Lipcowy deszcz

Lipcowy deszcz

Autorzy: Iny Lorentz

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 520

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.39 zł

Bogata, pełna przygód i zmysłowych doznań opowieść.
Berlin, rok 1887. Lora i jej mąż Fridolin wraz z dwójką swoich dzieci cieszą się rodzinnym szczęściem i wszystko wskazuje na to, że wreszcie odnaleźli spokój w swoim życiu. A w dodatku być może spełni się ich dawne, skrzętnie skrywane marzenie: Fridolin ma możliwość przejęcia majątku, znajdującego się w ojczyźnie Nathalie, młodej przyjaciółki Lory. Ale ich mieszkający w Prusach wschodnich krewni, którzy nie życzą im dobrze, zaczynają knuć podstępne plany i chcą zniszczyć szczęście młodej pary. I w wyniku tego Lora i Nathalie znajdą się w ogromnym niebezpieczeństwie…

Tytuł oryginału:

JULIREGEN

Copyright © 2011 Knaur Verlag.

An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Emilia Grzeszczak, Aneta Iwan, Agnieszka Majewska

ISBN: 978-83-7999-946-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Część pierwsza. Pożar

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

Część druga. W majątku Steenbrook

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

Część trzecia. Nehlen

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

Część czwarta. Berlin

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

Część piąta. Malwina

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

Część szósta. Le Plaisir

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

Część siódma. Lipcowy deszcz

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

Część ósma. Finał w majątku Trettin

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

Posłowie

Osoby

Słowniczek

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Pożar

I

Błyskawice pojawiały się tak często, że niebo wręcz tonęło w jaskrawym świetle, a hałas i trzask grzmotów przechodził w niekończące się, jednostajne dudnienie. Piszcząc ze strachu, dziewki biegły przez pola w stronę dworu, podczas kiedy parobcy z rozpaczą próbowali załadować ostatnie kopki siana na wóz i uratować to, co zostało zebrane w czasie sianokosów. Także oni kulili się w czasie głośnych grzmotów i błagali Boga oraz wszystkie boskie moce, aby niebiosa ich oszczędziły.

– Do cholery, brać się do roboty! – ryczał Ottwald von Trettin, ale jego głos ginął w piekielnym hałasie rozpętanych żywiołów.

Mężczyzna gwałtownym ruchem wbił obie ostrogi w boki swojego wałacha i ruszył galopem w stronę parobków.

– Szybciej, psy! Bo potraktuję was batem!

Hannes, nadzorca, podniósł właśnie widły z nadzianą na nie kopką siana, ale gwałtowny podmuch wiatru porwał większość suchych źdźbeł. To, co zostało, spadło z wideł na ziemię przed wozem, bo stojące na nim dziewki nie były w stanie niczego utrzymać.

– To wszystko na nic, panie! – krzyknął Hannes, zwracając się do Ottwalda von Trettina. – Powinniśmy raczej starać się dotrzeć do domu, zanim spadnie deszcz!

Odpowiedzią było ostre smagnięcie batem.

– Bacz, żebyś zrobił to, co do ciebie należy! Tym dziewkom, które uciekły, potrącę połowę tygodniówki! To będzie dla nich nauczka i kara za opuszczenie pola z powodu jednej głupiej burzy!

Nadzorca potarł miejsce, w które trafił bat jego pana, i popatrzył bezmyślnie na siano ułożone starannie przez dziewki w kopki. Dalsza praca nie miała po prostu sensu, bo gwałtowny wiatr roznosił siano po całym polu. W tych warunkach załadowanie wozu było niemożliwe. Ale gdyby powiedział to dziedzicowi, otrzymałby jedynie kilka kolejnych uderzeń batem. Nabrał więc na widły tak dużo siana, jak to tylko było możliwe, i je podniósł.

– Weź się w garść, Ursel! – zawołał do dziewki, usiłując przekrzyczeć hałas grzmotów.

Kobieta jęczała ze strachu i widać było, że najchętniej pobiegłaby za pozostałymi dziewkami, które znajdowały się już w połowie drogi do dworu. Ale bez pomocy parobków nie mogła zejść z wysoko załadowanego wozu.

– Hannes, musimy jechać do domu! – błagała.

– Gdyby to ode mnie zależało, to już bylibyśmy w połowie drogi. Ale on nie chce na to pozwolić. – Hannes wskazał Ottwalda von Trettina, który właśnie objeżdżał na swoim koniu wóz z sianem i krzyczał na parobków znajdujących się po jego drugiej stronie, aby ładowali siano.

– Dziewczyny, pomóżcie załadować wóz do końca! Im prędzej to skończymy, tym szybciej zaciągniemy furę w bezpieczne i suche miejsce!

Zaledwie Hannes zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa, nad samym dworem pojawiła się jaskrawa błyskawica. Wszyscy parobcy instynktownie schowali głowy w ramiona, a Ottwald von Trettin z najwyższym trudem uspokoił swojego spłoszonego konia.

Chwilę później rozległo się uderzenie pioruna – tak głośne, że ludzie na moment dosłownie ogłuchli. Ursel, która ciągle siedziała na samej górze wyładowanego wozu, dostrzegła wszystko pierwsza i pierwsza też zrozumiała ogrom nieszczęścia. Zaklęła szpetnie i ręką wskazała na największą szopę należącą do dworu.

– Piorun, tam uderzył piorun! – krzyknęła.

Wszyscy szybko zrozumieli, co oznacza wydobywający się dym i pierwsze płomienie. I podczas kiedy przerażony Hannes wzywał na pomoc samego Chrystusa, dziedzic tylko klął z rozpaczą.

– Do cholery, pali się! Jazda, ludzie! Musimy natychmiast gasić!

Parobcy porzucali w pośpiechu grabie, aby móc biec szybciej, a Ottwald von Trettin galopował już w stronę dworu. Powożący wyładowanym wozem parobek próbował za wszelką cenę poskromić oszalałe ze strachu konie, ale przerażone zwierzęta poniosły i ruszyły przed siebie. Mężczyzna starał się utrzymać cugle, ale za chwilę je puścił, aby nie spaść pod wóz.

– Stójcie, przeklęte szkapy! – krzyczał, trzymając się kurczowo.

W efekcie kolejnego uderzenia pioruna konie wpadły w jeszcze większy popłoch i przeszły w cwał. Wyładowany sianem wóz chwiał się jak pijany marynarz. Ursel z rozpaczą czepiała się, czego tylko mogła, ale nie była w stanie utrzymać się na zsuwającym się sianie i spadła. Ottwald von Trettin dotarł tymczasem do dworu i zeskoczył z pokrytego pianą konia.

– Czemu nie gasicie, psy?! – krzyczał do parobków, którzy osłupiali z przerażenia patrzyli na płomienie. Dopiero słysząc te słowa, i oni, i dziewki, które uciekły przed niepogodą z pola, ruszyli na pomoc, przynieśli wiadra i szybko się rozstawili, tworząc łańcuch sięgający od płonącego budynku aż do stawu. Ale wylewana na płomienie woda szybko parowała w wysokiej temperaturze, nawet nie docierając na ziemię.

– Potrzebna jest pompa! – zawołał jeden z mężczyzn, zerkając od czasu do czasu z rozpaczą na dziedzica. Ten, rozwścieczony, walczył z chęcią pobicia mężczyzny, zaniechał tego jednak, aby nie przerywać łańcucha. Zarzut parobka dotknął go jednak mocno – od ponad roku pompa gaśnicza majątku Trettin była uszkodzona, a dziedzic ciągle znajdował jakiś powód, aby przełożyć jej naprawę. I teraz nie pozostawało mu nic innego, niż czekać, aż w sąsiednich dobrach i w miasteczku Bladiau ktoś zauważy pożar i pośpieszy z pomocą. Malwina von Trettin, matka dziedzica, biegła już w stronę syna, załamując z rozpaczą ręce.

– Gdzie jest straż pożarna? – krzyczała. – Spalą nam się wszystkie szopy z sianem, które już załadowaliśmy!

– Cholera! Czy ktoś nie może siąść na konia i pojechać do Elchberg, aby zaalarmować ludzi stamtąd?! – krzyczał Ottwald von Trettin, nie zwracając uwagi na lamenty matki. Nikt z ludzi podających sobie nawzajem kolejne wiadra wody nie odważył się jednak opuścić szeregu, aby pójść do stajni i wyprowadzić stamtąd konia. Jedynie paru wyrostków, którzy pośpieszyli tu ze wsi Trettin, popędziło przez pola, aby jak najszybciej dotrzeć do sąsiedniego majątku.

– Bij na alarm! – zawołał Hannes do kucharki, która właśnie zamierzała przyłączyć się do gaszących pożar ludzi. Kobieta zawróciła natychmiast i chwilę potem rozległo się bicie dzwonu. Jego głos ginął jednak w ciągłym dudnieniu grzmotów i ogłuszającym trzasku piorunów. Gwałtowne podmuchy wiatru podsycały jeszcze ogień i Hannes oraz obaj parobcy, którzy stali najbliżej szopy, musieli krok po kroku cofać się przed płomieniami. I choć wylewali w żar kolejne wiadra wody, szybko zrozumieli, że są na straconej pozycji.

Szopa płonęła już na całej długości, a dach stopniowo zaczynał się załamywać. Deszcz gorących iskier zmusił wszystkich do dalszego cofania się. Hannes z rozpaczą spojrzał w niebo, na którym aż po horyzont kłębiły się czarne, gęste chmury.

– Żeby wreszcie zaczęło padać! – jęknął, choć wiedział, że teraz nawet gwałtowne oberwanie chmury niczego już by nie uratowało.

Matka dziedzica na przemian raz po raz wołała o straż pożarną, a za chwilę przeklinała sąsiadów, którzy zostawili ich w potrzebie. Jej słowa nie mogły zapobiec temu, że olbrzymia stodoła w końcu runęła i zamieniła się w morze płomieni aż po fundamenty.

Kiedy na dziedziniec spadł kolejny deszcz iskier, Hannes zaprzestał beznadziejnych prób ratowania czegokolwiek i nakazał czeladnikom, aby zatroszczyli się o stajnię i dwór, bo wiatr nagle zmienił kierunek. Z powodu rozwiewanych iskier teraz także obu budynkom zagrażało niebezpieczeństwo pożaru.

II

Ottwald von Trettin wpatrywał się w żarzące się resztki stodoły i czuł narastającą wściekłość na Boga i całą ludzkość.

– Cholera, cholera, cholera! – wrzeszczał. – Dlaczego musiało się to przytrafić akurat mnie? Tyle jest dworów w okolicy, w które mógł trafić piorun!

Parobcy i dziewki popatrzyli na siebie z przerażeniem, bo wydało im się, że i tak dosyć było nieszczęścia, które dotknęło Trettin, ale żeby jeszcze życzyć czegoś podobnego sąsiadom? To ich zdaniem było już wyzywaniem Pana Boga. Wszyscy, mocno wystraszeni, zebrali się wokół Hannesa, słuchając jego wskazówek, bo dziedzic tak dalece zapamiętał się w swej wściekłości, że nie potrafił wydawać rozsądnych rozkazów.

Mieszkańcy wsi, którzy nie byli na bieżąco w kwestii stosunków panujących w Trettinie, zerkali na dom inspektora i dziwili się, dlaczego nawet się nie pokaże. Bo mężczyzna rzeczywiście jedynie na chwilę wytknął głowę przez drzwi domu, aby zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. Mimo alkoholowego zamroczenia pojął natychmiast, że wielka szopa właśnie się dopala, i zdecydował, że w tej sytuacji lepiej nie wchodzić w drogę Ottwaldowi von Trettinowi, po czym wrócił do salonu i natychmiast wypił kilka kolejnych kieliszków, aby zapomnieć o grozie widzianej sytuacji.

Hannes także dostrzegł, że inspektor pojawił się na chwilę, i machnął pogardliwie ręką.

– No, na jego wsparcie to już dziedzic nie może liczyć!

Kucharka, która przestała pociągać za sznurek dzwonu i znów pojawiła się wśród czeladzi na dziedzińcu, wykrzywiła lekceważąco twarz.

– Inspektorowi wszystkie siły potrzebne są dla łaskawej pani! Jeśli o nią chodzi, to jest bardzo pracowity!

– Cicho bądź! – upomniał ją surowo Hannes.

Było tajemnicą poliszynela, że matka dziedzica utrzymuje stosunki z inspektorem majątku, ale ponieważ jej syn nie robił niczego, aby zakończyć tę niezręczną sytuację, czeladź zwykle nie ważyła się niczego krytykować. Hannes wzruszył ramionami.

– Zawsze to lepiej, niż gdyby uganiał się za dziewkami – wymamrotał i pobiegł na drogę, która prowadziła ze wsi o tej samej nazwie do majątku Trettin. Dostrzegł, że w szybkim tempie pędziło nią już kilka zaprzęgów.

– Jedzie pompa wodna z Elchbergu, a także straż pożarna z Bladiau. Teraz możemy przynajmniej zabezpieczyć stajnię i pozostałe budynki! – zawołał, rzucił krótkie spojrzenie na szopę, której resztki ciągle jeszcze były pochłaniane przez płomienie, po czym wyszedł na drogę naprzeciw nadjeżdżającej pomocy.

Przywitał parobków z Elchbergu i strażaków oraz polecił im, aby zmoczyli mury i dachy pozostałych budynków, co miało zabezpieczyć je przed deszczem iskier. I wtedy właśnie niebo rozświetliła kolejna, ostatnia już błyskawica, a zaledwie ucichł grzmot, który rozległ się niemal natychmiast, niebo dosłownie otworzyło śluzy i całą okolicę zalało gwałtowne oberwanie chmury. W ciągu kilku chwil wszyscy przemokli do suchej nitki. Rozległ się syk zalewanego deszczem żaru resztek szopy, a gęsty dym o intensywnym zapachu spalonego siana wzniósł się, otaczając majątek nieprzenikliwą, duszącą mgłą.

– Trettin, wierzcie, że przykro mi z powodu tego, co się stało. Ruszyliśmy, jak tylko dostrzegliśmy płomienie. Ale piorun jest szybszy od człowieka! – graf Elchberg, starszy, wychudzony mężczyzna, wyciągnął rękę do Ottwalda von Trettina. Ten jednak klął ordynarnie i nie zwrócił na to uwagi.

– To musi być sprawka diabła! – wrzeszczał, unosząc twarz, jak gdyby chciał oskarżyć niebo.

– Nie diabła, lecz tej wiedźmy! – wybuchnęła jego matka, wskazując Miene, która kuśtykając, zbliżała się właśnie do dworu. Staruszka była tak wychudzona, że wręcz przypominała uschłe drzewo. Jej cienkie, białe włosy kleiły się do głowy, ubranie zaś składało się jedynie z pozszywanych strzępów odzieży. Kiedy kobieta zbliżyła się do pogorzeliska, jej oczy rozbłysły triumfem.

– Popatrz na swoją szopę, Malwino! To kara niebios za ogień, który swego czasu zapłonął w tym samym miejscu! – krzyknęła Miene, wskazując na ceglany dom z łupkowym dachem. Był to dom nauczyciela, służący także jako szkoła. Większość parobków i dziewek pamiętała doskonale, że kiedyś w tym miejscu stał o wiele mniejszy dom pokryty strzechą, pamiętała też nieszczęście, które dotknęło jego mieszkańców.

– Czy nocami słyszysz krzyki ludzi, którzy się tam spalili, kiedy twój mąż podłożył ogień pod ich dom, Malwino? – spytała starucha przenikliwym głosem. – Zamordował własnych krewnych, bo tak dalece opanowały go zawiść i chciwość! I niewiele miałaś z tego korzyści, bo szybko zostałaś wdową! Ale życie nie wymaże tamtej winy. Pan przedstawi ci ostateczny rachunek i nie będzie znał łaski! Zapamiętaj moje słowa, Malwino! Ten ogień to dopiero początek. Nadejdzie dzień, w którym płomienie pochłoną także ciebie, i wówczas znajdziesz się w piekle!

Malwina von Trettin przez kilka chwil słuchała z pobladłą twarzą, ale po ostatnich słowach wyrwała synowi z ręki palcat i ruszyła w stronę starej.

– Ty nędzna wiedźmo! Należałoby zamknąć cię w domu wariatów! Masz nauczkę za to, że śmiesz obrażać mojego zmarłego małżonka i mnie!

Ale chociaż każdemu jej okrzykowi towarzyszyło mocne uderzenie bata, stara kobieta ciągle się śmiała i wskazując dom inspektora, odpowiedziała:

– Nawet jeśli mnie bijesz, nic nie poradzisz na to, że cały świat wie o tym, iż twój mąż był mordercą, a ty jesteś dziwką, w dodatku pijaczką, która uprawia swój niecny proceder tam właśnie!

Szalejąc z wściekłości, Malwina uderzała raz po raz. Stara kobieta stękała z bólu, ale matka dziedzica wykrzykiwała jej prosto w twarz kolejne zarzuty.

Hannes przestępował z nogi na nogę.

– Ona zabije tę starą – wyszeptał do kucharki, ale podobnie jak inni parobkowie nie ważył się powstrzymać Malwiny. Także jej syn przyglądał się całej scenie całkowicie biernie. Znał napady szału swojej matki i nie miał najmniejszej ochoty paść ofiarą jednego z nich. Odwrócił się i jak skamieniały wpatrywał się w zwęgloną szopę, wraz z którą spaliła się większa część zimowych zapasów.

Wreszcie do szalejącej Malwiny podszedł graf Elchberg, chwycił ją za ramię i wyrwał jej z ręki palcat.

– Dosyć już! – nakazał kobiecie. – Pozwól odejść tej starej. Wiesz przecież, że ma nie po kolei w głowie.

Wbrew tym słowom Irmfried von Elchberg wiedział aż za dobrze, że oskarżenia starej kobiety były zgodne z prawdą. Ottokar von Trettin, małżonek Malwiny, rzeczywiście podpalił dom swojej kuzynki i ponosił winę za jej śmierć, a także za śmierć jej męża i czworga z piątki jej dzieci. Świadkiem tego był wówczas stangret Ottokara, który później, kiedy jego pan właśnie dlatego próbował usunąć go z drogi, zastrzelił Ottokara, po czym popełnił samobójstwo. Irmfried von Elchberg wiedział też o romansie Malwiny z inspektorem majątku Trettin. I na miejscu jej syna dawno przepędziłby tego typa – nie tylko z powodu gorszącego wszystkich związku. Bo inspektor był nędznym pijaczyną, niezdolnym do zarządzania tak wielką posiadłością. Ale dzięki Bogu nie była to jego sprawa. Irmfried, nie zaszczyciwszy Malwiny i jej syna jednym spojrzeniem, rzucił na ziemię palcat i zwrócił się do swoich parobków, którzy stali bezczynnie obok pompy. Tu nie było już co robić, bo dzięki pogodzie żaden z budynków majątku nie stanął w płomieniach.

– Chodźcie, ludzie, wracamy do domu. Włożycie suche ubrania, a potem w kuchni dla czeladzi każdy dostanie coś do jedzenia i kufel piwa!

Mówiąc to, Irmfried z uznaniem poklepał po ramieniu każdego z parobków, po czym wskoczył na siodło i ruszył galopem.

Hannes westchnął, patrząc za nim. Graf był takim panem, jakiemu zawsze chciał służyć, ale zrządzeniem niebios Hannes przyszedł na świat w majątku Trettin, a nie Elchberg. Hannes nie odważyłby się wypowiedzieć swojej służby i pytać o pracę w leżącym w sąsiedztwie majątku Elchberg, bo coś takiego widziane było bardzo niechętnie.

III

Kiedy majątek opuścili także strażacy z Bladiau, Hannes przypomniał sobie o wozie z sianem i rozejrzał się dookoła. Drgnął, kiedy zobaczył łąkę – gwałtowna ulewa po prostu spłukała resztę siana do płynącego nieopodal potoku. Po chwili Hannes dostrzegł jakąś postać leżącą na ziemi, która opierała się na jednym ramieniu i rozpaczliwie wymachiwała drugim.

– Ursel! – Hannes zawołał do jednego z parobków, aby ten szedł za nim, i ruszył biegiem. Po chwili obaj dostrzegli także wóz. Woźnicy udało się jakoś schwytać konie i teraz prowadził mokre zwierzęta przez głębokie kałuże wprost w stronę dziedzińca. Wóz stał mocno przechylony i nawet z tej odległości można było dostrzec, że jedna z osi jest złamana.

– Jeszcze i to? – stęknął Hannes, ale zapomniał o zaprzęgu natychmiast, kiedy tylko dobiegł do jęczącej dziewki.

– Co ci się stało? – spytał z troską.

Ursel z początku nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa, a potem wskazała na swoje lewe udo.

– Spadłam z wozu i złamałam nogę – wyjąkała.

– Dobry Boże, tylko nie to! – błaganie Hannesa okazało się daremne, bo nietrudno było dostrzec, że dziewczyna miała nogę wykręconą pod nienaturalnym kątem.

– Potrzebujemy noszy. Biegnij do dworu i je przynieś! – rozkazał parobkowi i ukląkł przy Ursel. Dziewczyna była kompletnie przemoczona i dygotała z zimna.

– Wszystko będzie dobrze, dziewczyno – pocieszył ją i krzyknął do biegnącego już parobka: – Zadbaj o to, aby wezwali doktora!

Ursel chwyciła go za rękę.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Hannes, i zasługujesz na lepszą służbę niż tu w Trettinie – powiedziała, po czym poprosiła nadzorcę, aby włożył jej do ust róg swojej koszuli, który mogłaby zagryźć.

– To tak bardzo boli – wyszeptała przez łzy.

Hannes chciałby jej pomóc, ale jedyne, co mógł zrobić, to podeprzeć górną część jej tułowia, aby dziewczyna nie osunęła się na zalaną deszczem ziemię, i w myślach życzyć posłańcowi, aby jak najszybciej sprowadził pomoc. I wtedy jak znikąd znów pojawiła się Miene – na jej twarzy i ramionach widać było liczne ślady uderzeń bata Malwiny. Starucha szła pochylona bardziej niż zwykle, ale w jej oczach Hannes dostrzegł ponurą radość.

– Młyny boskie mielą powoli, ale myślę, że skutecznie i trafnie – rzekła, zerkając na majątek, gdzie teraz rzucał się w oczy brak wielkiej szopy z wysokim dachem, co sprawiało osobliwe wrażenie.

Hannes potrząsnął głową.

– Jesteś głupia, Miene! Czy musiałaś tak rozdrażnić naszą panią?

– Kord przed śmiercią polecił mi wypominać jej nikczemność. Dlatego jeszcze żyję! I nie umrę, aż ona sama nie sczeźnie wraz ze swoim przychówkiem!

– Dlaczego jej tak nienawidzisz?

– A nie chodziłeś sam do szkoły, do nauczyciela Huppacha? – spytała stara. – To on był zięciem prawdziwego pana na Trettinie! Gdyby nie zasada ordynacji, to po śmierci Wolfharda von Trettina byłby teraz panem w tym majątku! Ale Malwina i jej małżonek Ottokar, siostrzeniec dawnego pana, nie chcieli czekać, aż jego wuj umrze, lecz przy pomocy swoich przyjaciół przed sądem wyzuli go z posiadłości. A potem obawiali się, że Wolfhard von Trettin mógł zapisać córce i zięciowi tę resztkę, którą zdołał uratować, zanim zaczęli kraść. I dlatego Ottokar podpalił dom nauczyciela i wymordował całą jego rodzinę.

– Nie całą – wtrąciła Ursel. – Ponoć jedna córka przeżyła.

Dziewczyna znów jęknęła głośno z bólu.

– Też o tym słyszałem – zgodził się z nią Hannes.

– I tu macie rację! – Stara Miene uśmiechnęła się, odsłaniając niemal bezzębne dziąsła. – Lorze udało się ujść z życiem, a później wyszła za mąż za drugiego siostrzeńca swojego dziadka, młodego pana Fridolina. Co się z nią stało później, nie wiem, bo nie było jej tu od jedenastu lat. Dopóki młody właściciel majątku nie osiągnął pełnoletności, pan Fridolin przybywał tu raz w roku, aby sprawdzić księgi. Ale upłynęło już sporo lat od tamtego czasu. Teraz Malwina i jej syn prowadzą majątek według swojej woli. Ale nie będą już długo cieszyć się zrabowanym dobrem. Pożar szopy to dopiero początek, to jak ognisty język Pana i znak tego, że zemsta jeszcze się nie dokonała!

Wypowiedziawszy te słowa, stara kobieta, kuśtykając, odeszła w stronę lasu, na skraju którego znajdował się stary domek myśliwski dawnego właściciela majątku. Miene zamieszkiwała tam jedną izbę, co chroniło ją przed zamknięciem w zakładzie karnym z przymusem pracy.

Hannes popatrzył za nią w zamyśleniu i potrząsnął głową.

– Gdyby jej wierzyć, to każdy sądziłby, że cały świat składa się z morderstwa i oszustwa.

– Ale to, co mówi, jest prawdą! Moja matka także opowiadała mi, że pan Ottokar podpalił ówczesny dom nauczyciela. – Ursel stęknęła głośno, czując kolejną falę bólu, ale wróciła do tej myśli, gdy tylko poczuła ulgę. – I wierzę w to, że Miene będzie żyć tak długo, aż los pana von Trettin się dopełni. Ona musi być stara jak świat! Moja babka ma prawie sześćdziesiąt lat i mówi, że zaczęła pracować w majątku jako służąca razem z najstarszą wnuczką Miene.

Hannes pokiwał głową w zamyśleniu.

– Słyszałem, że ma prawie sto lat. Mówią, że nasz pastor modli się potajemnie, aby Bóg zabrał ją z tego świata, zanim tyle lat skończy. Inaczej będzie musiał świętować razem z nią! I wówczas przybyłby tu starosta z Heiligenbeil i może nawet sam pan prezydent z Königsberga. I jeśli wtedy Miene mówiłaby to co teraz, doszłoby do strasznego skandalu! Ale na razie zobaczymy, jak nam się uda zabrać cię pod dach.

– Ten pożar to i tak wielka strata dla naszego pana. Ale sam jest temu winien! Powinien był naprawić pompę ostatniej jesieni! – Ursel nie mogła się powstrzymać mimo nieznośnego bólu. Ponownie wbiła zęby w kawałek materiału, który podał jej Hannes.

Nadzorca znów popatrzył na majątek i spaloną szopę. Teraz wyglądało to tak, jak gdyby niebo chciało zadać kłam mrocznym przepowiedniom, bo deszcz ustał, chmury się rozstąpiły i na całą posiadłość padły promienie słońca – jak obietnica lepszych czasów.

– Pan Ottwald przeboleje tę stratę, bo dostanie teraz dużo pieniędzy z ubezpieczenia. Mam tylko nadzieję, że rzeczywiście postawi nową szopę i kupi siano u sąsiadów. Ale jeśli wyda wszystko na zachcianki swoje i matki, to ta posiadłość nie ma przyszłości. Chyba jednak nie będzie tak nierozsądny.

IV

Ottwald von Trettin przebrał się i wszedł do pokojów matki. Także ona miała już na sobie suche ubrania, choć jeszcze nie zdążyła ułożyć włosów. Z zaciętą miną patrzyła przez okno na spaloną szopę, której zwęglone i pokryte wilgocią belki błyszczały w słońcu. Ale matka Ottwalda nie myślała teraz o ich nieszczęściu, lecz o starej kobiecie, której obelgi otworzyły rany dawno minionej przeszłości.

– Miene musi odejść precz! – oświadczyła kategorycznie.

– A jak sobie to wyobrażasz? Domek myśliwski doktora Mütze nie należy do majątku Trettin i ten obłudnik przyznał jej prawo zamieszkiwania tam aż do śmierci. I jak się dowiedzieliśmy, zostało to potwierdzone u notariusza w Heiligenbeil.

Ottwald von Trettin popatrzył na matkę pytająco.

– Czy mam ją dla ciebie zastrzelić, jak ojciec chciał to zrobić ze stangretem?

– Chciałabym, żeby tak było. Ale nie był mężczyzną na tyle odważnym, aby tak postąpić!

Malwina prychnęła z oburzeniem, po czym nalała sobie kieliszek likieru i wypiła wszystko jednym haustem.

– W jakiś sposób zatkam gębę tej gadzinie, nawet gdybym musiała własnoręcznie skręcić jej kark! – dodała, odstawiając kieliszek na stolik ozdobiony intarsjami.

– Mamy w tej chwili naprawdę poważniejsze zmartwienia niż ta szalona starucha. – Ottwald von Trettin także wyjął z kredensu kieliszek. Napełniał go właśnie, kiedy jego matka, stękając, potrząsnęła w odpowiedzi głową.

– To doprawdy cholerne nieszczęście, że spaliła się ta szopa. Powinniśmy byli zgodzić się na propozycję przedstawiciela Berlińskiego Zakładu Ubezpieczeń od Pożarów i podwyższyć sumę ubezpieczenia. I będziemy mogli mówić o szczęściu, jeśli wystarczy pieniędzy na nową szopę. Nowe siano będziesz mógł kupić dopiero wtedy, kiedy sprzedasz część bydła.

Ottwald von Trettin wypił likier, zanim odpowiedział.

– Przykro mi, mamo, ale nie dostaniemy pieniędzy z ubezpieczenia!

Te słowa były dla jego matki jak nagłe uderzenie.

– Co takiego? – spytała.

– Zapomniałem zapłacić składki ubezpieczeniowej.

Ottwaldowi von Trettinowi to wyznanie nie przyszło łatwo, ale nie wahał się zwlekać. Gdyby jego matka dowiedziała się o tym od kogoś innego, byłoby o wiele gorzej.

Malwina była tak przerażona, że zabrakło jej sił na kolejny wybuch wściekłości.

– Ale jak mogłeś… Przecież specjalnie na to wziąłeś pieniądze z kasy!

Jej syn roześmiał się gorzko.

– Chciałem wpłacić tę sumę, ale musiałem koniecznie jechać do Königsberga i wydałem pieniądze na podróż. I potem już o tym nie myślałem.

Było to kłamstwo. Skoro przez tyle lat w majątku nie doszło do żadnego wypadku i wszystko szło dobrze, Ottwald von Trettin sądził, że może zaoszczędzić trochę pieniędzy, nie płacąc składki, i wydał wszystko na swoje potrzeby. Tak też przypuszczała Malwina i spojrzała na syna z wściekłością, niemal tracąc z gniewu panowanie nad sobą.

– Przepuściłeś te pieniądze na głupstwa!

– Tak bym tego nie nazwał. Użyłem ich, aby móc pokazać się odpowiednio do naszego stanu. W hotelu, gdzie musiałem przenocować, zatrzymała się też pewna młoda dama, którą chętnie pojąłbym za żonę – odpowiedział Ottwald spokojnie.

– A czym takim nadzwyczajnym odznaczała się ta dama? Urodą czy…

– Pieniędzmi! – przerwał swojej matce młody mężczyzna. – To bardzo bogata dziedziczka, ale niestety okazało się, że zaręczona. Kiedy się o tym dowiedziałem, szampan był już wypity.

Malwina nie bez słuszności sądziła, że nie skończyło się tylko na szampanie. Jej syn prawdopodobnie zapraszał młodą damę do najdroższych restauracji w Königsbergu i wydawał pieniądze nie tylko tam. Pod tym względem był dokładnym przeciwieństwem jej zamordowanego małżonka, którego charakteryzowała duża doza skąpstwa. Ale w tym momencie nie to było ważne.

– Za co chcesz więc teraz postawić nową szopę i kupić siano, aby nasze bydło mogło przetrwać zimę? – spytała lodowato.

Jej syn wykrzywił twarz w grymasie.

– Nie mam pojęcia. Cieszyłbym się, gdybyśmy mogli w tym roku choćby spłacać odsetki, które na nas ciążą. Ale teraz nawet tego nie jestem w stanie zrobić!

– To musisz porozmawiać z twoimi bankierami, aby obniżyli ci odsetki i dali nowy kredyt.

Ottwald von Trettin roześmiał się kpiąco.

– Panowie bankierzy nawet mnie już nie przyjmują, tylko udają, że ich nie ma, kiedy się u nich zjawiam. Jesteśmy niewypłacalni, kochana mamo.

– Ale coś przecież musisz zrobić!

– Miałem nadzieję, że przetrwamy jakoś ten rok i w następnym będziemy mogli znów wziąć kredyt. Ale to już niemożliwe. Jesteśmy skończeni, droga mamo! Jeśli nie chcemy, aby Trettin poszedł pod młotek, muszę pojechać do Berlina i poprosić wuja Fridolina o pieniądze. A ponieważ upadek majątku zaszkodziłby także jego dobremu imieniu, nie pozostanie mu nic innego, niż mnie wesprzeć.

– Nie pojedziesz do tego łotra! – krzyknęła Malwina. – Ten przeklęty Fridolin i jego żona Lora sami odpowiadają za nasze nieszczęście! Chciałabym, aby oboje umarli!

– Już kiedyś daremnie próbowałaś do tego doprowadzić – odpowiedział jej syn niewzruszenie. – A dziś cieszę się, że twój plan się nie powiódł. Bo kogoś, kto nie żyje, nie mógłbym prosić o pieniądze.

Malwina uniosła się gniewem.

– O nic nie będziesz prosił Fridolina! Wszystko, co on osiągnął, a także to, kim jest, zawdzięcza pieniądzom, którego jego przeklęty wuj wyciągnął z naszego majątku i wetknął swojej wnuczce! Złożymy na niego doniesienie i zażądamy, aby oddał nam tę sumę wraz z odsetkami. I wtedy nasza posiadłość rozkwitnie! Jutro natychmiast pojedziesz do Königsberga do naszego adwokata i…

– Moja droga mamo, iść w ślady własnych urojeń to najlepsze, co można robić wobec czekającego nas upadku. Jeśli zaskarżymy Fridolina i jego małżonkę, z pewnością przypomną sobie, że zapisany w ustawie rodzinnej posag dla córki, względnie, jak w tym wypadku, wnuczki ordynata w razie przejścia majątku na inną gałąź rodziny, nigdy nie został wypłacony. Jeśli Fridolin zażąda od nas tej sumy wraz z odsetkami, to będziemy mogli od razu podarować mu cały majątek. Nie będzie nam wówczas pozostawało nic innego.

Malwina słuchała wywodów syna z rosnącym oburzeniem. Nienawiść do Fridolina i jego żony Lory opanowała nawet jej sny. A teraz sama myśl o tym, że krewni mogliby jednym pociągnięciem pióra wygnać ją z majątku, doprowadziła ją do takiej pasji, że chwyciła butelkę z likierem i cisnęła nią o ścianę. Butelka rozbiła się z głośnym brzękiem, a gęsty likier rozprysnął się po całym pomieszczeniu.

Ottwald von Trettin wytarł chusteczką kilka kropel, które spadły też na jego twarz.

– Nie powinnaś się tak ekscytować, droga mamo, lecz pomyśleć o tym, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji – powiedział spokojnie.

– Stało się tak z powodu pieniędzy, które stary Trettin ukradł z naszego majątku i zapisał swojej wnuczce! – warknęła z wściekłością.

– Więcej opanowania, droga mamo! Twoje ataki wściekłości może robiły jakieś wrażenie na ojcu, ale jeśli chodzi o mnie, jest to marnotrawstwo energii. Przestudiowałem dokładnie księgi majątku. Wolfhard Nikolaus von Trettin, dziadek Lory, może nie robił wszystkiego, aby majątek funkcjonował najlepiej jak się da, ale w żadnym wypadku nie zabrał z kasy owych bajecznych sum, które wymyśliłaś sobie w swojej fantazji. Kiedy mój ojciec przejął dobra, wszystko było w stabilnym, dobrym stanie i tak mogłoby być nadal, gdybyś nie skłoniła naszego inspektora, aby zaczął fałszować księgi i przekazywał ci większą część zdefraudowanych sum. Dzięki nim właśnie mogłaś odgrywać w Berlinie rolę wielkiej damy i wtykać sporo pieniędzy do kieszeni twojego ówczesnego kochanka.

Malwina uznała oskarżenie syna za tak bezwstydne, że uniosła rękę, aby wymierzyć mu siarczysty policzek. Ale Ottwald uchylił się zręcznym ruchem i skrzyżował ramiona na piersiach.

– Taka jest prawda, droga mamo! Zawsze kiedy wujek Fridolin zarządzał coś, co miało poprawić wydajność majątku, inspektor na twoje polecenie wykonywał tylko część tego, co nakazywał wuj, a resztę pieniędzy defraudował. Musisz zrozumieć, że mnie jako dziedzicowi i spadkobiercy ojca coś takiego nie może się podobać.

– Ale mówisz tak, jak gdybym wyłącznie ja była winna naszej wstydliwej sytuacji! – zawołała Malwina z oburzeniem. – I zapominasz, że także ochoczo wyciągałeś rękę po pieniądze, bo kieszonkowe, które przyznał ci Fridolin, było twoim zdaniem za niskie! I od kiedy prowadzisz majątek, też nie żyjesz zbyt oszczędnie.

– Mógłbym sobie na to pozwolić, gdybyś nie pozbawiła majątku tak dużej sumy – odparł jej syn niewzruszenie. – Dlatego będziesz musiała zgodzić się na to, abym poprosił wuja Fridolina o pieniądze. A on w trosce o czystość własnego nazwiska będzie musiał sprostać moim żądaniom.

Ottwald von Trettin uśmiechnął się z takim zadowoleniem, jak gdyby zupełnie zapomniał o spalonej szopie. Kusiły go nie tylko pieniądze krewnego, który mieszkał w Berlinie i był bogatym bankierem, lecz także sama podróż. W porównaniu ze stolicą cesarstwa Königsberg był jedynie prowincjonalną dziurą i Ottwald zakładał, że Berlin oferuje o wiele więcej szans zdobycia ręki jakiejś bogatej dziedziczki.

Malwina zrozumiała, że nie zdoła odwieść syna od jego zamiarów, chwyciła w kolejnym napadzie szału cenną chińską wazę, która od kilku pokoleń stanowiła istotną część posiadłości majątku Trettin, i także nią cisnęła o ścianę.

– W przyszłości powinnaś zaniechać czegoś podobnego, droga mamo – zganił ją syn. – Tę wazę mogliśmy dobrze sprzedać. I tak będziemy musieli zbyć sporo rzeczy, abym mógł zgromadzić pieniądze na podróż do Berlina. Jako Trettin z Trettina nie mogę pokazać się tam jak jakiś wieśniak z prowincji.

V

Lora von Trettin zmarszczyła czoło, widząc, że komtesa Nathalia już trzeci raz tańczy z podporucznikiem von Bukowem, tym razem był to nawet walc. Bukow był wprawdzie eleganckim oficerem i doskonałym tancerzem, ale w oczach Lory nie wydawał się wymarzonym kandydatem do ręki jej przyjaciółki. W mundurze, ze starannie przystrzyżonym wąsem wyglądał świetnie, potrafił też być znakomitym partnerem do rozmowy, Lora jednak słyszała już o co najmniej kilku barwnych historiach podporucznika związanych z kobietami. Podobno zalecał się do niejednej dziedziczki.

I kiedy Lora zastanawiała się, jak ma wyperswadować Nathalii jej upodobanie do osoby przystojnego oficera, niespodziewanie dobiegły ją skierowane wprost do niej słowa.

– Droga grafini Trettin, przeszła pani samą siebie, organizując tę uroczystość. Ale czy nie sądzi pani, że komtesa Nathalia jest zbyt uprzejma w stosunku do podporucznika von Bukowa?

Lora odwróciła się i zobaczyła przed sobą Rodegard von Philippstein – korpulentną matronę, która przybyła do Berlina po to, aby znaleźć odpowiedniego narzeczonego dla swej najstarszej córki. Właśnie dlatego Lora wiedziała, jak należy rozumieć tę uwagę. Pani von Philippstein była najwyraźniej bardzo zainteresowana młodym mężczyzną. Nawet jeśli Bukow nie uchodził za bogatego, to ponoć miał znakomite perspektywy na to, aby zostać dziedzicem swego niesłychanie bogatego dziadka, grafa Grimberta von Nehlena.

Lora popatrzyła na damę z wystudiowanym, starannie przećwiczonym przed lustrem uśmiechem.

– Droga pani von Philippstein, podporucznik von Bukow jest znakomitym tancerzem. Czy pani także tak uważa? Dlatego nie ma dla mnie nic dziwnego w tym, że Nathalia lubi z nim tańczyć. A przecież pani córka Gottlobina też już po raz drugi pozwoliła się mu zaprosić do tańca i słyszałam, że podporucznik zamierza zrobić to po raz trzeci.

– Miejmy nadzieję – wymamrotała Rodegard von Philippstein i w ten sposób nieświadomie zdradziła swoje plany. Lora raz jeszcze uśmiechnęła się do niej uprzejmie i cofnęła się, zostawiając tę tak niemiłą kobietę samą. A Lora dzięki tej krótkiej rozmowie była już zdecydowana zmyć głowę przyjaciółce jeszcze tego samego wieczoru. Choć niestety nie znała żadnego młodego mężczyzny, którego mogłaby polecić jako poważnego kandydata na męża.

– Cóż takiego zepsuło ci humor, moja droga? – usłyszała pytanie swojego męża.

– Ach, tylko osoba pewnego podporucznika, który zbyt natarczywie zaleca się do Nathalii – odpowiedziała Lora i wyznała po chwili, że tak naprawdę zdenerwowała ją pani Rodegard von Philippstein. – Wyobraź sobie, że ona robiła mi wyrzuty, bo Nati już trzeci raz tańczy z von Bukowem. A biłaby brawo, gdyby on przez cały wieczór patrzył tylko na Gottlobinę. Mój Boże, jak można dać dziecku takie imię? Gdybyś żądał ode mnie, abym nazwała tak córkę, to poważnie zastanawiałabym się, czy nie wystąpić o rozwód.

Lora potrząsnęła z oburzeniem głową, a Fridolin roześmiał się cicho.

– To przekleństwo tradycji, moja droga. W dzisiejszych czasach nie powinnaś na ulicy głośno wołać do mnie Wilhelm albo Friedrich! Za takie coś mogłabyś zostać stratowana.

– Ja w każdym razie życzę Gottlobinie von Philippstein sukcesów w staraniach o podporucznika von Bukowa. Nathalia powinna jednak zostawić tego mężczyznę w spokoju.

– Nie wierzę, żeby on to zrobił. Nathalia jest w końcu niesłychanie bogatą dziedziczką. Nawet jeśli on nie musi teraz zaciskać pasa, to taka dziewczyna stanowi dla niego dużą pokusę, zwłaszcza że Nati jest w dodatku wyjątkowo śliczna, a Gottlobina przy niej bardzo niepozorna. Musimy tylko zwracać uwagę, aby wszystko odbywało się w stosownych ramach. Przypomnij sobie tego młodego studenta, który rok temu chciał namówić Nati, aby z nim uciekła. Chłopak poniósł niezłe wydatki, żeby załatwić dorożkę i jeszcze parę innych rzeczy. I kiedy przyjechał ze wszystkim na miejsce spotkania, to czekał na niego Johann z wiadomością, że komtesa się rozmyśliła i chce jeszcze poczekać kilka lat, zanim zdecyduje się na stan małżeński.

Na twarzy Lory pojawił się cień uśmiechu. Rozczarowany adorator napisał wprawdzie w liście do Nathalii, że złamała mu serce, ale w gruncie rzeczy była to niewinna zabawa. Ale jeśli chodzi o Bukowa, to wyglądało to inaczej. Oficerowie tacy jak on nie pozwalali sobie na to, aby odprawiano ich tak łatwo.

– Jeszcze dziś wieczorem porozmawiam z Nati i wyjaśnię jej, że nie wolno jej łudzić Bukowa. – Lora oparła się poufale o męża. – A co z tobą? Pójdziemy po balu razem do łóżka?

Fridolin potrząsnął z żalem głową.

– Dohnke i Grünfelder zapowiedzieli już, że jeszcze dziś wieczorem muszą pomówić ze mną o ważnych interesach. Chodzi o znaczne sumy i może to potrwać dłużej.

– Ale pewnie nie będziesz im towarzyszył, jak jeszcze gdzieś pójdą?

Fridolin miał wrażenie, że w głosie Lory usłyszał zazdrość. A przecież naprawdę nie było ku temu podstaw. Mężczyźni tacy jak Grünfelder i jego zięć co prawda odwiedzali okazyjnie domy publiczne w rodzaju Le Plaisir, szukając tam odprężenia. On tego jednak nie potrzebował. W zadumie popatrzył na ukochaną żonę i pomyślał nie po raz pierwszy, że z upływem lat jest coraz piękniejsza. Choć urodziła dwoje dzieci, była ciągle szczupła, ale mimo to nie musiała podkreślać biustu za pomocą owych cudownych gorsetów, jakie ostatnio polecały gazety. Lora miała ciągle dziewczęcą twarz, nawet jeśli tak jak teraz pojawiał się na niej wyraz zamyślenia. Elegancko ułożone włosy w ostatnich latach stały się trochę ciemniejsze, ale błyszczały jak bursztyn w świetle świec, które Fridolin wolał od oświetlenia elektrycznego. A już jeśli chodziło o garderobę Lory, to młoda kobieta miała znakomity gust.

– Chciałabym się dowiedzieć, o czym właśnie myślisz – Lora trąciła w bok Fridolina i wyrwała go z zamyślenia. Ten ścisnął w odpowiedzi jej rękę.

– Myślałem właśnie o tym, jak bardzo muszę być szczęśliwy, pojąwszy cię za żonę. Jesteś piękna!

– Coś takiego miło jest słyszeć, nawet od własnego męża. – Lora była zdania, że ona także nie ma powodu się uskarżać, bo Fridolin wyglądał znakomicie i również ubierał się stylowo i elegancko. Co prawda nosił taką samą krzaczastą brodę jak następca tronu Friedrich, podczas kiedy jego kompan Emil von Dohnke, podobnie jak podporucznik von Bukow, preferowali starannie przystrzyżone wąsy, co stało się modne za sprawą księcia Wilhelma, syna następcy tronu. Ale Lora zdążyła się już przyzwyczaić do brody swojego małżonka. A poza tym jej przyjaciółka Mary Benecke mawiała, że dzięki brodzie Fridolin sprawiał wrażenie człowieka niezwykle rzetelnego i solidnego, a to jako bankierowi odnoszącemu liczne sukcesy było mu bardzo potrzebne.

– Wydaje mi się, że taniec dobiegł końca. – Słysząc słowa męża, Lora się odwróciła.

Adolar von Bukow właśnie ukłonił się elegancko przed Nathalią i prowadził ją do Lory, która widząc to, z zadowoleniem stwierdziła, że jej podopieczna podała młodemu oficerowi na pożegnanie zaledwie czubki palców.

– Łaskawa pani! – Na twarzy podporucznika von Bukowa pojawił się zniewalający uśmiech, któremu kobiety rzadko kiedy mogły się oprzeć. Oficer ukłonił się teraz przed Lorą.

– Dziękuję panu, podporuczniku, że zwraca mi pan moją protegowaną w nienaruszonym stanie. – W uśmiechu Lory brakowało ciepła, którego spodziewał się von Bukow, a w dodatku żona Fridolina, nie czekając na odpowiedź oficera, zwróciła się do Nathalii:

– Wyglądasz na rozgrzaną, moja droga. Powinnaś zrezygnować z tańców w pozostałej części wieczoru.

– To byłoby okrutne, łaskawa pani! – zawołał Bukow. – Miałem nadzieję, że wolno mi będzie zaprosić panienkę do ostatniego tańca.

– Niestety, nie dostąpi pan tej przyjemności. – Mina Lory nader wymownie świadczyła o tym, że podporucznik tego dnia nie powinien liczyć na żaden sukces. Oficer ukłonił się ponownie i spytał, czy wobec tego wolno mu będzie się pożegnać.

– Mam nadzieję, że zostanie pan jeszcze. Panna von Philippstein nie znalazła żadnego kawalera na następny taniec. – Na ustach Lory pojawił się kpiący uśmiech, kiedy mówiła te słowa, a von Bukow, słysząc je, westchnął z rezygnacją i podszedł do Gottlobiny.

Lora i Nathalia zostały na chwilę same.

– Co właściwie masz przeciwko Bukowowi? – spytała dziewczyna.

Lora wiedziała, że może rozmawiać z Nathalią otwarcie.

– Ma na koncie zbyt wiele historii z kobietami i towarzyszących temu skandali! A poza tym uważam go za łowcę posagów i robi to tak gorliwie, że mam wrażenie, iż nie będzie spadkobiercą swojego wuja.

– Jest jeszcze dwóch konkurentów, ale podporucznik sądzi, że pozbędzie się ich obu z łatwością. Gdyby tak się stało, to pan von Bukow byłby dobrą partią także dla komtesy Retzmann – oświadczyła bez namysłu Nathalia.

Lora miała wrażenie, że się przesłyszała.

– Chyba nie zakochałaś się w von Bukowie?

– Co to znaczy zakochała? O czymś takim można przeczytać tylko w powieściach. Sprawdzam po prostu, czy ci panowie, którzy starają się o moją rękę, odpowiadają moim wymaganiom. Jeśli tak, to zastanowię się, który będzie najlepszym kandydatem na męża. Za Bukowem przemawia kilka powodów, choć nie jest ich tyle co trzeba. Nawiasem mówiąc, spędza wakacje w majątku swojego bogatego wuja, razem z oboma konkurentami, czego się ku swemu niezadowoleniu dowiedział. I chciałby, abym go tam odwiedziła. Z pewnością nie masz nic przeciwko temu, że przyjęłam to zaproszenie w imieniu nas obu. To tylko dziesięć kilometrów od mojego majątku, a podróż będzie przyjemną popołudniową wycieczką. – Nathalia ćwierkała jak ptaszek i najwyraźniej cieszyła ją perspektywa tego wyjazdu.

Sympatia Lory do von Bukowa w tym momencie wyraźnie zmalała. Jak w ogóle mógł wpaść na pomysł, aby zapraszać do siebie jej podopieczną! W końcu nie był właścicielem tego rycerskiego majątku, a jedynie ewentualnym przyszłym spadkobiercą, choć być może czuł się z tego powodu kimś lepszym od swoich konkurentów. Ale Lora zaniechała dalszej krytyki, bo dobrze znała Nathalię. Wiedziała, że jeśli jej czegoś zabroni, to jej słowa będą dla dziewczyny wręcz wyzwaniem i zachętą, aby postąpić dokładnie wbrew temu.

– A więc dobrze, obejrzyjmy sobie ten majątek. W końcu musisz się przekonać, czy będzie on stosowny dla komtesy Retzmann.

– Też tak uważam! – uśmiechnęła się do niej Nathalia, przy czym zauważyła kolejnego młodego oficera, który szedł prosto w jej kierunku, i westchnęła. – Zupełnie zapomniałam, że obiecałam jeden taniec kapitanowi Gierkemu. Gdybyż on tylko nie był tak nudny.

Mimo tych słów dziewczyna skinęła oficerowi przyjaźnie głową i podała mu rękę. I kiedy, opierając się na jego ramieniu, wirowała w tańcu na parkiecie, zdaniem Lory wcale nie sprawiała wrażenia, że nudzi się w towarzystwie Gierkego. Kilkakrotnie roześmiała się głośno, słysząc jego komplementy, co kobietom takim jak Rodegard von Philippstein mogło wydać się zbyt swobodne.

– Wszystko wskazuje na to, że mam przed sobą sporo pracy, jeśli chodzi o wychowanie Nati – westchnęła Lora.

W następnej chwili znalazła się w towarzystwie Wilhelminy von Dohnke, małżonki Emila, który był wspólnikiem Fridolina. Prowadziła uprzejmą rozmowę z żoną bankiera i jednocześnie rozglądała się dyskretnie za swoim mężem. Ale wszystko przemawiało za tym, że przebywał już w jednym z pokojów wraz ze swymi partnerami od interesów i w związku z tym to jej przypadła przyjemność zakończenia wieczoru i pożegnania towarzystwa.

VI

Fridolin von Trettin zaczekał, aż służący postawi na stole przygotowane cygara, likier i opuści pokój, po czym popatrzył pytająco na Emila von Dohnkego i jego teścia.

– A teraz powiedzcie, panowie, co wam leży na sercach. Bo widząc wasze miny, można by przypuszczać, że zawaliło się pół banku.

– To akurat nie – odpowiedział Dohnke. – Ale sprawa jest bardzo niepokojąca. Chodzi o bardzo wysoki kredyt udzielony pewnemu panu, który dotychczas był klientem solidnym i godnym zaufania.

– Czy to oznacza, że już taki nie jest?

– Niestety tak – przyznał stary bankier. – Udzielałem temu panu już przed laty wielu kredytów i nie spodziewałem się niczego złego, kiedy ubiegłego roku poprosił o kolejny. Oferowane zabezpieczenia wydawały się niewątpliwe i nie budziły żadnych obaw.

Dohnke poparł swojego teścia.

– Ten pan jest właścicielem jednego z największych majątków w pobliżu Bremy i w celu przerobu swoich produktów chciał otworzyć fabrykę konserw. Przyszłe zyski wydały nam się dostatecznie wysokie, aby móc przyznać kolejny kredyt. Kilka tygodni temu właściciel przysłał do nas swojego syna i polecił mu zawiadomić nas, że pojawiły się pewne problemy, z którymi jednak będzie w stanie się uporać. Oczywiście potrzebował kolejnych pieniędzy, aby sytuacja się nie zaogniła. Jako zabezpieczenie zaoferował nam dziedziczną biżuterię swojej rodziny.

– Ciągle nie rozumiem, co w tym złego – wtrącił Fridolin.

– Otóż ta biżuteria jest fałszywa! – August Grünfelder zdobył się na to wyznanie z wyraźną trudnością.

– Czy panowie nie oddaliście jej przedtem do wyceny? – spytał zaskoczony Fridolin.

– Oczywiście, że oddaliśmy! I to do jubilera cieszącego się najlepszą opinią. I w drodze stamtąd do naszego banku musiała zostać zamieniona. Aby teraz ustalić, w jaki sposób to się mogło stać, zatrudniliśmy detektywa. Zleciłem mu też ustalenie miejsca pobytu tego klienta.

– A więc ten klient w dodatku zniknął! – Fridolin nie oczekiwał niczego innego po opowieści Grünfeldera.

– Tak, zniknął. I zostawił ogromne długi! – Emil von Dohnke zacisnął mimowolnie dłonie w pięści, ale nie bardzo miał na czym ani też na kim wyładować gniewu.

– A jak wobec tego wygląda sprawa zabezpieczeń? – dopytywał się Fridolin.

– Źle! Mówiąc dokładnie: bardzo źle! Ten mężczyzna oprócz nas oszukał jeszcze cztery banki, i to na ogromne sumy. Sprawa traktowana jest oczywiście z odpowiednią dyskrecją. – Dohnke potarł czoło i jednym haustem wypił koniak, nie rozkoszując się w ogóle jego aromatem.

To wszystko mocno dało mu się we znaki, pomyślał Fridolin, ale był teraz zbyt zaaferowany, aby okazać współczucie.

– To wszystko było chyba traktowane ze zbyt daleko posuniętą dyskrecją, skoro aż do tej pory nie dane mi było o niczym się dowiedzieć!

Dohnke rozłożył ręce w geście bezradności.

– Dobry Boże, myśleliśmy, że to będzie kredyt, jakiego może udzielić każdy z nas. Pan był w tym czasie w Anglii i nie widzieliśmy powodu, dla którego mielibyśmy do pana telegrafować. W chwili pańskiego powrotu sprawa była już zamknięta i zdaliśmy się na ekspertyzę jubilera.

– Na ile pewny był waszym zdaniem ten człowiek?

– Całkowicie pewny! To przecież on zwrócił nam uwagę na oszustwo. Inny bank, który także otrzymał biżuterię od barona Klingenfelda, chciał ją sprzedać, kiedy minął termin spłaty krótkoterminowego kredytu, a wpłaty nie było. Aby zmaksymalizować zysk, bank dał biżuterię do ekspertyzy do tego samego jubilera, który sporządzał ekspertyzę także dla nas. A on bez trudu odkrył fałszerstwo i przypomniał sobie przy okazji, że oszust przekazał nam jako zabezpieczenie dokładnie tę samą biżuterię. Kiedy otworzyliśmy sejf i zaprezentowaliśmy mu to, co otrzymaliśmy, od razu stwierdził, że także otrzymaliśmy falsyfikaty. Wygląda na to, że Richard von Klingenfeld bądź jego syn Anno wzięli ostatni kredyt z zamiarem oszustwa.

Wyjaśnienia Dohnkego brzmiały logicznie, Fridolin zadawał sobie jednak w duchu pytanie, dlaczego obaj jego wspólnicy postanowili powiedzieć mu to wszystko teraz, tak późnym wieczorem. Poza tym irytował go fakt, że aż do tej chwili nie powiedziano mu o sprawie ani słowa.

– Powinniście byli panowie poinformować mnie o wszystkim najpóźniej w chwili, kiedy oszustwo wyszło na jaw – zganił swoich partnerów.

– Rozważaliśmy to, ale myślałem, że będę mógł sam załatwić tę sprawę. Dziś jednak okazało się, że to nie będzie możliwe. Dlatego właśnie chcieliśmy koniecznie porozmawiać z panem.

Nietrudno było zauważyć, że Grünfelder ma wyrzuty sumienia, ale Fridolin nie chciał, żeby wszystko uszło mu tak łatwo na sucho.

– Czy wobec tego nie można było poczekać ze sprawą do jutra rana? Mogliśmy to wszystko omówić spokojnie w biurze.

– Czas nagli bardziej, niż pan myśli – wyjaśnił Dohnke. – Chodzi o ostatnie zabezpieczenie, którym dysponujemy, a jest to hipoteka majątku Klingenfeld oraz częściowo zbudowana już fabryka konserw. Jeśli sami do poniedziałku nie zajmiemy tej posiadłości, to niestety jedno i drugie pójdzie pod młotek. Wówczas do straty spowodowanej fałszywą biżuterią dodać trzeba będzie większą część poprzedniej, którą stanowią rzekomo pewne kredyty.

– Ufałem baronowi Klingenfeldowi i liczyłem, że mimo pewnych problemów będzie mógł dopełnić swoich zobowiązań. Dlatego też wyznaczyłem mu kolejne terminy spłat. Ale pozostali kredytodawcy, na których zabezpieczenia składają się inne majątki barona, wnieśli już o egzekucję. Jeśli nie będziemy działać szybko, pod młotek pójdzie też dwór wraz z innymi wiejskimi przyległościami, a zapewne pan rozumie, co to będzie oznaczać dla nas.

W głosie Grünfeldera słychać było rozpacz i Fridolin doskonale zdawał sobie sprawę, co czuje stary bankier. Podczas przymusowej licytacji rzadko udawało się osiągnąć faktyczną cenę. Bardziej prawdopodobne, że ktoś nabędzie majątek za ułamek jego prawdziwej wartości. Fridolin chciał, aby straty banku były jak najmniejsze, zaczął więc pytać o szczegóły. Dohnke wyjaśnił je z takim pośpiechem, jak gdyby wyuczył się wszystkiego na pamięć. Zięć Grünfeldera wyciągnął nawet kilka kartek z wewnętrznej kieszeni kamizelki, na których zanotował wielkość, prawdopodobną wartość majątku, jak też jego położenie.

– Doprawdy godny pożałowania jest fakt, że Klingenfeld nie leży w pobliżu Berlina. Tu łatwo znaleźlibyśmy barona zajmującego się przemysłem, który byłby zainteresowany odpowiednią posiadłością na wsi.

– Ale Klingenfeld leży niecałe osiem mil niemieckich od Bremy, a nawiasem mówiąc: niedaleko od dworu pańskiej protegowanej Nathalii – dodał August von Grünfelder, chcąc uzupełnić słowa zięcia.

Fridolinowi przemknęło przez głowę, że obaj zachowują się tak, jak gdyby chcieli zachęcić wahającego się klienta do kupna jakiegoś towaru. Zanim jednak odpowiedział, Dohnke zaczął kontynuować wyjaśnienia.

– Ani mój teść, ani ja nie możemy przejąć majątku, a więc musimy znaleźć kupca. A ceny wiejskich posiadłości w ostatnich latach bardzo spadły i ponieślibyśmy ogromną stratę. Dlatego pomyśleliśmy, że może pan mógłby…

A więc wyszło szydło z worka, pomyślał Fridolin. Ponieważ Grünfelder podpisał umowy z tym klientem na własną odpowiedzialność, jego zadaniem byłoby wyrównać większą część straty ze swojego wkładu w banku. Ale wówczas udział seniora znacznie by spadł, a on sam znalazłby się w efekcie zaledwie na pozycji pierwszego dyrektora. Fridolin przez chwilę miał ochotę, aby zaryzykować i doprowadzić właśnie do tego. Wolał jednak dalej współpracować z pełnym zaufaniem z Grünfelderem i Dohnkem. Ale czy był to wystarczający powód, aby kupować tak olbrzymią posiadłość?

– Wiecie, panowie – odpowiedział przeciągle – że też nie urodziłem się w rodzinie bogaczy, tylko jako syn żołnierza.

– Ale pochodzi pan z rodziny wiejskiej szlachty i dlatego potrafi pan ocenić, czy ktoś chce panu wmówić, że X to to samo co Y. A poza tym mój teść i ja ponieśliśmy już większe straty z powodu fałszywej biżuterii. Gdybyśmy teraz musieli jeszcze zatrzymać ten majątek, nie moglibyśmy już wyłożyć sumy koniecznej do tego, aby wesprzeć bank – tłumaczył Dohnke, którego głos lekko drżał ze zdenerwowania.

– I to nie jest tak, że będzie pan musiał od razu zapłacić całość sumy za tę posiadłość – wszedł w słowa zięcia Grünfelder. – Myśleliśmy o płatnościach rozłożonych na dziesięć lat, oczywiście bez odsetek, a poza tym pańskie udziały wzrosłyby o pięć procent.

Fridolin raz jeszcze zerknął na kartkę z informacjami na temat majątku i odetchnął głęboko. Chociaż wychowywał się w Berlinie, to na tyle często odwiedzał swojego wuja w jego majątku w Prusach Wschodnich, że znalazł upodobanie w życiu na wsi. I dawno już rozważał kupienie małej wiejskiej posiadłości w okolicy Berlina, gdzie Lora i dzieci mogłyby spędzać wakacje. Ale czym innym było kupienie posiadłości liczącej dwadzieścia, może trzydzieści morgów, a czym innym nabycie majątku tak wielkiego jak Klingenfeld. Choć z drugiej strony Fridolin wiedział, że trudno mu będzie nie zgodzić się na nalegania swoich partnerów. I gdyby nabył całą posiadłość, to straty Grünfeldera i Dohnkego byłyby mniejsze o ponad połowę, wartość jego wkładów wzrosłaby zaś o pięć procent.

– Powinniśmy to wszystko jeszcze rozważyć, panowie. Pozwolicie, że obejrzę sobie Klingenfeld, zanim podejmę jakąkolwiek decyzję – odpowiedział.

– Ale musimy do poniedziałku dać znać, czy majątek będzie licytowany. – Dohnke chciał powiedzieć coś jeszcze, jego teść go jednak powstrzymał.

– Pan von Trettin ma rację. Tylko wtedy, gdyby był kiepskim człowiekiem interesu, zdecydowałby się natychmiast. Oświadczymy w sądzie, że sami przejmiemy ten majątek. Gdyby pan von Trettin jednak się nie zdecydował, to osobiście poniosę tego konsekwencje, a także straty.

Fridolin popatrzył na wyraźnie rozsierdzonego starego człowieka i poczuł litość. Ale w interesach tego rodzaju uczucia były tylko przeszkodą, oświadczył więc, że przystaje na takie rozwiązanie.

VII

Lora pożegnała ostatniego gościa i rozejrzała się po pustej sali, ciągle jeszcze tonącej w ciepłym świetle świec. Parkiet błyszczał w złotych odcieniach, a w delikatnym wzorze na tapetach odbijał się blask świec. Umeblowanie salonu stanowiły jedynie wygodne fotele dla babć, które chciały się przyglądać, jak tańczą ich wnuczki. Do dyspozycji tych, którzy nie tańczyli, przygotowane były trzy kolejne pokoje. W najmniejszym panowie mogli zapalić cygaro i wypić koniak, w kolejnym damy mogły cieszyć się rozmową przy lekkim winie, w trzecim zaś podano przekąski, które Lora nabyła w najlepszych delikatesach Berlina.

– Nie jesteś zadowolona z tego wieczoru? – spytała Nathalia, widząc zamyśloną twarz swojej mentorki i przyjaciółki.

Lora odwróciła się w jej stronę z uspokajającym gestem.

– Ależ jestem! Przecież to była piękna uroczystość!

Mówiąc to, Lora patrzyła badawczo na dziewczynę. Ona sama jak na kobietę była dość wysoka, a Nathalia sięgała jej zaledwie do podbródka i w swojej białej sukni wieczorowej przypominała leśnego elfa. Ale Lora wiedziała dobrze, że w falbanach z drogiego jedwabiu krył się raczej kobold niż elf.

– A ty? Dobrze się bawiłaś? – spytała.

– Może być. Ludzie są przeważnie śmiertelnie nudni, niesłychanie zarozumiali i potwornie głupi.

Osąd Nathalii mógł się wydać surowy, ale Lora przyznała w duchu, że jeśli chodzi o każdego z jej gości, to przynajmniej jeden z tych punktów był trafny. A niektórych dotyczyły wszystkie trzy. Lora zachichotała i wskazała na jeden ze świeczników, którego światło rozjaśniało salę.

– Wkrótce będzie nam potrzebne światło elektryczne, jeśli wśród naszych gości nie chcemy uchodzić za staromodnych. A w Berlinie nikt nie chce mieć takiej opinii.

– Lubię światło świec o wiele bardziej niż to z tych śmiesznych żarówek – odparła Nathalia, marszcząc nos.

– Nie chodzi o to, co nam się podoba, tylko o to, co jest modne.

– Och! Ja trzymam stronę jego wysokości króla Wilhelma, który też nie ceni tych nowoczesnych ozdóbek. Przecież ciągle jeszcze każe sobie sprowadzać z hotelu de Rome wannę, kiedy chce się wykąpać!

Nathalia się roześmiała. Była od dawna przyzwyczajona do własnej łazienki i taka postawa wydała jej się archaiczna.

Lora zachichotała, wyobrażając sobie, jak to cesarska wanna w asyście wojska jest wieziona z hotelu do pałacu i z powrotem, ale odpędziła szybko tę myśl, bo właściwie chciała omówić coś ważniejszego. I choć wiedziała, że jej młoda przyjaciółka na pouczenia reagowała z najwyższą niechęcią, to ta sprawa wydawała jej się zbyt istotna.

– Mam nadzieję, że nie myślisz poważnie o tym, aby zachęcać do starań o twoją rękę podporucznika von Bukowa. To nie byłby dobry mąż dla ciebie.

Nathalia w odpowiedzi wykonała lekceważący ruch ręką, po czym oświadczyła:

– Już ja go sobie wychowam! Przy czym długo jeszcze nie będę miała zamiaru zawinąć do portu zwanego małżeństwem.

– Nati, używasz niewłaściwego tonu – zganiła Lora swoją młodą przyjaciółkę.

– Przyczyną musi być chyba wychowanie, które otrzymałam od ciotki Dorothei i od ciebie. W Bremie przebywałam przeważnie w towarzystwie wilków morskich, tu zaś otaczają mnie wojskowi i przechwalają się jak ci pierwsi. – Nathalia się roześmiała i skinęła na służącego, który właśnie niósł na tacy czyste kieliszki i butelkę szampana.

– Myślę, że obie na to zasłużyłyśmy – powiedziała do Lory, każąc nalać dwa kieliszki. Wzniosła jeden z nich, mówiąc: – Salut! Tak na pewno powiedziałaby ciotka Lianne.

Stuknęła o kieliszek Lory i z nieukrywaną przyjemnością wypiła kilka łyków.

– Powiedz, naprawdę ci to smakuje? – spytała Lora, która nigdy nie mogła doszukać się przyjemności w piciu napojów alkoholowych.

– Może być, ale mogłabym spokojnie wypić podwójny rum, jak przystało na armatorkę.

Lora nie po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, jak mogłaby nieco pohamować swawolność Nathalii, bo ta panna zaczynała wydawać jej się zbyt śmiała i bezpośrednia. Dlatego przybrała poważny wyraz twarzy i spojrzała ostro na swoją podopieczną.

– Muszę powiedzieć, że mnie rozczarowujesz, Nathalio, a ciotka Dorothea powiedziałaby to samo. Bądź co bądź, jesteś młodą damą i wkrótce skończysz dziewiętnaście lat. W twoim wieku byłam już mężatką od prawie trzech lat.

– Też mogłam wyjść za mąż, kiedy miałam szesnaście lat, ale to ty powstrzymywałaś mnie od tego kroku! – odpowiedziała Nathalia z udawanym oburzeniem.

Lora z początku nie zrozumiała, co miała na myśli jej przyjaciółka, ale po chwili nie mogła się nie roześmiać.

– O Boże, znów zaczynasz? Ten mężczyzna miał wtedy trzy razy więcej lat od ciebie, był jarmarcznym aktorem i jak się potem dowiedziałam, miał żonę.

– Ale świetnie wyglądał i miał muskuły jak grecki bóg!

– Nie mogę tego ocenić, bo nigdy nie widziałam greckiego boga. W każdym razie ów jarmarczny zapaśnik nie byłby właściwym mężem dla ciebie.

Lora chciała jeszcze coś dodać, ale dostrzegła, że jej podopieczna po prostu z niej zadrwiła, i potrząsnęła tylko głową.

– Doprawdy, szkoda na ciebie czasu. A przy tym i Dorothea, i ja naprawdę zadałyśmy sobie dużo trudu, abyś stała się dobrze wychowaną młodą damą. Pamiętam, jak często musiałam jeździć do Szwajcarii i przekonywać dyrektorki internatów, aby nie wyrzucały cię ze szkoły.

– Też to pamiętam – oświadczyła Nathalia ze śmiechem. – Jednemu z tych smoków zarzuciłaś, że powinna była zostać feldfeblem w pruskiej armii, a nie wychowywać małe dziewczynki, a u tej drugiej w pierwszej chwili myślałam, że odbierzesz jej rózgę i wyliczysz jej tyle samo uderzeń, ile dostałam ja. Szkoda, chętnie bym to zobaczyła. A ta trzecia…

Lora prychnęła z oburzeniem i wymierzyła Nathalii klapsa.

– Nie udawaj, że zawsze byłaś niewiniątkiem. Wsadzić komuś nieżywego szczura pod pierzynę to coś bardzo niestosownego!

– Ale za to sprawiło dużo przyjemności – odparła Nathalia z figlarnym błyskiem w oczach. – Jakże chętnie zrobiłabym to znowu. Ostatecznie mogłaby być też żaba. Lubisz przecież żaby, prawda?

– Ale nie w moim łóżku! – Lora miała wrażenie, że rzuca grochem o ścianę. Wolała skierować myśli na coś innego i skinęła na gospodynię.

– Możecie już tu posprzątać i wnieść meble z powrotem, pani Knoppke. Następna uroczystość tego rodzaju odbędzie się na szczęście dopiero jesienią.

– Łaskawa pani może zdać się na mnie. Kiedy jutro…

– Dzisiaj, Jutto! Północ już minęła – Nathalia poprawiła kobietę ze śmiechem.

– Niestosowne jest zwracać się do gospodyni po imieniu – upomniała swoją podopieczną Lora.

– Jutta podoba mi się bardziej niż pani Knoppke. A poza tym dawniej też ją tak nazywałam – odparła Nathalia, ale zrozumiała, że nie powinna przeciągać struny, i ujęła Lorę pod ramię.

– Zobaczymy, co robią nasze maluchy? – Nathalia z doświadczenia doskonale wiedziała, że już samo napomknienie o dzieciach Lory usposobi jej starszą przyjaciółkę przyjaźnie. Tak też było i tym razem.

– Pani Knoppke, zdaję się całkowicie na panią! – Lora skinęła gospodyni głową i pozwoliła, aby Nathalia pociągnęła ją w stronę pokoju dla dzieci. – Czas, abyśmy poszły już do łóżek. Ale rzeczywiście powinnyśmy najpierw zobaczyć, co u dzieci.

Obie kobiety opuściły pomieszczenia reprezentacyjne willi i weszły po schodach na drugie piętro. Lora minęła drzwi prowadzące do jej własnych pokojów, po czym zatrzymała się przed drzwiami dziecinnego pokoju i nasłuchiwała przez chwilę.

– W środku jest zupełnie cicho – powiedziała, po czym uchyliła ostrożnie drzwi i zajrzała do środka.

W obszernym pomieszczeniu znajdowało się kilka szaf i komód, przeznaczonych nie tylko dla dzieci. One same leżały w dwóch ustawionych w około dwumetrowych odstępach łóżeczkach z baldachimami. W świetle padającym przez uchylone drzwi Lora dostrzegła, że zarówno czteroletni Wolfhard, jak i dwuletnia Dorothea smacznie śpią. Ich matka z ulgą zamknęła drzwi i skinęła głową Nathalii.

– Wolfi i Doro są w świecie sennych marzeń – powiedziała.

– My wkrótce też tam będziemy – oświadczyła Nathalia. – Gdzie właściwie jest Fridolin? Pod koniec przyjęcia już go nie widziałam.

– Grünfelder i Dohnke chcieli z nim porozmawiać. Kto wie, jakie interesy ci dwaj mu teraz zaproponują.

Lora znów poczuła irytację na myśl o tym, że obaj wspólnicy jej męża absorbowali go nawet nocami, miała jednak nadzieję, że będzie mogła jeszcze porozmawiać z Fridolinem na temat wieczoru oraz gości. Choć wszystko wskazywało na to, że mąż oraz jego dwaj partnerzy ciągle jeszcze byli zajęci rozmową.

Zaledwie ta myśl przemknęła jej przez głowę, usłyszała głos Emila von Dohnkego, dobiegający z pokoju, w którym panowie palili cygara.

– A więc jesteśmy tego samego zdania, grafie Trettin! Życzę panu przyjemnej podróży i mam nadzieję, że wszystko przebiegnie zgodnie z pańskimi oczekiwaniami. Chcemy tylko, aby przekazał nam pan telegraficznie pańską decyzję. Teraz jednak byłbym bardzo wdzięczny, gdyby oddał mi pan do dyspozycji swój powóz, bo mój teść chce dzisiejszej nocy wybrać się gdzieś sam.

Pewnie do Le Plaisir, pomyślała Lora. Spotykała się od czasu do czasu z Hedą Pfefferkorn – po zamążpójściu noszącą nazwisko Laabs. Co prawda dla damy o towarzyskiej pozycji Lory było to coś nie do pomyślenia, ale ona sama lubiła Hedę od chwili, kiedy ta wsparła ją w potrzebie. I to od niej Lora się dowiedziała, że August von Grünfelder regularnie odwiedza jej lokal, aby znaleźć tam to, czego jego żona nie była już skłonna mu dawać.

VIII

Kiedy Fridolin wszedł do sypialni, Lora była już w łóżku.

– Czy coś się stało? – spytała zaniepokojona, bo jej mąż wyglądał jak mały chłopiec, który zjadł coś, co było zabronione.

Odetchnąwszy głęboko, Fridolin usiadł na brzegu łóżka.

– Być może nazwiesz mnie głupcem, który pozwolił na to, aby jego właśni partnerzy w interesach wystrychnęli go na dudka.

– Co masz na myśli?

– Może popełniłem olbrzymi błąd, ale nie wiem, czy było inne wyjście. Chodzi o pewien kredyt, który nie został zwrócony. Właściwie sam Grünfelder powinien ponieść straty, bo to on zgodził się na przyznanie sumy w takiej wysokości.

Fridolin zastanawiał się, jak ma w przystępny sposób wyjaśnić żonie całość sprawy. Nie znała się w ogóle na zasadach wewnętrznych rozliczeń, podobnie jak na ustawowych podstawach rozwiązywania takich przypadków jak ten.

– Czy Grünfelder i Dohnke zażądali, abyś ty także poniósł jakieś straty wespół z nimi? – spytała, kiedy milczenie Fridolina się przeciągało.

– Można tak powiedzieć – odparł. A ponieważ sprawy nie można było wyjaśnić w kilku słowach, Fridolin opowiedział żonie o sfałszowanej biżuterii.

– Wszystko wskazuje na to, że baron Anno von Klingenfeld, który występuje w imieniu ojca, wykonał kilka kopii biżuterii i zamieniał jej oryginał na bezwartościowe falsyfikaty w drodze od sporządzających ekspertyzy jubilerów do kolejnych banków. Oczywiście zatrzymał oryginał. W ten sposób wyłudził ogromny majątek! Wprawdzie Grünfelder zlecił pewnemu detektywowi, aby odnalazł oszusta, ale sądzę, że ten człowiek już jest w drodze do jakiegoś odległego kraju, może nawet do USA czy Argentyny. Ma teraz dość pieniędzy, aby się tam osiedlić i grać rolę bardzo bogatego, wielkiego pana.

– A więc miejmy nadzieję, że ten detektyw mimo wszystko go znajdzie i odzyska pieniądze oraz biżuterię – odpowiedziała Lora, uznając, że temat nie jest na tyle interesujący, aby nie pocałować Fridolina. Jej mąż objął ją i oddał pocałunek. Potem jednak się zamyślił.

– Możesz mi wierzyć, że jedyne, co teraz mam chęć zrobić, to opowiadać dalej. Leży mi na sercu, abyś wiedziała o wszystkim. Co powiedziałabyś na to, że być może wkrótce będziesz nazywać samą siebie panią na włościach?

– Panią na włościach? Cóż ci przychodzi do głowy?

– Chodzi o jedyny zastaw, który w tej sprawie posiada Grünfelder, a mianowicie o pewien majątek w pobliżu Bremy. Ponoć leży blisko posiadłości Nathalii, majątku Steenbrook. Grünfelder i Dohnke zapytali mnie, czy chciałbym przejąć na własność tę posiadłość, bo jeśli pójdzie pod młotek, to zostanie sprzedana za sumę stanowiącą zaledwie ułamek jej wartości. I zaproponowali mi dziesięć lat na spłatę, bez odsetek. A poza tym moje udziały w banku wzrosłyby na ich koszt o pięć procent. W ten sposób przejęcie tego majątku może być dla nas nawet opłacalne. – Fridolin uśmiechnął się z pewnym przymusem. – Choć w ciągu najbliższych dziesięciu lat musielibyśmy nieco ograniczyć wydatki. Pieniędzy na majątek tej wielkości nie można ot tak po prostu wytrząsnąć z rękawa.

– Może nie powinniśmy byli kupować sobie tego wielkiego domu – odpowiedziała Lora w zamyśleniu.

– Aż tak źle tej sprawy nie widzę. Bądź co bądź, mogliśmy go nabyć na bardzo korzystnych warunkach od Rendlingera, bo jego najmłodszej córce nie wydawał się dostatecznie wystawny. Ale dla nas jest idealny. Możemy tu wydawać przyjęcia odpowiednie dla naszego stanu i przyjmować gości, którzy nigdy nie weszliby do domu bankiera. Z tego względu kupno tego domu miało sens, ale…

Fridolin urwał, bo tak naprawdę sam nie wiedział, z czego on sam i Lora mieliby zrezygnować. Nie prowadzili aż tak wystawnego życia, a przyjęcia jak to ostatnie były konieczne, aby pokazać klientom, że bank Grünfeldera i partnerów jest w dobrym, stabilnym stanie. Fridolin uciekł się więc do uśmiechu i pocałował Lorę w prawe ucho.

– Nie uwierzysz, jak bardzo się cieszę ze studia mody twojego i Mary. Gdybym musiał kupować twoje suknie wieczorowe w normalnych cenach, to nie mógłbym pozwolić sobie na nabycie tego majątku.

Lora odepchnęła męża od siebie zdecydowanym ruchem.

– Nie mów tylko, że trwonię twoje pieniądze! Wydaję o wiele mniej niż Wilhelmina von Dohnke. A przy tym jej mąż nie zarabia tyle co ty, bo jego udziały w banku są o wiele niższe.

– Ale Wilhelmina ma zapatrzonego w nią ojca, który obwiesiłby ją diamentami i złotem. Jestem pewien, że przyjął tę biżuterię jako zastaw tylko dlatego, bo miał nadzieję zatrzymać ją na zawsze i podarować córce. Ale zamiast tego padł ofiarą oszusta.

Nawet jeśli w przeciwieństwie do Grünfeldera i Dohnkego Fridolin nie był zupełnie winien tej sytuacji, to irytowała go sama myśl o tym łajdactwie i chciał wesprzeć swoich partnerów także po to, aby odnaleźć Anno von Klingenfelda i pociągnąć go do odpowiedzialności. Ale teraz Fridolin odepchnął tę myśl i zwrócił się ponownie do żony:

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, abym jutro udał się w pobliże Bremy, by obejrzeć ten majątek. Do poniedziałku muszę się zdecydować, czy przystępuję do jego przejęcia, czy nie.

– A z jakiego powodu miałbyś tego nie zrobić? – spytała Lora, która czuła, że mąż podjął już decyzję.

– Gdyby ten majątek był tak zaniedbany, że zachodziłaby konieczność poniesienia dalszych kosztów, to wówczas zaniechałbym wszystkiego. W takim wypadku poniósłbym razem z moimi partnerami straty i zażądałbym wyższego udziału w banku.

Lora skinęła głową.

– Jeśli jutro chcesz jechać do Bremy, to Nati, dzieci i ja moglibyśmy jechać z tobą. To przecież nie ma znaczenia, czy zaczniemy wakacje kilka tygodni później czy wcześniej.

Fridolin chciał najpierw odmówić, bo ten czas, który mu pozostał, chciał poświęcić na obejrzenie majątku, a nie na towarzyszenie żonie i dzieciom w podróży. Ale pomyślał, że Lora z pewnością zrozumiałaby, że musi zająć się tą sprawą. Kiedy po rozmowie z Grünfelderem i Dohn­kem będzie mógł zacząć wakacje, całkowicie poświęci się rodzinie.

Pogładził żonę i podniósł przy tym jej koszulę nocną tak, że Lora w końcu sama ją zsunęła i patrzyła na niego z uśmiechem.

– No chodź już. Ten głupi majątek teraz ci nie ucieknie!

– Z pewnością nie.

Fridolin także się rozebrał. Przez chwilę myślał, czy nie powinien porządnie poskładać i odwiesić ubrań, aby nie uchodzić za rozpustnika w oczach kamerdynera Kowalczyka czy też którejś z pokojówek. Ale dał się ponieść namiętności i rozkoszował się byciem z żoną. Lora znów okazała się kochanką pełną nowych pomysłów i przez chwilę Fridolin podejrzewał, że w czasie rozmów z Hedą Pfefferkorn poruszała takie tematy, których dama raczej powinna unikać. Ogarnęło go zdziwienie, że akurat teraz przyszła mu do głowy myśl o właścicielce eleganckiego domu publicznego Le Plaisir. Wprawdzie była już mężatką i nazywała się teraz Laabs, ciągle jednak prowadziła swój lokal, aby zarabiać pieniądze, które wydawał jej mąż, a Fridolin dotychczas nie zdołał ustalić, jaką profesją parał się ten pan.

Namiętność Fridolina do żony nieco opadła wobec takich myśli, kiedy więc usłyszał wyraźne rozczarowanie w stękaniu żony, znów oddał się całkowicie miłosnej grze.

– Mam nadzieję, że jesteś ze mnie zadowolona? – spytał w końcu, a Lora odpłaciła mu gorącym pocałunkiem.

– Zawsze jestem, kiedy jesteśmy razem – wyszeptała mu prosto w ucho i przytuliła się do niego. Fridolin przykrył ją i siebie starannie, bo zrobiło się nieco chłodno, i przez chwilę bawił się jej włosami. Po kilku minutach tkliwego milczenia Lora podniosła głowę.

– Wiesz, czego jest mi szkoda?

– Czego?

– Że ten majątek, który chcesz nabyć, nie leży w Prusach Wschodnich. To przecież twoja ojczyzna.

– Dla mnie to raczej zaleta, bo dzięki temu będzie nam oszczędzone spotkanie z naszymi tamtejszymi krewnymi. – Fridolin skrzywił się na samą myśl o Ottokarze, poprzednim dziedzicu majątku Trettin, i jego żonie Malwinie. Oboje prześladowali Lorę swoją nienawiścią i próbowali odebrać jej wszystko, co rzeczywiście lub ponoć dostała od swojego dziadka. I kiedy Ottokar zmusił Lorę, aby wróciła z nim do Prus Wschodnich, został wkrótce potem zamordowany przez człowieka, któremu sam swego czasu próbował odebrać życie. Po śmierci dziadka Lory Malwina nawet tu, w stolicy, prowadziła rodzinną wojnę z Lorą i tak dalece zszargała sobie opinię, że w Berlinie drzwi wszystkich szanowanych domów były przed nią zamknięte. Lora także pogrążyła się na chwilę we wspomnieniach.

– Pod tym względem masz rację. Cieszę się, że między mną a Malwiną jest tak wiele kilometrów. Gdybym ją spotkała, to nie sądzę, że mogłabym się opanować.

– Dzięki Bogu z tą częścią rodziny nie mamy już nic wspólnego. Mój kochany bratanek drugiego stopnia podczas mojego ostatniego pobytu w Trettinie oświadczył mi wyraźnie, że jak tylko osiągnie pełnoletność, to poszczuje mnie psami, jeśli pojawię się w pobliżu majątku. Tym samym Ottwald przeciął ostatnie więzy, które nas z nim łączyły. Ale pomówmy o przyjemniejszych sprawach, a najlepiej chodźmy spać. Jeśli chcemy jutro złapać pociąg do Bremy, to ta noc będzie naprawdę krótka.

IX

Lora obudziła się na tyle wcześnie, aby pozbierać i sprzątnąć leżące koło łóżka ubrania męża. Uśmiechając się, pobiegła potem do łazienki, wyczyściła zęby i się umyła. Kiedy tylko się ubrała, od razu poszukała Jutty Knoppke, aby poinformować ją o nowych planach.

Gospodyni, nawet jeśli się zdziwiła, to i tak nie dała po sobie niczego poznać.

– Skoro łaskawa pani dziś jeszcze chce wyjechać, to czeka nas sporo przygotowań. Trzeba spakować walizki, a ja wyślę służącego na dworzec, aby zarezerwował cały przedział dla pani i towarzyszących osób.

– Tak, tak, proszę to zrobić! – odpowiedziała Lora i poszła do jadalni, gdzie za stołem siedział już Fridolin, tak dalece pochłonięty lekturą gazety, że wesołe „dzień dobry!” żony skwitował jedynie cichym mruknięciem.

– Chcesz zjeść śniadanie? – spytała Lora.

Fridolin znów coś odmruknął w odpowiedzi, a żona uznała to za potwierdzenie i zadzwoniła małym dzwonkiem, który stał na stole.

Niebawem Jutta Knoppke wsunęła głowę przez drzwi i poleciła służącemu, aby ten przyniósł śniadanie.

– Czy mam obudzić łaskawą komtesę? – spytała Jutta.

– Tak, zrób to, proszę, i przykaż Nathalii, aby się pośpieszyła!

Gospodyni szybko opuściła pokój, a dwóch służących wniosło kawę, rogaliki, masło i dżem oraz trochę sera i szynki dla Fridolina. Lora nalała mu kawy i przekroiła nożem bułeczkę.

– Chcesz szynkę czy ser? – spytała, posmarowawszy bułkę masłem.

Kolejne mruknięcie zinterpretowała jako szynkę i przygotowała kanapkę.

– Smacznego!

Fridolin, zupełnie jak gdyby jej słowa uwolniły jakiś impuls w jego mózgu, wziął do ręki filiżankę z kawą i wypił kilka łyków. Potem zaczął jeść przygotowaną kanapkę, nie odrywając oczu od gazety.

– Cóż tam jest tak ciekawego, mój mruczący misiu? – spytała Lora.

Fridolin wreszcie opuścił gazetę i spojrzał na nią.

– Pewien Emil Berliner, mimo swego nazwiska rodowity Amerykanin, zaprezentował ostatnio wynalezione przez siebie urządzenie, które nazwał gramofonem. Ma ono ponoć odtwarzać muzykę dokładnie tak jak kapela.

– Czego to ludzie nie wymyślą! – zawołała zdumiona Lora.

– A to mogłoby cię zainteresować: zmarła pisarka Eugenie Marlitt. Czytałaś przecież kilka jej powieści.

Z nieprzeniknionej twarzy Fridolina nie można było wyczytać, czy uważa tego rodzaju literaturę za godną uwagi, czy też nie. Bo podobnie jak dzieła niektórych pisarzy, także powieści Eugenie Marlitt zaliczały się do tych, którymi najczęściej pogardzały wyższe warstwy społeczne, nieco bardziej obeznane z kulturą. Ale w kręgach drobnomieszczaństwa oraz służących cieszyły się wielką popularnością.

Lora kilka lat temu znalazła jedną z powieści Marlitt u swojej pokojówki Neli i właściwie zamierzała jedynie szybko przekartkować książkę. Opisywana tam historia pochłonęła ją jednak tak dalece, że dała Neli pieniądze, aby ta nabyła kilka kolejnych powieści tej autorki. Lora przeczytała je jako pierwsza. A teraz posmutniała na wieść o śmierci autorki, choć z zaskoczeniem stwierdziła, że właściwie nic o niej nie wiedziała.

– Szkoda, chętnie poznałabym Eugenie Marlitt. Jej proza jest tak pełna życia, czego nie można powiedzieć o wielu autorach będących naprawdę w modzie.

– Tylko nie mów tego publicznie. Wzbudziłabyś przerażenie – odparł Fridolin, uśmiechając się.

– Skoro wspomniałeś o pani Marlitt, muszę koniecznie zapakować coś do czytania. Bądź co bądź, wysyłasz mnie i dzieci na urlop dłuższy niż planowane dwa tygodnie!

To niemal jak rytuał, który powtarza się każdego ranka, pomyślała Lora. Najpierw Fridolin czyta w milczeniu gazetę, ale zawsze prędzej czy później potrzebny jest mu ktoś, z kim może porozmawiać, i tym kimś była ona.

– Ja niestety nie mam czasu na czytanie! – Choć w głosie Fridolina słychać było trochę zgnębienia, nie przeszkodziło mu to w zjedzeniu kolejnej kanapki.

I wtedy do pokoju wpadła Nathalia – istne żywe srebro – i natychmiast zasiadła do stołu.

– Dzień dobry! – zawołała i sięgnęła po dzbanek z herbatą, bo w przeciwieństwie do Lory i Fridolina wolała ten napój od kawy. Lora już się przyzwyczaiła i dbała, aby na stole zawsze stał dzbanek z herbatą. Od czasu do czasu też ją piła, zwłaszcza kiedy były tylko we dwie albo gdy jadły coś u przyjaciółki Lory, Mary.

Na talerzu Nathalii także znalazła się bułeczka. Dziewczyna posmarowała ją grubo masłem i obłożyła serem, którym wzgardził Fridolin. Po kilku pierwszych kęsach Nathalia popatrzyła z zaciekawieniem na Lorę.

– No, to powiedz mi teraz, co się dzieje! Jutta, to znaczy pani Knoppke, brzmiała tak, jak gdyby dziś jeszcze szykowała się przeprowadzka połowy gospodarstwa!

– Może nie połowy gospodarstwa, ale my obie, Wolfi, Doro, nasze pokojówki i niańka wyjeżdżamy – wyjaśniła Lora.

– A dokąd? – spytała zaskoczona Nathalia.

– Do twojego majątku! Fridolin ma coś do załatwienia w pobliżu i dlatego zabiera także nas. Mam nadzieję, że ci to odpowiada!

Lora poczuła się trochę niezręcznie, bo jej mąż i ona podjęli tę decyzję, nie pytając o nic Nathalii. Ale dziewczyna spokojnie i z wyraźną przyjemnością jadła swoją bułkę, zanim odpowiedziała.

– Nie mam nic przeciwko temu. Podporucznik von Bukow już za tydzień jedzie do swojego ciotecznego dziadka do Nehlen i tam będziemy go mogły odwiedzić.

Wobec tej uwagi Lora była niemal skłonna zrezygnować z planowanej podróży. Ale ponieważ znała dobrze swą podopieczną, wiedziała, że Nati pojechałaby sama, aby tylko spotkać podporucznika. Dlatego Lora udała, że ta wizyta ma dla niej drugorzędne znaczenie.

– Oczywiście, że będziemy mogły! Choć uprzejmość wymaga, aby wysłać posłańca do grafa Nehlena i zapytać, czy będzie oczekiwał naszej wizyty.

– Bukow mówi, że jego cioteczny dziadek dosłownie je mu z ręki. Starszy pan pozwala mu na stacjonowanie w Berlinie, choć tu koszty utrzymania podporucznika są niesłychanie wysokie.

Lorze wydało się dziwne, że te odwiedziny są dla Nathalii aż tak ważne, i zastanawiała się, czy jej przyjaciółce rzeczywiście tak bardzo zależy na Adolarze von Bukowie. Był on co prawda bardzo przystojny, ale miał za sobą już dwa pojedynki, na temat których milczano. A poza tym jego osobę łączono z nazwiskami co najmniej trzech dam, niekoniecznie należących do lepszego towarzystwa. Ale nie miało sensu mówić tego Nathalii ani też zabraniać jej spotykania się z podporucznikiem.

Lora poczuła złość i niechęć, opanowała się jednak i zjadła spokojnie bułeczkę. Ale straciła zupełnie apetyt, w przeciwieństwie do Nathalii, która przygotowała sobie kolejną kanapkę, tym razem z dżemem wiśniowym.

– Kiedy ruszamy? – spytała dziewczyna, po czym, nie czekając na odpowiedź, zwróciła się do Fridolina: – Nie pójdziesz już dzisiaj do banku, prawda?

Ten potrząsnął głową i odparł:

– Nie! Ale najpóźniej w poniedziałek będę musiał wracać do Berlina. Dlatego na miejscu nie będę wam mógł nigdzie towarzyszyć, bo nie jadę niestety do Steenbrook dla przyjemności.

– Ale przynajmniej będziesz mógł nam towarzyszyć w drodze do majątku – powiedziała Nathalia i ponownie spytała o czas wyjazdu.

Jedno spojrzenie na ścienny zegar wystarczyło Lorze, aby stwierdzić, że najwyższy czas zakończyć śniadanie.

– Musimy się przebrać i kazać przygotować powóz. Potrzebna będzie dodatkowa dorożka dla dzieci i do przewiezienia bagażu.

– Już kazałam jedną zawołać, łaskawa pani – wyjaśniła Jutta Knoppke, która właśnie weszła do pokoju i usłyszała uwagę Lory.

– Bardzo dobrze! A co z dziećmi?

– Panna Agathe właśnie je ubiera na podróż, łaskawa pani – Jutta dygnęła i wyszła z jadalni, aby przygotować wszystko, co było potrzebne na podróż jej państwa.

W pokoju Lory czekała już jej pokojówka Nela z przygotowaną suknią podróżną, a w sąsiednim pokoju służący pakowali walizki i je znosili. Lora, wkrótce już ubrana, także zeszła. Jak zwykle Nathalia była szybsza – w swojej jasnozielonej sukni i ciemnozielonym kapeluszu z aplikacjami wyglądała zachwycająco. W ręku trzymała także zieloną parasolkę, a na ramieniu miała przewieszoną malutką torebkę w tym samym kolorze.

– Masz zamiar tropić zwierzęta, skoro ubrałaś się w strój myśliwego? – spytała kpiąco Lora.

Ale Nathalii nic nie mogło wytrącić z pogodnego nastroju.

– W zieleni jest mi do twarzy, nie sądzisz?

– Rzeczywiście, ale mogłaś wybrać inne kolory, jeśli chodzi o kapelusz i parasolkę. To wszystko jest zbyt intensywne.

– Ja tak nie sądzę – odparła Nathalia i przyjrzała się Lorze, która jak zwykle była ubrana z wyszukaną elegancją. Miała na sobie różowy żakiet, do tego beżową spódnicę, a na głowie słomkowy kapelusz z kwiatami.

– Szykownie! – oświadczyła Nathalia i ruszyła w stronę drzwi. W korytarzu czekała już niańka z dziećmi. Doro na widok matki wyrwała rękę z dłoni opiekunki i podbiegła do Lory, po czym wyciągnęła do niej obie rączki. Śmiejąc się, Lora podniosła córkę i ją pocałowała.

– No i co, kochanie? Teraz pojedziemy pociągiem. Mam nadzieję, że to ci się spodoba.

– A mnie się nie podoba – oświadczył Wolfi z żałośnie wysuniętą dolną wargą. Chłopczyk nie zapomniał, że w czasie ostatniej podróży pociągiem poczuł się niedobrze. Teraz czepiał się spódnicy niańki i był bliski łez. Nathalia podbiegła do niego i żartobliwie skubnęła go w ucho.

– Ale jeśli będziesz grzeczny, to jutro dostaniesz po obiedzie duży deser! – powiedziała.

– Naprawdę? – spytał Wolfi sceptycznie, bo był zdania, że zawsze dostaje mniej ciasta, niż mógł zjeść.

– Słowo honoru! – Nathalia podniosła dziecko i ruszyła w stronę drzwi. Lora poszła za nią, a Fridolin jako ostatni z uśmiechem wyszedł z domu.

Powóz właśnie zajechał. I podczas kiedy Lora, Nathalia i Fridolin wraz z dziećmi do niego wsiadali, bagaż załadowano do dorożki, gdzie zajęli miejsce także kamerdyner Fridolina Kowalczyk, pokojówka Lory Nela, pokojówka Nati Christa oraz panna Agathe.

– W drogę! – zawołał Fridolin, kiedy stangret strzelił z bata nad głowami koni, które od razu zakłusowały.

X

Podróżni dotarli szczęśliwie do dworca Lehrter, gdzie czekali na nich tamtejsi służący i bagażowi, którzy natychmiast zanieśli bagaż do pociągu. Konduktor zaprowadził wszystkich do wagonu, wskazał zarezerwowany przedział i zaraz po rozdaniu napiwków rozpoczęła się podróż.

Zaledwie pociąg opuścił Berlin, przed domem Lory i Fridolina zatrzymała się dorożka. Na widok okazałej willi z wielkimi oknami, ozdobionej wykuszem w części dachowej, na twarzy podróżnego pojawiła się zawiść.

– Wygląda na to, że wuj Fridolin stał się jeszcze bardziej zamożny – wymamrotał Ottwald von Trettin. Ale pomyślał, że to akurat jest dla niego tym bardziej korzystne. Bądź co bądź, przyjechał do Berlina po to, aby „wydoić” wuja. Czyli im więcej mleka – a właściwie marek – zostanie w wiadrze, tym lepiej. Dziedzic majątku Trettin dawno wyparł ze świadomości fakt, że rozstał się z wujem w wielkiej niezgodzie. Fridolin nosił jednak to samo nazwisko i wobec tego jego obowiązkiem było wspomóc krewnego.

– Jesteśmy na miejscu! – Stangret ocenił, że Ottwald von Trettin jest prostym wieśniakiem, i nie zadawał sobie trudu, aby odnosić się do niego uprzejmie. Goście tacy jak on skarżyli się zwykle na wysokość ceny za przejazd i skąpili pieniędzy na napiwek. Tak było także i tym razem. Woźnica mruknął coś ze złością i wetknął do kieszeni kilka drobnych monet, a Ottwald von Trettin podszedł do wejścia, wszedł na schody i uderzył w drzwi brązową kołatką, ignorując znajdujący się obok dzwonek.

Tak jak się spodziewał, otworzył mu służący, który bez słowa powitania popatrzył na niego pytająco. Dziedzic von Trettin odsunął go na bok i wszedł do środka.

– Chcę rozmawiać z moim wujem! – oświadczył głośno.

Służący próbował zachować nieporuszoną twarz.

– Czy mam rozumieć, że jest pan spokrewniony z grafem Trettinem?

Graf Trettin! Był to kolejny cios w zatrutą zawiścią duszę Ottwalda. Uznał za oburzający fakt, że on, Trettin na Trettinie, nosi jedynie tytuł frei­herra, podczas gdy jego godny pogardy wuj mógł nazywać siebie grafem.

– Fridolin von Trettin jest moim wujem drugiego stopnia i najbliższym krewnym. Jestem Ottwald von Trettin, dziedzic majątku Trettin i głowa rodziny – przedstawił się dumnie.

– Z żalem muszę pana zawiadomić, że graf Trettin jest w tej chwili poza domem – odparł nieco onieśmielony służący.

– Jest pewnie w banku, co? To przyjdzie potem. Proszę nakazać, aby ktoś wniósł moje bagaże do domu. Ten nędzny woźnica po prostu odstawił je na skraju drogi.

Te słowa wprawiły służącego w wyraźne zakłopotanie. Ale ponieważ ani on, ani pozostała część służby nie miała pojęcia o wrogości między rodziną Trettinów w Prusach Wschodnich a jej częścią zamieszkałą w Berlinie, nie było podstaw, aby odprawić gościa. Z drugiej strony usłyszał właśnie jedynie słowne zapewnienia, że przybysz jest krewnym jego państwa.

– Proszę, niechże pan zajmie miejsce w salonie. Ja przekażę pańską wizytówkę majordomusowi i zatroszczę się o pański bagaż.

Ottwald von Trettin podał służącemu wizytówkę. Nazwisko Trettin na dobrach Trettin brzmiało nieco pyszałkowato, ale pasowało do wieśniackiego odzienia gościa, którego zaprowadzono do salonu z uniżoną służalczością. Pomieszczenie wyposażone było w ekskluzywne meble, na co Malwiny i Ottwalda już od dawna nie było stać.

Służący przyniósł kieliszek wina dla Ottwalda, którego zżerała zawiść wobec bogatych krewnych. O takiej rezydencji w mieście dziedzic von Trettin mógł jedynie pomarzyć, bo nie mógł sobie nawet pozwolić na skromny dom w Königsbergu, nie mówiąc już o takim jak ten tutaj w stolicy.

Znów przyszły mu na myśl powtarzane w kółko zarzuty matki, że dziadek Lory zdefraudował z majątku ogromne pieniądze i przekazał w spadku swojej wnuczce. I choć on, Ottwald, sprawdził księgi i na własne oczy przekonał się, że były one w porządku, teraz to podejrzenie wydało mu się niebezpodstawne. Dopiero wejście majordomusa pozwoliło mu oderwać się od tych rozmyślań.

Mężczyzna skłonił się krótko, po czym oświadczył:

– Łaskawy panie von Trettin, żałuję, ale muszę panu oznajmić, że graf Trettin jest w podróży i można się go spodziewać dopiero za kilka dni.

Ottwald w pierwszej chwili poczuł gorzkie rozczarowanie, opanował się jednak i popatrzył na majordomusa znad trzymanego w ręku kieliszka.

– Poczekam więc tutaj na mojego wuja – oświadczył. – Podróż z Prus Wschodnich do stolicy jest zbyt długa, abym wracał, nie załatwiwszy swoich spraw. Proszę kazać zanieść mój bagaż do jednego z pokojów gościnnych!

Dziedzic von Trettin nie był skłonny wydawać pieniędzy na hotel, który w Berlinie był znacznie droższy niż w Königsbergu, tym bardziej że krewny posiadał tutaj luksusową rezydencję, a w dodatku miał w swojej piwnicy tak znakomite wina jak to, którym się właśnie delektował.

Johann Ferber, który w młodości zwał sam siebie Jeanem, bo jego zdaniem brzmiało to bardziej wytwornie, spojrzał raz jeszcze na wizytówkę gościa i na niego samego. Nawet jeśli nie wiedział, że między obiema gałęziami rodziny Trettinów doszło kiedyś do poważnego zwaśnienia, to jego uwadze nie uszedł fakt, że pracodawcy nie utrzymywali żadnych kontaktów z krewniakami w Prusach Wschodnich. Ogarnęły go więc wątpliwości, czy graf Fridolin będzie zadowolony z tej wizyty. Z drugiej jednak strony nie mógł przecież przepędzić sprzed drzwi dziedzica von Trettina, jak gdyby był on natrętnym żebrakiem.

– Zadysponuję, aby przygotowano dla pana pokój, panie von Trettin! – powiedział i odwrócił się, chcąc odejść.

Ottwald go zatrzymał.

– Proszę też kazać przygotować dla mnie obiad. Podróż z Prus Wschodnich była bardzo długa, a oferta dworcowych restauracji nie odpowiadała zbytnio moim oczekiwaniom.

– Obiad podamy natychmiast. – Johann Ferber miał nadzieję, że będzie mógł wreszcie wyjść, ale Ottwaldowi von Trettin przyszło na myśl coś jeszcze.

– I proszę kazać po obiedzie zaprząc wóz dla mnie! Chciałbym odwiedzić przyjaciół.

– Oczywiście.

W oczach Johanna Ferbera ten gość żądał więcej, niż uchodziło, i zachowywał się tak, jak gdyby sam był panem domu. Ale jak długo Ottwald von Trettin nie domagał się czegoś niestosownego, Johann nie powinien się wahać spełniać jego życzenia. Trochę zmieszany opuścił salon, aby wydać stosowne rozkazy służbie. Zastanawiał się przy tym, czy powinien zatelegrafować do grafa Trettina i zawiadomić go, że przybył jego bratanek, porzucił jednak tę myśl. Jego pan oświadczył przecież, że wkrótce wróci, Johann nie chciał więc naprzykrzać mu się z takimi drobiazgami.

XI

Jedzenie było równie doskonałe jak wino, ale Ottwald von Trettin nie mógł się nim delektować. Irytował go luksus, w którym żyli jego krewni. Już kilkakrotnie przysiągł sobie, że choćby część tego bogactwa musi znaleźć się w jego kieszeni. Nie przeszkodziło mu to jednak w należytym zaspokojeniu apetytu i kiedy znów pojawił się Ferber, Ottwald czuł przyjemną sytość i ugaszone pragnienie. Nie wyraziwszy wobec majordomusa ani słowa uznania, wyszedł z domu, wsiadł do powozu i podał stangretowi adres.

Ottwald von Trettin rozsiadł się w eleganckiej bryczce, jak gdyby należała do niego, i kazał się wieźć okrężną drogą przez biedne dzielnice, przez całe miasto, aż dotarł do spokojnej ulicy ciągnącej się wzdłuż szacownych, zadbanych domów. Wprawdzie w Berlinie, jeśli ktoś dbał o własną reputację, to mieszkał w dzielnicy Tiergarten lub Grünewald, ale zaledwie jedno pokolenie wstecz także tutaj miały swoje siedziby bardzo szanowane rodziny. Budynki zachowały jeszcze sporo z dawnego blasku.

Woźnica zatrzymał się przed szarym domem, który koniecznie wymagał pobielenia, i zapytał, czy ma zaczekać.

– Tak, zaczekaj! – odpowiedział Ottwald von Trettin, choć nie miał najmniejszego pojęcia, jak długo będzie trwała jego wizyta. Wyszedł z powozu bez dalszych wyjaśnień i wszedł do góry po zewnętrznych schodach domu. Przed drzwiami pociągnął niecierpliwie za rączkę dzwonka.

Dźwięk był wyjątkowo przeraźliwy i głośny. Mimo to upłynęło sporo czasu, zanim drzwi się otworzyły i ukazała się głowa służącej. Kobieta przyjrzała się uważnie gościowi krótkowzrocznymi oczami. Najwyraźniej nie miała pojęcia, co ma sądzić o gościu.

– Chcę rozmawiać z panią Klampt albo jej synem Gerhardem – oświadczył Ottwald von Trettin.

– Proszę wejść do środka.

Służąca, która zdaniem Ottwalda von Trettin musiała mieć co najmniej siedemdziesiąt lat, cofnęła się, wskazując wejście do mrocznego korytarza. Ottwald nie mógł wręcz rozpoznać zarysów otoczenia, za to stara tym razem wydawała się mieć niemal kocie oczy, bo ruszyła do góry po schodach, których on prawie nie dostrzegał.

– Hej! Czy nie możesz przynieść światła? – zawołał, idąc za nią.

Kobieta odwróciła się do niego, nie kryjąc zdumienia.

– Dlaczego? Przecież jest jeszcze zupełnie jasno!

Na szczęście dla Trettina zauważył go ktoś we wnętrzu domu. Na górze schodów ukazała się kobieca postać trzymająca w ręku staroświecki lichtarz z trzema świecami.

– Czegóż sobie pan życzy, drogi panie? – spytała kobieta.

– Chcę rozmawiać z panią Klampt lub panem Klampt – odpowiedział dziedzic, sądząc, że ma przed sobą kolejną służącą.

– Jestem panna Klampt – padła krótka odpowiedź.

– Nazywam się Ottwald von Trettin. Mam przekazać waszej pani matce pozdrowienia od mojej matki, pani Malwiny von Trettin.

Przybysz skłonił się lekko, po czym minął starą służącą i ruszył do góry.

Armgard Klampt parsknęła z zadowoleniem i podeszła do niego.

– Cieszymy się z pańskich odwiedzin, panie von Trettin. Życie tutaj jest tak nudne i jednostajne! Gdyby bieda nie zmusiła nas do szukania schronienia u Friederike Fabarius, naszej najbliższej krewnej, milsze byłoby mi każde miejsce na świecie, nawet gdyby znajdowało się ono w Ameryce.

– Cóż takiego chce pani robić w USA? Tam jedzie wszystek leniwy motłoch, którego tu nikt już nie chce widzieć – odparł Ottwald von Trettin pogardliwie.

– O tak, ma pan rację! – Armgard Klampt westchnęła głęboko, po czym zatrzymała się przed drzwiami i zapukała.

Kiedy zabrzmiało donośne „Wejść!”, otworzyła i przepuściła gościa.

– Mamo, nie uwierzysz, kto dziś przyjechał do nas w odwiedziny! – zawołała do matki, która siedziała rozparta na fotelu i patrzyła ciekawie w stronę córki i Ottwalda.

– W lepszych czasach wręczano nam najpierw wizytówkę przybywających do nas gości. Ale teraz jesteśmy tylko żebrakami, którzy muszą być wdzięczni za te okruszyny chleba, jakie spadają dla nas ze stołu ciotki Friederike – odpowiedziała gniewnie Ermingarda Klampt.

– Proszę, aby wybaczyła pani to niedopatrzenie, ale ciotka Matuzalema nie wydała mi się na tyle odpowiednią osobą, abym się u niej meldował. Ma pani przed sobą Ottwalda von Trettin, syna pani ukochanej przyjaciółki Malwiny.

Ponieważ przez okna do tego pomieszczenia wpadało nieco więcej światła, dziedzic skłonił się z takim uśmiechem, jak gdyby miał przed sobą wielką damę, a nie zubożałą mieszczankę.

– Proszę więc usiąść! – Ermingarda Klampt wskazała krzesło obok siebie. Tymczasem Armgard przyniosła już karafkę wina oraz kieliszek i postawiła jedno i drugie na stole.

– Niestety, ciotka Friederike nie pozwala nam trzymać własnej służącej, tak więc zdane jesteśmy całkowicie na siebie – powiedziała Armgard z wyraźną skargą w głosie.

– Tak jest! – zgodziła się z nią matka. – Los nie jest dla nas zbyt łaskawy. A przecież wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Ale ta Lora Huppach, pańska matka na pewno o niej opowiadała, odsunęła mnie od mojej bratanicy, komtesy Retzmann, i teraz musimy żyć w warunkach urągających naszej godności. A przecież to ja z łaski i dobroci serca przyjęłam do swojego domu tę niedobrą dziewczynę po katastrofie statku w grudniu tysiąc osiemset siedemdziesiątego piątego roku! Niestety, zbyt późno dostrzegłam, jaką żmiję żywiłam własną piersią. Pańska pani matka także przeżyła wiele złego z powodu tej okropnej osoby. Powiadam panu, świat jest niesprawiedliwy! Czy widział pan już pałac, który kazał wystawić małżonek tej baby na skraju dzielnicy Tiergarten?

Mowa Ermingardy Klampt przypominała wartki wodospad. Większość z tego, co mówiła, Ottwald von Trettin znał już z opowieści matki. Wiedział od niej także, że rodzina Klampt musiała opuścić Bremę z powodu długów i zamieszkała u Friederike Fabarius, jedynej krewnej, która mogła sobie pozwolić na ich przyjęcie. Stara dama była być może ekscentryczna, ale Klamptowie nie musieli u niej głodować. Wino, które podała Ottwaldowi Armgard, okazało się dobrej jakości, a choć odzież obu dam nie była ostatnim krzykiem mody, to wykonała ją z pewnością całkiem niezła krawcowa.

Ottwald wystrzegał się jednak przed wygłoszeniem swoich spostrzeżeń.

– Widziałem dom mojego wuja. Doprawdy, to luksusowa rezydencja! Jako bankier musiał wyzyskać wielu ludzi, aby móc sobie na to pozwolić.

– Powiadam panu, że to wszystko zakupiono z pieniędzy mojej biednej bratanicy, które przywłaszczył sobie ten człowiek. Nathalia jest bardzo bogata, ale zbyt młoda, aby przejrzeć żmije takie jak on. Zarówno Thomas Simmern z Bremy, jak i ten bankier, pański powinowaty, wykorzystali naszych biednych krewnych, aby samemu zgromadzić te bogactwa. Gdybym miała w ręku choć jeden dowód, to wystąpiłabym przeciwko tej chciwej hołocie. My żyjemy tu w skrajnej nędzy, podczas kiedy ci ludzie mogą pozwolić sobie na niesłychane luksusy. Świat jest naprawdę niesprawiedliwy! Pańska matka na pewno mówiła… – Ermingarda nabrała powietrza w płuca, aby móc dalej opowiadać o strasznym położeniu, w którym się rzekomo znalazła.

Ottwald z upływem czasu tracił cierpliwość i chciał się pożegnać. I wówczas otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł wychudzony mężczyzna o nabrzmiałej twarzy, liczący około pięćdziesięciu lat. Spojrzał uważnie na Ottwalda, po czym wyraźnie ucieszony wyciągnął rękę w jego stronę.

– A więc to pan jest synem Ottokara von Trettin. Witam w moim domu! Jest pan bardzo podobny do ojca. On także miał imponującą postawę. I choć tylko kilka dni miałem przyjemność przebywać w jego towarzystwie, to z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że byłem jego przyjacielem.

Zapewne to Gerhard Klampt, pomyślał Ottwald. Nie traktował poważnie jego pochlebstw. Wiedział, że nie odziedziczył krępej sylwetki swego ojca o okrągłej, niemal zawsze zaczerwienionej twarzy. Ottwald von Trettin był dumny ze swego szczupłego ciała i dość urodziwej twarzy, co zawsze przyciągało uwagę dam. Za to Gerhard Klampt, mężczyzna o zwisających ramionach i zaawansowanej łysinie, raczej nie przypominał Adonisa.

Ottwald ukrył kpiący uśmiech, ściskając podaną rękę.

– Bardzo mi miło! Mam nadzieję, że także mnie zaszczyci pan przyjaźnią, podobnie jak darzył nią pan mojego ojca!

– Ależ oczywiście! – oświadczył Gerhard Klampt i popatrzył pogardliwie na stół, który był pusty, jeśli nie liczyć karafki z winem i kieliszka Ottwalda.

– Pani matko, Armgard, powinnyście były zaproponować przekąskę panu Ottwaldowi von Trettinowi!

Ermingarda Klampt prychnęła niechętnie, po czym rzekła:

– To nie jest czas posiłku. Dlatego mogłyśmy zaproponować naszemu gościowi najwyżej ciasto. Ale ten niesmaczny gniot, który przynosi do domu nasza krewniaczka, z pewnością nie przypadłby mu do gustu.

– Mogłyście kupić coś lepszego! – odparł jej syn z nadąsaną miną.

– A jak? Nasza krewniaczka Fabarius, na której łaskawość jesteśmy zdani, zabroniła nam utrzymywania służącej, jej dziewczyna jest zaś tak nieuczynna, że odmawia najdrobniejszej przysługi. Czy mam wysłać Armgard do cukierni, aby kupiła tam ciasto?

Ermingarda dawała upust swojej niechęci, a jej gość uśmiechał się i milczał. Klamptowie najwyraźniej starali się uchodzić za kogoś lepszego. A przy tym pozycja, jaką ta kobieta oraz jej dwoje dzieci zajmowali w społeczeństwie, nie miała zupełnie znaczenia, córka jednak nie darowałaby sobie, gdyby sama poszła na zakupy. Ale to już nie był problem Ottwalda, który spokojnie dopił swoje wino i właśnie zamierzał się pożegnać, kiedy zwrócił się do niego Gerhard:

– Panie von Trettin, czy nie miałby pan ochoty towarzyszyć mi do miasta i napić się ze mną piwa? Mam ochotę na golonkę, bo dziś w południe zjadłem tylko małą przekąskę.

Ale za to sporo wypiłeś, pomyślał Ottwald, który wyraźnie poczuł woń alkoholu od swojego rozmówcy.

– Bardzo chętnie – odpowiedział jednak, bo miał nadzieję, że dowie się od Gerharda Klampta czegoś więcej na temat swojego wuja i jego niesłychanego awansu na bogatego bankiera. Może Klampt nawet wymieni nazwiska paru spadkobierczyń, z których jedna mogłaby zostać dziedziczką majątku Trettin. Ottwald pożegnał się z obiema kobietami tak przyjaźnie i miło, jak gdyby nie przyszedł tu w odwiedziny po raz pierwszy, lecz był lubianym i częstym gościem, po czym ruszył na dół za Gerhardem Klamptem.

Kiedy znalazł się na ulicy, ucieszył się, że kazał czekać stangretowi Fridolina. Gerhard Klampt był wyraźnie pod wrażeniem na widok eleganckiego pojazdu i w drodze do pewnej regularnie odwiedzanej restauracji zaczął opowiadać o swojej ciotce, u której mieszkał on sam, jego matka oraz siostra.

– Friederike Fabarius to stara, podstępna smoczyca. I jest bogatsza, niż wszyscy sądzą. Mogłaby sobie pozwolić na utrzymanie liczniejszej służby niż tylko ta kobieta w matuzalemowym wieku, która stale się koło niej kręci, ale Friederike jest niesłychanie skąpa. Na szczęście sama pije dobre wino, bo gdyby tak nie było, to nam podawałaby najbardziej kwaśne, jakie tylko można dostać. Jedzenie też nie jest tak niesmaczne jak to, które zawsze przygotowuje mama. Ale po latach prowadzenia własnego gospodarstwa z trudem przychodzi jej ulegać kaprysom innej osoby.

– O, jestem skłonny w to uwierzyć – odpowiedział Ottwald von Trettin.

– Życie w domu ciotki Friederike nie jest jednak aż tak złe. Bądź co bądź, to najbliższa krewna mamy i jest bardzo stara – mówił dalej Gerhard. – Mamy wielką nadzieję, że będziemy po niej dziedziczyć. A z tego powodu mama nie waży się sprzeciwiać starej czy też drażnić jej w jakikolwiek sposób. Uprzejmość to najważniejsza zasada.

Wszystko po to, aby wyłudzić spadek, dodał w duchu Ottwald.

– Cieszyłbym się wraz z panem, gdyby ten spadek przypadł właśnie panu – oświadczył, po czym mrugnął porozumiewawczo do Gerharda, na co ten odparł z przekąsem:

– Też bym się radował. Ale prawdopodobnie ceną będzie moja wolność.

– Chyba nie chce pan zamordować tej starej kobiety? – zakpił Ottwald von Trettin.

Jego towarzysz machnął ręką ze śmiechem.

– Oczywiście, że nie! Wówczas nie oglądałbym jej talarów. Ale pani Fabarius ma jeszcze siostrzenicę o imieniu Philomena i dała już do zrozumienia, że chce zaaranżować jej małżeństwo ze mną. Odpowiada mi taki plan, jeśli to przyniesie mi dostatecznie dużo pieniędzy. W końcu przyjemności można zażyć nie tylko w małżeńskim łożu!

Ottwald von Trettin dostrzegł, że ten człowiek był tak wylewny za sprawą wypitego alkoholu, i postanowił to wykorzystać. Dlatego też nie powstrzymywał potoku wymowy Gerharda, lecz nawet zachęcał go, aby zalecał się do Philomeny, i umiejętnie skierował rozmowę na temat młodych dam, co bardziej mu odpowiadało.

XII

Obaj panowie zjedli golonkę i wypili piwo. Klampt okazał się dobrym partnerem do rozmowy i mówił dużo. Ottwald von Trettin dowiedział się sporo na temat otoczenia Klamptów, a nawet pozwolił sobie zainteresować się ową siostrzenicą pani Fabarius, którą jego towarzysz miał poślubić zgodnie z wolą krewniaczki. Wprawdzie ta dama raczej nie grzeszyła urodą, ale za to mogła spodziewać się znacznego spadku. Jednak po krótkim zastanowieniu ta perspektywa wydała się Ottwaldowi zbyt niepewna. W dodatku Gerhard Klampt wyznał mu, że otrzymuje od Friederike Fabarius regularne kieszonkowe, co pozwala mu w skromnym zakresie realizować własne zainteresowania.

– Dzięki temu żyje mi się całkiem nieźle – oświadczył Gerhard, uśmiechając się szeroko. – Ta stara wiedźma wie, że ja jako mężczyzna potrzebuję więcej pieniędzy niż na przykład moja siostra. Bo ona prócz zakupów ubrań i od czasu do czasu wizyty w cukierni nie ma żadnych innych wydatków. Za to ja…

W ten sposób Gerhard znalazł temat do rozmów na kolejne pół godziny i powiedział, że może pozwolić sobie zarówno na zakłady w wyścigach konnych, jak i od czasu do czasu na wizyty w pewnym lepszym domu publicznym.

– Jeśli szkapa, na którą postawiłem, wygrywa, to mogę sobie pofolgować i spędzam noc w otoczeniu chmary dziewcząt, dzięki czemu czuję się jak osmański sułtan i wówczas nie piję w ogóle wody, lecz szampana i najlepsze wino burgundzkie! – Gerhard Klampt zaśmiał się głośno i poklepał Ottwalda po ramieniu. Ale dziedzicowi von Trettin ten gest wydał się zbyt poufały, dlatego bez ceremonii strącił rękę Gerharda.

Klamptowi wydało się, że Ottwald wątpi w jego słowa, wyciągnął więc z kieszeni gruby plik banknotów.

– To wygrałem wczoraj i dziś chciałbym sobie nieco poszaleć. A ponieważ bardzo lubiłem pańskiego ojca i także was, zapraszam dziś pana. Wypijemy jeszcze trochę, po czym obejrzymy sobie rewię z najlepszymi tancerkami. I możemy od razu poszukać tam sobie dziewczyn albo pójdziemy potem do domu publicznego mojego przyjaciela Laabsa, z którym zawsze spotykam się w Hoppegarten. On także obstawia, ale ma mniej szczęścia niż ja i przeważnie przegrywa.

Dotychczas Ottwald von Trettin tylko od czasu do czasu bywał w domu publicznym w Königsbergu i było to dla niego niezbyt podniecające. Ale ponoć domy publiczne w Berlinie były wyposażone o wiele lepiej niż na prowincji, dlatego dziedzic von Trettin skinął głową i nie miał już nic przeciwko temu, aby Klampt objął go ramieniem i nazwał najlepszym przyjacielem. Pamiętając jednak o korzyściach, jakich spodziewał się po tej rozmowie, popatrzył badawczo na swojego rozmówcę i rzekł:

– Wie pan, że panu zazdroszczę? Przecież z chwilą ożenku stanie się pan milionerem.

– Może nie aż tak, ale rzeczywiście niewiele będzie brakować – odparł Gerhard.

– Też chętnie ożeniłbym się z pieniędzmi, i to z możliwie dużymi. Może mógłby mi pan coś doradzić. Bądź co bądź, zna pan i obraca się w najlepszych kręgach towarzyskich stolicy.

To akurat było nieco przesadzone, bo pomimo znalezienia się dzięki małżeństwu wśród szlachty i mimo bogatej ciotki pochodzącej z mieszczaństwa Klamptowie nie należeli do lepszego towarzystwa stolicy i większość drzwi była przed nimi zamknięta. Ale Ottwald von Trettin już jako dziecko nauczył się, jak silną bronią jest pochlebstwo, i dobrze wiedział, jak podtrzymać dobry humor Gerharda.

– Jeśli chce pan poślubić kogoś z prawdziwym majątkiem, to powinien pan wziąć za żonę komtesę Nathalię von Retzmann, to moja siostrzenica trzeciego stopnia. Ona ma tyle pieniędzy, że trzeba je każdego dnia przetrząsać, aby nie zaczęły pleśnieć!

Klampt zarechotał głośno i zażądał kolejnego kufla piwa.

– Wypije pan też jeszcze jedno? – spytał dziedzica von Trettin. Ten jednak wskazał na swój napełniony do połowy kufel, którego nie wypił w ciągu ostatniej półgodziny.

– Przykro mi, ale u mnie nie idzie to tak szybko – odparł.

– Jest pan jeszcze młody i musi się pan nauczyć, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną. Dzisiaj pokażę panu, jak to się robi!

Klampt wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym wziął swój kufel i stuknął o kufel Ottwalda.

– Na zdrowie!

Gerhard wypił, odstawił kufel i popatrzył na młodego dziedzica wyzywająco.

– Moja siostrzenica Nathalia byłaby właściwą osobą dla pana. Sam bym się z nią ożenił, gdyby to było możliwe, choć jest wstrętną bestią. Ale już bym ją tego oduczył, tak, zrobiłbym to z pewnością! Na przeszkodzie stoi jednak owa grafini Lora i ten przeklęty Simmern z Bremy, który sprytnie zdobył sobie posadę opiekuna Nathalii! Moja matka chciała go w swoim czasie przepędzić w diabły, ale to się nie udało. W dodatku jesteśmy jego najbliższymi krewnymi. Bądź co bądź, moja matka wyszła za mąż za jej wuja. Ten ponoć się zastrzelił, jak słyszałem – a może zginął w jakimś pojedynku? Nie wiem, ale to wszystko jedno! W każdym razie ten ożenek był głupotą z jego strony. Gdyby nie to, byłbym dziś grafem Retzmann, a moja siostra komtesą. A tak jesteśmy prostymi Klamptami bez tytułów i godności. Los jest doprawdy niesprawiedliwy!

Ottwald von Trettin dawno już zrozumiał, że do swoich planów znalezienia bogatej narzeczonej potrzebny był inny protektor niż pozbawiony godności i szlachectwa Klampt, i postanowił zażądać poparcia swojego wuja Fridolina w tej kwestii.

Klampt znów skarżył się rozwlekle na to, że nie powierzono mu opieki nad komtesą i zarządem jej majątku.

– Moją matkę złości to do dzisiaj. Bo gdyby nie to, dawno byłbym żonaty i moja siostra także wyszłaby za mąż. I oczywiście obracalibyśmy się w najlepszych kręgach towarzyskich! Ale teraz muszę się zadowolić starą panną w rodzaju Philomeny, która jest zatrudniona gdzieś na prowincji jako dama do towarzystwa u jakiejś starszej pani. Widziałem już jej fotografię. Cóż za mdła i nieciekawa postać! Kiedy już będę żonaty i dostanę w spadku pieniądze naszej ciotki, będę też stałym gościem w Le Plaisir.

– Le Plaisir? – spytał Ottwald von Trettin. – Czy to nie tam miał przed laty miejsce jakiś wielki skandal, w który wplątany był też mój wuj? Ponoć dzięki bliżej nieustalonym powodom udało mu się z tego wyjść bez szwanku i nawet został potem mianowany grafem.

Na ten temat Klampt nie mógł udzielić bliższych informacji, jako że wówczas mieszkał jeszcze w Bremie i nie dowiedział się niczego o skandalu związanym z morderstwem rosyjskiego księcia Tirassowa w owym domu publicznym. Ale za to dziś był przyjacielem obecnego właściciela tego przybytku i znał każdą pracującą tam dziewczynę. Rozwodził się na temat zalet lokalu, dzięki czemu Ottwald nabrał ochoty na wizytę. Ale Klampt naciskał, aby najpierw poszli na rewię, gdzie tańczyły śliczne dziewczęta i zadzierały przy tym nogi tak wysoko, że nie tylko widoczne były ich uda, lecz także ozdobione koronkami majtki.

Klampt zapłacił więc rachunek, szerokim gestem rzucił kelnerowi obfity napiwek wynoszący aż pół marki, i zdumiewająco pewnym krokiem wyszedł z lokalu. Rzeczywiście sprawiał wrażenie mniej pijanego niż wcześniej, ale za to bardziej przedsiębiorczego. Udowodnił to natychmiast, gwiżdżąc na znanego sobie ulicznego śpiewaka i żartując na temat odzieży i figury kilku kobiet, które spotkali po drodze. Ottwald von Trettin wolałby, aby jego kompan od kieliszka zachowywał się nieco bardziej dystyngowanie, dlatego skinął na stangreta jadącego za nimi powoli powozu i użył swej całej siły przekonywania koniecznej do tego, aby wsadzić doń Klampta. A ponieważ stangret na jego znak popędził konia, towarzysz Ottwalda nie miał już okazji do wygłaszania złośliwych uwag. Kiedy tylko przybyli do variétés, wysiedli i od razu stanęli w długiej kolejce po bilety.

– Byłoby lepiej, gdybym wcześniej je zamówił! – oświadczył rozzłoszczony Klampt, a Ottwald zastanawiał się, czy ma użyć swych wpływów jako wiejski szlachcic i podejść do kasy bez kolejki. Ale czekał cierpliwie, nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi, aż Klampt wreszcie kupił bilety i zamówił u kelnera wybrane menu wraz z butelką wina, po czym ruszył za kompanem do stolika. Klampt usiadł wygodnie, założył nogę na nogę i uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Kiedy ma się trochę pieniędzy w kieszeni, to w Berlinie można sobie na parę rzeczy pozwolić!

Ottwald zdusił w sobie złość, bo Klampt zachowywał się tak, jak gdyby on był jego bratankiem ze wsi, który pierwszy raz przyjechał do dużego miasta i powinien być wprowadzony przez kogoś do wielkiego świata.

Obaj mężczyźni jedli i pili całkiem niezłe wino, słuchając przy tym śpiewaka i śpiewaczki, którzy z akompaniamentem kapeli prezentowali nader frywolne piosenki. Gerhard Klampt czuł się w swoim żywiole i opowiadał, że przed kilkoma tygodniami po przedstawieniu spędził ze śpiewaczką niezapomnianą noc.

– Była cholernie droga, to mogłem liczyć na wiele – dodał ze śmiechem i popatrzył na Ottwalda wyzywająco. – No, to co jest? Czekamy, aż zamkną ten lokal, czy staramy się dotrzeć do Le Plaisir najpóźniej o dwudziestej drugiej?

– Byłbym za Le Plaisir!

Po pierwsze, Ottwald von Trettin rzeczywiście chciał na własne oczy zobaczyć tę świątynię zmysłów, która niemal stała się przyczyną zguby jego wujka Fridolina, a po drugie, jego zdaniem było tu za głośno. W dodatku denerwowało go towarzyszące śpiewanym piosenkom rytmiczne klaskanie publiczności.

A tak naprawdę jego myśli krążyły teraz wokół owej bratanicy wżenionej w rodzinę Klamptów, komtesy Retzmann. Wydawała mu się idealną narzeczoną, zwłaszcza jako jedyna dziedziczka olbrzymiego majątku. Ottwald wiedział też, że była zaprzyjaźniona z Fridolinem i Lorą, mógł być więc pewien, że wkrótce ją pozna i może zdoła zainteresować ją swoją osobą.

Odpędził szybko myśl, że wuj być może nie zechce poprzeć jego starań o Nathalię. Także stan, w jakim był obecnie majątek Trettin, nie wydawał mu się godny rozmyślania. Ottwald zamierzał wzbogacić się jak najszybciej, aby móc poszukać sobie innego towarzystwa niż Gerhard Klampt, który wydawał się wyraźnie zadowolony z tego, że może przepuszczać w domach publicznych i variétés swoje otrzymywane od bogatej ciotki kieszonkowe i zyski z zakładów w wyścigach koni.

Mimo pogardy, którą odczuwał wobec Klampta, Ottwald bił brawo, kiedy młoda pieśniarka zaśpiewała pewną nader frywolną piosenkę francuską, co większości gości wydało się tak sprośne, że oprócz oklasków słychać było także gwizdy i buczenia.

– Jak pan sądzi, Trettin, zwijamy powoli nasze namioty i ruszamy do Le Plaisir? – spytał Klampt, kiedy dziewczyna zeszła ze sceny.

Ottwalda coraz bardziej denerwował fakt, że ten typ traktował go jak równego sobie. Bądź co bądź, on był dziedzicem, a Klampt jedynie utrzymankiem bogatej mieszczańskiej ciotki. Teraz przytaknął jednak, jego towarzysz zapłacił rachunek, a kiedy wstali, dwaj zbyt późno przybyli panowie nie kryli swej radości na widok wolnego stolika.

XIII

Budynek o przesadnie zdobnej fasadzie, w którym mieścił się Le Plaisir, przypominał pozostałe domy znajdujące się na tej ulicy. O tym, że mieści się tam dom publiczny, nie informował żaden szyld, za szybami okien nie można też było dostrzec skąpo ubranych kobiet. Okna były zasłonięte grubymi zasłonami, przez które nie wydostawał się na zewnątrz choćby nikły odblask światła. Drzwi wejściowe, do których prowadziły schody, oświetlała jedynie uliczna latarnia. Ottwald von Trettin znał ten dom publiczny jedynie z opowieści i nie wiedział, czy znajduje się on w tym samym budynku co przed pięcioma laty, czy też został gdzieś przeniesiony po ówczesnym skandalu.

Dziedzic rozkazał wyraźnie zmęczonemu stangretowi, aby ten czekał na obu panów za rogiem, i ruszył za Gerhardem Klamptem, który właśnie pociągnął za dzwonek. Nie minęło nawet pięć sekund i drzwi się uchyliły – stanął w nich starszy mężczyzna w mundurze podobnym do munduru jakiegoś zagranicznego oddziału wojskowego.

– Ach, drogi pan Klampt! Ależ proszę wejść. Przyprowadził pan dziś przyjaciela?

Anton, odźwierny domu, przyjrzał się Ottwaldowi von Trettin badawczo i uznał, że jest on drobnym szlachcicem ze wsi, żądnym jakichś przeżyć w stolicy. Odźwierny zastanawiał się co prawda, jak ktoś taki mógł znaleźć się w towarzystwie Klampta, który nie obracał się w najlepszych kręgach towarzyskich i był tolerowany tutaj tylko z powodu Manfreda Laabsa, małżonka szefowej. Anton powitał jednak obu mężczyzn bardzo uprzejmie i wpuścił ich do środka.

A więc to jest owa świątynia grzechu, która omal nie stała się przyczyną zguby wuja Fridolina, przemknęło przez głowę Ottwalda von Trettina, kiedy szedł niemal pustym korytarzem do salonu. Tam jednak znalazł się w innym świecie. Ściany wyklejono tu tapetą w kolorze łagodnej czerwieni, w podobnym kolorze były też wygodne kanapy, na których siedziały śliczne dziewczyny w skąpych, ozdobionych cekinami sukniach, starając się o względy obecnych tam panów.

Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdował się przykryty czerwonym obrusem stół, wokół niego zaś stały cztery wyściełane krzesła, z których zajęte było tylko jedno. Siedzący na nim mężczyzna podniósł się na widok Gerharda Klampta i powitał go przyjaźnie. Brązowe spodnie i czerwona kamizelka nadawały mu wygląd drobnego kupca. Ci jednak na ogół nie nosili na trzech palcach prawej ręki pierścieni z półszlachetnymi kamieniami. Także ciężki złoty łańcuszek do zegarka sprawiał wrażenie przesadnie luksusowego. Mężczyzna był średniego wzrostu, szczupły i miał zaskakująco piękną twarz, zdaniem Trettina zbyt wydelikaconą i sprawiającą wrażenie kobiecej. Dziedzic ocenił wiek mężczyzny na niecałe czterdzieści lat.

– A kogóż tu mamy?

Manfred Laabs przywitał przyjaciela, po czym zwrócił się w ten sposób do jego towarzysza. W pierwszej chwili założył, że będzie miał do czynienia z urzędnikiem ze średnio zamożnego mieszczaństwa, który w zakładach końskich w Hoppegarten wygrał dość pieniędzy, aby pozwolić sobie na noc w luksusowym domu publicznym. Po dokładniejszym przyjrzeniu się gościowi musiał jednak zrewidować swoje założenie. Przybysz może nie był ubrany zgodnie z ostatnim krzykiem mody, ale jego odzież wykonano z delikatnego materiału o doskonałej jakości, a jego pełna dystynkcji postawa świadczyła, że pochodził on z wiejskiej szlachty.

Gość przedstawił się, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych poufałości.

– Jestem freiherr Ottwald von Trettin z majątku Trettin!

– Trettin! Ale chyba nie krewny grafa Trettina? – zawołał zdumiony Laabs, wyciągając w stronę gościa rękę. – Witam pana!

Na czole Ottwalda von Trettin pojawiła się pionowa zmarszczka.

– Pan zna mojego wuja?

– Ależ oczywiście! Dawniej był on, że tak powiem, stałym klientem tego przybytku. Teraz niestety przychodzi rzadziej. – Manfred Laabs patrzył na właściciela majątku Trettin tak, jak gdyby jego przybycie sprawiło mu największą radość. – Niechże pan usiądzie i wypije ze mną kieliszek wina! – zwrócił się do Ottwalda.

– Właściwie nie przyszedłem tu po to, aby pić wino – brzmiała chłodna odpowiedź.

– Oczywiście, tak! To można przecież robić w każdej restauracji. Przyszedł pan z powodu dziewczyn. Którą pan chce? Blondynkę, brunetkę? Szczupłą, grubą? Dla każdego z panów mamy odpowiednią.

Manfred Laabs wskazał na kilka kobiet, które spoglądały na gości z zaciekawieniem.

– Ja wolałbym sam którąś wybrać. Ale zostawiam ten wybór panu, Trettin! – Mówiąc to, Gerhard Klampt chciał sprawić wrażenie wspaniałomyślnego, ale ta poufałość jeszcze bardziej zirytowała jego towarzysza. Ottwald, nie przyglądając się dokładniej dziewczętom, wskazał na jedną nich i rzekł:

– Ta mi się podoba.

– Ależ oczywiście! Hilma to jedna z naszych najlepszych dziewczyn! Sam ją wypróbowałem. Chodź, Hilmo, pokaż panu, gdzie jest twój raj! – Laabs roześmiał się głośno, urwał jednak, widząc oburzone spojrzenie Ottwalda von Trettin.

– Miłej zabawy! – powiedział i poczekał, aż Hilma wraz z gościem zniknęła za drzwiami jednego z pokojów, po czym marszcząc czoło, zwrócił się do Gerharda Klampta:

– Zdaje się, że ten pan nie jest zbyt przystępny.

– Pochodzi ze starej szlachty i jest właścicielem porycerskich dóbr w Prusach Wschodnich. Tacy ludzie nie lubią poufałości – wyjaśnił Klampt, dając jednocześnie do zrozumienia, że on sam spędził z Ottwaldem w zażyłości już cały wieczór. Jego zdaniem istniała ogromna różnica między sutenerem i gospodarzem domu publicznego a nim samym, zwłaszcza że tylko głupi przypadek spowodował, że nie urodził się jako syn grafa. Teraz jednak Klampt nie miał za bardzo ochoty do rozmowy, wolał iść w ślady Ottwalda i zniknąć wraz z dziewczyną w którymś z pokojów. Skinął na silnie zbudowaną blondynkę, wetknął jej za dekolt kilka błyszczących monet i ruszył za chichoczącą dziewczyną w kierunku pokoju. Tuż przed drzwiami zatrzymał się i zwrócił raz jeszcze do Laabsa:

– Proszę zadbać o to, aby przygotowano butelkę wina i coś do jedzenia.

Poprzez tę uwagę chciał dać mu do zrozumienia, że sam jest panem i osobą, która oczekuje tutaj od Laabsa należnej obsługi.

Ale Manfred Laabs nie wziął mu za złe tej drobnej złośliwości, lecz skinął na dziewczynę, aby ta przyniosła to, czego zażądał Klampt. A potem wyszedł na drugi korytarz, otworzył drzwi i wszedł do znajdującego się za nimi pomieszczenia. Przy małym sekretarzyku siedziała tam kobieta między trzydziestką a czterdziestką. Jej urody nie mogła przyćmić nawet prosta, zapięta aż pod szyję suknia z ciemnoniebieskiego aksamitu i surowa fryzura.

Kobieta podniosłą głowę.

– Jakieś kłopoty, Manfredzie? – spytała.

– O nie, wręcz przeciwnie! Dom jest pełen gości. Tylko trzy dziewczyny nie mają nic do roboty, ale to się wkrótce zmieni – wyjaśnił radośnie Laabs.

Na twarzy kobiety pojawił się cień. Tak przypuszczałam, pomyślała. Najpóźniej zaraz po północy wyszukasz sobie jedną albo dwie z nich i je wypróbujesz – jak to nazywasz – aby stwierdzić, czy się do czegoś nadają. Kobieta nie odpowiedziała i pochyliła się znów nad księgą rachunkową.

– Nie cieszy cię to? – spytał Laabs zdziwiony.

– Oczywiście, że cieszy – odpowiedziała chłodno. – W końcu przecież najpierw należy zarobić pieniądze, które ty potem wydasz.

– Skoro mówisz o pieniądzach, Hedo: potrzebowałbym kilku banknotów. Miałem ostatnio pecha na wyścigach. Szkapy nie pobiegły zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Laabs położył lewą rękę na ramieniu żony i jednocześnie podniósł prawą, grożąc jej.

Heda wiedziała ze smutnego doświadczenia, że w każdej chwili potrafił uderzyć bez ostrzeżenia. Mimo to nie ustąpiła od razu.

– Czy nie mówiłeś ostatnio, że wkrótce zarobisz tyle pieniędzy, że nie będziesz już potrzebował ani mnie, ani też mojego, jak to nazywasz, burdelu?

Manfred Laabs miał taką ochotę uderzyć żonę, że wprost swędziała go ręka. Jednak powstrzymał się. Po ostatnim razie dała mu wprawdzie kilkaset marek, ale ignorowała go całymi dniami i nie dała się przeprosić mimo bukietu kwiatów, który jej w końcu kupił. Laabs nie ważył się bić jej tak długo, aż przestanie się opierać. Nawet jeśli występował jako właściciel Le Plaisir, to jednak lokal należał do jego żony, a on miał prawo tylko do części dochodu. Taki zapis w umowie małżeńskiej Heda kazała sporządzić jeszcze przed ślubem i Manfred do dziś czuł złość, że się na to zgodził. I choć jako małżonek zgodnie z prawem był jej panem i władcą, to musiał żebrać o każdy grosz.

– Zdobędę wkrótce pieniądze, ale to jeszcze trochę potrwa. Do tego czasu nie mogę wychodzić z domu bez kilku marek w kieszeni. Musisz to zrozumieć!

– Dałam ci ostatnio pieniądze, kiedy wymierzyłeś mi kilka policzków. I zrobiłbyś to znowu, gdybym nie chciała ci dać pieniędzy, prawda?

W głosie Hedy słychać było ogromne rozczarowanie. A przy tym kobieta zdawała sobie sprawę, że sama jest sobie winna. Nikt jej nie zmuszał, aby poślubiła Manfreda Laabsa. Ale jej pragnienie posiadania dziecka było po prostu silniejsze ponad wszystko, a ponieważ nie chciała znosić hańby pozamałżeńskiego potomstwa, pozostawało jej tylko małżeństwo. Może zanim uległa zalotom Manfreda, wcześniej powinna dłużej go poobserwować. Ale teraz było za późno na robienie sobie wyrzutów. Nie czekając na odpowiedź męża, wstała i podeszła do ściany, po czym zdjęła wiszący na niej obraz, który w przeciwieństwie do kilku pozostałych, umieszczonych w salonie przyjęć i niektórych ekskluzywnych pokojach, nie przedstawiał erotycznej sceny. Wyciągnęła spod sukni klucz, który miała zawieszony na szyi na złotym łańcuszku, i otworzyła mały sejf ścienny znajdujący się pod obrazem, po czym wyjęła z niego kilka banknotów.

Manfredowi wprost zaświeciły się oczy, kiedy zobaczył gruby plik, i z trudem powstrzymał pokusę, aby pochwycić wszystko i zabrać dla siebie przynajmniej połowę.

– Czy wiesz, że źle mnie traktujesz? – warknął.

– Doprawdy? Ani cię nie biję, ani nie żądam od ciebie, abyś poszukał sobie pracy i zaczął zarabiać pieniądze! – W głosie Hedy słychać było rozgoryczenie. Bądź co bądź, jeszcze przed ślubem Manfred sprawiał wrażenie kogoś, kto posiadał dostatecznie dużo pieniędzy, aby móc założyć w Berlinie jakiś lokal z piwem. Ale oszukał ją nie tylko w kwestii rzekomo posiadanego majątku. A teraz żył jak pączek w maśle, a ona musiała się cieszyć, że choć od czasu do czasu wygrywał w wyścigach koni. Gdyby było inaczej, żądałby od niej jeszcze więcej pieniędzy.

Manfred Laabs najwyraźniej odgadywał jej myśli, bo marszcząc nos, wskazał na banknoty, które mu podała, i rzekł:

– Ale to przecież mało!

Z westchnieniem sięgnęła raz jeszcze do sejfu i odliczyła pięćset marek.

– To musi ci wystarczyć na ten i następny miesiąc!

– O nieba, co za los mnie spotyka! Skazany jestem na jałmużnę od własnej żony! – zawołał z teatralnym gestem.

– Powiedziałabym raczej, że stałeś się moim utrzymankiem. Na każde dziesięć marek, które wydajesz, zarabiasz trzy.

Heda podała mu z westchnieniem ostatni banknot, po czym zamknęła sejf, schowała za dekoltem zawieszony na łańcuszku klucz i powiesiła na ścianie obraz.

Laabs zastanawiał się, jak zdobyć klucz. Oczywiście mógł tak pobić Hedę, że w końcu oddałaby mu go, ale o ile ją znał, potem ukryłaby przed nim każdy grosz. Najlepsze wydało mu się udawanie tkliwości i ściągnięcie łańcuszka z jej szyi w czasie, gdy będzie spała, aby móc zabrać dla siebie część pieniędzy. Nie myśląc o tym, że taka kradzież rzuciłaby się jej w oczy natychmiast, kiedy tylko przestałyby się zgadzać księgi rachunkowe, pochylił się i pocałował ją w kark.

– Jesteś cudowną kobietą! – powiedział.

To znów ów urok, któremu uległam przed ślubem, pomyślała Heda ze smutkiem. Tak naprawdę była to jedynie maska, którą jej mąż zakładał według swojego upodobania. Z drugiej strony naprawdę mocno pobił ją tylko jeden raz i przez krótki czas starał się nawet być dobrym ojcem dla ich wspólnego syna. Sama myśl o synu sprawiła, że Heda złagodniała i na krótką chwilę przytuliła się do męża.

– Musisz zrozumieć, że nie mogę ci już dać więcej pieniędzy. Co chwila mam niespodziewane wydatki, kiedy jedna z dziewcząt zachoruje i nie może pracować albo kiedy trzeba wyremontować któryś pokój czy nawet salon. Poza tym muszę mieć pewną sumę w zapasie, aby dać łapówkę panom z odpowiednich urzędów i tym samym trzymać od nas z daleka policję obyczajową.

– Ależ wiem o tym, moja kochana – odpowiedział Laabs i przeklął w myślach tych, którzy żądali pieniędzy od jego żony i poprzez to ograniczali jego samego. Ale pomyślał, że jak tylko wielki interes, w który się zaangażował, zakończy się sukcesem, będzie mieć dość pieniędzy, aby założyć drugi dom publiczny. Na ludzkiej niemoralności można było przecież zarobić więcej niż na zwykłej piwiarni. A ponieważ już na samą myśl o tym zapragnął którejś z dziewczyn, pożegnał się z Hedą i szybko wrócił do salonu przyjęć.

XIV

Lora i Fridolin przenocowali w Hanowerze i w południe następnego dnia byli już blisko celu swej podróży. Kiedy pociąg wjechał na mały dworzec i zatrzymał się tuż obok budynku z klinkierowej cegły, małżonkowie dostrzegli przez okno dorożkę i furę, które przybyły ze Steenbrook, majątku Nathalii, aby odebrać wszystkich.

– No i proszę! Moi ludzie są bez zarzutu – powiedziała komtesa, śmiejąc się.

– Powinnaś przyswoić sobie mniej swobodne słownictwo – zganiła ją Lora, wiedząc, że równie dobrze mogłaby upominać jeden ze swoich kufrów, po czym zwróciła się do Fridolina, który właśnie wstał i nakazał dwóm służącym z wagonu pierwszej klasy, aby ci wynieśli na zewnątrz ich bagaż: – Pojedziesz z nami do majątku Nati czy też od razu ruszasz dalej?

Mężczyzna potarł czoło i uśmiechnął się.

– Zdecydowałem się posłuchać rady Nathalii i najpierw zasięgnąć języka w sąsiedztwie Klingenfeld.

– Jak powiesz, że jesteś z banku, któremu przypadł w udziale ten majątek, to całkiem możliwe, że ludzie będą mówili same złe rzeczy w nadziei, że im samym uda się go tanio kupić.

– Możesz mieć rację! Ale potrzebuję kilku informacji, zanim sam odwiedzę majątek. A poza tym chciałbym się dowiedzieć, jak faktycznie daleko jest stamtąd do posiadłości Nathalii.

– Przecież wczoraj mówiłeś, że to około dwudziestu kilometrów – odparła Lora zdziwiona.

– Te dane pochodzą od Dohnkego, a nie sądzisz chyba, że ślepo zdam się na to, co on mówi. Chciałby, abym koniecznie nabył tę posiadłość, i dlatego mówi o niej same dobre rzeczy. Dlatego tak ważne jest dla mnie zdanie właścicieli majątków z sąsiedztwa. Ale teraz już wysiadajcie! Bo pociąg pojedzie dalej i zostaniecie w tym przedziale aż do Bremy.

– Do Bremy na pewno nie. Wysiadłybyśmy na następnej stacji i wzięły dorożkę, która też zawiozłaby nas do celu – odpowiedziała ze śmiechem Nathalia, chwytając torebkę i parasolkę.

– Jak widzisz, my, kobiety, wiemy, jak sobie radzić! – Lora, śmiejąc się, wybiegła z przedziału i za chwilę stała już na peronie. Fridolin z grymasem potrząsnął głową, po czym podążył za nią, trzymając pod pachą zapomnianą przez żonę parasolkę.

– Co ty byś zrobiła beze mnie? Twoja parasolka musiałaby jechać sama aż do Bremy, a ty byłabyś bezradna zarówno w razie deszczu, jak i palących promieni słońca.

– Całkiem bezradna to nie, bo zaprosiłabym Lorę pod swój parasol. – Mówiąc to, Nathalia ujęła przyjaciółkę pod ramię.

– Jak sądzisz? Jedziemy od razu do Steenbrook czy najpierw odwiedzimy cukiernię? – spytała Lora, nie ukrywając dobrego humoru.

– Ponieważ kucharka majątku z pewnością upiekła kilka wielkich blach ciasta, które będziemy musieli zjeść w ciągu najbliższych kilku dni, to cukiernię możemy sobie darować – wyjaśniła Nathalia i poprowadziła ją na znajdujący się przed dworcem plac, prosto do czekającego powozu.

Był ciepły i piękny letni dzień. Jasne, niebieskie niebo było całkowicie bezchmurne, na lekkim wietrze tańczyły liście topoli rosnących wzdłuż alei przed dworcem, a w powietrzu unosił się wyraźny zapach siana i ziół. Wszystko to przypominało Lorze młodość, którą spędziła w dalekich Prusach Wschodnich. Wprawdzie okolicy leżącej na południowy wschód od Bremy nie można było porównać ze wschodnią prowincją, ale mimo wszystko Lora czuła się bardzo dobrze. Miała też nadzieję, że Fridolin nabędzie oferowany mu majątek. Wprawdzie zawsze była mile widziana w należącym do Nathalii majątku Steenbrook, ale perspektywa kawałka wyłącznie swojej ziemi i drzew, z których mogłaby zrywać własne owoce, bardzo ją nęciła.

– Hej, co się z tobą dzieje? Przecież minęłaś już powóz! – Dzięki wołaniu Nathalii Lora szybko wróciła do rzeczywistości i zaczęła się śmiać z samej siebie.

– Och, jakże mi przykro. Pochłonęły mnie przeróżne myśli.

– Mam wrażenie, że przyjemne. Widać to po tobie. – Nathalia roześmiała się także, po czym powitała Volkmara Zeeba, zarządcę majątku, i zwróciła się do stangreta:

– No, Drewes, jak się czuje klacz, która była tak chora na Wielkanoc?

Mężczyzna popatrzył na nią ze zdumieniem.

– Łaskawa komteso, pamięta pani o tym?! A przecież w Berlinie było i jest tyle ciekawych rzeczy!

– A dlaczego miałabym o tym zapomnieć?! Bądź co bądź, obiecałeś mi, że będziesz strzegł Frühlingsmaid jak oka w głowie. To teraz chcę wiedzieć, czy wszystko z nią w porządku – odparła Nathalia pogodnie.

– Oczywiście, że tak! Bardzo szybko wtedy wyzdrowiała.

– Dzięki temu nowemu weterynarzowi, który osiedlił się w okolicy – dorzucił zarządca, który niechętnie patrzył, jak parobek sam prowadzi rozmowę.

Drewes potrząsnął głową z dezaprobatą.

– No, doktor przepisał kilka lekarstw, ale samo to nie uratowałoby Frühlingsmaid. Trzeba wziąć trochę ziół, zagotować i wymawiając pewne słowa, wlać zwierzęciu do pyska, aby wstało na nogi!

Zarządca popatrzył na młodą panią wymownie, dając jej wyraźnie do zrozumienia, co sądzi o przesądach stangreta, i sam otworzył przed nią drzwi powozu.

– Czy chcą panie, aby zawieźć je najpierw do miasta, czy też mamy jechać od razu do Steenbrook?

– Zdecydowaliśmy się jechać do majątku. Tam na pewno będzie coś smacznego na stole i nie chcemy zdenerwować kucharki, najadając się tu do syta.

Uśmiechając się pogodnie, Nathalia wsiadła do powozu i odwróciła się tak, aby Lora mogła zająć miejsce obok niej. Niańka podała jej Doro, bo nad dwuletnią dziewczynką łatwiej było zapanować w czasie podróży niż nad Wolfim, po czym poszła do drugiego powozu. Nela i Christa, milcząca pokojówka Nathalii, skontrolowały najpierw wszystkich służących, którzy ładowali bagaż na furę, i także wsiadły do dorożki. Fridolin zamienił kilka słów z zawiadowcą stacji i dowiedział się, że Grünfelder i Dohnke nie przesadzili. Majątek Klingenfeld rzeczywiście oddalony był o dwie stacje i łatwo dało się tam dotrzeć także dorożką.

Zadowolony z tej informacji Fridolin dołączył do żony i Nathalii i poprosił zarządcę, aby ten zajął miejsce naprzeciw nich. Ale Volkmar Zeeb popatrzył na niego i podniósł rękę w geście przeprosin.

– Żałuję, ale przyjechałem konno i nie mogę przywiązać do powozu mojego wałacha za cugle, aby biegł obok.

– Oczywiście, tego pan nie może zrobić. Ale kiedy przyjedziemy do Steenbrook, chciałbym z panem porozmawiać. Mam nadzieję, że znajdzie pan chwilę dla mnie.

– Oczywiście, grafie! – Mężczyzna ukłonił się, po czym podszedł do swego konia i go odwiązał. Kiedy na niego wsiadał, Drewes popędził dwójkę wspaniałych karych koni zaprzęgniętych do powozu i skierował go na drogę prowadzącą do majątku Nathalii.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lipcowy deszcz Kwietniowa burza Fortele nierządnicy Grudniowy sztorm Córka nierządnicy Testament Nierządnicy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter