Donald Trump. Jak on to zrobił?

Donald Trump. Jak on to zrobił?

Autorzy: David Cay Johnston

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.50 zł

Donald Trump. Jak on to zrobił? to efekt ponad trzydziestoletniego śledztwa dziennikarskiego, fascynujący obraz wpływów i metod działania kontrowersyjnego przedsiębiorcy i celebryty.

Czego nauczył się od dziadka, nielegalnego imigranta z Niemiec, który wzbogacił się na budowaniu burdeli w czasach gorączki złota? Czy zostałby potentatem na rynku nieruchomości, gdyby nie współpraca z mafią i zatrudniani na czarno Polacy? Dlaczego dzwonił do magazynów plotkarskich, opowiadając o swoim nieistniejącym romansie z Carlą Bruni? Czemu hodował kozy na polu golfowym? Czy naprawdę jest miliarderem?

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

1. Historia rodziny

2. Wartości rodzinne

3. Wartości osobiste

4. Chorowite dziecko

5. Zdobywanie przyjaciół

6. Najważniejsze kontrakty Trumpa

7. „Niesamowita sprawa”

8. Okazanie łaski

9. Polska Brygada

10. Uczucia a majątek netto

11. Rząd ratuje Trumpa

12. Golf i podatki

13. Podatki dochodowe

14. Puste pudełka

15. Lepszy niż Harvard

16. Organizacje charytatywne Trumpa

17. Zmyśleni przyjaciele

18. Zmyślone kochanki

19. Podtrzymywanie mitu

20. Zbieranie zaszczytów

21. Kto to?

22. Meksykańską drogą

23. Trump łowi wieloryba

24. Pechowiec

Epilog

Podziękowania

Biogram

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Gene’a Robertsa i Glenna Kramona, redaktorów,

i Johna Wasserburgera, nauczyciela

Wstęp

Niemal każdy dziennikarz patrzący na Donalda Trumpa zjeżdżającego ruchomymi schodami w lobby Trump Tower, by ogłosić rozpoczęcie kampanii przed wyborami prezydenckimi, uznał kandydaturę biznesmena za projekt próżnościowy. Ja nie.

Jestem dziennikarzem śledczym od osiemnastego roku życia. Odkopuję fakty, doprowadzam do zmian w prawie i w ogóle mącę wodę, pracując dla „San Jose Mercury’ego”, „Detroit Free Press”, „Los Angeles Timesa”, wreszcie „New York Timesa”.

Od początku na własną rękę decydowałem, o czym pisać. Byłem redakcyjnym łobuzem, który unikał kar, bo jego artykuły pobudzały czytelników i przynosiły dobre wyniki: zamknięcie sieci telewizyjnej za manipulowanie wiadomościami; ustrzeżenie niewinnego człowieka przed dożywociem przez konfrontację z prawdziwym zabójcą; rezygnację Jacka Welcha1 z przywilejów emerytalnych; ujawnienie szpiegostwa politycznego i przestępstw popełnianych przez departament policji Los Angeles; ujawnienie tajnej ingerencji zagranicznych agentów w amerykańską politykę. Gdy pisałem dla mojego ostatniego pracodawcy, dostałem Nagrodę Pulitzera za obnażenie tylu przypadków unikania zobowiązań podatkowych i wyszukiwania luk w prawie, że znany profesor prawa podatkowego nazwał mnie „de facto głównym urzędnikiem do spraw ściągalności podatków w Stanach Zjednoczonych”.

W 1987 roku zainteresowałem się kasynami, po uchwaleniu przez Sąd Najwyższy prawa rdzennych Amerykanów do posiadania domów gry. Byłem pewien, że poskutkuje to rozmnożeniem się kasyn w całym kraju – prowadzonych jednak głównie przez wielkie korporacje. Jedyny raz w życiu postarałem się o pracę. Dziennikowi „Philadelphia Inquirer” spodobał się mój pomysł: w czerwcu 1988 roku przeprowadziłem się do Atlantic City.

Kilka dni później poznałem Donalda Trumpa.

Oceniłem go jako współczesnego P.T. Barnuma, sprzedającego bilety na oglądanie dzisiejszego odpowiednika syreny z Fidżi – jednego spośród całego wachlarza słynnych falsyfikatów, za obcowanie z którymi ludzie i tak chcieli płacić ciężko zarobione pieniądze2. Trump był zadufany. Inni mieszkańcy miasta szybko mi uświadomili, że nie wiedział prawie nic o przemyśle hazardowym, wręcz nie znał zasad gier. Miało się to okazać istotne, co wyjaśnię w dwóch rozdziałach kończących tę książkę.

Przez niemal trzydzieści lat od tamtego czasu intensywnie interesowałem się Trumpem; zwracałem baczną uwagę na jego układy biznesowe i wielokrotnie przeprowadzałem z nim wywiady. W 1990 roku upubliczniłem wiadomość, że majątek Trumpa netto tak naprawdę był ujemny, zamiast sięgać miliardów dolarów, jak twierdził zainteresowany. Uniknął chaotycznego osunięcia się w upadłość konsumencką tylko dlatego, że w konflikcie z bankiem rząd opowiedział się za biznesmenem, jak przeczytacie Państwo poniżej.

Zanim technologia pozwoliła mi na digitalizację archiwów, zgromadziłem ogromny skarbiec dokumentów dotyczących Trumpa, jak często robią dziennikarze śledczy z przedmiotami ich zainteresowania. Miałem tyle kartonów wypełnionych teczkami dotyczącymi spraw Trumpa i innych prominentnych Amerykanów – między innymi Barrona Hiltona, Jacka Welcha i szefa policji Los Angeles Daryla Gatesa, że przez lata wynajmowałem dwie komórki magazynowe, by to wszystko pomieścić.

Kiedy więc Trump ogłosił swoje starania o republikańską nominację do startu w wyborach w 2016 roku, byłem pewien, że traktuje ją poważnie. Spędziłem dekady na pisaniu o tym człowieku i prowadzeniu archiwów. Skorzystałem też ze wspaniałomyślności Wayne’a Barretta, który zgodził się podzielić ze mną swoją dokumentacją.

Po pierwsze, wiedziałem, że Trump mówił o prezydencji od 1985 roku. To wtedy wysunął swoją kandydaturę na wiceprezydenta u boku George’a Busha (Seniora), ale zdecydowano się na senatora Dana Quayle’a. W lipcu tego samego roku widziałem przypłynięcie Trumpa do Atlantic City na jachcie „Księżniczka Trump”, pośród pozdrawiających go tłumów. Falanga podskakujących nastolatek piszczała z radości, jakby zobaczyły ukochaną gwiazdę rocka. Tłum wiwatował, gdy Trump wjeżdżał ruchomymi schodami do kasyna Trump’s Castle w towarzystwie ówczesnej żony, Ivany. Jakiś mężczyzna krzyknął głośno: „Bądź naszym prezydentem, Donald!”.

Obserwowałem też, jak w roku 2000 Trump startował w wyborach z ramienia Partii Reform, marginalnej grupy mogącej się poszczycić zaledwie dziesiątkami tysięcy zwolenników (w porównaniu do tych milionów, które nazywają się demokratami lub republikanami). To w czasie tej krótkiej kampanii Trump zadeklarował, że zostanie pierwszą osobą, której kandydatura na prezydenta przyniesie korzyści finansowe. Powiedział, że podpisał milionową umowę na dziesięć wystąpień na wydarzeniach motywacyjnych organizowanych przez Tony’ego Robbinsa3. Tak sobie ułożył działalność kampanijną wokół wystąpień, że loty po kraju prywatnym boeingiem 727 finansowała mu kampania. To był typowy Trump, dopatrujący się zysków we wszystkim, nawet polityce. Niewielu o tym wiedziało.

Także w kampanii w 2016 roku znaczny odsetek funduszy kampanijnych Trump wydał na siebie, wypłacając sobie pieniądze na użytkowanie boeinga 757 oraz mniejszego samolotu, helikoptera, przestrzeni biurowej w Trump Tower i świadczenie mu innych usług przez jego firmy. Prawo antykorupcyjne zobowiązywało go od płacenia stawek czarterowych za korzystanie z samolotu oraz cen rynkowych za usługi swoich firm. Uchwalono je, by zapobiec obniżaniu przez sprzedawców cen usług w celu wymiany przysług politycznych. Jest to dziedzictwo czasów, w których nikt sobie nie wyobrażał, że człowiek przypuszczalnie tak ogromnie bogaty jak Trump będzie sam od siebie kupował usługi. W 2016 roku obowiązujące przepisy zapewniły mu korzyści z własnej kampanii.

W 2012 roku ponownie ogłosił kandydaturę. Jak poważnego pretendenta potraktował go niemal każdy z wyjątkiem Lawrence’a O’Donnella z MSNBC i mnie. O’Donnell i ja niezależnie od siebie doszliśmy do wniosku, że kampania Trumpa miała cel inny niż przeprowadzka na Pennsylvania Avenue 16004. Podejrzewaliśmy, że był nastawiony na podpisanie bardziej lukratywnej umowy z siecią telewizyjną NBC za starzejący się program Celebrity Apprentice5, w którym jego wizytówką była kwestia: „Wylatujesz”.

I tak się stało: kiedy Trump zrezygnował z wyścigu, praktycznie powiedział, że jego kraj, owszem, potrzebuje go w Białym Domu, ale jego show potrzebuje go jeszcze bardziej. Na podstawie tych słów dziennikarze uznali jego kampanię za dziwaczny żart. Z tego też powodu nie bardzo poważali kolejne zgłoszenie przy okazji wyborów w roku 2016.

Ale teraz wszystko się zmieniło. Trump opadał w rankingach. Zagrażało mu zdjęcie programu z anteny. Wiedziałem, że on, człowiek nabożnie czytający nowojorskie tabloidy, nie mógłby sobie chyba wyobrazić gorszego losu (poza śmiercią) niż przeczytanie w dziennikach „Daily News” lub „New York Post” nagłówka: „NBC do Trumpa: wylatujesz”.

Gdy tylko w 2015 roku Trump ogłosił start w wyścigu, pospieszyłem donosić o tym, o czym nie pisały media głównego nurtu. Na początku napisałem między innymi artykuł zawierający dwadzieścia jeden pytań, które moim zdaniem reporterzy powinni temu kandydatowi zadawać na trasie kampanii. Żadnego jednak nie zadano. Niedługo przed republikańskimi prawyborami senator Marco Rubio przywołał w debacie moje pytanie o Uniwersytet Trumpa, a senator Ted Cruz zadał moje pytanie o powiązania Trumpa z mafijnymi klanami Genovesech i Gambinów, które opisałem w tej książce. Już zawsze będę się zastanawiał, co mogłoby się zdarzyć, gdyby dziennikarze i niektórzy z szesnastu kandydatów rywalizujących z Trumpem o republikańską nominację zaczęli zadawać proponowane przeze mnie pytania wiele miesięcy wcześniej.

Ta książka jest moją próbą dopilnowania, żeby Amerykanie mieli na temat Trumpa pełniejsze informacje od tych, które on sam wycyzelował i rozpromował wyjątkowo umiejętnie i usilnie. Trump, przedstawiający się jako współczesny Midas, chociaż wiele rzeczy, których się dotknie, zmienia się raczej w błoto, wyuczył się dziennikarskich konwencji i wyróżnia się genialniejszym wykorzystywaniem ich do swoich celów niż ktokolwiek inny mi znany.

Co więcej, Trump tak samo ciężko pracował, by upewnić się, że niewielu ludzi dowie się o jego trwających całe życie związkach z ważnym handlarzem kokainy, mafiosami i współpracownikami mafii6, hochsztaplerami i oszustami. Tysiące razy pozywano go za odmawianie zapłaty pracownikom, kontrahentom i innym wierzycielom. Inwestorzy z wielu miast wytaczali mu procesy o defraudację. Ale pośród najbardziej wyszlifowanych umiejętności Trumpa jest umiejętność odwrócenia kierunku śledztwa organów ścigania bądź przerwania go. Stosuje groźby wejścia na drogę sądową, by zniechęcić media do podważania fasady rzekomo najmądrzejszego i najpotężniejszego mężczyzny, o którym często piszą „The Donald”7.

Na jednym z moich pierwszych spotkań z Trumpem zrobiłem coś, co mam nadzieję uczyni wielu dziennikarzy przed wyborami w 2016 roku. Przywołałem kwestię dotyczącą kasyn (o której Trump niewiele wiedział), celowo podając mu fałszywą informację – to technika mająca liczne zastosowania w dziennikarstwie śledczym. Trump natychmiast skwapliwie skorzystał z tego wymysłu. Rzeźbił swoją odpowiedź niczym telewizyjni jasnowidze wychwytujący wskazówki ze słów rozmówcy i według nich kształtujący przepowiednię.

Jego obyczaj wychwytywania tego, co mówią inni, doskonale było widać w rozmowie z Lesterem Holtem, prowadzącym wydanie wiadomości telewizji NBC Nightly News. Pod koniec czerwca 2016 roku Holt spytał Trumpa o jego zarzut, że Hillary Clinton spała w czasie ataku w Bengazi. Po tym, jak Holt zauważył, że w miejscu przebywania Clinton było wtedy popołudnie, Trump próbował włączyć to w swoją wypowiedź, by blefem wybrnąć z ujawnienia jego niewiedzy.

Dla tych, którzy wątpią, czy Trumpowi naprawdę brakuje podstawowej wiedzy o ważnych kwestiach, mam rozliczne przykłady. Oto jeden na początek.

Podczas republikańskiej debaty kandydatów na prezydenta nadawanej przez CNN w grudniu 2015 roku prowadzący własny program radiowy konserwatysta Hugh Hewitt zapytał Trumpa:

– Jakie są pańskie priorytety dotyczące naszej triady nuklearnej?

– Więc, po pierwsze, myślę, że potrzebujemy kogoś, komu możemy absolutnie wierzyć, kto jest totalnie odpowiedzialny, kto naprawdę wie, co robi – odpowiedział Trump. – To jest takie potężne i takie ważne. Jedną z rzeczy, z której szczerze jestem bardzo dumny, jest to, że w 2003, 2004 roku byłem całkowicie przeciwko wejściu do Iraku, bo przecież zdestabilizujemy Bliski Wschód. Tak mówiłem. Tak głośno mówiłem. I to było bardzo ważne. Ale musimy być wyjątkowo czujni i wyjątkowo uważni, jeśli chodzi o atom. Atom zmienia cały przebieg meczu. Szczerze, byłbym powiedział: wyjść z Syrii; wyjść – gdybyśmy nie mieli dziś mocy broni. Moc jest tak ogromna, że nie możemy po prostu opuścić terenów, które pięćdziesiąt albo siedemdziesiąt pięć lat temu by [nas] nie obchodziły. To była walka wręcz…

Hewitt badał dalej:

– Jednak z trzech ramion triady czy któreś uważa pan za priorytetowe?

– Myślę… myślę, że jak dla mnie atom to jest tylko siła, ale zniszczenia są dla mnie bardzo ważne.

Hewitt zwrócił się następnie do senatora Marca Rubio z Florydy, z którego Trump często szydził, nazywając go pustym garniturem.

– Czy ma pan odpowiedź?

– Po pierwsze, wyjaśnijmy telewidzom, czym jest triada – rozpoczął Rubio. – Triada oznacza możliwość dokonania ataku atomowego przez Stany Zjednoczone przy użyciu samolotów, pocisków rakietowych wystrzelanych z silosów bądź z poziomu ziemi albo z atomowych łodzi podwodnych.

Nie pierwszy raz zapytano wtedy Trumpa, jak rozdzieliłby fundusze pomiędzy trzy różne metody wysyłania pocisków nuklearnych. Cztery miesiące wcześniej ten sam Hewitt zadał mu to samo pytanie we własnym programie radiowym. Z odpowiedzi Trumpa wynikało, że nie ma najmniejszego pojęcia, o co Hewitt go pyta. Z tego przykładu widać jasno, że w ciągu miesięcy dzielących te audycje nie włożył żadnego wysiłku w dowiedzenie się czegoś na ten temat.

– Myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy, o które musimy się martwić, jest tak ogólnie atom – powiedział Trump w programie radiowym Hewitta. – Moc atomu, moc broni, które mamy dzisiaj – a to jest, swoją drogą, umowa z Iranem – ich idea jest tak ważna, że trzeba ubić dobry interes, i to, co powinni byli zrobić, to powinni podwoić i potroić sankcje…

Ta książka przedstawia fakty, których byłem świadkiem i które zapisały się w rejestrach publicznych. Donoszę o nich z taką samą bezkompromisową skrupulatnością, jak przy wszystkich innych artykułach napisanych przeze mnie w ostatnim półwieczu.

Wielokrotnie pytano mnie, dlaczego nie piszę książki o Hillary Clinton zamiast – albo również – o Donaldzie Trumpie. Odpowiadam tak: w 1988 roku wylądowałem w Atlantic City, a nie w Arkansas. Znam Trumpa; z Clinton ani jej mężem nie rozmawiałem nigdy. Jako pierwszą damę rozwścieczyłem ją jednak moimi artykułami w „New York Timesie”, ujawniającymi, że ona i jej mąż niechcący zapłacili dwa razy więcej podatku dochodowego niż wymagało tego prawo, ponieważ chociaż wydawali prawie dziesięć tysięcy dolarów rocznie na fachowe wypełnianie zeznań podatkowych, doradcy działali na ich niekorzyść.

Czytając tę książkę, należy mieć w pamięci jeszcze jedną rzecz: wiwatujące tłumy młodych ludzi wypełniające salę w Trump Tower w czerwcu 2015 roku, kiedy Trump ogłaszał rozpoczęcie kampanii napastliwymi zarzutami pod adresem Meksykanów, muzułmanów i mediów. W tamtym czasie zdawało mi się to nieprzystające do środkowego Manhattanu – miejsca, które nie kojarzy się z ksenofobią i poparciem dla rasistowskich tyrad. I rzeczywiście, tłum nie pojawił się w wyniku ochotniczego zrywu, jak mogli niebezzasadnie zakładać telewidzowie. Wielu z klaszczących było aktorami, którym zapłacono pięćdziesiąt dolców od głowy.

Rozdział 1

Historia rodziny

Głębokie niemieckie korzenie Trumpa sięgają aż do targanego wojną XVII wieku, kiedy nazwisko jego przodków brzmiało jeszcze Drumpf. W 1648 roku uprościli je do takiego, które pewnego dnia miało stać się potężną marką ich współczesnych potomków.

Z perspektywy XXI wieku wybór wygląda bardzo ciekawie. Donaldowi bez wątpienia podoba się definicja słowa trump u brydżystów: zwycięskie przebicie atutem. Ale pomiędzy innymi definicjami tego słowa znajdują się: „rzecz mało wartościowa, błahostka”, „zwodzić, oszukiwać” oraz „dmuchać w trąbkę, wydawać dźwięk trąbki”. Jako czasownik trump znaczy „knuć bez skrupułów” i „podrabiać, fabrykować, wymyślać”, jak w zwrocie „sfabrykowane (trumped-up) oskarżenia”.

Donald Trump nigdy nie poznał swojego dziadka Friedricha, który zmarł, gdy ojciec Donalda, Fred, miał zaledwie dwanaście lat. Awanturniczy przedsiębiorca Friedrich rzucił na rodzinę Trumpów stuletni cień namiętności do pieniędzy oraz lekceważenia dla niuansów prawa – na przykład wznosząc nieruchomości na gruntach niebędących jego własnością.

Friedrich Trump dorastał w winiarskim regionie południowo-zachodnich Niemiec, w miejscowości Kallstadt, gdzie ciężka praca dawała dach nad głową, a nie bogactwa. Jego ojciec zmarł, gdy Friedrich miał tylko osiem lat. W 1885 roku, w wieku lat szesnastu i wobec perspektywy obowiązkowej służby wojskowej, Friedrich zostawił matce liścik i poszedł w ślady milionów innych Europejczyków pozbawionych perspektyw w swoich ojczyznach: wyjechał do Stanów Zjednoczonych.

Zniósłszy niewątpliwie trudną przeprawę przez północny Atlantyk na pokładzie przepełnionego parowca, Friedrich wylądował w Nowym Jorku, gdzie zamieszkał z siostrą Katherine i jej mężem, wcześniejszymi imigrantami.

Wkrótce postanowił ruszyć na zachód, ostatecznie osiedlając się w Seattle, gdzie otworzył Restaurację Nabiałową. W przybytku mieściły się również oddzielone kotarami pomieszczenia, najprawdopodobniej służące za tani dom publiczny – tak uważa Gwenda Blair, która współpracowała z Trumpami, pisząc historię ich rodziny.

W 1892 roku Friedrich otrzymał obywatelstwo8, kłamiąc na temat swojego wieku. Twierdził, że wylądował w Nowym Jorku dwa lata wcześniej niż w rzeczywistości. Na posiedzenie przyszło dwóch przyjaciół Trumpa, by zaświadczyć o jego dobrej opinii. Jeden z nich był robotnikiem, drugi zajmował się między innymi udostępnianiem lokali na coś, co Blair nazwała eufemistycznie „kwaterami dla pań”.

Friedrich zapoczątkował wiele tradycji rodzinnych Trumpów w Ameryce9, ale nie chodzenie do urn. Jego wnuk Donald miał kandydować na prezydenta po tym, jak nie zagłosował w wyborach powszechnych w 2002 roku oraz, jak pokazują zapisy, w żadnych prawyborach republikańskich od 1989 aż do 2016 roku, kiedy to zagłosował na siebie. Prawnuki Friedricha okazały się jeszcze mniej skrupulatne w wypełnianiu obowiązków obywatelskich. Kiedy nazwisko Donalda Trumpa pojawiło się na karcie do głosowania w prawyborach stanu Nowy Jork w roku 2016, jego córka Ivanka i syn Eric, trzydziestolatkowie, nie mogli zagłosować, ponieważ zaniedbali rejestrację u republikanów. Winę przerzucili na rząd: argumentowali, że powinno im być wolno zmieniać status z niezależnego wyborcy na republikanina nawet w ostatniej chwili. Ale jakkolwiek przestarzałe, te przepisy utrzymują się w prawie stanu Nowy Jork od lat. Rodzeństwo dysponowało miesiącami na zmianę statusu, by móc zagłosować na ojca.

Tym, czego Friedrich Trump z pewnością nauczył swoją amerykańską rodzinę, była natomiast sztuka jednoczesnego dobrego prosperowania i pielęgnowania rosnących pragnień10. Friedrich sprzedał swój restauracjo-lupanar i założył nowy interes około pięćdziesięciu kilometrów na północ od miasta. Rozeszła się plotka, że magnaci naftowi Rockefellerowie planowali w tamtym rejonie znaczną eksploatację złóż. Na nienależącej do niego działce Friedrich postawił swego rodzaju hotel – przeznaczony głównie do krótkich i czynnych pobytów, nie na całą noc, tak to nazwijmy. Budowanie na gruntach, których się nie posiada, zapowiedziało sposób, w jaki jego wnuk Donald miał nabyć swoją rezydencję w Mar-a-Lago: posługując się hipoteką, której Chase Bank na piśmie zgodził się nie rejestrować w sądzie.

Ostatecznie projekt wydobywczy spalił na panewce i niewielu związanych z nim śmiałków coś na nim zyskało. Wśród szczęściarzy był jednak Friedrich Trump, który zdążył zamerykanizować imię i nazwać się Frederickiem. Mówiono na niego Fred.

Usłyszawszy o gorączce złota w Klondike, udał się na terytorium Jukonu w Kanadzie. Nie interesował go fizyczny trud wypłukiwania złota z lodowatych strumieni; Frederick wydobywał z wydobywców. Zbudował bar z grillem. Nazwał ten przybytek „Arktyką”. Oferował wysokoprocentowe alkohole i dziewczyny lekkiego prowadzenia. Jego wyczucie czasu ponownie okazało się bez zarzutu. Przybył w szczycie gorączki złota. Do czasu, aż kruszec zaczął się wyczerpywać, a na okolicę najechała Kanadyjska Królewska Policja Konna, Fred Trump zgromadził fortunkę, którą zabrał ze sobą, czmychając do Ameryki.

W 1901 roku, w wieku trzydziestu dwóch lat, Frederick Trump powrócił do Niemiec. Matka przedstawiła zamożnego już syna pannom na wydaniu. Frederickowi spodobała się jednak kobieta nieaprobowana przez matkę, dwudziestoletnia blondynka o nazwisku Elizabeth Christ. Miała zaledwie sześć lat, kiedy przyobiecany mąż zbiegł do Ameryki przed niemieckim poborem. Z biegiem czasu natura obdarzyła ją hojnie. Zamiłowanie do biuściastych blondynek miało stać się cechą wspólną mężczyzn z rodziny Trumpów.

Frederick przywiózł młodą żonę do Ameryki i zaczął rozglądać się za sposobnościami do powiększenia fortuny, wtedy wartej mniej więcej pół miliona dzisiejszych dolarów. Ale Elizabeth nie kochała gwarnego Nowego Jorku i widocznych w nim różnic między bogactwem a biedą. Bardzo chciała wrócić do domu. W 1904 roku Frederick z żoną i nowo narodzoną córeczką popłynęli z powrotem do Niemiec.

Gdy już tam przybyli, mężczyzna musiał jednak nakłonić władze do przymknięcia oka na jego uchylenie się od poboru. Mając nadzieję, że przywieziony majątek zrobi wrażenie na urzędnikach, we wrześniu 1904 roku tak wyjaśniał pisemnie swoją nieobecność: „nie wyemigrowałem do Ameryki, by zbiec przed służbą wojskową, ale by zapewnić sobie zyskowne źródła dochodu oraz możliwość utrzymywania matki”11, mieszkającej w Kallstadt. Wytłumaczenie nie przekonało niemieckich władz; nakazały Trumpowi wyjazd.

Donalda Trumpa nikt jeszcze nie zapytał, czy ten epizod z rodzinnej historii odgrywa jakąkolwiek rolę w jego niekonstytucyjnych propozycjach deportacji szacowanych jedenastu milionów imigrantów, którzy przybyli do kraju nielegalnie, łącznie z posiadającymi dzieci o amerykańskim obywatelstwie, ani czy Trump myśli o nim, sugerując zakazanie powrotu do Ameryki wyznającym islam amerykańskim wojskowym i żołnierzom marynarki wojennej na misjach.

Po powrocie do Nowego Jorku Frederick dalej świetnie prosperował12. W bogatej w szczegóły biografii Gwenda Blair sugeruje, że wykonywał zawód golibrody – pracę niskopłatną, niepasującą do człowieka tak skupionego na zarabianiu dużych pieniędzy. Blair wzmiankuje, że zakłady fryzjerskie sprzedawały wtedy tytoń, ale na tym również nie można było zbić kokosów. Jednak fryzjernie często służyły za fronty dla nielegalnych interesów, a ponieważ ludzie o podejrzanych źródłach dochodu mieli możliwość przyjścia tam na codzienne golenie czy rozmowy, można było prowadzić wywiad gospodarczy bądź dyskretnie zawierać transakcje z przedstawicielami różnych grup kryminalno-etnicznych wielkiego miasta.

Niezależnie od tego, skąd pochodziła, fortuna Fredericka nie mogła mu jednak kupić czasu. Jako jeden z ponad dwudziestu milionów ludzi padł ofiarą pandemii grypy w 1918 roku. W jego biznesowe ślady poszedł kolejny przedsiębiorczy Trump: ojciec Donalda, Fred.

Rozdział 2

Wartości rodzinne

Chociaż w dniu śmierci rodziciela miał zaledwie dwanaście lat, wzorem ojca dwa lata później, w roku 1920, Frederick Christ Trump założył firmę13. Zarejestrowana przez niego i matkę firma Elizabeth Trump & Son zajmowała się budową garaży dla osób prywatnych. Elizabeth musiała podpisywać wszystkie czeki i dokumenty, ponieważ ambitny syn wciąż był nastolatkiem, niemającym prawa do zawierania umów.

W wieku dwudziestu jeden lat Fred Trump wkroczył w pełnoletniość aresztowaniem14 za uczestnictwo w bitwie między setką nowojorskich policjantów a tysiącem członków i zwolenników Ku Klux Klanu, z których wielu miało na sobie białe szaty. Do zamieszek doszło na osiedlu Jamaica w dzielnicy Queens, gdzie mieszkał Trump. Policja zatrzymała go za odmowę rozejścia się, ale prokuratorzy postanowili nie wszczynać postępowania w sprawie jego i wielu innych aresztowanych tego dnia. Incydent był pierwszym z wielu symptomów przejawianej przez Freda Trumpa wrogości na tle rasowym.

Prawie dziewięć dekad później jego syn Donald kandydując na prezydenta, próbował zaprzeczyć tym faktom15. Twierdził, że ojciec nigdy nie mieszkał pod adresem wydobytym przez prasę z policyjnych kartotek. Jednak inne rejestry publiczne poświadczają prawdziwość adresu. Wskazują również, że w tym czasie w Queens mieszkał tylko jeden Fred Trump.

Przyparty do muru w 2015 roku w wywiadzie dla „New York Timesa” Donald Trump miotał się, robił uniki i próbował przekonać dziennikarzy, by zignorowali tę kwestię, o której napisała strona internetowa Boing Boing po odkryciu artykułu z tego samego dziennika, wydanego w 1927 roku. Wykręty Trumpa brzmiały następująco:

To się nigdy nie zdarzyło. I mówili, że nie było żadnych zarzutów, żadnego niczego. To niesprawiedliwe, żeby o tym wspominać, szczerze mówiąc, bo nie było zarzutów. Mówili, że były zarzuty wobec innych ludzi, ale nie było wcale zarzutów, całkowita nieprawda. […] Ktoś mi pokazał tę stronę – to taka mała stronka i ktoś to tam zrobił. A swoją drogą, zauważyliście, że nie było zarzutów? Więc jeśli nie ma zarzutów, to znaczy, że nie powinno się o tym wspominać. […] Bo mój ojciec, przeciwko niemu nie było zarzutów, nie wiem jak z innymi zamieszanymi. Ale przeciwko niemu było zero zarzutów. Więc zakładając, że to on – a ja nawet nie myślę, żeby to był on, nigdy nawet o tym nie słyszałem. Więc niesprawiedliwie o tym wspominać. Nigdy się to nie zdarzyło. […] jeśli nie ma zarzutów, to znaczy, że nie powinno się o tym mówić.

To ostatnie zdanie jest istotne dla zrozumienia niespójności pomiędzy tym, co o Trumpie powszechnie się mówi, a tym, co bezsprzecznie pokazują publiczne rejestry. Przekonanie, że nie powinno się słyszeć w wiadomościach o zdarzeniach, które nie skończyły się pociągnięciem do odpowiedzialności karnej, jest ważnym elementem starannych i konsekwentnych wysiłków Trumpa, by ograniczyć pytania o jego prowadzenie się. Jak zobaczymy w tej książce, jego bogactwo i sława ściśle wiążą się z udanym skupianiem uwagi dziennikarzy na tym, na czym mu zależy, i umiejętnością unikania dociekań ze strony organów ścigania lub osób pozywających go za domniemane oszustwa cywilne albo niedokonanie zapłaty.

Tak czy inaczej, u schyłku hucznych lat 20. Fred Trump budował domy jednorodzinne w Queens. Gdy w 1929 roku nadszedł wielki kryzys, dotychczasowy deweloper zmienił branżę i otworzył samoobsługowy sklep spożywczy. Był to prototyp nowoczesnego supermarketu, o niższych kosztach utrzymania, ponieważ klienci sami brali towary z półek, co zmniejszało potrzebę zatrudniania ekspedientów. Interes okazał się sukcesem, a po roku Trump sprzedał go z niemałym zyskiem.

Podczas II wojny światowej Fredowi Trumpowi udało się podpisać z rządem kontrakty na budowę mieszkań i koszarów w pobliżu stoczni marynarki wojennej w Pensylwanii i Wirginii16. Tak nauczył się tajników obsługi zamówień publicznych, co miało mu rentownie posłużyć po zakończeniu wojny. Kiedy rząd federalny zaczął finansować mieszkania dla powracających z wojny żołnierzy, podobno Fred Trump jako pierwszy budowniczy stał z papierami pod pachą w kolejce do okienka kredytów Federalnej Administracji Mieszkaniowej (Federal Housing Administration, FHA) w Waszyngtonie. W następnych latach zbudował wiele tysięcy mieszkań na Brooklynie i w Queens, a kolejne kupował nawet w odległym Ohio.

Fred Trump nie był znany ani z jakości mieszkań, ani z rzetelnego pełnienia obowiązków gospodarza. Kupował najtańsze materiały do budowy ponad dwudziestu siedmiu tysięcy subsydiowanych mieszkań i domów szeregowych. Z wielu z nich jego rodzina pobiera czynsz dekady później.

Miał w sobie coś z showmana17, odznaczał się ostentacją, którą jego syn doprowadził później do oszałamiających ekstremów. Fred Brooklyński Budowniczy dobrze wiedział, jak snuć proste, wymowne historyjki, przyjmowane przez gazety bez dogłębnego sprawdzania faktów. Na przykład w 1946 roku powiedział dziennikowi „Brooklyn Eagle”, że z powodu trudnej po wojnie dostępności materiałów budowlanych nakazał swoim podwładnym chodzić po sklepach z narzędziami w całym mieście i wykupować wszystkie gwoździe, choćby trafiła się zaledwie garść. Później zasłynął oszczędnym obyczajem: wizytując place budowy (zawsze w dopasowanym garniturze i krawacie), schylał się i podnosił z ziemi upuszczone gwoździe, by oddać je cieślom.

Wiele lat później użył chwytu, którym najwyraźniej inspirował się jego syn we własnej karierze. W ogniu krytyki za plany zniszczenia popularnej atrakcji w parku Steeplechase na Coney Island, gonitwy mechanicznych koników, na której miejscu chciał wybudować pierwsze osiedle mieszkaniowe noszące nazwisko rodziny inwestorów, Fred Trump odwrócił uwagę dziennikarzy, angażując stadko ślicznotek w kaskach ochronnych i bikini w grochy, by rozdawały cegły okolicznym mieszkańcom i tuzom. Następnie wezwał fotoreporterów na uroczyste rozbicie cegłami ikony parku, witraża Śmiesznej Twarzy. Dekady później Donald Trump także otaczał się modelkami18, by przyciągnąć kamery telewizyjne. Swoją trzecią żonę namówił do pozowania niemal nago na pokładzie prywatnego boeinga 757 do zdjęć w magazynie dla panów. Sam obserwował sesję zdjęciową.

Długo przed tym, zanim nauczył się wytwarzać wiadomości, Fred Trump został głównym celem śledczych federalnych badających przypadki spekulowania pieniędzmi podatników przeznaczonymi na pomoc weteranom II wojny światowej. W przesłuchaniach w Senacie związanych z tym dochodzeniem nie chodziło już o taktyki dywersyjne w rodzaju młodych kobiet w bikini i z cegłami w dłoniach, ale o majątki zgromadzone przez Trumpa i innych budowniczych dzięki pogrywaniu z przepisami FHA dotyczącymi zabezpieczeń hipotecznych. Gdy tylko FHA zrozumiała sposób działania machinacji, wytłumaczono go prezydentowi Dwightowi D. Eisenhowerowi, który podobno w Gabinecie Owalnym wpadł w szał19. Wkrótce biurokratyczne archiwa FHA przeczesywała ponad setka śledczych, porównując koszty z zyskami i odkrywając pomiędzy nimi ogromne rozbieżności.

13 lipca 1954 roku „Brooklyn Eagle” wydrukował w poprzek całej pierwszej strony nagłówek: Zaprzecza 4 milionom zysków, a nad nim słowa „Ale Trump ma taką nadwyżkę w banku”. Nazwisko Trumpa, przynajmniej na Brooklynie, było już rozpoznawalne.

Zeznając przed Senacką Komisją do spraw Bankowości i Waluty (Senate Committee on Banking and Currency)20, Fred Trump upierał się, że nie miał nadzwyczajnego zysku w wysokości niemal czterech milionów dolarów, jak pisano w sprawozdaniu ze śledztwa21. Twierdził, że to wszystko nieporozumienie, ale jego wyjaśnienia opierały się na takim poglądzie na finanse, o jakim nie przeczytamy w żadnym podręczniku księgowości. Biznesmen przyznał, że te pieniądze istnieją, oczywiście, leżą sobie na koncie bankowym przeznaczonym dla projektów subsydiowanych przez FHA, ale tego zjawiska nie wolno nazywać spekulanctwem, ponieważ – zastrzegł – a n i c e n t a z t y c h p i e n i ę d z y n i e p o d j ą ł z b a n k u.

Każdy, kto zna się na finansach, dostrzeże absurdalność takiego postawienia sprawy. Syn Freda Donald również będzie twórczo podchodził do pielęgnowania wrażenia, że zarobił miliardy dolarów dzięki swojej sztuce zawierania korzystnych umów.

Fred Trump zeznał przed Kongresem, że na jego koncie w banku znalazły się niemal cztery miliony dodatkowych dolarów, ponieważ nie spodziewał się niższych kosztów materiałów budowlanych oraz sam dla siebie był generalnym wykonawcą. Pasowało to do jego reputacji budowniczego zawsze kończącego robotę przed terminem, chociaż harmonogramy ustalano swobodnie, ułatwiając wcześniejsze zakończenie prac. Następnie Fred jak najusilniej postarał się odwrócić sytuację, atakując śledczych za „niewypowiedziane szkody na [jego] renomie i reputacji”. Mówiono o aktach oskarżenia za fałszywe zeznania, ale dochodzenie FHA spełzło na niczym.

Miesiąc po złożeniu tych zeznań w Waszyngtonie handlarze z Fort Green, rejonu Brooklynu, poskarżyli się, że przy wsparciu dotacji z federalnego programu likwidacji slumsów Trump chce przejąć ich dzielnicę i w tym celu kantuje ich na czynszu. Sklepikarze powiedzieli „Brooklyn Eagle”, że Trump podwaja wysokość czynszu, co jest „niemoralne”.

Przyjmując taką samą postawę, jak w waszyngtońskim Kapitolu, Fred Trump zapewniał, że to wszystko nieporozumienie. Sklepikarze płacili bardzo różne czynsze za podobne nieruchomości – od czterdziestu dolarów miesięcznie za jeden lokal do dwustu dolarów za inny – co według Trumpa nie miało sensu. Przyznał, że spodziewa się wyprowadzki sklepikarzy w ciągu najbliższych kilku lat, wskutek czego będzie mógł wybudować nowe osiedle mieszkaniowe dzięki ustanowionym przez rząd procedurom likwidacji slumsów… Wkrótce miał na nim zarobić.

Nie tylko podatnicy byli źródłem kapitału dla jego przedsięwzięć budowlanych22. Kilka lat po zakończeniu wojny Trump znalazł wspólnika, człowieka znanego jako Willie Tomasello. Gdy brakowało gotówki, potrafił w krótkim czasie dostarczyć Trumpowi kapitału obrotowego. Zapewniał także spokój ze strony związkowców23: od murarzy i cieśli do kierowców.

Grupa zadaniowa stanu Nowy Jork do spraw przestępczości zorganizowanej zidentyfikowała Tomasella jako współpracownika nowojorskich rodzin mafijnych Genovesech i Gambinów. Innymi słowy Friedrich Trump w XIX wieku budował majątek, zajmując się zakazanymi przedsięwzięciami, a jego syn Fred Trump, by powiększać fortunę, wybrał sobie na wieloletniego wspólnika człowieka powiązanego z przestępczością zorganizowaną. Dekady później Donald Trump także robił interesy z głowami tych samych rodzin, choć na pewien dystans, nawiązując liczne relacje biznesowe z całą baterią kryminalistów, począwszy od hochsztaplerów i ważnego handlarza narkotyków, a skończywszy – jak wkrótce zobaczymy – na szefach dwóch największych rodzin mafijnych w Nowym Jorku.

Nikogo nie powinno zaskakiwać, że Donald Trump upodobnił się do ojca. Fred Christ Trump był ojcem surowym24, który oczekiwał od synów znajomości rodzinnego interesu. Najstarszego syna, Freda Juniora, oraz młodszych chłopców, Donalda i Roberta, uczył o biznesie dosłownie od fundamentów, wożąc ich regularnie do swoich nieruchomości błękitnym cadillakiem. (Kupował nowy co dwa lata. Wyposażał go w coś, co wtedy było nowością: robione na zamówienie tablice rejestracyjne z inicjałami FCT). Chłopców delegował do zamiatania magazynów, wyjmowania monet z pralek i suszarek umieszczonych we wspólnych pralniach w piwnicach, dokonywania drobnych napraw pod nadzorem obsługi technicznej, a gdy podrośli – do inkasowania czynszu.

Nie chodzi o to, że chłopcy potrzebowali tych skromnych sum, które tata dawał im za pracę. Kiedy Donald jeszcze nosił pieluszki, on i jego rodzeństwo mieli już fundusz powierniczy. Jego przydział sięgał około dwunastu tysięcy dolarów rocznie, co w drugiej połowie lat 40. równało się mniej więcej czterokrotności typowego dochodu małżeństwa z dwójką dzieci, jeśli mąż miał pracę na pełen etat.

Fred pracował w ascetycznie urządzonym biurze w Alei Z na Brooklynie, z sekretarką, którą zatrudniał u siebie przez ponad pół wieku. (Radził innym, że najlepiej wybrać sekretarkę z nadwagą i nieatrakcyjną, ponieważ nie odejdzie z pracy).

Rozmawiałem z ludźmi, którzy mieli kiedyś okazję usiąść naprzeciw Freda przy jego prostym biurku, proponując usługi hydrauliczne, szklarskie czy elektryczne. Opisują rytuał znany nie tylko w tamtym biurze. Najpierw gość wręczał kopertę. Fred przez chwilę ważył ją w dłoni, by następnie włożyć do szuflady. Potem słuchał oferty warunków umowy na usługi w jego budynkach.

Te dyskretne dodatki wliczano w koszty kontraktu tylko wówczas, gdy udało się go przekazać Wujowi Samowi albo lokatorom. W przeciwnym razie odejmowano je od zysków wykonawcy. Była to, i do dziś jest praktyka powszechna i nielegalna, o ile płatności w gotówce nie zostaną zgłoszone w zeznaniach podatkowych – co oczywiście przeczyłoby celowi argumentów w kopertach. Przestępstwo to wiąże się niskim ryzykiem. Jeśli strona wręczająca kopertę nie jest agentem rządowym, a banknoty nie zostały oznaczone, kto się o tym dowie? Dodatkową korzyścią z tej praktyki była także zmniejszona potrzeba wybierania pieniędzy z kont bankowych, dzięki czemu nie pozostawiano śladów, na które mogłyby się natknąć władze podatkowe w razie audytu.

Jako pierworodny syn Fred Junior był pierwszy w kolejce do awansu w firmie ojca25. Chyba jednak nie podobała mu się ani praca, ani metody rodziciela. Fred Senior był biznesmenem zasadniczym, śledzącym każdy grosik, przestrzegającym regularnych godzin pracy i co wieczór po kolacji wracającym do interesów przy domowym telefonie. Fred Junior był duchem wolnym, chociaż burzliwym. Corvettą pojechał na Uniwersytet Lehigh w Bethlehem w Pensylwanii, gdzie nauczył się pilotować samoloty. Chociaż nie miał żydowskiego pochodzenia, relacjonował, że czeka na wprowadzenie do bractwa studenckiego Żydów.

Kiedy na początku swojego życiorysu Fred Junior spróbował popracować z ojcem, poglądy obu na interes czynszowniczy okazały się rozbieżne. Na przykład gdy Fred Junior kupił nowe okna do jednego z bloków mieszkaniowych Trumpa, zamiast zlecić naprawę starych, ojciec zganił go za marnotrawstwo. Opowiadając o tym zdarzeniu wiele lat później, Donald wyjawił, że ojciec swobodnie obdzielał wszystkich krytyką, ale pochwałami – rzadko. Donald twierdził, że jemu to nie przeszkadzało; co innego bratu.

Pedagog szkolny określiłby Donalda jako nieprzystosowanego. W swojej pierwszej książce, Trump: The Art of the Deal (Trump. Sztuka interesu)26, biznesmen chwali się, że jako drugoklasista przyłożył nauczycielowi muzyki, bo jego zdaniem nauczyciel nie znał się na nauczanym przedmiocie – chociaż ta historia może być zmyślona. Przez lata sąsiedzi rodziny opowiadali jednak, także mnie, o małym Donaldzie rzucającym kamieniami w bobasy w kojcach i prowokującym kłótnie z innymi dziećmi. Z jego relacji też wynika, że często pakował się w kłopoty – do tego stopnia, że ojciec wysłał go do Akademii Wojskowej Stanu Nowy Jork, by wykształcić dyscyplinę w niesfornym nastolatku.

Donald skończył osiemnaście lat w 1964 roku. Liczba ofiar na wojnie w Wietnamie gwałtownie rosła. Otrzymał cztery odroczenia służby wojskowej ze względu na naukę i jedno uzasadnione opinią lekarza o pojawieniu się narośli kostnej w stopie. Której stopie? – zapytał dziennikarz wiele lat później. Trump odparł, że nie może sobie przypomnieć. Przyjęto go do katolickiej szkoły w Nowym Jorku, Fordham College, ale na trzecim roku przeniósł się do szkoły w Lidze Bluszczowej, na Uniwersytet Pensylwanii w Filadelfii (nazywany Penn). Penn szczyci się znaną i poważaną podyplomową szkołą biznesu, o czym Trump często wspomina. Tylko że w rzeczywistości w niej nie studiował. Był zapisany jako zwykły student i ukończył szkołę z licencjatem z nauk ścisłych w ekonomii.

W college’u zaczął robić interesy w nieruchomościach, między innymi z ojcem, w mieście Cincinnati. Później napisał, że jego majątek netto w momencie ukończenia studiów równał się dwustu tysiącom dolarów. Ta liczba wydaje się jednak skromna, jeśli wziąć pod uwagę sumy płynące do jego funduszu powierniczego, jeszcze zanim nauczył się chodzić.

Tymczasem Fred Junior został pilotem w liniach lotniczych Trans World27. Ożenił się ze stewardessą. Zdaniem członków rodziny Trumpów kobieta oszałamiała urodą, ale mimo to Fred Senior nie mógł jej znieść – tak jak jego babcia od strony ojca nie tolerowała Elizabeth Christ Trump, żony Friedricha. Fred Junior szybko dorobił się z Lindą dwójki dzieci, a wkrótce potem się rozwiedli. Po pewnym czasie zrezygnował z latania, nie radząc sobie z alkoholizmem.

Mając otwartą drogę do pierwszego miejsca w kolejce do rodzinnego interesu, Donald jeszcze przed ukończeniem studiów zaczął wyraźniej naśladować ojca. Jeździł cadillakiem z rejestracją DJT. Raz zabrał na kolację zjawiskową studentkę Penn, aktorkę Candice Bergen28. Randka zakończyła się wcześnie. Candice wiele lat później pamiętała tylko, że Trump miał na sobie trzyczęściowy garnitur w kolorze czerwonego wina i pasujące do niego skórzane buty.

Inni studenci Penn mówią, że nie przypominają sobie, by często widywali Trumpa w kampusie29. To interesująca obserwacja w świetle stwierdzeń Trumpa, jakoby „nikt nie pamiętał” przyszłego prezydenta Baracka Obamy w podstawówce na Hawajach czy gdziekolwiek indziej. Tak naprawdę wielu rówieśników Obamy mówiło o nim i pisało, podobnie jak kilku z jego wykładowców, zwłaszcza konstytucjonalista Laurence Tribe. Kiedy Obama był studentem pierwszego roku prawa, Tribe napisał artykuł recenzyjny, w którym wspomniał Obamę w pierwszym przypisie. Od tego czasu Tribe napisał też, że Obama siedział na każdej sesji akademickiej w pierwszym rzędzie, proponując zniuansowane analizy prawnicze, co zapadło wykładowcy w pamięć ze względu na zdolność studenta do badania subtelnych kwestii prawnych z równoważnych perspektyw wszystkich stron związanych ze sprawą.

Niemniej Trump wychwala swój licencjat z 1968 roku z ekonomii. Twierdzi, jakoby nauczył się „supergenialnych rzeczy” w Wharton School Uniwersytetu Pensylwanii. „Byłem bardzo dobrym studentem w najlepszej szkole” – powiedział Barbarze Walters w jej programie The View. „Jestem, jakby, mądrym gościem”.

Wharton, jak wszystkie szkoły biznesu, uczy podstawowych narzędzi oceniania prawdopodobieństwa zyskowności inwestycji. Jedną z takich metod jest obliczenie wartości bieżącej netto (Net Present Value, NPV). Określa ona różnicę pomiędzy spodziewaną wartością przychodu (lub zysku) z inwestycji a nakładem początkowym, sprowadzając ją do jednej sumy, którą można by wypłacić w danym momencie. Absolwenci studiów biznesowych i szkół finansowych z Ligi Bluszczowej znają to równanie tak dobrze, jak uczniowie podstawówek wiedzą, że dwa dodać dwa to cztery.

W procesie Trumpa przeciwko dziennikarzowi Timothy’emu L. O’Brienowi, pozwanemu za napisanie, że majątek netto Trumpa może być znacznie mniejszy niż miliard dolarów, prawnik zadawał biznesmenowi pytania o znajomość finansów oraz sposób określenia wartości netto.

– Czy znane jest panu pojęcie wartości bieżącej netto? – spytał prawnik Andrew Ceresney.

– Pojęcie wartości bieżącej netto według mnie byłoby wartością gruntów obecnie po odjęciu długu – odparł Trump. – Cóż, dla mnie słowo „netto” jest bardzo ciekawe. Tak naprawdę słowo „wartość” jest tutaj ważne. Jeśli masz składnik majątku, z którym możesz robić inne rzeczy, ale postanawiasz, że nie będziesz ich robić – ja postanowiłem, że nie będę.

Wysłuchawszy tego bełkotu, prawnik poprosił Trumpa o wyjaśnienie innego podstawowego pojęcia biznesowego nauczanego na studiach z finansów: zasad rachunkowości.

– Czy wie pan, czym są?

– Nie – odpowiedział Trump. – Nie jestem księgowym.

Po ukończeniu college’u Trump wyznaczył sobie za cel nie tylko znalezienie młodej kobiety potrzebującej mężczyzny z majątkiem, lecz także zaistnienie na drugim brzegu East River: na Manhattanie, dokąd przyzywały go jasne światła. Mniej niż szesnaście lat później miał wznieść przy Piątej Alei pierwszy budynek opatrzony jego nazwiskiem, zapisanym wielkimi literami z brązu.

Rozdział 3

Wartości osobiste

W 2005 roku Donald Trump poleciał do Kolorado, by wygłosić wykład motywacyjny. Towarzyszyła mu żona Melania i brutalny kryminalista karany za ciężkie przestępstwo30, szwindlarz o nazwisku Felix Sater, który pomagał Trumpowi zawrzeć w Denver dwie duże umowy deweloperskie31. Trump i Sater udzielili wywiadów „Rocky Mountain News”32. Znaczenie rozmów miało się ujawnić kilka lat później. Cała trójka odbyła godzinną drogę limuzyną na północ, do Loveland, rejonu zdominowanego przez republikanów, gdzie ponad tysiąc osób zapłaciło, by usłyszeć porady Trumpa na temat sukcesu w życiu i biznesie.

Mówcy motywacyjni pokroju Ziga Ziglara czy Tony’ego Robbinsa ekscytują publiczność skrupulatnie zaplanowanymi wypowiedziami. Górnolotnie nawołują do wyrzeczenia się wewnętrznych demonów, by zakwitło lepsze „ja”, a marzenia o sukcesie przekształciły się w rzeczywistość.

Z tym mowa Trumpa nie miała nic wspólnego.

Przez ponad godzinę z ust biznesmena raz za razem padały słowa na „k” i na „p”. Nie przygotował tekstu, nie mówiąc już o przećwiczeniu prezentacji. Skrytykował położenie i działanie lotniska w Denver33. Pośród bełkotliwych uwag odsądzał od czci i wiary byłe żony i byłych wspólników. Obmawiając dawną pracownicę za rzekomą nielojalność, uznał za stosowne wspomnieć, że była „brzydka jak pies”34.

– Powiem wam coś o frajerach – oznajmił widowni. – Uwielbiam frajerów, bo dzięki nim dobrze się czuję ze sobą35.

Zapewnił słuchające go tłumy, że frajer zaproszony na konferencję Bixpo 2005 w Loveland dostałby honorarium trzydolarowe, a nie „jebaną fortunę”, jak Trump36. Niezależnie od wysokości wynagrodzenia nie zmotywowało ono Trumpa do okazania biletowanej publiczności elementarnego szacunku w postaci przygotowania choćby zarysu wykładu. Wielu słuchaczy powiedziało później, że nic z jego przemowy im się nie przyda, a już na pewno nie zagrzała ich ona do sukcesu.

Jednak z niezrozumiałego jadu Trumpa niektórzy słuchacze wyłowili dwa zalecenia dotyczące sukcesu w życiu i biznesie.

Po pierwsze, Trump radził, by nie wierzyć nikomu, zwłaszcza dobrym pracownikom. „Miejcie paranoję – zalecał – bo będą chcieli was obedrzeć ze skóry”37. Dziwna to porada, jak pewien słuchacz powiedział potem lokalnym reporterom, bo przecież zaufanie uchodzi za naczelną wartość gospodarki rynkowej. Zaufani przedsiębiorcy przyciągają lepszych pracowników, którzy z kolei usprawniają działanie przedsiębiorstw. Kontrahenci, którym można ufać, napędzają gospodarkę przez zmniejszanie tarć przy okazji partnerstw biznesowych. Właściciele firm rozważnie składający obietnice i znani z dotrzymywania słowa często przeżywają całe życie bez pozwu. Trump był stroną w ponad trzech i pół tysiącu spraw38, między innymi w procesach cywilnych o oszustwo (co opisałem w innym rozdziale tej książki).

Po drugie, Trump rekomendował zemstę jako element polityki firmy. „Odegraj się” – powiedział. „Jeśli ktoś cię rucha, ty wyruchaj go dziesięć razy tyle. Przynajmniej dobrze się poczujesz. O rany, ale ja się dobrze czuję”39.

Dwa lata po przemówieniu w Loveland Trump wydał swoją dwunastą książkę, Think Big: Make It Happen in Business and Life (Myśl z rozmachem. Odnieś sukces w biznesie i życiu). Jej współautorem był Bill Zanker, założyciel The Learning Annex, firmy edukacyjnej oferującej zajęcia właściwie ze wszystkiego, od tańca na rurze i domowego wyrobu mydła po tworzenie biznesplanów.

Rozdział szósty nosi tytuł Revenge (Zemsta). Trump otwiera go słowami: „Zawsze się odgrywam”. Potem rzuca się do ataku na tę samą kobietę, którą potępiał w Kolorado. Zrekrutował niewymienioną z nazwiska kobietę „z rządowej posady, na której zarabiała grosze”; jej kariera stała w miejscu. „Postanowiłem, że zostanie kimś. Dałem jej świetną robotę w Trump Organization, a z czasem stała się naprawdę mocna w nieruchomościach. Wybudowała sobie piękny dom”.

Kiedy na początku lat 90. Trump popadł w kłopoty finansowe, poprosił ją, by „zadzwoniła do bardzo bliskiego przyjaciela, który był na ważnym stanowisku w dużym banku i który zrobiłby, o co by poprosiła. Ale odpowiedziała: «Donaldzie, nie mogę tego zrobić»”. Zamiast przyjąć do wiadomości, że pracownicy taki telefon wydał się niestosowny, szef wywalił ją z pracy. Otworzyła własną firmę. Trump pisze, że działalność padła. „Bardzo się ucieszyłem, gdy się o tym dowiedziałem”40.

W opinii Trumpa odmowa zrobienia czegoś nieodpowiedniego przez pracownika jest tak naprawdę buntem, który należy zmiażdżyć.

Zwróciła się przeciwko mnie po tym wszystkim, co zrobiłem, by jej pomóc. W zamian poprosiłem ją o jedną przysługę, i z miejsca odmówiła. Skończyło się tak, że straciła dom. Jej mąż, któremu zależało tylko na pieniądzach, odszedł od niej, i dobrze. Przez te lata wielu ludzi dzwoniło do mnie z pytaniem o rekomendacje dla niej. Nie dałem jej żadnych dobrych. Nie trawię nielojalności. […] A teraz przechodzę sam siebie, żeby uprzykrzyć jej życie.

Kilka stron Trump poświęcił aktorce Rosie O’Donnell, która w 2006 roku nazwała go szarlatanem41. W 2007 roku Trump na Wystawie Nieruchomości i Bogactwa Learning Annex, organizowanej przez Zankera, przezwał O’Donnell „świnią”, „degeneratką”, „niechlujem”, a później, na wizji, powiedział, że jest „obrzydliwa w środku i na zewnątrz”42. Pozwolił sobie na uwłaczające uwagi pod adresem jej wyglądu, wagi i orientacji seksualnej43. W telewizji o ogólnokrajowym zasięgu oznajmił, że zdrowie emocjonalne O’Donnell poprawiłoby się, gdyby nigdy nie spoglądała w lustro.

David Cay Johnston, Donald Trump. Jak on to zrobił?

Warszawa 2017

Originally published in the English language by Melville House Publishing USA, under the title The Making of Donald Trump

Copyright © 2016 David Cay Johnston

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

All rights reserved.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-09-7

Przekład: Aleksandra Paszkowska

Opieka redakcyjna: Jaś Kapela

Redakcja, korekta: Magdalena Jankowska

Ilustracja na okładce: Agata Wiejak

Projekt okładki, skład i łamanie: Katarzyna Błahuta

Książka dostępna również jako ebook.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), w Świetlicach KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3), Trójmieście (ul. Nowe Ogrody 35, Gdańsk) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl), a także w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Donald Trump. Jak on to zrobił? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego