym razem głośniej i z góry, sprawiając, że koń wierzgnął wyjątkowo mocno. Henri poczuł, że znów leci do przodu, a odległość pomiędzy nim a siodłem zaczęła gwałtownie, niepokojąco rosnąć.

Phantasme rzucił się w bok wściekły, a stojący z przodu jeźdźcy z trudem go utrzymali. Varjus syknął coś, czego Henri nie usłyszał. Byli już blisko czerwonej kurtyny. Zauważył Florence w żółtej sukience, widział jej konfuzję i niepokój. A potem rozległo się:

– Enfin! Derrière!17

Zanim zdołał się poprawić, bicz znów trzasnął za nim. Znów poleciał do przodu, wyginając plecy, a Phantasme, rozwścieczony nierozsądnym użyciem pejcza, zaczął się ciskać do przodu i na boki, aż Henri w końcu stracił równowagę. Przesunął się na pleciony grzebień szyi, przewrócił do góry nogami, sięgnął grzywy, lecz koń znów stanął dęba, a wtedy Henri – z głośnym stęknięciem – uderzył o ziemię.

Leżał tam, niemal nie zauważając poruszenia na arenie: przeklinającego Varjusa, protestującego Picarta, śmiejącego się prezentera. Gdy uniósł głowę z piasku, usłyszał słowa:

– I proszę bardzo. Bardzo trudny manewr do usiedzenia. W przyszłym roku będzie lepiej, prawda, monsieur Lachapelle? Widzicie, mesdames et messieurs, czasami trzeba ćwiczyć wiele, wiele lat, by osiągnąć bardzo wysokie standardy maître écuyer.

Usłyszał un, deux, trois i nagle znów znalazł się przy nim Varjus, sykiem nakazując mu, by na powrót dosiadł konia. Spojrzał na siebie i zauważył, że jego nieskazitelny czarny mundur jest cały pokryty piaskiem. Dosiadł konia i razem obeszli arenę przy wtórze współczujących oklasków. Najboleśniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał. Był otępiały z szoku. Widział, że Varjus i Picart kłócą się szeptem, ale prawie ich nie słyszał przez szum krwi w uszach.

– Co to było? – Varjus kręcił głową. – Nikt jeszcze nigdy nie upadł podczas la croupade. Przez ciebie wyszliśmy na głupców.

Dopiero po chwili Henri uświadomił sobie, że Varjus mówi do Picarta.

– Nie moja wina, że jedyne, co Lachapelle potrafi ujeżdżać, to jego angielska dziwka.

Henri zsunął się z końskiego grzbietu i podszedł do Picarta. Dzwoniło mu w uszach. Nie był nawet świadom, że zadał pierwszy cios, usłyszał tylko głośny chrzęst swoich knykci na zębach mężczyzny i niemal natychmiast odczuł satysfakcję płynącą z tego dźwięku i fizycznej świadomości, że coś zostało złamane, zanim jeszcze ból uświadomił mu, że mogła to być jego ręka.

Konie zarżały i rozpierzchły się. Mężczyźni krzyczeli. Picart leżał na piasku z dłonią przyciśniętą do twarzy i oczami zogromniałymi z szoku. W końcu podniósł się i rzucił na Henriego, staranował go głową, pozbawiając go tchu. Taki ruch mógłby powalić większego mężczyznę, a Henri miał tylko metr siedemdziesiąt wzrostu, ale pomogło mu dzieciństwo, podczas którego takie bójki były powszechne, oraz sześć lat w Gwardii Narodowej. Po kilku sekundach siedział na Picarcie i okładał pięściami jego twarz, policzki i tors z wściekłością, która wzbierała w nim od kilku miesięcy.

Jego knykcie napotkały coś twardego i skóra na nich pękła. Jego lewe oko spuchło na skutek brutalnego ciosu. Miał piasek w ustach. A potem jakieś ręce zaczęły go odciągać, bić, rugały go uniesione z niedowierzania głosy.

– Picart! Lachapelle!

Mgła spowijająca jego wzrok rozwiała się, wstał, plując i chwiejąc się. Ktoś chwycił go za ramiona, jego uszy wciąż wypełniało smyczkowe adagio rozlegające się za kurtyną. Grand Dieu stał przed nim z twarzą czerwoną z gniewu.

– Co. To. Do cholery. Jest?

Henri pokręcił głową, zauważając przy tym rozpraszające się kropelki krwi.

– Sir… – Dyszał ciężko, dopiero teraz uświadamiając sobie powagę swojego błędu.

– Le Carrousel! – syknął Grand Dieu. – Uosobienie powagi i godności. Dyscypliny. Gdzie twoja samokontrola? Obaj okryliście nas hańbą. Wracaj do stajni. Ja mam występ do dokończenia.

Grand Dieu dosiadł konia, gdy obok przemknął Picart, przyciskając chusteczkę do poszarzałej twarzy. Henri odprowadził go wzrokiem. Powoli docierało do niego, dlaczego za kurtyną panuje taka osobliwa cisza. Oni wszystko widzieli, uświadomił sobie z przerażeniem. Wiedzą.

– Dwie drogi. – Grand Dieu spojrzał na niego z grzbietu portugalskiego rumaka. – Dwie drogi, Lachapelle. Powiedziałem ci ostatnim razem. To był twój wybór.

– Nie mogę… – zaczął mówić.

Grand Dieu wyjechał już jednak na skąpaną w powodzi świateł arenę.

1 nabrzeże, bulwar (fr.). Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

2 czyż nie? (fr.)

3 Powodzenia, jeźdźcu (fr.)

4 Uwaga! (fr.)

5 Jesteście gotowi? (fr.)

6 Zgoda? (fr.)

7 życzliwy, pełen empatii (fr.)

8 Panie i panowie (fr.)

9 Dosł. na ziemi, przy ziemi (fr.). W tym wypadku chodzi właśnie o stacjonarny, miarowy ruch konia, będący przygotowaniem do wykonania figury „szkoły nad ziemią”.

10 Zad! (fr.)

11 Dobrze! To było niezłe! (fr.)

12 Powodzenia! (fr.)

13 Panie i panowie, a oto krupada (fr.)

14 Raz, dwa, trzy… (fr.)

15 Uwaga (fr.)

16 Raz, dwa, zad! (fr.)

17 No dalej! Zad! (fr.)

Rozdział pierwszy

Bo też i jest koń unoszący się czemś tak niezmiernie pięknem, podziwienia godnem i zachwycającem, że wszystkich nań spoglądających młodych po równo jak starych spojrzenia niewoli.

Ksenofont, Hippika, czyli jazda konna18

Sierpień

Pociąg z szóstej czterdzieści siedem zmierzający na stację Liverpool Street kołysał się ciężko na torach. Panował w nim wyjątkowy jak na tak wczesną porę tłok. Natasha Macauley usiadła, już zgrzana pomimo chłodnego poranka, i wymruczała przeprosiny do kobiety, która musiała przesunąć swoją kurtkę, by zrobić jej miejsce. Mężczyzna w garniturze, który wsiadł za nią, wcisnął się pomiędzy pasażerów naprzeciwko i od razu rozłożył gazetę, nie zwracając uwagi na to, że częściowo zasłonił nią książkę swojej sąsiadki.

Nie była to typowa droga Natashy do pracy. Poprzednią noc spędziła w hotelu w Cambridge, gdzie została po seminarium prawniczym. W kieszeni żakietu miała satysfakcjonującą liczbę wizytówek od adwo­katów i radców prawnych. Gratulowali jej wystąpienia i sugerowali spotkania oraz możliwość pracy. Tanie białe wino, które lało się strumieniami, ciążyło jej teraz na żołądku. Pożałowała przelotnie, że nie znalazła czasu na śniadanie. Zazwyczaj nie piła, a trudno było jej pilnować spożycia podczas takich wydarzeń, gdy bezustannie napełniano jej kieliszek, jednocześnie rozpraszając ją rozmową.

Zacisnęła palce na parzącym styropianowym kubku z kawą i zerknęła do swojego kalendarza, obiecując sobie, że w środku dnia wykroi dla siebie więcej niż pół godziny, by pozbierać myśli. Wpisze też do kalendarza godzinę na siłowni. Na lunch również poświęci godzinę. Zacznie o siebie dbać, o czym wciąż przypominała jej matka.

Na razie jednak wpisy głosiły:

* 9.00 LA vs Santos, sala 7

* Rozwód Perseyów. Badania psychologiczne dziecka?

* Honoraria! Pogadać z Lindą o pomocy prawnej.

* Fielding – gdzie zeznanie świadka? FAKS MUSI WYJŚĆ DZISIAJ

Na każdą stronę przez co najmniej dwa kolejne tygodnie składały się nieustępliwe, bez końca przepisywane serie list. Jej koledzy z kancelarii Davison Briscoe w większości przestawili się na notesy elektroniczne – tablety i BlackBerry – które prowadziły ich przez życie, lecz ona preferowała prostotę długopisu i papieru, choć Linda narzekała, że jej grafiku nie sposób odczytać.

Upiła łyk kawy, zauważyła datę i skrzywiła się. Dopisała:

* Kwiaty/przepr. Mamę – urodziny

Pociąg toczył się ku Londynowi, a równiny Cambridgeshire powoli ustępowały miejsca szarym, przemysłowym przedmieściom. Natasha wpatrywała się w papiery, próbując się skoncentrować. Siedziała naprzeciwko kobiety, która uważała, że hamburger z dodatkowym serem to doskonały pomysł na śniadanie, i nastolatka, którego obojętna mina stanowiła osobliwy kontrast w stosunku do dudnienia dobywającego się z jego słuchawek. Zapowiadał się boleśnie gorący dzień: żar sączył się do zatłoczonego przedziału, przekazywany i wzmacniany przez ściśnięte ciała.

Zamknęła oczy, żałując, że nie potrafi zasnąć w pociągu, po czym otworzyła je, słysząc sygnał komórki. Przeszukała torebkę i zlokalizowała ją pomiędzy podkładem a portmonetką. Rozbłysła wiadomość tekstowa:

Miejscowe władze odroczyły sprawę Watsona. Nie musisz być w sądzie o 9.00. Ben

Od czterech lat Natasha pracowała w Davison Briscoe jako radca prawny i adwokat, specjalizując się w reprezentowaniu nieletnich. Dzieci występowały w sądzie mniej speszone, mając u boku kobietę, w której biurze już wcześniej złożyły zeznania. Natasha z kolei lubiła nawiązywać bliższe relacje ze swoimi klientami, nie rezygnując przy tym z udziału w procesach.

Dzięki. Za pół godziny będę w biurze

– odpisała z westchnieniem ulgi. Potem przeklęła cicho; zupełnie niepotrzebnie zrezygnowała ze śniadania.

Już miała odłożyć telefon, gdy znów zadzwonił. To był Ben, jej stażysta.

– Chciałem ci tylko przypomnieć, że… aa… przełożyliśmy tę pakistańską dziewczynkę na dziesiątą trzydzieści.

– Tę, której rodzice walczą o prawo opieki?

Siedząca obok niej kobieta chrząknęła znacząco. Natasha podnios­ła wzrok, zauważyła tabliczkę „Zakaz używania telefonów komórkowych” na oknie, pochyliła głowę i zaczęła kartkować notes.

– O drugiej mamy jeszcze rodziców od porwania dziecka. Możesz zebrać potrzebne papiery? – wymamrotała.

– Już zebrałem. I kupiłem croissanty – dodał Ben. – Założyłem, że nic jeszcze nie jadłaś.

Nigdy nie miała na to czasu. Gdyby nie program stażów w Davison Briscoe, pewnie umarłaby z głodu.

– Migdałowe. Twoje ulubione.

– Daleko zajdziesz dzięki temu podlizywaniu się, Ben.

Zamknęła komórkę i futerał. Właśnie wyjmowała akta dziewczynki z teczki, gdy jej telefon znów zadzwonił.

Tym razem rozległo się pełne dezaprobaty cmoknięcie. Wymamrotała przeprosiny, nie patrząc nikomu w oczy.

– Natasha Macauley.

– To ja, Linda. Właśnie dzwonił Michael Harrington. Zgodził się pomóc ci z rozwodem Perseyów.

– Świetnie. – W tym wypadku w grę wchodziły duże pieniądze i spór o opiekę. Potrzebowała eksperta, który wziąłby na siebie kwestie finansowe.

– Chce omówić z tobą kilka spraw dziś po południu. Masz czas o drugiej?

Zastanawiała się nad tym, gdy nagle dotarło do niej, że kobieta obok mamrocze coś pod nosem nieprzyjaznym tonem.

– Chyba tak. – Przypomniała sobie, że wrzuciła notes do aktówki. – Och. Nie. Coś wtedy mam.

Kobieta poklepała ją po ramieniu. Natasha zasłoniła słuchawkę dłonią.

– To potrwa dwie sekundy – oświadczyła bardziej szorstko, niż zamierzała. – Wiem, że to przedział bez komórek, i bardzo mi przykro, ale muszę dokończyć tę rozmowę.

Wcisnęła telefon pomiędzy ucho a ramię, z trudem wydobyła z torby notes, po czym ze złością odwróciła głowę, gdy kobieta znów poklepała ją po ramieniu.

– Powiedziałam, że to zajmie tylko…

– Mam pani kawę na marynarce.

Natasha opuściła wzrok i zauważyła, że kubek niebezpiecznie balansuje na krawędzi kremowego żakietu.

– Och. Przepraszam. – Podniosła go. – Lindo, czy możemy coś poprzestawiać po południu? Muszę mieć gdzieś jakąś dziurę.

– Haha!

Chichot sekretarki dzwonił jej w uszach, gdy zatrzasnęła klapkę telefonu. Wykreśliła z notesu rozprawę, dopisała spotkanie i już miała odłożyć notes do torby, gdy nagle jej uwagę przykuł nagłówek w gazecie naprzeciwko.

Pochyliła się do przodu, sprawdzając, czy poprawnie przeczytała nazwisko w pierwszym akapicie. Wychyliła się tak bardzo, że mężczyzna trzymający gazetę opuścił ją i zmarszczył brwi.

– Przepraszam – powiedziała, wpatrując się w druk. – Czy mog­łabym… Czy mogłabym zerknąć na pańską gazetę?

Mężczyznę tak zdumiała jej prośba, że nie zdołał odmówić. Wzięła od niego gazetę, otworzyła na właściwej stronie i przeczytała artykuł dwa razy. Krew odpłynęła jej z twarzy, zanim oddała gazetę.

– Dziękuję – mruknęła słabo.

Nastolatek obok uśmiechał się drwiąco, jakby nie mógł uwierzyć, że doszło w jego obecności do takiego naruszenia pociągowej etykiety.

Sarah przecięła drugą kanapkę na pół i ostrożnie owinęła oba zestawy papierem śniadaniowym. Jeden włożyła do lodówki, a drugi wsunęła do swojej torby razem z dwoma jabłkami. Wytarła blat wilgotną ścierką, obejrzała całą kuchnię, szukając okruchów, po czym wyłączyła radio. Papa nienawidził okruchów.

W dole odległe zawodzenie mlekowozu zasygnalizowało jego wyjazd z podwórza. Mleczarz nie wnosił już butelek po schodach, odkąd ktoś odjechał jego furgonetką, gdy wchodził na piąte piętro. Nadal zostawiał butelki dla starszych pań w domu opieki naprzeciwko, ale wszyscy inni musieli chodzić do supermarketu, by przywieźć swoje kartony do domu zatłoczonym autobusem, albo przynieść je w wypchanych reklamówkach. Jeśli udało jej się zbiec na dół, mleczarz pozwalał jej kupić jedno mleko na miejscu; zazwyczaj zdążała.

Zerknęła na zegarek, a potem na papierowy filtr, sprawdzając, czy ciemnobrązowy płyn już się przesączył. Co tydzień powtarzała papie, że ta prawdziwa kawa kosztuje o wiele więcej niż rozpuszczalna, ale on tylko wzruszał ramionami i mówił, że to byłaby pozorna oszczędność. Wytarła dno kubka, wyszła na wąski korytarz i stanęła przed drzwiami jego pokoju.

– Papo? – Wiele lat temu przestała nazywać go dziadkiem.

Pchnęła drzwi ramieniem. Mały pokój był skąpany w świetle poranka, tak że przez chwilę można by nawet udawać, iż na zewnątrz jest coś ładnego, jak plaża albo wiejski ogród, a nie kiepska dzielnica wschodniego Londynu z lat sześćdziesiątych. Po drugiej stronie łóżka lśniło małe biurko, na którym leżały schludnie szczotki do włosów i do ubrań oraz fotografia nany. Dziadek pozbył się podwójnego łóżka po jej śmierci – powiedział, że w pokoju zrobi się więcej miejsca, jeśli zacznie spać na pojedynczym. Sarah wiedziała jednak, że nie potrafił się zmierzyć z pustką szerokiego materaca, na którym zabrakło babci.

– Kawa.

Staruszek wsparł się na poduszce i dłonią poszukał okularów na nocnym stoliku.

– Wychodzisz? Która godzina?

– Po szóstej.

Sięgnął po zegarek i zmrużył powieki. Wyglądał dziwnie bezbronnie w piżamie; ubrania nosił jak zbroję. Papa był zawsze odpowiednio ubrany.

– Zdążysz na ten dziesięć po?

– Jeśli pobiegnę. Twoje kanapki są w lodówce.

– Powiedz temu szalonemu kowbojowi, że zapłacę mu po południu.

– Mówiłam mu wczoraj, papo. Nie przeszkadza mu to.

– I niech odłoży trochę jaj. Weźmiemy je jutro.

Zdążyła na autobus, ale tylko dlatego, że minutę się spóźnił. Dysząc ciężko, wpadła do środka. Torba obijała się dziko o jej nogi. Pokazała kartę, po czym usiadła, witając się skinieniem głowy z Hinduską, która każdego ranka siadała na tym samym miejscu naprzeciwko z wiadrem i mopem w dłoni.

– Pięknie – powiedziała kobieta, gdy autobus minął bukmachera.

Sarah obejrzała się za siebie na ponure ulice skąpane w wodnistym świetle poranka.

– Zrobi się – przytaknęła.

– Będzie ci gorąco w tych butach – kontynuowała kobieta.

Sarah poklepała torbę.

– Mam szkolne na zmianę – odparła.

Uśmiechnęły się do siebie niezręcznie, jakby zawstydziło je tyle słów po miesiącach milczenia, po czym Sarah usiadła wygodniej i odwróciła twarz do okna.

Podróż do Kowboja Johna zabierała siedemnaście minut o tej porze dnia; godzinę później, gdy na drogach na wschód miasta tworzyły się korki, wydłużała się niemal trzykrotnie. Sarah zazwyczaj zjawiała się na miejscu przed nim i była jedyną osobą, której powierzył dodatkowe klucze. Wypuszczała kury, zanim nadszedł na sztywnych nogach. Często najpierw słyszała jego śpiew.

Sheba, owczarek alzacki, szczeknęła raz, gdy Sarah mocowała się z kłódką na bramie z drutu, ale kiedy tylko uświadomiła sobie, kto to, usiadła i czekała, uderzając ogonem o ziemię. Sarah rzuciła jej przysmak z kieszeni i weszła na małe podwórko, zamykając za sobą bramę z cichym trzaskiem.

Dawniej w tej części Londynu było więcej stajni upchniętych na końcach wąskich brukowanych ulic za wrotami stodół i pod arkadami. Konie ciągnęły platformy browarnicze, wózki z węglem i wozy łachmaniarzy, często też widywało się ukochane przez rodziny anglo-

-normandzkie koniki lub parę kłusaków na przejażdżce w parku w niedzielne popołudnie. Kowboj John należał do tych nielicznych, którzy pozostali na miejscu. Zajmował cztery arkady kolejowe, w które wbudowano stajnie i boksy na odległym końcu alei dochodzącej aż do ruchliwej ulicy. Przed arkadami rozciągało się ogrodzone murem, wybrukowane podwórze, na którym piętrzyły się palety, klatki dla kurcząt, kosze, skrzynia lub dwie. Stały tam też stare samochody, którymi handlował Kowboj John, oraz nigdy niewygaszany koksiak. Co dwadzieścia minut w górze przejeżdżał pociąg podmiejski, lecz ani ludzie go nie zauważali, ani zwierzęta nie zwracały na niego uwagi. Kurczaki dziobały ziemię, koza z zastanowieniem żuła wszystko, czego nie powinna, a Sheba wpatrywała się czujnie bursztynowymi oczami w świat za bramą, gotowa szczekać na każdego, kogo nie miała na liście gości.

Teraz w stajniach mieszkało dwanaście koni, w tym dwa bliźniacze klajdesdale należące do Tony’ego, emerytowanego woźnicy, kłusaki o pięknych szyjach i dzikich oczach należące do Sala Maltańczyka i jego kumpli od nielegalnych wyścigów, a także kilka zaniedbanych kuców trzymanych tam przez miejscowe dzieci. Sarah nie miała pojęcia, ile osób wie o ich istnieniu – na pewno wiedział dozorca parkowy, który regularnie przeganiał ich z błoń. Czasami otrzymywali też listy adresowane do „Właścicieli koni w Sparepenny Lane Arches”, w których grożono im procesami sądowymi, jeśli nadal będą użytkować bezprawnie ten teren. Kowboj John śmiał się w takich wypadach i wrzucał listy do koksiaka.

– O ile mi wiadomo, konie były tu pierwsze – mawiał.

Utrzymywał, że jest jednym z pierwszych członków filadelfijskich Black Cowboys. Nie byli to prawdziwi kowboje, to znaczy nie tacy od zaganiania bydła. W Ameryce również funkcjonowały takie miejskie stajnie jak ta jego, powtarzał, tylko większe, w których mężczyźni mogli trzymać i wystawiać do wyścigów swoje zwierzęta, a dzieciaki mogły się uczyć i wychodzić poza swoje getta. Przyjechał do Londynu w latach sześćdziesiątych za kobietą, która jednak „za bardzo zawracała głowę”. Miasto mu się spodobało, ale tak bardzo tęsknił za swoimi końmi, że kupił kulejącego araba czystej krwi na targu w Southall, a od rady miasta nabył rozpadające się ze starości wiktoriańskie stajnie. Podobno rada od tamtej pory nieraz żałowała tej decyzji.

Kowboj John był obecnie człowiekiem instytucją albo też utrapieniem, w zależności od punktu widzenia. Urzędnicy go nie lubili, wiecznie wydawali ostrzeżenia o zdrowiu publicznym i nakazywali deratyzacje, choć John powtarzał im, że mogliby siedzieć w jego stajni przez całą noc zanurzeni w sosie serowym i nie zobaczyliby ani jednego szczura – miał przecież stado wygłodniałych kotów. Deweloperzy go nie lubili, ponieważ chcieli wcisnąć tam swoje bloki, a Kowboj John nie zamierzał sprzedać ziemi. Sąsiedzi natomiast nie protestowali: codziennie wpadali, by z nim porozmawiać albo kupić od niego świeże produkty rolne, którymi handlował. Lubiły go miejscowe restauracje: czasami Ranjeet lub Neela z Raj Palace dzwonili, jeśli potrzebowali kury, jaj lub kozy. Byli też ludzie tacy jak Sarah, która spędzała w stajniach każdą wolną od szkoły chwilę. Schludne wiktoriańskie boksy, stogi siana i słomy stanowiły ucieczkę od nieustającego hałasu i chaosu otaczającego je miasta.

– Wypuściłaś już tę głupią gęś?

Sarah właśnie podrzucała siano kucom, gdy nadszedł Kowboj John. Miał na głowie swojego stetsona – na wypadek gdyby nie wszyscy wiedzieli, kim jest – a jego zapadnięte policzki zaróżowiły się z wysiłku, którego wymagało chodzenie i palenie w coraz cieplejszym słońcu.

– Nie. Ciągle skubie mnie po nogach.

– Mnie też. Zapytam w tej nowej restauracji, czy jej nie wezmą. Mówię ci, całe kostki mam posiniaczone.

Urwali, żeby zerknąć na przerośniętego ptaka, którego John kupił pod wpływem impulsu na targu w zeszłym tygodniu.

– Sos śliwkowy! – warknął, na co gęś syknęła w odpowiedzi.

Sarah nie pamiętała czasów, kiedy nie spędzała większości dni na Sparepenny Lane. Gdy była mała, papa sadzał ją na włochatych kucach szetlandzkich Kowboja Johna, a nana cmokała z dezaprobatą, jakby miłość papy do koni nie należała do pasji wartych przekazywania. Gdy jej matka uciekła z domu, papa przywoził ją tutaj, by nie musiała słuchać płaczu nany ani jej pokrzykiwania na córkę i błagań, by w końcu sporządniała, gdy ta czasami wracała.

To tutaj papa nauczył ją jeździć, poganiał ją w górę i w dół ulicy, aż opanowała kłus. Papie bardzo nie podobało się podejście większości właścicieli, którzy u Kowboja Johna trzymali swoje konie. Mieszkanie w mieście to nie jest wymówka, żeby koń nie mógł codziennie ćwiczyć, powtarzał. Nigdy nie pozwalał jej jeść, zanim nie nakarmiła konia, ani wykąpać się, zanim nie wypastowała swoich butów. A potem, po śmierci nany, zjawił się Baucher, którego nazywali zdrobniale Boo. Oboje potrzebowali czegoś, na czym mogliby się skupić, powodu, by wyjść z domu, który przestał być domem. Papa, który poznał już niebezpieczeństwa grożące szalonookim nastolatkom, doszedł do wnios­ku, że Sarah potrzebuje jakiegoś wentyla. Zaczął więc szkolić miedzianego źrebaka i własną wnuczkę. Uczył ją czegoś więcej niż tylko tego, co miejscowe dzieciaki nazywały jazdą: wskoczenia na grzbiet kuca i galopu ulicami miasta aż do mokradeł, przeskakiwania przez parkowe ławki, skrzynki z owocami i inne przeszkody, które wywoływały dreszcz. Papa musztrował ją w tematach, o których tamci nie mieli pojęcia – odpowiednim co do milimetra kącie zgięcia dolnej nogi i idealnym bezruchu rąk – aż zanosiła się płaczem, bo czasami miała po prostu ochotę powygłupiać się z innymi, a on jej na to nie pozwalał. Nie dlatego, że chciał ustrzec nogi Boo przed asfaltową nawierzchnią, lecz dlatego, że, jak mówił, ona musi się nauczyć, iż jedynymi sposobami, by osiągnąć coś magicznego, są ciężka praca i dyscyplina.

Cały czas to powtarzał. To dlatego John i inni nazywali go Kapitanem. To miał być żart, lecz Sarah wiedziała, że trochę się go też boją.

– Chcesz herbaty? – Kowboj John wskazał gestem czajnik.

– Nie. Mam tylko pół godziny. Dzisiaj muszę być wcześniej w szkole.

– Wciąż pracujesz nad tymi sztuczkami?

– W zasadzie – odparła z przesadną uprzejmością – dzisiaj będziemy pracować nad trawersem z lotną zmianą nóg i nad piaffem. Zgodnie z poleceniem Kapitana. – Pogłaskała konia po lśniącej szyi.

Kowboj John parsknął śmiechem.

– Jedno muszę przyznać twojemu staruszkowi. Gdy następnym razem cyrk zjedzie do miasta, będą się o niego zabijać.

W branży Natashy nierzadko zdarzało się, że w ciągu paru tygodni dziecko raz reprezentowane przed sądem stawało przed nim znowu z powodu nałożenia zakazu zachowań antyspołecznych lub nakazu skierowania do zakładu dla nieletnich. Czasami takie wypadki trafiały na łamy gazet. Ten młodociany ją jednak zaskoczył, nie tyle z powodu powagi przestępstwa, ile tego, kim był. Dzień po dniu dzieci przychodziły do kancelarii i opowiadały historie pełne rozpaczy o przemocy i zaniedbaniach. Zazwyczaj wysłuchiwała ich, nawet nie mrugnąwszy okiem. Po dziesięciu latach znała ich już tyle, że tylko nieliczne wykraczały poza standardową listę pytań: Czy spełnia kryteria? Czy podpisała papiery? Jak mocna jest ta linia obrony? Czy będzie z niego wiarygodny świadek? Ali Ahmadi powinien wypaść jej z głowy tak jak pozostali klienci przeanalizowani przez jej podwładnych, kolejne nazwisko w wykazie sądowym, o którym można od razu zapomnieć.

Zjawił się w jej biurze dwa miesiące temu ze zmęczonym, pustym, nieufnym, zrozpaczonym spojrzeniem, które nieraz już widywała, stopami wciśniętymi w tanie tenisówki z darów i w za dużej koszuli zwisającej z jego szczupłych barków. Potrzebował nakazu sądowego unieważniającego jego deportację do kraju ojczystego, który według jego słów niemal go zniszczył.

– Nie zajmuję się prawem migracyjnym – wyjaśniła, ale Ravi, prawnik od takich spraw, wziął dzień urlopu, a oni rozpaczliwie potrzebowali pomocy.

– Proszę – powiedziała matka zastępcza. – Znam cię, Natasho. Wiem, że możesz to dla nas zrobić. – Dwa lata temu prawniczka reprezentowała inne z jej dzieci.

Natasha przejrzała dokumenty, podniosła wzrok i uśmiechnęła się do chłopca, a on po chwili odpowiedział tym samym. Jego uśmiech nie wyrażał pewności, lecz raczej rezygnację. Jakby wiedział, że tego się po nim spodziewa. Gdy przeglądała notatki, zaczął mówić, coraz bardziej się zapalał, gdy kobieta tłumaczyła, a jego dłonie ilustrowały słowa, których mogła nie zrozumieć.

Jego rodzina stała się celem ataków, ponieważ działała w opozycji. Ojciec zniknął w drodze z pracy do domu. Matka została pobita na ulicy, a potem zniknęła razem z jego siostrą. Desperacja popchnęła Alego do pokonania pieszo drogi do granicy w trzynaście dni. Zaczął bezgłośnie płakać, gdy mówił. Mrugał, by powstrzymać łzy z młodzieńczym wstydem. Powiedział, że go zabiją, jeśli wróci do domu. Miał piętnaście lat.

Nie była to szczególnie wyróżniająca się historia.

Linda stała przy drzwiach.

– Możesz zadzwonić do sądu? Zapytać, czy dostaniemy salę czwartą?

Gdy wychodzili, Natasha położyła dłoń na ramieniu chłopca – nie zauważyła dotąd, jaki jest wysoki. Miała wrażenie, że się kurczył, gdy opowiadał o swoich przejściach, jakby sama opowieść odzierała go z poszczególnych części.

– Zrobię, co w mojej mocy – obiecała – ale nadal wydaje mi się, że z kimś innym miałbyś większe szanse.

Zdobyła dla niego nakaz i nie myślałaby o nim więcej, gdyby nie to, że wkładając papiery do teczki, gotowa opuścić sąd, zauważyła go w rogu sali. Znów płakał, zanosząc się niemym szlochem. Nieco zaskoczona odwróciła wzrok, gdy go mijała, ale chłopak wyrwał się swojej opiekunce, zerwał łańcuszek z szyi i wcisnął go w jej dłonie. Nie patrzył na nią, nawet kiedy mówiła mu, że to niepotrzebne. Po prostu stał z opuszczoną głową i ciałem wygiętym w znak zapytania, z dłońmi przyciśniętymi do jej dłoni, choć jego religia zabraniała takich kontaktów. Przypomniała sobie, jak jego dłonie objęły jej dłonie w osobliwie dorosłym geście.

Te same dłonie, które dwie noce temu przeprowadziły „przedłużający się i brutalny atak” na niewymienioną z nazwiska dwu­dziesto­sześcioletnią ekspedientkę w jej własnym domu.

Jej telefon znów zabrzęczał. Znów rozległo się niezadowolone cmoknięcie, tym razem nieskrywane. Natasha przeprosiła po raz kolejny, wstała, zebrała swoje rzeczy i zaczęła torować sobie drogę przez zatłoczony wagon, próbując utrzymać równowagę, gdy pociąg gwałtownie przechylił się na lewo. Wcisnęła teczkę pod pachę, przecisnęła się do miejsc stojących i znalazła sobie wolną przestrzeń przy oknie jak najbliżej wagonu przyjaznego komórkom. Upuściła torby na ziemię i zaklęła, bo dzwoniący zdążył się rozłączyć. Niepotrzebnie oddała swoje miejsce. Już miała wsunąć telefon do kieszeni, gdy zauważyła esemesa:

Cześć. Muszę zabrać trochę rzeczy. I porozmawiać. Pasuje Ci przyszły tydzień? Mac.

Mac. Gdy wpatrywała się w mały wyświetlacz, wszystko wokół niej znieruchomiało. Mac.

Nie miała wyboru.

W porządku

– odpisała, po czym zatrzasnęła klapkę.

Dawniej w tej części City roiło się od sąsiadujących ze sobą w budynkach jak u Dickensa kancelarii prawnych, których malowane złotą farbą szyldy obiecywały zastępstwo w sprawach biznesowych, podatkowych i rodzinnych. Większość już dawno przeniosła się do położonych na peryferiach nowych biurowców z lśniącego szkła, do zaprojektowanych przez architektów wnętrz przestrzeni, które właściwie odzwierciedlały nowoczesny wizerunek najemców. Kancelaria Davison Briscoe skutecznie opierała się temu trendowi, w związku z czym ciasne, wypchane książkami biuro Natashy w rozklekotanym budynku z epoki georgiańskiej, w którym pracowało razem z nią jeszcze pięcioro prawników, bardziej przypominało pokój w akademiku niż przedsięwzięcie komercyjne.

– To są papiery, o które prosiłaś. – Ben, tyczkowaty, pracowity młody człowiek, który nie wyglądał na dwadzieścia pięć lat przez swoje blade, idealnie gładkie policzki, położył przewiązaną różową wstążką teczkę na jej biurku. – Nawet nie tknęłaś croissantów – dodał.

– Przepraszam. – Przejrzała dokumenty. – Straciłam apetyt. Ben, zrób coś dla mnie. Odszukaj akta Alego Ahmadiego, dobrze? Przesłuchanie w sprawie deportacji sprzed dwóch miesięcy. – Znów spojrzała na gazetę, którą kupiła po drodze ze stacji, na próżno starając się przekonać samą siebie, że to, co przeczytała, było halucynacją zrodzoną z braku snu.

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł Conor. Miał na sobie koszulę w niebieskie prążki, którą kupiła mu na urodziny.

– Cześć, gwiazdo. – Pochylił się nad biurkiem i lekko pocałował ją w usta. – Jak poszło?

– Dobrze – odparła. – Naprawdę dobrze. Pytali o ciebie.

– Mój wieczór z chłopcami. Przykro mi, ale wiesz, jak jest. Dopóki nie odbędzie się kolejna rozprawa o opiekę, nie odważę się przepuścić żadnego wieczoru.

– Dobrze się bawiliście?

– Było epicko. DVD z Harrym Potterem, grzanki z fasolką. Prawie urwało dach. To ogromne hotelowe łóżko okazało się dla ciebie za duże beze mnie?

Odsunęła się.

– Conor, bardzo lubię twoje towarzystwo, ale o północy byłam tak wypruta, że mogłabym zasnąć na ławce w parku.

Ben znów wszedł do pokoju, przywitał się z Conorem i położył teczkę na jej biurku.

– Pan Ahmadi – powiedział.

Conor zerknął na akta.

– Czy to nie twoja sprawa o deportację sprzed paru miesięcy? Po co go odszukałaś?

– Ben, przynieś mi świeżą kawę, dobra? Tylko ze sklepu, a nie tę brązową wodę Lindy.

Conor podał mu banknot.

– Dla mnie też. Podwójne espresso. Bez mleka.

– To cię zabije – zauważyła.

– Ale, na Boga, przynajmniej odejdę z przytupem. Okej – zauważył, że czekała, by Ben wyszedł. – Co się stało?

– To. – Podała mu gazetę, wskazując palcem artykuł.

Przeczytał go szybko.

– Ach. To twój klient – mruknął.

– Tak. – Wyciągnęła ręce przed siebie i na chwilę oparła czoło na biurku. Potem sięgnęła po migdałowego croissanta. – Mój klient. Zastanawiam się, czy powinnam powiedzieć Richardowi.

– Naszemu starszemu wspólnikowi? O nie, nie, nie. Nie musisz się tarzać w smole i pierzu, gwiazdo.

– To dość poważne przestępstwo.

– Którego nie mogłaś przewidzieć. Odpuść, Natasha. To jest wpisane w twój zawód, skarbie. Przecież wiesz.

– Wiem. Tyle że to takie… przykre. A on był… – Pokręciła głową na samo wspomnienie. – Sama nie wiem. Po prostu nie wyglądał na kogoś takiego.

– Nie wyglądał. – Conor naprawdę wybuchnął śmiechem.

– No co, nie wyglądał. – Upiła łyk zimnej kawy. – Po prostu nie podoba mi się, że stałam się częścią czegoś tak okropnego. Nic nie poradzę, że czuję się odpowiedzialna.

– Za co? Zmusiłaś go do ataku na tę dziewczynę?

– Wiesz, że nie o to mi chodzi. Argumentowałam za tym, by pozostał w kraju. Jestem odpowiedzialna za to, że tu jest.

– Bo nikt inny by sobie z tym nie poradził, tak?

– No cóż…

– Daj spokój, Natasha. – Conor postukał palcem w teczkę. – Gdyby Ravi był wtedy w pracy, to on wystąpiłby w sądzie. Odpuść sobie. Zapomnij o tym. Widzimy się dziś wieczorem na drinku. To nadal aktualne? Może być Archery? Podobno zaczęli serwować tapas.

Natasha wolała jednak dawać rady, niż ich słuchać. Po jakimś czasie znów sięgnęła po akta Ahmadiego, szukając w nich wskazówek, jakiegoś powodu, dla którego ten chłopiec, który płakał, który tak delikatnie ściskał jej dłonie, dopuścił się tego przypadkowego aktu przemocy. To nie miało sensu.

– Ben, czy możesz mi znaleźć atlas?

– Atlas?

Znalazł jakiś po dwudziestu minutach, poprzecierany, oprawiony w płótno, z dziurami na grzbiecie.

– Chyba jest bardzo nieaktualny. Są w nim jeszcze Persja i Bombaj – powiedział przepraszająco. – Lepiej by było, gdybyś poszukała w necie. Ja poszukam za ciebie.

– Jestem luddystką, Ben – odparła, przerzucając kartki – przecież wiesz. Muszę to zobaczyć na papierze.

Pod wpływem impulsu postanowiła znaleźć miejsce, z którego pochodził chłopak; nazwa miasteczka utkwiła jej w pamięci.

Dopiero gdy spojrzała na mapę, wodząc po nazwach palcem, uświadomiła sobie, że nikt – ani z opieki społecznej, ani z pomocy prawnej, ani nawet matka zastępcza – nie zadał Alemu Ahmadiemu oczywistego pytania. Teraz jednak miała je przed oczami: jakim cudem zdołał pokonać pieszo tysiąc czterysta kilometrów w trzynaście dni?

Tego wieczoru Natasha siedziała w barze i przeklinała się za to, że nie była skrupulatna. Opowiedziała historię Conorowi, a on wybuchnął suchym śmiechem, po czym wzruszył ramionami.

– Przecież wiesz, że te dzieciaki są zdesperowane. Powiedzą ci wszystko, co ich zdaniem chcesz usłyszeć.

Stykała się z nimi na co dzień – z uchodźcami, z dziećmi „z problemami”, z młodymi ludźmi, którzy byli wysiedlani i zaniedbywani, z nastolatkami, którym nikt nigdy nie powiedział dobrego słowa ani ich nie przytulił. Widywała przedwcześnie zahartowane twarze i umysły już nastawione na przetrwanie za wszelką cenę. Dotąd wierzyła, że potrafi powiedzieć, którzy kłamią: dziewczynki, które utrzymywały, że rodzice się nad nimi znęcają, bo nie chciały już mieszkać w domu; dzieci szukające azylu, które przysięgały, że mają jedenaście lub dwanaście lat, choć ich policzki porastała już gęsta szczecina dorosłości. Przywykła do tego, że wciąż widuje tych samych młodocianych przestępców w niekończącym się cyklu występków i rzekomej skruchy. Tyle że Ahmadi prawdziwie ją poruszył.

Conor poświęcił jej całą swoją uwagę.

– Okej. Jesteś pewna, że dobrze zapamiętałaś nazwę wioski?

– Mam ją w zeznaniach. – Poprosiła przechodzącego kelnera o wodę mineralną.

– I na pewno nie zdołałby pokonać tego dystansu pieszo?

– W mniej niż dwa tygodnie? – zapytała z sarkazmem. Nie zdołała się powstrzymać. – To ponad sto kilometrów dziennie. Policzyłam.

– Nie wiem, dlaczego jesteś taka zdenerwowana. Chroni cię tajemnica zawodowa. Nic o tym nie wiedziałaś, gdy go reprezentowałaś, więc jakie to ma znaczenie? Nic nie musisz mówić. Nic nie musisz robić. Cholera, mnie to spotyka cały czas. Połowie klientów na pierwszym spotkaniu mówię, że mają się ugryźć w język, zanim powiedzą mi coś, czego nie powinienem usłyszeć.

Gdyby jednak sama zagłębiła się w jego historię, wcześniej domyśliłaby się, że Ahmadi kłamie. Mogłaby się zrzec tej sprawy, powołać się na swoje kłopotliwe położenie. To często sprawiało, że ludzie dokładniej przyglądali się faktom. Mogła ocalić tę kobietę, tę niezidentyfikowaną dwudziestosześcioletnią ekspedientkę. Ona jednak tylko przekartkowała akta. I doprowadziła do wypuszczenia chłopca, pozwoliła mu ukryć się w zakamarkach londyńskiego krajobrazu, założywszy, że należy do tych dobrych, których noga już więcej w sądzie nie postanie.

Jeśli kłamał, opowiadając o tym, jak się tu dostał, mógł kłamać o wszystkim.

Conor odchylił się do tyłu i upił haust wina.

– Och, odpuść sobie, Natasha. Jakiś zdesperowany dzieciak zdołał uniknąć deportacji do jakiejś zawszonej dziury. I co z tego? Zapomnij.

Chociaż prowadził najgłośniejsze sprawy, zawsze emanował zwodniczym optymizmem, poza salą sądową promieniał, witając się z wszystkimi wylewnie, jakby nie miało dla niego żadnego znaczenia, czy wygrał, czy też nie. Poklepał się po kieszeniach.

– Kupisz mi jeszcze jednego? Muszę skoczyć do bankomatu.

Gdy sięgnęła do torebki po portfel, jej palce w coś się zaplątały. Wyjęła rękę. Był to mały amulet, porysowany srebrny koń, którego podarował jej Ahmadi tego ranka, gdy wygrała jego sprawę. Postanowiła odesłać mu go do domu – miał za mało rzeczy, by je rozdawać – ale od razu o tym zapomniała. Teraz przypominał jej o tym, jak bardzo zawiodła. Nagle wrócił do niej osobliwy obrazek, który widziała rano, zupełnie niespotykany w miejskim otoczeniu.

– Conor… Widziałam dzisiaj coś bardzo dziwnego.

Pociąg zatrzymał się na piętnaście minut w tunelu przed stacją Liverpool Street – na tyle długo, by temperatura w wagonie wzrosła do stopnia, w którym ludzie zaczęli się niespokojnie wiercić na siedzeniach i mamrotać z niezadowoleniem. Na tyle długo, by Natasha, chroniona przed kolejnymi rozmowami, wbiła wzrok w atramentową pustkę i zaczęła myśleć o byłym mężu, który jeszcze nie do końca jest byłym.

Lekko przeniosła ciężar z nogi na nogę, gdy nagle pociąg z ostrym piskiem przegrzanego metalu ruszył do przodu w światło dnia. Nie powinna myśleć o Macu. Nie powinna myśleć o Alim Ahmadim, który okazał się tak przygnębiająco różny od osoby, za jaką się podawał.

I właśnie w tej chwili zobaczyła to, tak nagłe, tak nieprawdopodobne, że nawet gdy wyciągnęła szyję, by obejrzeć się za siebie, nie była pewna, czy wzrok jej nie omylił. Wizja zniknęła, połknięta przez rozmazane ulice i podwórka, ponure balkony i poplamione sadzą sznurki z praniem.

Obrazek towarzyszył jej jednak przez cały dzień, jeszcze długo po tym, jak pociąg dowiózł ją do zatłoczonego centrum City. Na cichej brukowanej ulicy wciśniętej pomiędzy wysokie bloki, przemysłowe podwórka i zaparkowane samochody stała młoda dziewczyna z uniesionymi rękami i długim patykiem w dłoni – nie żeby nim grozić, lecz by wydawać instrukcje.

Nad jej głową pośrodku drogi, balansując na lśniących, muskularnych tylnych nogach, stał wielki koń.

Natasha wrzuciła srebrny wisiorek do torebki, z trudem powstrzymując dreszcz.

– Słyszałeś, co powiedziałam?

– Hm? – Conor czytał gazetę. Już stracił zainteresowanie. Daj spokój, ciągle powtarzał. Jakby sam to potrafił.

Spojrzała na niego.

– Nic, nic – powiedziała. – Pójdę po drinki.

18 Wszystkie fragmenty Hippiki, czyli jazdy konnej oraz Hipparcha, czyli Naczelnika jazdy Ksenofonta pochodzą z przekładu A. Bronikowskiego, Ostrów 1860, cyt. za: e-book wydany przez Polską Bibliotekę Internetową (przyp. tłum.).

Rozdział drugi

Wszakże baczyć na to wypada, ażeby oddawano ujeżdżaczowi źrebca łagodnego, dostępnego i z człowiekiem chętnie przestającego. Tego w domu i po największej części przez oprzątacza koni (koniarka) dokazać można.

Ksenofont, Hippika, czyli jazda konna

Na podwórkach wschodniego Londynu nieczęsto spotykało się wierzchowca takiego jak Boo. Nie był ani masywnym koniem pociągowym ze szczotkami na pęcinach, ani też kłusakiem czystej krwi o jeleniej szyi, którego zaprzęgano w pośpiechu do sulek19 biorących udział w nielegalnych wyścigach na szosie, by zapisał się potem w tajnej księdze rekordów i sprowokował wymianę grubych zwitków zarobionej na pokątnych zakładach gotówki. Nie był doskonale ułożonym konikiem ze szkółki jazdy w Hyde Parku ani też jednym z wielu niskich, grubych kuców, czarno-białych i upartych, które z różną dozą dobroduszności tolerowały wspinaczkę po schodach, przeskakiwanie przez beczki z piwem i jazdę windą, by przy akompaniamencie wybuchów wesołości ich właściciele mogli cwałować pod balkonami apartamentowców.

Boo był selle français, muskularnym koniem gorącokrwistym o moc­niejszych nogach i silniejszym grzbiecie, niż sugerowałaby jego rasa. Był atletyczny, lecz zwinny. Krótki grzbiet predysponował go do skoków, a przymilna, niemal psia natura sprawiała, że był tolerancyjny i przyjacielski. Nie bał się ruchu ulicznego nawet w godzinach szczytu i uwielbiał towarzystwo. Szybko się jednak nudził, więc papa zawiesił mu na linie w boksie tyle piłek dla rozrywki, że Kowboj John mruknął, iż staruszek próbuje mu chyba załatwić miejsce w lidze koszykarskiej.

Inne dzieci w szkole i sąsiedztwie Sarah bawiły się papierowymi i foliowymi torebkami, jeździły skradzionymi samochodzikami po kurczących się coraz szybciej nieużytkach lub spędzały długie godziny na przebieraniu się za celebrytów i studiowaniu kolorowych magazynów z koncentracją, której nie wykazywały w sali lekcyjnej. Ona miała zupełnie inne zainteresowania. Gdy tylko osiodłała konia i odetchnęła znajomym zapachem rozgrzanej sierści i wyprawionej skóry, zapominała o wszystkim.

Ujeżdżanie Boo wyzwalało ją od tego, co irytujące, brudne i przygnębiające. Dzięki temu mogła zapomnieć, że jest najchudsza w klasie, że tylko ona nie ma jeszcze powodów, by nosić stanik, i że tylko ona – oraz Renee, Turczynka, z którą nikt nie rozmawiał – nie ma komórki ani komputera. Zapominała o tym, że ma tylko papę.

W dobre dni czuła jedynie zachwyt nad majestatycznością swojego rumaka, jego siłą i umiejętnościami. Zachowywał się źle tylko wtedy, kiedy niewłaściwie go o coś poprosiła – gdy myślami wciąż była jeszcze w szkole, gdy czuła pragnienie lub zmęczenie – a słodycz emanująca z niego po dobrze wykonanym manewrze wywoływała ucisk w jej gardle. Boo należał do niej i był wyjątkowy.

Ludziom nieznającym się na koniach papa tłumaczył, że dosiadanie Boo jest jak przesiadanie się z traktora do rollsa: wszystko jest idealnie wyregulowane i eleganckie, reaguje na najlżejszy dotyk. Z Boo należało się komunikować spokojnie, zamiast krzyczeć i wymachiwać rękami. Kluczem była wspólnota umysłów, dusz. Gdy go o coś prosiła, zbierał się w sobie, spinał mięśnie, opuszczał łeb i ulegał. Papa mawiał, że ograniczają go tylko ograniczenia Sarah. Jego zdaniem ten koń miał największe serce ze wszystkich przedstawicieli swojego gatunku, których papa kiedykolwiek znał.

Nie zawsze tak było – Sarah pozostały na ramieniu dwie księżycowate blizny po jego ugryzieniach, i nawet po tym, jak go ujarzmili, zdarzały się dni, kiedy zrywał się z lonży i gnał na złamanie karku przez park z wysoko uniesionym ogonem. Matki prowadzące wózki piszczały i uciekały spod kopyt, a papa głośno modlił się po francusku, by Boo nie wpadł pod samochód. Za każdym razem powtarzał, że to jej wina, aż miała ochotę na niego nakrzyczeć, lecz teraz wiedziała więcej i przyznawała mu rację.

Konie, chyba nawet bardziej niż jakiekolwiek inne stworzenia, są dziełem człowieka. Mogą być z natury narowiste, bojaźliwe lub uparte, lecz wszystkie ich reakcje na otoczenie są kształtowane przez to, co je spotyka. Dziecko da ci drugą szansę z nadzieją, że będzie kochane. Pies odwzajemni ci się niewolniczym przywiązaniem, nawet jeśli jest bity. Koń nigdy nie pozwoli ci się po czymś takim do siebie zbliżyć. Dlatego też papa nigdy na niego nie krzyczał. Nigdy nie tracił panowania nad sobą ani nie wpadał we frustrację, nawet gdy Boo psocił i buntował się jak każdy nastolatek.

Teraz Boo miał osiem lat, dojrzał. Był na tyle dobrze wychowany, by pamiętać o manierach, na tyle sprytny, by umieć zmieniać tempo, i na tyle elegancki, by, według opinii papy, który zdawał się w tych kwestiach nieomylny, ponieść Sarah na swoim grzbiecie ku przyszłości jak najdalej od tego chaotycznego miasta.

Kowboj John oparł się na trzonku miotły i spojrzał przez bramę na park, w którym dziewczynka nakłaniała konia do zataczania cwałem małych kółek w kącie za drzewami, od czasu do czasu zwalniając, by go pochwalić lub pozwolić mu wydłużyć krok. Nie miała na głowie kapelusza – rzadki przejaw buntu wobec dziadka, który nie pozwoliłby jej nawet usiąść w siodle bez nakrycia głowy – a słońce lśniło na jej włosach równie mocno jak na końskim zadku. Obok przejechał na rowerze listonosz i zawołał coś do niej, a ona uniosła dłoń w geście powitania, twarzą wciąż zwrócona do swego zadania.

Dobry był z niej dzieciak, nie jak ta zgraja, która tu przychodziła. Ci gnali konie pustymi ulicami, aż pękały im kopyta, a potem odsyłali je do stajni spocone i przemęczone, po czym zwiewali do domu, obiecując, że mama lub tato przyniesie pieniądze za wynajem boksu na następny dzień. Obrażali dorosłych, a środki na paszę przeznaczali na papierosy, które Kowboj John konfiskował na swoim terenie.

– Gówno mnie obchodzą twoje płuca – mawiał. – Ale nie będę się przyglądał, jak moim chłopcom ktoś przypala tyłki.

Po tych słowach często zaciągał się refleksyjnie własnym papierosem. Ostatnią paczkę zabrał chłopakowi, który miał nie więcej niż osiem lat.

Wątpił, by Sarah Lachapelle kiedykolwiek miała papierosa w ustach. Kapitan trzymał ją na krótkiej wodzy, tak jak tego konia: żadnego włóczenia się do późna, picia, palenia i wystawania na ulicy. Dziewczyna nigdy się nie buntowała. Jakby ją również ujarzmił.

Nie to, co jej matka.

Zdjął kapelusz i otarł czoło, już czując, jak żar dnia sączy się przez zniszczony materiał na jego skórę. Sal Maltańczyk zapewnił go, że jeśli przejmie dzierżawę, koń Kapitana nadal będzie tu bezpieczny, jak koń każdego, kto nie zalega z płatnościami. Nie zamierzał zmieniać przeznaczenia tego miejsca, które od czterdziestu lat służyło za stajnie.

– Potrzebna mi baza – powtarzał Johnowi. – Tu mam blisko. Moim koniom tu wygodnie.

Mówił tak, jakby sprawa już była przesądzona. A to brudne, stare podwórze stanie się wygodną przykrywką dla wszystkiego, co kupujesz i sprzedajesz, chciał mu odpowiedzieć John. Nikt jednak nie rozmawiał z Salem w ten sposób. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziły takie pieniądze.

Prawda była taka, że Kowboj John czuł się już zmęczony. Coraz bardziej podobał mu się pomysł emerytury na wsi, zamiany domu w mieście na małą chatę otoczoną spłachetkiem ziemi, na której jego konie mogłyby się paść. Życie w mieście stawało się coraz paskudniejsze, a on się starzał; miał już dość użerania się z radnymi, dość podnoszenia szkła z rozbitych butelek, które pijacy i idioci przerzucali przez ogrodzenie każdej nocy, a które mogło poranić zwierzęta. Miał dość wykłócania się z dzieciakami, które nie chciały płacić tego, co były mu winne. Coraz częściej wyobrażał sobie, że siedzi gdzieś na werandzie i wpatruje się w horyzont w postaci pojedynczej zielonej linii.

Sal chciał tu dalej prowadzić stajnie. I proponował niezłą sumę, dość, by John mógł spełnić swoje marzenie. A jednak… Mimo pieniędzy, mimo pokusy spokoju, pokusy przyglądania się, jak jego staruszkowie omiatają ogonami wysoką trawę, Kowboj John niechętnie myślał o przekazaniu ziemi temu człowiekowi. Dręczyło go przeczucie, że obietnice Sala nie są warte funta kłaków.

– Bon anniversaire!20

Próbując wyjąć klucz z zamka, Sarah weszła do mieszkania i usłyszała głos dziadka, zanim go zobaczyła.

– Merci!21

Spodziewała się tortu urodzinowego na kuchennym stole jak w zeszłym roku, lecz zamiast tego zauważyła, że dziadek stoi na końcu korytarza przed telewizorem.

– Voilà!22 Siadaj, siadaj – ponaglił ją, po czym pocałował w oba policzki.

Na szyi miał swój najlepszy krawat.

Zerknęła w stronę stołu.

– Nie pijemy herbaty?

– Zamówimy pizzę. Potem. Ty wybierasz – odparł, wskazując palcem ulotkę z menu.

Jedzenie na wynos było w ich domu prawdziwym rarytasem.

– Potem?

Odłożyła plecak i usiadła na kanapie, czując dreszcz podekscytowania. Papa wydawał się taki zadowolony – w kącikach jego ust czaił się uśmiech. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak wyglądał. Po śmierci nany cztery lata temu zamknął się w sobie i wynurzył się ze skorupy, dopiero gdy zjawił się Boo. Sarah wiedziała, że dziadek ją kocha, lecz nie była to miłość jak w serialach telewizyjnych – rzadko jej o tym mówił, nie pytał, co ją gnębi. Dbał o to, żeby była najedzona, czysta i żeby odrabiała lekcje. Uczył ją rzeczy praktycznych na temat pieniędzy, drobnych napraw i jeździectwa. Wspólnie opanowali obsługę pralki, rozdzielili pomiędzy siebie prace domowe i zaplanowali, jak co tydzień zaopatrywać lodówkę, wydając jak najmniej. Gdy była smutna, kładł dłoń na jej ramieniu i czasami mówił, by zachowała dystans. Jeśli szalała z radości, czekał, aż się uspokoi. Kiedy zrobiła coś złego, wyrażał swoje niezadowolenie szorstkim głosem lub spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Krótko mówiąc, chyba traktował ją trochę jak konia.

– Najpierw – powiedział – coś sobie obejrzymy.

Podążyła za jego wzrokiem i dopiero teraz zauważyła odtwarzacz DVD, którego rankiem nie było.

– Kupiłeś mi odtwarzasz DVD? – Uklękła i przesunęła palcem po lśniącej metalizowanej powierzchni.

– Nie jest nowy – odparł przepraszająco – ale parfait23. I nie jest kradziony. Kupiłem go na podwórkowej wyprzedaży.

– Możemy obejrzeć wszystko, co będziemy chcieli? – zapytała podekscytowana. Nareszcie zacznie pożyczać filmy, tak jak to robią koleżanki ze szkoły. Nigdy nie brała udziału w rozmowach o kinie ze względu na swoje zaległości.

– Nie wszystko. Obejrzymy un spectacle24. Ale najpierw… – Sięgnął po butelkę, otworzył ją teatralnym gestem i rozlał zawartość do kieliszków. – Czternaście lat, co? Dorosłaś do wina. – Pokiwał głową i wręczył jej naczynie.

Upiła łyk, próbując nie pokazywać po sobie, jak rozczarował ją ten cierpki smak. Wolałaby dietetyczną colę, ale nie zamierzała psuć tej chwili taką prośbą.

Usatysfakcjonowany dziadek poprawił okulary na nosie, zerknął na pilota i z nonszalancją, która zdradzała, że to przećwiczył, na­cisnął przycisk. Ekran telewizora ożył, a papa usiadł na kanapie obok niej wyprostowany jak struna pomimo zapadających się poduszek. Upił łyk wina. Zauważyła na jego twarzy wyraz ostrożnej satysfakcji i oparła się o niego.

Rozległa się muzyka klasyczna, a na ekranie pojawił się brykający koń.

– Czy to…?

– Le Cadre Noir – potwierdził. – Teraz zobaczysz, do czego dążymy.

Nawet ludzie znający się na koniach rzadko słyszeli o Le Cadre Noir. Była to tajemna organizacja elitarnych francuskich jeźdźców, założona w osiemnastym wieku i do dzisiaj wierna zasadom swoich pomysłodawców, akademia, w której mogła rozgorzeć debata na temat dokładnego kąta ułożenia tylnych nóg konia przy wykonywaniu mających już tysiąc lat manewrów typu krupada bądź lewada. Jeźdźcy nosili staromodne czarne mundury. Szkoła przyjmowała nie więcej niż jednego lub dwóch członków rocznie i nie istniała po to, by zarabiać pieniądze ani by przekazywać umiejętności i wiedzę masom, lecz by dążyć do doskonałości w rzeczach, których większość ludzi nawet nie dostrzegała. Mając tę świadomość, trudno było nie kwestionować zasadności istnienia szkoły, ale każdy, kto widział te konie poruszające się pod posępnymi jeźdźcami w idealnej symetrii, przeczące zasadom grawitacji zdumiewającymi skokami, kto widział osobliwe taneczne kroki i całkowitą uległość wobec życzeń jeźdźca, musiał wpaść w zachwyt nad ich posłuszeństwem, pięknem i zdumiewającą zwinnością. Nawet jeśli ktoś niespecjalnie lubił konie – albo też Francuzów – na ten widok odczuwał radość, że taka organizacja wciąż istnieje.

Sarah oglądała czterdziestominutowy pokaz w całkowitym milczeniu. Była jak zahipnotyzowana. Chciała biec do Boo i powtórzyć wszystko, co zobaczyła. On by to zrobił, wiedziała to. Był ładniejszy, silniejszy niż konie, które widziała na ekranie, lecz dysponował tą samą mocą: często czuła ją pod sobą. Podczas seansu jej dłonie i stopy drżały, jakby dosiadała koni z telewizora, powtarzając ruchy znane już starożytnym Grekom.

Jej osobistą areną był rozdeptany, usiany śmieciami park, a nie obszerny pałac w zabytkowym francuskim mieście. Na jej mundur składały się dżinsy i podkoszulek, a nie oficjalny czarny uniform ze złotym szamerunkiem i wysoka czapka. Wiedziała jednak, co czują ci mężczyźni: gdy kamera zatrzymywała się na ich twarzach, napiętych z wysiłku, współczucia i pragnienia, czuła z nimi więź, jaka nie łączyła jej nawet z koleżankami ze szkoły. Wszystkie te rzeczy, których uczył ją papa, zaczynały się układać w całość. Powtarzał, że przed nimi lata ciężkiej pracy. Mówił, że gdyby pozwolił jej spróbować, równie dobrze mógłby wystawić Kowboja Johna w maratonie z papierosem w dłoni. Teraz jednak widziała, jaka ambicja nim kieruje, jaki jest jego cel: kapriola. Najbardziej złożony, wymagający i najpiękniejszy manewr, jaki mógł wykonać koń, odrywając wszystkie cztery kopyta od ziemi w baletowym skoku, unosząc się nad ziemią jak piórko i wyrzucając tylne nogi w powietrzu, by zadać kłam grawitacji. Piękne. Przerażające. Zachwycające.

Nigdy nie potrafiła określić, co czuje, gdy papa bez końca opowiadał o tej francuskiej szkole, no bo jakie mieli szanse? Pomimo jego opowieści nigdy nie była w stanie przełożyć swojego życia u Kowboja Johna i sesji treningowych w parku na przyszłość, którą opisywał. Teraz jednak, gdy oglądała napisy końcowe, uświadomiła sobie, że DVD odniosło odwrotny skutek, niż planował dziadek. Potwierdziło tylko, że to wszystko mrzonka. To, jak dobry jest jej koń, nie miało znaczenia. Jak ktokolwiek mógłby dokonać najwspanialszego skoku ze wszystkich – z zaułków Londynu do wytwornej wspaniałości Le Cadre Noir?

Gdy tylko o tym pomyślała, poczuła wyrzuty sumienia. Spojrzała na dziadka, zastanawiając się, czy jej myśli są równie przejrzyste jak jego. Wciąż wpatrywał się w ekran. To wtedy zobaczyła łzę spływającą po jego policzku.

– Papo? – zapytała.

Zacisnął szczęki. Przez chwilę odzyskiwał panowanie nad sobą, po czym powiedział cicho:

– Sarah. Tak właśnie uciekniesz.

Ucieknie? Od czego? Nigdy nie uważała, by jej życie było tak złe, jak najwyraźniej postrzegał je dziadek.

– Tego właśnie dla ciebie chcę.

Przełknęła ślinę.

Podniósł pudełko po płycie DVD.

– Mam list od Jacques’a Varjusa, mojego dawnego przyjaciela z Saumur. Pisze, że przyjęli już dwie kobiety. Przez setki lat akademia nie akceptowała kobiet, nie brała ich nawet pod uwagę, a teraz je uwzględnia. Nie musisz mieć za sobą służby wojskowej. Wystarczy, że będziesz doskonała. To twoja szansa, Sarah.

Jego rozgorączkowanie nieco wytrąciło ją z równowagi.

– Masz umiejętności. Potrzebna ci tylko dyscyplina. Nie chcę, żebyś zmarnowała sobie życie. Nie chcę widywać cię tutaj, jak zadajesz się z tymi imbéciles25 i popychasz wózek tymi ulicami. – Wskazał gestem parking za oknem.

– Ale ja…

Uniósł dłoń.

– Nie mam niczego, co mógłbym ci dać. Tylko to. Moją wiedzę. Moje starania. – Uśmiechnął się, próbując złagodzić ton. – Moja dziewczynka w czerni, co? La fille du Cadre Noir26.

W milczeniu pokiwała głową. Dziadek nigdy nie ulegał emocjom, lecz teraz wydawał się kruchy i pełen żalu, co ją przestraszyło. To przez to wino, powiedziała sobie – rzadko pił alkohol. To wino podsyciło ich emocje. Bawiąc się kieliszkiem, starała się nie patrzeć mu w oczy.

– To był miły prezent.

Przysunął się do niej, opanowując burzę uczuć.

– Non! Un demi cadeau27 – powiedział. – Chcesz dostać drugą część?

Uśmiechnęła się z ulgą.

– Pizzę?

– Pff! Pizzę! Non, non… regards28. – Sięgnął po kopertę i podał ją jej.

– Co to?

Pokiwał głową.

Otworzyła kopertę, a gdy zobaczyła zawartość, jej dłonie znieruchomiały. Cztery bilety. Dwa na prom. Dwa na przedstawienie w Le Cadre Noir.

– Od Varjusa. En novembre29. Jedziemy na wakacje.

Nigdy nie byli za granicą, nawet gdy żyła nana.

– Płyniemy do Francji?

– Już czas. Czas, żebyś zobaczyła, żebym ja wrócił. Mój przyjaciel Varjus jest teraz Grand Dieu. Wiesz, kto to jest? Najważniejszy, najbardziej doświadczony jeździec w Le Cadre Noir. Non… We Francji.

Spojrzała na ulotkę, na odzianych w czerń jeźdźców i lśniące konie.

Papę przepełniał zupełnie nowy entuzjazm.

– Wypełniłem wnioski o paszport. Potrzebne mi tylko twoje zdjęcie.

– Ale skąd wziąłeś pieniądze?

– Sprzedałem parę rzeczy. Pas du tout30. Jesteś zadowolona? Udane urodziny?

Dopiero wtedy zauważyła, że papa nie ma na przegubie zegarka. Longines był jego prezentem ślubnym od nany. Tak cennym, że gdy była mała, nie wolno jej było go dotykać. Chciała zapytać, ale słowa utknęły jej w gardle.

– Sarah?

Pozwoliła wziąć się w ramiona, nie będąc w stanie nawet wymruczeć podziękowań w ten miękki, znoszony sweter, ponieważ słowa całkiem ją zawiodły.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

19 Sulki – jednokonny, lekki pojazd dwukołowy używany w wyścigach kłusaków w zaprzęgu i do trenowania młodych koni (przyp. tłum.).

20 Wszystkiego najlepszego! (fr.)

21 Dziękuję! (fr.)

22 Proszę! (fr.)

23 w idealnym stanie (fr.)

24 pokaz (fr.)

25 idiotami, głupcami (fr.)

26 Córka Cadre Noir (fr.)

27 Nie! Pół prezentu (fr.)

28 Nie, nie… Zobacz (fr.)

29 W listopadzie (fr.)

30 Tu: Nieważne (fr.)

Tytuł oryginału

The Horse Dancer

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd, 2009

Copyright © for the translation by Agnieszka Myśliwy

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Marta Syrko/Trevillion Images

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Anna Steć

Opracowanie tekstu

DreamTeam

ISBN 978-83-240-4693-5

Wydanie I, Kraków 2017

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

We wspólnym rytmie Dziewczyna, którą kochałeś Kiedy odszedłeś Razem będzie lepiej Zanim się pojawiłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej