Kobieta z Isla Negra

Kobieta z Isla Negra

Autorzy: María Fasce

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 232

Cena książki papierowej: 37.00 zł

cena od: 26.12 zł

Oparta na faktach, przesycona zmysłowością i pełna napięcia powieść o chilijskim poecie, laureacie Nagrody Nobla, Pablo Nerudzie.
Początek lat pięćdziesiątych XX wieku. Elisa i jej matka Raquel opuszczają skromne domostwo w chilijskim Temuco i przybywają na Isla Negra. Pod swój dach przyjmuje je Pablo Neruda. Wielki, pełen najróżniejszych przywiezionych z podróży przedmiotów dom poety przypomina Elisie morską jaskinię. Podczas gdy Raquel pracuje w milczeniu jako służąca poety, Elisa przygląda się jego codziennemu życiu, odkrywa niewierności, czyta zapiski. Po pewnym czasie na Isla Negra pojawia się małżonka Nerudy, argentyńska malarka i arystokratka Delia del Carril.
Obserwując relację pomiędzy domownikami i ich gośćmi, Elisa odkrywa tajemnice miłości i pożądania, a także różne oblicza kobiecości: niezwykły urok i klasę Delii i jej przyjaciółki Victorii Ocampo, zmysłowość Matilde, kochanki Nerudy, przezroczystość pochłoniętej obowiązkami, żyjącej przeszłością matki Elisy.
María Fasce ukazuje Nerudę jako osobę genialną i jednocześnie przytłaczającą swoje otoczenie, jako człowieka okrutnego i dziecinnego, jako uwodziciela i egoistę naznaczającego życie kobiet, z którymi zetknął go los.
„Elegancka i subtelna proza Fasce pozwala zajrzeć w głąb siebie”. Le Monde

Tytuł oryginału:

LA MUJER DE ISLA NEGRA

Copyright © María Fasce

c/o Schavelzon Graham Agencia Literaria

www.schavelzongraham.com

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Lola Albornoz

Redakcja: Aneta Banasik

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska, Aneta Iwan

Ta książka została wydana dzięki dotacji Hiszpańskiego Ministerstwa Edukacji, Kultury i Sportu

ISBN: 978-83-8110-200-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Motto

I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

II

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

III

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

IV

1

2

3

4

5

6

7

8

Epilog

Od autorki

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla mojego ojca, który słuchał boler,

podczas gdy pisałam tę powieść.

Dla mojej matki, na zawsze.

„Może nadejdzie dzień, w którym mężczyzna

i kobieta, tacy

jak my, dotkną tej miłości i wciąż będą mieli siłę,

by znieść żar parzący dłonie.

Kim byliśmy? Jakie to ma znaczenie?”

Pablo Neruda,

La carta en el camino,

z tomu Wiersze kapitana

„Skrawki życia są tak skomplikowane jak obraz galaktyki”.

Marguerite Yourcenar,

Le labyrinthe du monde

I

1

W ciemności wyraźniej widać szczegóły. Każdy obraz łączy się z dźwiękiem i odcina ostro na tle czerni i ciszy. Na przykład kroki. Za dnia nikt nie zwraca na nie uwagi, ledwie się je słyszy. Nikt nie dostrzega dłoni dotykającej ręki, kolana. Umykają nam ważne rzeczy. Opada ramiączko, ciało poddaje się i pocałunki brzmią w mroku jak ciche trzaski. Śmiech miesza się ze światłem, ale w ciemności może przestraszyć jak grzmot. Kobieta się śmieje. Nie śmieje się jak moja mama ani jak kobiety, których śmiech do tej pory słyszałam; jej śmiech jest głośniejszy, bardziej przenikliwy.

Zsunęła z siebie ubranie. Miała opalone plecy i duże, trochę obwisłe pośladki. A na nogach zaznaczały się mięśnie, jak u tancerek. Na lewej łydce widniała ciemna plama wielkości śliwki. Sukienka opadła i otoczyła jej kostki, jakby kobieta stała pośrodku stawu, w którym pływały biustonosz i majtki, jedno i drugie w kolorze złota.

Pablo nie był nagi. Podszedł do okna i usłyszałam skrzypnięcie krzesła – usiadł, żeby zdjąć buty i ubranie, a teraz zmierzał do łóżka. Zarost na piersi sięgał mu aż do ramion i ciągnął się dwoma pasmami po plecach.

– Odwróć się. – Kobieta znowu się roześmiała. Leżała już w łóżku, zauważyłam czarny trójkąt między jej nogami.

– Z czego się śmiejesz? – zapytał.

– Masz ciało jak niemowlę: maleńkie, zapadnięte pośladki i ogromną głowę.

Kobieta wciąż się śmiała, ale Pablo położył się na niej i stłumił jej śmiech. Pociągnął za prześcieradło i przykrył oboje.

Potem słyszałam już tylko sapnięcia podobne do parskania zwierząt, a nieco później zduszone okrzyki kobiety, jakby mężczyzna ją ranił. Stłumiony skowyt, a potem już nic.

Wstrzymałam oddech ze strachu, bojąc się, że poruszę wieszaki z ubraniami. Dopiero wtedy dotarł do mnie zapach perfum. Jaśminowych.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy kobieta umarła. Potem dostrzegłam, jak wystawia spod przykrycia głowę i ramiona. On zrobił to samo. Leżeli spokojnie, patrząc w sufit.

Ona wstała i schyliła się po ubranie. Ruda kaskada włosów i wielkie piersi dotknęły kolan. Kobieta włożyła majtki i stanik, a jej ciało odzyskało kształt gruszki.

Pablo poklepał poduszkę i kobieta podeszła do niego. Znowu się położyła, po czym oboje zasnęli.

Było to trzeciego dnia mojego pobytu w Isla Negra, w porze sjesty. Poszłam na górę, żeby zobaczyć pokój Pabla, i usłyszałam śmiechy na schodach. Szafa była otwarta, w środku starczyło miejsca, żebym się zmieściła, schowałam się więc w niej i zamknęłam. W drzwiach były żaluzjowe listewki, dlatego mogłam patrzeć, sama nie będąc widziana.

Sukienka nadal leżała na podłodze. Pochrapywanie Pabla mieszało się z tykaniem zegara stojącego na nocnej szafce. Kobieta nie chrapała, ale jej ciało unosiło się i opadało rytmicznie pod prześcieradłem.

Ostrożnie otworzyłam drzwi szafy i wyszłam. Poczułam, jak zalewa mnie woń – słodka, lepka, nieznana.

Wróciłam do swojego pokoju i zapatrzyłam się w okno. Po chwili Pablo z kobietą wyszli z domu tylnymi drzwiami. Ruszyli w stronę drzew.

Weszłam do kuchni i umyłam sobie ręce. Wcześniej zbierałam gałęzie w lesie. I sosnowe igły. Pablo posypał nimi rybę; powiedział, że nadają jej szczególny smak.

Mama stała odwrócona do mnie plecami, pochylona nad zlewem, z włosami związanymi na karku. Nie usłyszała, jak wchodziłam, ponieważ kroki zagłuszył szum lejącej się wody. Czerwone palce walczyły z prześcieradłami. Tymi samymi białymi prześcieradłami, które wczoraj rozścieliłyśmy na łóżku Pabla. Płakała? Nie, moja matka nigdy nie płakała.

Postawiłam kosz z gałęziami pod oknem i znów wyszłam z domu.

Usiadłam na jednym z galionów i zostałam tam przez dłuższą chwilę, przyciśnięta do sterczących sutków drewnianych syren. Kiedy moje tak urosną? Miałam już dwanaście lat, a wciąż wyglądały jak dwa ledwie zaznaczające się kamyki.

2

– Dlaczego mówią na to miejsce Isla Negra, skoro nie przeprawiamy się przez morze? – zapytałam mamę. – Czy to z powodu tych czarnych ptaków? Jak się nazywają?

– Tak, tak – odpowiedziała nieobecna duchem. – To przez kruki – wymyśliła na poczekaniu. Te ptaki to wcale nie były kruki. Nad morzem nie ma kruków.

Całą drogę wyglądałam przez okno i nagle wreszcie się pojawiło – morze, przypominające w słońcu błyszczącą wstążkę przyklejoną do krajobrazu.

– Zdaje się, że już niedaleko – rzekła mama.

Plaża była pełna skał i wodorostów, a na piasku widniały czarne plamy.

– Isla Negra – zawołał kierowca.

Wysiadłyśmy. Jakaś para z niemowlęciem, gruby mężczyzna w berecie, staruszka z włosami splecionymi w dwa warkocze.

Mama zapytała o coś kierowcę, a on wskazał ręką w prawo, choć nic tam nie było widać. Chwyciła walizkę i torbę, ja wzięłam dwie plastikowe torby i ruszyłyśmy w kierunku, który nam wskazał szofer.

Ubrane byłyśmy jak zawsze, kiedy się wybierałyśmy do centrum. Ja miałam na sobie białą sukienkę, która trochę się pogniotła w podróży. W Temuco siadywałam na tarasie w słońcu, dlatego teraz dobrze wyglądałam w bieli. Mama, przeciwnie, miała zielonkawą skórę. Rozpuściła włosy i uczesała się z przedziałkiem na boku. Wolałam ją z włosami związanymi i przedziałkiem pośrodku, jak zwykle. Założyła sandały i pomalowała sobie usta. Prawie nigdy tego nie robiła – szminka uwydatniała jej bladość i zmarszczki po bokach ust; sprawiała, że wargi wydawały się cieńsze. Sama kiedyś wypróbowałam tę szminkę w kolorze czereśni i przejrzałam się w lustrze: wyglądałam inaczej, na piętnaście lat, a moje oczy sprawiały wrażenie jaśniejszych. Miałam ochotę zrobić sobie zdjęcie, ale schowałam pomadkę z powrotem do apteczki i wytarłam usta wacikiem. Gdyby mama zapomniała o szmince w apteczce, czy wróciłybyśmy po nią? A może już nigdy nie wrócimy?

Wiał ciepły, wilgotny wiatr. Mama miała kropelki potu nad górną wargą, a za każdym razem, kiedy podnosiła ramiona, rozchodził się kwaśny zapach, od którego robiłam się głodna.

Podążyłyśmy drogą biegnącą przez ogród. W górze widniały kamienne schody i dom, też kamienny.

Droga pięła się zboczem, trudno ją było pokonać pod górę, ale za to schodzenie będzie łatwe. Dokuczały mi komary i cały czas myślałam o tym, kiedy do moich białych butów dostanie się ziemia.

Minęłyśmy fontannę z konikami morskimi i dalej szłyśmy już węższą dróżką. Dom wyglądał jak chatka Baby-Jagi z bajki o Jasiu i Małgosi. „Na pewno są tam psy” – pomyślałam.

Kilka metrów przed domem mama postawiła walizkę i torbę pod drzewem, a ja położyłam obok swoje pakunki. Na dróżce pojawił się pies z językiem tak wywieszonym, jakby mu ciążył. Zaszczekał i podszedł prosto do moich nóg. Tym koty różnią się od psów: psy zawsze ocierają się o tych, którzy się ich boją, koty takich ludzi ignorują.

Mama stała przed drzwiami, nie mając śmiałości, by zapukać. Poprawiła sobie włosy.

Do okna podszedł wysoki mężczyzna w koszuli z krótkimi rękawami. Potem otworzył drzwi i podali sobie ręce. Spojrzeli na mnie.

Mężczyzna podniósł głowę, jakby sobie o czymś przypomniał.

– Elisa – rzekł.

I ruszył w kierunku miejsca, gdzie czekałam.

– Witaj, Eliso. Jestem Pablo – powiedział i pocałował mnie, a jego broda podrapała mnie po twarzy. Wskazał drugą stronę domu. – Jest tam coś, co może ci się spodobać.

Wiatr szumiał w liściach. Ten ogród był większy niż tamten od frontu, a na jego końcu, za krzewami, za pniami i za opadłymi gałęźmi zaczynał się las.

Na trzech drewnianych słupach ustawionych w kształt trójkąta wisiało pięć dzwonów. Największy górował nad pozostałymi, mniejszymi niczym dzieci – jakby rodzina dzwonów. Nie mogłam się oprzeć i dotknęłam jednego; gdybym tego nie zrobiła, prześladowałby mnie pech. Wyciągnęłam się, żeby dosięgnąć liny, i dwa razy dotknęłam tego samego dzwonu; gdybym dotknęła wszystkich, też sprowadziłabym na siebie nieszczęście. Po lewej od dzwonnicy widniały dwie drewniane syreny z nagimi piersiami, które sterczały im na boki.

Pablo pomachał do mnie. Zawstydziłam się, że widział, jak dotykam dzwonów, wyglądało na to, że stoi tu od jakiegoś czasu; był sam, bez mamy. Podszedł bliżej i biała plama słońca znalazła się za jego twarzą, dużą i ciemną.

– Podoba ci się? – zapytał, wykonując ręką zamaszysty gest.

– Co?

– Wszystko. To miejsce, Eliso – powtórzył moje imię, jakby musiał się go nauczyć na pamięć, jakby wypowiadanie go sprawiało mu przyjemność.

– To wszystko jest pana?

– Tak.

– I morze też?

– Też. – Odwrócił się. – Chu-Tuh, chodź tutaj.

Pies podbiegł do jego ręki i pochylił głowę. Pablo pogładził go po grzbiecie. Popatrzył na mnie, spodziewając się, że ja też go pogłaszczę, ale nie zrobiłam tego. Chu-Tuh to było dziwne imię dla psa.

– Dlaczego nazywają to miejsce Isla Negra, skoro to nie jest wyspa?

– Chodź – rzekł. Położył dłoń na moim ramieniu i zaprowadził mnie dalej. – Widzisz?

Spojrzałam w kierunku, który wskazywał ręką: z morza wystawała duża czarna skała podobna do skorupy olbrzymiego żółwia.

– Ale jeśli wolisz, możemy zmienić nazwę i mówić na nią Isla Roja1. Od maków.

Rozejrzałam się.

– Jakich maków?

Też się rozejrzał, szukając ich wzrokiem.

– Gdy tu przybyliśmy, były maki. – Nagle wydał się rozczarowany ich brakiem. – Delia o nie dbała. To ona je przywiozła. Musimy ją powiadomić, że ich nie ma. A teraz wywiesimy banderę.

Wszedł do domu i wrócił z kawałkiem materiału. Ruszył ścieżką i dał mi znak, żebym poszła za nim.

Obok kamiennej ławki i kotwicy stał maszt. Wciągnęliśmy na niego banderę, niebieską, z rybą w kółku otoczonym napisem, układającym się w słowo Neruda.

3

Zapach eukaliptusów zniknął, kiedy przekroczyliśmy próg.

– Uwaga na stopień – ostrzegł nas Pablo i mama chwyciła mnie za rękę. Uwolniłam się.

Weszliśmy do pierwszego pomieszczenia – salonu, który wyglądał jak pokład statku. Za oknem rozciągało się morze. Pablo zapalił wiszący u sufitu żyrandol i czerwonawe światło oświetliło drewniane kobiety, wydekoltowane, podobne do tamtych w ogrodzie.

– Moje galiony – powiedział, jakby przedstawiał córki.

Stół zrobiono z koła sterowego przykrytego szybą, z wielkimi zębami u góry.

– To zęby kaszalota.

Czarna kanapa, a obok dwa fotele, jeden skórzany, drugi z wyświechtanego pluszu w kolorze beżowym. Na jednej ze ścian obraz z bitwą morską oraz karawela wielkości leżącego człowieka, z bardzo brudnymi żaglami.

Drzwi były niskie i wąskie, Pablo musiał się schylać, by przez nie przejść. Dom przypominał morską grotę, a korytarze były pełne przedmiotów: ceramicznych marynarzy, skrzyń, okienek z witrażami.

Po lewej stronie korytarza z czarno-białej fotografii uśmiechał się Pablo. Miał minę dzieciaka, który nie może się doczekać, kiedy mu zrobią zdjęcie, żeby mógł zdjąć marynarkę i krawat i pójść się pobawić.

Pokazywał nam rzeczy, jakby czytał podpisy: moja kolekcja szklanych butelek, barek, moje afrykańskie maski. Globus.

– Przywiozłem go z którejś podróży. Celnicy podejrzewali przemyt i zrobili w nim dziurę, o tu, u dołu. – Przykucnął, żeby pokazać, i chrupnęło mu w kolanach. – Myśleli, że przewożę whisky. – Roześmiał się.

Globus stał pośrodku głównego pokoju na pierwszym piętrze. Wzdłuż ścian ciągnęły się tam regały z książkami. Jedne z nich były nowe, inne stare, z wytartymi grzbietami lub w skórzanych oprawach. Nadawały pomieszczeniu ten cierpki zapach, woń kurzu i papieru, jak w szkolnej bibliotece w Temuco.

– Kto to jest? – zapytałam, wskazując stary portret.

– Bodler – odrzekł Pablo.

Podeszłam bliżej. Na tabliczce u dołu napisano: „Charles Baudelaire”.

Otworzył drzwi kuchenne i wyszliśmy z drugiej strony domu. Znowu zostałam sama, w ogrodzie, koło figur dziobowych. Okno w kuchni było otwarte i usłyszałam, jak Pablo mówi do mamy:

– Gdy wróci pani Delia, wszystko ci… wszystko pani wyjaśni. Gdzie trzyma naczynia i resztę.

– Chodź, Elisa – zawołała mnie mama.

Z kuchni wchodziło się do pokoju i łazienki. Mama położyła walizkę i torby na łóżku pod ścianą. Dla mnie było drugie, pod oknem. Przez okno widziałam ogród, dzwony i drzewa.

– Musimy poszukać młotka; gwoździe już przyniosłam – rzekła.

– Po co?

– Żeby powiesić krzyż i twojego anioła stróża.

4

Można mieszkać w domu, chodzić do szkoły i do kościoła i nagle być tą samą osobą, ale w innym miejscu, w nowym domu, nowym łóżku, z nowym życiem. Może to dziwne, że nie od zawsze mieszkałyśmy w Isla Negra, z Pablem.

Podobała mi się Isla Negra. Ani jeden dzień nie był tu deszczowy. W Temuco zawsze padało. Całe nasze życie w Temuco zdawało mi się teraz jednym długim deszczowym popołudniem.

Isla Negra miała się stać moim domem bardziej niż dom w Temuco, gdzie prawie nikt, oprócz Juany, nas nie odwiedzał. Mama denerwowała się tymi wizytami, jakby ją przyłapano na robieniu czegoś złego. Szła do łazienki i czesała się, malowała sobie usta, zmieniała ręczniki, chowała do szafki majtki, które zwykle wisiały na kranach wanny do obeschnięcia, wychodziła, żeby kupić jedzenie. Kiedy nikt nie przychodził, żyłyśmy na chybcika, jadałyśmy tylko łyżką albo widelcem, bez serwetek, ze ściereczką kuchenną na stole, tylko we dwie. W Isla Negra było inaczej, jak gdyby Pablo stał się gościem, który na stałe zamieszkał w naszym domu. Tylko że to my byłyśmy tutaj gośćmi.

Pierwszego wieczoru mama przygotowała stół dla Pabla: biały obrus, koszyczek na chleb, serwetka pod talerzem, szklanka i sztućce, woda i wino. Usiadł i zawiązał sobie serwetkę na szyi; mama przyniosła mu półmisek z połową pieczonego kurczaka z ziemniakami i cebulą; a potem wróciła do kuchni, żeby zjeść ze mną.

Po chwili wszedł Pablo. Mama jadła udko, trzymając je w ręce, i w tym momencie upuściła je na talerz.

– Czy jest cytryna, Raquel? – zatrzymał się w drzwiach i uśmiechnął do mnie.

Mama zerwała się z miejsca, wzięła cytrynę z miski na owoce, położyła ją na talerzyku i podała Pablowi, nie patrząc na niego. Wrócił do salonu, żeby zjeść w otoczeniu drewnianych syren. Gdyby była tu Delia, jadłby z nią. Jaka ona jest? Po której stronie stołu siada?

5

Musiałyśmy się przenieść do Isla Negra, ponieważ kiedy zamknięto pasmanterię, mama została bez pracy. Próbowała się zatrudnić w piekarni, a nawet w sklepie rybnym. Miałam nadzieję, że jej nie przyjmą, bo nie zniosłabym w domu rybiej woni. Mama zawsze przesiąka zapachem rzeczy, wśród których pracuje: kiedy sprząta łazienkę, czuć ją wybielaczem, gdy obiera cebulę – cebulą, a kiedy robi pranie – mydłem, i to jest mój ulubiony zapach.

W dniu, w którym poszła szukać pracy w sklepie rybnym, czekałam na nią z niepokojem. Wróciła smutna, smutniejsza niż poprzednimi razy, i powiedziała: „Spróbujemy czegoś innego”. Zaproponowałam jej herbatę, a ona usiadła, nie zdejmując płaszcza ani butów na obcasie. Zmartwiona wodziła palcem po wzorze na obrusie. Nawet nie poszła do pokoju, żeby się ubrać „po domowemu”, jak to nazywała (w pantofle, sprane spodnie i starą koszulę męską, która być może kiedyś należała do mojego ojca).

– Tato nic ci nie zostawił? – przyszło mi do głowy pytanie.

Pokręciła głową.

W filmach kobiety dziedziczyły po mężach milionerach posiadłości i dostawały ubezpieczenia. Tato nie zostawił nam nic: ani zdjęć, ani pieniędzy. Ja nie miałam po nim nawet wspomnień. Zmarł, kiedy skończyłam zaledwie dwa miesiące.

6

– Co robisz, Eliso?

Pablo wyglądał jak akrobata cyrkowy: miał krótkie, przylegające do nóg spodenki i podkoszulek bez rękawów.

– Nic.

Byłam boso, klęczałam na łóżku i wyglądałam przez okno w naszej części domu. Tę porę dnia lubiłam najbardziej, również w Temuco. Słońce czerwieniało, niebo robiło się mocno różowe, potem fioletowe, a po sekundzie zapadała noc. Zawsze w tym momencie, kiedy fiolet stawał się granatowy i pojawiały się gwiazdy, pogrążałam się w rozmyślaniach. Ale do tej chwili, do granatowego nieba, brakowało jeszcze co najmniej pół godziny.

– Chodź – rzekł. W ręce trzymał czarną chusteczkę.

Poszukałam butów, ale musiały przesunąć się pod łóżko.

Wziął mnie za ręce i przytrzymał przed sobą.

– Nie bój się.

Położył mi chustkę na oczach i zawiązał z tyłu, jak do zabawy w ciuciubabkę.

– Widzisz coś?

– Nie – skłamałam.

– Widzisz, na pewno widzisz.

Zacisnął węzeł mocniej. Zabolały mnie powieki i już nic nie widziałam. Wziął mnie za rękę i wyszliśmy z pokoju.

– Uważaj na schodach.

Poczułam wilgotną trawę, a potem kamienie na dróżce, drażniące podeszwy stóp.

Letni, miękki piasek. Szum fal i krzyk mew, uderzenia skrzydeł. Piasek bardziej wilgotny i twardy, zimny. Coś miękkiego i śliskiego, jak galareta.

– Nadepnęłaś meduzę – wyjaśnił Pablo.

Zapach morza uderzał mnie w twarz jak wiatr. Zatrzymaliśmy się i zaraz fale obmyły mi stopy do kostek. Podniosłam nogę, a potem drugą i roześmiałam się, jakby woda mnie łaskotała. Pablo też się śmiał. Rozwiązał mi chustkę i oto miałam przed sobą morze w całej okazałości: srebrzyste, białe od piany. Lizało mi stopy jak dobry pies.

– Wykąpiemy się.

Popatrzyłam na kłaczki włosów wystające mu z dekoltu koszulki i przypomniałam sobie, że ciągną się aż na plecy. Oraz tamtą nagą kobietę.

– Trochę mi zimno…

Pochylił się, nabrał wody w dłonie i opryskał mnie, mocząc mi sukienkę. Woda była bardzo zimna i przez materiał prześwitywały mi sutki.

Zadarł głowę i wynurzył się z fali nagłym ruchem, jakby stracił równowagę. Ruszył dalej w morze, popłynął, a potem położył się spokojnie na wodzie brzuchem do góry.

Usiadłam na piasku i patrzyłam na niego.

Wyszedł z wody z zaczerwienionymi oczami. Włosy miał przyklejone do czoła jak wodorosty.

Wracaliśmy do domu, trzymając się za ręce, choć już nie miałam zawiązanych oczu. Dłoń Pabla, lodowata, a potem letnia w mojej dłoni, nie pozwalała mi myśleć, tak jak przedtem chusteczka na powiekach. Zanim zdałam sobie z tego sprawę, niebo znowu zrobiło się granatowe. Pełne było gwiazd, małych i wielkich, nigdy ich tylu nie widziałam.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kobieta z Isla Negra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter