Dzień czwarty

Dzień czwarty

Autorzy: Sarah Lotz

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 16.00 zł

Apokaliptyczny thriller, który każdemu zmrozi krew w żyłach. W wyniku niewytłumaczalnej awarii luksusowy wycieczkowiec traci kontakt ze światem. Na dryfującym statku dochodzi do kolejnych, coraz groźniejszych wydarzeń. Giną pasażerowie i członkowie załogi, a dzieła zniszczenia dopełnia tropikalny sztorm. Przywództwo nad garstką ocalonych obejmuje kobieta obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami, ale czy to wystarczy, żeby uratować garstkę niedobitków? I czy ocalenie w ogóle jest możliwe?

Tytuł oryginału: Day Four

Projekt okładki: Laser

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jacek Ring, Dorota Kielczyk

First published in Great Britain in 2015

by Hodder & Stoughton

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Michael Melford/Photodisc/Getty Images

Copyright © Sarah Lotz 2015

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Maciej Wacław

ISBN 978-83-287-406-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Dla mojego taty, Alana Waltersa

(zwanego również Doktorem)

Spis treści

Witamy na pokładzie…

DNI 1, 2, 3

DZIEŃ 4

DZIEŃ 5

DZIEŃ 6

DZIEŃ 7

DZIEŃ 8

Podziękowania

Witamy na pokładzie „Pięknego Marzyciela”!

Gratulujemy wyboru rejsu z firmą Foveros,

Twojego biletu w jedną stronę po relaks i ubaw!

Ubaw! Ubaw! Ubaw!

****

Zacznij wakacje życia od drinka w jednym z naszych licznych skąpanych w słońcu barów, a nasi muzycy zachwycą cię niepowtarzalnym brzmieniem. Potem schłodź się w basenie i przejedź na zjeżdżalniach Wodny Cud Foveros. Zgłodniałeś? Żaden problem! W naszych restauracjach i bufetach czekają na ciebie przepyszne posiłki, od pięciogwiazdkowych delicji po domowe dania jak u mamusi! Aha, nie zapomnij dogodzić sobie w fantastycznym spa – zasłużyłeś na to! Nasze przedstawienia kabaretowe cię zachwycą, więc rozsiądź się wygodnie i przygotuj na rozrywkę, jakiej dotąd nie znałeś! Naciesz się słońcem na ekscytujących ekspedycjach, podczas których możesz robić zakupy do upadłego w naszych licznych sklepach, nurkować w turkusowych morzach, spróbować jazdy konnej po pięknych plażach i jedzenia alfresco na jednej z naszych cudownych prywatnych wysp. A może spróbujesz szczęścia w Kasynie Rozkosznego Marzyciela? Kto wie? Może to twój szczęśliwy dzień!

DNI 1, 2, 3

* * *

Rejs raczej nieciekawy.

DZIEŃ 4

* * *

Asystentka wiedźmy

Maddie odczekała, aż Celine dotrze do półmetka swojego powitalnego monologu, i przecisnęła się między krzesłami w kształcie kapsuł w kierunku pustej przestrzeni na tyłach Audytorium Gwiezdnego Marzyciela. Gdy prawie tam dotarła, w głośnikach zagrzmiał głos opiekuna rejsu i, zagłuszając słowa Celine, przypomniał, że impreza noworoczna rozpoczyna się „Za równo dwie godziny”.

– Głosy z nieba – zażartowała Celine, ale Maddie nie dała się nabrać na ten pokaz dobrego humoru.

Przez cały dzień Celine zachowywała się jak rottweiler z bólem zęba, warcząc na zapleczu na technicznego, który zahaczył o jej suknię podczas przymocowywania nadajnika mikrofonu do jej wózka, i narzekając, że reflektor punktowy jest w nieodpowiedniej pozycji, przez co słabo podświetla jej przypominającą aureolę fryzurę.

– Wiedzcie jedno – kontynuowała Celine po zakończeniu komunikatu. – Kiedy już wszyscy wrócicie do domów, wypoczęci, opaleni i może o parę kilo ciężsi… – odczekała, aż opadnie fala śmiechu – …nie będziecie sami. Przyjaciele, przez te wszystkie lata, gdy pomagałam ludziom porozumieć się z tymi, którzy przeszli na drugą stronę, dwóch rzeczy stałam się pewna. Po pierwsze: śmierci nie ma. Po drugie: dusze tych, którzy odeszli ze świata fizycznego, ciągle są wśród nas…

Celine odzyskała wątek, więc Maddie pozwoliła sobie na chwilę relaksu. Oparła się o kolumnę i pomasowała szyję, bezskutecznie usiłując ukoić ból głowy prześladujący ją od pierwszego dnia rejsu. Najprawdopodobniej był to efekt uboczny lekarstwa na chorobę morską, które łykała, ale krzykliwość otoczenia nie pomagała. Ktoś, kto zaprojektował wnętrza tego statku, musiał dostawać erekcji na widok neonów à la Vegas i nagich aniołków płci męskiej. Nie było ucieczki od oślepiających iluminowanych palm czy lubieżnych spojrzeń cherubinków. Nic to – jeszcze jedna noc i ucieknie z tej pływającej rudery. Pierwsze, co zrobi po powrocie do mieszkania, to weźmie kąpiel, która zmyje z jej skóry zapach statku. Potem zafunduje sobie prezent i zamówi kolację w Jujubee’s – zaszaleje i weźmie specjalność zakładu: kraba z makaronem ryżowym i podwójnym czosnkiem. Będzie mogła sobie pozwolić na kalorie. Przez ostatni tydzień straciła przynajmniej trzy kilo.

– Hej, mała. – Usłyszała w uchu teatralny szept. Odwróciła się i zobaczyła Raya ze wzrokiem wlepionym w jej biust. Porzucił swój zwykły strój złożony z krótkich spodni i marynarskiego T-shirtu na rzecz lewisów i marnej jakości kremowej koszuli, co sprawiało, że wyglądał jak szansonista z obskurnej tancbudy.

– Nie powinieneś stać na bramce, Ray?

Dzisiejsza impreza przeznaczona była wyłącznie dla „Przyjaciół Celine”, wyselekcjonowanej grupy osób, które zapłaciły krocie za rejs w towarzystwie „Medium Ameryki Numer Jeden”, i Ray wiedział równie dobrze jak ona, że Celine wściekłaby się, gdyby przybłąkał się jakiś klient za darmo.

Wzruszył ramionami.

– Tak, tak. Ale słuchaj: wiesz, że wczoraj zatrzymaliśmy się w Cozumel?

– No i?

– No i zgadałem się z jednym kelnerem, co mi przemycił butelkę tequili z najwyższej półki. Takiej prima sort.

Siedząca na obrzeżach widowni Przyjaciółka odwróciła się ze zgrzytem na krześle i uciszyła ich. Maddie rzuciła w jej stronę przepraszający uśmiech i syknęła na Raya, by ten mówił ciszej.

– Luz. Czyli za jakiś czas melanż w mojej kajucie. Wchodzisz w to?

Jeszcze więcej głów odwróciło się w ich kierunku.

– Serio, Ray, zamknij…

– Przemyśl sprawę. – Uśmiechnął się z wyższością. – Idę po coś zimnego, szefowa zaczyna nawijkę.

Maddie patrzyła, jak Ray oddala się w stronę baru, po drodze gapiąc się na kelnerkę.

Dupek.

Napięcie wzrosło, kiedy Celine przeszła do głównej atrakcji wieczoru. Przesunęła językiem po wargach, położyła rękę na piersiach i powiedziała:

– Wyczuwam… Kim jest Caroline? Nie, chwileczkę… Katherine? Ktoś na… C albo K. Nie… to na pewno Katherine. Albo Kathy.

Maddie stłumiła w sobie ukłucie poczucia winy, kiedy Jacob, jeden ze starszych Przyjaciół, wstał chwiejnie. Miała słabość do Jacoba. Podziwiała jego wyczucie stylu (zwykle ubierał się jak gość na gejowskim weselu) i w odróżnieniu od innych nie był nachalny. Celine przez większość rejsu udawała chorą. Właściwie nie pokazywała się na żadnym ze spotkań z publicznością czy koktajli, więc to Maddie musiała się tłumaczyć. Jej praca polegała między innymi na kontaktach z wielbicielami Celine, jest jednak ogromna różnica między wymianą wiadomości z samotnymi i zdesperowanymi ludźmi przez Internet a stawaniem twarzą w twarz z ich nieszczęściem. Wysłuchiwanie pełnych nadziei Przyjaciół, oczekujących od Celine nawiązania łączności z ich ukochanymi zaginionymi krewnymi, a czasami nawet nieżyjącymi zwierzętami domowymi, doprowadziło ją na skraj wyczerpania.

– Kathy to moja siostra! – krzyknął Jacob.

– Właśnie to wyczuwam. – Celine pokiwała głową. – Wiedz, że oto nadchodzi. Hej… dlaczego czuję zapach indyka? – zachichotała. – I słodkiego placka ziemniaczanego. I to dobrego placka.

Jacob gwałtownie wciągnął powietrze i otarł łzy.

– Zniknęła pod koniec lat siedemdziesiątych, w okolicach Święta Dziękczynienia. Czy ona… czy zaznała spokoju?

– Tak. Wiedz to. Odeszła ze świata fizycznego i poszła w kierunku światła. Pragnie, byś wiedział, że zawsze, kiedy o niej myślisz, jest przy tobie jej dusza.

Jacob czekał na więcej, ale Celine jedynie uśmiechnęła się do niego beznamiętnie, pokiwał więc głową i usiadł.

Celine ponownie dotknęła piersi.

– Wyczuwam… Coraz trudniej mi oddychać. Jest tu ktoś, kto… odszedł za wcześnie. Mówię o samobójstwie. Tak.

Leila Nelson, koścista, lekko łysiejąca kobieta zapiszczała i wyskoczyła z fotela.

– O Boże! Mój mąż zabił się dwa lata temu.

– Chcę, żebyś wiedziała, że właśnie się zbliża, moja droga. O co chodzi z tym oddechem? Zastanawiam się… czy on się udusił? Czy to się zgadza? Czuję tu tlenek węgla.

– O Boże. Właśnie tak to zrobił! W garażu, w swoim chevrolecie.

– W swoim chevrolecie. – Celine zrobiła pauzę, pozwalając, by przekaz dotarł do Przyjaciół.

– Jakie znaczenie ma kwiecień?

– Urodził się w kwietniu.

– Więc w kwietniu ma urodziny. Tak, to właśnie od niego wyczuwam. Wysoki mężczyzna, zgadza się?

Leila się zawahała.

– John miał metr siedemdziesiąt.

– Z mojego punktu widzenia wysoki, moja droga. – Celine się ożywiła. – Wyczuwam, że… Czy John miał problemy w pracy? Czy to się zgadza?

– Tak! Stracił pracę. Potem już nigdy nie był taki sam.

– A co z tymi butami?

– O mój Boże, on zawsze dbał o buty. Zawsze je polerował, to mu zostało od czasu piechoty morskiej.

– Właśnie to wyczuwam. Mam wrażenie, że był bardzo zadbanym, skrupulatnym człowiekiem. On chce, byś wiedziała, że to, co się z nim stało, sposób, w jaki umarł… to nie miało nic wspólnego z tobą. Chce, żebyś wiodła normalne życie.

– W takim razie nie ma nic przeciwko mojemu małżeństwu?

Cholera. O tym jednym szczególe Leila zapomniała wspomnieć podczas wczorajszego koktajlu dla Przyjaciół Celine, ale Celine nie dała niczego po sobie poznać.

– Wiedz, że jest dumny, że tak dobrze sobie radzisz.

– Ale on był taki zazdrosny. To dla mnie ważne… Czy…?

– Moja droga, muszę ci przerwać, wyczuwam Archiego. – Celine położyła rękę na gardle. – Czuję jego ciężar. Nadchodzi z całą mocą.

Maddie powstrzymała dreszcz. Może i Archie istniał tylko na niby, ale ten główny duch przewodnik Celine – urwis, który rzekomo umarł na suchoty pod koniec XIX wieku w Londynie – przyprawiał ją o ciarki na plecach. W naszych czasach niewiele mediów przekazywało głosy swoich przewodników, a Maddie w skrytości uważała, że zawsze, kiedy „nachodzi” głos Archiego, Celine brzmi jak Dick van Dyke zachłyśnięty wodorotlenkiem sodu.

Celine zrobiła pauzę dla wywołania dramatycznego efektu.

– Jest tu jeden taki, co chce zagadać do Juney – głos Archiego zachrypiał w gardle Celine.

Juanita, Przyjaciółka, która uciszyła Raya, stanęła na równe nogi.

– To ja! Juney to moja ksywka!

Celine wróciła do swojego normalnego głosu:

– Juney, nie czuj się winna, że nie wstawiłaś insuliny do lodówki. On wie, że nie zrobiłaś tego celowo.

Maddie poczuła gęsią skórkę na ramionach. Juanita nie wspominała wczoraj o insulinie. Zimny odczyt był specjalnością Celine, ale to był niezwykle precyzyjny szczegół. Zazwyczaj posługiwała się ogólnikami.

Na twarzy Juanity pojawiły się bruzdy.

– Jeffrey? Jeffrey, to ty?

Promień światła przebił się przez mrok, a w drugim końcu sali przez drzwi przemknął mężczyzna. Był dwie dekady młodszy niż średnia wiekowa klientów Celine, miał na sobie obcisłe dżinsy i wysokie buty, a ramiona pokryte tatuażami. Ray nie zauważył intruza. Siedział pochylony na stołku barowym, plecami do drzwi.

– Celine del Ray! – krzyknął facet, krocząc w kierunku sceny i celując obiektyw aparatu w swoim telefonie komórkowym w stronę Celine. – Celine del Ray!

Niech to szlag. Tydzień po tym, jak Celine zgodziła się zostać celebrytką na gościnnych występach podczas rejsu, Maddie dowiedziała się za pośrednictwem Twittera, że na pokładzie może znajdować się pewien bloger, i wyglądało na to, że w końcu postanowił się ujawnić.

– Kto to jest?! – zawołała Celine, patrząc zmrużonymi oczami na widownię.

– Zechce pani skomentować fakt, że Lillian Small planuje panią pozwać?

Rozległo się zbiorowe westchnienie. Maddie miała przed sobą zbyt wiele przeszkód, żeby szybko dotrzeć do gościa, a na interwencję obsługi lokalu nie miała co liczyć. Na szczęście Ray zrozumiał, co się dzieje, i przepychając się przez tłum, ruszył do intruza.

– Znacie państwo tę historię, prawda? – Mężczyzna zwrócił się do Przyjaciół gapiących się na niego z szeroko otwartymi ustami. – To tak zwane medium, ta hiena, zalało panią Small informacjami, z których wynikało, że jej wnuczka i wnuk mieszkają na Florydzie, mimo że badania DNA… – Zawahał się. – Dowodziły, że… – Zasłonił dłonią usta. – O, kurwa.

Momentalnie zawrócił, odepchnął Raya i wybiegł, a drzwi zamknęły się za nim z hukiem.

Ray spojrzał szybko na Maddie, a ta gestem nakazała mu iść za blogerem.

Celine ponownie zachichotała, jednak zabrzmiało to sztucznie.

– Ach, powiem wam, to był… Dajcie mi minutę.

Wzięła łyk wody Evian z butelki schowanej w kieszeni wózka. W pomieszczeniu zapanowało krępujące milczenie.

– Wiecie, niedowiarków nigdzie nie brakuje. Ale mogę jedynie powtórzyć to, co mówi mi Duch. Ta sytuacja… Rozumiecie… Czekajcie… Wyczuwam tu coś jeszcze. Wiecie, czasem duchy nachodzą z taką mocą, że czuję smak tego, co one, doświadczam tego, co one. Dociera do mnie… dym. Czuję dym… Słyszę… Czy ktoś z was stracił bliską osobę w pożarze? Czy to komuś coś mówi?

Nikt się nie zgłosił. Maddie zesztywniała.

– To może być… Tak, czuję paliwo, myślę, że to mógł być wypadek samochodowy. Wyczuwam… Jakie znaczenie ma autostrada I–90?

Zgłosił się Przyjaciel, którego kuzyn w drugiej linii zginął wiele lat temu w czołowym zderzeniu na tej autostradzie. Maddie znowu mogła odetchnąć. Ray wsunął się z powrotem do sali i pokazał Maddie, że wszystko jest w porządku. Spojrzała na telefon. Jeszcze pięć minut. Przesunęła się w kierunku Celine, dając jej znaki, że czas już kończyć. Niech Ray zajmie się swoją cholerną robotą i wyprowadzi wszystkich tak szybko, jak się da. Przyjaciele mieli rezerwację na drugą zmianę obiadową, powinni więc zaraz wyjść, chyba że mają ochotę na gumowaty ogon homara.

Celine złożyła Przyjaciołom życzenia noworoczne i tradycyjnie zachęciła wszystkich do wchodzenia na jej stronę internetową, na której znajdują się linki umożliwiające kupno jej jedenastu książek. Maddie wskoczyła na scenę, zanim jej szefowa zatonęła pod falą tsunami chętnych do złożenia jej życzeń. Celine tak naprawdę nie potrzebowała wózka (choć potrafiła nim jeździć z szybkością godną paraolimpijczyka, jeśli groziło jej spotkanie ze zbyt entuzjastycznym fanem), ale tego wieczoru Maddie cieszyła się, że ma go do dyspozycji. Z bliska Celine naprawdę wyglądała na swój wiek. Jej woskowata skóra przypominała jabłko po zbyt długim przebywaniu w chłodni, a usta miały kolor nieświeżego mięsa z garmażerii.

Maddie odłączyła mikrofon i podała go technicznemu, zanim Celine odzyskała rezon i zjechała gościa za zamieszanie z komunikatem dla pasażerów.

– Dobrze się czujesz? – wyszeptała.

– Zabieraj mnie stąd i to, kurwa, zaraz.

– Celine? – Leila przydreptała do nich, zanim Maddie była w stanie zainterweniować. Kobieta machała egzemplarzem drugiej części autobiografii Celine: Medium gwiazd i znacznie więcej. – Chciałam poprosić na wieczorku z koktajlem, ale byłaś tam tak krótko… Czy możesz podpisać?

Celine uśmiechnęła się lodowato.

– Z przyjemnością, moja droga.

– Czy możesz napisać: „Dla Leili, mojej największej fanki”? Mam twoje wszystkie książki. Również w wersjach elektronicznych i audio.

Maddie podała Celine długopis, sprawdzając przy tym, czy Leila zauważyła, że Celine trzęsą się ręce. Na szczęście fanka była zbyt zajęta gapieniem się w zachwycie na twarz swojej idolki.

– Tak bardzo mi pomogłaś, Celine. Ty i Archie, rzecz jasna. – Leila przycisnęła książkę do piersi. – Dzięki tobie zaznałam spokoju. John… Nie żyło się z nim najłatwiej i… Nie wiem, jak to robisz.

– To dar od Boga, moja droga. Wiedz, że twoja wiara i wsparcie wiele dla mnie znaczą.

– A ty wiele znaczysz dla mnie. Ten straszny człowiek, który tu wpadł, nie ma…

– Celine jest bardzo zmęczona – przerwała jej Maddie. – Nawiązywanie kontaktu z Duchem wiele ją kosztuje. Jestem pewna, że zrozumiesz.

– Och, tak, tak – powiedziała Leila, kłaniając się chwiejnie, i w pośpiechu oddaliła się w kierunku pozostałych Przyjaciół stłoczonych wokół wyjścia.

Pojawił się Ray.

– Przepraszam za tamto, Celine.

Oczy Celine, i tak nienaturalnie przymrużone po spartaczonej operacji plastycznej w latach osiemdziesiątych, zwęziły się jeszcze bardziej.

– Tak? Ray, co jest, do diabła? Płacę ci za coś takiego?

– Skąd miałem wiedzieć, że ten koleś się zjawi? Wszystkich dokładnie sprawdziłem.

– Do diabła, powinieneś stać przy drzwiach, Ray.

– Celine, mówię przecież, dałem ciała. Nigdy więcej to się nie powtórzy.

Celine prychnęła.

– Żebyś, cholera, wiedział. Dokąd on w ogóle poszedł?

– Pobiegł do łazienki. Wyglądało tak, jakby miał puścić pawia.

Maddie poczuła mdłości. Jakiś czas temu niepotrzebnie przeczytała w „Huffington Post” demaskatorski artykuł o wirusach przenoszonych na statkach i teraz myła ręce przy każdej nadarzającej się okazji i łykała probiotyki jak lekomanka. To jednak tłumaczyło, dlaczego bloger nie prześladował ich wcześniej. Pewnie siedział zamknięty w kajucie, przez cały rejs modląc się do porcelanowego bóstwa.

– Odprowadzić cię do twojej kajuty? – zapytał Ray.

– Chyba do apartamentu – odwarknęła Celine. – Nie musisz. Zejdź mi z oczu. Madeleine mi pomoże.

Ray rozpaczliwie pokiwał głową i oddalił się chyłkiem. Maddie niewiele wiedziała o jego życiu osobistym, ale wspominał coś o płaceniu alimentów dla jednej z jego byłych. Może i jest z niego zbereźnik i ściemniacz, ale było jej go prawie żal – będzie miał szczęście, jeśli po powrocie do Miami nie zostanie zwolniony. Ochroniarze Celine nigdy na długo nie zagrzewali miejsca.

– Cholerni blogerzy i zakonspirowani dziennikarze – lamentowała Celine, dając wzniesioną dłonią znaki, że powinny już wyjść. – Robię to od czterdziestu lat. To mój dar od Boga…

Maddie pozwoliła Celine ględzić, manewrując wózkiem po scenie w kierunku drzwi wyjściowych i mrugając, lekko oślepiana różowymi i złotymi neonami, rozmieszczonymi na całej długości Pokładu Promenady Snóff. Pasażerowie tłumnie sunęli ku schodom na drugą zmianę obiadową, obskakiwani przez dwudziestolatków w krótkich białych obcisłych spodenkach i T-shirtach z napisem „Foveros = Ubaw! Ubaw! Ubaw!”, którzy tańczyli rumbę do dźwięków grającej w tle muzyki calypso i sprzedawali anielskie skrzydła i diabelskie rogi na imprezę noworoczną pod hasłem „Niebo i Piekło”. Maddie nie miała zamiaru choćby zbliżać się do jakiejkolwiek imprezy. Planowała położyć Celine do łóżka, zamówić u obsługi hotelowej kanapkę z grillowanym serem (na myśl o jedzeniu masowo produkowanej papki serwowanej w restauracjach i bufetach wywracały jej się flaki), a potem udać się na bieżnię do joggingu znajdującą się nad Pokładem Lido. Dziś nie miała jeszcze okazji przebiec swoich zwyczajowych ośmiu kilometrów.

Tercet spaślaków z fluorescencyjnymi aureolami na wygolonych łbach ustąpił im drogi, a Maddie wtoczyła Celine do windy, w której jak zwykle unosił się lekki zapach wymiocin. Łokciem nacisnęła guzik pokładu widokowego i ustawiła Celine w bezpiecznej odległości od wilgotnej plamy na dywaniku. W głośnikach zabrzęczało Rehab w wersji reggae, a one pędziły w górę przez atrium, patrząc przez szklane ścianki na hol i koktajlbary w dole.

– Chryste, muszę się napić – powiedziała Celine.

– Prawie jesteśmy na miejscu.

Maddie wyprowadziła wózek z windy i ruszyła w kierunku prywatnych kajut dla VIP-ów. Dwie rozchichotane starsze panie stanęły pod ścianą korytarza, pozwalając im przejechać. Maddie obdarzyła je promiennym uśmiechem, żeby im zadośćuczynić za grubiańskie „Też mi coś” Celine w odpowiedzi na ich noworoczne życzenia. Pomachała w kierunku Althei, pokładowej pokojówki, która wychodziła właśnie z sąsiedniego apartamentu ze stertą ręczników pod pachą.

– Dobry wieczór, pani del Ray i Maddie! – zawołała pogodnie Althea. – Pomóc w czymś?

Celine ją zignorowała, ale uśmiech Althei nie osłabł. Maddie nie miała pojęcia, w jaki sposób Althea potrafi być tak radosna, czyszcząc brudy po wrednych typach w rodzaju Celine. Większość pracowników okazywała męczącą (i w sposób oczywisty fałszywą) pogodę ducha, ale Maddie była przekonana, że nieustająco świetny nastrój Althei jest autentyczny.

Po kilkukrotnym przesunięciu karty pokojowej przez czytnik światełko w zamku w końcu zabłysło na zielono, a Maddie przepchnęła wózek przez wąskie przejście i zawiozła Celine na balkon, gdzie czekała na nią jej alkoholowa kolekcja.

Celine wskazała ostrym pazurem telewizor.

– Na Boga, zmień ten cholerny kanał. Ile razy mam powtarzać tej durnej kobiecie, żeby niczego nie przełączała?

Na ekranie Damien, kierownik rejsu – Australijczyk z nieruchomym spojrzeniem niebezpiecznego schizofrenika – po raz kolejny oprowadzał widzów po statku. Maddie przełączyła na parodię przegranego republikańskiego kandydata Mitcha Reynarda w programie Saturday Night Live, potem na kanał z zakupami, na którym dwie kobiety w średnim wieku zachwycały się dwustronną kurtką, w końcu zdecydowała się na transmisję uroczystości towarzyszących opuszczaniu kuli na Times Square. Uprzedzając prośbę szefowej, wsypała do szklanki lód i nalała podwójną porcję J&B.

Celine wyrwała jej z ręki szklankę i wzięła łyk.

– Chryste, od razu lepiej. Dobra z ciebie dziewczyna, Madeleine.

Maddie przewróciła oczami.

– Nie przesłyszałam się?

– Archie twierdzi, że chcesz odejść.

– Celine, ja zawsze chcę odejść. Być może nie chciałabym, gdybyś przestała mnie nazywać bezużyteczną dziwką.

– Wiesz przecież, że tak nie myślę. – Celine ponownie wskazała na telewizor. – Nikt nie musi mi przypominać, że skończył się kolejny rok. Włącz jakiś film.

– Jaki?

– Pretty Woman.

Maddie podłączyła dysk i przewinęła menu do folderu z filmami z Julią Roberts. Wciąż nie mogła zrozumieć, jak Celine godzi swoje bezwzględne podejście do życia z uzależnieniem od komedii romantycznych z lat dziewięćdziesiątych. Maddie straciła już rachubę, ile razy siedziała na skrzypiącym motelowym krześle w oczekiwaniu, aż jej szefowa zaśnie i nadejdzie przewidywalne zakończenie Kiedy Harry spotkał Sally albo Francuskiego pocałunku.

Celine potrząsnęła szklanką, domagając się dolewki.

– I jak? Co zrobimy z Rayem?

– Ty tu rządzisz.

– Wiesz, że on coś do ciebie czuje, Madeleine.

– Ray czuje coś do każdej posiadaczki waginy. To palant.

Celine westchnęła.

– Wiem. Jak wszyscy przystojniacy. Musi odejść. Ale to nie rozwiąże twojego problemu, prawda?

– Ja mam problem?

– Potrzebujesz faceta, Madeleine. Najwyższy czas zapomnieć o przeszłości.

– Znowu zaczynasz. Na co mi facet, u diabła?

Celine zarechotała.

– Cóż, jeśli chcesz wiedzieć…

– Może mi wyjaśnisz, w jaki sposób mam podtrzymywać związek, spędzając dziewięć miesięcy w roku w trasie z tobą?

– Tak, tak, wywołuj w starej kobiecie poczucie winy. Powinnaś dziś pójść na imprezę. Zakręć się wokół któregoś z tych przystojniaków z załogi w obcisłych białych spodniach. Ile to już czasu? No wiesz, odkąd ostatnio…

– Nie twój interes.

– Co to za odpowiedź. Chcesz, żebym zapytała Archiego, co…

– Dość już o moich sprawach osobistych, Celine.

– Tak tylko mówię, należy ci się coś od życia.

– Mogę skorzystać z łazienki? – Jeśli posiedzi tam wystarczająco długo, Celine w końcu zaśnie przed telewizorem, a ona będzie mogła wymknąć się bez wysłuchiwania niepotrzebnych kazań.

– Proszę bardzo.

Maddie pośpiesznie weszła do środka i zamknęła drzwi. Łazienka była trzy razy większa od tej w jej kajucie, z wanną z hydromasażem i piramidą zrolowanych białych ręczników. Usiadła na klapie od sedesu i pomasowała sobie skronie. Przez tamtego hipstera Celine będzie teraz co najmniej przez tydzień w depresji. Bez wątpienia filmik, który udało mu się nakręcić, już teraz hula po YouTubie. Celine zgodziła się na udział w rejsie jedynie po to, by uciec od zamieszania po skandalu z Lillian Small, ale obie wiedziały, że to może się na nich zemścić.

Kiedy sprawa nabrała rozgłosu, Maddie nigdy nie powiedziała: „A nie mówiłam?”. Ostrzegała Celine przed udziałem w programie Pamiętamy czarny czwartek Erica Kavanaugha, skandalisty znanego z krytycznego nastawienia do jasnowidzów, scjentologów i spirytystów. Oprócz tego Celine należała do otoczonego złą sławą „Kręgu Jasnowidzów”, który zebrał się w celu „spożytkowania połączonej energii” i ustalenia rzekomo tajemniczych przyczyn czterech katastrof lotniczych, które wydarzyły się w 2012 roku. Kavanaugh z uśmiechem na twarzy rozprawił się z jasnowidzami po tym, jak Krajowa Rada Bezpieczeństwa Transportu ogłosiła raport i okazało się, że jasnowidze mylą się co do wszystkich przypadków. Gwoli ścisłości, Celine dawała sobie radę, dopóki nie pojawił się temat katastrofy na Florydzie. Maddie do dziś nie mogła zrozumieć, co opętało szefową, każąc jej utrzymywać, że przy życiu pozostali Lori Small i jej syn Bobby, dwoje pasażerów znajdujących się na pokładzie samolotu, który runął na mokradła Everglades. Nawet po odkryciu we wraku DNA Bobby’ego i Lori Celine nie przestała twierdzić, że matka i syn włóczą się gdzieś po ulicach Miami, cierpiąc na amnezję. Posunęła się za daleko, żeby się wycofać. Tak się tragicznie złożyło, że matka Lori, Lillian Small, wydała całe swoje oszczędności na prywatnych detektywów, którzy mieli sprawdzić tę wątpliwą wskazówkę, a teraz jakiś przedsiębiorczy prawnik przejął jej sprawę i na celownik wziął Celine.

Celine nie po raz pierwszy się pomyliła – ale zdecydowanie była to jej najgłośniejsza wpadka. Z drugiej strony… Maddie nie była do końca uczciwa, prawda? Celine zdarzało się również czasem mieć rację. Pierwsze, co przyszło jej na myśl, to dzisiejsza rewelacja dotycząca insuliny (choć możliwe, że Ray podsunął jej ten rodzynek – musi to sprawdzić). Wiedziała, że statystycznie rzecz biorąc, Celine musiała trafiać w jakieś fakty, których nie dostarczyła jej ani ona, ani żaden z pechowych byłych gliniarzy wynajętych przez nią jako ochroniarze. Mimo to Maddie nie czuła się z tym komfortowo. Poczucie winy, które zwykle udawało jej się w sobie zdusić, zaczynało jej dokuczać. Wbijać szpile. Nawiązywanie kontaktów z Przyjaciółmi to błąd. Może powinna odejść. I co wtedy? Z jej przeszłością nie miała wyboru – pozostawała jedynie gówniana robota za płacę minimalną. Zawsze mogła wrócić do Anglii, pojawić się w domu po cichu, z podkulonym ogonem. Już słyszy reakcję swojej siostry: „I co, Maddie? Mówiłam, że to się skończy łzami”.

– Nie utopiłaś się tam?! – Usłyszała krzyk Celine.

– Już wychodzę! – zawołała. To by było na tyle, jeśli chodzi o zaśnięcie szefowej. Właśnie miała wstać, kiedy podłoga się zakołysała. Maddie musiała przytrzymać się uchwytu na papier toaletowy. Ugięły się pod nią kolana, a pod stopami wyczuła mocne wibracje. Światła zamigotały, dało się słyszeć długi, przypominający ziewnięcie mechaniczny dźwięk, a potem… cisza.

Z sercem podchodzącym do gardła Maddie otworzyła drzwi i w pośpiechu weszła do apartamentu.

– Celine? Chyba coś się dzieje ze statkiem.

Spodziewała się usłyszeć w odpowiedzi słowa w rodzaju: „Cholera, masz rację, że coś się dzieje ze statkiem, to kloaka”, ale spostrzegła, że głowa Celine spoczywa na piersi. Ramiona zwisały nieruchomo po obu stronach krzesła. Szklanka leżała na dywanie – musiała wyśliznąć się z jej palców.

Na ekranie Richard Gere jechał z wolna po Hollywood Boulevard. Potem telewizor zgasł.

– Celine? Celine, dobrze się czujesz?

Nie było odpowiedzi.

Maddie ostrożnie podeszła bliżej i dotknęła porowatej skóry na przedramieniu Celine. Żadnej reakcji. Przesunęła się, by spojrzeć szefowej w twarz, i uklękła.

– Celine?

Nie podnosząc głowy, Celine nabrała powietrza, a potem zaczęła nucić żwawą jazzową melodyjkę, przypominając Maddie o Lizzie Bean, która była jeszcze jednym (choć znacznie mniej gadatliwym) duchem przewodnikiem Celine.

– Celine? – Przełykanie przychodziło Maddie z trudem. – Hej… co jest, Celine?

Celine podniosła głowę z oczami pełnymi tak przerażającego strachu, że Maddie krzyknęła i usiadła na podłodze.

– Jezu!

Skoczyła na równe nogi, próbując sięgnąć po telefon, ale wtedy światła ponownie zgasły, a ona upadła po wpływem przechyłu statku na lewą burtę. Usiłowała odzyskać kontrolę nad oddechem, co prawie jej się udało, kiedy ciszę przerwał głos.

– Trudno się mówi, taki już ze mnie stary szczęściarz – zarechotał Archie. – Będzie niezły ubaw.

Człowiek potępiony

Gary oparł czoło o ścianę, drżąc pod strumieniem zimnej wody spływającym po jego plecach. Skóra na brzuchu i wewnętrznej stronie ud szczypała go po tym, jak wyszorował się szczoteczką do paznokci Marilyn. Miał pomarszczone i nasiąknięte wodą opuszki palców. Siedział pod prysznicem już ponad godzinę, a odór Pantene stawał się nie do zniesienia – zużył cały darmowy płyn do kąpieli i szampon Marilyn, piorąc ubranie, które miał zeszłego wieczoru na sobie. Deptał po nim jak oszalały wyciskacz wina. Teraz leżało zwinięte w kulę w rogu kabiny prysznicowej: bez wybielacza nie było gwarancji, że nie zostały na nim ślady DNA dziewczyny. Będzie musiał przy najbliższej okazji wyrzucić te ciuchy za burtę.

Skoncentruj się na wodzie. Myśl o zimnie. Ale to nic nie dawało. Czarne myśli wciąż wracały. Marilyn kupiła jego wymówkę o kłopotach żołądkowych, ale wątpił, żeby pozwoliła mu przegapić wieczorne uroczystości, chyba że rzeczywiście znalazłby się u bram śmierci. Mógłby zmusić się do zwymiotowania, tak by go usłyszała, wsadzić palce głęboko w gardło, ale uczucie paniki pochłonęło go tak bardzo, że prawdopodobnie wcale nie musiałby niczego udawać.

Przecież już na pewno znaleźli tę dziewczynę. Pracownicy obsługujący kajuty wykonywali swoje zadania solidnie, dwa razy dziennie przeglądali wnętrza, a minęło już ponad dwanaście godzin, od kiedy…

Dudnienie pod stopami. Szarpnięcie. Rozbryzg wody z prysznica sprawił, że Gary otworzył oczy… i zobaczył ciemność. Przez chwilę był przekonany, że oślepł – kara boska! – a potem, kiedy poczuł pod stopami narastającą wibrację, olśniło go, że coś dzieje się ze statkiem. Zakręcił wodę, wymacał ręcznik i nasłuchiwał. W tle nie było słychać szumu klimatyzacji, przez co z jakiegoś powodu trochę rozjaśniło mu się w głowie, jakby znowu potrafił racjonalnie rozumować. Po omacku poszukał na umywalce okularów, a potem powoli wyszedł z łazienki. Poczekał, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, ale nie było na to szans – w kajucie brakowało naturalnego światła. Zawsze rezerwował tańsze, wewnętrzne kajuty. Alarm zapiszczał kilka razy, przez zakłócenia przedzierał się jakiś niezrozumiały komunikat, a następnie:

– Dobry dzień, panie i panowie, tu Damien, opiekun rejsu. Chciałbym jedynie przekazać, że nastąpiła awaria prądu. Nie ma powodów do niepokoju. Dla państwa bezpieczeństwa prosimy o powrót do kajut i oczekiwanie na dalsze instrukcje, dziękuję. Jak już wspominałem, nie ma powodów do niepokoju. Wkrótce przekażemy kolejny komunikat.

Gary powoli przesunął się do drzwi i lekko je uchylił. Zza zakrętu wyszedł gość z gołą klatą i plastikowymi diabelskimi rogami, a za nim chybotliwym krokiem podążała kobieta w bikini i złotych szpilkach z paseczkami. W miarę jak się zbliżali, światło awaryjnych jarzeniówek sprawiało, że ich skóra nabierała złowieszczej zielonkawej barwy. Podłoga przechyliła się i Gary postawił krok do tyłu – drzwi zamknęły się z łoskotem. Ślina napłynęła mu do ust. Na zewnątrz słychać było trzaskające drzwi, a ktoś krzyknął do jakiegoś Kevina, by ten „się, kurwa, trochę pośpieszył, gościu”.

Zawlókł się z powrotem do łóżka; wzdrygnął się, kiedy ponownie rozbłysło światło. Było znacznie bledsze niż zwykle i nadawało kajucie ziemisty poblask. Krople wody ściekały między włoskami na jego nogach, a panika, którą odczuwał, była tak intensywna, że mógł ją niemal dostrzec kątem oka.

To zwykła mechaniczna usterka – coś takiego może zdarzyć się w każdej chwili, a firma Foveros była z różnych wpadek szczególnie znana. Nawet gdyby znaleźli przyczynę awarii, i tak zatrzymanie statku byłoby ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby im do głowy. Nie. Po prostu znowu pozwalał, żeby paranoja odbierała mu zdrowe zmysły. Zacisnął dłoń na nadgarstku, wyczuł słabe tętno i zmusił się do odliczenia od setki w dół. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Już dobrze. Oddychał z coraz większą swobodą.

Kliknął zamek, drzwi otworzyły się z hałasem i do środka wpadła Marilyn.

– Gary! Ty tutaj?

Odezwij się.

– A gdzie niby miałbym być?

– Kochanie, myślę, że powinniśmy się stąd wynieść. Do punktu ewakuacyjnego. Mogę przysiąc, że poczułam dym.

– Damien mówił, żeby zostać w pokojach.

– Nie słyszałeś, co powiedziałam? Poczułam dym, Gary. – Z trudem łapała oddech, a jej płaska twarz lśniła od potu. – Windy przestały działać, na pewno utknęli w nich ludzie. Jak myślisz, co się stało?

– To na pewno jakaś mechaniczna usterka. Nic poważnego, zobaczysz. – Jego głos brzmiał niepewnie, jakby o jeden rejestr wyżej niż zwykle, ale ona chyba tego w ogóle nie zauważała. Nie należała do najbardziej spostrzegawczych osób – to była jedna z przyczyn, dla których się z nią ożenił.

Zmrużyła oczy.

– Kochanie… czemu nie jesteś ubrany?

– Brałem prysznic.

– Znowu? W tym całym zamieszaniu?

Głęboki oddech, opanuj się.

– Byłem pod prysznicem, kiedy to się stało.

– I naprawdę uważasz, że to nic poważnego?

– Tak. Pamiętasz, co się stało na „Pięknym Cudzie”? Zaraz wszystko naprawili.

– Och, faktycznie… Ale i tak uważam, że powinniśmy wyjść. Paulie i Selena powiedzieli, że na nas poczekają na jedenastym. Pamiętaj, kotku, nasz punkt ewakuacyjny jest właśnie tam.

– Kim, do cholery, są Paulie i Selena?

– Przemili ludzie. Zgadaliśmy się na obiedzie. Postanowiłam pójść na bufet na Lido zamiast do Sennych Krajobrazów, chociaż kolejka po chińszczyznę była bardzo długa! Właśnie tak się spiknęliśmy, w kolejce. Siedzieliśmy razem na Pokładzie Spokoju, kiedy to się stało. I kotku, nie uwierzysz, co ci powiem.

– Co? – Bardzo starał się wyglądać i mówić, jakby go to interesowało. Bolały go policzki.

– Są Srebrnymi Pasażerami Foverosa, tak jak my, i byli w zeszłym roku na „Pięknym Życzeniu”, na rejsie po Bahamach… tydzień po nas!

– Niesamowite.

– No właśnie. Dokładnie to samo powiedziałam. Bardzo się zmartwili, jak usłyszeli, że się źle czujesz.

Typowa Marilyn: jej misją podczas ich dorocznych rejsów było poznawanie jak największej liczby nieznajomych. Większość jej nowych przyjaźni miała krótkotrwały charakter – Marilyn była zmienna, nie da się ukryć. Gary przez chwilę zastanawiał się, czy nie zapytać jej o jego poranną nieobecność. Nie byłoby w tym nic dziwnego, od lat udawał bezsenność, a ona jak dotąd nie uznała za niestosowną jego wymówki o spacerze jako jedynym lekarstwie. Ale tym razem było inaczej. Czy gdyby obudziła się wcześnie i zauważyła, że go nie ma, dałaby mu alibi? Wyobraził sobie, jak Marilyn siedzi w sądzie i szlocha, jak to nie miała pojęcia, że wychodzi za mąż za potwora.

– Gary!

– Tak?

– Powiedziałam, że nadal uważam, że powinniśmy się stąd zabrać. Nie masz zamiaru się ubrać?

– Ty idź. Dogonię cię.

– Ale co się stanie, jeśli…

– Po prostu idź, Marilyn.

– Nie mów do mnie tym tonem.

Odkręć to.

– Wszystko będzie dobrze, maleńka. Takie rzeczy bardzo często zdarzają się podczas rejsów.

– Ale jesteś mi potrzebny, Gary.

– Kotku, cały czas mnie mdli. – To słowo wywołało grymas na jego twarzy: słowo z repertuaru Marilyn, ale zadziałało.

– Och, Gary, nie zapytałam nawet, jak się czujesz.

– Znowu się pochorowałem, musiałem wyprać rzeczy twoim szamponem.

– Och, kochanie, w ogóle się tym nie przejmuj.

Gary w myślach poklepał się po plecach.

– Teraz wracaj do swoich znajomych i nie martw się o mnie. Damien nie kazałby nam zostać w pokojach, gdyby groziło nam poważne niebezpieczeństwo.

– Skoro ty jesteś pewien…

– Jestem. Jeśli powiedzą, żeby udawać się do punktów ewakuacyjnych, znajdę cię.

– Okej. Ciężko mi cię tak zostawiać, ale… chyba nie dałabym rady dłużej tu siedzieć.

Zbliżyła się, żeby go przytulić, ale on się odchylił, opierając się na łokciach.

– Lepiej nie. Mogę zarażać.

– Jesteś taki troskliwy. Znasz drogę, prawda, kotku?

– Aha. Poczuję się znacznie lepiej, wiedząc, że jesteś bezpieczna.

Prawie wrzasnął z ulgi, kiedy zamknęły się za nią drzwi.

Dobra. Myśl na chłodno i powoli. Jeszcze raz wszystko przeanalizuj i się opanuj.

Wyrzucił ostatnie pigułki do muszli klozetowej w męskiej toalecie przy Audytorium Piaskowego Dziadka, zostały więc tylko jego ciuchy, rękawiczki i czapka. Bez trudu mógłby się ich pozbyć podczas imprezy, kiedy wszyscy będą zajęci balowaniem. Ale… co jeśli uroczystości zostaną odwołane? To zależy od tego, czy uda im się usunąć mechaniczną usterkę, czy cokolwiek to tym razem było. Uda im się. Nie może się teraz tym zamartwiać.

Następna sprawa – czy znajomi dziewczyny go zapamiętali? Nie przyciągał uwagi, nie rozmawiał nawet ze swoją wybranką w barze i szczycił się swym nijakim wyglądem. Dzięki wieloletnim skrupulatnym badaniom wiedział, że ludzie skupiają się na oczywistych cechach – wąsach, okularach, jaskrawych ciuchach, utykaniu. Kamery monitoringu i systemy odczytu rysów twarzy nie powinny stanowić problemu – kiedy szedł za nią do jej kajuty, miał pochyloną głowę, a czapka ukrywała łysinę. Kiedy już pozbędzie się swoich rzeczy, nie będą go mogli zidentyfikować, a poza tym jego granatowa sportowa koszula i krótkie spodnie koloru khaki nieszczególnie się wyróżniały i można je było pomylić z uniformem noszonym przez obsługę niższej rangi.

Jest dobrze.

Dlaczego więc ciągle mu się wydawało, że coś przegapił?

Myśl.

To przyszło nagle, jak kubeł zimnej wody: zawieszka „Nie przeszkadzać, pływam po krainie snów”. Zrobiło mu się niedobrze na myśl, że kiedy wsuwał ją pod drzwi, nie miał już na rękach rękawiczek chirurgicznych. O Boże. Zostawił na niej swoje DNA i odciski palców. Czy mógłby się wytłumaczyć, że dotknął tabliczki, przechodząc obok?

Tak. Nie. Czym mógłby tłumaczyć pobyt na tym pokładzie? Pokój dziewczyny znajdował się piętro wyżej od jego kajuty, ale był usytuowany w połowie ślepego korytarza.

To kara za odejście od planu. Wszystko miało się odbyć dzisiejszej nocy, w sylwestra, kiedy każdy jest pijany i zajęty. Zwykle bywał bardzo ostrożny. Pan Przezorny. Nigdy żadnego ryzyka. Działał starannie.

Według systemu. Tymczasem ona siedziała sobie sama przy barze, wpatrzona smutnym wzrokiem w koleżanki tańczące i flirtujące z pozostałymi pasażerami z grupy singli. Zbyt dobra okazja, by ją przepuścić. Dał się skusić, a teraz musiał za to płacić. Istniała bardzo dobra przyczyna, dla której zawsze robił to w ostatnią noc rejsu – chaos towarzyszący opuszczaniu statku przez pasażerów następnego poranka znacznie zwiększał szanse na udaną ucieczkę. Większość jego dziewczyn przypominała sobie wszystkie szczegóły z dużym opóźnieniem. Po kilku dniach, a nawet miesiącach. A wtedy było już za późno. Poza tym na niezliczonych forach czytał, że pracowników ochrony szkolono, aby nakłaniali ofiary napaści seksualnych mających miejsce na pokładzie do rezygnacji z wnoszenia oskarżeń. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował Foveros, była jeszcze gorsza reputacja.

Jeśli jednak dziewczynę znaleźli, muszą wszcząć śledztwo. Foveros miał już i tak złą opinię w kwestii bezpieczeństwa na pokładzie, do tego pojawiały się oskarżenia o nieprzestrzeganie przepisów sanitarnych. Próba ukrycia sprawy byłaby z ich strony głupotą.

Co go opętało?

Być może fałszywe poczucie bezpieczeństwa wywołał w nim fakt, że dotychczas wszystko szło jak z płatka. Pierwszego dnia zawsze poświęcał szczególnie dużo uwagi Marilyn – zjawiał się wcześnie i rezerwował jej pobyt w spa, upewniając się, że będzie zajęta, kiedy on dokona wstępnego przeglądu pasażerów. Noworoczne rejsy Foverosa zawsze przyciągały grupki rozochoconych singli, a on nie był wybredny w kwestii wieku. Preferował trochę pulchniejsze panie, blondynki lub rude. Nie powinny być zbyt pewne siebie. Raczej bierne niż przejmujące inicjatywę. Przez te wszystkie lata stał się prawdziwym ekspertem w rozpoznawaniu brzydkich kaczątek na imprezie, przeciętniaczek, druhen, które w ostatniej chwili zaproszono na wieczór panieński. Na noworocznych rejsach przebywały zwykle setki Brytyjek – do oporu wykorzystywały przecenione kajuty i tanie drinki. Imprezowały ostrzej niż Amerykanki i (jego zdaniem) miewały zwykle niższą samoocenę.

Zauważył swoją dziewczynę tamtego wieczoru podczas happy hour w barze Piaskowego Dziadka, obserwował ją kątem oka, a Marilyn upijała się powoli koktajlami Mai Tai za pół ceny. Zawsze go zaskakiwało, jak szybko potrafi rozpoznać swoje dziewczyny, jakby to one go wzywały. Była idealnie w jego typie, piętnaście czy dwadzieścia kilo nadwagi, rzadkie blond włosy, przesiadująca na obrzeżu dużej grupy trzydziestolatków śmiejących się nerwowo ze swoich własnych żartów. Drugiego dnia zobaczył ją w kolejce po pizzę, z zaczerwienionymi od zbyt długiego przebywania na słońcu udami i ramionami i wtedy stało się jeszcze bardziej oczywiste, że jej grupa odstawiła ją na bok (cieszyło go jej ponure spojrzenie). Kolejny fragment układanki znalazł się na właściwym miejscu, kiedy przeprosiła i wyszła, a on podążył za nią, w odpowiedniej odległości, do jej pokoju – schodami, nie windą. Gary zapamiętał numer kajuty, M446, i poszedł dalej.

A wczoraj wieczorem, no cóż… wszystko się po prostu idealnie ułożyło. Marilyn była padnięta po dniu spędzonym w Cozumel. Zapisał się razem z nią na wycieczkę do kurortu morskiego połączoną ze zwiedzaniem nudnych ruin kultury Majów (Marilyn, podobnie jak większość pozostałych rejsowiczów, cały czas narzekała na upał i komary), a ona, wyczerpana po wyjątkowym jak na nią natężeniu aktywności fizycznej, zasnęła niemal natychmiast po powrocie na statek. Wymknął się, chcąc jedynie przeprowadzić dalszy rekonesans i upewnić się w stu procentach, że dziewczyna, którą wybrał, jest Tą Jedyną.

Siedziała sama i czekała na niego.

Nigdy nie rozstawał się ze swoimi narzędziami – gdyby Marilyn znalazła jego ulubioną torebkę, nie wyszłoby to nikomu na dobre. Bez przeszkód wszedł do męskiej toalety, gdzie schował okulary do kieszeni i założył czapkę. Bez przeszkód mógł się przekonać, że barman i otaczający go klienci są zajęci swoimi sprawami. Bez przeszkód wsypał proszek do jej szklanki z drinkiem. Bez przeszkód siedział na tyłach, obserwując, jak jego wybranka traci orientację. Bez przeszkód poczekał, aż dziewczyna chwiejnym krokiem wyjdzie z baru. Bez przeszkód patrzył, jak ona wtacza się do windy, a sam zszedł po schodach na jej piętro. Bez przeszkód podążał za nią korytarzem, czując, jak przyśpiesza mu tętno, a między nogami pulsuje niecierpliwość. Bez przeszkód pomógł jej, kiedy nie dała sobie rady z kartą pokojową. Bez przeszkód wepchnął się do środka, mamrocząc pod nosem, że chce jedynie pomóc. Bez przeszkód…

Gary podskoczył, słysząc siedem głośnych sygnałów powtarzanych przez system nagłośnieniowy, po których nastąpił komunikat:

– Dzień dobry, panie i panowie, tu ponownie Damien, wasz opiekun rejsu.

Obecnie prosimy państwa o spokojne i ostrożne przemieszczenie się w stronę wyznaczonych punktów ewakuacyjnych. To nie są ćwiczenia, ale nie ma powodów do niepokoju. Członkowie załogi pomogą państwu w odnalezieniu właściwych punktów, które są wyraźnie oznaczone na wewnętrznej stronie drzwi w państwa pokojach, jak też na Kartach Rozrywki Foveros. Powtarzam, nie ma powodu do niepokoju. Państwa bezpieczeństwo jest dla nas priorytetem.

Z korytarza Gary słyszał podniesione głosy, trzaskające drzwi i odgłosy biegnących stóp. Nie poruszył się, nasłuchując tylko, jak chaos na zewnątrz powoli gaśnie.

Znowu odliczył od stu do zera, a kiedy doszedł do pięćdziesięciu, usłyszał, jak ktoś – najprawdopodobniej pracownik obsługi kajut – puka do drzwi. Od ciągłego zaciskania i rozprostowywania bolały go palce. Poczuł skurcz jelit. Czy powinien się schować? Mógłby wcisnąć się do szafy. A jeśli steward dostał polecenie przeszukania całej kajuty? Nie będzie to dobrze wyglądało, jeśli znajdzie go skulonego w szafie.

To miała być jego czwarta dziewczyna. Jego szczęśliwa liczba.

Pomógł jej dojść do łóżka. Mówiła niewiele, mamrotała, że jest jej niedobrze, czy coś w tym rodzaju. Opadła bezwładnie na plecy, a jej oczy zaszły mgłą. Kiedy napięcie zniknęło z jej twarzy, zaczął działać. Na początku nie pozwolił sobie na dotykanie, tylko patrzył. Potem leciutko, delikatnie przesunął rękoma po jej udach, piersiach i tułowiu. Obcisłe krótkie spodenki, bluzka na ramiączkach. Podciągnął ją do góry, odsłaniając cielisty biustonosz. Musiał ją przewrócić na brzuch, żeby go odpiąć, i właśnie miał to zrobić, kiedy dziewczyna zakaszlała, zabulgotała, a on odskoczył w momencie, kiedy z jej ust trysnęły wymioty. Zadrżała i jeszcze raz zakaszlała. Dławienie. Dławiła się. On…

Ktoś walił pięścią w jego drzwi. Gary siedział nieruchomo. Ugryzł się w język, wbrew wszystkiemu mając nadzieję, że ktokolwiek to jest, pójdzie dalej. Zegar tykał, drzwi się otworzyły, a do środka zajrzał mężczyzna o azjatyckich rysach twarzy. Nie był ich stewardem, tę funkcję pełniła ładna Filipinka, którą Marilyn natychmiast polubiła.

– Źle się pan czuje, proszę pana? – zapytał steward. – Nie słyszał pan, jak pukałem?

– Nie, czuję się dobrze. Jestem tylko zmęczony.

– Proszę pana, musi pan udać się do punktu ewakuacyjnego. Wie pan, jak tam dojść?

– Sprawdza pan wszystkie kajuty?

Steward zmarszczył brwi.

Gary nie mógł uwierzyć, że powiedział coś tak głupiego.

– Chodzi mi o to, czy sprawdza pan, czy wszyscy są bezpieczni.

– O tak, proszę pana. Państwa bezpieczeństwo jest dla nas ważne.

– Muszę się ubrać.

– Proszę się pośpieszyć. Wrócę tu.

A więc tak to wygląda. Jeśli jeszcze jej nie znaleziono, jeśli jakimś cudem jej znajomi lub pracownicy jej nie odkryli, teraz nie ma już szansy, żeby pozostała niezauważona. Nałożył krótkie spodnie i koszulę, próbując nie myśleć o brudnych ciuchach w rogu kabiny. Potem wziął głęboki oddech i wcisnął stopy w sandały.

Jedyna opcja to iść w zaparte.

Nie sprawdził nawet, czy żyje, ale i tak był tego pewien. Jego instynkt podpowiadał mu, że umarła. Dziewczyna zadławiła się na śmierć, a kiedy Damien świergotał na ekranie telewizora, ona uderzała grzbietem dłoni o materac, pach, pach, pach. „…koniecznie sprawdźcie naszych słynnych stand-upowców w Audytorium Gwiezdnego Marzyciela…”, pach, pach. „…a tylko przez krótki okres zegarki Xenus sprzedawane będą z niesamowitą czterdziestoprocentową zniżką…”. Po kilku trudnych do zniesienia minutach z jej gardła wydobył się dźwięk… nie tyle rzężenie, ile syk umierającej. Ostatni wydech, kapitulacja. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami swojego postępowania, zepchnął ją nogą z dwuosobowego łóżka w szczelinę oddzielającą je od ściany i rzucił na nią kołdrę.

To był jego największy błąd. Teraz było wiadomo, że brał w tym udział ktoś jeszcze. Gdyby po prostu zostawił ją umierającą na łóżku, najprawdopodobniej za przyczynę jej śmierci zostałoby uznane upojenie alkoholowe.

Powoli wyszedł na pusty już korytarz i pomachał w stronę stewarda, który sprawdzał ostatnie pokoje i przesuwał czerwone karty przez zamki z czujnikami.

– Dziękuję, że pan poczekał! – zawołał Gary. – Przepraszam, jeśli sprawiłem kłopot.

Dobrze. Mówił spokojnym i opanowanym tonem. Mężczyzna, którego spotkałem, nie robił wrażenia wystraszonego ani winnego, wyobraził sobie stewarda rozmawiającego z szefem ochrony – albo, nie daj Boże, kimś z FBI, Scotland Yardu czy jakiejś innej agencji, która otrzymała za zadanie przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci brytyjskiej pasażerki.

– Żaden problem, proszę pana. Proszę się pośpieszyć. Kamizelka ratunkowa czeka na pana w punkcie ewakuacyjnym.

Gary ruszył sztywno w kierunku schodów, szurając sandałami po dywanie. Tutaj panował większy mrok, a metalowe poręcze na klatce schodowej były rozgrzane od dotyku niezliczonych rąk. Pociągnął nosem. Marilyn miała rację, z dolnego pokładu unosił się zapach dymu. Przyśpieszył kroku i zawahał się, kiedy dotarł do piętra swojej dziewczyny.

Bez trudu mógłby teraz szybko skręcić i pobiec korytarzem do jej pokoju. Zrobił kilka kroków w stronę kolejnej kondygnacji, po czym zawrócił i ruszył w kierunku wejścia na jej pokład. Znowu poczuł skurcz jelit – nie mógł uwierzyć, że to robi, ale coś przejęło nad nim kontrolę i nie mógł się zatrzymać.

W drzwiach kajut po drodze do jej pokoju tkwiły czerwone karty oznaczające, że nikogo nie ma w środku. Korytarz ciągnął się niczym optyczna iluzja, a jego koniec ginął w ciemności. W pośpiechu dotarł do jej drzwi, a tam zamarł, spostrzegłszy, że również na jej drzwiach umieszczono czerwoną kartę.

Ktoś sprawdził kajutę. Jeśli ją znaleźli, należało się spodziewać obecności ochrony, chyba że firma już teraz próbowała ukrywać sprawę. A może mimo wszystko przeżyła. Może jest w izbie chorych, oszołomiona i zagubiona, próbując poskładać do kupy wydarzenia z poprzedniej nocy. Wycofał się, poruszając się tak szybko, jak się dało, a kiedy dotarł do schodów, nagle zrozumiał: zapomniał zasłonić twarz przed kamerami monitoringu.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzień czwarty Troje 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione