Hostel Nomadów

Hostel Nomadów

Autorzy: Artur Nowaczewski

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.88 zł

Impresjonistyczna wędrówka „po kręgosłupie Bułgarii” wypełniona wrażeniami, spotkanymi ludźmi, obrazami, smakami i zapachami kraju, który przez ponad pięć wieków trwał w granicach Imperium Osmańskiego, by ostatecznie uzyskać niepodległość dopiero w wieku XX. Ciepła i życzliwa. Zmienna i tajemnicza. Znajoma i nieznana. Intymnie bliska.
Taka się jawi Bułgaria wydeptana krokami trójmiejskiego poety, Artura Nowaczewskiego.

„Każdy z nas ma swoje mapy wewnętrzne, swoją topografię wyobraźni, stałe punkty, swój ruchomy, rozszerzający się i kurczący jak serce świat. Ten puls to jest właśnie życie. Życie jest zawsze gdzie indziej. A czemuż to «gdzie indziej» nie miałoby być właśnie w Bułgarii?”

Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Redakcja: Katarzyna Wójcik

Korekta: Jolanta Spodar

Na okładce wykorzystano zdjęcie autorstwa Filipa Stojanowa

Copyright © by Artur Nowaczewski

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Podczas pisania książki autor korzystał ze stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-244-0485-8

Wydawnictwo ISKRY

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS RZECZY

Sofia po raz pierwszy

Zapiski piechura: Riła, Pirin 2009

Płowdiw

Sofia po raz drugi

Zapiski piechura: Kom–Emine 2010–2011

Wielkie Tyrnowo, Hostel Nomadów po raz pierwszy

Spanchevci

Zapiski piechura: Rodopy 2012

Hostel Nomadów po raz drugi

Ścinki z notatnika

Powstanie kwietniowe

Sofia po raz trzeci

Batak

„Człowiek, który zabił Liberty Valance’a”

Hostel Nomadów po raz ostatni

Podziękowania

Przypisy

Sofia po raz pierwszy

Kiedy już pożegnałem się z Jordanem i jego rodziną, kiedy wymeldowałem się z hostelu i czekałem na autobus do Pragi, stało się.

Kilka dni wcześniej zakupiłem bilet – stało na nim: firma przewozowa Karats–Sofia–Praga, godzina dziewiąta.

Poszedłem do kas spytać, skąd autobus odjeżdża.

– Awtobus nul tri – uzyskałem odpowiedź.

Stoję więc na stanowisku nul tri, ale nic. Ósma pięćdziesiąt – nic, dziewiąta – autobusu nie ma. Zaczynam się denerwować. Dziewiąta dziesięć – idę do kas. Mówię babce:

– Autobus do Pragi nie prijechał, nic nie ma na nul tri.

O mój języku bułgaro-ruski, zawiodłeś mnie po raz pierwszy tego lata. Widzę, jak babka robi się czerwona, oglądając mój bilet.

– Nu, sztoż wy diełajetie! – przeszła na rosyjski. – Awtobus ujechał w Giermaniu!

Ożeż! Jakże to? Jak śmiało to? Ujechać? W Giermaniu?

– Awtobus nul tri – powtarza ona – awtobus ujechał w Giermaniu.

Więc nic się nie zgadza. Żadne trzecie stanowisko, ale numer autobusu nul tri. I nie żadne Karats, jak na bilecie, tylko Eurolines. I nie Sofia–Praha, tylko Warna–Hamburg. Jak idiota stałem niedaleko swojego autobusu i patrzyłem na jego odjazd. Zresztą coś podejrzewałem, ale Pragi nie widziałem, tabliczka na przedniej szybie się przewróciła – Praha zniknęła. A ja zostałem. O babo, ożeż taka, siaka, skąd mam wiedzieć, co sobie myślisz, mówiąc nul tri. Ale i ona zmartwiona teraz moją sytuacją.

– Nu, sztoż mnie diełat? – pytam.

Ona na to:

– Awtobus ujechał w Giermaniu.

Toż wiem, że ujechał, ale co z biletem moim? Następny awtobus za trzy dni. Na razie jednak jest dziewiąta piętnaście.

Awtobus kwadrans temu ujechał w Giermaniu.

Babka dzwoni gdzieś, gada coś po bułgarsku. Z tego wszystkiego przestałem ją rozumieć.

Ona teraz coś do mnie. Kartkę daje: jechać taksi, garaże, szofiery. Znaczy: jechać – ale po co, do kogo? Zajadę do garażu i powiem:

– Mój awtobus w Giermaniu ujechał!

Przecież to bez sensu.

Wychodzi ze mną na parking. Macha na taksówkę. Zatrzymuje się mały samochodzik, wystraszony gostek w okularach, trzeci kurs w życiu chyba robi. Ona do niego: bierz tego czużdienca i jedź z nim tam! Daje mu kartkę, a na kartce nazwa jakiejś ulicy – zapewne trzy metry żużla, dwa skrawki garażu na przedmieściu.

– Bierz go i wieź!

Plecak wrzucam, z przodu siadam. Wjeżdżamy w środek piekła miejskiego.

Mijają minuty, awtobus jedzie w Giermaniu, a ja nie wiadomo gdzie. Nie możemy znaleźć tej ulicy. Jedziemy przez cygańskie slumsy, jakieś wysypiska, sofijskie trójkąty bermudzkie. Cyganie ciągną wózki ze złomem, a mój taksówkarz jest bliski rozpaczy. On również nie kuma, gdzie mnie wiezie... Liczy się czas, a my tkwimy, trąbimy, krążymy.

W końcu jakaś babcia wskazuje nam ulicę – awtobus tymczasem już o jedną strefę czasową bliżej Giermanii...

Wreszcie wysiadam – są garaże. Mam tylko dwa banknoty po dziesięć euro. Taksiarz wydaje mi wobec tego dziesięć lewów. Zostaję sam przed garażami. Żar leje się z nieba, głód, stres. Teraz to już prawdziwa dżungla. Nie mam mapy Sofii, nie wiem, gdzie jestem. I po co miałem przyjechać do tych garaży.

Idzie w moją stronę człowiek – szofier... Ale wkurzony jakiś.

– Nu, sztoż ty zdiełał! Poczemu on ujechał (mówi o taksiarzu). Awtobus – tu nabiera w płuca powietrza, robi wymowną pauzę – awtobus ujechał w Giermaniu!

Wszystko zatem jest jasne.

– Miałeś gonić awtobus do granicy taksówką. Dogonić przed granicą, dosiąść się na przejściu z Serbią.

Do granicy ze sto kilometrów, u mnie w kieszeni dziesięć euro i dziesięć lewów – jak dojadę taksówką do granicy?!

Dzielę się tym spostrzeżeniem z szofierem.

On ma na to krótką odpowiedź:

– Awtobus ujechał w Giermaniu.

A ja znów:

– Sztoż mnie diełat?

Już trzej szofiera z nami. Stoją nade mną jak nad sierotą. Jeden gada przez komórkę. W końcu podejmuje decyzję.

– Wsiadaj!

– Gdie my jediom? – pytam.

On na to:

– W awtobus.

Ach, więc akcja wreszcie się posunęła naprzód.

Ale awtobus ma już ponad godzinę przewagi...

Jedziemy, korki, nerwy, gadanie przez telefon.

– Mietro, mietro – powtarza szofier.

Wreszcie widzę wielki napis „Mietro”, a pod nim stoi mój awtobus.

Dziękuję, kajam się, wsiadam, w środku nikt nie mówi mi złego słowa. Zajmuję miejsce na tylnym siedzeniu obok dziesięcioosobowej tureckiej rodziny.

Jedziemy w Giermaniu.

* * *

Pojechałem w Giermaniu i wysiadłem w Pradze. Ale do Bułgarii wracałem jeszcze wiele razy. Za tym pierwszym razem wyglądałem jak ostatnia górska łajza. Snułem się w skwarze przez zatłoczone ulice. Plecak osiemdziesiąt litrów, odblaskowa karimata, w rękach kijki. Nic dziwnego, że podszedł. Przedstawił się jako Makedonian, który od trzech dni nie ma gdzie spać. – People so cold in Sofia – mówił – nie mam za co wrócić do matki. – Żalił się płynną angielszczyzną. – Zrobię wszystko, co chcesz. Masz pieniądze, podróżujesz po świecie (you have map Rila) i już proponował, że zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego monastyru, który jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Mówił teraz o pieniądzach albo o czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko spławić. Niestety, wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale Makedonian ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał się something. Nie miałem something, a cała sprawa zaczęła mnie już wpieniać, powiedziałem więc, że nic nie mam, i jeszcze: go away. Lecz Makedonian, teraz już prawie wrzeszcząc, lazł obok, a z nim jego cholerna angielszczyzna.

– Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery, but you, but you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a liar! I tak uszliśmy jeszcze dwie przecznice: chuderlawy okularnik, uginający się pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący: You are a liar! You are a liar! Teraz miałem ochotę przygrzmocić mu trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie innej możliwości, żeby uwolnić się od napastnika, on w końcu zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo nagle, jak wcześniej się pojawił.

Zaraz za dworcem zaczynał się bulwar Marii Luizy. Banki i lupanary. Most z kamiennymi cielskami lwów nad wyschłą rzeczką. Poza Dunajem kraj ten nie zna wielkich rzek – rzeki tutejsze to większe potoki. Wiosną pewnie inaczej, topniejące śniegi z górskich zboczy musiały zasilać nurt. Teraz jednak, w sierpniu, w kanale snuła się mętna smuga. Na jej dnie walały się śmieci, których nikt nie uprzątał.

W szyldzie „hostelu” widniała sylwetka kobiety na tle tropikalnych palm. Jego właścicielka wyglądała jak drapieżnik trotuarów. Spotkałem ją w przelocie, tuż przed wyjściem na zakupy.

– Iskam za nosztuwka – wydukałem wyuczoną formułkę.

Odpowiedziała mi:

– Ili-ili – albo-albo. – Ili pokój za dwadzieścia euro – pokazała wielkie małżeńskie łoże w różu – ili łóżko za dwadzieścia lewów. W wieloosobowym. Ale wiesz, ktoś w nocy może przyjść.

Wieczorem w recepcji rozsiadła się sprzątaczka z koleżanką. I nadawały na cały głos jakieś lokalne ploty. Gdy pojawiłem się w drzwiach, na chwilę przerwały swoje zapamiętałe narracje.

– Ej, młodzieniec – odezwała się sprzątaczka – jesteś sam, student? Może potrzebujesz kobiety? Mogę zadzwonić po dziewczynę dla ciebie.

Po upływie czasu wyobraźnia dodaje jej złote zęby. I upiorność. Ale ja przecież po tylu latach nie pamiętam już jej twarzy. W pamięci najdłużej zostają rekwizyty związane z ludźmi. Ubrania, fryzury. Twarz pozostaje zamazana. Kobieta bez kozery zapytała jeszcze o żenę dwa razy, tak na wszelki wypadek.

„W nocy ktoś może przyjść”. No to przyszedł. O dziesiątej drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch steranych życiem, wyblakłych Rumunów. Jeden ważył sto dwadzieścia kilo i zaraz zwalił się na tapczan, rozsnuwając wokół siebie zawiesinę przetrawionego alkoholu. Drugi – żigolak – okazał się nałogowym palaczem. Łaził co chwilę zaczepiać babki w recepcji, a te zanosiły się chichotem. Tymczasem grubas zaczął chrapać. Rwana linia melodyczna, dławiące pauzy, wibrujący świst. Przewracałem się z boku na bok. Po godzinie czy dwóch wrócił żigolo i zajął się kontemplatywnym wypalaniem kolejnych papierosów. Kłęby dymu wsiąkały w pościel, zetlałe firany i włosy. Tak minęła pierwsza noc w Sofii.

* * *

A pierwsze zdjęcie? Slumsy na rogatkach stolicy. Na pierwszym planie płot, na którym ktoś powywieszał wygrzebane ze śmieci dywany. Jest też coś, co wygląda jak tygrysia skóra. Tuż za płotem wnętrzności dzikiego wysypiska. Na planie ostatnim sklecone z płyt i dykty budy, a nad nimi kępa satelitarnych talerzy. W centrum fotografii wóz na czterech kołach z gumy. Właściwie nie wóz, a rozklekotana skrzynka przyczepy i trzech mężczyzn. Wszyscy odwróceni. Pierwszy, w zielonych dresach, stoi na przyczepie pochylony, jakby pracował łopatą. Widać jego chudą, naprężoną rękę. Kolejni dwaj zwróceni są bokiem. Jeden ubrany w podwinięte spodnie i niebieską bluzę z białymi paskami. Drugi, o śniadej karnacji, przyciemnionej dodatkowo opalenizną i kurzem – widać go wyraźniej, bo zasłania towarzysza – ma na sobie koszulkę FC Barcelony. Nad tym kłębowiskiem kolorów wyrasta wielka plama zielonego drzewa. Ale co najciekawsze – dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się, za przyczepą, pod ścianą bud, widać pochylone głowy dzieci.

* * *

Dlaczego przyjechałem do Bułgarii?

Pochodzić po tutejszych górach, ale przede wszystkim chciałem się spotkać z Jordanem, moim przyjacielem z dzieciństwa.

Piątą i szóstą klasę podstawówki spędziłem w Korei Północnej. Moja rodzina znalazła się w Phenianie w listopadzie 1989 roku[1]. W Polsce dogorywał poprzedni system, można było już bez partyjnej legitymacji wyjechać za granicę i zarabiać w dolarach. Dzięki temu ojcu udało się otrzymać w stolicy państwa Kimów czteroletni kontrakt. Pozostawał problem, gdzie mój brat i ja mamy kontynuować edukację. Szkoła koreańska z wykładowym angielskim nie wchodziła w grę. Wykuwanie po angielsku na pamięć życiorysu Kim Ir Sena oraz zawiłości idei Dżucze było – w perspektywie powrotu do kraju – absolutnie bezsensowne. Pozostawała podstawówka dla dzieci radzieckich dyplomatów z językiem wykładowym rosyjskim. Uczęszczały tu dzieciaki z zamkniętej dzielnicy ambasad – Polacy, Czesi, Węgrzy, Bułgarzy, Mongołowie... Kilku polskich kumpli było rozsianych po różnych wyższych klasach, jaw moim roczniku znalazłem się sam pośród Rosjan. Na dwadzieścia dwie osoby byli tu jeszcze Czeszka, Ukrainiec i Bułgar.

Każdy z nas, Polaków w Korei, miał swojego Bułgara. Takiego dobrego kumpla. Moim był Jordan. Żywiołowy i wysportowany chłopak, najszybszy biegacz w klasie. Czerwoną chustę pionierską – inaczej niż wbici w mundurki Rosjanie – nosił narzuconą na jasnoniebieski sweter. Lubili go właściwie wszyscy. Otwarty, emocjonalny, wesoły, często się śmiał. Miał pewien dystans do rygorów szkolnych, ale bez demonstracyjnej kontestacji. O jakiej zresztą kontestacji możemy myśleć w wieku lat jedenastu? Nie wiem, jak do tego doszło, że usiedliśmy w jednej ławce. Pewnie stało się to samorzutnie, jak w wypadku ustalania składu drużyny szkolnej na lekcjach „fizkultury”. Klasa podzieliła się na ambasadę („pasolskich”[2]) i „resztę świata”. U „pasolskich” grali moskwianie, dzieci nieraz wysoko postawionych członków nomenklatury. W „reszcie świata” znaleźliśmy się my. Oprócz Polaka i Bułgara skład uzupełniali Ukrainiec Dima i Rosjanin z Chabarowska, Jurij. Częściej przegrywaliśmy, niż wygrywaliśmy. „Pasolscy” znali się z podwórka, grali ze sobą dzień w dzień. Stosowali też nieczyste zagrywki. Wychodzisz sam na sam, a tu ktoś chwyta cię za szyję. Karny? Skądże znowu! Zapomnij! Nauczyciel jest akurat przy dziewczętach, które rozgrywają mecz siatkówki. Nie ma komu zagwizdać. Otrzepujesz się, popyskujesz, ale gra toczy się dalej. Tylko piłkarsko możesz się odegrać.

Jeśli akurat nie staliśmy w bramce, role były rozdane. Wysoki Jurij zostawał w obronie. Przysadzisty Dima był – jak to się dziś mówi – defensywnym pomocnikiem. My z Jordanem tworzyliśmy atak. Ta gra w jednej drużynie nas zbliżyła. I to, że mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy. Odwiedzaliśmy się w domach, bywaliśmy w swoich ambasadach, gdzie ćwiczyliśmy dwójkowe akcje. Wymyślaliśmy polsko-bułgarskie zwroty, których nie rozumieli Rosjanie. Na przykład: udało mi się odebrać piłkę na naszym polu karnym, Jordan szybko jak wiatr wybiega na pozycję i krzyczy po polsku „podaj mi do przodu”. Wpuszczam piłkę w „uliczkę”. Jest sam na sam z bramkarzem. Gol!

Tak było przez dwa lata. Dwa lata to w przypadku dzieciaków z podstawówki cała epoka. Dni, miesiące, godziny w tym wieku są rozciągliwe. Ale i nas dopadł upływ czasu. Zaczęliśmy interesować się koleżankami z klasy. Urodziny Jordana w kwietniu 1991 roku były okazją do tego, żeby jego starsza siostra, Iliana, zaprosiła na prywatkę swoje przyjaciółki i moich kolegów Polaków. To wtedy po raz pierwszy poprosiłem dziewczynę do tańca. Puszczało się to, co na Zachodzie – Roxette i Madonnę. Tymczasem świat, w którym się spotkaliśmy, właśnie się kończył. Korea kurczowo trzymała się swojego kursu, ale rozpadał się Związek Radziecki. Praca w kraju Kim Ir Sena, wskutek zmiany kursu dolara, przestała być opłacalna. W czasie wakacji między szóstą a siódmą klasą ojciec oznajmił, że wracamy do Polski. Cieszyłem się bardzo, bo tęskniłem strasznie za krajem. Ale jednocześnie dotknęło mnie coś na kształt melancholii. Nie wrócę we wrześniu do rosyjskiej szkoły. Nie spotkam już swojej pierwszej miłości, Elwiry, nie spotkam Jordana i innych. Nie było nawet jak się z nim pożegnać – był na wakacjach w Bułgarii. Na koniec sierpnia nasza rodzina miała wykupione bilety na samolot z Pekinu do Warszawy. Wiedziałem z późniejszych relacji młodszych kolegów, którzy zostali w Phenianie dłużej, że Jordan pytał o mnie. I ja myślałem o nim, o czarnowłosej dziewczynie z Kazania i o wszystkich innych kumplach. Wydawało się, że już nigdy nie zobaczę żadnego z nich.

Ale któż z nas mógł wtedy przewidzieć powstanie internetu? Że pojawią się takie portale jak Odnokłassniki, gdzie będzie można odnaleźć kontakty do szkolnych kolegów z innych części świata? Przez siedemnaście lat nie miałem żadnej informacji o Jordanie. Aż zalogowałem się na rosyjskiej Naszej Klasie i odnalazłem nie tylko bułgarskiego przyjaciela, ale też paru innych kumpli i kilka koleżanek. Wymieniliśmy serdeczne maile. Postanowiłem odwiedzić go w Sofii. Ciągnęło mnie w bułgarskie góry. To był dobry pretekst, żeby odgrzać stary kontakt.

Otrzymałem mailem numer komórki i mieliśmy się skontaktować, jak już będę na miejscu. Tak też zrobiłem. Umówiliśmy się na następny dzień pod lokomotywą ustawioną w głównym holu dworca w Sofii. Z Korei pozostał mi obraz ubranego w niebieski sweterek drobnego chłopaka, sięgającego mi do ucha. Jego współczesne zdjęcia znałem już z sieci, więc rozpoznanie nie sprawiło większego trudu. Moim oczom ukazał się potężny dziarski facet. Nie widzieliśmy się osiemnaście lat. A on po prostu podszedł i zapytał, jakbyśmy rozstali się wczoraj:

– Zdravej Artur! Kak si?

Z dworca zabrał mnie prosto do swojego domu w jednym z sofijskich blokowisk. Poznałem jego żonę i trzyletnią córkę Aleks. Swobodnie przechodziliśmy od wspomnień, starych zdjęć, do obecnego życia. Wielką radością jest zyskać nowego przyjaciela, ale czynie większą odnaleźć starego? Bo tak się poczułem. Ślepa odnoga czasu odzyskała blask i barwę. Zostałem ugoszczony w sposób baśniowy, suto zastawionym stołem, na którym było wszystko naraz: kiufteta[3], kebabczeta[4], wędliny, szopska sałata, no i rzecz jasna rakija. Przyszli też rodzice Jordana i ze śmiechem wspominaliśmy dawne czasy. Przeglądałem zdjęcia z rodzinnego albumu i widziałem, jak chłopiec, którego kiedyś znałem, zmieniał się powoli w mężczyznę siedzącego obok. W szkole średniej zaczął intensywnie ćwiczyć na siłowni. Robił się coraz większy i większy. Zaraz po maturze zgłosił się do armii, do kompanii reprezentacyjnej. Do jej obowiązków należało między innymi trzymanie wart przed pałacem prezydenta. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej noszą efektowne biało-czerwone mundury. Długo jednak Jordan przed pałacem nie postał. Od ćwiczeń rozrósł się w barach tak, że nie mieścił się w mundur. Rozwijał więc czerwone dywany i dbał o nagłośnienie. Po zakończeniu służby nadal szukał adrenaliny, więc zgłosił się do straży pożarnej. W folderze ze zdjęciami, inaczej niż w schludnie utrzymanym ręką żony mieszkaniu, panował chaos. Ale ten chaos właśnie oddawał rytm pracy Jordana – fotki rodzinne były bowiem przemieszane z ujęciami pożarów. Jordan w kombinezonie, Jordan w mundurze, w tle płonie jakiś dom, Jordan osmalony dymem po akcji; sprasowane samochody, z których trzeba wydobywać zmasakrowane ciała. A za chwilę okres narzeczeński, zdjęcia z żoną, mała Aleks.

Gdy już było późno, zaproponował:

– Jutro mam wolny dzień. Gdzie chciałbyś pojechać?

No i pojechaliśmy w góry Witosza. Widać je z poziomu bulwaru Marii Luizy. Zaczynają się zaraz za rogatkami miasta i nie przekraczają dwóch tysięcy metrów wysokości. U ich podnóży leży cerkiew Bojańska i monastyr Dragalewski. Myślałem, że ze względu na bliskość stolicy góry będą pełne ludzi, jak Tatry, ale nie. Witały nas puste iglaste lasy. Koło monastyru cicho szumiało źródełko, mała Aleks bawiła się czerpakami do wody. W cerkwi oglądaliśmy nowoczesne w formie freski, wyprzedzające o dwieście, trzysta lat europejski renesans.

Ostatnio kontakt z Jordanem się urwał. Nic na to nie poradzę. Zostają więc w pamięci po prostu dobre dni. Z nami w głównych rolach już nie jako dziećmi, ale dorosłymi. Nowe zdjęcia. Ale przecież nie przyjechałem tu, żeby wracać do przeszłości, tylko żeby iść przed siebie. Wtedy, w Bułgarii, to się zaczęło i tak trwa.

[...]

PRZYPISY

[1] Czas spędzony przez autora w Korei Północnej opisany został w jego książce Dwa lata w Phenianie, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013 [przyp. red.].

[2] Posolstvo – (ros.) ambasada.

[3] Kiufteta – pieczeń z mięsa mielonego, klops.

[4] Kebabczeta – kotleciki z mięsa mielonego uformowane na kształt kiełbasek i pieczone na grillu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Hostel Nomadów Szlifibruki i flâneurzy. Figura ulicy w literaturze polskiej po 1918 roku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka