Przeszłość

Przeszłość

Autorzy: Tessa Hadley

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 17.60 zł

Nigdy nie wiadomo, co przyniesie lato...
Przeczytaj powieść, którą zachwyciła się Zadie Smith!

Gdy Alice, Roland, Harriet i Fran podejmują decyzję o wspólnym urlopie, mają
w głowach wizję idyllicznego wypoczynku na angielskiej wsi. To ma być ich ostatni pobyt w odziedziczonym po dziadkach domu, chcieliby więc, by był wyjątkowy. Zasady są proste: tylko rodzina, żadnych obcych. Fran przyjeżdża z dwójką dzieci, Roland z córką (z pierwszego małżeństwa) i nową żoną (trzecią z kolei), Harriet jak zwykle jest sama. Wyłamuje się tylko Alice, która przywozi ze sobą swojego prawie-pasierba Kasima, syna byłego partnera.

Dom dziadków pełen jest bolesnych wspomnień. Chociaż przeszłość przypomina im o sobie na każdym kroku, trudno jest im się z nią rozstać. Atmosfera gęstnieje z dnia na dzień i wkrótce drobiazgi urastają do rangi prywatnych katastrof. Nikt jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że to lato dla wszystkich będzie końcem pewnej epoki...

Tessa Hadley po mistrzowsku kreśli intymny portret rodziny, której członkowie pod płaszczykiem dobrego pochodzenia, wykształcenia, materialnego statusu, skrzętnie skrywają pożerające ich namiętności i mroczne sekrety.

Tessa Hadley jest autorką trzech powieści i zbioru opowiadań. Jej opowiadania regularnie ukazują się m.in. w pismach „The New Yorker” oraz „Grant”.

Tessa Hadley

PRZESZŁOŚĆ

przełożyła Katarzyna Malita

Tytuł oryginału: The Past

Copyright © 2015 by Tessa Hadley

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Malita, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Dedykacja

Część pierwsza. TeraźniejszośćJeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Część druga. PrzeszłośćJeden

Dwa

Trzy

Część trzecia. TeraźniejszośćJeden

Dwa

Trzy

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Jacka

Część pierwsza

Teraźniejszość

Jeden

Alice przyjechała pierwsza, ale stojąc przy drzwiach wejściowych, zorientowała się, że zapomniała kluczy. Warkot silnika odjeżdżającej taksówki, niczym brzęczenie owada wśród wzgórz, był początkowo jedynym dźwiękiem w ciszy popołudnia, dopóki ich uszy nie przywykły do innych odgłosów: szumu wody w strumieniu, który płynął na końcu ogrodu, szelestu w żywopłotach i trawie. Przynajmniej było ciepło, a blask popołudniowego słońca rozmywał się w powietrzu gęstym od puszków, pyłków i muszek o przezroczystych skrzydłach; światło migotało na trawie, a cienie przesuwające się pod srebrnymi brzozami zamazywały ich kształty. Alice przeszukiwała torebkę z rozbawieniem i roztargnieniem. Słynęła z tego, że nie ma głowy do kluczy. Przyjechała z młodym człowiekiem, który był synem jej byłego partnera, i w pociągu zmagała się z pytaniem, na jakim etapie życia się znajduje i czy na ich widok ludzie nie pomyślą, że Kasim jest jej kochankiem, a może synem – a przecież nie był ani jednym, ani drugim.

Teraz bez słowa zniknął za domem i pomyślała, że po incydencie z kluczami zmalała w jego oczach; już był znudzony. Przyjechali na wieś, na zupełne odludzie, bez możliwości powrotu; dom stał przy ślepej ulicy, przy której nie było kawiarni, pubu ani nawet sklepu, w którym mogliby zaczekać.

Choć uśmiechnięta, przez chwilę wściekała się na Kasima. Żałowała teraz, że go ze sobą zabrała. To była niefrasobliwa sugestia, rzucona pod wpływem dumy, że może mu zaproponować wyjazd do takiego miejsca; nie oczekiwała, że się zgodzi, i poczuła się mile połechtana, gdy to zrobił. Ale gdyby była sama, brak kluczy nie stanowiłby żadnego problemu. Co więcej, pozwoliłby jej uniknąć odpowiedzialności wiążącej się z otwarciem domu i przygotowaniem go na przyjazd reszty. Mogłaby położyć się w słońcu na trawie. Mogłaby zrezygnować ze swojej wiecznej czujności i zasnąć tu, w Kington, prawdziwym, głębokim snem, którego ciągle szukała, a który stale jej umykał. Alice miała czterdzieści sześć lat, była smagła, łagodna, skoncentrowana, a jednak nieokreślona – każde z jej zdjęć pokazywało zupełnie inną osobę. Jej skomplikowana osobowość zawsze biegła w różnych kierunkach, falując jak jej piękne włosy. Jakiś mężczyzna powiedział kiedyś, że mają kolor wnętrza śliwki. Były miękkie i brązowe; nosiła je rozpuszczone, opadające falami na ramiona.

Otoczony ogrodem dom był dwupiętrowym białym pudełkiem z wysokimi oknami i werandą na tyłach, która wychodziła na trawnik opadający do strumienia. Ściany w środku nosiły brązowe ślady wilgoci, nie było centralnego ogrzewania, a dach przeciekał. Na omszałych dachówkach, grubych jak płyty chodnikowe, widać było wyryte zagłębienia pozostawione dwieście lat temu przez pracowników kamieniołomu. Alice i Kasim zaglądali przez okna: wnętrze zdawało się wizją innego świata, jego cisza wydawała się brzemienna w znaczenie jak pokój oglądany w lustrze. Pomieszczenia były nadal zastawione meblami dziadków; tapety srebrzyły się za wysokimi krzesłami, czarnym pianinem i sekretarzykiem. Obrazy zawieszone na listwach były plamami czerni. Alice powiedziała swojej terapeutce, że przez cały czas marzy o tym domu. Wszystkie inne, w których mieszkała, sprawiały wrażenie sceny przygotowanej do wieczornego spektaklu.

Kasim nie przejmował się tym, że nie mogą wejść do środka; był lekko skrępowany, bo Alice się zbłaźniła. Poza tym i tak nie wiedział, jak długo zostanie, bo przyjechał tu tylko po to, żeby się wyrwać od matki, która się zamartwiała, że nie chodził na zajęcia – pod koniec pierwszego roku uniwersytetu już się tam nudził. Wyobrażał sobie, że przez szybę czuje stęchły zapach pokoju; dywan był wyblakły i wytarty w miejscu, gdzie padało słońce. Kiedy na kamiennych płytach obok przybudówek zauważył sfatygowane szare renault, zawołał Alice. Nie miała prawa jazdy i nie potrafiła odróżnić jednego samochodu od drugiego, ale kiedy zajrzała do środka, domyśliła się, że auto musi należeć do Harriet, jej starszej siostry. Na tylnym siedzeniu leżało pudełko z mapami, a obok, na złożonej gazecie, para starannie ustawionych butów z wsuniętymi do środka pasiastymi skarpetkami.

– Wiem, co zrobiła – powiedziała. – Przyjechała, zostawiła samochód i poszła na spacer, zanim zjawi się reszta. Cała ona. Uwielbia przyrodę i obcuje z nią w bardzo zasadniczy sposób. Uważa, że jestem frywolna.

Ten mały przejaw uporządkowanej prywatności sprawił, że Harriet wydała się Alice bezbronna; wzruszyło ją to i poirytowało.

– Może twoja siostra też zapomniała klucza.

– Harriet nigdy w życiu niczego nie zapomniała.

Ponieważ nie mogli wejść do środka, Alice poczuła się zobowiązana, by pokazać Kasimowi okolicę. Przez wyrwę w ogrodowym murze na tyłach domu zaprowadziła go na przykościelny cmentarz. Jej dziadek był tu pastorem. Dom i kościół stały na brzegu niecki osadzonej głęboko wśród wzgórz, a latające w niej myszołowy szybowały na prądach powietrza. Stara przysadzista wieża kościoła, bez okien, wydawała się wtopiona w czerwoną ziemię, nawa zaś była dla kontrastu nieproporcjonalnie pełna okien – przejrzyste stare szyby sprawiały, że kamienne ściany sprawiały wrażenie pozbawionych ciężaru. Można było spojrzeć na przestrzał na zielone drzewa po drugiej stronie kościoła. Po licznych pochówkach ziemia na cmentarzu była wzburzona jak morze; z jednego końca zarastały ją wysoki barszcz i rdzawy szczaw. Nagrobek dziadków, wykonany z czerwonego granitu, po blisko ćwierćwieczu nadal lśnił nowością. Alice wyjaśniła, że jej dziadek był zwolennikiem eklezjalnego nurtu w Kościele: kadzidło, Biblia Króla Jakuba i prawdziwe piekło, a przynajmniej jakaś jego skomplikowana inteligentna wersja.

– Był gruntownie wykształconym człowiekiem, poetą. Słynnym poetą.

Kasim studiował ekonomię, nie obchodziła go poezja – ekonomia zresztą też nie. Gibki i zwinny, chodził za Alice po cmentarzu z rękami w kieszeniach, tylko na wpół zainteresowany, słuchając jej z przekrzywioną głową. Alice zawsze dużo mówiła. Kasim był bardzo wysoki i stanowczo za chudy, z brązową skórą i dużym nosem, wąskim jak ostrze; rozmyte czarne oczy opadały wymownie w kącikach, dolne powieki miały lekko fioletowy odcień; granatowoczarne włosy były gęste jak sierść. Wydawał się zdecydowanie angielski i niewątpliwie także trochę egzotyczny – jego dziadek ze strony ojca, sędzia z Pendżabu, był krótko żonaty z angielską pisarką. Teraz Alice martwiła się, że Kasim uzna wieś za nudną; jakoś nie przyszło jej to do głowy, gdy zapraszała go w Londynie. W Kington najbardziej lubiła to, że nie trzeba było nic robić – można było tylko czytać albo spać. Po przyjeździe na miejsce stało się jasne, że Kasimowi to nie wystarczy, i Alice zaciążyła myśl o tym, że będzie musiała go zabawiać. Ponieważ był młody, a ona miała czterdzieści sześć lat, bała się, że nie uda się jej niczym go zainteresować, a podłamałaby się, gdyby mu się tu nie spodobało. Alice boleśnie doskwierała świadomość, że powoli zaczyna tracić urodę. Zawsze wierzyła, że jej siłą jest osobowość i inteligencja. Urodę uważała za rzecz oczywistą.

Fran – druga siostra Alice, najmłodsza z czwórki rodzeństwa – zjawiła się następna, z dwojgiem dzieci: dziewięcioletnią Ivy i sześcioletnim Arthurem. Mieli za sobą koszmarną podróż, w piekielnym ruchu, a Ivy cierpiała na chorobę lokomocyjną. Musiała siedzieć z plastikową miską na kolanach i teraz jej twarz – wąskie usta, ostro zakończone nos i broda – pod piegami była jak biała maska. Przechodząc z ogrodu na tyłach pod kamiennym łukiem obrośniętym starymi krzewami pnących róż, dzieci wyglądały jak postaci ze staromodnej sztuki. Ivy miała na sobie długą, marszczoną, jedwabną wiktoriańską spódnicę koloru khaki i różowy top wyszywany cekinami. Zwykle żyła w innym, wyimaginowanym świecie. Jej historie nie miały fabuły i zdarzeń, wszystkie były nastrojem – uwielbiała Kington, bo tutaj jej wewnętrzne życie na każdym kroku dotykało rzeczywistości. Przechodząc przez trawnik, zanurzała się w swoich snach: stary dom drzemał w słońcu, a drzwi balkonowe pod małym treliażem z burego ołowiu obrośniętego klematisem mogły prowadzić do świata królewskich, poetyckich lub tragicznych zdarzeń.

Arthur miał na sobie codzienne szorty i podkoszulek, lecz był delikatny i piękny; z przezroczystą skórą i niebieskimi żyłkami na skroniach wyglądał bardziej niż sama Ivy jak postać z jej opowieści. Choć Fran nie była sentymentalna, nie mogła się zmusić, by obciąć jedwabiste złote włosy Arthura, które opadały mu na ramiona. Fran twardo stąpała po ziemi, była krępa, piegowata, rude włosy nosiła obcięte na eleganckiego boba, a zielony top mocno opinał jej piersi i brzuch.

– Dzięki Bogu, że jesteś! – wykrzyknęła Alice, przeciskając się przez wyrwę w murze. – Zapomniałam kluczy!

– Okropnie wymiotowałam – oznajmiła Ivy. – Musiałam trzymać miskę.

– Zamieszanie było straszne. Można by pomyśleć, że jest śmiertelnie chora. Harriet nie ma kluczy? Jej samochód tu stoi.

– Stał już, kiedy przyjechaliśmy. Pewnie poszła na spacer.

– No, przynajmniej ty jesteś. Przyda mi się pomoc w rozpakowywaniu zakupów. Ładnie wyglądasz. Ależ jesteś szczupła. Zazdroszczę.

Obrzuciła pełnym podziwu spojrzeniem białą sukienkę w niebieskie kwiatki, opaleniznę, pomalowane paznokcie u stóp, eleganckie sandałki.

– Żałuję, że nie mam czasu na to wszystko.

Alice czuła się paskudnie, że to Fran musiała wszystko kupić. Ale przecież nie mogła przywieźć zakupów pociągiem, a nie wypadało o to poprosić Rolanda, bo jeszcze nie poznały jego nowej żony. A Harriet za bardzo by oszczędzała. Fran zapewniła ją, że nie liczyła się z kosztami; Harriet będzie przerażona, gdy później zaczną dzielić wydatki. Alice przyklękła na kępie ostrej trawy, by uściskać dzieci. Ivy stała sztywno, nadal dochodząc do siebie, a Arthur nachylił się do pocałunku, bo lubił pachnące perfumami ciepło kobiet.

Na ich przyjazd trawę skosił sąsiad, który pod ich nieobecność zajmował się ogrodem, a leżące wszędzie źdźbła zamieniały się już w siano i lekko pachniały zgnilizną. Fran przypomniała sobie, że trzymają zapasowe klucze w jednej z przybudówek.

– Och, nie ma sprawy. Byliśmy razem na cmentarzu, oglądaliśmy groby.

– My?

Alice była pewna, że wspomniała o Kasimie.

– No wiesz! – zawołała Fran. – To ty nalegałaś, że ma być tylko rodzina.

– On jest prawie rodziną! Poznałaś go, nie pamiętasz? Kiedy był ślicznym chłopczykiem. To było prawie wczoraj. A teraz jest ślicznym młodym mężczyzną. Czy to nie przerażające?

– Nie wspominałaś o tym – upierała się Fran.

– A gdzie jest Jeff?

Stojąc przed siostrą na trawniku, z reklamówkami w rękach, Fran zawiesiła głos dla dramatycznego efektu, w czym bardzo przypominała swoją córkę. W przeciwieństwie do rozkojarzonej Alice była energiczna; jej oczy miały wyraziste płytkie powieki, przez co wyglądała, jakby nie miała nic do ukrycia i pokazywała światu wszystko.

– Wyobraź sobie tylko, w ostatniej chwili okazało się, że Jeff nie może przyjechać.

– Żartujesz? Myślałam, że tym razem naprawdę obiecał.

– Bo obiecał. Ale to gnojek.

Udawał, że zapomniał o wakacjach, wyjaśniła Fran, choć planowali je od miesięcy. Zarezerwował występy na cały czas wyjazdu, nie mówiąc jej o tym ani słowa, ale może uda mu się wygospodarować trochę czasu, by wpaść na kilka dni. Powiedziała mu, żeby nie zawracał sobie głowy. Alice okazała siostrze współczucie, lecz bez przekonania, bo czasami, kiedy krytykowała Jeffa, Fran czuła się urażona i zaczynała go bronić. Alice i tak go lubiła i żałowała, że nie przyjechał. To była naprawdę ostatnia kropla, utrzymywała Fran, mówiąc cicho, by chronić dzieci. Skończyła już z Jeffem, miała dość. Alice też już to kiedyś słyszała.

Fran otworzyła drzwi frontowe i siostry zawahały się na progu, by przygotować się na to, o czym zapomniały podczas długiej nieobecności – stęchły zapach uwięzionego powietrza, żałosne blade światło w holu z podłogą z szarych i białych płytek, przykrytą cienkimi chodnikami, które spłowiały i nabrały koloru rdzy. Zawsze musiały się przez chwilę przyzwyczajać, gdyż sfatygowany biedny wygląd domu zderzał się z ich zbyt optymistycznym wyobrażeniem. Fran zaczęła rozpakowywać zakupy w kuchni, która była najbrzydszym pomieszczeniem w całym domu, niezmienianym od lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy ich babka w gorączce modernizacji kazała powiesić fornirowane szafki, zainstalować zlewozmywak z obudową i elektryczną kuchenkę i przykryć podłogę linoleum. Przynajmniej zachowała stary kredens wbudowany w jedną ze ścian. Patelnie i garnki pozostawione w niektórych szafkach poczerniały i lepiły się od pajęczyn i mysich bobków. Ponieważ kuchnia znajdowała się pomiędzy jadalnią od frontu i długim salonem, który biegł wzdłuż południowej, tylnej ściany domu, była ciemna, oświetlana jarzeniówkami, a jedyne boczne okno wychodziło na komórkę i przybudówki.

Valerie, poprzednia, druga żona ich brata Rolanda, przez cały pobyt w Kington snuła plany, jak unowocześnić dom, choć zawsze zapewniała, że bardzo go kocha. Powinni zrobić nową, wychodzącą na ogród kuchnię, więcej łazienek i zainstalować centralne ogrzewanie. Wszyscy się z nią zgadzali, lecz nic się nie zmieniało. I tak nie było pieniędzy na remont.

Ivy usadowiła się obok Kasima, który wyciągnął się z zamkniętymi oczami na gęstej trawie na cmentarzu. Wyprostowała nogi obok jego nóg i ułożyła starannie spódnicę, by wystawały spod niej jedynie lakierki jak dwa czarne wykrzykniki. Opierając się na łokciu, pochyliła się nad Kasimem i poruszyła swój zwykły repertuar tematów – szkoła, Arthur, epoka wiktoriańska, jedzenie, którego nie znosiła – by przetestować, co może go rozbawić. Nie otwierając oczu, Kasim poszukał papierosów w kieszeni spodni, a potem zapalniczki. Ivy z pełnym szacunku zainteresowaniem śledziła rytuał przypalania i pierwsze głębokie zaciągnięcie się.

– Uważaj – powiedziała. – Można łatwo podpalić suchą trawę.

Otworzył jedno oko, by na nią spojrzeć, po czym znów je zamknął.

– Mama nie lubi palenia. Mówi, że wywołuje raka.

– Jak wpadła na ten pomysł?

Bezceremonialność Kasima nie zraziła Ivy – prawdę mówiąc, zaczynał jej imponować. Podejrzewała, że jest nowym chłopakiem cioci Alice, i chyba najlepszym do tej pory. Przyszło jej do głowy, że większość swoich zachowań w obecności dzieci dorośli starannie infantylizowali z myślą o nich – na przykład palenie; wiedziała, że tata pali, ale nigdy przy nich. Kasim leniwym ruchem wyjął telefon, by sprawdzić pocztę.

– Tutaj nie ma zasięgu – poinformowała go z przejęciem. – Tylko w jednym miejscu, a i tak zależy, w jakiej jesteś sieci. Musisz wyjść na to pole z krowami, potem podejść do bramy na końcu i usiąść na niej. To jedyny sposób.

Kasim zaklął – raczej z niedowierzaniem, bo tak naprawdę niespecjalnie się przejął. Może nie należało przeklinać w obecności dzieci, ale Ivy nawet nie mrugnęła okiem, jakby słyszała „kurwa” codziennie. Spodobał mu się pomysł całkowitego odcięcia od komunikacji; nie będą go mogli namierzyć przyjaciele, rozwiedzeni rodzice ani dziewczyna, z którą był bez przekonania na wpół związany. Brzęczące i szeleszczące letnie popołudnie, zbyt gorące, by ptakom chciało się śpiewać, falowało w jego uszach głośniej i bardziej kusząco teraz, gdy wiedział, że nie przetnie go żadne połączenie. Postanowił, że zapadnie się pod ziemię, i spodobało mu się, że czuje ją pod sobą, wcale nie przyjazną, w miejscu, w którym leżał. Z drugiej strony, irytowała go obecność dzieci. W ogóle go nie bawiły. Wydawało się, że zaledwie wczoraj sam był dzieckiem, pamiętał to zbyt dobrze.

Alice obeszła dom, podśpiewując, by pootwierać okna i drzwi. Teraz, kiedy znalazła się już w środku, wszystko było w porządku. Wychyliła się z okna na górze i pomachała do Kasima, który wracał z cmentarza, próbując uwolnić się od depczącej mu po piętach Ivy. Odmachał, nie wyjmując papierosa z ust. Alice odwróciła się od okna i poczuła przybierającą na sile obietnicę niezwiązaną z Kasimem ani z nikim, a już na pewno nie z Danim. Światło przesuwające się po różowych tapetach, ciemna plama szafy widzianej kątem oka, głosy dzieci dobiegające z zewnątrz, stęchły zapach pokoju i jego tajemnice, trzeszczenie desek w podłodze – to wszystko przywołało wspomnienie tak przeszywające, a jednocześnie tak ulotne, że mogło być jedynie wspomnieniem snu. W tym śnie było lato, mężczyzna i jakiś zwiewny, pozbawiony słów sygnał sugerujący, że są sobie bliscy i wiele może się wydarzyć. Ten błysk intymności podniósł Alice na duchu i poruszył, bardziej jak przebłysk przyszłości niż wspomnienie. Miłość znów wydawała się bujna i możliwa – jakby coś trwało w oczekiwaniu. Przeszła podestem bez tchu, czując przyspieszone bicie serca.

Na górze zawsze było mnóstwo światła, zmieniającego się radykalnie razem z pogodą. Dom rozplanowano bardzo prosto: jeden bieg szerokich, płytkich schodów prowadził na długi podest z pomalowaną na biało balustradą; na każdym końcu podestu, na środku przedniej i tylnej elewacji domu, wznosiły się wysokie łukowate okna, zachwycające pięknem z wewnątrz i z zewnątrz. W sypialni od frontu, która zawsze należała do niej, Alice uklękła przed półką z książkami, czując wyrzuty sumienia, bo na dole Fran cały czas pracowała. W domu było pełno książek dla dzieci – nie tylko z dzieciństwa jej i rodzeństwa, lecz także ich zmarłej matki. Ekslibrisy z imieniem Alice wypisanym drżącą kursywą, której uczono jej w szkole, były wklejone do wszystkich jej książek, z datami. Niczym w geście przepowiadania przyszłości otworzyła na chybił trafił jedną z nich – Złotą Księgę Bastablów Edith Nesbit – i przeczytała stronę czy dwie. „Nagle zobaczyliśmy coś, po co warto było odbyć tę wyprawę – strumień znikał nagle w kamiennym obramowaniu. Wleźliśmy do wody, żeby tam zajrzeć, ale nie dojrzeliśmy żadnego światełka, które powinno się pojawić, gdyby był to tunel”1. Ciężar książki w dłoniach, gruby papier stron, kiedy je przewracała, i ilustracje przedstawiające chłopców w krótkich spodenkach i dziewczynki w fartuszkach wydawały się przywoływać dawne czasy – czasy, kiedy pierwszy raz to czytała, a wcześniej czasy, kiedy takie dzieci chodziły po świecie.

Fran kroiła w kuchni cebulę, gdy Alice przyszła poszukać nożyczek, by ściąć trochę kwiatów w ogrodzie.

– Kiedy postanowiłaś zaprosić Kasima – zaczęła Fran – gdzie dokładnie zamierzałaś go położyć?

– Nie martw się, jest mnóstwo miejsca – odparła beztrosko Alice. Na próżno przeszukała szuflady i rozejrzała się bezradnie. – Nie mamy nożyczek?

Fran zdjęła je z haczyka na ścianie i podała siostrze.

– Zakładam, że nie jesteście razem.

– Na miłość boską! Kasim jest prawie moim pasierbem.

– Tylko pytam. Z tobą nigdy nic nie wiadomo.

– Dla niego jestem zgrzybiałą staruszką. A nawiasem mówiąc, dzieci go uwielbiają. Dokądkolwiek się tylko ruszy, ciągną za nim jak procesja. Kasim trzyma ręce w kieszeniach i teraz Arthur go naśladuje. Tak słodko wygląda.

– Ale czy jest dość miejsca? – Pochylona nad cebulą Fran nie dawała za wygraną. – Molly musi mieć swój pokój, to oczywiste. Nie jest już dzieckiem.

Alice była zmuszona policzyć sypialnie i łóżka na palcach.

– No tak. Zapomniałam o Molly.

– Roland i ta, jak jej tam, jego nowa żona. Ty, Kasim, Harriet. Molly. To pięć sypialni. A mamy tylko sześć. To oznacza, że będę musiała spać z dziećmi w pokoju z piętrowymi łóżkami.

– Fran, to okropne. Potrzebujesz spokoju najbardziej z nas. Musisz mieć trochę prywatności. Nie. Ja będę z nimi spała, bo to wszystko moja wina. Naprawdę nie mam nic przeciwko temu.

– Nie bądź głupia – osadziła ją Fran. – Wiesz, że do tego nigdy nie dojdzie.

Skruszona Alice wyjęła z komórki przy kuchni wazony babki, napełniła je wodą i ustawiła na kuchennym stole.

– Pod samym nosem – mruknęła Fran, gdy siostra nie mogła jej usłyszeć.

Alice przyniosła róże, krokosmię i fioletową lnicę z ogrodu, gdzie długą nieobecność lokatorów mogły przetrwać tylko najsilniejsze rośliny. Potem porozstawiała wazony w całym domu – mieszany bukiet na każdej toaletce, białe róże i paprocie dla nowej żony. Ułożyła w misach owoce z supermarketu. Fran przywiozła nowe ściereczki kuchenne w jasnych kolorach. Pokoje wypełniły się zapachem jedzenia. Pomiędzy ich przyjazdami pusty dom zdawał się wpadać w rodzaj otępienia i początkowo był zimny i niechętny, kiedy znów przywracali go do życia.

Harriet przeszła przez cmentarz i zatrzymała się przy wyrwie w murze, by zebrać siły i przygotować się na koniec samotności. Popołudnie wypełniło ją po brzegi: poszła szlakiem do wodospadu, który o tej porze roku był jedynie strumieniem spływającym po długim, wilgotnym jęzorze szmaragdowego mchu. Mysikróliki piszczały w czubkach jodeł w szkółce, padalec wygrzewał się na ścieżce, którą szła, szare pnie drzew wznosiły się dumnie, a blask słońca przedzierał się przez wachlarze liści falujących w ruchu powietrza niewyczuwalnym na dole. Opuszczona chata, którą obserwowali od dzieciństwa – z bladym wspomnieniem starej kobiety będącej jej ostatnią mieszkanką – zapadła się jeszcze bardziej w ziemię na zakręcie ścieżki, usadowiona wysoko, na krawędzi stromego zbocza doliny. Dawno temu razem z bratem i siostrami wyłamali zardzewiałą kłódkę i przetrząsnęli wnętrze chaty, weszli nawet na górę. Teraz byłoby to niebezpieczne. Miejsce nie miało żadnych wygód, nie było bieżącej wody, nie wspominając już o elektryczności; nikt nie mógłby tu mieszkać. Choć czasami Harriet myślała, że mogłaby. Nie potrzebowała zbyt wiele.

Dostrzegła, że inni już przyjechali. Balkonowe drzwi były otwarte na taras, gdzie na jednym z leżaków przyniesionych z przybudówki siedział młody mężczyzna. Ivy wyszła z salonu i przyniosła mu szklaneczkę czegoś, co wyglądało na dżin z tonikiem, trzymając ją ostrożnie w obu dłoniach; Arthur szedł za nią z miseczką. Harriet była bardziej nieśmiała, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać, i struchlała na myśl o ponownym wejściu do tego zaludnionego świata. Początkowo doszła do wniosku, że mężczyzna jest nowym chłopakiem Alice, choć nie słyszała, by ktoś taki się pojawił. Kiedy się zbliżyła, rozpoznała go.

– Wiem, kim jesteś – powiedziała, wyciągając rękę, czym przestraszyła Kasima, który czytał z pogardliwą uwagą zabrany z pociągu w Londynie egzemplarz „Metra”. – Jesteś synem Daniego. Poznaliśmy się kilka lat temu na urodzinach Alice. Ale wtedy byłeś jeszcze chłopcem. Jestem siostrą Alice.

– Dorosłem.

– Głupio gadam. Oczywiście.

Kasim wstał i próbował zaoferować Harriet swoje miejsce, potem swój dżin z tonikiem i solone orzeszki nerkowca, które przyniósł Arthur.

– To dla ciebie – powiedziała surowo Ivy. – Ona może dostać swojego drinka.

Kiedy tylko Kasim zobaczył Harriet, przypomniał sobie ich spotkanie, bo wyglądała jak bardziej tragiczna wersja Alice, choć sztruksowe spodnie i stary podkoszulek były dowodem, że nie przywiązuje tak wielkiej uwagi do stroju jak ona. Jej twarz wydawała się bardziej mizerna niż twarz siostry i mniej ekspresyjna, niczym maska spokoju, a krótkie włosy sterczały sztywno jak czub i były bielusieńkie.

Harriet oświadczyła, że nie jest jeszcze gotowa na dżin, lepiej najpierw zmieni buty, a potem się rozpakuje. Arthur zapytał, czy może z nią iść.

– Uwielbia patrzeć, jak kobiety się przebierają – wyjaśniła Ivy.

– Zmienię tylko buty – odparła przepraszającym tonem Harriet.

Fran, która płukała sałatę w kuchni, zobaczyła, jak Harriet i Arthur niosą bagaże jej siostry – nieliczne – do bocznych drzwi prowadzących do komórki połączonej z kuchnią. Arthur prężył się z dumą pod paskiem przewieszonej przez pierś lornetki ciotki. Nic na to nie mógł poradzić, z tymi włosami wyglądał jak paź. Fran zauważyła to, wręczając mu miseczkę z orzechami, i poczuła ukłucie bólu na myśl, że musi je ściąć. Ale jeszcze nie teraz. Przynajmniej najstarsza siostra rozmawiała z dziećmi, jakby były dorosłe – Alice czasami przesadzała.

– Byłaś już na spacerze – powiedziała, całując Harriet.

– Nie chciałam wchodzić do środka pierwsza – wyznała Harriet. – To taki dziwny przesąd.

– Chciałabym mieć tyle energii co ty. Nic dziwnego, że jesteś taka szczupła.

Harriet usiadła w komórce, by rozsznurować buty, a Fran wyjaśniała jej, dlaczego Jeff nie przyjedzie i jakie to niesprawiedliwe.

– Nie wiemy, o której przyjedzie Roland z ekipą, ale i tak robię kolację i zaczęliśmy już popijać dżin. Pomyśleliśmy, że lepiej się wzmocnić przed przybyciem jego nowej żony.

– Spotkałam Kasima w ogrodzie.

– To syn Daniego. Podobno jest niezwykle inteligentny. Ale przecież wszyscy przyjaciele Alice są niezwykle inteligentni, no nie?

– Wydał się bardzo miły.

Fran zniżyła głos:

– Alice nigdy nie myśli o stronie praktycznej. A ponieważ go tu przywiozła, będę musiała spać w pokoju z dziećmi.

Harriet nachyliła zaczerwienioną twarz nad sznurówkami, przybita poczuciem winy, bo wiedziała, że powinna zaproponować, że to ona będzie spała z dziećmi, by dać Fran chwilę wytchnienia, nie mogła się jednak na to zdobyć. Samotność tuż przed zaśnięciem była dla niej bardzo cenna: w domu żyła na ogół z dala od swojego partnera, Christophera, bo oboje woleli taki układ.

Po chwili do kuchni weszła Alice z nożami i widelcami w rękach – nakrywała do stołu w jadalni.

– Hettie, jesteś! Spacer się udał? Jakie to mądre, wyjść prosto w piękny dzień. Nie przywiozłaś zbyt wiele bagażu jak na trzy tygodnie. Jesteś taka ascetyczna! To bardzo do ciebie podobne, nie przejmować się ubraniami. W końcu przecież nikt nas nie będzie oglądał. Z wyjątkiem nas samych, a my o to nie dbamy, jesteśmy w rodzinnym gronie. No, będą jeszcze Kasim i Pilar.

– A więc tak ma na imię – powiedziała Fran. – Wiedziałam, że to coś związanego z architekturą2.

– Przyjechałam tylko na tydzień – wyjaśniła Harriet. – Nie mogłam wziąć więcej wolnego.

Fran zakręciła suszarką do sałaty, by ukryć rozczarowanie Alice, której zachowanie zmieniło się diametralnie. Rzuciła z brzękiem sztućce na kuchenny stół.

– Obiecałaś! – wykrzyknęła.

Czy nie umówili się, że wszyscy zaoszczędzą urlop, by spędzić razem całe trzy tygodnie, bo może to będzie ostatni raz?

– Niczego nie obiecywałam – odparła Harriet. – Ostrzegałam cię. Powiedziałam, że trudno mi będzie zostawić pracę na tak długo.

– Chciałam, żebyś tu była. To miała być specjalna okazja. Chciałam, żebyśmy byli wszyscy razem, jak za dawnych czasów.

– Przecież tu jest – rzuciła Fran. – Nie kłóćmy się w pierwszy wieczór.

Na górze Harriet znalazła na swojej komodzie mały bukiet; zdawał się przekazywać wyrzuty Alice, gdy się rozpakowywała. Z sypialni położonej nad kuchnią słyszała głos siostry podnoszący się w gniewie, choć nie słyszała słów. Kiedy celowo zatupała na drewnianej podłodze, Alice zamilkła. Brzęk kieliszków i szuranie krzeseł dobiegały z jadalni. Alice była niesprawiedliwa, obwiniając ją, że wszystko zepsuła. Nikt się nie obruszył, że Alice przyjechała z Kasimem, a przecież sama chciała, by spotkanie miało charakter wyłącznie rodzinny.

Arthur siedział na łóżku, wymachując nogami, i zaabsorbowany patrzył, jak Harriet układa ubrania.

– To twoja najlepsza piżama? – zapytał szczerze zainteresowany i musiała przyznać, że ma tylko dwie, na dodatek takie same – jedną w zieloną kratę, drugą w czerwoną.

Żałowała, że nie ma niczego bardziej wyszukanego, by mu pokazać, oprócz zgrabnego stosiku czystych podkoszulków, bielizny, zapasowej pary spodni i swetra na wypadek, gdyby zrobiło się zimno. Odkładając tabletki na katar sienny i szczotkę do włosów, wsunęła pamiętnik pod podkoszulki w szufladzie. Wieczorem, kiedy będzie sama, opisze kłótnię z Alice i spróbuje przedstawić oba punkty widzenia ze skrupulatnym obiektywizmem.

Gdy Alice weszła na górę ze szklaneczką dżinu na znak pokoju, Harriet przyjęła ją, choć nie przepadała za dżinem.

– Nie masz nic przeciwko mieszkaniu w tym pokoju? – zapytała Alice, odwracając się szybko od swojego odbicia w noszącym ślady czasu obrotowym lustrze, choć nie mogła się powstrzymać, by nie unieść ręki i nie poprawić fryzury.

– Nie. Czemu miałabym mieć?

– Bo musisz przechodzić przez mój pokój, a to kłopot dla ciebie. Nie możesz przechodzić przez pokój Rolanda ze względu na Pilar.

– Nie przeszkadza mi to.

Arthur zapytał, czy Harriet chciałaby zrobić mu zdjęcie, a kiedy odparła, że zrobi je z radością, przywołał na twarz niejednoznaczny uśmiech. Potem Alice, która przed obiektywem czuła się równie naturalnie jak on, usiadła obok niego na łóżku i do kolejnego zdjęcia objęła go ramieniem. Arthur zaoferował się, że uwieczni siostry na wspólnej fotografii, lecz nie chciały o tym słyszeć. Obie bały się panicznie – choć nigdy się do tego nie przyznały – że są do siebie tak bardzo podobne, a jednak tak różne. Na rodzinnych zdjęciach grupowych zawsze ustawiały się na przeciwległych końcach. Posiwiałe włosy Harriet sprawiły, że ich podobieństwo stało się jeszcze bardziej uderzające.

Zaczęli jeść kolację, choć nie mieli żadnych wiadomości od Rolanda: makaron z sosem pomidorowym, oliwkami i kaparami, chleb na zakwasie, sałata z oliwą i solą morską. Dzięki Alice stół wyglądał uroczo z kwiatami i starymi srebrnymi sztućcami, które dziadkowie dostali w prezencie ślubnym. Znalazła poznaczony plamami wilgoci koronkowy obrus, pachnący wnętrzem szafki. Okna w bocznej ścianie były podniesione i padające ukośnie promienie późnego słońca odbijały się w lustrze wiszącym nad kredensem; jedli w ich blasku i cała scena miała w sobie coś pamiątkowego. Żadne z nich nie miało w swoim innym życiu jadalni ani nie używało obrusów, nie mówiąc już o koronkowych.

– Pomyślcie tylko – zaczęła Fran. – Być może spotykamy się tu ostatni raz.

Alice odparła, że nie chce o tym myśleć, a Fran nie powinna się wyrywać; muszą to przedyskutować, kiedy zjawią się wszyscy. Dzieci, przebiegając wzrokiem od twarzy do twarzy, by wybadać nastrój dorosłych, zachowywały się wyjątkowo grzecznie, próbując się do niego dostosować. Ivy unosiła mizerną buzię w stronę czegoś nieokreślonego, gdyż była zawieszona pomiędzy tym rzeczywistym pokojem a innym, wyobrażonym. Kiedy jedli, zadzwonił telefon na stoliku w holu; odebrała Harriet i po chwili wróciła do stołu rozczarowana.

– Dzwonił Roland. Przyjadą dopiero jutro.

– Wiedziałam, kiedy tylko telefon zadzwonił – powiedziała Alice.

– Zawsze mu się to udaje! – wykrzyknęła Fran. – Za każdym razem!

– Och, demonstruje tylko swoją pozycję. Nawet nie wie, że to robi.

Na chwilę z sióstr uszło powietrze; oczekiwanie na przyjazd pozostałych mocno podnosiło je na duchu. Ich brat, jego żona i córka (Molly była córką z pierwszego małżeństwa) pod swoją nieobecność wydawali się bardziej wytworni, a ich przyjazd miał być kulminacją wieczoru.

– Marna wymówka – oświadczyła Harriet. – Jeśli naprawdę ma jutro spotkanie, mógł nas przecież zawiadomić wcześniej.

– W zasadzie to się cieszę – powiedziała Alice, doszedłszy do siebie. Nachyliła się i oparła łokcie na stole, unosząc kieliszek w dłoniach tak, że z ręki zsunęły się cienkie bransoletki. Na letnią sukienkę narzuciła bolerko vintage z przezroczystymi rękawami. – Czy to nie wyjątkowe, że siedzimy tak w szóstkę? Poczułam ulgę, że nie musimy dziś poznawać nowej żony Rolanda. Jutro spojrzymy na wszystko świeżym okiem i będziemy na nią gotowi. Ale dziś wieczorem bez nich jest idealnie, prawda?

– Dla mnie mogliby w ogóle nie przyjeżdżać – oznajmił radośnie Kasim.

– Roland powinien o nas pomyśleć, gdy tak często zmienia żony – powiedziała Fran. – Stale musimy się przyzwyczajać do nowej. A zdążyliśmy już przywyknąć do Valerie.

– Mniej więcej.

– Ja nigdy do niej nie przywykłam – oświadczyła Ivy. – Miała piskliwy głos, a kiedy szła, poruszała głową jak kurczak.

– O tak – rzucił Arthur, naśladując ruchy Valerie.

– Co za ulga – powiedziała Alice – że Valerie należy już do przeszłości, bo prawda w końcu mogła wyjść na jaw.

– Nie zachęcaj ich – ostrzegła ją Fran. – I tak są nieznośni.

Po kolacji Alice poszukała w szafce świec: światło elektryczne było zbyt brutalne, zabiłoby magię.

Kiedy uporano się ze zmywaniem, łóżka zostały posłane i dzieci ucichły na górze, dorośli znów usiedli przy stole, wciąż przy otwartych oknach, bo wieczór był bardzo ciepły. Poetyckie ćmy, wyraźne w zawiesinie mniejszych owadów, wirowały wokół płomieni świec. Harriet włożyła kardigan i zawiązała jedwabny szal wokół szyi, w ustępstwie na rzecz form towarzyskich. Tego typu dodatki były domeną Alice, lecz ta zachęcająco dotknęła szala siostry i wykrzyknęła, że jest śliczny. Fran zdjęła fartuch i wyjęła czekoladki i butelkę armaniaku z opakowań z supermarketu. Alice podkradła papierosa Kasimowi, żeby mogła dmuchać dymem na owady, a przy okazji wysunęła z paczki jeszcze jednego.

Kasim był nieźle wstawiony i ogrzewał się w cieple czułej uwagi trzech skoncentrowanych na nim kobiet; każda z nich mogłaby być jego matką. Wydobywały z niego wrażliwość w sposób, którego dziewczęta w jego wieku jeszcze nie znały: uważały, że jest chłodny i inteligentny. Rozparł się wygodnie na krześle i wyciągnął długie nogi pod stołem, świadomy swojej inteligencji oraz uwagi, którą obdarzały go siostry – nie kryły się z nią, bo wyrosły już z ograniczającego je opanowania. Znane mu dziewczęta zawsze coś odgrywały, a jeśli opuszczały gardę, często nic się za nią nie kryło. Jego błyskotliwość w towarzystwie tych starszych kobiet działała niczym seksualna siła – nawet jeśli nie była wymierzona w żadnym konkretnym celu. Zakręcił armaniakiem w kieliszku i rozlał go na koszulę, sypiąc popiołem z papierosa na dywan.

Zwrócił się do Fran, która była nauczycielką matematyki w szkole średniej i mogła go polubić najbardziej, gdyby nad nią popracował. Wydawała się bardziej zdecydowana i być może bardziej ograniczona niż siostry. Kasim kochał się kiedyś w swojej nauczycielce matematyki i pokryte piegami pulchne ręce Fran przywołały przyjemne wspomnienie równań wypisywanych starannie na tablicy. Popisywał się, rozwodził nad teorią optymalizacji i regułą łańcuchową w obliczaniu – liczba x pewnych towarów wymaga uzależnienia od ceny c, która zależy od pogody mierzonej parametrem p, i tak dalej. Tak naprawdę matematyka była nudna, poruszała się w swoich niepowstrzymanych kręgach. Ale podobało mu się, że siostry są przerażone jego rozwiązaniami kryzysu bankowego: powinniśmy pozwolić bankom upaść, tłumaczył z powagą, i pozwolić upaść firmom ubezpieczeniowym, które wykupiły obligacje zabezpieczone długiem, i pozwolić, by ludzie, którzy wzięli za duży kredyt na kupno domów, te domy stracili. Potrzebujemy mniej regulacji, nie więcej – globalne finanse działają jak system powiązanych karteli i wolny rynek jest naszą jedyną nadzieją na ich rozbicie.

Alice była przerażona, lecz poczuła się rozgrzeszona popisem Kasima. Oczywiście znał opinie sióstr, jeszcze zanim zdążyły się nimi podzielić – ich zakurzoną, pełną optymizmu lewicowość, staroświeckie oczekiwanie, że państwo będzie instrumentem sprawiedliwości społecznej.

– Problem z kapitalizmem – zaczęła Alice – polega na tym, że zawsze stawia na wzrost. Ale nie możemy stale wytwarzać więcej towarów i wykorzystywać coraz więcej zasobów Ziemi. Na początek musimy zmniejszyć emisję dwutlenku węgla.

– Mówisz poważnie? Czy ktoś jeszcze naprawdę myśli, że to czas na takie rozwiązania? Wyobrażasz sobie, że chiński ciężki przemysł może korzystać z energii słonecznej?

– Musimy zacząć żyć inaczej. Musimy się nauczyć obywać bez pewnych rzeczy.

– Powiedz to Chińczykom.

Fran oświadczyła, że nie chce myśleć o globalnym ociepleniu, to zbyt przygnębiające.

– Wiesz, Kas – zaczęła Alice – Harriet w młodości była prawdziwą rewolucjonistką! Prawdziwą! Zdziwiłbyś się. Ciągle ją aresztowali. Poszła do więzienia za swoje przekonania.

– Mówisz to tak, jakby podkładała bomby albo coś w tym stylu – skarciła ją Fran.

– Podkładałaś bomby? – zapytał Kasim. – To zabawniejsze niż ekonomia.

Przyzwyczaił się do nostalgicznych przechwałek przyjaciół ojca o ich radykalnej przeszłości.

– Jasne, że nie podkładałam bomb. – Harriet z zażenowaniem spuściła wzrok na filiżankę z kawą, stukając w nią łyżeczką. – Wcale nie byłam rewolucjonistką. Nie zwracaj uwagi na Alice, dziel wszystko, co mówi, na pół. Gada tak, bo chce się wydać zajmująca.

– Chodziłaś na wszystkie protesty! Położyła się na drodze przed pociskami cruise! Filmowałaś policję podczas strajku górników! Nie cierpiałaś tego, że pochodzisz z klasy średniej, z rodziny takiej jak nasza. A wiesz, czym się teraz zajmuje? Doradza uchodźcom szukającym azylu. To taka beznadziejna robota. Ale ona jest taka dobra. Całymi dniami wysłuchuje opowieści o gwałtach i torturach.

Harriet przerwała jej zniecierpliwiona.

– Nie próbuj robić z tego dramatu. Zamieniasz to w coś, czym nie jest.

– Jestem straszną egoistką. – Alice nie ustępowała. – Żyję tylko dla siebie.

Kasim oświadczył, że to jedyny sposób: żyć dla siebie i zarabiać mnóstwo kasy.

– Ja przynajmniej nigdy nic nie zarobiłam. Nie jestem aż taka zła.

– Bardzo bym chciała być taka zła – odparła Fran. – Żałuję, że nie mam fury pieniędzy.

Leżąc na górze, Ivy słyszała ich głosy i śmiech: w dreszczu samotności identyfikowała się z sową pohukującą nad polami za oknem. Kiedy obracała niewidzialne w ciemności dłonie przed twarzą, trudno jej było uwierzyć, że kończyła się na granicy skóry i nie mogła jej przekroczyć. Wreszcie, zwinąwszy się w kłębek i podciągnąwszy kolana, zeszła po dostojnych schodach snu, zrzucając na stopnie ciężką pelerynę i rozplatając ciemne strumienie włosów, które w jej śnie opadały aż na podłogę.

Przekład: Katarzyna Malita

Redakcja: Maria Wirchanowska

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Krystian Gaik

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4682-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przeszłość Bliżej siebie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej