Nastroje. Jak nauczyć się pogody ducha

Nastroje. Jak nauczyć się pogody ducha

Autorzy: Christophe André

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 552

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.99 zł

Dobry humor, wewnętrzny spokój, ufność, pogoda ducha… Ale także chandra, niepokój, nostalgia, irytacja, rozpacz… Mieszanka emocji i myśli, stany naszej duszy, są tym, co łączy nas ze światem. Nieustannie wpływają na nasze życie, towarzyszą nam w każdym momencie. Książka Nastroje pomoże nam je zrozumieć i kontrolować. Umiejętność wejrzenia w siebie, zaakceptowania stanów naszej duszy i kształtowania ich może zupełnie odmienić nasze życie. I poprowadzić nas w stronę większego szczęścia, mądrości i spokoju ducha.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dziewczynka, która się przewraca

Istnienia

Nastroje: jak je rozumieć?

Ból i słodycz nastrojów

Ruminacje i poślizgi

Introspekcje

Cierpienia

Bolesne nastroje

Niepokoje

Resentymenty

Smutki

Rozpacz

Równowaga

Kruchość

Spokój i energia

Regulacja nastrojów

Wyleczyć się z choroby materializmu

Przebudzenia

Życie w pełni świadome (uważne)

Współczucie, samowspółczucie i siła łagodności

Szczęście

Mądrość

Do jutra, życie

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału LES ETATS D’ME

Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz DEERHEAD Sp. z. o.o.

Zdjęcie na okładce: © KEIGO YASUDA / Shutterstock

Korekta: Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

© ODILE JACOB, mars 2009

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-701-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu przyjacielowi Matthieu Ricardowi,

wzorowi, wspólnikowi i niestrudzonemu heroldowi

treningu umysłowego.

Wstałem, wypiłem szklankę wody i modliłem się aż do wschodu słońca. Był to jakby wielki szept duszy. To mi przywodziło na myśl przeciągły szmer liści poprzedzający świtanie. Jaki świt wstanie we mnie?

Georges Bernanos, Dziennik wiejskiego proboszcza

Jedynie to co osobiste jest wiekuiście nie do odparcia.

Friedrich Nietzsche, Filozofia w epoce Greków

Książka ta mówi o stanach duszy, definiuje je, określa ich rolę. Opisuje, w jaki sposób je przeżywamy i jak nas wzbogacają lub jak przez nie cierpimy.

Podkreśla, że przeczucia poetów poprzedziły i pogłębiły wiedzę psychologów.

Ale przede wszystkim pokazuje, jak różne nastroje mogą poprawić nasze samopoczucie i rozszerzyć horyzonty: dopomóc nam, abyśmy stali się bardziej przenikliwi, mądrzejsi, a nawet szczęśliwsi.

Dziewczynka, która się przewraca

Już od małego byłaś wrażliwa. Poruszały cię drobiazgi, przygnębiały lub wprawiały w zachwyt: jakiś gest, jakieś słowo, czyjaś smutna twarz, przepływająca chmurka czy szmer wiatru.

Przez dłuższy czas te potknięcia duszy ci przeszkadzały. Wolałabyś mieć mniej wrażliwości, a więcej pogody ducha. Starałaś się dorosnąć, a te reakcje małej dziewczynki wprawiały cię w zakłopotanie w dorosłym życiu. Nie bardzo wiedziałaś, co z nimi zrobić. Próbowałaś zamykać oczy i iść dalej swoją drogą, nie zważając na te maleńkie codzienne zadraśnięcia. Czułaś, że mogą być wstrząsające, ale nie życzyłaś sobie, by tobą wstrząsały.

Stopniowo nauczyłaś się akceptować drobne wydarzenia, które nas poruszają i pobudzają. A także akceptować wszystkie stany duszy, szczęśliwe lub bolesne, które rodzą się pod ich wpływem, podążają ich śladem. Nastroje są tym, co w nas pozostaje, gdy już przejedzie pociąg życia. Możemy wtedy stanąć, by nasłuchiwać, patrzeć, odczuwać. Ty przecież lubisz zatrzymać się na chwilę… Wreszcie zrozumiałaś i pogodziłaś się z tym: nastroje tworzą naszą najsilniejszą więź ze światem. Teraz często ci się wydaje, że twoja dusza zaczęła istnieć, głębiej oddychać. Wciąż jeszcze nie wiesz, co to takiego „twoja dusza”, ale masz niejasne przeczucie, że „to” istnieje. I wiesz także, że w życiu można być wrażliwym, a zarazem pogodnym. Dzięki tym krótkim błahym chwilom powolutku się zmieniłaś. Dzięki wiązkom istnienia, piórkom życia spadającym z nieba. Cicha metamorfoza: oto opowieść o jednym z tych wydarzeń, które cię uskrzydlają i odmieniają.

Czekasz na przyjaciela lub na autobus. Zapomniałaś, na kogo lub na co czekałaś, ale pamiętasz samo oczekiwanie. Dokładnie widzisz w wyobraźni miejsce, gdzie stałaś, kolor nieba, sklep po drugiej stronie ulicy. Widzisz jakiegoś ojca nadjeżdżającego rowerem z córeczką – mała, pięcio- czy sześcioletnia, ślicznie wygląda w plastikowym kasku – siedzącą na tylnym siodełku, starannie przypiętą i przepasaną.

Tata zsiada z roweru i chcąc zaczepić blokadę antywłamaniową o barierkę, przytrzymuje go tylko jedną ręką. Pochyla się: rower przewraca się razem z dziewczynką, uwięzioną w siodełku. Wyraźnie dostrzegasz jej buzię w chwili, gdy czuje, że spada, i nawet napotykasz jej wzrok. Wydaje ci się, że w jej oczach odczytujesz wszystko: zdziwienie, strach, pełną niedowierzania rozpacz. Mój tata, któremu bezgranicznie ufam, zapomina o mnie, zostawia mnie i pozwala mi upaść?

Ojciec od razu ją podnosi; nic jej się nie stało, nie zrobiła sobie krzywdy: duże siodełko, w którym była uwięziona, skutecznie ją osłoniło. Zresztą nawet nie płacze. Zakłopotany i zawstydzony ojciec delikatnie ją podnosi, mówi parę słów na pocieszenie, odpina ją, całuje, bierze w ramiona. Po czym oboje się oddalają. Dziewczynka wcale nie płacze z powodu tego, co jej się przydarzyło, ale też się nie śmieje. Ma niewyraźną, nieco zasmuconą minę. W każdym razie tak ci się wydaje. Patrzysz, jak odchodzą. Trzymają się za ręce. Wbijasz wzrok w te dwie mocno ściskające się dłonie. Co ciekawe, ten uścisk podnosi cię na duchu. Czyżbyś też najadła się strachu?

Czujesz, że jesteś w dziwnym stanie. Nie, nie boisz się. Teraz już nie. Zresztą wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyłaś się przestraszyć. A teraz twoje serce napełnia smutek, spokojny, lecz dojmujący smutek. Jednocześnie nasuwa ci się mnóstwo spostrzeżeń. Skąd te niewspółmierne do sytuacji nastroje? Przecież nie byłaś świadkiem zawalenia się Twin Towers!

Opanowujesz się i zamierzasz zadzwonić z komórki, by uprzedzić o swoim spóźnieniu. Ale ręka odmawia ci posłuszeństwa. Twoje ciało kpi sobie z tego, że się spóźnisz. Twój mózg też. Wszystko ci mówi: odpuść, to bez znaczenia, dlaczego koniecznie chcesz – jak zwykle – przejść do czegoś innego? Pozostań przy tym. Twój wzrok szuka jeszcze dziewczynki i jej ojca, którzy oddalają się i znikają za rogiem ulicy. Wzdychasz. Ale co takiego naprawdę widziałaś? Dlaczego przerażone i strapione spojrzenie małej – przez sekundę – wywołało w twoim umyśle cały ten zamęt? Cały ten zamęt…

Zastanawiasz się i zaczynasz rozumieć albo sądzisz, że zaczynasz rozumieć. W każdym razie uspokaja cię i dobrze ci robi, gdy wracasz do tego myślą. Dochodzisz do wniosku, że wcale nie było to banalne wydarzenie, o nie. Zaobserwowałaś przebłysk lęku. Widziałaś dziecko, które czuło się bezpiecznie i które nagle spostrzegło, że wcale nie jest bezpieczne. Może utożsamiłaś się z dziewczynką? Albo z jej ojcem? Mówisz sobie (dziwna rzecz): to tak, jakbym wraz z nią spadła z roweru ja sama i cała ludzkość. W duchu wzruszasz ramionami: co to za delirium współczucia? Wreszcie do ciebie dociera: „A gdyby już na zawsze straciła do niego zaufanie?”. Do niego i do wszystkich? A gdyby ten z pozoru mikroskopijny incydent miał nieodwracalne następstwa?

Nie podoba ci się ta myśl. Próbujesz dołączyć do obrazu małej upadającej dziewczynki obraz rączki mocno ściskającej dłoń taty. Tak lepiej. Zauważasz, że z trudem łapiesz oddech. Powoli nabierasz w płuca więcej powietrza. Tak lepiej. No właśnie, oddychaj głęboko, dobrze ci to zrobi, jesteś zbyt wrażliwa. Czujesz się lepiej, ale wciąż myślisz: „Ona jest podobna do mnie, nigdy tej chwili nie zapomni. Chwili trwogi. A co z tym zrobi później? Nikt nie zgadnie”.

Och, zaczynają ci ciążyć te rozmyślania! Postanowiłaś nie czekać na autobus – tak, teraz sobie przypominasz, czekałaś na autobus. Pójdziesz piechotą. Ruszasz przed siebie, widząc wciąż oczyma wyobraźni to, co przeżyłaś. Maszerujesz, maszerujesz, oddychasz, zaczynasz myśleć o tym, co cię dzisiaj czeka. Wracasz do realnego świata. Lub go opuszczasz. Ach tak: trzeba zadzwonić. Komórka! Gdzie ona jest? W torebce… Potykasz się o jakąś nierówną płytę pośrodku chodnika.

Pogrążona w myślach omal nie upadłaś. Ty też. Uśmiechasz się. Idziesz dalej.

część pierwsza

Istnienia

Nastroje tworzą naszą najsilniejszą więź ze światem

Chociaż nienamacalne, nie znaczy to, że nie istnieje.

Chociaż subtelne, nie znaczy to, że nie sprawia bólu.

Chociaż skomplikowane, nie znaczy to, że nie można zrozumieć.

Chociaż nastroje są tym wszystkim naraz i nam umykają, nie zrezygnujemy z ich tropienia.

Wód biegnących wiotkie bóstwa

Dają włosom spływać ładnie

Mijaj ścigaj a nie ustań

Śliczną marę której pragniesz

Guillaume Apollinaire, Klotylda

Rozdział 1

Nastroje: jak je rozumieć?

Bo przecież ja nic innego nie robię, tylko chodzę i namawiam młodych spośród was i starych, żeby się ani o ciało, ani o pieniądze nie troszczył jeden z drugim przede wszystkim, ani tak bardzo jak o duszę, aby była jak najlepsza.

Platon, Pochwała Sokratesa

Co to takiego, nastroje?

Wszystko to, co sobie uświadamiam, gdy oderwę się od automatyzmów dnia powszedniego, gdy zaniecham „działania” i pozwolę sobie poobserwować, co się dzieje we mnie. Szkopuł w tym, jak to obserwować, skoro nastroje są w ciągłym ruchu; niewątpliwie dlatego mówi się o nich w liczbie mnogiej. Po angielsku – stream of affects: strumień, fala emocji.

Nastroje to echo we mnie tego, co właśnie przeżywam, lub tego, co przeżyłem, lub tego, czego nie przeżyłem, lecz chciałbym przeżyć. To także wszystko, co mi wciąż chodzi po głowie, mimo że sobie powiedziałem: dobra, stop, przestań o tym myśleć.

Krótko mówiąc, nastroje to wiele różnych doznań.

Zrozumieć nastroje

Pojęcie nastrojów nie wchodzi w zakres psychologii naukowej; wypływa raczej z poezji i zdrowego rozsądku. A jednak jest to rzeczywistość psychologiczna: każdy rozumie, o co chodzi. Jako psychiatra myślę, że chodzi o wygodne pojęcie, użyteczne w moim zawodzie, nawet jeśli jest poetyckie i mgliste. Ale czy mój zawód psychiatry nie jest czasem właśnie poetycki i mglisty? Zresztą jeśli się dobrze zastanowić, nastroje nie odsyłają nas do rzeczywistości mglistej, lecz złożonej.

Moglibyśmy określić te stany duszy jako świadome lub nieświadome treści mentalne, łączące w sobie stany ciała, subtelne emocje i bezwiedne myśli, które wywierają wpływ na nasze zachowanie. Na ogół poświęcamy im niewiele uwagi i nie czynimy wysiłków, aby je zrozumieć, włączyć do naszych refleksji czy wyciągnąć z nich jakąś korzyść. Na szczęście robią to wszystko same, bez naszego udziału: ich rola, ich wpływ na to, jacy jesteśmy i co robimy, jest ogromny.

Pomyślcie, jak wpływają na was chandry, zmartwienia. Pomyślcie o atakach złości, wyładowanej lub nie, lecz tak często niewspółmiernej do wydarzeń, które ją bezpośrednio spowodowały: czy te ataki nie wynikają z rozpamiętywania urazy, niechęci, upokorzenia lub po prostu z rozczarowania czy niepokoju? Z odczuć roztrząsanych od dawna i tym potężniejszych, że ich sobie nie uświadamialiśmy. Pomyślcie również – nastroje to nie tylko udręka! – o sile, jaką mogą dawać wasze porywy i zachwyty, o lekkości ciała w radosne dni, o przypływach dobrego humoru.

Nastroje to coś więcej niż myśli lub emocje: to ich połączenie. Żadna emocja nie jest wyzuta z myśli, żadna myśl nie obędzie się bez wspomnienia, żadne wspomnienie nie istnieje bez emocji itd. Nastroje są wyrazem tej wielkiej mieszaniny nieodłącznej od wszystkiego, co się dzieje w nas i wokół nas: mieszaniny emocji i myśli, ciała i ducha, tego, co zewnętrzne, i tego, co wewnętrzne, teraźniejszości i przeszłości. Ta mieszanina jest oczywiście równie bogata, jak złożona: nieczysta, niepowtarzalna, płynna, wciąż powstająca od nowa, nigdy dokładnie taka sama. Jak fale na morzu…

Nastroje to nie tylko natłok myśli, emocji lub wrażeń, lecz także oryginalny twór: zlepek, synteza, której dokonujemy odruchowo, tego, co wewnątrz (stan ciała i wizja świata), i tego, co na zewnątrz (reakcja na wszystko, co nam się przydarza: jesteśmy poruszeni wydarzeniami). W psychice ich rola polega na scalaniu: łączą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w odczuciu ciągłości naszego losu. Są niczym płyn w kąpieli elektrolitycznej: dzięki nim wszystko się roznieca i rozświetla, doznajemy olśnienia lub wyczuwamy groźbę, nasze cierpienia powoli ustępują lub trapią nas ze zdwojoną siłą.

„Czuję, że mimowolnie myślałem o swoim życiu. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale tak było. Sądziłem, że podczas całej tej mojej próżniaczej wędrówki tylko patrzyłem i słuchałem, że nie było w niej nic więcej poza odblaskiem kolejnych obrazów, białym ekranem, na którym rzeczywistość wyświetla kolory i światło zamiast cieni. Ale było coś więcej, choć o tym nie wiedziałem. Była jeszcze moja przecząca sobie dusza. Nawet moja abstrakcyjna obserwacja była przeczeniem”1. W tym krótkim fragmencie swej wspaniałej Księgi niepokoju Fernando Pessoa pokazuje nam, jak nastroje wciąż istnieją, bez naszego udziału. Uświadamiamy je sobie bardziej lub mniej jasno, a w każdym razie są zawsze dostępne, jeśli tylko zechcemy dokonać introspekcji. Stąd ich znaczenie dla „życia wewnętrznego”, w którym znajdowałoby swoisty oddźwięk „życie zewnętrzne” (chociaż oczywiście te sprawy są trochę bardziej złożone i zawikłane). Nastroje towarzyszą każdej naszej działalności. Wypełniając formularz, myślisz, że go zwyczajnie wypełniasz. Skądże znowu – już się z pewnością pojawiają mniej lub bardziej chwiejne nastroje: rozdrażnienie stratą czasu na te papierzyska, lęk, by nie popełnić błędów, chęć przebywania gdzie indziej, być może nawet jakieś wspomnienia z dzieciństwa żmudnych lekcji odrabianych przy stole… Jak psychiczna prognoza meteorologiczna, nasze nastroje zapowiadają mentalną pogodę, piękną lub ponurą, niekiedy stabilną przez parę dni, niekiedy zmieniającą się kilka razy dziennie…

Wszystko, co pozostaje w nas po przejeździe pociągu życia

Inna właściwość nastrojów: remanencja. Polega ona na częściowym utrzymywaniu się jakiegoś zjawiska po zniknięciu jego przyczyny. Z natury rzeczy nastroje trwają dłużej niż sytuacje, które je usprawiedliwiają lub które je wywołały. Często też mają charakter nawracający: ich ponowne pojawianie się, analizowane z niezwykłą przenikliwością wiele dni lub nawet lat później, przydaje między innymi uroku powieściom Marcela Prousta: „Czy tylko moment przeszłości? Znacznie więcej chyba; coś, co będąc wspólnym i dla przeszłości, i dla teraźniejszości jest czymś o wiele istotniejszym niż one”2. Nastroje to ślad wyżłobiony przez nasze czyny i gesty, wszelkie szczeliny, którymi nasza przeszłość lub nasze oczekiwania przedostają się do teraźniejszości. Wszystko to, co pozostaje po przejeździe pociągu życia.

Chcąc opisać nastroje, mamy do dyspozycji liczne słowa: „stany umysłu”, „humory”, „uczucia”. Anglicy mówią o feeling, mood. W literaturze naukowej terminem najbardziej mi odpowiadającym, najbardziej adekwatnym, jest ten, którego używa specjalista w dziedzinie neurologii Antonio Damasio. Mówi on o „uczuciach drugoplanowych”3, a określenie to ma tę zaletę, że przypomina o ich dyskrecji. Ale nastroje brzmią ładniej, prawda?

Do swoich nastrojów możemy podchodzić bardzo różnie. Często musimy się zatrzymać. Przestać robić to, co w danej chwili robimy: pracować, biegać, pomstować na świat… Nasze nastroje wciąż istnieją, jak podkład dźwiękowy. Zatrzymujemy się i słuchamy, tak jak w lesie, gdy przystajemy i nadstawiamy ucha: wtedy słyszymy szum wiatru, drzew, świergot ptaków, wszystkie leśne odgłosy. Po prostu zatrzymać się i poobserwować, co w nas szemrze – często z początku to wystarczy. Potem, jeśli chcemy posunąć się trochę dalej, musimy nauczyć się uważniej słuchać i obserwować swoje nastroje, na przykład poprzez medytację, o której będziemy mówić, lub pisanie dla siebie, o którym również będzie mowa. Jest wiele technik i praktyk, które pozwolą nam zagłębić się w swoje stany duchowe, nauczą nas, jak je obserwować, rozkładać na czynniki pierwsze, abyśmy następnie łatwiej się im poddali. W medytacji zen istnieje piękna metafora – wodospadu: każdy z nas może obserwować własne nastroje, cały czas trzymając się w pobliżu, podobnie jak spacerowicz, który wśliznął się za wodospad i chwilowo znajduje się w kryjówce między skałą i tryskającym strumieniem – trochę zmoczony, trochę drżący, ale bezpieczny i ukontentowany. Jedno z ćwiczeń w medytacji zwanej medytacją uważności polega na tym, by położyć się na boku i przyglądać się, jak przepływają nastroje, analizować je, rozumieć, nie próbując jednak zatrzymać ich fali. Komu przyszłoby na myśl odciąć spadającą wodę?

Subtelność i złożoność nastrojów

Kiedy poprosiłem swoich bliskich, by mi podali jakieś przykłady nastrojów, najpierw przyszło im do głowy, że to musi być coś pozytywnego lub negatywnego. Przykłady nastrojów pozytywnych: być w dobrym humorze, czuć się spokojnym, odprężonym, „cool”… Przykłady nastrojów negatywnych: mieć chandrę, być w złym humorze, być zatroskanym…

Ale bardziej znamienna dla nastrojów jest subtelna mieszanina, owe stany pośrednie, w których elementy przyjemne łączą się z akcentami bolesnymi4.

Ta mieszanina wyraźnie się uwidacznia w tęsknocie: ów „melancholijny żal za czymś, co minęło”5, łączy w sobie słodycz (przyjemne wspomnienia) i ból (z powodu tego, co minęło). Przypominamy sobie, uśmiechamy się, lecz cierpimy z powodu wspomnienia… Tęsknota jest wystarczająco przyjemna, by się w niej pogrążyć, by pomimo wszystko często do niej wracać. Odrobina smutku odgrywa w niej taką samą rolę jak sól w potrawie.

Również rozczarowanie jest typowym nastrojem. Ma swoje źródło we wspomnieniu pokładanego w kimś zaufania, co powinno być przyjemne (obdarzanie kogoś zaufaniem dobrze nam robi: oznacza, że mamy w swoim otoczeniu niezawodnych ludzi), lecz jest skażone tym, co spowodowało zawód (uchybienie lub zdrada): rozczarowanie to nie tylko emocjonalne cierpienie, lecz także podważenie naszej wizji świata. Mieliśmy zaufanie, a teraz nie jest to już możliwe. Rzecz dziwna (dla kogoś, kto nie zna nastrojów), rozczarowanie pozostawia często słodko-gorzki posmak, daje bowiem, w pewnym sensie, bolesną satysfakcję, pewność (a pewność zadowala nas bardziej niż wątpliwość): „Spodziewałem się tego, mogłem się spodziewać…”. Jest ono nastrojem sprawiającym najpierw ból dotkliwy, w którym emocje górują nad myśleniem, a potem ćmiący, gdy rana zadana przez emocje ustępuje miejsca smutnemu oglądowi świata.

Inny pasjonujący i złożony nastrój: poczucie winy. Ktoś bliski prosi o pomoc, my odmawiamy, ponieważ komplikuje nam to życie i nie wydaje się wcale takie ważne. Nasza odmowa zostaje przyjęta bez komentarza. Widzimy, że pokrzyżowaliśmy temu komuś plany, a może nawet sprawiliśmy przykrość. Wiemy jednak również, że nie stało się nic strasznego, że tamten poradzi sobie inaczej. Tyle że… ta krótka wymiana zdań wywołała poczucie winy. Zastanawiamy się, czy słusznie postąpiliśmy, odmawiając. Czy ta odmowa nie kłóci się z naszym systemem wartości. Dyskomfort. Smuci nas to także, bo mamy wrażenie, że zadaliśmy ból, nadszarpnęliśmy więź, na której nam zależało. Pretensja do samego siebie, że nie byliśmy bardziej dyspozycyjni, bardziej uczynni. Następnie rozdrażnienie, że nie umiemy być bardziej egoistyczni: nich to wszyscy diabli! Irytacja na tamtego, który nas o coś poprosił: przedtem mieliśmy spokój, my o nic nie prosiliśmy! Potem znowu wyrzuty sumienia: chęć, by cofnąć się wstecz i wyrazić zgodę, by nie czuć się tak źle, jak się właśnie czujemy. Nagle zaczyna nas męczyć ta konieczność dokonywania wyboru, podejmowania wszystkich tych decyzji. Szczypta niepokoju: a jeśli kiedyś ja sam będę musiał poprosić o pomoc i mi jej odmówią? A jeśli będę w tarapatach i nikt mi nie pomoże? Po pewnym czasie mamy dość tego rozpamiętywania, próbujemy myśleć o czym innym. Ale gdzie tam… Nie sądzisz chyba, że twoje nastroje natychmiast miną, skoro tak postanowiłeś?!

Nie, wcale tak zwyczajnie nie przejdą. Zwłaszcza poczucie winy, które odgrywa istotną rolę w naszej psychice: zmusza nas do ponownego przemyślenia niektórych decyzji krzywdzących dla innych. Poczucie winy apeluje do naszego sumienia i skłania do refleksji: czy tych cierpień, które (być może) spowodowałem, nie można było uniknąć? I jak? Zbyt małe poczucie winy robi z nas egocentryków. A zbyt duże – chorobliwych wrażliwców. Czy czyni nas lepszymi? Jestem skłonny tak myśleć, ale nie wszyscy są tego zdania. Oto co mówił na ten temat Theodore Dreiser, amerykański pisarz zwalczający kapitalizm: „Sumienie? Nigdy nie powstrzymuje od popełnienia grzechu. Przeszkadza jedynie rozkoszować się nim w spokoju”. Dobre i to…

I wreszcie wszystkie te nastroje, których nikt nigdy nie nazwał! Pamiętam jednego z przyjaciół, który opowiadał mi, jak obiecano mu awans na prestiżowe stanowisko, wymagające jednak ciężkiej pracy i dyplomacji, a on poczuł się jednocześnie podniecony, mile połechtany i zaniepokojony. Jak nazwać tę mieszaninę? A kiedy się dowiedział, że w końcu nie dostał tego stanowiska – jak mi wyjaśnił – poczuł, że po raz drugi przeżywa jakąś „dziwaczną huśtawkę nastrojów” (według jego słów), jednocześnie rozczarowania i ulgi: czy ten stan nosi jakąś nazwę? A przecież zdarza się tak często! Są też nastroje, jakie wywołuje w nas muzyka: kto nazwie, byśmy mogli je dzielić, to dziwne uczucie głębokiego, intensywnego szczęścia, uśmierzonego tragizmu, jakie może nam dać dźwięk violi da gamba6? Czasem nikt, i bardzo dobrze, że niektóre nastroje pozostają nienazwane w tym świecie, gdzie wszystko jest sklasyfikowane i oznakowane. Niekiedy udaje się to genialnym pisarzom, a wtedy lektura ich tekstów jest dla nas olśnieniem: to, co niejasno przeczuwaliśmy, zostaje sprecyzowane, wydobyte na jaw. Niewątpliwie udało się to Proustowi w słynnym fragmencie przedstawiającym, jak niespokojne dziecko kładzie się spać: „Jedyną moją pociechą, kiedy szedłem się kłaść, była nadzieja, że mama przyjdzie mnie uściskać, skoro będę w łóżku. Ale to dobranoc trwało tak krótko, mama wracała tak prędko na dół, że chwila, w której słyszałem, jak lekki szelest jej ogrodowej sukni z niebieskiego muślinu, obszytej plecionką ze słomkowej taśmy, zbliża się do mnie, potem mija korytarz z podwójnymi drzwiami, była dla mnie chwilą bolesną. Chwila ta zwiastowała ową drugą, która miała po niej nastąpić: gdy mama mnie opuści, gdy zejdzie z powrotem na dół. Dochodziłem do pragnienia, aby to dobranoc, które tak lubiłem, przyszło jak najpóźniej; aby się przeciągał czas, gdy mama jeszcze nie przyszła”7. Z niezwykłą uwagą śledzi chwilę obecną, uświadamiając sobie najmniejsze poruszenia swojego umysłu: Proust pozostaje niezrównanym eksploratorem nastrojów. Pisarze wszystko zrozumieli i wszystko opisali na długo przed psychiatrami… Freud mówił na ten temat: „Wszędzie, dokąd poszedłem, był już przede mną jakiś poeta”8.

Związki z czasem: nastroje to całe nasze życie

Nastroje pozostają w ścisłym związku z czasem: przeszłością (tęsknota, melancholia, wstyd, poczucie winy…), teraźniejszością (duma, zadowolenie, nuda…), przyszłością (niepokój, troska, zaufanie…).

Na przykład w dumie odnajdujemy szczęście związane z poczuciem osiągnięcia jakiegoś celu, wspomnieniem napotkanych, lecz przezwyciężonych przeszkód (a więc negatywnych nastrojów, lecz rozpatrywanych w świetle teraźniejszości) itd. Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół bujał się w hamaku w ogrodzie swego świeżo nabytego domu, mówiąc: „Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż teraz, w swoim hamaku, przed swoim domem!”. Reakcja zgorszonych gości: „Jak to? Ale z ciebie naprawdę okropny materialista! Czujesz się szczęśliwszy niż w dniu swojego ślubu lub narodzin swoich dzieci?”. Odpowiedź zakłopotanego przyjaciela: „Nie, nie, chciałem tylko powiedzieć, że w tej chwili streszcza się wszystko, w moim domu, w moim hamaku. Wszystkie te chwile spędzone razem, z żoną, dziećmi, wami wszystkimi, i to uwieńczenie moich wysiłków, które ma sens jedynie dlatego, że są razem ze mną wszyscy, których kocham. I myślę też o szczęściu, jakie odczuwać będą moje dzieci, korzystając z tego domu, gdy dorosną, i o wielu innych rzeczach…”. Westchnienie ulgi wśród obecnych. To nie było tylko chwilowe szczęście, lecz także szczęście płynące z osiągnięcia celu i planów na przyszłość. Szczęście nie tylko egoistyczne, lecz także altruistyczne. To uczucie radosnej dumy zawierało więc wiele różnych rzeczy…

Jeszcze inne przykłady… Ciekawość, nastrój w teraźniejszości, jest połączeniem energii, ufności, chęci rozumienia i działania, tu i teraz9. Pogoda ducha to aktualny spokój, lecz także pogodzenie się z przeszłością i ufność w stosunku do przyszłych wydarzeń. Stąd wynika głębokie poczucie spójności, akceptacji i siły do zmierzenia się z tym, co nastąpi.

Jest też świadomość upływającego czasu i starzenia się, bogate źródło różnych nastrojów. Takich jak niepokój: „Starzeję się, co mi się przydarzy? Czy raczej jak szybko to będzie postępowało? W jakim skończę stanie?”. Zdziwienie: „Już! Jakie to przykre, że zdarzyło się to właśnie mnie! Oczywiście, wiedziałem. Ale teraz tego doświadczam…”. Smutek: „Jaka szkoda, że wszystko to tracę: wigor, świeżość, młodość…”. Żal: „Zmarnowałem tyle chwil, nie rozkoszując się nimi w pełni”. Lecz także słodycz („Wszystko jest dzisiaj dla mnie prostsze, bardziej zrozumiałe, spokojniejsze”), ciekawość („I co się ze mną stanie?”), uspokojenie („Nie muszę już uczestniczyć w wyczerpującym i stresującym współzawodnictwie, aby udowodnić swoją wartość czy wybitność: mam to w nosie”). Wszystko to w jednej chwili, ponieważ poczuliśmy upływ czasu w naszym życiu…

Ponadto istnieją nastroje, które obejmujemy wspólną nazwą zaufania: bazują nie tylko na ciągu sukcesów i niezachwianych przekonań, lecz także na wspomnieniu cierpień i rozterek związanych z doznanymi porażkami, ze sposobem, w jaki je przezwyciężyliśmy, lekcjami, jakie z nich wynieśliśmy; i na przewidywaniu przyszłych przeciwności oraz na naszej zdolności stawienia im czoła. Zaufanie może być zabarwione niepokojem, jeśli mamy zakodowane w głowie, że musimy wychodzić zwycięsko ze wszystkich starć; będzie pogodne, jeśli z góry pogodzimy się z myślą, że niekoniecznie zwyciężymy na wszystkich frontach…

Oczywiście niewyczerpaną kopalnią nastrojów na przyszłość jest dzieciństwo, ponieważ w tym okresie do wszystkiego, co przeżywamy, podchodzimy mniej racjonalnie, zachowujemy mniejszy dystans wobec doświadczeń życiowych. Jesteśmy ciekawi i otwarci, żyjemy intensywnie w teraźniejszości: w ten sposób gromadzimy zapas wspomnień o wielkim ładunku emocjonalnym. Przez długie lata dzieci nie uświadamiają sobie jasno swoich stanów duszy. Później, w pewnym momencie, to się zmienia: wszyscy rodzice zauważają, kiedy u ich latorośli zaczynają się pojawiać nastroje. Co sobie myśli ten obwąchujący swego pluszaka chłopczyk ze wzrokiem błądzącym gdzieś w przestrzeni? A ten, który odepchnięty przez kolegów, nie roniąc ani jednej łzy, patrzy z daleka, jak bawią się na dziedzińcu szkolnym? Te momenty, gdy maluchy przechodzą od chwiejnych emocji, gdy łatwo je pocieszyć, do bardziej trwałych stanów. Takie pojawienie się nastrojów i wyrośnięcie z dzieciństwa to szansa czy przekleństwo? Zdania są podzielone. A oto opinia pisarza Érica Chevillarda: „Dla niektórych dzieciństwo jest czymś w rodzaju stanu chorobowego, w którym czują się bardzo stłamszeni i z którego szczęśliwie wychodzą, osiągając dojrzałość; dla innych natomiast właśnie wtedy, gdy ono się kończy, zaczyna się powolna agonia”10. Można uznać, że ta zdolność do zachowywania wspomnień i niezacierania ich, to przejście od lekkości do ciężkości, od chwiejności do trwałości, to dla nas wielka szansa i wzbogacenie: to nastroje pomagają nam przekształcić rozproszone wspomnienia w drogi życiowe. Dorosnąć to móc sobie powiedzieć: „Miałem wspomnienia, mam jakąś historię”. W ten sposób nasze nastroje znacznie rozszerzają chwilę obecną – o echa przeszłości i zwiastuny przyszłości. Ze zwierząt żyjących teraźniejszością przeistaczamy się w zwierzęta zatroskane o przetrwanie, aspirujące do wieczności…

Związki z czasem: nastroje to całe nasze życie

Nastrojami reagujemy nie tylko na wydarzenie, które je spowodowało, lecz także na to, co ono oznacza dla całokształtu naszego życia. Postrzegamy je perspektywicznie, wpisują się w naszą tożsamość, w naszą biografię: nastroje przypominają mi, niekiedy imperatywnie, że to wydarzenie miało istotny wpływ na moje życie, takie, jakie jest.

Dlatego ważną rolę odgrywa w nich pamięć. Pamięć wszystkiego, przez co przeszliśmy i co przeżyliśmy, i sposobu, w jaki to przeżyliśmy. W naszej przeszłości zachowują się ślady, gotowe odsłonić się w całej okazałości: takimi charakterystycznymi, złożonymi „przedmiotami mentalnymi”, gromadzonymi w naszym mózgu pod postacią nastrojów, są wspomnienia osobiste (pamięć zwana autobiograficzną). Uwiecznione przez Prousta flashbacki (przepraszam za anachronizm) stanowią doskonały ich przykład: coś niejasnego w nas wzbiera i wkrótce okazuje się, że jest to mieszanina mocno zawikłanych treści (sensorycznych, emocjonalnych, psychologicznych…). Nastroje sprawiają w ten sposób, że przypominamy sobie intymne, błahe incydenty z naszej biografii, pozostające w cieniu wspomnień o innych, znacznie ważniejszych wydarzeniach. Jednakże właśnie one mają wartość odkrywczą, tworzą bowiem osnowę tego, czym była nasza egzystencja. Wielkie wspomnienia to tylko odznaki i medale, a nasze nastroje to tkanina, do której je przypięto. Wiążą się ze wszystkim, o czym się chętnie zapomina, lecz co się liczy, co ma swoją wagę, co nas konstruuje; i co niekiedy nagle wypływa na powierzchnię.

Niektóre okresy w naszym życiu tak obfitują w nastroje, że odgrywają rolę, którą moglibyśmy uznać za przesadną (jeśli nie uświadamiamy sobie ich znaczenia) w konstruowaniu naszej tożsamości. Nie chodzi o to, czego w tym czasie dokonaliśmy, lecz o dyskretną intensywność tego, co przeżyliśmy: są w naszym życiu piękne lata oraz lata najgłębszych i najsilniejszych doznań. I nie zawsze się ze sobą pokrywają.

Bo tym, co się składa na istotę ludzką, są może nie tyle działania na forum publicznym, ile sekretne przyzwyczajenia, nie tyle ambitne plany, ile mgliste marzenia. To nastroje – najbardziej intymna cząstka nas samych, która jest również najbardziej odkrywcza. Nasi bliscy znają ją lub się jej domyślają. W nastrojach często zawiera się czyjaś prawda: dlatego niechętnie udostępniamy innym swoje dzienniki. Kiedyś rozmawiałem o tym z przyjaciółką, która powiedziała, że wyrzuca je po pewnym czasie, gdy tylko „sobie ulży”: w obawie, że później, po jej śmierci, wpadną w ręce jej dzieci lub innych osób; miała wrażenie, że to jakaś wstydliwa cząstka jej samej, ukazująca zbyt wiele ciemnych stron lub złych, chociaż szczerych myśli; złych w takim sensie, że mogłyby „komuś sprawić przykrość”, a także w takim, że „mogłyby zafałszować mój obraz, zmniejszyć miłość i szacunek, jakimi darzą mnie inni”. Pamiętam naszą ówczesną dyskusję, gdy jej tłumaczyłem, że dzienniki wcale nie ukazują naszej najgorszej cząstki, tylko najlepszą, ponieważ najbardziej emocjonalną, najszczerszą, najsubtelniejszą, najbardziej niepewną i chwiejną: właśnie nastroje w trakcie formowania się i rozpraszania. I że byłoby dobrze, by pozostał po niej ten ślad… Przypominam sobie też inną przyjaciółkę, przerażoną gwałtownością i cierpieniem emanującym z dziennika jej syna, na który natknęła się całkiem przypadkowo. Wiedziała, że jest wrażliwy i często popada w depresję. Ale tutaj niechcący wtargnęła w intymny świat jego nastrojów: stały się namacalne i o wiele bardziej szokujące. Doznała zawrotu głowy zdarzającego się rodzicom, którzy uświadamiają sobie cierpienia swoich dzieci.

Jako psychiatra wprost uwielbiam dzienniki pisarzy, nawet bardziej niż ich powieści. To nie podglądactwo (wydaje mi się…), lecz raczej upodobanie do żywej, nieobrobionej, nieupiększonej, niespreparowanej materii. Zresztą nie ja jeden tak myślę. Oto co pisała Virginia Woolf11: „Myślę, że tylko autobiografia należy do literatury; powieści to łupiny, które zdejmujemy, aby dotrzeć wreszcie do środka, którym jesteś ty czy ja, nic innego!”.

Nastroje jako więź ze światem

„Wiedeńskie ulice pełne są Żydów, których tu nie ma”12.

Jednym jedynym zdaniem jakiś pisarz rozpala nasze nastroje – na tym polega potęga literatury. Słowa te przywołują ranek po nocy kryształowej w 1938 roku, podczas której bojownicy nazistowscy dobierają się do skóry, w Niemczech i Austrii, swoim hebrajskim ziomkom, palą ich synagogi, ograbiają sklepy (po rozbiciu szyb, stąd nazwa „noc kryształowa”, w nawiązaniu do odłamków szkła zaściełających chodniki). Przerażeni i zszokowani Austriacy pochodzenia żydowskiego dekują się w swoich domach i nie pokazują się w miejscach publicznych: nieobecna obecność13. I wstrząsająca dla nas, którzy właśnie przeczytaliśmy to proste zdanie wyrażające wszystko: uczucie przerażenia, wstydu, złości, smutku…

Interesować się swoimi stanami duszy, czyli nastrojami, to nie tylko przejaw egocentryzmu. Duszę określa się jako coś, „co pobudza do działania istoty wrażliwe”, to znaczy żyjące. Pozwala ona wykroczyć poza własną inteligencję, a przynajmniej zmienić jej ukierunkowanie. Według filozofa Andrégo Comte’a-Sponville’a14 „dusza to nasz szczególny sposób istnienia w świecie (subiektywny), a umysł – sposób dochodzenia do prawdy po uwolnieniu się od samego siebie (obiektywny)”. Umysł wyzwala, a dusza spełnia zadania.

W rzeczy samej nastroje rozwijają naszą mądrość życiową: są wypadkową naszego postrzegania świata, nawet w jego mikroskopijnych przejawach (zobaczymy dalej, że istnieje cała gałąź nauki badająca powstawanie nastrojów pod wpływem błahostek). I tak drobne wydarzenia życiowe nie wywołują silnej emocji, ale wzbudzają różne nastroje15. Pamiętajcie: jeśli byliście świadkami jakiejś scenki ulicznej – dziecko, które płakało, wynędzniały żebrak pod gazem, para, która się kłóciła – wszystko to, jeśli w ogóle przyciągnęło waszą uwagę, mogło wywołać chandrę, chociaż te wydarzenia nie wywarły wpływu na przebieg waszych zajęć tego dnia ani na waszą egzystencję. Na zewnątrz te wydarzenia nie odegrały żadnej znaczącej roli. Ale wciąż drążą was od wewnątrz. Kto może wiedzieć, dokąd was doprowadzą?

Geneza nastrojów jest złożona. Nie chodzi jedynie o zwykłe reakcje na otoczenie: niekiedy nastroje będą z nim w zgodzie – będziemy weseli w radosnej atmosferze, ale niekiedy nie – pomimo ogólnej radości, świątecznej atmosfery będziemy w nastroju melancholijnym. Wtedy, na zasadzie kontrastu, lepiej sobie uświadomimy swoje nastroje, a także swoją odmienność, swoją wyjątkowość, to, co nas oddziela od innych w tej konkretnej chwili, i być może na stałe. Tak więc nastroje często pomagają zrozumieć, że coś jest nie w porządku z nami lub wokół nas, lub przeciwnie – nie zapominajmy o przyjemnych nastrojach – że wszystko układa się niezwykle i zadziwiająco dobrze: podobnie jak emocje, sygnalizują one przerwanie ciągłości w stałych, spokojnych, przewidywalnych interakcjach, jakie mamy z otoczeniem16. Jakiś drobiazg, błahostka, i wszystko nagle się zmienia…

Niewątpliwie nastrój to nic ważnego i można go poprawić byle czym: nieuchwytną chandrę może rozproszyć telefon od przyjaciela lub spacer w naturze. Ale czy to byle co ten telefon czy spacer? Czy nastroje nie skłaniają do uświadomienia sobie zasadniczego charakteru tych „okruchów” życia i nie otwierają nam oczu na najgłębszą istotę łaskawości losu i pojawiających się szans, których odbiciem, sygnałem byłyby poruszenia naszej duszy? Czy jej stany nie mogłyby także podpowiadać nam łagodnie, dyskretnie, że coś jest nie tak? Czy nie mogłyby odzwierciedlać naszej wrażliwości na błahostki, które inteligencja lub logika nakazują zapomnieć: ton głosu, jakieś zdanie przypadkiem padające w rozmowie, gest czy uśmiech, których brakuje lub które brzmią fałszywie…

Niewygodny – ten nieustanny i chwiejny ruch naszych nastrojów, niczym oddech, który nigdy nie zamiera? Tak. Ich istnienie przeciwstawia się wszelkiej formie „mentalnej klimatyzacji”, psychologicznej aseptyki, wszelkiej formie trwałości w naszej równowadze wewnętrznej. W dobrym i złym sensie. Osoby nadwrażliwe i przeczulone wolałyby czasem mieć mniej takich nastrojów lub chociaż żeby były one mniej natrętne. Po angielsku określa się takie osoby jako moody, słowem, które nie najlepiej oddaje używany u nas niegdyś termin „lunatyczny”. Dlatego też mówimy bardziej prozaicznie: „Taki a taki ulega nastrojom…”. Z drugiej strony tak bardzo ich potrzebujemy, by nasze życie było życiem prawdziwym, że często je sobie „wstrzykujemy”, aby mocniej poczuć, że istniejemy. Obcując ze sztuką: muzyką, malarstwem, pisarstwem, kinem… Pozwalając sobie na pewne „bezużyteczne”, lecz ważne zachowania (we wszystkich rzeczach bezużytecznych, a zarazem ważnych w naszym życiu kryją się nastroje…). Miałem kiedyś sąsiada, który codziennie wchodził do pokoju córki – opuściła ona dom rodzinny przed laty – aby otworzyć okna i okiennice; może udawał przed swoją żoną, że robi to, chcąc wywietrzyć pomieszczenie. Ale ja podejrzewam, albo puszczam wodze wyobraźni, że za tym rytuałem kryło się trochę melancholijne szczęście oddychania znów atmosferą pokoju ukochanej córki, oglądania wszystkich pozostawionych przez nią przedmiotów, namacalnych śladów jej przeszłości, ścian, w których spała i się uczyła…

Na życie składają się nie tylko czyny. Również nastroje nadają gęstość naszej egzystencji. A jeśli toczy się ona w zbytnim oderwaniu od tych stanów, zaniknie to, co czyni z nas wrażliwe istoty ludzkie. Nasze życie będzie puste, jego wewnętrzne źródło wyschnie i staniemy się „martwymi duszami”, jakie figurują w wiele mówiącym tytule powieści Mikołaja Gogola17.

Stany duszy i stany ciała

Debata filozofów… Dla Nietzschego: „Ciałem jestem i niczym nadto; dusza to jedynie słowo, które nazywa coś należącego do ciała”18. Na co Alain odpowiada: „Dusza to coś, co odrzuca ciało. To, co na przykład odmawia ucieczki, gdy ciało drży ze strachu, co odmawia wymierzenia ciosu, gdy ciało się irytuje, co odmawia picia, gdy ciało ma pragnienie, co odmawia zaniechania, gdy ciało odczuwa wstręt”. A Gustave Thibon dodaje, kładąc nacisk na wysiłek i jednocześnie na los: „Dzisiaj twoje ciało jest prawdziwsze niż twoja dusza; jutro twoja dusza będzie prawdziwsza niż twoje ciało”19.

W każdym razie stany duszy odczuwamy również w ciele: ciężko nam na sercu, gdy jesteśmy smutni, a kiedy jesteśmy w dobrym humorze, lekko nam na sercu i kipimy energią! Chandra przytłacza i spowalnia reakcje, a niecierpliwość sprawia, że trudno usiedzieć na miejscu.

Stany duszy odbijają się na ciele, ale i odwrotnie, ulegają jego wpływowi: zobaczymy, że wszelkiego rodzaju aktywność fizyczna – a także słońce – sprzyja (odrobinę) pozytywnym nastrojom. U kobiet do wahań przyczynia się cykl menstruacyjny: to zespół napięcia przedmiesiączkowego, kiedy w dniach poprzedzających okres odnotowujemy różne zjawiska psychiczne, takie jak drażliwość, niepokój i zmienny humor20.

Dlatego też w życiu codziennym rozumienie naszych nastrojów wiąże się również z rozumieniem ciała: wysłuchiwaniem jego sygnałów, zaspokajaniem potrzeb, pielęgnowaniem go, bez przesady ani obsesji…

Nastroje i sposoby myślenia

„Nie ma nic w umyśle, czego by przedtem nie było w zmysłach”: ta maksyma empiryczna (empiryzm to nurt filozoficzny, który twierdzi, że wszystkie nasze myśli biorą się z doświadczenia) przypomina, że nie jesteśmy czystymi duszami, oderwanymi od ciała, ale nie jesteśmy też czystymi umysłami: to wrażenia zmysłowe, znamionujące nastroje, będą kształtować nasze sposoby myślenia. One z kolei będą wywoływały niektóre z tych stanów.

Podobnie jak w przypadku ciała, stany duszy i myśli wzajemnie na siebie oddziałują. W rzeczywistości są to dwie strony tego samego zjawiska, tak jak dwie strony karty do gry. Nastrój jest nierozerwalną mieszaniną definiowalnych, uchwytnych myśli i bardziej złożonych subiektywnych odczuć, trudniejszych do wyrażenia słowami. Ale jest również tworem oryginalnym: jeśli o czymkolwiek myślimy, nie połączy się to automatycznie z takim lub innym odczuciem subiektywnym21. Stwierdzenie, że odnieśliśmy sukces lub ponieśliśmy porażkę, niekoniecznie pociągnie za sobą przyjemne lub nieprzyjemne nastroje. Wszystko zostanie szybko stworzone od nowa z wielu innych elementów naszej osobowości, naszej przeszłości: dlatego zdarzają się sukcesy zabarwione goryczą i przyjmowane ze spokojem porażki.

Często w nastrojach myśli są z początku płynne, niedokończone, i niczym chmury pędzone wiatrem strzępią się, rozpływają i tworzą od nowa, wymykając się spod naszej kontroli. Ponieważ pozostawiamy je samym sobie, te myśli uczepione nastrojów żyją własnym życiem, podobnie jak dzieci, których dorośli należycie nie pilnują i nie wychowują. Dlatego też mówimy o stanach duszy, a nie o stanach umysłu: to naturalna, dzika, archaiczna myśl. Ale nie bezużyteczna. Tak więc wykonując jakąś czynność, osiągamy lepsze rezultaty pod wpływem lekkiego pobudzenia emocjonalnego (nie chodzi o wywoływanie silnych emocji, lecz raczej nastrojów). Również myszy laboratoryjne łatwiej się uczą wypełniać swoje zadania pod wpływem umiarkowanych i odpowiednio stymulowanych emocji; i odwrotnie, osiągają marne wyniki, gdy się im uniemożliwi odczuwanie emocji, przecinając nerw błędny, który informuje je o stanie ciała22.

Wiemy też, że w tym, co nazywamy intuicją, jesteśmy informowani przez percepcję podprogową, wyzwalającą nieświadome myśli i subtelne emocje. Ilekroć czujemy, że ktoś kłamie lub coś przed nami ukrywa, nasza intuicja polega w gruncie rzeczy na nieświadomym postrzeganiu asymetrii twarzy rozmówcy i różnych drobnych nieprawidłowości23. Właśnie ta percepcja pociąga za sobą tak typowy wówczas nastrój zwątpienia: czujemy się nieswojo fizycznie, trochę przygnębieni i mamy zamęt w głowie, nie znajdujemy argumentów, by zbić z tropu drugą osobę, lecz jesteśmy głęboko przekonani, że coś jest nie w porządku. Tego rodzaju wątpliwości stanowią nie tylko doznanie intelektualne: wątpimy także, a nawet przede wszystkim, odczuwając dyskomfort we własnym ciele.

Podsumowanie: nastroje to subtelne emocje towarzyszące myślom

W nastrojach zawsze kumulują się emocje, ale najczęściej nie wiążą się one w sposób oczywisty z tendencją do działania właściwą spontanicznym przeżyciom emocjonalnym: na przykład gdy wpadamy w złość (silna emocja), krzyczymy i zbliżamy się do kogoś (nie zawsze zdając sobie z tego sprawę, co właśnie oznacza określenie „tendencja do działania”). Ale kiedy jesteśmy po prostu zirytowani, wtedy mamy raczej chęć oddalić się od tego, co nas irytuje (czujemy, że lepiej tak postąpić, by nie zaognić konfliktu). Złość sprawia, że „wychodzimy z siebie”, natomiast rozdrażnienie możemy ukryć i pohamować.

Nastroje zaś zawierają emocje „pozostałe w środku”, nieujawniające się w ciele ani w zachowaniu tak jak silne emocje: głęboki smutek przybija nas i paraliżuje, podczas gdy chandra niekoniecznie odwodzi od działania, i często nikt nie uświadamia sobie, co się w nas dzieje.

Nastroje są więc swego rodzaju wyemancypowanymi i ucywilizowanymi kuzynami emocji, bardziej zamierzchłych i nieokrzesanych: są, by tak rzec, emocjami subtelnymi. W przeciwieństwie do wielkich emocji zwanych „podstawowymi”, elementarnymi.

Od podstawowych emocji różnią się między innymi tym, że są trwalsze i mniej intensywne, ale bardziej brzemienne w skutki: odznaczają się siłą tego, co słabe i dyskretne, o czym się zapomina i czego potęgę się bagatelizuje (jak poczucie winy z powodu jakiejś błahostki, które może nam zepsuć cały dzień…). I przede wszystkim mają szerszy zasięg, ponieważ pojawiają się nie tylko w odpowiedzi na daną sytuację („sytuację startową” dla silnej emocji), lecz wynikają z wszelkich więzi łączących nas ze światem.

Nastroje nie muszą mieć konkretnej przyczyny, jak emocje, mają jednak swoje źródła, nawet jeśli nie zawsze jasne. Emocje to przeważnie „odpowiedź” na coś, co się nam przydarza: nastroje nie zawsze24, mogą przychodzić od wewnątrz, wytwarzać się „samoczynnie”.

Emocje radykalizują i upraszczają nasze postrzeganie wydarzeń, nastroje je gmatwają, ale jednocześnie wysubtelniają.

Emocje to „wichrzyciele społeczni”, którzy modyfikują nasz stosunek do innych i świata25, a nastroje raczej „wichrzyciele wewnętrzni”, którzy modyfikują nasz stosunek do siebie samych i naszą wizję świata (co też może nas skłonić do wprowadzenia różnych zmian, ale nie tak szybko). Emocje skłaniają nas raczej do działania na zewnątrz, a nastroje – przede wszystkim do refleksji wewnętrznej.

Mogą one utrzymywać się w następstwie silnych emocji, ciągnąć się jak smuga dymu (nastrój, w jakim się znajdujemy, gdy przeżyliśmy jakąś wielką radość czy dotkliwą porażkę…). Mogą też stanowić dla nich podatny grunt: ponure usposobienie sprzyja napadom chandry i smutku. Uraza przygotowuje ataki złości. A w panikę wpadamy, gdy drąży nas niepokój. Chmury gromadzące się przed burzą, a potem ołowiane niebo…

Wszystkie badania wykazują, że nasze życie emocjonalne często toczy się w sposób bardziej subtelny niż intensywny: pod postacią raczej nastrojów niż silnych emocji. Prace nad wachlarzem stanów wewnętrznych sugerują również – dobra nowina – że pozytywne nastroje występują częściej niż negatywne (podczas gdy skala emocji negatywnych jest szersza): około 75% raczej pozytywnych i 25% raczej negatywnych (przy ogólnej liczbie 17 000 „próbek” chwilowych nastrojów26). Oczywiście pomówimy jeszcze o nich obszerniej.

Z informacji uzyskanych od „normalnie żyjących” osób (ochotnicy wykonują swoje zwykłe zajęcia i muszą tylko zapisywać nastroje w chwili, gdy w ich kieszeni uruchamia się dzwoneczek alarmowy) wynika, że klimat emocjonalny panujący w naszej codzienności jest raczej umiarkowany, złożony z mieszanych odczuć.

Koniec końców spędzamy mniej czasu zdjęci gwałtowną wściekłością niż poirytowani. Częściej pogrążamy się w melancholii niż w prawdziwej rozpaczy. Częściej gryzą nas drobne zmartwienia niż ogarnia przeraźliwy lęk…

Nastroje i człowieczeństwo

Być istotą ludzką to być zdolnym do zadawania sobie pytań o własną integralność, o swoje motywacje: kim jestem? Dlaczego jestem tutaj? Dlaczego wstaję rano? Nazywamy to świadomością refleksyjną: tę wyjątkową zdolność do obrania samego siebie za przedmiot rozważań, zdolność do samoanalizy. Ważniejsze jeszcze niż kciuk przeciwstawny (o którym myślano, że charakteryzuje człowieka, i który zapewnił mu sukces, dając przewagę nad małpami) są nastroje: przeciwstawiające się naszej zwierzęcości i naszym odruchom!

Wydaje się, że niektóre zwierzęta mogą popadać w różne nastroje: na przykład słonie. Doniesiono o słonicy przez wiele dni obracającej trąbą i nogami zwłoki swego maleństwa. Można by z pewnością stwierdzić, że były to odruchy warunkowe przywiązania. Ale w ten sposób okazalibyśmy brak szacunku i współczucia dla biednej mamy słonicy, tym bardziej że istnieją inne, jeszcze bardziej zaskakujące przykłady: również wśród słoni zaobserwowano grupę rodzinną, która czuwała całą noc przy zwłokach jednego ze swoich zabitego przez kłusowników; czy też słoniątko, które porusza i obwąchuje kości matki28. Czy można sobie wyobrazić, że w takich chwilach nasi zwierzęcy kuzyni nie przeżywają żadnych nastrojów?

Powiedzmy raczej, że wśród zwierząt obdarzonych samoświadomością ludzie mają najbardziej złożone nastroje, nad którymi potrafią się zastanawiać i które potrafią opisywać bez końca, do tego stopnia, że mogą ich one skłonić do wprowadzenia radykalnych zmian w egzystencji.

Dlatego też nie mieć nastrojów to jakby swoje człowieczeństwo wypchnąć poza nawias. Nie wierzmy tym, co twierdzą, że „nie mają nastrojów”. Zresztą nie można ich nie mieć. Można je powściągać, ukrywać, odrzucać. Ale wówczas odrzucamy swoje człowieczeństwo i pozbawiamy się tego, co nam zapewne przynosi najlepszego: życia wewnętrznego. Ta dialektyka „odczuwania” przeciwstawionego „rozumowaniu”, wiedzy empirycznej przeciwstawionej wiedzy teoretycznej powinna zatem skłonić nas do zaakceptowania, obserwowania i polubienia swoich nastrojów: nie lekceważmy żadnego sposobu poznania i dostępu do tego tak złożonego świata…

Bogactwo nastrojów

Nastroje mnie pasjonują. Podziwiam złożoność tego codziennego i często niewyrażalnego doświadczenia, te stany duszy, które przedstawiają tyle unikalnych, intymnych, tożsamościowych, integrujących chwil…

Właśnie dlatego w mojej praktyce psychiatrycznej nigdy nie nudził mnie żaden pacjent. Nigdy. Czasem najwrażliwsi z nich obawiają się, że nie będą „dobrymi” pacjentami, i mówią do mnie zażenowani: „Boję się, że pana zanudzę, doktorze, swoimi banalnymi historyjkami”. Ależ skąd, nigdy mnie to nie nudzi! Ponieważ ich historyjki są ciekawe, ponieważ mnie zaskakują, ponieważ się w nich odnajduję. Bywają dni, kiedy jestem zmęczony, nie w formie, dni, kiedy moje własne nastroje upośledzają moją zdolność słuchania. Chce mi się wtedy ziewać albo oczy mi się kleją, ale to nie opowiadane przez nich historie mnie nudzą, tylko ja mam problem, który mnie absorbuje lub rozprasza. Lubię wsłuchiwać się w nastroje – jak w szum w muszelkach, naśladujący szum morza – które otwierają mój umysł na szept jeszcze odleglejszy…

Rozdział 2

Ból i słodycz nastrojów

Podsumowując, chciałbym wam przekazać jakąś w miarę dobrą wiadomość. Nie mam takiej. Czy dwie złe by wam odpowiadały?

Woody ALLEN, Monolog

– No, jak tam, Faustynko, jesteś dziś w dobrym humorze?

– Nie znoszę tego pytania, wprawia mnie w zły humor!

Jest to powiedziane ze śmiechem, ale tata rozumie, że nie należy ponawiać prób wnikania w nastroje swojej córki nastolatki: wbrew pozorom zadane pytanie jest zbyt natrętne. I nie respektuje wstydliwości wiążącej się ze sferą intymną – i trudnością w wyrażaniu jej słowami – tak częstą w tym wieku. Ale opowiastka dowodzi również, że te dwie wielkie rodziny nastrojów, negatywnych i pozytywnych, blisko ze sobą sąsiadują…

Negatywne i pozytywne nastroje

Nasz mózg i system nerwowy są tak skonstruowane, że mamy wrodzoną skłonność postrzegać wszystko, co się nam przydarza, w dwóch i tylko dwóch tonacjach: to doświadczenie jest przyjemne (tonacja pozytywna) czy nieprzyjemne (tonacja negatywna)?

Takie funkcjonowanie naszych „elementarnych” odczuć ma podstawy ewolucjonistyczne: na najniższych szczeblach drabiny wszystkiego, co żyje i się porusza (pantofelki, owady), taki właśnie jest podział wrażeń, aby organizmy zbliżały się do tego, co ułatwia przetrwanie, i uciekały przed tym, co może im zagrażać. Tak zostały zapoczątkowane nasze nastroje!

A badania w naukach neurologicznych wykazują, że w taki uproszczony sposób nasz mózg podchodzi do świata29: „dobre/niedobre” lub „przyjemne/nieprzyjemne”. Później, w miarę rozwijania się zdolności umysłowych, dołącza coraz wnikliwsze analizy, takie jak „pożądane/niepożądane” (pojawienie się zdolności przewidywania), „dobre wspomnienie/złe wspomnienie” (zdolności zapamiętywania) itd.

Jako zwierzęta jesteśmy tak zaprogramowani, że przeżywamy stany pozytywne lub negatywne. Ale jako istoty ludzkie wprowadzimy do tych spraw nieco subtelności i zawiłości…

Więcej nastrojów negatywnych niż pozytywnych?

„Czeka nas kres istnienia, każdy z nas w śmierci zginie,/Nikt nie oszuka natury i końca nie ominie./W kółko drepcemy stale w zamkniętym kręgu przeżyć/I zasięgu radości wiek długi nie rozszerzy”30. W długim poemacie filozoficznym O naturze wszechrzeczy łaciński autor Lukrecjusz (który zresztą podobno popełnił samobójstwo) przedstawia ponurą i cierpiętniczą wersję swojej epikurejskiej wizji świata. Tak, epikurejskiej, bo Lukrecjusz jest filozofem epikurejskim, którego dzieło przypomina nam, że epikureizm nie jest uproszczonym hedonizmem, jak dziś niektórzy sądzą. Ma również mroczne i poważne oblicze. Ale Lukrecjusz nie jest bynajmniej osamotniony. Wielu innych myślało podobnie jak on. Na przykład Pessoa: „Dla większości ludzi życie to nudziarstwo, przeżywane nieświadomie, smętne doświadczenie urozmaicane wesołymi przerywnikami, przypominające sytuację, kiedy osoby czuwające przy zwłokach raczą się co jakiś czas dowcipami, aby umilić sobie monotonną noc i obowiązek czuwania”31.

Czy człowiek jest skazany na walkę przez całe życie ze skłonnościami neurastenicznymi i smutkiem lub pustką egzystencji? Czy też ci teoretycy cierpienia, ci „czarnowidze”32 są po prostu ofiarami własnych skłonności depresyjnych, ludźmi, którym nie udało się zbudować swego szczęścia? I którzy podobnie jak każdy z nas usiłują uczynić ze swoich osobistych nastrojów uniwersalną wizję?

Mają oni jednak na swoją obronę kilka ważkich argumentów. Na przykład we wszystkich językach istnieje o wiele więcej słów opisujących negatywne nastroje niż pozytywne33. Co odzwierciedla ta przewaga w słowach, jeśli nie w naszych mózgach? Konieczność (to teoria ewolucjonistyczna)? Błędy w postrzeganiu lub skrzywienia w naszym stosunku do świata (to na przykład słynny „efekt Zeigarnik”)? Czy jest ona po prostu odbiciem rzeczywistości (życie jest ciężkie)? Spróbujmy się w tym rozeznać…

Więcej nastrojów negatywnych niż pozytywnych? To dlatego, że trzeba przetrwać…

Teorie zwane „ewolucjonistycznymi” podkreślają, że wszystko, co istnieje w człowieku, w sensie fizycznym i umysłowym, przydaje się lub przydawało do przetrwania gatunku (i przy okazji jego samego).

I tak, jeśli siedzimy przed ekranem komputera: 1) w odpowiedzi na pytanie: „Czy zauważyłeś jakieś słowo?”, wykrywamy znacznie szybciej słowo negatywne niż pozytywne, jeśli oba są przedstawione podprogowo (za szybko, abyśmy mogli je „zobaczyć” świadomie); 2) w odpowiedzi na pytanie: „Czy to słowo było pozytywne czy negatywne?”, potrafimy trafniej, z mniejszą liczbą pomyłek, określić, że słowo było negatywne (w przypadku słów pozytywnych odpowiedzi niewiele się różnią od tych, których udzielilibyśmy na chybił trafił); 3) natomiast jeśli pytają nas o sens słowa negatywnego, które, jak się nam zdawało, dostrzegliśmy, nie wiemy, co odpowiedzieć (normalna rzecz, wszystko odbywa się bardzo szybko, a mózg pierwotny, który zawiaduje wykrywaniem niebezpieczeństw, wzbrania się przed nauką czytania!34). Inaczej mówiąc, to trochę tak, jakby nasz mózg był stworzony do wykrywania niebezpieczeństw, nawet zanim je zrozumie i zanalizuje.

Tego rodzaju wyniki odnajdujemy w licznych badaniach, dotyczących na przykład naszej zdolności szybszego rozpoznawania w grupie twarzy nieprzyjaznych niż życzliwych35.

Tak więc wykrywanie tego, co negatywne, jest szybsze, ale pociąga również za sobą reakcję o większym natężeniu (a w związku z tym mającą większy wpływ na nasze zachowania): jeśli stymulujemy mózgi ochotników, pokazując im obrazy zwane „emocjonalnymi” (takie jak uśmiechnięte lub nieprzyjazne twarze, nagich ludzi lub gwałtowne sceny) czy też „neutralne” (twarze bez wyrazu lub przedmioty użytku domowego), uzyskujemy automatyczne odpowiedzi mózgu (pod postacią potencjałów elektrycznych, zaznaczających się w elektroencefalogramie, oczywiście bezwiednych) wyraźniejsze po obejrzeniu obrazów emocjonalnych niż neutralnych. A zatem wyraźniejsze reakcje, gdy pojawia się emocja i nastrój, lecz także trwalsze w przypadku emocji negatywnych niż pozytywnych: nie ulega wątpliwości, że nasz mózg został tak ukształtowany, abyśmy się skoncentrowali na źródłach możliwych kłopotów36.

Wydaje się więc, że nasz mózg jest odpowiednio „okablowany”, abyśmy szybciej zwracali uwagę na sytuacje wywołujące reakcje i emocje negatywne, dłużej i głębiej się nad nimi zastanawiali: liczy się przetrwanie. Czyżbyśmy byli skazani na depresję i lęk jedynie dlatego, że nasza maszyneria mózgowa jest tak skonstruowana? Być może, ale to atut w groźnych czy tylko niepewnych sytuacjach.

Ale później, gdy niebezpieczeństwo zostanie zażegnane, a sytuacja jako tako oszacowana i unormowana, będziemy musieli zadać sobie trochę trudu, by powrócić do przyjemniejszych nastrojów, odbudować swoje dobre samopoczucie! I tak się dobrze składa, jak wykazują liczne prace, że nasz mózg ma też umiejętność szybszego analizowania (nie wykrywania, lecz analizowania, żeby zrozumieć) informacji pozytywnych niż negatywnych. Niewątpliwie dlatego, że są mniej groźne, toteż wymagają mniejszej czujności i pozwalają poświęcić więcej czasu rozmyślaniom niż działaniu (koniecznemu, jeśli istnieje niebezpieczeństwo). Lecz również dlatego, w świetle niektórych badań, że pojęcia „pozytywne” są prostsze i bardziej pierwotne: na przykład, jeśli chodzi o nastroje, mówimy, że ktoś jest szczęśliwy lub nieszczęśliwy, ale nie smutny i niesmutny. Pozytywny stan duszy pojawia się więc często pierwszy, negatywny – drugi, jako przeciwstawienie do pozytywnego. Podobnie trzeba użyć mniej słów, by powiedzieć: „Marysia jest tutaj” niż „Marysi tutaj nie ma”.

Pojęcia i obrazy pozytywne byłyby zatem, logicznie biorąc, łatwiejsze do zapamiętania. Dlatego też wydaje się, że nasza pamięć (większości z nas w każdym razie) gromadzi więcej wspomnień zabarwionych pozytywnie niż negatywnie37. Ale te badania dotyczą ochotników, którzy nie zmagają się z żadnym psychicznym cierpieniem. Sprawy wyglądają nieco inaczej, gdy mamy stany lękowe lub depresyjne. Ponadto sam zapas pozytywnych wspomnień, zwłaszcza jeśli są podświadome, nie wystarczy do szczęścia.

Chociaż przynależność do rodzaju ludzkiego wymaga od nas takich zachowań, w których zwracamy szczególną uwagę na to, co negatywne (i przeżywamy nastroje idące z nimi w parze), to jednak dano nam drugą szansę… Trochę tak jak w bajce o Królewnie Śnieżce: pamiętacie, że po klątwie czarownicy („Ukłujesz się wrzecionem i zaśniesz na wieki”) interweniowała dobra wróżka. Nie mogła odwrócić złego czaru (podobnie jak nasze wysiłki nie mogą pokonać naturalnych skłonności), ale mogła przeciwdziałać klątwie („Tak, zgoda, ale pojawi się czarujący książę, który cię wybawi…). A w naszej historii wróżka nastrojów pochylona nad naszą kołyską powiedziała tak: „Zgoda, mały człowieczku, twoje emocje wyrobią w tobie naturalną skłonność do strachu i smutku, ale ocalą cię nastroje (oczywiście, jeśli nad nimi popracujesz…)!”.

Zwierzęca zdolność do emocji negatywnych zmusza do reakcji. Ludzka zdolność do przeżywania nastrojów zmusza do myślenia…

Więcej nastrojów negatywnych niż pozytywnych? To „efekt Zeigarnik”…

Automatyczna koncentracja na tym, co negatywne, może mieć także inną przyczynę: skrzywienia pamięci, jak w słynnym „efekcie Zeigarnik”, klasycznym przykładzie w psychologii eksperymentalnej38. Chodzi o wykazywaną przez ludzi skłonność do lepszego zapamiętywania (ale również, niestety, do dłuższego rozpamiętywania) czynu lub zadania, jeśli zostało ono przerwane. Oryginalne doświadczenie rosyjskiej psycholog Blumy Zeigarnik polegało na tym, że prosiła dzieci, aby w ciągu dnia wykonały około dwudziestu drobnych prac (z plasteliny, koralików lub układanki obrazkowe). Pozwalała im ukończyć połowę z nich, starając się, by reszta pozostała niedokończona. Wkrótce potem dzieci proszono, by sobie przypomniały wszystko, co robiły. Zadania, które pozostały nieukończone, były wymieniane dwa razy częściej niż inne. Zeigarnik wysunęła hipotezę, że niewielkie napięcie spowodowane „rzeczami do zrobienia” zostaje rozładowane w momencie ich ukończenia, co ułatwia ich świadome zapominanie (ale z pewnością nie podświadome; na przykład odnoszone sukcesy służą nam do skonstruowania sieci podświadomych wspomnień pozytywnych, która jeszcze nam później posłuży). Jeśli zaś lepiej zapamiętuje się coś, co się przedsięwzięło, lecz czego nie udało się ukończyć, to z pewnością dlatego, że napięcie spowodowane „rzeczami do zrobienia” nie zostało rozładowane: w tym wypadku wspomnienie łączy się z negatywną emocją ułatwiającą świadome przypominanie sobie.

Wrócimy jeszcze do tego, omawiając stany niepokoju i lęku, bo mogłaby to być dewiza większości ludzi: „Kończenie uspokaja!”.

Jeśli chodzi o nasze współczesne życie, można zresztą zadać sobie pytanie, czy te mnożące się w nieskończoność przerwy, prośby, zachęty czy skrajna fragmentaryzacja zawodów i zajęć, czy wszystko to nie wywołuje w rzeczywistości ogromnej frustracji, której sobie nawet nie uświadamiamy, która jednak pobudza owe negatywne nastroje, tak nam ciążące…

Więcej nastrojów negatywnych niż pozytywnych? To dlatego, że życie jest ciężkie…

Ostatnia z naszych hipotez: częściej cierpimy, ponieważ zwyczajnie życie jest ciężkie! Wiemy na przykład, że istnieje wyraźny związek między liczbą niepomyślnych wydarzeń życiowych i ryzykiem popadnięcia w depresję39.

Ale odnotowano również następujący fakt: jęczymy i cierpimy, kiedy życie daje nam w kość, ale nie śpiewamy, albo nie dość głośno, gdy obchodzi się z nami łagodnie! Niepomyślne sytuacje i wydarzenia życiowe wywołują więcej negatywnych nastrojów, niż ich pomyślne odpowiedniki wywołują nastrojów pozytywnych: złości nas awaria bojlera, ale nie cieszymy się, że mamy co rano ciepłą wodę. No cóż, powinniśmy się cieszyć, by wypróbowywać własną przenikliwość i zdolność odczuwania szczęścia! Tu też liczne prace potwierdzają istnienie tego zjawiska40.

Zachodzi ponadto inne, jeszcze bardziej zaskakujące zjawisko, które regularnie odnajdujemy w badaniach nad nastrojami: źródła negatywnych nastrojów należy przeważnie szukać w stresujących wydarzeniach życiowych. Tymczasem źródłem pozytywnych stanów jest często prawidłowe funkcjonowanie ciała (gdy na przykład wykonaliśmy jakieś ćwiczenia gimnastyczne lub dobrze przespaliśmy noc) lub przyjemne kontakty towarzyskie (gdy miło spędziliśmy czas z innymi ludźmi), w większym stopniu niż pozytywne i pamiętne wydarzenia życiowe41. Oczywiście, wydarzenia pomyślne również sprzyjają odczuwaniu przyjemnych nastrojów, ale nie są absolutnie konieczne. Na dłuższą metę najważniejsze wydaje się raczej to, czy dołączają się do nich przyjemności fizyczne i rozrywki towarzyskie.

Ogólne tendencje połączone z pozytywnymi lub negatywnymi nastrojami: rozkoszować się czy zachować czujność, zamykać się czy otwierać, rozpychać się łokciami czy siedzieć w kącie…

Pozytywne nastroje wiążą się z wychodzeniem naprzeciw, negatywne zaś z wycofywaniem się i unikaniem. Odnajdujemy tu ich pokrewieństwo z emocjami, które mają między innymi za zadanie dyktować nam pierwsze odruchy w sytuacjach niebezpiecznych lub niespodziewanych. Tak więc przeżywamy nastroje związane z wychodzeniem naprzeciw: zainteresowanie, ciekawość, entuzjazm; i nastroje związane z unikaniem: rozdrażnienie, pogardę, niepokój.

Te zachowania mogą nie tylko poprzedzać nasze podejście do osób i sytuacji, lecz także z niego wynikać. Jeśli kontakt jest żywy i przynosi satysfakcję, wtedy odczuwamy radość, przyjemność, jesteśmy w dobrym humorze, a wszystko to ułatwi inne kontakty. Ale jeśli skończy się porażką lub sprawi przykrość, napełnia nas to smutkiem, odczuwamy zawód, urazę, niechęć, które postawią pod znakiem zapytania lub przyhamują inne kontakty.

Pozytywne nastroje ułatwiają szersze spojrzenie na świat: kiedy jesteśmy szczęśliwi, czujemy się bezpieczni, coś sprawia nam przyjemność, jesteśmy gotowi oglądać i podziwiać to, co nas otacza. Natomiast negatywne pobudzają bardziej do skupienia się na tym, co wydaje nam się niebezpieczne lub problematyczne; i kiedy (podobnie jak wówczas, gdy dręczy nas niepokój i lęk) rozglądamy się uważnie wokół, nie robimy tego z umysłem otwartym i gotowym na przyjęcie piękna lub nowości, lecz z umysłem zamkniętym, skupionym na jednym celu i zaabsorbowanym jedną kwestią: czy istnieje jakieś niebezpieczeństwo, tak czy nie? Reszta nas wtedy nie interesuje. Raczej bacznie śledzimy świat, niż przyglądamy się jego urodzie42.

Wreszcie negatywne nastroje skłaniają nas raczej do powolnej, ostrożnej, uważnej, drobiazgowej „obróbki informacji”, określanej w żargonie naukowym jako „proceduralna”: krok po kroku i nie za szybko, tak jakby się stąpało po zaminowanym terenie! Dzięki nim mamy wrażenie, że mijający czas jest dłuższy43. Tymczasem pozytywne nastroje pobudzają nas raczej do szybkiej, globalnej i intuicyjnej oceny otaczającego świata, określanej jako „heurystyczna”: psychologicznie sadzimy susami!44.

Do takich wniosków psychologicznych i naukowych, jak zwykle, doszli już poeci i filozofowie. W swojej książce La Joie spacieuse (Radość przestrzenna) filozof Jean-Louis Chrétien zaznacza, że „doznając radości, jesteśmy bardziej żywi w rozleglejszym świecie”. Przypomina, że „skoro tylko pojawia się radość, wszystko się rozszerza”, i proponuje piękny obraz „wezbranej radości”. Dowodzi też, że dzięki radości, i w ogóle wszelkim pokrewnym odczuciom i nastrojom, możemy się stać silniejsi i bardziej przenikliwi: „Dopiero wtedy, gdy przestrzeń się pogłębia, serce rośnie, i tylko wtedy, gdy serce rośnie, dane jest nam ujrzeć i przeżyć to pogłębianie się przestrzeni”45.

Do czego służą pozytywne nastroje?

Przyspieszenie, otwarcie i ekspansja są zatem głównymi następstwami pozytywnych nastrojów: są one dostosowane do bezpiecznego, spokojnego otoczenia. Teraz zajmiemy się szczegółowo niektórymi ich zaletami i lekcjami, jakie można z nich wynieść w życiu codziennym.

Ogólnie biorąc, pozytywne nastroje umożliwiają nam lepszą samokontrolę: to znaczy pomagają wdrożyć postępowania, w których trzeba sobie zadać natychmiastowy przymus, aby odnieść korzyści przesunięte w czasie, na przykład czynić dzisiaj wysiłki (dieta, gimnastyka) z myślą o jutrzejszym zdrowiu46. I częściowo dlatego skłonności depresyjne łączą się tak często z niedostatecznym „dbaniem o zdrowie” (nadużywaniem alkoholu, nadmiernym paleniem, unikaniem ćwiczeń fizycznych). Również dlatego, że osoby stosujące dietę lub chętnie sięgające po kieliszek i papierosa tak łatwo ulegają zmiennym nastrojom: liczne recydywy wiążą się z napadami chandry.

Korzyści płynące z pozytywnych nastrojów pojawiają się niezwłocznie: dzieci wprawione w dobry humor są zdolne wykazać lepszą samokontrolę, jak choćby dłużej czekać na sowitszą nagrodę (gdy im powiedzieć na przykład: „Mogę ci dać od razu jednego cukierka albo dwa za pięć minut, co wolisz?”47).

Pozytywne nastroje pozwalają też lepiej się rozeznać w celach, jakie powinniśmy sobie wyznaczyć, aby odnieść sukces: jeśli mamy wszystko dobrze poukładane w głowie, więcej rzeczy nam się uda, ponieważ postaramy się (nieświadomie) angażować raczej w takie przedsięwzięcia, które mają jakieś szanse powodzenia48. Natomiast osobnikom pogrążonym w bardziej bolesnym nastroju grozi jeśli nie przedwczesna rezygnacja, to dokonywanie wyborów przekraczających ich możliwości lub zdolności, a w tym drugim wypadku, ponieważ z reguły cechuje ich również mniejsza elastyczność umysłu, będą się dłużej upierać przy swoim.

Zresztą dobry humor nie czyni nas ślepymi i głuchymi na to, co szwankuje i mogłoby być poprawione, i nie przeszkadza nam w rozwoju. I tak wykazano, że osoby wprawione w pozytywny nastrój chętniej przyjmowały krytyczne opinie, jakie do nich kierowano49. I pomyśleć, że wielu szefów utrzymuje niedobrą atmosferę, sądząc, że zbyt dobre samopoczucie będzie sprzyjało bumelowaniu! (Skserujcie im tę stronę, ale najpierw wprawcie ich w dobry humor, opowiadając jakiś dobry kawał, jeśli chcecie, by to wzięli pod uwagę…).

Pozytywne nastroje dodają też pewności siebie50 w dyskusji i pomagają w lepszym zapamiętywaniu tego, co jest dla nas użyteczne51. To dlatego w „prawdziwym życiu” (badania są prowadzone w laboratorium) ważne jest, by w miejscu pracy lub nauki stworzyć pozytywną atmosferę afektywną, jeśli chcemy, by nasze rady zostały skrzętniej wysłuchane i zapamiętane.

Wolimy pozytywne nastroje, ale powinniśmy też wiedzieć, że mają one tendencję do szybkiego uogólniania się, toteż mogą nieco wprowadzać w błąd. I tak często bierzemy swój humor za źródło informacji: czujemy to doskonale, gdy jesteśmy smutni, ale sprawdza się to również w przypadku dobrego humoru. Dlatego większość ludzi jest bardziej zadowolona z życia, kiedy świeci słońce52. Bo słońce polepsza samopoczucie: czy tak samo polepsza nasze życie? (Jeśli się dobrze zastanowić, nie jest to wcale głupie). Ogólnie biorąc, prace badawcze potwierdzają tę skłonność do oceniania egzystencji jako bardziej pozytywnej, jeśli coś nas wprawi w dobry humor53. Ale negatywne nastroje wywierają taki sam skutek i taki sam generalizujący wpływ na nasze osądy. Na przykład bezsenna noc: jeśli zapytać kogoś, czy jest szczęśliwy, gdy nocą nie zmrużył oka, przeważnie nie wykaże zbytniego entuzjazmu54. Podobnie gdy poprosić ochotników, by zastanowili się nad jakimś życiowym problemem, przeważnie ocenią go jako bardziej poważny i niepokojący po południu (gdy zaczynają odczuwać zmęczenie) niż rano55.

Uspokoi nas może to, że już poinformowani, nie damy się „złapać w pułapkę”: jeśli ktoś nas uprzedzi, że słońce lub drobne kłopoty mają wpływ na ocenę naszego zadowolenia z życia, znów zaczynamy oceniać bardziej na zimno (kto powiedział: „Szkoda!”?).

Ale to jest uspokajające: zawsze w ocenie swoich nastrojów możemy kierować się rozsądkiem…

Do czego służą negatywne nastroje?

Rozpatrzmy teraz wpływ negatywnych nastrojów, tych „smutnych afektów” filozofa Spinozy.

Jak się przekonaliśmy, negatywne nastroje skłaniają nas do przejmowania się drobiazgami, gubienia się w najprostszych sprawach lub dzielenia włosa na czworo. Dlatego sprzyjają one zachowaniom przesadnie weryfikacyjnym, zwłaszcza u osób mających już do tego predyspozycje, skrupulatnych i obsesyjnych56. Opóźniają również nasze reakcje: jeden z pacjentów mówił mi, że często w gorszych chwilach czuje się „spowolniony smutkiem”. Negatywne nastroje powodują, wbrew temu, co się często sądzi, że mniej dbamy o siebie i swoje zdrowie57. Bardziej dręczy nas lęk przed chorobą, ale ostatecznie mniej troszczymy się o zdrowie niż ludzie weselsi od nas.

Gdy pojawiają się smutne nastroje, a jednocześnie jesteśmy wystawieni na silne pokusy, mamy skłonność im ulegać: kupować rzeczy niepotrzebne, pochłaniać produkty lub substancje, które mogą szybko poprawić samopoczucie, takie jak słodycze, alkohol, kawa, tytoń58… Ale w takim razie jak wytłumaczyć to, co się dzieje w depresji, skoro na ogół uważa się, że dotknięta nią osoba nie ma ochoty na nic? Przypomnijcie sobie wiersz Mallarmégo: „Ciało jest smutne, biada! I wszystkiem przeczytał książki…”59. W rzeczywistości nie zawsze jest to prawdą: przede wszystkim stan depresyjny może się wyrażać w używaniu niezdrowych lub mało wartościowych przyjemności, takich jak jedzenie, palenie lub picie (co przy okazji podkopuje poczucie własnej wartości i pogłębia depresję). Wówczas mamy do czynienia raczej z nastrojami smutku, stanami przeddepresyjnymi niż z pełnoobjawową chorobą depresyjną: szala niechęci do wszystkiego jeszcze się nie przechyliła i mogą nas jeszcze pociągać, właśnie dlatego, że czujemy się źle, źródła łatwych przyjemności, niewymagających żadnego wysiłku. Ale następnie uwaga na samokaranie! Ponieważ wiemy, że „robimy źle”, będziemy mieli poczucie winy z tego powodu, że za dużo wypiliśmy, wypaliliśmy, zjedliśmy, niepotrzebnie wydaliśmy pieniądze. Nasze otoczenie też niekiedy nam to wypomni. I wiemy, że pojawienie się poczucia winy, na poziomie świadomości czy podświadomości, czyni nas mniej pobłażliwymi wobec siebie i bardziej skłonnymi do karania się za swoje wykroczenia60… To niebezpieczeństwo, jakim grożą negatywne nastroje: podczas gdy możliwość samonaprawy ma zasadnicze znaczenie dla naszej równowagi wewnętrznej, negatywne nastroje popychają nas raczej do samokarania lub pogarszają samopoczucie, gdy jesteśmy w dołku. Wykazują tendencję do zamykania nas w błędnym kole, z którego pozytywne nastroje, na odwrót, pomagają nam się wydostać61. Nie należy więc w żadnym wypadku lekceważyć drobnych przyjemności (przechadzka czy spotkanie z przyjaciółmi), gdy dręczy nas splin. I należy dobrze zrozumieć ogólną dynamikę wszystkich stanów duszy…

Arytmetyka nastrojów: pozytywne i negatywne nie anulują się wzajemnie

Wbrew temu, co się niekiedy myśli, nasilanie się negatywnych nastrojów niekoniecznie oznacza, że nie odczuwa się pozytywnych. I odwrotnie, spotęgowanie pozytywnych stanów nie zawsze usuwa negatywne. Widzieliśmy, że niektóre nastroje, takie jak nostalgia czy smutek, mogą być mieszane. I tak związek między pozytywnymi i negatywnymi nastrojami nie jest jednowymiarowy, z tym większą liczbą pozytywnych, im mniejszą negatywnych, i odwrotnie. Rysunek przedstawia tę błędną wizję naszych nastrojów pod postacią sznurka, który można by przeciągnąć z jednej strony na drugą, ze stanem obojętnym pośrodku.

Ale w rzeczywistości funkcjonowanie naszych nastrojów odbywa się raczej na zasadzie dwuwymiarowości (jak pokazuje drugi rysunek). Tak więc często znajdujemy się w nastroju łączącym w sobie dwa wymiary: pozytywny i negatywny. Na przykład napięcie związane ze stresem może być zarazem podniecające i wyniszczające: wynika z równie wysokich stanów negatywnych jak pozytywnych. Natomiast depresyjne cierpienie bazuje na wysokich stanach negatywnych i niskich pozytywnych. Stan dobrego samopoczucia wiąże się z wysokim poziomem nastrojów pozytywnych i niskim nastrojów negatywnych. Wreszcie uczucie pustki w apatii bierze się z niskiego poziomu nastrojów pozytywnych i negatywnych.

Inna uwaga idąca w kierunku tej dwuwymiarowości: nieobecność negatywnych nastrojów niekoniecznie toruje drogę pozytywnym. Kiedy wszystko wokół mnie układa się dobrze materialnie, nie czuję się ani zestresowany, ani szczęśliwy, tylko spokojny (zaznaczmy jednak, że zależnie od środowiska, w którym się poruszamy, spokój może już być stanem zabarwiającym się pozytywnie!). Jeśli powściągamy negatywne nastroje, gdy ktoś nam mówi: „Nie płacz”, nie ogarniają nas tym samym nastroje pozytywne ani uśmiech nie powraca na nasze usta. Podobnie gdy mówimy: „Jest nieźle” lub „Nie mam się na co skarżyć”, nie oznacza to wcale, że pławimy się w pozytywnych nastrojach, tylko że nie opadają nas negatywne. Nie chodzi o uczucie szczęścia, lecz o spokój.

Ta teoria względnej niezależności pozytywnych i negatywnych nastrojów pozwala również lepiej zrozumieć rolę pieniędzy w uczuciu szczęścia: chodzi raczej o negatywne nastroje (ich ograniczenie) niż pozytywne. Na dalszą metę pieniądze znacznie ograniczają wpływ negatywnych wydarzeń życiowych. Dzięki nim mamy mniej stresów, a zwłaszcza mniej się lękamy o byt materialny: gdy zepsuje się samochód albo piecyk gazowy, nie martwimy się, że zabraknie nam środków na ich naprawę. Ale z drugiej strony te same pieniądze nie polepszają – lub nie na stałe – nastroju, ponieważ rzadko się zdarza, by ktoś bogaty szeptał do siebie co rano: „Ach jakie to szczęście, że jestem bogaty, że mam kupę forsy!”. Pieniądze nie dają bezpośrednio szczęścia (co jest moralne), ale chronią przed stresem (a to też się liczy). Podkreślam, przed stresem (to znaczy przed nastrojami związanymi z bieżącymi, rzeczywistymi troskami), ale niekoniecznie przed niepokojem (który wcale nie potrzebuje rzeczywistych trosk).

Pozytywne i negatywne nastroje są więc względnie niezależne. Jednakże w strefach najwyższej aktywacji (chodzi wówczas bardziej o emocje niż o nastroje), między dwoma biegunami, dodatnim i ujemnym, istnieje pewna niezgodność: i tak zbyt duży i zbyt długo utrzymujący się stres powoli odbiera zdolność do odczuwania przyjemności. I potęguje wszystkie negatywne nastroje62. Podobnie smutek (nastrój) nie przeszkadza w odczuwaniu radości, natomiast depresja (poważne zaburzenie emocjonalne) nie pozwala w ogóle doznawać przyjemności w żadnej postaci.

Ale w życiu codziennym częściej popadamy w różne nastroje, niż doznajemy silnych emocji. Całe szczęście, bo to nas bardziej relaksuje i umożliwia doznawanie subtelniejszych wrażeń oraz wizji. Dlatego też zaleca się (osobom interesującym się swoim życiem wewnętrznym…), by akceptowały swoje nastroje, nie starając się za wszelką cenę, zawsze i od razu ich „korygować” w kierunku pozytywnym. Współistnienie w nas różnych nastrojów nadaje życiu wyrazistość, smak i kontrastowość: krótko mówiąc, człowieczeństwo…

Kreatywność i nastroje

„Kiedy my, poeci, mamy kłopot, zamiast się go pozbyć, szukamy dla niego tytułu”. To nie z Baudelaire’a, tylko zwyczajnie z San Antonia63. Ale trafnie ujęte, prawda? Negatywnym nastrojom przypisuje się niekiedy jakąś wartość, ponieważ rzekomo pobudzają zmysł twórczy. Często zresztą, gdy wygłaszam wykłady lub odczyty o psychologii pozytywnej lub szczęściu, słyszę pytanie o kreatywność i cierpienie. Zawsze pojawia się obraz dobrego samopoczucia, które usypia, i apatii najedzonych do syta. Ale czy to takie proste?

Wiele badań64 potwierdziło, że większą kreatywność może niekiedy wykazywać ktoś, kto wpadł w depresję, ale pod jednym – istotnym – warunkiem: że już z niej wyszedł! W przeciwnym razie nie ma mowy o żadnej kreatywności. Należy zaznaczyć, że te badania dotyczą osób normalnych, a nie geniuszy lub uznanych twórców, u których rzecz niewątpliwie wygląda inaczej z racji ich nieprzeciętnych zdolności. U nich wyraźnie zachodzi związek między patologią umysłową (często chorobą dwubiegunową, nadającą nastrojom znacznie większą intensywność) i kreatywnością. Niestety, ich wybitne zdolności prowadzą również do znacznego zachwiania równowagi; jak mawiał jeden z moich pacjentów, utalentowany malarz (mający o sobie wysokie mniemanie): „Genialni wariaci są jeszcze bardziej zwariowani niż normalni wariaci”. Ale mam wrażenie, że w ich przypadku, leczyłem bowiem i spotkałem niejednego, geniusz rodzi się niezupełnie z ich cierpień, lecz z faktu, że zdołali się im oprzeć. Często coś nie jest „genialne dzięki nieszczęściu i zachwianiu równowagi”, lecz „pomimo nieszczęścia i zachwiania równowagi”65.

Podsumowując: kto przeżył depresję, może być bardziej twórczy po wyzdrowieniu. Kto jest genialny, siłą rzeczy będzie bardziej twórczy, niezależnie od swego stanu. A co z tymi, co nie mają za sobą depresji i nie są geniuszami?

No cóż, tutaj pozytywne nastroje przynoszą więcej korzyści!

Wykazało to zabawne i eleganckie badanie66. Ochotnicy mieli uczestniczyć w grze wideo, w której chodziło o to, by pomóc sympatycznej myszce wydostać się z labiryntu. Gra była bardzo prosta, a wyjście łatwe do odnalezienia w ciągu paru minut. Uczestnicy byli podzieleni na dwie przypadkowe grupy. W jednej motywacją do znalezienia wyjścia z labiryntu była pomoc myszce w ucieczce przed sową ścigającą ją, by pożreć. W drugiej chodziło o to, by pomóc jej dosięgnąć smakowitego kawałka sera. Ochotnicy, którzy znaleźli wyjście, ścigani przez sowę, byli następnie (podczas drugiej próby) znacznie mniej kreatywni (około 50%) od tych, którzy usiłowali dosięgnąć sera! Tak więc lekko negatywny nastrój (uciekać i uważać), nawet jeśli stawka nie była wysoka, zmniejszał później zdolność do znajdowania rozwiązań i do realizacji nowych pomysłów. Natomiast pojawienie się odrobinę pozytywnych nastrojów (pomóc dzielnej myszce delektować się kawałkiem sera) zwiększało tę zdolność.

Inny morał, jaki można wysnuć z tego doświadczenia: jeśli się robi dwukrotnie tę samą rzecz, ale w każdym przypadku z innym nastawieniem, pociąga to za sobą niejednakowe skutki. Nastroje towarzyszące wszystkim naszym codziennym działaniom mają znacznie większe znaczenie, niż sobie wyobrażamy. Kiedy mówi się o „nadawaniu sensu” temu, co robimy, zwłaszcza zwykłym czynnościom (uprawianiu ogródka, zmywaniu, czytaniu bajek swoim dzieciom, wykonywaniu swojej pracy, ustępowaniu miejsca starszej osobie w autobusie…), tu właśnie sprawa się rozgrywa: to, co sobie mówimy, i to, co odczuwamy w momencie działania, może zwielokrotnić lub zniweczyć dobroczynny wymiar naszych czynów. Będziemy jeszcze o tym mówić.

Wyciągając wniosek z rozważań o osobach niegenialnych (większości z nas, mimo wszystko), wiele badań nad związkiem między nastrojami a kreatywnością wykazuje, że pozytywne nastroje czynią nas bardziej elastycznymi67, natomiast negatywne – bardziej wytrwałymi68. I te dwie zdolności są również niezbędne do tworzenia: wytrwałość, lecz bez zawziętości.

Światła i cienie

Akceptowanie i rozwijanie wszelkich nastrojów stanowi źródło bogactwa. Akceptując w sobie pewną różnorodność psychiczną, odnosimy wiele korzyści. Zgodnie z klasyczną metaforą psychoterapii humanistycznej69 chodzi o to, by być raczej szachownicą niż pionkami: nie starać się grać czarnymi przeciw białym, przeciwstawiać tego, co pozytywne, temu, co negatywne, tylko zrozumieć, że jedno i drugie jest nam potrzebne. I że zarówno bez jednego, jak i bez drugiego nie byłoby rozgrywki.

Filozofia buddyjska zaś powiada, że istnieją dwa rodzaje emocji: te, które zapewniają większy spokój ducha, i te, które go zakłócają. Podobnie nastrój staje się problemem, jeśli burzy naszą równowagę wewnętrzną i uszczupla bogactwo duchowe, zamiast je powiększać.

Wszystko to bowiem nie sprowadza się wyłącznie do pozytywności lub negatywności: istnieją niezdrowe radości oraz toksyczne rozkosze i przyjemności. Na przykład rozkosz zemsty, dominacji; czy też Schadenfreude, przyjemność, jaką przynosi nam widok bliźnich ponoszących porażkę, połączenie radości i poczucia winy70; i być może po prostu wszelkie nastroje zabarwione dumą, tak łatwo przeradzającą się w chęć podporządkowania sobie innych i zyskania przewagi.

I odwrotnie, istnieją zdrowe cierpienia otwierające nam oczy na pewne fakty, jak chociażby te związane ze współczuciem. Cierpienia, które mogłyby być zapowiedziami pewnej formy wyzwolenia od wszystkich cierpień. Tak więc buddyzm mówi o wyrzeczeniu lub o zasadzie emergencji: „Jeśli zrozumiemy, jak bardzo jesteśmy podatni [na cierpienie] – wyjaśnia Dalajlama – i pojmiemy, że podatność ta jest skutkiem przypadłości umysłu, dostrzeżemy możliwość uwolnienia od nich umysłu”71. Ten nastrój rozczarowania, z początku smutny i bolesny, jest tym, co według myślicieli buddyjskich pozwoli uświadomić sobie bezsens inwestowania w samsarę, innymi słowy w świat materialnych iluzji, ten „teatr, w którym istota ludzka doświadcza cierpienia w złudnym przywiązaniu do rzeczy”72.

Ideał, całkiem zrozumiały, ustawicznych pozytywnych nastrojów nie jest więc realistyczny ani pożądany: potrzeba cienia, by nadał głębię światłu. Cienie upiększają światło dzienne, wieczorne lub poranne światło jest często ładniejsze i subtelniejsze niż w samo południe. Czy noc również jest piękna? Tak, ale jedynie wtedy, gdy wiemy, że później wstanie dzień…

Zatem niech każdy wykonuje swoją pracę: jak się przekonaliśmy, życie samo zadba, by nam przynieść serię nieprzychylnych wydarzeń, a my powinniśmy zatroszczyć się o swoje dusze i rozjaśnienie swoich dni.

Rozdział 3

Ruminacje i poślizgi

Jedynie człowiek, nie chcąc żyć samym chlebem i powietrzem, flirtuje z ideami, goni chimery, z rozkoszą oddaje się rozmyślaniom…

Joseph DELTEIL, La Fayette

„Śnieg musi sypać także w Răşinari, na grób mojej matki. Ostatniej nocy widziałem – naprawdę widziałem – ten grób i matkę wyciągniętą w swojej młodej trumnie”73.

Kiedy Cioran, smutny myśliciel, patrzy, jak pada śnieg, nastroje kierują go łagodnie ku ciągowi obrazów i myśli, które dołączą się do tego, co odczuwa w tej chwili.

Tak samo nasze nastroje, jeśli zrobimy im miejsce, modyfikują każdą z chwil naszego życia, dołączając do nich nieustanny ruch ku przeszłości lub przyszłości. Lub też wzbogacając je o inne aktualne przeżycia: jak u Ciorana, który na widok śniegu myśli, że w tym samym momencie śnieg pada także na grób jego matki…

Nastroje stwarzają świat równoległy, świat wirtualny: bogactwo czy pułapka?

Nasze nastroje stanowią odbicie świata zewnętrznego, a to echo może odbijać się w nieskończoność, porwać nas i wciągnąć. Niewątpliwie często pozwala nam to lepiej zanalizować, zrozumieć, odczuć ten świat zewnętrzny. Wzbogacenie, jakie uzyskujemy dzięki nastrojom, przynosi wówczas korzyść naszym zdolnościom myślenia i zastanawiania się.

Ale istnienie tych nastrojów, w których odbijają się echem nasze doświadczenia życiowe, może również być kłopotliwe. Na przykład zniekształcają one postrzeganie rzeczywistości lub ją zastępują. Pamiętacie alegorię jaskini Platona? W swoim słynnym dialogu Państwo filozof opisuje podziemną jaskinię, gdzie zamknięto ludzi, którzy nigdy nie widzieli światła dziennego, a z rzeczywistości postrzegają tylko cienie rzucane na ściany ich ciasnego światka, ograniczonego tą odrobiną światła, jaka do nich dociera. Mimo swojego przeświadczenia – to, co widzą, widzą naprawdę, i to istnieje, ale to nie jest cała rzeczywistość świata – mylą się, mają niepełny obraz. Podobnie nastroje mogą nas wprowadzać w błąd. Zamykać w świecie wirtualnym, który w gruncie rzeczy jest oddaleniem od świata, rekonstrukcją, niewątpliwie bardziej lub mniej przez nas kontrolowaną, lecz oszukańczą, zdeformowaną, okrojoną.

Tym bardziej że nastroje same dla siebie stanowią pożywkę: smutek uwrażliwia nas na rzeczy smutne, co czyni nas jeszcze smutniejszymi. Sprzyjają też zachowaniom idącym w tym samym kierunku: uraza wywołuje konflikty i nieporozumienia, które ją utwierdzają i podsycają. Stopniowo nastroje, rozwijając się, mogą nas oderwać od rzeczywistości i wciągnąć w swój świat. Łatwiej wtedy „wylecieć z rzeczywistości”, tak jak wylatuje się z drogi. Działają tak nie tylko negatywne nastroje: w euforii – mieszaninie radości i zbyt wysokiego mniemania o sobie – dochodzi również do niebezpiecznej utraty kontaktu z rzeczywistością. Istnieje ładne, pochodzące z łaciny słowo, które opisuje tę egzaltację, to nieokiełznane rozdęcie ego: egolatria (jeden z moich nauczycieli łaciny, chcąc nas skłonić do pokory, często powtarzał tę sentencję: „Egolatria? Niestety!”74).

Występuje też zjawisko remanencji, o którym mówiliśmy: nastroje trwają dłużej niż sytuacje, które je usprawiedliwiają lub które je wywołały. Wraz z ryzykiem wiecznego powrotu, który niebacznie byśmy uskuteczniali: nastroje żłobią w nas koleinę, w bardzo konkretny sposób, aktywując na poziomie naszego mózgu „autostrady synaptyczne” obróbki informacji, zawsze skrzywionej w tę samą stronę. Po pewnym czasie mamy skłonność do przesady polegać na wewnętrznych doznaniach, uważać nastroje za zawsze wartościową informację: to naukowy model mood-as-input75, gdzie subiektywne odczucie służy nam za wartościowy sygnał do oceny rzeczywistości i konsekwentnego działania. Nazywa się to również rozumowaniem emocjonalnym: jeśli jestem smutny, to dlatego że sytuacja napawa smutkiem; jeśli jestem spięty, to dlatego że istnieje jakieś niebezpieczeństwo; jeśli jestem wściekły, to dlatego że mnie znieważono lub spotkała mnie niesprawiedliwość… Oczywiście nie zawsze się to sprawdza, a wtedy możemy się ciężko i nieodwracalnie pomylić.

Bolesny klimat mentalny: przykład dysforii

W psychiatrii termin dysforia określa mieszaninę bolesnych, przykrych i dłużej lub krócej trwających nastrojów. Dysforia pochodzi z greckiego dys („krzywo”) i phorein („nosić, znosić”): to, co trudno znieść. Dysforia występuje wtedy, gdy nie możemy już nic znieść, natomiast euforia pozwala nam znieść wszystko (a wtedy pojawiają się inne problemy…).

Dysforia sytuuje się między normalnym smutkiem (jest jego formą „nawitaminizowaną” przez inne negatywne nastroje) i chorobą depresyjną (torując do niej drogę lub umożliwiając wyjście z niej). To coś w rodzaju niebezpiecznego flirtu z depresją. Nie choroba, lecz stan naturalnie przejściowy. Jednak może zapowiadać pojawienie się poważniejszych trudności psychologicznych lub być ich pozostałością, blizną.

Dysforia to mieszanina wszelkich nieprzyjemnych nastrojów, w jakie możemy popadać: smutku, irytacji, napięcia, niepokoju. Kojarzy się też z labilnością tych różnych stanów: można szybko przejść od jednego do drugiego, i w ten sposób nasza reakcja na wydarzenia z życia codziennego jest w okresach dysforii wyolbrzymiona. U kobiet dysforię często wywołują dolegliwości przedmiesiączkowe. U wszystkich ludzi pojawia się jako skutek zmęczenia i poniesionych porażek.

Dysforia jest nieprzyjemna nie tylko jako stan wewnętrzny; zakłóca również reakcje na wydarzenia życiowe. Ogólnie biorąc, każe nam silniej reagować na to, co się nie udaje, i słabiej na to, co jest korzystne76. Ogranicza więc coś, co nazywamy „kapitalizacją momentów pozytywnych”: każda istota ludzka powinna się cieszyć, jeśli spotyka ją coś dobrego. Po pierwsze jest to przyjemne, po drugie rozkoszowanie się miłymi chwilami, „rozpamiętywanie” ich, umacnia wspomnienie, co posłuży później do stworzenia „pozytywnych rezerw pamięci”. Pozwolą nam one łatwiej radzić sobie z przeciwnościami.

Wśród moich bliskich jest paru wybitnie „utalentowanych do szczęścia”, o których już mówiłem w jednej z książek poświęconych temu tematowi77. Jeden z nich, inżynier na emeryturze, opowiedział mi kiedyś, jak wykorzystał spotkanie z dawnymi kolegami z pracy, na które go zaproszono: „Gdy tylko dostałem listę uczestników, usiadłem w swoim ulubionym fotelu i długo rozmyślałem, przy każdym nazwisku, ze szczegółami, o wszystkich dobrych chwilach, jakie spędziliśmy razem. Podczas tej krótkiej uroczystości nie żałowałem czasu, by porozmawiać z każdą z osób, które lubiłem, starałem się uświadomić sobie w pełni szansę oglądania ich wszystkich razem, po raz ostatni, w tej świątecznej atmosferze. A potem przypominałem sobie różne drobne gesty, przyjazne słówka, które wymienialiśmy, całe to ludzkie ciepło. Ile szczęścia może przynieść jedna chwila!”.

Mechanizmy złego samopoczucia w dysforii

Osoby dysforyczne w porównaniu z tymi, które takie nie są, zwracają uwagę zwłaszcza na słowa negatywne (podczas testów, gdy mierzy się co do setnej sekundy czas poświęcany różnym słowom, które przedstawia się badanym). Osoby niedysforyczne szybciej się od nich odrywają, ale przede wszystkim dłużej zatrzymują się przy słowach pozytywnych78. Zbadano również wnikliwie ruch oczu osób dysforycznych, którym pokazywano obrazy pozytywne, negatywne lub neutralne. Niekoniecznie wychwytują szybciej niż inni obrazy negatywne, ale są do nich dłużej „przyklejone”79.

Wszystko to tworzy coś w rodzaju negatywnej psychologicznej magmy: w obliczu wszystkich tych krótkich chwil w ciągu dnia, gdy czytamy lub słyszymy coś negatywnego, niektórzy z nas (dysforia może spowodować nie tylko smutek, lecz także złość, niepokój) będą obstawać przy tym, co się nie udaje, co nie wychodzi, i powoli nasiąkać przykrymi doznaniami. Działa to jak ziółka, napar wywierający złe skutki. I choćbyśmy spędzili dzień podobnie jak inni, różnica będzie polegała na tych remanencjach smutku: ponieważ byliśmy pogrążeni w nastrojach dysforycznych, mamy wrażenie, że spadło na nas więcej kłopotów niż na innych, podczas gdy tylko dłużej je roztrząsaliśmy.

U osób w dysforii występuje również coś, co nazywamy „skrzywieniem antycypacyjnym”: ich umysł produkuje mniej pozytywnych przewidywań, a jeśli one w ogóle się pojawiają, nie wywierają tak korzystnych skutków80. Dysforia w pewnym sensie odwodzi nas od snucia przyjemnych planów i cieszenia się nimi. A przecież pozytywne przewidywanie miłych chwil (gdy myślimy, jak miło spędzimy wieczór, weekend, wakacje itd.), znajdowanie zawczasu pociechy w tych ewokacjach, jest czymś, co wnosi do naszego życia odrobinę przyjemności.

Chronicyzacja naszych nastrojów: dlaczego czasem pogrążamy się w cierpieniu

Tak więc liczne procesy psychiczne wpędzają nas w nieprzyjemne lub patologiczne stany ducha, z których nie udaje nam się wydobyć.

Najczęściej czynimy to mimowolnie i nieświadomie: większość z nas nie ma całkowicie jasnego umysłu w chwili, gdy zaczyna zbaczać z drogi i przesadnie rozpamiętywać swoje negatywne nastroje.

Ale niekiedy mamy pełniejszą świadomość, że właśnie wyrządzamy sobie krzywdę: dlaczego więc brniemy dalej? I dlaczego, tak często, z jakąś ponurą rozkoszą? To też jest „klasyczny” stan w tyglu naszych nastrojów: satysfakcja (choćby ograniczona) z zadawania sobie (choć trochę) cierpień.

Może to wynikać – i prawie zawsze tak się dzieje – z nawyku wyrobionego w sobie lub zaobserwowanego u rodziców: u ojca, którego przez całą niedzielę dręczą sprawy zawodowe, co matka kwituje: „Dzieci, zostawcie tatę w spokoju, ma kłopoty…”.

Może to też, rzecz dziwna, brać się z poczucia, że panujemy nad sytuacją, pogrążając się w ponurych nastrojach: to przynajmniej znamy, ogarniamy umysłem, znajdujemy się na znajomym gruncie. Tak, jak mi mówił pewien pacjent: „Rozpamiętywać, o, ja to potrafię!”. Bo poza tym w naszym życiu dominuje niepewność i poczucie, że ster wysuwa nam się z rąk. W końcu ten zalew negatywnych nastrojów może nam dostarczyć nędznej przyjemności, podprzyjemności z zaspokojenia potrzeby ponuractwa („dobrze wiedziałem, że umiem tylko cierpieć”). Wolimy mieć rację, nawet smutną, i rozpamiętywać swoje nieszczęście, niż wziąć się w garść i powiedzieć sobie: „Zamiast robić wszystko, by się źle czuć, wyjdź na dwór i pospaceruj godzinkę; nawet jeśli to nie pomoże, na pewno nie będzie gorsze od nieustannego rozpamiętywania…”.

W Biblii jest księga, którą często przeglądam i która po tysiącleciach nadal robi wrażenie na początkujących czytelnikach i uczonych egzegetach81. To Księga Koheleta, czyli Eklezjastesa, pamiętacie: „…bo wszystko marność i pogoń za wiatrem…”82. Chodzi o ciąg ruminacji i lamentów, posępnych rozważań o egzystencji, negatywistycznych i nihilistycznych wizji: „Kto kopie dół, ten może weń wpaść, a tego kto mur rozwala, ukąsić może żmija. Kto wydobywa kamienie, może się o nie skaleczyć, kto rąbie drwa, naraża się na niebezpieczeństwo…”83. Niemal słyszy się westchnienia jej autora (tradycyjnie przypisuje się te rozważania królowi Salomonowi, chociaż współcześni badacze wykluczają tę hipotezę). Jeden z moich kolegów zabawił się kiedyś w podliczenie pozytywnych i negatywnych sentencji u Eklezjastesa84. Jego diagnoza: 75% monologów negatywnych na tylko 25% pozytywnych, wskazuje, że autor, król Salomon czy ktoś inny, wyraźnie cierpiał na depresję lękową.

Ruminacje: negatywne nastroje wciąż przetwarzane i niedokończone

„W okolicach przylądka Horn, od strony Chile, jest wyspa o nazwie «Wyspa Strapienia». Obsesyjnie o niej myślę…”85. Ja też obsesyjnie myślę o tej krótkiej notatce Ciorana w Zeszytach. Wydaje mi się kwintesencją absurdu, a zarazem człowieczeństwa…

Czasownik „ruminować” znaczy „wielokrotnie, w kółko, bezproduktywnie skupiać uwagę na przyczynach, znaczeniu i skutkach swoich problemów, swojej sytuacji, swojego stanu”86. Używa się również angielskiego terminu brooding: „wysiadywać”. Rzeczywiście, podczas ruminacji pozostajemy bezczynni, skupieni na swoich problemach, które trzymamy w cieple, pod sobą, pozwalając im rosnąć…

Można zresztą zadać sobie pytanie, czym grożą niektóre „ruminogenne” psychoterapie, które jedynie zachęcają pacjenta, by niestrudzenie wracał do tego, co go gnębi lub stanowi dla niego problem, zamiast bardziej aktywnie starać się go rozwiązać lub zaakceptować. Ale to inna bajka…

Udało nam się wykazać, że podczas ruminacji dana osoba skupia uwagę na problemie i jego skutkach, a nie na ewentualnych rozwiązaniach, które można sobie wyobrazić lub wprowadzić w czyn. Błędnie obrany cel i wyznaczony kierunek. Tracimy mnóstwo czasu na dociekanie w nieskończoność możliwych przyczyn choroby, zamiast szukać środków zaradczych87. Stąd pogłębianie się ewentualnych kłopotów (będzie można sobie później powiedzieć: „Czułem, że słusznie się martwię”). I tak podczas badania przeprowadzonego wśród kobiet chorujących na raka piersi „rozpamiętywaczki” udawały się do lekarza po poradę średnio dwa miesiące później niż „nierozpamiętywaczki”88. Wciąż myślały o guzku w piersi, a mimo to nie szły do lekarza, tylko nieustannie się martwiły.

W ruminacji istotną rolę odgrywa unikanie problemu i działania, ponieważ działanie mogłoby nas przybliżyć do prawdziwego problemu – i odwrotnie, mogłoby wykazać, że nie ma żadnego problemu lub że jest on do przezwyciężenia – wolimy, rozpamiętując, nie wiedzieć! Ruminacja łączy się więc często z posępnością i uczuciem bezsilności. I tu znów zacytujmy naszego pasjonującego Koheleta: „Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną, zmierzają one bezustannie. Każde mówienie jest wysiłkiem…”89.

W tych ciągłych ponurych rozważaniach kryje się przekonanie, że chcąc rozwiązać jakiś problem, trzeba się nad nim długo zastanawiać; i że im dłużej się nad nim zastanawiamy, tym większe mamy szanse na znalezienie właściwego rozwiązania. A nie zawsze się to sprawdza…

Jest wreszcie w ruminacji aspekt, niemal obsesja, osądzania: ten pierwszy odruch, ta skłonność do oceniania rzeczy (dobrze lub źle) i poszukiwania winnych lub odpowiedzialnych (siebie lub innych), postrzegania problemów jako błędów lub zaniedbań (kto coś zrobił źle?).

Osądzać, czemu nie? Lecz także: po co? Czasem lepiej nie osądzać. I zawsze lepiej nie robić tego pochopnie.

Ruminacje: mętne i niekończące się „dlaczego”…

Nastroje ruminacyjne zawierają jedynie długie ciągi połowicznych, niedokończonych myśli, strzępków myśli, które nie znajdują swojego spełnienia, nie zmierzają do żadnego celu, ponieważ zatrzymują się u progu wszelkiej ewentualnej decyzji: istny cogitatus interruptus! W końcu nie dają innego rezultatu i być może nie zmierzają podświadomie do niczego innego jak podtrzymanie dysforii. Ruminacja nie ma określonego celu, dlatego też nie może mieć określonego finału. Nastroje są w niej nieustannie przerabiane, zafiksowywane, nie ewoluują, lecz wciąż wracają do tego samego punktu. Ruminacja oznacza podporządkowanie umysłu kolistej i zamkniętej myśli: kręcimy się w kółko. I wiemy o tym. Ale nie udaje nam się zapanować nad sytuacją. Trzeba poczekać, aż coś się wydarzy: sen, wciągająca lub długo trwająca rozrywka, spotkanie, zadanie wystarczająco mobilizujące lub zdolne wywołać inne, dość silne nastroje.

Jednym z czynników, które tłumaczą, dlaczego tak trudno położyć kres ruminacjom, jest fakt, że z braku określonego i świadomego celu („znaleźć rozwiązanie i nie pozwolić, by problem za bardzo mnie wymęczył lub przysporzył zbyt wielu cierpień”) najczęściej działają one według wzoru rozumowania emocjonalnego, o którym mówiliśmy: brać stan emocjonalny za właściwy wskaźnik istnienia problemu („jeśli się boję, to znaczy, że grozi mi niebezpieczeństwo; jeśli jestem smutny, to znaczy, że zdarzyło się nieszczęście; jeśli jestem niespokojny, to znaczy, że spadają na mnie jakieś kłopoty…”). Otóż w ruminacji występuje chronicyzacja i nadmierne zaleganie negatywnych nastrojów wraz z ich emocjonalnymi następstwami długo po zniknięciu ewentualnych problemów (jeśli w ogóle kiedyś istniały). Jeśli nie będziemy czujni, wpadniemy w pułapkę i staniemy się więźniami swoich ruminacji, dopóty, dopóki wyczerpanie, jakieś nieoczekiwane wydarzenie lub upływ czasu nas od nich nie uwolnią…

Podstawowe pytanie w ruminacji to w gruncie rzeczy: „Dlaczego?”.

„Dlaczego nie powziąłem tej decyzji, dlaczego uczyniłem taki gest lub wypowiedziałem takie słowa, dlaczego to na mnie spadło?”. Tak więc w rozpamiętywaniu smutku (zdarza się też rozpamiętywanie niepokoju: to martwienie się, i będziemy jeszcze o nim mówić…) znajdujemy zwykle trzy elementy: 1) dlaczego jestem taki smutny (ruminacje nad powodami smutku) 2) co oznacza mój smutek? (ruminacje nad znaczeniem smutku) i 3) dlaczego nie udaje mi się wyrwać ze smutku? (ruminacje nad bezsilnością wobec smutku)90.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nastroje. Jak nauczyć się pogody ducha Trzech przyjaciół w poszukiwaniu mądrości I nie zapomnij być szczęśliwy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci