Umami

Umami

Autorzy: Laia Jufresa

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 17.60 zł

Jeden z najlepszych literackich debiutów hiszpańskojęzycznych ubiegłego roku!

Kiedy za budowę osiedla mieszkaniowego zabiera się doktor antropologii, możemy się spodziewać, że powstanie miejsce niezwykłe. Takim właśnie okazuje się osiedle Dzwonnica w Meksyku. Domki jednorodzinne, które otrzymały nazwy zmysłów smaku, stają się przestrzenią doświadczeń słodkich, gorzkich, kwaśnych i słonych,  by w końcu stać się umami – tajemniczym piątym smakiem.

Umami – słowo które w języku japońskim znaczy „pyszny” – określa ten z pięciu smaków, który na Zachodzie znany jest dopiero od niedawna. Poznają go mieszkańcy osiedla Dzwonnica. Czy życie może być „pyszne” mimo poniesionej straty: śmierci lub odejścia bliskiej osoby? Okazuje się, że bolesne doświadczenie może być początkiem smakowania życia na nowo, dostrzeżenia tego, czego przedtem się nie dostrzegało.

Każdy z głównych bohaterów, mieszkających na osiedlu, utracił kogoś bliskiego: trzynastoletnia Ana straciła siostrę, która utonęła w jeziorze; młoda malarka Marina symbolicznie uśmierciła ojca, który był tyranem i od którego postanowiła odciąć się raz na zawsze, właściciel i projektant osiedla Alfonso stracił żonę, która zmarła na raka, a Pina, koleżanka Any – matkę, która odeszła od niej i jej ojca. Ale choć osią fabuły jest utrata bliskich osób i żałoba po nich, ta piękna, niebanalna powieść to prawdziwy hymn na cześć życia. Narracja powieści jest polifoniczna, a jej konstrukcja bardzo misterna. Pomimo powagi poruszanych tematów, książka napisana jest lekko i z humorem.

Jufresa przemówi do każdego czytelnika, który – jak ja – był kiedyś 12-letnią dziewczynką z obsesją na punkcie Agathy Christie. To naprawdę niezwykła medytacja nad stratą i żałobą, uzdrowieniem i odkupieniem, a także książka, która zachwycająco przedstawia życie we współczesnym Meksyku. – Nylon


Laia Jufresa – meksykańska pisarska. Skończyła studia na paryskiej Sorbonie. Debiutowała w 2014 roku zbiorem opowiadań El esquinista. Jej pierwsza powieść, Umami, została okrzyknięta najlepszym powieściowym debiutem hiszpańskojęzycznym na Festiwalu Pierwszej Powieści we francuskim Chambéry. Obecnie pisarka mieszka w Mexico City.
 

Laia Jufresa

UMAMI

przełożyła Katarzyna Górska

Tytuł oryginału: Umami

Copyright © 2014, Laia Jufresa

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Górska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Dedykacja

Motto

I2004

2003

2002

2001

2000

II2004

2003

2002

2001

2000

III2004

2003

2002

2001

2000

IV2004

2003

2002

2001

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Marii Selenie Álvarez Larrauri (alias el Duende)

Wszyscy między sobą wiemy o wszystkim.

Alfonso Reyes

I

2004

Milpa, powiedziałam. Usiadłam na krześle w salonie i oznajmiłam: Prawdziwa, tradycyjna milpa: kukurydza, fasola i dynia. Sama mogłabym je zasiać, obok stołu piknikowego. Zatoczyłam rękoma wielkie koło i dodałam triumfalnie: Jak nasi przodkowie. Spojrzeliśmy we trójkę przez szklane drzwi na patio; kiedyś stał na nim stół, który można było złożyć i przenieść w dowolne miejsce. Ławki po obu stronach wsuwało się pod spód, jak składane łapy żółwia, a całość zamieniała się w aluminiową walizkę. Teraz już się tak nie da. Stołu nie można złożyć i nie zabieramy go więcej do parku. Dookoła niego widać szary od brudu cement, rzędy donic pełnych suchej ziemi, uschnięte krzaki, zepsute wiadra. Bezbarwne miejskie patio. Jeżeli gdzieś przebija kolor zielony, jest to na pewno mech. Jeżeli czerwony – rdza.

I pachnące zioła, powiedziałam. Pietruszka, kolendra, miechunka pomidorowa, chili do zielonego sosu, który tata przygotowuje, kiedy mamy gości. Od razu kupił ten pomysł. A mogłabyś jeszcze posadzić krzaczek tych nieforemnych pomidorów, które jadłem w trasie koncertowej po Kalifornii? – zapytał. Mama nie okazała jednak entuzjazmu, chociaż zawsze twierdziła, że kocha rośliny. Poszła do swojego pokoju, zanim zdążyłam wstać z krzesła, i zgodziła się podpisać umowę dopiero po trzech dniach. Spisałyśmy postanowienia kontraktu na serwetce. Podpisałyśmy się pod nimi, dla amerykańskiego komfortu mamy nieznacznie modyfikując nazwę całego przedsięwzięcia: „Milpa z trawą”. Milpa ma już swoją tradycję na naszym prywatnym osiedlu Dzwonnica, nie ja pierwsza próbuję się z nią zmierzyć. Teraz to już oficjalne: „W zamian za przeobrażenie patia w milpę-ogród Ana może nie jechać na kolonie i spędzić lato w domu”. W moim własnym domu, trzeba by dodać. Czy to aby nie jest płacenie haraczu? Na pewno dałoby się to pod haracz podciągnąć. Ale oni są innego zdania. Nie to, żeby byli okrutni – po prostu kochają jeziora. Mama nad jednym z nich dorastała. Ważki budzą w niej nostalgię.

W umyśle mamy letnie kolonie = uprzywilejowane dzieciństwo. Tak naprawdę to kolonie są zakodowaną nazwą dwóch miesięcy, które ja i moi bracia spędzamy z macochą mamy, babcią Emmą, pływając między algami i karmiąc kamykami kaczki. Dla mamy zamiłowanie do tych czynności jest oznaką zdrowia, jak picie mleka czy wczesne wstawanie. Wychowała nas w jednym z największych miast na świecie, ale nie chce, żebyśmy byli mieszczuchami – czyli tym, czym właśnie jesteśmy. Mieszka tutaj już od dwudziestu lat, ale dalej przewiązuje sobie głowę chustkami, tak jak inni emigranci wywieszają w oknach flagi państw, które opuścili. Wykorzeniona – w ten sposób określa samą siebie, gdy ktoś przychodzi do nas w odwiedziny, a ona pije czerwone wino, aż jej zęby i język robią się czarne. W dzieciństwie wyobrażałam sobie, że z jej stóp wyrastają korzenie, a sypiący się z nich piasek spada na pościel.

Protestantka – to kolejne słowo, którym mama siebie określa. Towarzyszy mu zawsze ruch dłoni: zamaszysty obrót nadgarstka, służący zarówno usprawiedliwianiu się, jak i żartowaniu z samej siebie. Używamy go między sobą, gdy wyśmiewamy się z niektórych nerwic mamy: jej obsesji na punkcie punktualności i dobrze wykonanej pracy. Obracamy dłonią i czujemy się tak, jakbyśmy ściągali niewidzialne pajęczyny z narodowego katolicyzmu. Obracamy też dłonią, gdy – dajmy na to – musimy być na lotnisku już kilka godzin przed odlotem, na wszelki wypadek. Kiedy ktoś z nas wykonuje ten gest, reszta nie ma wątpliwości co do jego przekazu: etyka protestancka.

Teraz jednak obok jeziora z dzieciństwa mamy stoi Wal-Mart. Chociaż lepiej nie wspominać o tym na głos. Ani o molochu, ani o tym, że ona też mogłaby czasem odwiedzić Emmę. Mama często zapomina, że wykorzenienie się było jej własną decyzją. Niekiedy myślę, że powinnam zrobić to samo. Spakować się i wynieść, jak tylko skończę czternaście lat. Ale tego nie zrobię. Bo ona byłaby zachwycona: starsza córka poszła w jej ślady. Tak właśnie odczytałaby to cała rodzina, jestem tego pewna: mama wykręca kota ogonem z tą samą zdecydowaną delikatnością, z jaką składa ubrania i wyżyma ścierki. Widziałam ją na zdjęciach, kiedy była w moim wieku, z tą jej przerwą między nogami i bosymi stopami. W ten sposób łatwo wyparować. Wznieść się jak piana. Łatwo uciec i zostać ocaloną. Mnie, kiedy siadam, uda się łączą i zawsze coś mi wystaje ze spodni albo z ust, albo z krzesła. I nie mam wyczucia rytmu. Ani głodu przygód. Gdybym to ja uciekła, na pewno bym wróciła.

Mamy teraz dwa worki „dobrej” ziemi. Sprzedawca ze szklarni przekonał mnie, że nasza ziemia, ta z patia, się nie nadaje. Powiedział, że jest zanieczyszczona ołowiem. I że w całej Cuauhtémoc, całej Benito Juárez i całym centrum poziom zanieczyszczenia jest alarmujący, a zawartość ołowiu wzrasta nawet do czterdziestu miligramów na kilogram ziemi. Nie wiedziałam, czy mu wierzyć, ale i tak tę ziemię kupiłam. Przede wszystkim po to, by razem z Piną, moją przyjaciółką, uciec jak najszybciej z tego sklepu. Sprzedawca nie patrzył nam na biusty ani nic, ale rozprawiając o glebach i nawozach, powoli wsadzał ręce do worków z ziemią, aż po łokcie. Widząc to, Pina, która przyszła ze mną, bo później miałyśmy iść razem na orszadę, szturchnęła mnie łokciem. Kup tę ziemię, powiedziała, wystarczająco dużo świństw jest już w tuńczyku.

Gdy dotarłyśmy do La Michoacany na rogu – miejsca, które utrzymuje się głównie dzięki nam – zapytałam Pinę: Myślisz, że jest zboczeńcem? Pi oblizała usta i przeciągnęła dłonią po żebrach, jęcząc: Mmmm, ziemia. Włożyła sobie rękę między nogi. Mmm, dżdżownica z ołowiem! Czasem wstyd mi gdzieś z nią iść. A czasem po prostu jej zazdroszczę. Pinie nie umiem powiedzieć „nie”. Kiedy chodziłyśmy do trzeciej klasy, zmuszała mnie do grania w grę, która polegała na drapaniu wewnętrznej strony dłoni aż do krwi. Złożyłyśmy wtedy przysięgę krwi, że zawsze będziemy siostrami. Chociaż ostatnio nie jesteśmy sobie równe – ja zazdroszczę wszystkiego, co robi Pina i co jej się przytrafia, bo zawsze jest ciekawsze niż to, co zdarza się mnie. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Nieprawda – doskonale wiem kiedy. Zaczęło się, gdy pojawiła się jej mama. Wcześniej miałyśmy po jednej zjawie na łebka – ona swoją mamę, a ja siostrę – ale trzy miesiące temu jej duch skontaktował się z nią przez internet. Odejście mamy i śmierć siostry to oczywiście nie to samo, ale co jest ciekawsze: znaleziona po latach mama czy ta, która nigdy nigdzie nie wyjeżdża?

Pina przestała jęczeć i powiedziała: Nie mów „zboczeniec”.

Dlaczego?

Bo niektóre gnojki mówią tak o gejach. To słowo jest dyskrymujące.

Dyskryminujące.

Właśnie.

A może po prostu przykryć starą ziemię nową i mieć to z głowy? Stoimy na patio. Pina uniosła ramię i przekręciła głowę w kierunku pachy, którą depiluje sobie pęsetą. Kiedy dostaje przykurczu szyi, zmienia stronę. Wygląda jak czapla: ładna i wygięta. Patrzę z obrzydzeniem na worki ziemi, które są nieme i nie odpowiadają na moje pytanie. Podoba mi się słowo „obrzydzenie”. Jest dla mnie właśnie tym – tą porą dnia, w czasie której nie śpią tylko muchy. Wszystko jest o tej godzinie w bezruchu, wszystko śmierdzi zakurzonym cementem. Nie znam się na ołowiu, ale znalazłam w starej ziemi kapeć. I kilka kapsli, i mojego zaginionego pluszowego pieska, pogrzebanego podstępem i z premedytacją pięć lat temu. Gdyby moi bracia nie byli teraz na wakacjach, zaczęłabym obmyślać zemstę.

Pina, nie mając pojęcia, o czym mówi, stwierdza: Trzeba zgarnąć starą ziemię.

I co mam z nią zrobić?

Sprzedać ją Marinie. Albo podarować, żeby coś sobie posadziła i zjadła.

Z ołowiem?

Przecież to minerał, dobrze jej zrobi.

Dobrze to by jej zrobiła lektura Umami.

Co to jest?

Książka Alfa, którą pożyczyłam ci tysiąc lat temu.

Dałam ją komuś w prezencie. Czy to była powieść o pedofilii?

Nic z tych rzeczy, to esej antropologiczny o zależności między piątym smakiem a jedzeniem prekolumbijskim. Na jakim świecie ty żyjesz?

Wiem przecież, co to jest umami, tylko dlaczego napisał książkę z nazwą swojego własnego domu na okładce?

Ale z ciebie głupol.

Chyba z ciebie, nawet nie wiesz, co zrobić z tą twoją ziemią.

Na patio pojawia się tata. Dwa miesiące temu zgolił brodę i jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłam. Wygląda dużo młodziej. Albo dużo brzydziej. Któregoś dnia przyszłam na próbę orkiestry, żeby mnie podwiózł, i prawie go nie poznałam. Zawsze siedział w głębi sceny, ale kiedyś namierzałam go bez problemu. Widocznie tylko przez brodę. Chociaż teraz lepiej mu o tym nie wspominać. Oddaję mu dwadzieścia pesos reszty ze szklarni.

Tata siada z piwem na ławce i kładzie stopy na moich workach. Chowa pieniądze do portfela. Obiecałam mu, że projekt okaże się dobrą inwestycją, chociaż nie wiem, co to tak naprawdę znaczy. Opowiadam mu o azocie w ziemi. O tym, jak kukurydza najpierw go usuwa, a fasola potem przywraca. Następnie przechodzę do ołowiu. Troszkę może przesadzam. (Toksyczny, mówię, i rakotwórczy). Tata patrzy przez okno na mamę: ma dzisiaj na głowie pomarańczowy turban, zmywa naczynia i porusza ustami jak japoński karp. Ustalamy z tatą, że nie wspomnimy jej o ołowiu. Mama jest jedną z tych osób, którym na myśl o zanieczyszczeniu środowiska i/lub postępie cywilizacyjnym pęka serce.

Podsuwam tacie pomysł zakupu węża ogrodowego. Zaczyna liczyć. Zamartwianie się o pieniądze jest jednym z jego tików. Zawsze robi przy tym zeza. Żeby odwrócić jego uwagę, zmieniam temat i opowiadam o pomidorach. Niektóre, obiecuję, będą niekształtne, a inne fioletowe. Pina chce mi pomóc, podnosi pęsetę i wykonuje nią pionowe ruchy: Niektóre będą miały paski. Tata się wzrusza. Idzie do kuchni po kolejne piwo i widzimy, jak próbuje przekonać mamę, by do nas dołączyła. Pomidory tygrysie, powtarza, a także: Quality time. Z tym swoim akcentem, który kiedyś doprowadzał ją do śmiechu. Ale mama nie wychodzi. Mama nie wierzy w patia. W jej umyśle patia są odpowiednikiem czegoś żałosnego i niedożywionego, taplającego się we własnym brudzie, zamkniętego w klatce.

Nie wydaje ci się strasznie chuda? – pyta Pina.

Kto?

Marina!

Tata wychodzi i oświadcza, że nie kupi mi narzędzi. Że muszę je pożyczyć. Założę się, że to odpowiedź na typowy komentarz mamy: Za dużo jej pozwalasz.

Pytam go, od kogo niby mam te narzędzia pożyczyć, ale on tylko zgniata bez słowa puszkę po poprzednim piwie. Od dwudziestu lat gra w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej na kotłach: wie, jak wydobyć z nich długie echo. Po chwili podnosi głowę i zaczyna wpatrywać się w Pinę. Nie boli cię to? – pyta.

Pina mówi, że boli.

To dlaczego się po prostu nie ogolisz?

Bo szybciej odrastają, cedzę przez zęby. Tata natychmiast się domyśla, że lepiej o nic już nie pytać. Pina wkłada pęsetę do kieszeni szortów, krzyżuje ręce, chowając dłonie pod pachy, i mówi: Muszę się spakować. Wstaje i daje każdemu z nas całusa.

Nie zostaniesz na obiad?

Nie mogę, jutro jadę się spotkać z Chelą i nie mam kremu do opalania i całej reszty.

Pozdrów ją ode mnie, mówi tata.

Ja nie wiem, co powiedzieć, i Pina odchodzi. Widzę przez okno, jak obejmuje moją mamę: japoński karp, chińska czapla.

Dostaliśmy e-mail od moich braci, że właśnie wylądowali w Michigan: bilety sponsorują nam zawsze linie lotnicze, dla których nasz dziadek – którego prawie nie pamiętamy – pracował całe życie jako pilot. Kiedyś nie istniało dla mnie nic bardziej emocjonującego niż podróż samolotem, jakbyśmy wszyscy byli częścią wielkiej wymuskanej rodziny z niebieskimi kuferkami pełnymi niespodzianek dla wnuków pilotów, o niebo lepszymi niż pudełka słodyczy, które dostawałam na różne okazje od kolegów ze szkoły. Zawieszano mi na szyi identyfikator i wtedy zaczynałam przewodzić rodzeństwu. Kiedy była nas czwórka, nie mieściliśmy się wszyscy: oni siadali we trójkę w jednym rzędzie, a ja, po drugiej stronie przejścia, udawałam, że lecę zupełnie sama. Emma nie miała jeszcze wtedy telefonu. Teraz co chwila przesyła nam zdjęcia, które robi komórką. Niedawno obejrzała dokument (w PowerPoincie, prezentacje też zresztą uwielbia rozsyłać) o raku skóry. Dlatego teraz na zdjęciach dołączonych do e-maila Theo ma na głowie czapkę, Olmo daszek, a ona sama spiczasty kapelusz, na pewno z Penny Savers, gdzie kupuje wszystko potrójnie, bo wie, że i tak szybko się zniszczy. Przez te nakrycia głowy i grubą warstwę kremu przeciwsłonecznego wyglądają we trójkę trochę upiornie. Emma trzyma w dłoni papierosa, bo nie istnieje na świecie dokument PowerPoint, który byłby ją w stanie nakłonić do rzucenia palenia.

W zeszłym roku Theo próbował ją przekonać, że lepiej kupić jeden egzemplarz dobrej jakości zamiast trzech byle jakich – dajmy na to latarek. Babcia pozwoliła mu dokończyć przemowę, po czym oświadczyła: Widać, synku, że nie przeżyłeś wojny. Theo był zbity z tropu i zareagował dopiero po chwili, ale gdy krzyknął: Ty też nie!, Emma oddalała się już między półkami z proszkiem do prania, pchając przed sobą wózek, w którym wszystko było potrójne.

Kiedy ktoś próbuje wybić jej z głowy to przyzwyczajenie – tak niepasujące do reszty jej hippisowskich i jak sama twierdzi, antyestablishmentowych zwyczajów – argumentem obronnym babci Emmy jest to, że kupując w Penny Savers, wspiera ekonomię Birmy, Tajlandii czy innego rozwijającego się kraju z tamtego rejonu.

Rozwijać to się może dziecko, mówi Theo.

A ona odpowiada: All rightie, then.

Mama płacze nad e-mailem, płacze nad zdjęciami. Latem jej się pogarsza. Tak jak brudna rzeka przynosi ze sobą górę śmieci, tak samo wakacje sprowadzają nam zawsze pod drzwi rocznicę śmierci mojej siostry Luz. Była z nas najmłodsza.

Była najsłodsza? – zapytała pewna głucha ciotka w okresie, w którym nasza rodzina wypełzała spod kamieni, jak robak żyjący tylko przez jeden dzień: dzień kondolencji.

Nie, krzyknęłam, była najmniejsza!

Luz miała prawie sześć lat, gdy się utopiła. Tak właśnie mówiła, od kiedy skończyła pięć: Mam już prawie sześć. Mama nie wróciła od tamtego czasu nad jezioro, ale upiera się, żeby nas dalej tam posyłać. W jej wyobrażeniu, jeżeli ktoś spadnie z konia, to musi się podnieść i dosiąść go na nowo. A jeżeli nie on, to przynajmniej jego dzieci.

Czy jest coś, co chciałaby pani powiedzieć swoim dzieciom? – zapytała psycholog w czasie naszej jedynej wspólnej wizyty, zaraz po śmierci Luz. Rozmawialiśmy z nią od ponad godziny, zwłaszcza tata, Theo i ja, bo mama nie odezwała się słowem, Olmo też nie, ale on był wtedy malutki. Pani doktor unosiła wysoko brwi, próbując zasygnalizować mamie, że stawką w grze jest nasza przyszłość, nasze zdrowie psychiczne – to właśnie powtarzała nam od godziny. Mama w końcu się poddała. Popatrzyła na każde z nas po kolei i powiedziała, tak powoli, że dało się usłyszeć jej obcy akcent: Dzieci, wy naprawdę jesteście odważne, a ja wcale nie jestem rybą.

2003

Jest lipcowa noc. W przejściu prywatnego osiedla Dzwonnica czuć świeże, niemal czyste powietrze, jakie zostawiają za sobą codzienne popołudniowe ulewy, powtarzające się przez całe to fałszywe lato w mieście Meksyk. Zapach mokrego kamienia. W jednym z domów odbywa się pokaz świateł, którego nikt nie ogląda. Jest to Dom Gorzki. Mieszka w nim Marina Mendoza, która nigdy tych świateł nie wyłącza. Tej nocy jednak coś się z nimi dzieje. Zmieniają się. Od najsłabszych po najjaskrawsze. Nie pulsują rytmicznie jak wtedy, gdy ktoś ogląda telewizję, lecz gwałtownie, potem na chwilę się stabilizują, by za moment znowu zmienić intensywność. W pobliżu nie ma żadnego sąsiada, ale i tak pewnie nikogo by to nie zdziwiło: to tylko Marina Mendoza, wiecznie niezadowolona z panującego nastroju.

Dom Gorzki jest pierwszym domem na prawo; choć widać z niego ulicę, to drzwi i większość okien wychodzi na przejście osiedla. Sześć metrów fasady tego domu to najbardziej zmienna część całego osiedla. Marina przestawia doniczki z roślinami, znajduje na ulicy rzeczy i układa z nich obok drzwi stos. Ma ogromne czarne M z akrylu, które przywłaszczyła sobie, gdy kilka przecznic dalej rozbierano szyld pewnego starego kina; łańcuch przepalonych bożonarodzeniowych lampek; ławkę, której brakuje jednej nogi; czterdziestocentymetrowego brontozaura, którego podarował jej na urodziny malutki sąsiad Olmo; zwisający z ramy okiennej telefon komórkowy i aloes kłamliwie kwitnący zawiązanymi na czubkach czerwonymi wstążkami. Możliwe, że jutro brontozaur znajdzie się na aloesie, a M posłuży za podpórkę dla pnączy. Marina najpierw pozwala kurzowi gromadzić się przez wiele tygodni, a później, pewnego dnia lub raczej pewnej nocy, przestawia meble, bierze do ręki ścierkę, odkrywa siebie na nowo.

Naprzeciw Domu Gorzkiego stoi Dom Kwaśny.

W głębi przejścia widać dzwon, od którego wzięła się nazwa osiedla, a za nim trzy pozostałe domy: Słodki, Słony i Umami.

Na lewo od Domu Gorzkiego znajduje się główne wejście na teren osiedla, przysłonięte niewielkim daszkiem z czerwonej cegły, bezużytecznym w czasie deszczu, ale nadającym osiedlu nieco rustykalny wygląd, doceniany przez mieszkańców zwłaszcza wiosną, gdy jakaranda okrywa dach i ławeczkę kwiatami. Na cześć tego drzewa właściciel Dzwonnicy postanowił pomalować przejście – a dokładniej fasady pięciu wychodzących na nie domów – na kolor jakarandowy, ale w sklepie sprzedano mu jaskrawy fiolet, którego nie miał odwagi zwrócić. Marina nienawidzi tego koloru, bo przypomina jej kitle ze szpitala, w którym leżała. Nazywa go wariatelowym.

Tak naprawdę Marina nigdy nie była w szpitalu psychiatrycznym; czasami przestaje po prostu jeść, a wtedy musi chodzić do szpitala ogólnego, żeby podano jej dożylnie sód, potas, chlor, dwuwęglan, dekstrozę, wapno, fosfor i magnez, i już. Tak było aż do ostatniego razu, gdy kazano jej zostać i zrobiono pranie mózgu. Teraz jej mózg jest czysty i bladziuteńki. A przynajmniej tak go sobie Marina wyobraża: nabrzmiały jak ugotowane i obrane jajko.

Żeby pozbyć się wariatelowego, Marina założyła spółdzielnię, która do dzisiaj nie opracowała jeszcze planu działania. Uwielbia za to kolor ścian w swoim domu. Biały. To właśnie on sprawił, że zdecydowała się na wynajem Domu Gorzkiego. I gładkość. Bo ściany gipsowe, zwłaszcza te dające schronienie wielkim plamom wilgoci, uosabiają dzięki wizualnej sile wszystko to, co wraz z przeprowadzką chciała za sobą zostawić. Opuściła rodzinny dom w wieku dziewiętnastu lat, by wyprowadzić się do innego miasta, na osiedle Dzwonnica, znajdujące się wystarczająco daleko, by stać się jej ziemią obiecaną.

W dniu, w którym Marina po raz pierwszy przekroczyła próg Domu Gorzkiego, właśnie skończono go malować; w powietrzu unosił się jeszcze zapach rozpuszczalnika, a przez okno wpadały promienie słoneczne tworzące na ścianie w głębi domu jasny prostokąt. Dostrzegła w nim palec boży wskazujący jej miejsce na ziemi. Słowo, które powiązała z tą pewnością, to „możliwość”. Biel, biel możliwości rozpaloną słońcem na gładkiej ścianie, nazwała białliwym.

Gdy właściciel osiedla, doktor Alfonso Semitiel, pierwszy raz oprowadzał po nim Marinę, przyjął postawę, którą ona widziała wcześniej u jednej ze swoich niedoszłych teściowych – kobiety wymieniającej zalety syna po to, by każdy zestaw komplementów podsumować stwierdzeniem: To ja go stworzyłam.

Semitiel pysznił się budową tego niewielkiego osiedla, które postawił na ruinach posiadłości swoich dziadków, a także, a może zwłaszcza, nazwami, jakimi ochrzcił domy na cześć pięciu smaków rozróżnianych przez ludzki język. Marina za wszelką cenę starała się mu przypodobać, bo chociaż miała przy sobie kopię dokumentu od rodziców, nie wiedziała, czy właściciel zaakceptuje to jako poręczenie, czy też będzie nalegał, żeby do nich zadzwonić i potwierdzić jej tożsamość. Marina nie chciała, żeby jej rodzina dowiedziała się, gdzie jest, jeszcze nie teraz, dlatego starała się roztaczać urok osobisty i stwierdziła, że nazwy domów są niezwykle oryginalne, co zresztą było prawdą, po czym ugryzła się w język, żeby nie dodać, że są też absurdalne, a nawet odstraszające, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby zamieszkać w miejscu zwanym Gorzkim? Ona. Gorzki był dla niej idealny. Na górze miał dwa pokoje i łazienkę. Na dole przestronny salon, kuchnię i patio zajęte przez ogromny zbiornik na deszczówkę. Marinie podobała się ta niemożliwość patia. Każde inne patio, bardziej malownicze lub mniej zagracone, przypominałoby jej o domu rodziców. I choć aż do tamtego dnia pragnęła jedynie rzeczy nienamacalnych, nagle spłynęło na nią czysto pragmatyczne pragnienie: chciała mieć dom tylko dla siebie. Chciała zrobić z jednego pokoju sypialnię, a z drugiego pracownię. Chciała malować każdego dnia, nauczyć się gotować ryż, używać aerografu, pirografu, żelazka, wibratora. Żadnych transfuzji, poczucia winy, plam wilgoci, nigdy więcej piekła fałszywych, przestarzałych Aten Veracruz, jak nazywano Xalapę, jej rodzinne miasto. Wyjechała. Żeby zacząć wszystko od początku. Dom Gorzki miał się stać jej białą kartką. Jednak żeby do tego doszło, musiała wywrzeć na właścicielu dobre wrażenie, a nie bardzo wiedziała, jak to zrobić. Improwizowała. Powiedziała, że była nauczycielką plastyki. Przemilczała jednak, że wyrzucili ją z pracy, bo zemdlała przy dzieciach. Wspomniała, że zdała maturę, ale wolała nie dodawać, że zrobiła ją wieczorowo, bo musiała pracować w restauracji ojca. I skłamała. Powiedziała, że przyjechała do stolicy na studia. Na koniec, przechodząc nagle na ty – co uznawała za typowe dla mieszkańców tego miasta – zapytała z wymuszoną kokieterią: Jesteś żonaty? Właściciel zrobił się wtedy nieswój, więc ona też. Odpowiedział, że jest wdowcem, jedynakiem i antropologiem. Wypili razem kawę, a potem Marina ukradła z baraku, w którym podpisali umowę, pierwszy przedmiot do swojego nowego domu: popielniczkę. Postawiła ją na środku pustego salonu. Potem przez kilka godzin leżała na podłodze, paliła i wpatrywała się w otępieniu w unoszący się w powietrzu kurz, zmieniając pozycję i miejsce zgodnie z ruchem promieni słonecznych na ścianie, przekonana, że coś (jej życie) miało się właśnie rozpocząć.

Ta pełna nadziei tonacja, panorama bieli tysiąca możliwości, biały próg jest dla Mariny białliwym. I właśnie to usiłuje teraz, rok później, odtworzyć za pomocą świateł. Białe światło, obiecują opakowania. Instaluje je we wszystkich pomieszczeniach i choć o tym nie wie, tworzy na powierzchni kałuży przed domem powolny świetlisty pokaz tańca.

Po wynajęciu Domu Gorzkiego Marina naprawdę dostała się na uniwersytet. Wybrała kierunek studiów, jednak rozkładu zajęć już nie. W słowie „wzornictwo” było coś, co wzbudzało w niej nadzieję, że w końcu wyrobi w sobie te najbardziej podstawowe cechy, jakie dostrzegała u innych – swoisty instynkt planowania, chęć przeżycia. Na razie jednak jedynym bezpośrednim rezultatem jej kształcenia jest to, że nigdy nie ma jej w domu w godzinach, w których słońce maluje ściany na białliwo. To właśnie, jej zdaniem, doprowadziło ją na nowo do zaniedbania się, odwodnienia. Na pomoc musiała przybyć jej matka. Przyjechała i odjechała. Jej chwilową obecność zdradzają fugi między kafelkami – Marinie nigdy nie przyszłoby do głowy, że można je wyszorować – i kilka nowych zwyczajów. Teraz bowiem Marina bierze leki. Teraz ma terapeutę. Marina zostawiła sobie na koniec lampę z salonu i parzy ręce, dotykając jej. Gasi ją. Wkłada dłoń pod bluzkę i używając jej jako rękawicy, wykręca żarówkę. Do widzenia, światło żółtawe i męczące. (Jak się nazywa ten kolor? Żółdny? Żółpięty? Żółparty?). Wkręca nową żarówkę i odwraca lampę do ściany. Jednak zamiast wytęsknionego białliwego pojawia się światło ostre, nieskazitelne, futurystyczne: jak tabletki, które bierze. Postanawia nazwać ten kolor białurowy. Gdyby białurowy był osobą, nosiłby kitel i chodziłby po świecie, wieszcząc: Ucieczka jest niemożliwa, wyjścia awaryjne są atrapą, jedynym rozwiązaniem jest obejrzenie planu w innym świetle, świetle filtrowanym przez alprazolam.

Pierwszy od wielu miesięcy pomysł na projekt: leki psychotropowe powinny być pakowane jak płatki śniadaniowe, mieć na pudełku sudoku, żeby człowiek mógł przetrwać ten pierwszy miesiąc oczekiwania, aż przywrócą mu spokój, bo potem i tak o wszystkim zapomina, a jedynym potwierdzeniem skuteczności działania okazuje się wyciszenie wewnętrznego dzwonka przygnębienia, jakby ktoś włączył w środku tłumik. Marina zażywa lekarstwa. Codziennie.

Wyciąga z gniazdka wtyczkę lampy i próbuje w drugim końcu salonu, ale efekt nadal jej nie zadowala. Sfrustrowana rzuca lampę w kąt, a ona migocze i wydaje z siebie głośne kling, kreśląc białym światłem żarówki stożek na tapecie. Żarówka nie jest słońcem. Myśl, że być może nigdy nie uda jej się odtworzyć promieni słonecznych, wydaje się Marinie frustrująca: spokój ducha codziennie zjawia się u niej w domu, a jej nigdy nie ma, bo siedzi akurat na uczelni, wysilając się, żeby o niczym nie myśleć. Co za marnotrawstwo, powtarza sobie, podnosząc lampę. Marina nienawidzi marnotrawstwa. Kładzie się na kanapie i opiera nogi o ścianę w miejscu, gdzie nie ma już słońca, bo jest prawie dziesiąta. A ja nic jeszcze nie jadłam, myśli. Zsuwają się jej nogawki spodni i widzi teraz swoje nogi, dużo grubsze od ramion: cholerna asymetria, dlaczego wszystko nie może być tej samej wielkości? Może powinnam rzucić te studia, zastanawia się w duchu. Wspomina też Chihuahuę, mężczyznę, z którym sypiała od czasu do czasu, dopóki kilka tygodni temu nie zniknął. Ostatnim razem, gdy się widzieli – ona wpatrywała się w sufit, a on ubierał – stwierdził: Już nie mogę. Jakby ich związek był reklamówką, a ciężar chudości Mariny odcisnął biedakowi ślad na palcach.

W weekendy Mariny też nie ma w porze białliwego, bo pracuje. Opiekuje się dziećmi Lindy Walker, swojej sąsiadki. Jej rodzina mieszka po drugiej stronie przejścia, w miejscu, do którego prawie nie dociera słońce. Tak naprawdę to nie dociera tam w ogóle, chyba że na patio z tyłu domu. Ich patio jest trzy razy większe od jej patia i nie stoi na nim żaden zbiornik na deszczówkę. Panuje tam taki bałagan, że przypomina on Marinie tor przeszkód. Wychodzi na patio zapalić papierosa w tych rzadkich chwilach, kiedy rodzeństwo siedzi razem przed telewizorem. Musi to robić po kryjomu, bo najstarsza z całej trójki – grubiutka dwunastolatka, która mówi, jakby połknęła słownik – wypowiedziała tytoniowi wojnę. Ja w twoim wieku musiałam już pracować, ma ochotę wyrzucić z siebie Marina za każdym razem, gdy widzi małą z sześciusetstronicową książką. Kiedyś państwo Pérez Walker mieli czwórkę dzieci, ale najmłodsza córka zmarła dwa lata temu. Chociaż Marina nie miała okazji jej poznać, podejrzewa, że to ta dziewczynka zabrała ze sobą (na tamten świat, do grobu czy na dno jankeskiego jeziora, w którym podobno utonęła) wszystkie promienie słońca, które kiedyś pewnie ten dom wypełniały. Na dno jeziora może nie, bo jej ciało unosiło się podobno na wodzie, gdy je znaleźli, oplecione wodorostami. To wszystko opowiedział jej Olmo, obecnie najmłodszy z rodzeństwa, kiedy rysował kredkami coś niezwiązanego z tematem, samolot.

Zapłatą za opiekę nad dziećmi są lekcje angielskiego. Marina uczy się go z niewielkim, lecz niezmiennym zainteresowaniem. To zdrowy impuls, powiedziała terapeucie, gdy ten zasugerował, że obciąża się zbyt wieloma obowiązkami. To tylko lekcje angielskiego, broniła się. Żebym mogła zrozumieć piosenki, które śpiewam. A praca? Pracę lubię, powiedziała. Dzieciaki to chodząca radość. Chociaż tym, co Marina tak naprawdę lubi, jest mama całej trójki. W każdy wtorek i czwartek Linda przychodzi do niej do domu na dwugodzinną lekcję. Za materiał dydaktyczny służą płyty, które Marina trzyma na stojącej półce. Choć kolekcja jest niewielka, zebrana została z wielką czułością. Swój początek miała na pewnej brukowanej ulicy w Xalapie, w sklepie Tavo’s Rock – dla niektórych jedynym łączniku ze stolicą kraju. A czasem i z resztą świata: jedynym łączniku ze światem. Marina kupiła jedną płytę, a potem drugą za swoją niewielką wypłatę, na którą jej ojciec przystał, dopiero gdy skończyła trzynaście lat i odważyła się zasugerować, że razem z bratem stanowią przykład wykorzystywania nieletnich. Lubiła ten maleńki sklepik, bo nikt z jej znajomych do niego nie zachodził. Na koszulkach, które tam sprzedawano, była krew. Krew amerykańska, sitodrukowa, nieszkodliwa, a jednak wystarczająco czerwona, by zaczęły wokół niej krążyć absurdalne opowieści. Tavo’s Rock? Tam odbywają się rytuały satanistyczne. Gwałcą dzieci. Wszystko, co sprzedają, jest kradzione.

Krew, której teraz, gdy Chihuahua opowiedział jej o północy Meksyku, a ona przestała postrzegać swoją ojczyznę jako zwykły yin-yang Xalapa – Dystrykt Federalny Meksyk, nie pochwala: gdy widzi na ulicy kogoś w koszulce z agresywnym nadrukiem, czuje się urażona. Marina wie, że przemoc jest błędnym kołem, i z przekonania się jej sprzeciwia. Nie wie jednak, co jeszcze, oprócz oburzania się, mogłaby zrobić. Mundurowi mimo wszystko jej imponują. Manifestanci z kolei nie robią na niej żadnego wrażenia. Marina widzi na uniwersytecie wielu rozgniewanych ludzi z transparentami i zastanawia się, czego powinna wstydzić się bardziej: nieznajomości kontekstu czy swojej obojętności. Dlatego też wznosi tylko oczy do nieba i wykrzywia twarz, jakby próbowała udowodnić, że ona również cierpi, po czym mówi, że bardzo się spieszy, i oddala biegiem. W jej głowie powstało nowe słowo: czerważony.

Linda Walker – której fascynacja tradycyjną meksykańską muzyką jest równie entuzjastyczna co wyrozumiała – nie słuchała amerykańskiego popu od ponad dwudziestu lat, czyli od chwili, gdy opuściła ojczyznę. Płyty Mariny ją bawią. To wcale nie jest pop, upiera się Marina, tylko muzyka alternatywna. Tak naprawdę Marina nie ma bladego pojęcia o gatunkach muzycznych. Kryterium wyboru kolejnych płyt było czysto estetyczne: kierowała się wyglądem okładek. Nie zabrała ich w czasie przeprowadzki do stolicy, ale gdy jej matka przyjechała niedawno, by wyciągnąć ją ze szpitala (lub też, jak twierdziła sama pani Mendoza, z kłopotów), przywiozła je ze sobą.

Język angielski działa na Marinę jak medytacja. Nigdy co prawda nie medytowała, ale raz została poddana hipnozie, a do tego w podobny sposób zatraca się w sobie, malując. Medytacja jest dla niej późniejszą etykietką: powracasz z miejsca, w którym przez chwilę byłaś, nie śpiąc, ale nie będąc też do końca przytomna, nie zdając sobie nawet sprawy, że cię nie ma. Angielski odbiera rzeczom powagę. Rozumienie go jest jak domalowywanie zdjęciom wąsów. Nazwy jej ulubionych amerykańskich zespołów brzmią w języku hiszpańskim po prostu śmiesznie: Żurawiny, Powalające Dynie, Ślepy Melon, Czerwone Pikantne Papryczki, Głowa Radia, Ogród Głupców.

Tłumaczenie upraszcza, schematyzuje: coś, co wydawało się złożone, okazuje się nagle dziecinnie proste. To prawo grawitacji dwujęzyczności potwierdza tylko odwieczne podejrzenie Mariny: Amerykanie są szkicem nakreślonym za pomocą piórka.

A jedno podejrzenie, które okazuje się prawdą, sprawia, że nagle czujesz grunt pod nogami, solidny punkt zaczepienia, zwłaszcza jeżeli dzieli ono świat na kawałki i ogranicza przestrzeń, którą zajmujesz. Innymi słowy – spada presja i zmniejszają się oczekiwania. Marina wcale w to nie wierzy, ale ta myśl ją uspokaja.

Czasem jednak wątpi w swoją teorię o szkicu piórkiem, głównie z powodu Lindy. Linda jest Amerykanką namalowaną pastelami lub narysowaną kredkami, o rozmytych, niejednakowych konturach. Im lepiej Marina ją poznaje, tym Linda bardziej się jej zaciera. W całości jej kompozycji zaczynają się również pojawiać linie z przeszłości, sprzed Meksyku, sprzed Victora, sprzed śmierci córki: pentimento – tak nazywają się fragmenty dzieła, z których malarz się wycofał, rozpoznawalne na obrazie. Linda zmienia się według uczesania i pory dnia. Zwodzi cię niczym zielona papużka, a potem rozpuszcza włosy i staje się morelą. Czasem, w nocy, Marina pyta samą siebie: Czy to miłość?

To nie jest zauroczenie, lecz pewnego rodzaju przyciąganie, ołtarzyk, na którym postawiła sąsiadkę; nie wie, jakim jeszcze rzeczownikiem mogłaby to oddać. Porównuje się z nią przez cały dzień. Zmusza się do jedzenia owsianki tylko dlatego, że Linda je owsiankę. Podziwia ją nie za jej pracę w orkiestrze symfonicznej; nie za jej trwały związek z Victorem (między nimi nie ma żadnych reklamówek: wszystko jest bagażem, splotem, częścią tego samego); nie za to również, że była matką czwórki dzieci i jedno z nich straciła; nie za ten tajemniczy sposób bycia, ładny i brzydki zarazem; nie za to nawet, że czasem w południe wygląda na podpitą, czy za te długie włosy, które uparcie spina w kok na czubku głowy, nadając mu kształt gniazda, jak gdyby chciała, żeby coś w nim wyrosło; nie za chustę, którą przykrywa kok i czoło niczym niegojącą się wojenną ranę; a może jednak właśnie za to wszystko, jednak na pewno za nic więcej. Ale – a może przede wszystkim – Marina podziwia Lindę za jej odrzucenie wszelkiej logiki produktu. Za powiedzenie sobie: Nigdy więcej. Sama kiedyś tak jej to wyjaśniła: Wiesz, pewnego dnia powiedziałam dość logice produktu. Dalej chcę grać, ale już nie muszę wystawiać się na pokaz. Oddaję się teraz muzyce, a nie koncertom. Praktyka – to ona jest teraz moją codziennością.

A orkiestra ci na to pozwala? – zapytała Marina, żeby coś powiedzieć.

Dali mi płatne zwolnienie, odpowiedziała Linda. Chociaż wcześniej nie dostałam go przy okazji żadnej z ciąż. Muzycy nie wierzą w niemowlęta, ale wierzą w żałobę; wpływy Wagnera.

Przekład: Katarzyna Górska

Redakcja: Maria Wirchanowska

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Grzegorz Krzymianowski

Cover design: Wil Immink Design

Cover illustration: © Laura Berger

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4684-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Umami 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej