Lato

Lato

Autorzy: Tove Jansson

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 20.95 zł

Tove Jansson, najbardziej znana jako autorka i ilustratorka niepowtarzalnej serii książek o Muminkach, napisała również wiele znakomitych utworów dla dorosłych. Jednym z nich jest „Lato” – nastrojowa, poruszająca, metaforyczna historia, w której w sposób prosty, z niespotykaną lekkością, ale i mądrością opowiada o sprawach trudnych i poważnych, zderza starość z młodością, porusza temat uczenia się życia.

Sześcioletnia Sophia dopiero wchodzi w życie, a jej babcia, dojrzała artystka, jest u jego kresu. Razem spędzają lato na małej fińskiej wysepce. Budując łódź i spacerując po lesie, rozmawiają o sprawach ważnych dla młodych i starych: miłości, życiu i śmierci, naturze Boga... Poznają wzajemnie swoje lęki, kaprysy i tęsknoty.

Autorka tworzy w powieści kompletny świat: pełen radości i smutków.

LATO Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Kąpiel poranna

Blask księżyca

Las duchów

Dzika kaczka

Berenika

Pastwisko

Zabawa w Wenecję

Cisza morska

Kotka

Grota

Szosa

Noc świętojańska

Namiot

Sąsiad

Szlafrok

Duża kiełbasa z plastiku

Łotrowska łódź

Wizyta

Dżdżownice i inne

Sztorm Sophii

Niebezpieczny dzień

W sierpniu

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Kąpiel poranna

Był wczesny bardzo ciepły poranek lipcowy, w nocy padał deszcz. Nagie wzgórze parowało, ale mech i szczeliny w skale skąpane były w wilgoci i wszystkie kolory stały się bardziej intensywne. Koło werandy roślinność przypominała las monsunowy ukryty jeszcze w porannym cieniu. Rosły tam gęste złośliwe krzaki i kwiaty, i babka bardzo musiała się wystrzegać, żeby ich nie połamać, gdy przesłaniając dłonią usta i cały czas bojąc się, by nie stracić równowagi, szukała zguby.

– Co robisz? – zapytała mała Sophia.

– Nic – odparła babka. – To znaczy – dodała ze złością – szukam swojej sztucznej szczęki.

Dziewczynka zeszła z werandy i powiedziała rzeczowo:

– Gdzie ją zgubiłaś?

– Tu – pokazała babka. – Stałam właśnie tutaj i upadła mi gdzieś między piwonie.

Zaczęły szukać razem.

– Puść mnie tu – rzekła Sophia. – Nie możesz ustać na nogach. Posuń się. – Dała nurka pod kwietny pułap ogrodu i wpełzła między zielone łodygi. Było pod nimi przyjemnie i tajemniczo i leżały tam zęby, białe i różowe, cała szczęka starych zębów. – Mam! – krzyknęła dziewczynka, wstając. – Włóż ją!

– Ale nie wolno ci patrzeć – zastrzegła się babka. – To sprawa intymna.

Sophia trzymała zęby za plecami.

– Chcę popatrzeć – powiedziała.

Wtedy babka z klaśnięciem włożyła zęby do ust, weszły całkiem łatwo i właściwie nie było o czym mówić.

– Kiedy ty umrzesz? – spytało dziecko.

Babka odparła:

– Niedługo. Ale to ciebie nic nie obchodzi.

– Dlaczego? – dopytywała się wnuczka.

Babka nie odpowiedziała. Poszła pod górę i ruszyła dalej w kierunku wąwozu.

– Tam nie wolno! – krzyknęła Sophia.

Staruszka rzuciła lekceważąco:

– Wiem. Ani tobie, ani mnie nie wolno podchodzić do wąwozu, ale teraz zrobimy to i tak, bo twój tata śpi i nic o tym nie wie.

Przeszły na drugą stronę góry, mech był śliski, słońce zdążyło już wznieść się spory kawałek na niebie i wszystko parowało, cała wyspa tonęła w słonecznej mgiełce i była bardzo piękna.

– Czy oni kopią wtedy dół? – zapytała grzecznie dziewczynka.

– Tak – odparła babka. – Duży dół. – I dodała zjadliwie: – Taki duży, że wszyscy się tam zmieścimy.

– Ale po co? – dopytywało się dziecko.

Szły dalej w stronę cypla.

– Tak daleko jeszcze nigdy nie byłam – stwierdziła Sophia. – A ty?

– Też nie – odrzekła babka.

Doszły aż do samego cypla, gdzie skała opadała coraz to ciemniejszymi tarasami, każdy krok w dół ku ciemności obramowany był jasnozieloną frędzlą morskiej trawy, chwiejącej się tam i z powrotem wraz z ruchem wody.

– Pójdę się wykąpać – oznajmiło dziecko. Oczekiwało sprzeciwu, ale nie nastąpił. Rozebrała się więc, powoli i bojaźliwie. Nie można ufać komuś, kto tylko na wszystko pozwala. Spuściła nogi do wody i bąknęła:

– Zimna.

– Naturalnie, że zimna – odparła staruszka, błądząc myślami gdzie indziej. – A czego ty się spodziewałaś?

Dziewczynka weszła po pas w wodę i zwlekała w napięciu.

– Pływaj! – zachęcała ją babka. – Umiesz przecież pływać.

Tu jest głęboko, pomyślała Sophia. Ona zapomniała, że ja jeszcze nigdy nie pływałam na głębokiej wodzie, nie mając nikogo przy sobie. Wyszła więc z wody i usiadłszy na stoku góry, oświadczyła:

– Będzie dziś piękna pogoda.

Słońce zdążyło tymczasem wznieść się jeszcze wyżej. Cała wyspa błyszczała, morze lśniło, powietrze było lekkie jak puch.

– A ja umiem nurkować – powiedziała Sophia. – Czy ty wiesz, jak to jest, kiedy się nurkuje?

– Oczywiście, że wiem – odparła babka. – Zostawia się wszystko, odbija się nogami i daje się nurka. Wodorosty ślizgają się po nogach, są brązowe, a woda jest przejrzysta, jaśniejsza w górze, no i te bąbelki. Człowiek ześlizguje się w dół, a potem zawraca i wznosi się ku górze, wynurza się na powierzchnię i oddycha. A potem pływa dalej. Daje się tylko unosić wodzie.

– I cały czas z otwartymi oczami? – wtrąciła Sophia.

– Naturalnie. Nikt nie nurkuje z zamkniętymi oczami.

– Czy uwierzysz, że ja też potrafię, choćbym ci tego nie pokazała? – dopytywało się dziecko.

– Tak, tak – odrzekła babka. – Ubieraj się już, żebyśmy zdążyły wrócić, nim on się obudzi.

Poczuła pierwsze zmęczenie. Gdy wrócimy do domu, pomyślała, kiedy już będę znów w domu, chyba jeszcze się trochę prześpię. I muszę pamiętać, żeby mu powiedzieć, że to dziecko wciąż jeszcze boi się głębokiej wody.

Blask księżyca

Raz w kwietniu była pełnia księżyca i lód pokrywał całe morze. Sophia zbudziła się w nocy i przypomniała sobie, że wrócili na wyspę i że ma własne łóżko, bo jej mama umarła. Ogień wciąż jeszcze buzował w piecu i płomienie migotały aż pod pułap, gdzie suszyły się buty. Dziewczynka wyszła z łóżka na podłogę, bardzo zimną, i wyjrzała przez okno.

Lód był aż czarny, a na lodzie zobaczyła otwarte drzwiczki pieca i ogień, który płonął, dwoje drzwiczek od pieca tuż obok siebie. W drugim oknie ogień płonął we wnętrzu ziemi, a przez trzecie okno widziała podwójne odbicie całej izby, kuferki i skrzynki, skrzynie z otwartymi wiekami, pełne mchu i śniegu, i suchej trawy. Wszystko było pootwierane i miało dno z czarnego jak węgiel cienia. Widziała dwoje dzieci na górze, a poprzez nie drzewo jarzębiny. Za nimi ciemnoniebieskie niebo.

Położyła się do łóżka i patrzyła na ogień tańczący na suficie, a tymczasem wyspa podeszła do chaty. Podchodziła coraz bliżej. Spały na nadbrzeżnej łące z płatami śniegu na kołdrze, a pod nimi ciemniał lód, który zaczął się powolutku rozsuwać, w podłodze otworzyła się rynna dla statków i wszystkie pakunki babki i wnuczki wypłynęły na księżycową ścieżkę. Każda walizka była otwarta, pełna ciemności i mchu i nigdy już do nich nie wróciła.

Sophia wyciągnęła rękę i pociągnęła babkę za warkocz, bardzo delikatnie. Babka zbudziła się natychmiast.

– Babciu – szepnęła Sophia. – Widziałam w oknie dwa piece. Dlaczego są dwa piece, a nie jeden?

Babka zastanowiła się i odparła:

– Dlatego, że mamy podwójne okno.

– Jesteś pewna, że drzwi są zamknięte? – zapytała Sophia po chwili.

– Są otwarte – odpowiedziała babka. – Zawsze są otwarte, możesz spać spokojnie.

Sophia otuliła się kołdrą. Pozwoliła całej wyspie spłynąć na lód i dalej aż do horyzontu. Nim zdążyła zasnąć, wstał tata i dołożył drzewa do pieca.

Las duchów

Po drugiej stronie wyspy, za wzgórzem, był pas martwego lasu. To właśnie tutaj napierał wiatr i przez wiele stuleci las usiłował rosnąć, opierając się sztormom, i nabrał zupełnie szczególnego wyglądu. Kiedy przepływało się tamtędy łodzią, widać było wyraźnie, że każde drzewo odchyla się od wiatru. Drzewa te jakby przysiadały i zawęźlały się, a wiele z nich pełzało. Z czasem pnie pękały albo murszały i przewracały się, martwe podpierały albo miażdżyły te, które miały jeszcze zielone wierzchołki, a wszystkie razem tworzyły splątaną masę uporu, ale i uległości. Ziemia mieniła się od brązowych szpilek z wyjątkiem miejsc, gdzie świerki postanowiły czołgać się, zamiast stać prosto, ich zieleń rosła w swoistym bujnym szaleństwie, wilgotna i lśniąca jak w dżungli. Las ten nazywano lasem duchów. Ukształtował się sam, powoli i z trudem, i równowaga między ocaleniem a zagładą była tak krucha, że nawet najmniejsza zmiana była tu nie do pomyślenia. Wyrąbanie przecinki albo usunięcie pni, które się przewróciły, mogło skończyć się zniszczeniem lasu. Wody z mokradeł nie można było odprowadzić i nie wolno było niczego sadzić za tym gęstym ochronnym murem. W głębi gęstwiny, w wiecznie ciemnych dziuplach, mieszkały ptaki i drobna zwierzyna, przy spokojnej pogodzie słychać było trzepotanie skrzydeł albo szybki tupot łapek. Same zwierzęta nie pokazywały się nigdy.

W czasach, gdy zaczęli przyjeżdżać na wyspę, usiłowali uczynić las duchów jeszcze bardziej upiornym, niż był. Zbierali na pobliskich wysepkach pniaki i wyschnięte krzaki jałowca i przywozili je łodzią, potężne okazy o zwietrzałej i wyblakłej urodzie wlekli w głąb wyspy, strzaskane i połamane tworzyły szerokie puste koleiny aż do miejsca, na którym miały stanąć. Babka widziała, że nie wypadało to najlepiej, ale nic nie mówiła. Sprzątała tylko potem łódź i czekała, aż las duchów im się sprzykrzy. Wtedy szła tam sama, bez nikogo. Brnęła powoli przez krzaki paproci obok bajorka z wodą, a kiedy się zmęczyła, kładła się na ziemi i patrzyła w górę przez sieć szarych porostów i gałęzi. A gdy ją pytano, gdzie była, odpowiadała, że może troszkę się zdrzemnęła.

Po drugiej stronie lasu duchów wyspa stawała się parkiem ładu i piękna, uprzątano ją do najmniejszej gałązki, gdy ziemia nasiąkła od wiosennych deszczów, a dalej rozchodziły się tylko wąskie ścieżki od cypla do cypla i w dół na piaszczysty brzeg. Tylko chłopi i letnicy chodzą po mchu. Nie wiedzą, nie można się tego dość napowtarzać, że mech to coś ogromnie delikatnego. Stąpnij nań raz, a mech podniesie się po deszczu, za drugim razem już się nie podniesie. A kiedy idzie się po nim trzeci raz, mech już jest martwy. Tak samo jest z kaczkami edredonkami, gdy się je trzy razy wystraszy z ich gniazda, nigdy już do niego nie powrócą. Czasem w lipcu mech przyozdabiał się lekką trawką o długich łodygach. Kwietne baldachy otwierały się w równych odstępach od ziemi i kołysały się razem na wietrze niczym łąki na lądzie, wtedy całą wyspę pokrywał skąpany w cieple welon, ledwie widoczny i po tygodniu znikający. Nic nie sprawiało mocniejszego wrażenia dziewiczości i pustkowia.

Ale w lesie duchów siadywała babka i wyrzynała z drzewa dziwaczne zwierzęta. Wycinała je z połamanych gałęzi i z kawałków drewna i dawała im łapy i głowy, ale sam ich wygląd był zaznaczony z lekka tylko, nigdy zbyt wyraźnie. Zachowywały duszę z drzewa, a wykrzywione grzbiety i nogi miały własny naturalny kształt, jakby w jakiś niezgłębiony sposób dalej rosły, stanowiły nadal część zmurszałego lasu. Czasem babka wycinała je wprost z karczu albo z pnia. Tych jej drewnianych zwierząt było w lesie coraz więcej. Tkwiły umocowane albo usadowione okrakiem na drzewach, oparte o pnie albo wetknięte w ziemię, stały z rozpostartymi kończynami zanurzone w mokradle albo leżały zwinięte u jakiegoś korzenia i spały. Czasem był to tylko profil wynurzający się z cienia, to znów stały po dwa, trzy razem, walcząc lub obejmując się. Babka wyrzynała tylko w starym drewnie, takim, co odnalazło już swój kształt, to znaczy szukała i wypatrywała kawałków drzewa, które wyrażały już to, co chciała.

Raz babka znalazła w piasku duży biały kręg z kręgosłupa. Był za twardy, aby coś z niego zrobić, ale nie mógł już stać się ładniejszy, toteż położyła go w lesie duchów, taki jaki był. Znalazła potem więcej białych albo poszarzałych kości, wszystkie wyrzucone na brzeg przez morze.

– Co ty robisz? – pytała Sophia.

– Bawię się – odpowiadała staruszka.

Sophia wymykała się do lasu duchów i oglądała wszystko, co zrobiła jej babka.

– Czy to wystawa? – pytała. Ale babka odparła, że to nie ma nic wspólnego ze sztuką, jej rzeźbienie to coś całkiem innego.

Zaczęły razem zbierać kości na brzegu. Szukać czegoś i zbierać to rzecz całkiem szczególna, bo nie można wtedy widzieć nic prócz tego, czego się szuka. Kiedy się zbiera borówki, widzi się tylko to, co czerwone, a gdy się szuka kości, widzi się tylko to, co białe, i dokądkolwiek by się szło, dostrzega się tylko kości. Czasem są cienkie jak igły, nadzwyczaj delikatne i kruche, i trzeba je nieść bardzo ostrożnie. Czasem są to grube kości udowe albo klatka piersiowa zagrzebana w piasku niby wręgi[*] wraku. Istnieją tysiące kształtów kości i każda kość ma swoją własną budowę.

Sophia i jej babka kładły wszystko, co znalazły, w lesie duchów, chodziły tam zwykle o zmierzchu. Ziemię pod drzewami zdobiły białe arabeski niby mowa znaków, a kiedy babka z Sophią kończyły już układanie wzorów, siedziały tam jeszcze trochę i rozmawiały, nasłuchując ruchów ptaków w zaroślach. Raz widziały, jak wzbił się w powietrze cietrzew, innym znów razem zobaczyły małą sowę. Siedziała na gałęzi, a jej sylwetka rysowała się na tle wieczornego nieba. Nigdy przedtem nie odwiedziła wyspy żadna sowa.

Pewnego ranka Sophia znalazła nieuszkodzoną czaszkę jakiegoś dużego zwierzęcia, i to znalazła ją sama. Babka sądziła, że jest to czaszka foki. Schowały ją do koszyka i czekały do wieczora. Zachód słońca przyniósł same tylko czerwone kolory, światło spływało na wyspę wszędzie, tak że nawet ziemia była czerwona. Położyły czaszkę w lesie duchów i leżała tam, świecąc wszystkimi zębami.

Nagle Sophia zaczęła krzyczeć.

– Zabierz ją! – krzyczała. – Zabierz!

Babka szybko otoczyła dziewczynkę ramionami, ale uważała, że najlepiej się nie odzywać. Po chwili Sophia usnęła. Babka siedziała i dumała o domku z pudełek od zapałek na nadbrzeżnym piasku albo w krzakach czarnych jagód za domem. Można by było zrobić także mostek i okna z cynfolii.

Odtąd drewniane zwierzęta zaczęły z wolna znikać w lesie. Arabeski zapadły się w ziemię i pozieleniały od mchu, a drzewa w miarę upływu czasu zwarły się jeszcze bardziej. Babka chodziła często do lasu duchów samotnie, kiedy zapadał zmierzch. A w dzień siadywała na schodach werandy i robiła czółenka z kory.

* * *

[*] Wręga – element konstrukcyjny kadłuba statku.

Dzika kaczka

Pewnego ranka przed świtem w izbie gościnnej zrobiło się zimno. Babka naciągnęła na siebie narzutę i kilka płaszczy zdjętych z haka na ścianie, ale niedużo to pomogło. Pomyślała, że wszystko z powodu tego mokradła. Dziwna rzecz z tymi bagniskami. Zasypuje się je kamieniami i piaskiem, i starymi pniami i buduje się na tym wszystkim drewutnię, a one nadal zachowują się jak mokradła. Wczesną wiosną zioną lodem i mają własną mgiełkę jako wspomnienie czasu, kiedy były na nich jeszcze czarne dziury wodne i nietknięte ludzką ręką kity sitowia. Babka spojrzała na piecyk naftowy, który wygasł, i na zegar, który pokazywał trzecią. Potem wstała, ubrała się, wzięła laskę i zeszła z kamiennych schodów. Noc była całkiem spokojna i babka miała ochotę posłuchać gagli.

Nie tylko drewutnia, lecz także cała wyspa pogrążona była we mgle i w tej szczególnej ciszy, którą można spotkać na morzu z początkiem maja. Kropelki wody spływały z gałęzi drzew, słychać to było wyraźnie wśród ciszy, nic jeszcze nie rosło, a po północnej stronie zalegały płaty śniegu. Krajobraz wypełniony był oczekiwaniem. Babka słyszała krzyk kaczek lodówek – nazywają je gagle od ich głosu „gagl, gagl, gagl” – zawsze gdzieś w dali, nigdy się ich nie widuje z bliska. Otaczała je taka sama tajemniczość jak derkacza, tylko że on jest samotny i chowa się po trawach, natomiast gagle fruwają poza ostatnimi wyspami, tworząc ogromne weselne stada, śpiewające bez przerwy przez całą wiosenną noc.

Babka weszła na skałę i myślała o ptakach. Wydawało jej się, że żadne inne zwierzęta nie mają takiej zdolności dramatycznego podkreślania i uzupełniania każdego zdarzenia, mijania pór roku, i zmian pogody, i tych przemian, które dokonują się w człowieku. Myślała o ptakach przelotnych i o droździe w letni wieczór, i o kukułce, powtarzającej „tak”, i o dużych zimnych ptakach szybujących wysoko w przestworzu i wypatrujących łupu, i o tych całkiem maleńkich, które przylatują późnym latem całą chmurą na szybką wizytę, okrąglutkie, głupiutkie i zupełnie niestrachliwe, i o jaskółkach zaszczycających tylko domy, gdzie człowiek jest szczęśliwy. To dziwne, że te pozbawione osobowości ptaki mogły stać się tak silnymi symbolami. A może nie? Dla niej gagle, zwane także allami, oznaczały oczekiwanie i odnowę. Szła ostrożnie po stoku na sztywnych nogach, a kiedy doszła do przybudówki, zastukała do okna. Sophia zbudziła się natychmiast i wyszła na dwór.

– Chodzę sobie i słucham gagli – powiedziała babka.

Sophia ubrała się i dalej poszły razem.

Po wschodniej stronie wyspy wokół kamieni zalegał wąski pasek lodu. Nikt jeszcze nie zdążył pozbierać wyrzuconego na brzeg drewna i na całym wybrzeżu pełno było drzewnych odpadków, szeroki wybrzuszony pas, plątanina desek, wodorostów i trzciny. Były tam kopalniaki i spróchniałe drewniane skrzynki wypatroszone spomiędzy spajających je stalowych drutów, a na całym tym stosie leżał w poprzek ciężki, potężny kloc, czarny od rozlanej ropy. Lekkie kawałki kory i szczątki po dawniejszych sztormach kołysały się na wodzie za pasmem lodu, to przyciągane, to znów odpychane słabym falowaniem morza.

Wschód słońca był bliski i przez mgłę, która opadała na morze, przenikało już światło. Gagle krzyczały cały czas, w oddali i melodyjnie.

– Rozmnażają się – orzekła Sophia.

Słońce wzeszło, przez chwilę mgła żarzyła się jak ogień, a potem nagle znikła. Na morzu, na płaskiej skale na wodzie, leżała kaczka, mokra i nieżywa. Wyglądała jak wykręcony z wody plastikowy woreczek. Sophia twierdziła, że to stara wrona, ale babka była innego zdania.

– Przecież jest wiosna! – spierała się Sophia. – One teraz nie umierają, są całkiem młode i właśnie się pożeniły, sama mówiłaś!

– Hm – chrząknęła babka. – Ta w każdym razie umarła.

– Jak umarła? – wykrzyknęła Sophia bardzo rozgniewana.

– Z nieszczęśliwej miłości – tłumaczyła jej babka. – Śpiewała całą noc dla swojej kaczki od pary, a potem przyszła inna i tamtą zabrała, i wtedy ta nasza wsadziła głowę do wody i utopiła się.

– To nieprawda! – krzyknęła Sophia i rozpłakała się. – Kaczki nie toną, opowiedz porządnie!

Wtedy babka wytłumaczyła jej, że ta kaczka całkiem po prostu uderzyła głową o kamień, bo tak się zapamiętała w śpiewie i gaglowaniu bez żadnego umiaru, że nie widziała, dokąd leci. No i stało się to, co się stało, właśnie w chwili gdy gagla była najszczęśliwsza.

– Tak już lepiej – powiedziała Sophia. – Czy powinniśmy ją pochować?

– Nie potrzeba – odparła babka. – Przyjdzie przypływ i sam ją pochowa. Ptaki morskie należy chować tak samo jak marynarzy.

Poszły dalej, rozmawiając o pogrzebach marynarzy, a gagle śpiewały na dwa i na trzy głosy, coraz dalej i dalej. Cypel przylądka był całkiem zmieniony przez sztormy zimowe. Nigdy nie było tam nic prócz kamieni, a teraz cały brzeg zamienił się w piaszczystą plażę.

– Powinno się to ratować – powiedziała babka, dłubiąc w piasku laską. – Jak będzie przypływ i przyjdzie północny wiatr, wszystko to znów stąd zabierze. – Wyciągnęła się na wznak na stosie zwiędłej trzciny i patrzyła w niebo. Sophia położyła się obok. Robiło się coraz cieplej i po dłuższej chwili usłyszały dziwnie chłodny i jak gdyby przytłumiony głos ptaków przelotnych i zobaczyły cały ich klucz przelatujący nad wyspą na północny wschód.

– Co będziemy teraz robić? – zapytała Sophia.

Babka zaproponowała, żeby obeszła cypel i zobaczyła, co woda wyrzuciła na ląd.

– A jesteś pewna, że nie będzie ci nudno? – dopytywała się Sophia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Berenika

Dostępne w wersji pełnej

Pastwisko

Dostępne w wersji pełnej

Zabawa w Wenecję

Dostępne w wersji pełnej

Cisza morska

Dostępne w wersji pełnej

Kotka

Dostępne w wersji pełnej

Grota

Dostępne w wersji pełnej

Szosa

Dostępne w wersji pełnej

Noc świętojańska

Dostępne w wersji pełnej

Namiot

Dostępne w wersji pełnej

Sąsiad

Dostępne w wersji pełnej

Szlafrok

Dostępne w wersji pełnej

Duża kiełbasa z plastiku

Dostępne w wersji pełnej

Łotrowska łódź

Dostępne w wersji pełnej

Wizyta

Dostępne w wersji pełnej

Dżdżownice i inne

Dostępne w wersji pełnej

Sztorm Sophii

Dostępne w wersji pełnej

Niebezpieczny dzień

Dostępne w wersji pełnej

W sierpniu

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału szwedzkiego

Sommarboken

© Tove Jansson 1972, Moomin Characters™

First published by Schildts Förlags Ab, Finland.

All rights reserved.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1980

© Copyright for the Polish translation by Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, 2007

Projekt okładki Anna Pol

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Redakcja Magdalena Majewska

Korekta Zofia Kozik

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13281-9

Plik wyprodukowany na podstawie Lato, Warszawa 2017

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lato Słoneczne miasto Córka rzeźbiarza Wiadomość Zwierciadło pęka w odłamków stos Pamiętniki Tatusia Muminka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej