Francuski klejnot

Francuski klejnot

Autorzy: Anna Szepielak

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.55 zł

Kontynuacja powieści „Francuskie zlecenie”.

Chrześnica Ewy, Kalina, boryka się z poważnymi problemami. Zawiść rodziny, internetowe oszczerstwa oraz straty finansowe, które przynosi prowadzony przez nią pensjonat to zaledwie czubek góry lodowej. Zatroskana Ewa przeczuwa, że dziewczyna nie poradzi sobie bez wsparcia, dlatego obmyśla sprytny plan i zaprasza do Polski przyjaciela z Francji. Tymczasem sama otrzymuje kłopotliwy spadek, który przyniesie jej więcej zmartwień niż pożytku. Niechcący otworzy drzwi do przeszłości i zbudzi dawno uśpione duchy przodków...

Anna J. Szepielak

Francuski klejnot

Fragment

NASZA KSIĘGARNIA

Francuski klejnot Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Prolog

Rozdział 1 Jest czas radości i czas smutku

Rozdział 2 Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo

Rozdział 3 Każdy początek jest trudny

Rozdział 4 Nie taki anioł słaby, jak go malują

Rozdział 5 Z rodziną najlepiej na zdjęciu?

Rozdział 6 Ząb za ząb czy nadstawić drugi policzek?

Rozdział 7 Te spokojne niedzielne poranki

Rozdział 8 Zgubione, nieznalezione

Rozdział 9 Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Rozdział 10 Kto lubi poniedziałki?

Rozdział 11 Niech lepiej sekrety śpią

Rozdział 12 Ktoś wyjeżdża, ktoś zostaje

Rozdział 13 Honor rodziny

Rozdział 14 Kruche nadzieje

Rozdział 15 Co tu mię wiodło? Przyjaźń czy kochanie?

Rozdział 16 Żyli długo i po swojemu

Epilog

***

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Poznaj naszą ofertę z zakresu LITERATURA DLA KOBIET

http://nk.com.pl/literatura-dla-kobiet/9/kategoria.html

Prolog

A.D. 1800

Półmrok mieszczańskiego salonu rozpraszało światło ognia płonącego w kominku. Jego blask odbijał się w złoconych ramach obrazów, porcelanowych bibelotach, w szklanych kloszach lamp oraz na wypolerowanych krawędziach mebli.

Obok paleniska siedział starszy mężczyzna zapatrzony w trzaskające płomienie. Z zadumy wyrwały go kroki i szelest sukni.

– Mężu, jest list! – W progu stanęła uśmiechnięta niewiasta o pulchnych kształtach.

– Z Francji?

– Tak.

– Enfin![1] Daj!

Mężczyzna niecierpliwym ruchem rozłożył papier. Jego rozradowana twarz szybko jednak spochmurniała.

– Mogłem się tego spodziewać – stwierdził ponuro i zniechęconym ruchem opuścił list na kolana.

– Złe wieści?

– Nie pojedziemy do Francji. Nasz synek nie pozna swojej demi-soeur[2].

Wypielęgnowana dłoń kobiety z pewnym onieśmieleniem dotknęła mężowskiego ramienia.

– Nie frasuj się. Jesień idzie, drogi trudne. Może w dogodniejszym czasie twa babka przyjąć cię zechce. A jeśli to z mojego powodu...

– Nie o ciebie tu idzie, jeno o mnie.

– Jakże to?

– Sama zobacz. Tutaj. – Podał jej papier zapisany starannym kaligraficznym pismem.

...Dopiero teraz o wybaczenie mnie prosisz, Wnuku, żeś Córki swojej, którą tak samowolnie oderwałeś od rodziny, ochronić nie zdołał.

Czytała wolno, bez najmniejszego wysiłku tłumacząc sobie w myślach z francuskiego na polski.

Dziw, żeś tyle lat zwlekał ze smutną nowiną o jej chorobie i śmierci. A nadto w obcej ziemi złożyłeś mą nieszczęsną Prawnuczkę, zamiast w rodzinne strony ją przywieźć, by spoczęła na wieki wśród swoich przodków. Jednakże tego, co się stało, ludzka wola cofnąć już nie zdoła. Tedy, choć żałobnym kirem wieść ta spowiła me serce, wybaczenie Ci posyłam, albowiem Bożym wyrokom przeciwstawiać się nie należy. W zapomnienie także oddałam gniew, który trawił mnie po Waszej ucieczce, bo wiem, żeś z miłości do Córki rzecz tę haniebną uczynił, z bezpiecznego klasztoru wbrew mojej woli ją wyrywając. Wszelako zgody mojej na powrót do rodowego gniazda dać Ci nie mogę. Skoro tam, w obcym kraju nową założyłeś rodzinę, żyj szczęśliwie bez nas.

Papier zadrżał w białych dłoniach, ale kobieta czytała dalej:

Dla Twej drugiej Córki wieści te niepotrzebny stanowiłyby ciężar. Dawno już opłakała zarówno Ciebie, jak i Siostrę swą, gdy o losie Waszym żadnych wieści przez tyle lat nie było. Godnie do roli dziedziczki się sposobi, nie stroniąc od obowiązków przez los i rodzinę wyznaczonych. Nie pozwolę Ci zatem przysparzać jej smutku i zachowam w tajemnicy Twoje odnalezienie. Tak będzie lepiej dla wszystkich...

Przez dłuższą chwilę jedynie trzask płonącego drewna przerywał ciszę panującą w salonie.

– Nie dręcz się, mężu – szepnęła wreszcie pocieszająco. – To jeno list. Twa babka na pewno zmieni zdanie. Zatęskni.

Rozdrażniony mężczyzna zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po salonie.

– Non![3] Znam ją dobrze. Wybaczenie po chrześcijańsku mi przesyła, ale widzieć mnie nie chce.

– Przecie nie zdoła cię powstrzymać przed spotkaniem z córką, z wnukami.

– Zdoła. Uczyni wszystko, by mi stanąć na zawadzie. Nawet gdyby jej przyszło wywieźć ich na drugi koniec świata.

– Dlaczego?

– To kara dla mnie za to, żem władzy jej nade mną nie uznał. Że ośmieliłem się przeciwstawić woli rodu.

– Jak to: jej władzy nad tobą?

– W tamtej familii zawsze niewiasty prym wiodły. Miały majątek, tedy miały i władzę nad ludzkim losem. Wobec służby i poddanych postępowały jak święte, dla rodziny jednak... Nasze uczucia i potrzeby miały za nic. Liczyło się jeno dobro całego rodu. To zabiło matkę moich córek... Okazała się zbyt delikatna na takie brzemię – stwierdził ponuro.

– Nigdyś mi o tym nie wspominał.

– Chciałem zapomnieć to, co było złe.

– Jednakże twa babka już mocno leciwa, mężu. Długo na przeszkodzie stać ci nie będzie... – urwała przestraszona tym, co chciała powiedzieć.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie i pokręcił głową.

– Nasze dziedziczki są nadzwyczaj długowieczne, a ja mam już swoje lata.

– Nie mów tak, proszę, miły mój.

– W jednym wszak babka ma słuszność: tutaj znalazłem nowy dom.

Niespodziewanie ujął ciepłą, białą dłoń żony i musnął wargami końce jej palców.

– Zdobyłem serce najpiękniejszej panny w tym mieście, mam syna i ludzkie poważanie. Pourquoi partirais-je?[4] – spytał, nie oczekując odpowiedzi. – Pragnąłem jeno ujrzeć jeszcze raz moją córkę i poznać jej dzieci, nim nadejdzie starość lub śmierć.

– Będę się modlić, by serce twojej babki zmiękło. Zobaczysz, rychło nas do siebie zaprosi.

– Już zaprosiła – odparł kpiącym tonem.

– Jakże to?

– Przeczytaj zakończenie.

Kobieta odszukała wzrokiem ostatni akapit.

...Wiem, że mego zakazu nie przekroczysz. Znasz moc Flory. Wszelako nie turbuj się, Wnuku. Wiem także ponad wszelką wątpliwość, iż pewnego dnia rodzina nasza znów się połączy. Gdy z Twej krwi narodzi się prawdziwa dziedziczka, Twoja wina zostanie odkupiona, a w naszych sercach zagoszczą wreszcie spokój i szczęście...

– Kim jest Flora?

– Wciąż te banialuki! – prychnął ze złością. – Nie pojmujesz? Babka nas przyjmie, ale nie wcześniej niż na świat przyjdzie nasza córka. Dla nich zawsze najważniejsze były dziewczęta! I to nie takie zwyczajne, lecz dziedziczki. Biedne istoty spłodzone po to, by żyć w niewoli obowiązku, bez prawa do odrobiny szczęścia. Moja babka już dawno zapomniała, czego sama musiała się wyrzec, dlatego że wybrał ją ślepy los.

– O czym mówisz?

– O fatum, przez które moje córki tyle wycierpieć musiały. Średniowieczne zabobony, a nie tradycja rodu! Chciałem to pokonać, złamać, a sprowadziłem jeno nieszczęście! – Miotał się po salonie.

– Przerażasz mnie, mężu.

– Wybacz – zmitygował się. – I nie lękaj się, chérie[5]. Przysięgam, że ochronię wszystkie dzieci, jakie jeszcze ześle nam Pan Bóg – powiedział z mocą. – Przeszłość nie będzie im ciężarem, lecz nauką. Zamiast kajdan rodowego obowiązku, ofiaruję im to, co kochający ojciec może dać najlepszego: wolność i oświecenie – mówił jak natchniony. – Bo nawet największe dobro uczynione pod przymusem traci swój sens. Dlatego nie pojedziemy do Francji i nasze rodziny nigdy się nie połączą! Wbrew temu, czego chce moja babka. I Flora.

Chwycił list, rozdarł go na pół i wrzucił w ogień. Płomienie, jakby zaskoczone niespodziewaną zdobyczą, przez chwilę ślizgały się po papierze, bawiąc się ze swoją ofiarą, po czym zachłannie połknęły czerniejące litery, słowa i zdania.

Nad paleniskiem zatańczyły płonące skrawki papieru.

* * *

[1] Nareszcie! (fr.).

[2] Przyrodniej siostry (fr.).

[3] Nie! (fr.).

[4] Po cóż mi stąd wyjeżdżać? (fr.).

[5] Kochana (fr.).

Rozdział 1

Jest czas radości i czas smutku

Prowansja, lato 2015

Wieczorne skrzeczenia ptaków wyraźnie zmęczonych upałem oraz radosne dziecięce piski dobiegające z ogrodu wdzierały się do sypialni przez szeroko otwarte okno.

Gdy wśród drzewek owocowych zabrzmiał nakazujący męski głos, dzieci podniosły lament, głośno protestując przed powrotem do domu. Bez sukcesu. Cichnącą gdzieś w pobliżu dyskusję w polsko-francuskiej mieszaninie językowej zakończył stanowczy trzask zamykanych drzwi.

Ogród ucichł, a do pogrążającego się w mroku pokoju zaczęły docierać stłumione głosy rozmów toczących się na parterze. Nie zakłócały spokoju miejsca, które wydawało się opuszczone: zegar stojący na kominku cicho tykał, firanka poruszana wiatrem lekko falowała, ciemność wpływająca przez otwarte okno niepostrzeżenie osiadała na poduszkach, porcelanowych bibelotach i niezapalonych lampach jak kurz, zamazując lekko kontury przedmiotów.

W pewnej chwili z fotela ustawionego tuż przy parapecie dobiegł szelest. Drobna kobieca dłoń wysunęła się zza oparcia i trochę po omacku odnalazła na stoliku pudełko z chusteczkami. Kilka sekund później mokra, zwinięta w kulkę chusteczka potoczyła się po wzorzystym dywanie i zatrzymała obok wielu innych, które, równie niedbale rzucone na blat stolika, spadły cicho na podłogę.

Kobieta zmęczonym ruchem opuściła głowę na miękkie oparcie fotela. Włosy o barwie ciemnego miodu łagodnie otuliły piegowatą twarz, na której widoczne były już pierwsze zmarszczki.

Wpatrzona w szarzejące niebo kobieta nawet nie drgnęła, gdy kolejna łza bezgłośnie spłynęła jej po policzku, kapiąc na dekolt.

Skrzypnęły otwierane drzwi.

– Ewuniu? – męski głos przerwał ciszę. – Tu es là?[6]

– Jestem – mruknęła niezadowolona.

Szybkim ruchem otarła twarz i spuściła podkulone nogi. Kolorowa fotografia, która leżała zapomniana na jej kolanach, zsunęła się na podłogę.

– Dlaczego ty siedzisz po ciemku? – Mężczyzna pstryknął włącznikiem nocnej lampki. – Trzeba zejść do nas. Mama uszykowała kolację, a i dzieci czas położyć do snu.

– Zaraz przyjdę – mruknęła, z ociąganiem podnosząc się z fotela.

Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą.

– Po co zasmucasz się tu w samotności? To nie pomoże.

Chciał dotknąć jej twarzy, ale ominęła go niezgrabnie i stanęła przed lustrem, udając, że poprawia fryzurę.

Westchnął. Bez słowa zaczął zbierać z podłogi zużyte chusteczki.

– Qu’est-ce que c’est que cette photo?![7] To z naszego ślubu – zdziwił się na widok zdjęcia, które znalazł obok fotela. – No tak... madame Constance i inni... wtedy wszyscy zjechali do Polski.

– Zostaw.

Wyjęła mu z rąk fotografię, włożyła ją do otwartej, na wpół rozpakowanej walizki i zatrzasnęła wieko.

– Chodź na dół, chérie – spróbował jeszcze raz, starając się nadać głosowi łagodne brzmienie. – Powinnaś coś zjeść.

– Nie jestem głodna.

– Mama się martwi, bo siedzisz tu od naszego przyjazdu.

– Powiedziałam, że zaraz przyjdę.

– Jak chcesz. Nie będę cię przymuszać.

Zniechęcony ruszył ku wyjściu. Ewa złapała go za rękę.

– Przepraszam, Gérardzie – powiedziała cicho, patrząc mężowi w oczy po raz pierwszy, od kiedy wszedł do sypialni. – Musiałam trochę powspominać. Rozliczyć w sercu pewne sprawy. Sama.

– Jakie sprawy?

– Przecież wiesz. Łączyła mnie z Konstancją szczególna więź – zmieszała się nieco. – Była mi bliska prawie jak rodzona krewna, a jednak widywałyśmy się tak rzadko. Zwłaszcza ostatnio, kiedy chorowała, powinnam była ją odwiedzić.

– Przecież często telefonowałaś. Wiedziała, że o niej pamiętasz.

– Co z tego? Czuję się tak, jakbym ją zawiodła.

– Cóż ty wymyśliłaś, chérie? – zaprotestował.

– A tak. Konstancja tyle razy zapraszała nas do siebie, ale kiedy przyjeżdżamy do Francji, zawsze nocujemy tu, u twojej mamy. Myślę, że nasza odmowa sprawiała jej przykrość.

– Ewuniu, nie myśl o tym. To, co czujesz, jest normalne. Żal minie.

– Ten twój racjonalizm! Ja mówię o uczuciach, mam wyrzuty sumienia.

– Je comprends[8]. Ale wiem, że dziś zbyt dobierasz to do serca. Jutro, pojutrze przypomnisz sobie dobre rzeczy.

– Gdybyśmy przyjechali do niej na wakacje, tak jak prosiła, zdążyłabym z nią jeszcze porozmawiać – rozżalona Ewa zignorowała tę próbę pocieszenia. – To zupełnie jak z ciotką Eugenią.

Spojrzała przelotnie na gruby brulion w czerwonej oprawie położony na stoliku nocnym.

– Ją też zawiodłam i to niejeden raz.

– Po co wymyślasz złe rzeczy? Nie chciałaś mieszkać w pałacu madame Constance, i ja to poparłem. Nijakiego braku szacunku w tym nie ma. A nawet inaczej być nie powinno. Znasz moje zdanie.

– Znam – burknęła.

– Tyle razy my już o tym rozmawiali. – Skrzywił się, słysząc jej ton. – Jakże miałem w rezydencji gościnę przyjąć, skoro wiele lat pracownikiem prostym tam byłem? Nie wypadało mnie. A i kwatery u matki własnej odmówić to jak grzech.

– No już dobrze, nie irytuj się – uspokoiła go, słysząc, że zdenerwowany mąż jak zwykle w takich chwilach zaczyna przekręcać polszczyznę według dawnych przyzwyczajeń. – Wiem, że masz rację. Po prostu ciężko mi przed jutrzejszym pogrzebem. W takich chwilach zawsze okazuje się, że są tysiące rzeczy, które chciałoby się tej osobie powiedzieć, a już nie można.

– Wiem. Miałem tak samo z moim ojcem.

– Sam widzisz... Przytul mnie, ale mocno.

Przez chwilę obejmowali się w milczeniu, pogrążeni w niewesołych myślach.

– Gdzie są chłopcy? – spytała wreszcie.

– Posilają się w kuchni.

– Mówiłeś mamie, że zaraz po pogrzebie wracamy do Polski?

Rzucił jej niepewne spojrzenie.

– Nie miałem śmiałości. Tak się ucieszyła z naszego przyjazdu.

– Oj, ty mój odważny mężczyzno. – Pogładziła go po nieogolonym policzku. – Wiesz co? Zostańmy do końca tygodnia, niech mama się nacieszy wnukami. Nie wiadomo, kiedy znowu przyjedziemy.

– A moja firma? Klient czeka.

– Ten Malinowski, który tak ciągle wydzwania?

– Tak. Chce mieć ogród jak najszybciej.

– Udobruchasz go jakoś. Klient nie zając, bliscy są ważniejsi. – Po twarzy Ewy znów przebiegł cień smutku.

W tym momencie na schodach rozległ się tupot małych stóp. Do sypialni wpadł czteroletni chudziutki chłopczyk.

– Mamusiu! Grand-mère[9] każe nam iść do łóżek – poskarżył, rzucając się Ewie w ramiona. – A ja nie chcę! Jeszcze nie jest noc!

– O ludzie! – stęknęła kobieta i aż przysiadła na łóżku, z synkiem w objęciach.

– Jaś, tyle razy mówiłem, żeby nie skakać na mamę.

– Pourquoi?[10]

– Bo jesteś za ciężki.

– W porządku, kochany, zaraz zejdziemy. – Ewa spojrzała porozumiewawczo na męża. – Może pogadasz od razu z tym Malinowskim?

– Dobrze.

Gdy została z dzieckiem sama, spojrzała ciepło w radosne oczy chłopca.

– To co się właściwie stało?

– Bo ja wymyśliłem nową bajkę i chcę ją komuś opowiedzieć, a grand-mère...

– Jasiu, nie chcę słyszeć żadnych narzekań. Babci trzeba słuchać – przerwała mu łagodnie.

– Ale tylko polskiej.

– Jak to?

– Bo francuska babcia nas rozpiszcza i wyprawiamy harce. – Chłopczyk uśmiechnął się zawadiacko. – Tak mówi tatuś.

– Rozpieszcza. Albo rozpuszcza, bo nie wiem, co tata miał na myśli – poprawiła go łagodnie. – Ale każdej babci trzeba słuchać, ty łobuziaku. Musisz być grzeczny.

– Jestem, jestem! – Chłopczyk wskoczył na łóżko, jakby zaprzeczając swoim słowom.

– Właśnie widzę.

– Jestem grzecznym kangurem. Hop! Hop!

– Zejdź z łóżka, kangurze.

– A pójdziemy jutro do pałacu odwiedzić Aleksa i dzieci?

Ewa pogładziła synka po jasnych włosach.

– Nie tym razem. Jutro tylko ja i tatuś pojedziemy do rezydencji, wy zostaniecie z babcią. Może któraś ciocia was odwiedzi?

– Ale dlaczego? Ja chcę!

– Synuś, dobrze wiesz, że twoje krzyki nie robią na mnie wrażenia. Tak musi być i już.

– A po co jedziecie bez nas? – naburmuszył się.

– Oj, wystarczy już tych pytań.

– A ja wiem! Grzesiek mówi, że na pogrzebienie pani Konstancji jedziecie, bo umrała. A co to jest pogrzebienie, mamo?

– Co ja mam z tymi chłopcami! – westchnęła. – Mówi się: umarła. Pogrzeb to... to taka specjalna uroczystość pożegnania kogoś.

– A gdzie pani Konstancja jedzie? Długo jej nie będzie?

Zmieszana Ewa sięgnęła po swoje okulary leżące na nocnym stoliku. Powolnym ruchem przetarła szkła, próbując dobrać odpowiednie słowa.

– Opowiadałam ci kiedyś, że każdy człowiek musi pewnego dnia pojechać w podróż do nieba, do Pana Boga i aniołków. I to właśnie znaczy, że ten ktoś umarł. Pamiętasz?

– Oui[11].

– No i właśnie tak się stało, że pani Konstancja... dostała swój bilet na taką podróż.

– Daleko jedzie?

– Obawiam się, że niezmiernie daleko.

– A kiedy ją znowu zobaczymy?

– Myślę że bardzo, bardzo długo jej nie zobaczymy. Dlatego jedziemy ją pożegnać.

– Ja też chcę!

– Nie, synku, nie tym razem. To smutne sprawy dorosłych. Nie dla takich rozkosznych chłopców jak ty. – Połaskotała go delikatnie.

Zaśmiał się i zeskoczył na podłogę.

– No dobrze, zostanę z babcią. A posłuchasz mojej bajki?

– Opowieści, a nie bajki. Posłucham, ale innym razem, jestem zmęczona. Może Grześ albo tata coś ci poczytają przed snem. Dobrze?

– No dobra. Mamusiu? – chłopiec nagle spoważniał.

– Słucham, kochanie?

– Ale wy nie macie takich biletków do nieba? Ty i tatuś?

Zaskoczona Ewa przygarnęła dziecko do siebie.

– Synku, nie martw się. Nigdzie się na razie nie wybieramy. Będziemy z tobą i z Grzesiem jeszcze bardzo, bardzo długo.

– To dobrze. A powiesz jutro Aleksowi, żeby tu przyjechał? Lubię go.

– Powiem, powiem. On też was lubi, choć to już stary chłop i dawno powinien mieć własnych synków do zabawy – mruknęła bardziej do siebie niż do dziecka.

– To chodź. Babcia kazała. – Chłopiec błyskawicznie odzyskał dobry nastrój i pociągnął ją za rękę. – Jest pycha kolacyjka, a babcia mówi, że uchudłaś. Ce n’est pas bien[12].

– No, skoro babcia tak mówi.

* * *

– Czemu wy ciągle nie w łóżkach? Dość już tej swawoli. – Gérard, który właśnie wszedł do domu, stanowczym ruchem zagrodził drogę skaczącym po korytarzu chłopcom.

Dzieci ze śmiechem wpadły na niego.

– Jesteśmy kangury! Tatuś, goń nas!

– Ani myślę. Pora spać, smyki.

– Jeszcze chwilkę! Papa![13]

– Babcia nam pozwoliła urządzić wyścigi.

– Co powiedziałem? Proszę myć zęby i do łóżek.

– A mogę poczytać tę książeczkę od grand-mère? – Starszy chłopiec wyraźnie chciał coś wytargować.

– D’accord[14]. Ale tylko chwilę.

– A ja? – Mały Jaś uczepił się ręki ojca. – Chodź. Chcę ci opowiedzieć moją historyjkę.

– Non, pas aujourd’hui[15]. Zmykaj na górę.

Mężczyzna zajrzał do salonu, gdzie matka oglądała jakiś program informacyjny, a gdy stwierdził, że Ewy z nią nie ma, poszedł do kuchni.

– Co robisz? Przecież bym posprzątał po kolacji – powiedział do żony, wyjmując jej z rąk talerze. – Tobie już pora odpocząć, Ewuniu. Ciężki dzień przed tobą.

– Wiem – mruknęła. – Dziękuję ci, nie miałam już siły zagnać na górę tych łobuzów. – Usiadła ciężko na stołku. – Zatankowałeś?

– Oui.

– Czyli wszystko gotowe?

– Tak, nie martw się.

– To idę pod prysznic. – Ziewnęła i nawet nie ruszyła się z miejsca.

Gérard w milczeniu załadował zmywarkę naczyniami.

– A, przypomniało mi się – powiedział nagle. – Miałaś jeszcze porozmawiać z Kaliną.

– O matko! – Ewa wyprostowała się, jakby ktoś ukłuł ją szpilką. – Która to godzina?

– Dwudziesta druga już blisko.

– No to jeszcze mogę. Gdzie mój telefon?

Zaaferowana pobiegła na górę do sypialni. W smartfonie zostawionym na stoliku odnalazła numer chrześnicy. Dopiero po dłuższej chwili w słuchawce odezwał się zaniepokojony głos:

– Ciociu? Co się stało?

– Dobry wieczór, Kalinko. Przepraszam, że tak późno się odzywam, ale wiesz, jak to jest po przyjeździe. Zamieszanie.

– Dojechaliście bezpiecznie?

– Tak, wszystko w porządku.

– To dobrze. A czemu dzwonisz o tej porze?

– Chciałam ci złożyć najserdeczniejsze życzenia urodzinowe – powiedziała Ewa, uśmiechając się łagodnie. – Przykro mi, że tym razem nie osobiście, ale nadrobimy to po powrocie.

– Dziękuję. Nie sądziłam, że w tych smutnych okolicznościach będziesz o mnie pamiętać.

– Jak bym mogła zapomnieć? – odparła, myśląc jednocześnie, że jest wstrętną kłamczuchą, bo gdyby nie mąż, na pewno by nie zatelefonowała. – Chłopcy i Gérard też cię mocno ściskają; życzą spełnienia wszystkich marzeń. Żeby się wreszcie skończyły twoje kłopoty i żebyś znów była szczęśliwa... Kalina? Słyszysz mnie? – Odruchowo potrząsnęła smartfonem, słysząc w tle jakieś trzaski.

– Jestem, jestem. Mam nadzieję, że takie piękne życzenia się spełnią. I to szybko.

– Jasiek da ci to na piśmie. Namalował dla ciebie laurkę, ale powiedział, że wręczy ci ją osobiście. Może wyrwałabyś się z tej wsi i przyjechała do nas na kilka tygodni, kiedy wrócimy?

– Noo... raczej nie. Ale zapraszam do siebie, miejsca jest dość.

– Nadal nie ma gości?

– Niestety, ten sezon wypadł fatalnie. Nawet Jadzia mówi, że nie pamięta takich pustek. Jest tylko pan Ryszard.

– Jeszcze nie wyjechał?

– Nie.

– No widzisz! Komuś jednak podoba się twój pensjonat – zażartowała.

– Bardzo śmieszne. Czasem mam wrażenie, że wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. Nawet ten głupi internet.

– Nadal nie masz zasięgu?

– Już trzech specjalistów się poddało. Mówią, że u mnie jest jakiś zasięgowy trójkąt bermudzki czy coś w tym rodzaju. I że nie ma na to siły.

– Nie przejmuj się.

– Mnie to nie przeszkadza, ale turystom z dużych miast trudno to zrozumieć.

– Oj tam, brak internetu też może być zaletą, jeśli ktoś szuka spokoju. W końcu twoja babcia tyle lat przyjmowała gości i jakoś dawali sobie radę.

– Wtedy były inne czasy – westchnęła dziewczyna. – Na razie korzystam z uprzejmości dyrektorki domu kultury.

– Chodzisz do pracowni komputerowej?

– Nie. Udostępnia mi swój laptop z gabinetu, kiedy tylko potrzebuję. No i dzięki niej dostałam zajęcia muzyczne z dzieciakami. A właściwie dzięki Jadzi. Dyrektorka to jej kuzynka.

– Ta twoja Jadzia to skarb. – Ewa uśmiechnęła się na wspomnienie tęgawej kobiety w nieodłącznym kwiecistym fartuchu.

– Owszem, ale na wszystkie kłopoty nawet Jadzia nie pomoże.

– A co się stało?

– Nic nowego. Rachunki trzeba zapłacić, a cały kredyt wydałam na remont tych czterech pokoi dla gości. Myślałam, że to się zwróci w sezonie.

– Nie martw się, jesień ma być pogodna. Turyści jeszcze przyjadą, zobaczysz.

– Mam nadzieję. Na razie odwiedzają nas tylko kontrolerzy z sanepidu, ze straży pożarnej i tak dalej. I zawsze coś kręcą.

– Dlaczego?

– Nie wiem, takie odnoszę wrażenie. Prowadzę zwykłą agroturystykę, a sprawdzają mnie, jakbym była pięciogwiazdkowym hotelem.

– Dziwne.

– No dziwne. W każdym razie wypatruję letników jak kania dżdżu. Ale nie martw się, ciociu – zreflektowała się nagle. – Jakoś sobie poradzę, jak zwykle.

– Hmm... My ostatnio kupiliśmy nowe auto, więc nie mamy chwilowo żadnych oszczędności.

– Przecież nie dlatego o tym mówię.

– Wiem, kochanie, nie denerwuj się. A Marta? Może ona przyśle ci jakieś pieniądze z Ameryki?

– Mama? Dzwoniła z życzeniami. Dostałam od niej przelew w zeszłym miesiącu, więc nawet się nie przyznałam, że prawie nic mi nie zostało. Tylko proszę, nie wygadaj się! Miałam sobie za to kupić ładny prezent na urodziny.

– A co jej powiesz, gdy spyta?

– Już pytała, ale się wykręciłam. Nie chcę jej robić przykrości. Pewnie by nie zrozumiała, że wolałam kupić tonę węgla niż nowy płaszcz na zimę.

„I tym razem miałaby rację” – pomyślała Ewa niewesoło, lecz na głos powiedziała tylko:

– Dziewczyno, załamujesz mnie. Ten dom to same kłopoty. Może powinnaś rzucić to wszystko i wyjechać do matki? W końcu jesteś jej jedynym dzieckiem, pomogłaby ci spłacić długi.

– Ciociu, dzisiaj skończyłam dwadzieścia pięć lat. Nie jestem już dzieckiem, tylko starą babą.

– Ty mi tu nie wyjeżdżaj ze starością – zaprotestowała Ewa żartobliwym tonem. – W twoim wieku powinno się poznawać nowych ludzi, zdobywać doświadczenia, cieszyć się życiem, a nie zamykać w czterech ścianach i to zadłużonych. Za dużo wzięłaś na swoje barki. Po co ci to?

– Ciociu, proszę.

– No wiem, wiem – westchnęła. – Ale minęło już tyle czasu. Myślałam, że po skończonej żałobie wrócisz do normalnego życia, na studia.

– Teraz tutaj jest moje życie – odparła Kalina stanowczo. – Dobrze mi z tym.

– Powiedzmy. Jesteś pewna, że nie chcesz po prostu sprzedać gospodarstwa? Miałaś przecież jakiegoś kupca.

– Tego radnego, który mnie nachodził? Nigdy w życiu! Bardzo nieprzyjemny facet. Zresztą wiesz, co przysięgłam babci przed śmiercią: w obce ręce domu nie oddam.

– No dobrze, to może nie w obce?

– Nie rozumiem.

– Co prawda awantura wokół testamentu Heleny była nieprzyjemna, ale skoro twój stryj był aż tak zainteresowany przejęciem domu, to może...

– Nic z tego! Zresztą po tym, co stryjostwo chcieli zrobić dziadkowi, straciłam do nich resztki zaufania. Jak mogłabym z czystym sumieniem powierzyć im dom, skoro nie umieją uszanować człowieka?

– Mówisz o tej sytuacji z zostawieniem dziadka w szpitalu?

– Nie tylko. Ale to za dużo do opowiadania. Choćbym miała paść trupem, nie oddam nikomu mojej ojcowizny!

Ewa uśmiechnęła się, słysząc w głosie chrześnicy determinację.

– No tak, góralskie geny się odezwały. Uparta jak koza.

– Jak Byk, ciociu, nie jak koza – zaśmiała się Kalina.

– Dziewczyno... Szanuję twoją decyzję, ale tak mi żal twoich zdolności. Jesteś świetną projektantką. Dlaczego to marnujesz?

– Byłam, ciociu, byłam szansą na projektantkę. To już zdecydowanie czas przeszły.

– Nie powinnaś tak łatwo rezygować z marzeń.

– Marzenia są dobre dla dzieci. I proszę, nie rozmawiajmy już o tym. Teraz muszę myśleć o innych.

– Czyli o kim?

– Przede wszystkim o Jadzi, Agnieszce i Kazku. Gdzie pójdą, jeśli zwinę interes?

– Czy ty nie przesadzasz? Przecież to dorośli ludzie.

– Ale mi ufają i ciężko pracują za parę groszy. Martwię się tylko, z czego ja im zapłacę w przyszłym miesiącu.

– Może... może potrzebujesz lepszej reklamy? Trzeba by popracować nad tą stroną internetową, nie jest profesjonalna – rzuciła Ewa, myśląc jednocześnie: „Po co ją zachęcam, do cholery?!”.

– Reklamę to już mi ktoś od dwóch miesięcy robi w internecie – parsknęła z goryczą dziewczyna. – I w miasteczku też.

– Nie rozumiem.

– Ech, szkoda słów. Oczywiście masz rację, ciociu. Ale po pierwsze, na reklamę również trzeba pieniędzy, a po drugie, nie wiem, czy to coś da. Obiecałam, że nie zmarnuję dorobku babci, ale od kiedy jej zabrakło, wszystko idzie nie tak.

Ewa pokiwała smętnie głową. Te słowa potwierdziły jej przypuszczenia: Kalina wplątała się w całą tę sprawę pod wpływem impulsu, a wmawiała sobie, że to był świadomy wybór.

– Ona kochała to miejsce – mówiła dalej dziewczyna. – A ja za późno zrozumiałam, że właśnie babcia była dobrym duchem tego domu. Pewnie dlatego pensjonat opustoszał.

– Każdy na początku ma problemy z nowym biznesem. – Ewa starała się ją pocieszyć. – Kiedy Gérard przed laty zakładał swoje Studio Projektowania Ogrodów, też nie mieliśmy lekko. A przecież teraz nie może się opędzić od klientów.

– Ja nie sięgam myślami tak daleko. Na razie modlę się choć o kilka dobrych rezerwacji przed jesienią. I przydałoby się trochę świętego spokoju.

– Znowu miałaś jakieś nieprzyjemności – domyśliła się, słysząc ton chrześnicy. – Co tym razem?

– Nic wielkiego. Dzisiaj na przykład przyleciała stryjna z kolejną awanturą.

– Znowu? O co?

– Wciąż o to samo. Uważa, że się przymilam do dziadka, bo chcę, żeby i on zapisał mi wszystko w testamencie, tak jak babcia.

– Co za kobieta! Myśli, że skoro ona jest pazerna, to wszyscy tacy są.

– No wiesz, karczma i ziemia dziadka to według niej łakomy kąsek. Darła się na całą okolicę, ale nic jej z tego nie przyszło. Wystraszyła parę wron, bo i tak nie mam gości, którzy mogliby się wyprowadzić od takiej wrednej, chciwej gospodyni jak ja – zakpiła Kalina.

Ewa się skrzywiła.

„Cholera, kiedy oni się wreszcie odczepią od tej biednej dziewczyny. Na co jej był ten spadek? Ma przez to same problemy” – pomyślała niezadowolona.

Na głos spytała:

– Czy ta kobieta nie ma nic innego do roboty? Fatygowała się do ciebie na górę specjalnie po to, żeby ci zepsuć dzień?

– Nie, szukała dziadka. Trzeba przyznać, że nie mają z nim lekko, ciągle im gdzieś ucieka.

– Właściwie to dziwne, że on jest w stanie wspiąć się tam do ciebie.

– Mnie też to zdumiewa, ale może to siła przyzwyczajenia? – zaśmiała się Kalina. – On ma naprawdę niezłą formę jak na swoje dziewięćdziesiąt lat. Nie znam innego staruszka, który wyczyniałby takie rzeczy – mówiła ciepło. – I podobno nawet wątrobę ma w niezłym stanie.

– A to już dość niezwykłe, biorąc pod uwagę jego styl życia. Słuchaj, a może on zna jakieś tajemne skróty przez las?

– Wcale bym się nie zdziwiła. Dziadek to wolny duch, zawsze chodził swoimi drogami. Babcia mówiła, że on ma to po przodkach rozbójnikach – rzuciła Kalina pogodnym tonem. – Jest zwariowany, uparty i choleryczny, ale uroczy. Szczególnie gdy akurat jest trzeźwy. Na przykład dzisiaj zrobił mi niespodziankę.

– Jaką?

– Wręczył mi prezent urodzinowy. Nigdy byś nie zgadła jaki.

– Znowu jakieś domowe naleweczki?

– Nie. Koszyk z kurczętami.

– Co takiego?

– Żywymi – dodała rozbawiona Kalina. – Kura i cztery śliczne pisklaki. Najwyraźniej podwędził je synowej z hodowli tych jej zielononóżek. Powiedział, że te są lepsze, bo moje nioski są do rzyci, a nie do jojek. Cytuję, oczywiście.

– Domyśliłam się. A skąd mu to przyszło do głowy?

– Ostatnio, kiedy mnie odwiedził, skarżyłam się akurat Jadzi na brak jajek w kurniku i pewnie stąd ten pomysł. Niestety, tortu już nie zdążył zjeść, bo przyjechała stryjna i dziadka zabrała. Ale o urodzinowych kurach nic jej nie powiedziałam – dodała buntowniczo.

– Bardzo dobrze. Za te wszystkie przykrości, które ci wyrządziła po pogrzebie Heleny...

– Nie wracajmy do tego, ciociu. A co u was?

– Cóż może być w takiej sytuacji? – mruknęła Ewa. – Chciałabym mieć jutrzejszy dzień za sobą.

– Wiem. Bardzo mi przykro.

– Dziękuję, kochanie.

– Dobrze przynajmniej, że u pani Elizy nie czeka na ciebie żaden spadek. Z takich niespodzianek, jak widzisz, są same kłopoty. Och, przepraszam – zmitygowała się dziewczyna. – To nietaktowne z mojej strony.

– No coś ty, przecież masz rację. Kalinko, muszę już kończyć, ale obiecuję, że po powrocie zastanowię się, jak ci pomóc. Postaraj się nie zamartwiać. Dobrze?

– Spróbuję.

– I pamiętaj, że w razie problemów, masz u mnie, jak dawniej, swój dom. Dobranoc, kochanie.

– Dziękuję, ciociu. Dobranoc.

Połączenie się skończyło. Zatroskana Ewa potarła czoło.

„Co z tym wszystkim zrobić? – zmartwiła się. – Jak sprawić, żeby Kalina zostawiła przeszłość za sobą i ruszyła do przodu?... Cholera! Najpierw trzeba by załatwić pieniądze na spłatę długów, inaczej ona nie odpuści. Kolejna pożyczka nie rozwiąże jednak problemu. Zaraz, zaraz... Porządna strona internetowa to właściwie żaden problem. Wystarczą do tego zdolności informatyczne mojego brata i trochę świetnych zdjęć. Potem mała akcja reklamowa wśród znajomych. Gérard ma tylu klientów. Trzeba to wykorzystać!”.

– Mamo! On zabrał twój zeszyt! Ma go pod kołdrą! – krzyk Grzesia z sąsiedniego pokoju przerwał jej rozmyślania.

– Co tam znowu? – westchnęła.

W progu dziecięcego pokoju zobaczyła, że Jaś z miną niewiniątka siedzi oparty o wezgłowie łóżka i trzyma na kolanach otwarty brulion w czerwonej aksamitnej oprawie.

– Jasiek, co ty robisz?

– Czytam – odparł chłopiec z dumą. – Nikt nie chciał posłuchać mojego opowiadania, więc sobie czytam.

– Ty wcale nie umiesz czytać, głupku!

– Grzesiek, jak ty się zwracasz do brata? Nie chcę nigdy więcej słyszeć takich wyrażeń. Jasne?

– Tak, mamo – burknął starszy chłopiec i mimo gorąca zakopał się po uszy w pościeli.

– A tobie, Jasiu, ile razy mówiłam, że nie wolno dotykać pamiętników ciotki Eugenii? Oddaj mi to.

Dziecko niechętnie zwróciło brulion.

– Ale Grzesiek nie chciał mi dać żadnej książeczki. A ja też chcę czytać, jak wy!

– Bardzo się cieszę, że chcesz czytać, ale to nie jest opowieść dla ciebie.

– A dlaczego?

Zniecierpliwiona Ewa już chciała zbyć synka, gdy nagle coś przyszło jej do głowy.

„Właściwie, dlaczego moi chłopcy nie mogliby kiedyś przeczytać pamiętników ciotki? Skoro nie mam córki... – pomyślała zaskoczona. – Eugenia zachowała się w tej sprawie trochę jak Konstancja. Ona też na początku nie chciała dopuścić Aleksandra do rodowych tajemnic tylko dlatego, że jest mężczyzną. Muszę się nad tym poważnie zastanowić”.

– Mamo! Pourquoi?

– Bo... bo na razie ja muszę to wreszcie przeczytać, a przy was nigdy nie mam na to czasu – odparła. – No, wystarczy już tego gadulstwa. Dobranoc.

Ucałowała synów i zgasiła światło.

* * *

[6] Jesteś tu?

[7] Co to za fotografia?

[8] Rozumiem (fr.).

[9] Babcia (fr.).

[10] Dlaczego? (fr.).

[11] Tak (fr.).

[12] To niedobrze (fr.).

[13] Tato! (fr.).

[14] Zgoda (fr.).

[15] Nie dzisiaj (fr.).

Rozdział 2

Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo

– Co? – Na wpół rozbudzona Ewa poderwała się z poduszek.

Przez krótką chwilę instynktownie nasłuchiwała, czy z mroku nie dobiegnie jakiś niepokojący dźwięk, jednak w sypialni rozlegał się jedynie cichy szum klimatyzacji i tykanie zegara.

„Pewnie coś mi się przyśniło” – pomyślała z ulgą.

Uspokojona położyła się ostrożnie na poduszce. Nie chciała zbudzić męża, tylko delikatnie wtulić się w jego ramię, tak jak lubiła.

– Gérard? – zdziwiła się, gdy jej dłoń natrafiła na zimną powierzchnię prześcieradła. – Gdzie ty jesteś?

Miejsce obok było puste. Szybko pstryknęła włącznikiem nocnej lampki. Nieduży, elegancko urządzony pokój wypełniło ciepłe światło.

„No tak, jestem w rezydencji” – przypomniała sobie niezadowolona.

W jednej chwili wróciły do niej wspomnienia wczorajszego smutnego popołudnia.

– Chérie – powiedział cicho Gérard, kiedy szli przez park za innymi uczestnikami pogrzebu. – Jeśli chcesz nocować dzisiaj w pałacu, nie powiem ani słowa. Myślę, że trzeba im dzisiaj każdej pociechy.

Spojrzał współczująco na zapłakaną Sophie, pochmurnego Aleksandra oraz na Elizę, ukrywającą twarz pod czarnym tiulem spływającym jej na ramiona z wielkiego kapelusza. Szła tuż przed nimi: wyprostowana, opierając się na ramieniu męża, jak zwykle pełna godności. Ewa domyślała się jednak, co musiało dziać się w jej sercu.

Minęło wiele lat od czasu, gdy Konstancja zgodnie ze zwyczajem przekazała swojej wnuczce prawie cały majątek, formalnie oddając w jej ręce władzę nad rodziną. Jednak dopóki nestorka rodu żyła, nikt właściwie nie myślał o Elizie jako o głowie rodziny, choć to ona kierowała interesami. Każdą rodzinną sprawę konsultowano z Konstancją, przykładając dużą wagę do jej opinii. To ona rozstrzygała spory, doradzała, łagodziła kłótnie.

Dopiero tego upalnego popołudnia, gdy trumna z ciałem Konstancji została złożona w mauzoleum obok jej ukochanego męża, zmieniło się wszystko.

– Myślisz, że powinnam zostać? – Ewa się zawahała.

– Zrób, co ci serce dyktuje.

– Sama nie wiem.

– Rano i tak trzeba wrócić na otwarcie testamentu.

– No właśnie. Po co Eliza zaprosiła mnie na to odczytywanie? To ich sprawy. – Obejrzała się dyskretnie za siebie, czy goście idący z tyłu jej nie słyszą. – Co ja mam do tego?

– Chérie, a mnie skąd to wiedzieć? Jednak nie wypada odmówić.

– A chłopcy? Jaś będzie się martwił, jeśli z tobą nie wrócę – broniła się coraz słabiej.

– Pozwolę im do ciebie zatelefonować przed snem, to się uspokoją.

– Skoro tak...

Zrobiła, jak poradził. Po uroczystej kolacji, która odbyła się niemal w zupełnej ciszy, Ewa pożegnała męża i rozejrzała się za Aleksandrem. Już dawno chciała z nim porozmawiać, bo słyszała od Elizy, że wpadł w jakieś tarapaty. Młody mężczyzna szybko jednak zniknął z pola widzenia, dlatego Ewa zmieniła plany i postanowiła zabrać na spacer Sophie.

Od lat się przyjaźniły, zatem łatwo się domyśliła, że wrażliwa i delikatna Francuzka będzie potrzebowała w tej chwili jej towarzystwa. I nie pomyliła się. Aż do zmierzchu przechadzały się po alejkach i ścieżkach posiadłości, a choć niewiele słów padło między nimi, obie poczuły się trochę lepiej. Mimo to Ewa długo nie mogła zasnąć w pokoju gościnnym.

Niespodziewanie uświadomiła sobie, że zupełnie odwykła od widoku pustej poduszki obok siebie. Nawet wtedy gdy Gérard otrzymywał intratne zlecenie i wyjeżdżał gdzieś na dłużej, do sypialni wkradał się zawsze któryś z synków. Teraz, gdy była w pokoju zupełnie sama, nie umiała się obronić przed dziwnymi myślami.

Lubiła odwiedzać swoją teściową oraz Elizę i Sophie, jednak ilekroć przyjeżdżała z rodziną do Prowansji, miała wrażenie, że to, co ją otacza, jest trochę nierzeczywiste. W pachnącej ziołami i lawendą krainie, zawsze pełnej słonecznego blasku, czuła się trochę jak postać ze stron egzotycznej powieści.

Wspomnienia tamtego zaskakującego lata, gdy przyleciała tu z Elizą po raz pierwszy, wydawały się jej z perspektywy czasu jakąś odległą i trochę niewiarygodną historią, podobną do tych, które na poczekaniu wymyślał mały Jaś – pełną tajemnic i niespodziewanych zdarzeń. W dość niezwykły sposób odkryła wtedy, co jest dla niej w życiu ważne. Ceniła te doświadczenia, a gdy oglądała czasem z dziećmi zdjęcia z tamtych czasów, zawsze się wzruszała. Musiała jednak sama przed sobą przyznać, że zdecydowanie woli spokojne, zwykłe życie we własnej ojczyźnie. Była wdzięczna mężowi, że postanowił przeprowadzić się na stałe do Polski i tam właśnie wybudować dla nich dom.

Choć w głębi duszy pozostała dziewczyną sprzed lat – nieco zagubioną marzycielką, która przedkładała intuicję nad rozum – u boku Gérarda dobrze się czuła w roli dojrzałej kobiety: pewnej siebie, szczęśliwej, bezpiecznej i spełnionej zawodowo. Zawsze pragnęła taka być, ale dopiero mąż jej w tym pomógł. Umiał patrzeć na sprawy z dystansu i jak sama mawiała – sprowadzić ją na ziemię, kiedy trzeba. Jego trzeźwe spojrzenie na świat pomagało Ewie panować nad twórczą wyobraźnią, a jej niewyczerpane pokłady empatii i chęć działania kierowały na właściwe tory. Mimo że przed ślubem Ewa nie nazwałaby Gérarda realistą, po narodzinach Grzesia szalony romantyzm mężczyzny wyraźnie nabrał innych barw, zastąpiony przez troskliwość, czułość i poczucie odpowiedzialności. Podobało się jej to. Razem stworzyli swoje własne miejsce na ziemi, a Ewa czuła, że ich związek rozwija się i dojrzewa właśnie tak, jak zawsze tego pragnęła.

Przykre wydarzenia ostatnich dni rozstroiły ją jednak, dlatego brak męża u swego boku odczuła jak coś podwójnie niepokojącego. Zasypiając, marzyła, by jak najszybciej wrócić do własnego domu.

Nagłe przebudzenie w środku nocy w pustej sypialni było zatem dość niemiłe.

– Cholerna klimatyzacja – mruknęła, gdy po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.

Wyskoczyła z łóżka, rozchyliła firanki i otworzyła okno na całą szerokość. Przyjemnie ciepłe powietrze nocy objęło jej ciało. Stała tak przez chwilę, oddychając głęboko i wpatrując się w księżyc.

W głębi parku zaskrzeczał jakiś ptak.

„Dziwne. Wszystko tutaj jest takie, jak przed laty – pomyślała zaskoczona. – Ten sam pokój, widok na park, ten sam księżyc. Jakbym miała znowu dwadzieścia pięć lat, a nie czterdzieści... Moja pierwsza noc w tym wielkim francuskim domu...”.

W szybie otwartego okna zobaczyła swoje odbicie oświetlone zimnym światłem nowiu: z rozpuszczonymi włosami, w jedwabnej koszuli nocnej, z białą, delikatną twarzą wyglądała onirycznie i niepokojąco młodo. Poczuła mocniejsze bicie serca.

„To wcale nie jest zabawne – skrzywiła się. – Po co mi młodość, skoro ciągle wpadałam w jakieś kłopoty?... Wtedy nie było jeszcze ze mną Gérarda, nie urodzili się nasi chłopcy, nie odnosiłam sukcesów zawodowych...” – wyliczała bezgłośnie, poddając się osobliwemu nastrojowi.

Długą chwilę patrzyła zamyślona na park.

„A gdyby to wszystko miało się dopiero wydarzyć? – przyszła jej do głowy dziwaczna myśl. – Gdyby się nagle okazało, że tamto zlecenie Elizy na zdjęcia w kwiaciarni dopiero czeka na realizację?... Jeśli... jeśli gdzieś tam w głębi rezydencji spokojnie śpi Konstancja?... Niedługo nastanie poranek, a ona zejdzie do jadalni, stukając srebrną laseczką...” – urwała przestraszona.

– Boże, co ja plotę?! – szepnęła, z trudem otrząsając się z nieprzyjemnego wrażenia déjà vu.

Przemknęła przez sypialnię, zwinęła się w kłębek na łóżku i zacisnęła powieki, pod którymi zakręciły się jej łzy.

„Co za głupie myśli! – strofowała się w duchu. – Konstancja odeszła. A ja mam już swoją historię! Pora na młodszych, niech wymyślają własne happy endy”.

Przekręciła się w pachnącej pościeli, usiłując znaleźć wygodną pozycję.

– Cholera, no nie umiem spać sama! Za dużo głupot przychodzi mi do głowy – westchnęła samokrytycznie. – To przez ten dom. Nigdy nie mogłam tu spokojnie zasnąć.

Nagle coś się jej przypomniało.

„Zaraz, zaraz. Już wiem, dlaczego się obudziłam – uprzytomniła sobie. – Miałam dziwny sen. Nie pamiętam dokładnie, ale... Jakaś rozmowa przy kominku, kobieta w długiej sukni – starała się odnaleźć w pamięci zamazane obrazy. – I spalony list. List z Francji!”.

Usiadła gwałtownie.

– Jasna cholera! – zaklęła na głos. – Już wiem! To znowu ty, Floro! – rzuciła gniewnie.

Spojrzała na sufit takim wzrokiem, jakby mogła nim przeniknąć przez mury.

„Przez tyle lat odmawiałam gościny u Konstancji, żebyś mnie zostawiła w spokoju, a ty znowu zaczynasz swoje sztuczki? – beształa ją w myślach. – I to w takiej sytuacji? Wstydź się!”.

Cisza była jedyną logiczną odpowiedzią na tę osobliwą przyganę, ale Ewa dobrze wiedziała, że w tym domu nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Nauczona doświadczeniem sprzed lat, nabrała pewności, że o spokojnym śnie może już zapomnieć. Nie w tym pałacu, który kiedyś tak odmienił jej życie. Nie wtedy, gdy w jej głowie miesza Flora.

Hamowane przez cały dzień emocje nagle znalazły niespodziewane ujście.

– Wiesz co? Skoro chcesz pogadać, to proszę bardzo! – rzuciła ze złością.

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, owinęła się szlafrokiem, założyła okulary, włączyła latarkę w smartfonie i cicho wysunęła się na korytarz. Schody pokonała niemal bezszelestnie i już po chwili znalazła się w galerii przodków.

Mrok długiego korytarza na trzecim piętrze rozjaśniało jedynie wątłe światło kilku ledowych lampek stylizowanych na świeczniki. W ich zimnej białej poświacie twarze przodków Konstancji patrzące na Ewę z portretów wyglądały mało przyjaźnie, ale nie przejęła się tym. Szybko dotarła pod wielki obraz przedstawiający Florę. Światło latarki, które skierowała prosto w twarz rudowłosej piękności ze średniowiecza, odbiło się od tafli ochronnego szkła.

– Słucham. Skoro masz mi coś do powiedzenia, to zrób to teraz – zażądała, patrząc bez strachu w namalowane zielone oczy założycielki rodu. – Podobno byłaś czarownicą, więc się nie krępuj. W tym domu już nic mnie nie zdziwi, nawet gadający obraz... No co? Milczysz? Więc to ty posłuchaj: jestem tu wyłącznie z powodu Konstancji – monologowała półgłosem, świadomie ignorując absurdalność swojego zachowania. – Pomogłam kiedyś Elizie rozwiązać jej problemy, a ty pomogłaś mi z Gérardem, więc jesteśmy kwita. Rozumiesz? Żadnych więcej misji. Niech się tym zajmie ktoś inny. Aleks na przykład. On jest waszym specem od historii i sekretów rodzinnych. I nie mów mi, że to zadanie nie dla niego, bo jest mężczyzną. – Groźnie wycelowała wskazujący palec prosto w obraz. – W moich czasach panuje równouprawnienie, czy ci się to podoba, czy nie. Pora zmienić te wasze głupie zasady. Słyszysz?

W korytarzu panowała zupełna cisza. Ewa pokręciła głową, uśmiechając się nieznacznie.

„Gdyby Gérard mnie teraz zobaczył... Znowu gadam do portretu, jak przed laty. – Westchnęła w duchu, rozbawiona swoją reakcją. – Stateczna matka dzieciom, a zachowuje się jak wariatka. Ech!”.

Wyrzucenie z siebie tłumionych emocji okazało się jednak zbawienne – pomogło się Ewie uspokoić.

„No cóż, z przeszłości zostają tylko obrazy i wspomnienia. Życie nie może stać w miejscu – przemknęło jej przez głowę. – Lepiej wrócę na dół, zanim ktoś mnie tu przyłapie”.

Nie dotarła jednak do schodów. W połowie korytarza niespodziewanie poczuła, jakby coś ją zatrzymywało. Podniosła wzrok. Tym razem stała przed wizerunkiem młodziutkiej rudowłosej dziewczyny w fioletowej sukni.

„Opuszczona bliźniaczka. Wciąż tak samo smutna jak przed laty – pomyślała, przypatrując się jej błękitnym oczom. – Powinnam już dawno spytać Aleksa, czy odkrył coś nowego w tej sprawie. Kiedyś bardzo mu zależało na rozwikłaniu tajemnicy zaginionej dziedziczki”.

Światło latarki przypadkowo musnęło też sąsiedni portret – wizerunek staroświecko ubranego mężczyzny z dwiema białymi różami w dłoni. Uśmiechnęła się z satysfakcją.

„Ich ojciec nadal tu jest”.

Przypomniało się jej, jak wiele lat temu dokonali z Aleksandrem pewnego odkrycia związanego z tym przodkiem. Poradziła wtedy Elizie, by portret mężczyzny umieszczono na „ścianie dziedziczek”. Choć naruszało to rodową tradycję, zarówno Konstancja, jak i Eliza niespodziewanie zgodziły się na to, a obraz krnąbrnego antenata przestał wreszcie spadać ze ścian galerii.

„Przynajmniej on jest zadowolony z honorowego miejsca. Bo właściwie... wszystkie dziedziczki są takie smutne” – przyszło jej nagle do głowy.

Zaskoczona tą myślą, ruszyła wolno wzdłuż ściany, przyglądając się twarzom kolejnych kobiet, jakby widziała je po raz pierwszy.

– Konstancja również – szepnęła z żalem przed wizerunkiem młodej poważnej kobiety. – I nawet Eliza.

Najnowszy obraz prezentował atrakcyjną smukłą dziewczynę – taką jaką zapamiętała Ewa z czasów, gdy się poznały na lotnisku w Polsce. Na portrecie Eliza stała przed rezydencją i patrzyła przed siebie z melancholijnym wyrazem twarzy.

„Dlaczego przynajmniej ona się nie uśmiecha? Przecież była wtedy zakochana” – rozważała w duchu, zdziwiona swoim odkryciem.

Wróciła i snopem światła omiotła jeszcze raz kilka malowideł.

„Dziwne. Od czasów rozdzielonych bliźniaczek żadna z nich nie wygląda na szczęśliwą. Przypadek?” – zastanawiała się.

– Merde alors![16] – stłumiony głos zabrzmiał raptem w cichym korytarzu jak wystrzał armatni.

Przerażona Ewa zamarła, a smartfon wysunął się jej z dłoni. Stuknął głucho o posadzkę i zgasł.

– Jezus Maria! Kto to? – szepnęła.

Przebiegła wzrokiem po ciemnym wnętrzu. Na drugim końcu korytarza, niemal pod oknem, dostrzegła bladą smużkę światła wydobywającą się spod jednych drzwi.

„Przecież to niemożliwe!” – pomyślała zdumiona.

Wiedziała doskonale, że wszystkie pokoje na trzecim piętrze były zawsze starannie zamknięte. Konstancja przechowywała w nich rodzinne pamiątki i dokumenty, zbyt cenne, by trzymać je w bibliotece na dole. Nikomu poza Elizą nie wolno było tam wchodzić bez wiedzy nestorki.

Niewiele myśląc, podkradła się bliżej i przytknęła ucho do drzwi. Ze środka dobiegały wyraźne szelesty oraz pomruk męskiego głosu.

„O matko! Złodziej?” – przestraszyła się, ale nawet nie przyszło jej do głowy, by sprowadzić pomoc.

Poczuła się tak, jakby to ją ktoś okradał z dziedzictwa. Wahała się tylko ułamek sekundy. Delikatnie nacisnęła mosiężną klamkę, a drzwi uchyliły się cicho. Wstrzymując oddech, zajrzała do środka przez maleńką szparkę.

– Aleks?

Zdumiona stanęła w progu.

– Oszalałeś? Co tu robisz po nocy? Przez ciebie o mało nie dostałam zawału.

– Ewa? No wybasz, ale so ty tu robisz – wybełkotał mężczyzna, usiłując na jej widok podnieść się ze starego fotela. – To mój dom... chyba – mruknął, opadając chwiejnie na miękkie obicie i rozglądając się wokół zamglonym spojrzeniem.

Ewa błyskawicznie zrozumiała, co widzi.

– Aleks, upiłeś się!

– Nooo upiłem... i so z tego? Kogo to obchoziii?

– Mnie obchodzi, Elizę i resztę twojej rodziny także. Gdyby ojciec cię zobaczył w tym stanie!

– Ej, oddawaj – sapnął, gdy wyjęła mu z ręki kieliszek, a następnie przeniosła całą tacę z winem na stolik pod ścianą.

– Oddawaj? Coś ty z siebie zrobił, chłopaku?

– Łajzę. Tak się to nazywa po polsku, nie?

– Owszem, tak się nazywa – stwierdziła kwaśno. – I co ja mam teraz z tobą zrobić?

– Rien[17]. Butelkę mi podaj.

– Uspokój się, smarkaczu – mruknęła niezadowolona, odruchowo rozglądając się po niskim pokoju.

Uświadomiła sobie, że zupełnie nieoczekiwanie znalazła się w miejscu, którego miała nigdy nie ujrzeć jako osoba spoza rodziny. Nawet przez myśl by jej nie przeszło, że kiedykolwiek będzie mogła wejść do jednego z sekretnych pokoi Konstancji. To, co zobaczyła, rozczarowało ją jednak. Zawsze wyobrażała sobie, że w dawnych pokojach służby ukryte są tajemne skarby jak z baśni o Sezamie. Niewielkie pomieszczenie było natomiast wypełnione aż po sufit grubymi starymi książkami i dokumentami poukładanymi w nierówne stosy na ciemnych drewnianych regałach oraz w kufrach ustawionych pod jedną ze ścian. Zagraconą przestrzeń uzupełniał wysłużony fotel, niewielki stolik, odrapane biureczko wyglądające na mniej więcej dziewiętnastowieczne oraz spory sejf stojący w kącie. Ewa domyśliła się, że są w nim ukryte jakieś cenne starodruki, bo rodowe klejnoty Konstancja zawsze trzymała u siebie.

Dla Aleksandra, gdy jeszcze był nastolatkiem, wejście do jednego z tych pokoi pełnych papierów i wiedzy o przeszłości rodu byłoby spełnieniem marzeń. Teraz najwyraźniej nie robiło to na nim wrażenia.

– Jeśli dotrze do Elizy, że przyszedłeś się tu ubzdryngolić, marny twój los – zauważyła z przyganą.

– Ubzzz... Hmm. Ciekawe słowo. Muszę konieszsznie zapamiętać.

– Aleks, skup się. Jak tu właściwie wszedłeś?

– Grand-mère dała mi klucze już dawno. Eliza może mi nagwizdać – burknął, z trudem utrzymując ciężką głowę.

– Konstancja dała ci klucze?

– A tak! – Skrzywił się. – Zaufała mi. Liczyła na mnie, a ja tylko obiecywałem i obiecywałem. – Chlipnął nagle jak zapłakane dziecko. – Wszystko olałem dla kariery, dla szpanu. I co z tego mam?

Popatrzyła na niego z politowaniem. Z kieszeni szlafroka wyjęła chusteczki higieniczne.

– Masz, wytrzyj się. Wyglądasz jak siedem nieszczęść.

Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok.

– A teraz wytłumacz spokojnie, co się stało – poprosiła, starając się nadać głosowi łagodne brzmienie. – Słyszałam, że masz kłopoty.

– To wszystko kłamstwo, cały ten program... Escrocs![18]

– Kto?

Mężczyzna spojrzał na nią nieco przytomniej.

– Albo lepiej nic ci nie powiem. Wszystko diabli zabrali. A raczej diablica.

– Nic nie rozumiem.

– I dobrze! To zemsta żony Potifara. Nie będę się taplał w tym błoocie – prychnął. – Gdzie moje wino?

– Za chwilę z tobą oszaleję! Musiałeś doprowadzić się do takiego stanu?

– Quelle différence ça fait?[19] – Niezbornie machnął ręką, aż Ewa musiała się odsunąć.

– Doskonale wiesz, że to istotna różnica. To nie jest sposób na odreagowanie stresu. Musisz wziąć się w garść.

– A quoi bon?[20] Ojciec miał rację, wszystko rozwalam... tego... zawalam.

– Gadasz głupoty. Spójrz, ile osiągnąłeś. Jesteś znaną osobą, zajmujesz się historią. Zawsze o tym marzyłeś.

Aleksander zaśmiał się sardonicznie.

– Marzenia są przereklamowane! Jestem nikim.

– Dajże spokój.

– Wszystko się porozpiepszszyyło! Nie mam ani kariery, ani honoru.

– Co ty wygadujesz?

– A tak! Dałem prababci słowo honoru, że zrobię tu prawdziwe rodzinne ar... archi... – zająknął się.

– Archiwum.

– Tak! Obiecałem to! Osobiście. – Chuchnął jej w twarz mocno nieświeżym oddechem. – A teraz już za późno.

– A, o to ci chodzi – westchnęła domyślnie. – Też mam wyrzuty sumienia wobec Konstancji, ale czasu nie cofniemy. Nie ma sensu dręczyć się tym, czego nie można już zmienić – powiedziała, myśląc jednocześnie, że tej rady mogłaby udzielić samej sobie. – Rozumiem, że czujesz się winny, jednak...

– Tu ne comprends rien![21] Tylko ona we mnie wierzyła. A ja się wydurniałem w tej telewizji, zamiast pracować dla rodziny jak inni.

– Posłuchaj, jesteś młody, masz prawo do rozwoju. Wiem, że Konstancja była z ciebie dumna.

– Nie dobijaj mnie.

– Ona przecież nie oczekiwała, że od razu po studiach zakopiesz się tu w papierach.

– Tak należało zrobić! Praca, żona i potomstwo przed trzydziestką. To był mój obowiązek, a w tej rodzinie obowiązki są najważniejsze. Ja się zawsze buntowałem. Imbécile![22] I co z tego mam? Wszyscy są na mnie wkurzeni.

– Uspokój się, bo cię trzasnę! – stwierdziła zniecierpliwiona. – Jeszcze całe życie przed tobą. Zdążysz zrealizować swoje plany.

– Nie mam już żadnych planów. Koniec – mruknął, a głowa opadła mu na piersi.

Ewa przez chwilę patrzyła na spoconego, zaczerwienionego mężczyznę, który mimo upływu lat nadal przypominał jej tamtego nastolatka z wielkimi ambicjami.

„Dzisiaj nic z tego nie będzie” – pomyślała i wzięła go pod brodę.

– Aleks, otwórz oczy. Skoncentruj się przez chwilę.

– No co?

– Nie możesz tu spać. Musimy cię gdzieś ukryć, zanim ktoś cię zobaczy w tym stanie.

– A niech zobaczą nieudacznika!

– Cicho. Przestań się użalać nad sobą. Wstawaj, idziemy – nakazała surowo. – Tylko gęba na kłódkę!

– Dokąd? – wymamrotał potulnie.

– Cholera jasna, nie dość, że ciężki, to jeszcze wielki jesteś, chłopaku – sapnęła. – Zejdziemy do Paula. On cię przechowa i nikomu nie powie. Oddawaj klucze.

Z trudem zamknęła drzwi jedną ręką. Wolno, krok za krokiem powlekli się schodami w dół, obijając się nieco o ściany. Domownicy pogrążeni w głębokim śnie na szczęście nie zwrócili uwagi na dziwne hałasy w holu.

Gdy siwy majordomus otworzył Ewie drzwi swojego pokoju, wbrew jej obawom nie okazał zdziwienia na widok niskiej blondynki podpierającej chwiejącego się na nogach szczupłego dryblasa. Bez zbędnych pytań wciągnął Aleksandra do środka i przyjął z rąk Ewy klucze.

– Thank you – szepnął w rodzimym języku.

Przepełniona emocjami kobieta została sama w ciemnym holu na parterze. Poczuła, że właściwie ona też chętnie napiłaby się czegoś mocniejszego.

„Trudno, herbata musi wystarczyć. Że też tu nigdy nie może być spokojnie!” – westchnęła w duchu, idąc do kuchni.

W progu zorientowała się, że ktoś wpadł na ten sam pomysł.

– Elizo? Co tu robisz? – spytała zaskoczona. – Nie możesz spać?

– Widzę, że nie ja jedna. Cóż to za hałasy były tam w holu?

– A... to ja, przepraszam. Zachciało mi się pić. Macie wciąż tę pyszną czarną herbatę?

– Owszem, jest jeszcze spory zapas sprowadzony specjalnie dla babci. U nas prawie nikt jej nie pije... Teraz nikomu już się nie przyda.

Kobieta zakrzątnęła się przy czajniku, a Ewa pomyślała, że powinna się była ugryźć w język. W kuchni zapanowała krępująca cisza.

– Ładnie ci w okularach – stwierdziła nagle Eliza, odmierzając herbaciany susz. – W tym świetle masz śliczny odcień tęczówek, prawie zielony – dodała z lekkim przekąsem. – Zawsze myślałam, że to kolorowe soczewki. Sama mówiłaś, że takie nosisz.

Speszona Ewa odruchowo spuściła wzrok.

– Już nie. Mam ostatnio zbyt suche oczy i jakieś uczulenie. A kolor... moja ciotka Eugenia też miała taki. Jak wasza Flora – dodała cicho. – Podobno tylko siedem procent ludzi na świecie ma takie tęczówki.

– Ja czytałam, że szesnaście. Ale nasze geny po Florze gdzieś się najwyraźniej zagubiły już przed wiekami. Z jej niesamowitej urody zostały nam tylko rude włosy. Słodzisz?

– Co? Nie, herbaty nigdy. – Ewa trochę bezmyślnie wygładzała palcami pomiętą gazetę, która leżała tuż przed nią na stole. – Słuchaj, co się właściwie dzieje z Aleksem? Sophie już mi wspominała, że go zwolnili. Chciałam z nim pogadać, ale... Co to jest? – spytała nagle, wpatrując się ze zdumieniem w zadrukowaną papierową stronę.

– To? Zdjęcie Aleksandra niestety – odparła Eliza ponurym tonem. – Nie czytaj tego, proszę.

– O co tu chodzi?

Fotografia przedstawiała dziwnie wyglądającego Aleksandra na jakiejś hucznej imprezie, a nagłówek krzyczał wielkimi literami: „Wyrzucony z programu przez narkotyki!”.

Eliza w milczeniu postawiła przed nią filiżankę.

– Znalazłam te gazety w koszu – wyjaśniła. – Najwyraźniej ktoś ze służby wyrzucił. Starają się nas chronić, ale plotek nie da się zatrzymać.

– To zdjęcie jest prawdziwe?

– Nie wiem. Ty mi powiedz, jesteś specjalistką.

– No... nie wygląda na przerabiane, ale sama wiesz, jak prasa potrafi manipulować faktami. Wystarczy, że ktoś zrobi do zdjęcia głupią minę albo się po prostu potknie, a już mogą napisać, że był pijany czy coś w tym stylu. Sępy!

– Masz rację, ale okolica plotkuje już od tygodnia.

– Co na to Aleks?

– Nic. Od kiedy go wyrzucili, trudno się z nim porozumieć.

– Coś jednak musisz wiedzieć.

– No cóż... Ten ich cykl o poszukiwaniach przodków miał niezłą oglądalność, bo zapraszali do udziału znanych ludzi. Na początku Aleksander pracował tam jako ekspert od spraw historycznych, ale w drugim sezonie zaproponowali mu, żeby został współprowadzącym. I poczuł wiatr w żaglach – westchnęła. – Wiesz, że zrezygnował z pracy naukowej?

– Sądziłam, że tylko chwilowo.

– Nie. Powiedział nam, że nie ma do tego głowy. Spodobał się widzom, więc zaczął dostawać zaproszenia na różne imprezy, wywiady. Tu comprends?[23]

– Chcesz powiedzieć, że woda sodowa uderzyła mu do głowy?

– Chyba nie, ale na pewno mu to schlebiało. Zawsze był bardzo ambitny i lubił być w centrum zainteresowania.

– Pamiętam. Chciał być sławny, ale raczej jako naukowiec.

– Najwidoczniej zmieniły mu się priorytety. Mimo trzydziestki na karku to wciąż jeszcze dzieciak.

– Ale chyba nie wierzysz w te narkotyki?

– Skąd!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

* * *

[16] Cholera jasna! (fr.).

[17] Nic (fr.).

[18] Oszuści! (fr.).

[19] Co za różnica? (fr.).

[20] Po co? (fr.).

[21] Nic nie rozumiesz! (fr.).

[22] Dureń! (fr.).

[23] Rozumiesz? (fr.).

Rozdział 3

Każdy początek jest trudny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Nie taki anioł słaby, jak go malują

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Z rodziną najlepiej na zdjęciu?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Ząb za ząb czy nadstawić drugi policzek?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Te spokojne niedzielne poranki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Zgubione, nieznalezione

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Kto lubi poniedziałki?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Niech lepiej sekrety śpią

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Ktoś wyjeżdża, ktoś zostaje

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Honor rodziny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Kruche nadzieje

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Co tu mię wiodło? Przyjaźń czy kochanie?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Żyli długo i po swojemu

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2017

Text © by Anna J. Szepielak 2017

Projekt okładki Anna M. Damasiewicz

Zdjęcia na okładce:

© konstantynov/depositphotos.com

© Vasily77/depositphotos.com

© jag_cz/depositphotos.com

© Paweł Kaźmierczak/Shutterstock.com

Wszystkie postaci i wydarzenia przedstawione w powieści są fikcyjne.

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Redakcja Bogumiła Widła

Korekta Katarzyna Nowak, Magdalena Szroeder

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13274-1

Plik wyprodukowany na podstawie Francuski klejnot, Warszawa 2017

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wybór Julianny Młyn nad Czarnym Potokiem Dworek pod Lipami Przekroczyć rzekę Francuski klejnot Francuskie zlecenie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Zakazane życzenie Noah ucieka Zwiadowcy: Wczesne lata. Turniej w Gorlanie Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie