Dom samotnych

Dom samotnych

Autorzy: Joanna Kruszewska

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 336

cena od: 20.95 zł

Złych decyzji nie da się cofnąć, ale można próbować naprawić ich skutki. O prawdziwą miłość też warto powalczyć.

Niektórzy, tak jak Beata, szukają ucieczki w alkoholu. Znajdują ją na chwilę, ale potem przychodzi ranek

Inni, jak Kinga, próbują zmierzyć się z nową rzeczywistością i obiecują sobie, że już nigdy nie będzie w niej miejsca na zdradzających mężczyzn.

Jest jeszcze Ewa kobieta bez pragnień, matka i wyłącznie matka, która całe życie desperacko usiłowała zasłużyć na szacunek męża.

Splatające się ze sobą dzieje kilku kobiet matek, żon i kochanek, skazanych przez los na samotność. Czy uda im się odnaleźć szczęście i nową drogę?

A może powrót na starą wciąż jeszcze jest możliwy?

 To powieść o zwykłych, ale jakże ważnych sprawach dotyczących każdego z nas. Bohaterowie nie ustają w wysiłkach, by swoje życie wyprowadzić na właściwe tory. Warto oddać się lekturze i na chwilę przeżyć wraz z bohaterami  ich dylematy.

Ewa Bauer, pisarka.

Trudne relacje, bolesne rozstania i samotność we dwoje. Pomocna dłoń nie zawsze jest blisko. Spotkacie tu miłość pod ciężarem złych zdarzeń z przeszłości, obojętność powodującą wyrzuty sumienia i ucieczkę od problemów, uniemożliwiającą wyjście z życiowego pata. Emocjonalna, mocna i dojrzała powieść, którą gorąco polecam.

Aneta Kwaśniewska

Copyright © Joanna Kruszewska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

Copyright © pl.fotolia.com / silkstocking

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN 978-83-7674-826-9

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Listopad powoli zamieniał się w grudzień. Plucha za oknem nocami miała zwyczaj już zamarzać, od czasu do czasu pojawiał się delikatny śnieg. Kinga postawiła sobie przed nosem kubek z parującą herbatą z rumem i z lubością wdychała słodki zapach.

Trzeba coś zrobić z piecem.

Jak na jej gust było zdecydowanie za zimno, temperatura w nocy nie spadała za bardzo poniżej zera, a ona niezmiennie budziła się około pierwszej, drugiej, wciągając na siebie wszystko co popadnie: kołdrę, szlafrok; dreptała do stojącej niedaleko łóżka szafy i wyciągała polarowy koc, najpierw jeden, później drugi.

Brrr.

Łyknęła herbaty i skrzywiła się lekko. Normalne kobiety miały się do kogo przytulić, a ona od jakiegoś czasu już nie miała swojego idealnego męża, Grzesia. Mąż zasadził się na jej najlepszą przyjaciółkę… Albo ona na niego. Kto by miał chęć dochodzić, jak właściwie było? Kinga zdecydowanie nie miała, skreśliła Beatę z listy znajomych. Po przyjaźni zostało niewyraźne wspomnienie i Igor, który po pierwsze, zaparł się, że Kingi i jej córek, Agaty i Majki, nie zostawi w potrzebie, tak jakby brał na barki winę matki, po drugie, porzucił zamiar studiowania w Gdyni, i na koniec zameldował się w całkiem niedawno wybudowanym domu Kingi.

Kobieta sapnęła, rozcierając sobie ramiona. Do dupy z tym wszystkim. Dom budowała, a właściwie budowali, żeby mieć dla siebie dużo życiowej przestrzeni, żeby żyć wygodnie i razem się tym życiem cieszyć, a tu co?

Właściwie nic takiego, ot, po prostu zabrakło tego, który miał być obok.

Kredyt spłaca się w żółwim tempie, bo mieszkanie, które planowali wynająć zajmuje teraz niewierny mąż, a za wynajem płacić nie zamierza. Nowe i zimne kąty wcale nie sprawiają wrażenia przytulnych, wręcz przeciwnie. Bez ustanku wykrzykują Kindze prosto w twarz jej porażkę.

Zastanawiała się niejednokrotnie dlaczego tak się stało. Oboje z Grześkiem byli uznawani za parę idealną, pokazywało się ich zdradzającym mężom i niewiernym żonom jako wzór, z całkiem jasnym przekazem – można? Oczywiście, że można, tylko trzeba chcieć.

Czy oni chcieli?

Potarła zimny nos i otuliła się ciaśniej grubym swetrem. Chyba tak… Dopełniali się, Grzegorz był wyważony, spokojny, a ona nie mogła usiedzieć bez ruchu. Jej palce wciąż musiały coś skubać, nogi bez przerwy gdzieś ją niosły, dłonie nie mogły leżeć bezczynnie. Nawet podczas czytania książki trzymała obok siebie notes, w którym zapisywała skrótowo sprawy „do załatwienia”. Jej uwaga zawsze była podzielona między dwie albo trzy rzeczy.

Kinga podwinęła pod siebie nogi i zapatrzyła się w ogień niespiesznie liżący kawałki drewna. Bliscy podejrzewali ją o nerwicę. Czy słusznie? Tego nie mogła im przyznać, nie czuła się w żaden sposób chora, jeśli już, to może na nadmiar obowiązków. Z biegiem lat na jej głowie spoczęły wszelkie rachunki, zajmowanie się domem, problemy dziewczynek, praca. Owszem, Grzegorz pomagał. Nie można było mu zarzucić lenistwa albo nieróbstwa.

Ale Grzegorz pomagał dopiero wtedy, gdy mu żona dokładnie wytłumaczyła, co i kiedy należy zrobić.

Pamiętać musiała ona.

– I co tak wzdychasz? – dobiegł ją głos Igora.

– Nic. Nie wzdycham – powiedziała Kinga i westchnęła.

Igor roześmiał się i usiadł obok niej w fotelu, po czym pociągnął nosem.

– Alkoholizujesz się.

– A gdzie tam! – prychnęła. – Ja się dogrzewam. Dogrzewam kochany, a nie alkoholizuję.

Spojrzał na nią z powątpiewaniem, a Kindze od razu przypomniała się matka Igora, jej niegdysiejsza przyjaciółka. W jakiś deszczowy, październikowy dzień stanęła w progu tego właśnie domu pijana w sztok. Przytrzymując się framugi zaczęła obrzucać Kingę takimi wyzwiskami, że Agata z rykiem pobiegła na górę.

Czego tam nie było! Między innym o kurwie, która zabrała jej syna, zdzirze, co myśli, że cały świat do niej należy, pindzie, która zawsze wpierdala się tam, gdzie nie trzeba… Dużo tego było. Kinga skrzywiła się na samo wspomnienie. Igor pojawił się sekundę po zniknięciu Agaty, wziął matkę za ręce i cedząc coś przez zęby, wywlókł ją za drzwi. Cóż, miał prawo nie cierpieć kobiet, które nadużywały alkoholu, miał prawo się nimi brzydzić tak, jak, podejrzewała teraz całkiem słusznie Kinga, brzydził się własną matką.

– Swoją drogą, możesz mi wytłumaczyć, dlaczego w tym domu jest tak cholernie zimno? Przecież piec jest ustawiony jak trzeba…

– Kinga…

– No co? Nie gadaj mi tu, że jestem zmarzluchem, może i jestem, ale nie mam ochoty marznąć we własnym domu. Szlag! – Nagle ogarnęła ją złość; w tamtym cholernym, małym mieszkaniu wystarczyło przekręcić termostat na czwórkę i po chwili się człowiek rozbierał, a tu? Tutaj zaprzyjaźniła się serdecznie z dawno nie noszonymi swetrami, bluzami i polarami, ponieważ nieważne jak bardzo podkręcałaby termostat i tak było pioruńsko zimno. Spojrzała na Igora i pomyślała, że ten młody człowiek jest zupełnie nienormalny. Siedzi naprzeciwko niej, w koszulce z krótkim rękawem.

– A ty co się tak hartujesz? Morsem chcesz zostać?

– Nie.

– To ubierz się na litość, bo patrzeć na ciebie nie mogę.

– O właśnie. A czy ty wiesz – Igor podsunął jej palec pod nos – że właśnie to najczęściej ostatnio mówisz? Do mnie, do Majki, do Agaty, gdy wyjdzie spod prysznica i przybiegnie tu w samej koszulce. Krzyczysz od razu, żeby zakładała szlafrok, skarpety i nie wiadomo co jeszcze, bo tobie robi się zimno na sam nasz widok. Kinia, nam jest ciepło.

– A mnie nie!

– Kiedy ostatnio się ważyłaś? – Spojrzał na nią krytycznie.

– Nie pamiętam, a co?

– A to, że niewiele z ciebie zostało. Nie ma prawa nic cię grzać, nic zupełnie. Z każdej strony wystają ci kostki i kosteczki.

– Zawsze taka byłam – prychnęła Kinga i dopiła herbatę, stwierdzając przy okazji, że nic, a nic jej ta herbata nie rozgrzała.

– Nie byłaś – westchnął Igor. – Sęk w tym, że nie byłaś, a my…

– Co my, co znowu za my?

– My, twoje dzieci…

– Igo…

– No co? – uśmiechnął się chytrze. – Też przecież poniekąd jestem twoim dzieckiem, nie? Usynowiłaś mnie jakby.

– Jakby. I czasami trochę tego żałuję, bo zaczynasz się tu szarogęsić jak…

– Jak kto? Nieważne – machnął ręką. – W każdym razie, my…

– Tak, kontynuuj, moje dzieci…

– Kinga, na poważnie, martwimy się o ciebie.

– To się nie martwcie. – Energicznie zrzuciła z siebie koc, włożyła ręce w rękawy dużego swetra i poszła do kuchni. Igor oczywiście udał się za nią.

– No i będzie mnie męczył teraz. No – mruknęła ze złością, odsuwając chłopaka i stawiając czajnik na kuchence.

– Proszę cię, żebyś najpierw się zważyła…

– A już tam! I myślisz, że ci powiem ile ważę ?

– Nie musisz, bo ja od razu i bez tej wiedzy mówię ci, żebyś przytyła. I przede wszystkim, Kinga – spoważniał – zacznij jeść. Dla siebie samej, dla dziewczyn. Zauważyłaś jak Agata na ciebie patrzy?

– Jak?

– Jakby się bała, że znikniesz. Zaczynasz się robić coraz mniejsza, coraz mniej miejsca potrzebujesz dla siebie, a ona tylko wygląda momentu, kiedy te bluzy nagle staną się puste.

– Kiedy…. – Kinga odwróciła się do niego plecami. Miała ochotę zapewnić go, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że przecież je i w ogóle. A że chudnie…? Chudnie, bo ma całą masę rzeczy do zrobienia, bo dom pochłania lwią część jej energii, bo przecież cały czas biega i nie ma na nic czasu, dopiero wieczorem… Dała sobie jednak spokój. Z dwóch powodów.

Pierwszy to taki, że Igor po prostu zasługuje na prawdę. Drugi był bardziej skomplikowany. Po prostu wczoraj się przestraszyła. Zemdliło ją na sam zapach wędliny. Musiała wyjść z kuchni i poczekać aż wszystkie plasterki znikną z talerza, po czym wzięła głęboki oddech i z obrzydzeniem wstawiła talerz do zmywarki.

Ano tak. Właśnie wczoraj zebrało jej się na wymioty z powodu szynki, której nie jadła, już nie pamiętała od kiedy. Uświadomiła to sobie w pracy, gdy spojrzała na nadgarstek, z którego zawzięcie zjeżdżał zegarek, zapięty niegdyś ciasno, na regulowaną bransoletę. I zadała sobie pytanie: kiedy ostatnio jadłam? Obiad? Śniadanie? Ostatni posiłek jaki pamiętała, to ogórek wyjęty z dawno zapomnianego słoika. Kiedy to było? Wczoraj? Przedwczoraj? Jakiś kęs chleba, kawałek jabłka, łyżka dżemu…

Odwróciła się w stronę Igora:

– Wiem Igo, wiem, rozumiem, tylko jakoś ciężko mi się przemóc.

– To sobie przypomnij Agatę….

– Do cholery, niczego nie musisz mi przypominać, wiem jak unikała jedzenia, wiem co się z nią działo, wszystkie przeszłyśmy kocioł, ale już powoli z niego wychodzimy.

– Nie chciałem ci przypominać tego, co się z nią działo, ale to, jak sobie poradziłyście wspólnie z babciami.

– O co ci chodzi…? Przepraszam – zreflektowała się. Przejechała palcami po włosach. Tak, znalazły metodę na zanik apetytu młodszej córki. Przyjechała po prostu mama Kingi i zaczęła wymyślać cuda wianki, nie zrażała się kompletnie, jeżeli dziecko zaledwie skubnęło śniadanie, czy kolację. Bo babcia Marysia, tak samo jak reszta domowników, widziała dokładnie, że te skubnięcia Agaty są coraz większe, a po jakimś czasie nie wystarczało już tylko raz skubnąć. Potrzebny był następny kęs. Potem następny. I jeszcze następny.

I tak dzień po dniu, mozolnie udało się im wyprowadzić Agatę na prostą.

A Kinga…? Kinga już była dorosła. Kinga musiała sama siebie wyprowadzić na prostą. Trudno. Spróbuje.

***

Drzwi skrzypnęły znajomo i wystarczyło je lekko uchylić, żeby uwolnić lawinę wspomnień. Igor oparł się ciężko o framugę i zacisnął powieki. Do zapachu, znajomego od lat, dołączył jeszcze jeden – taki, który pojawia się w pustym domu: zapach mebli, starych farb z dawno niemalowanych ścian, pleśni, wykwitającej bez przeszkód na łazienkowym suficie. Zapach braku ludzi. Ani śladu perfum, wody po goleniu, szamponu. Żadnej spożywczej nuty.

Znajome kąty atakowały wspomnieniami z każdej strony, traktując Igora jak intruza, z pretensją i żalem o zaniedbanie. Puste mieszkanie, pokryte grubą warstwą kurzu meble… Tylko tyle zostało z poprzedniego życia, którego początki stanowiły niewyraźne obrazy postaci o rozmazanych konturach, niezbyt barwne i raczej niechętnie wyłaniające się ze wspomnień.

Inaczej rzecz się miała z ostatnimi miesiącami poprzedzającymi wakacje. O, proszę bardzo, potrafiły przewijać się natrętnie i powoli, powodując u Igora bezwiedne zaciskanie pięści. Obfitowały w taką ilość szczegółów i precyzję wypowiedzianych słów, że miał wrażenie przeżywania tego wszystkiego po raz kolejny: odejścia ojca, bezradności i letargu matki, jej postępującego alkoholizmu… Wreszcie, zdrady, której dopuściła się, raniąc najbliższą całej rodzinie osobę – Kingę. Dlaczego musiał być świadkiem tego wszystkiego?

Trzasnął z wściekłością drzwiami i ruszył do sypialni rodziców. Dlaczego nie mogą mu dać świętego spokoju i pozwolić żyć? Dlaczego zgodził się, na prośbę babci, przywieźć matce zimowe rzeczy? Nie mogła sama przyjechać, spakować się, ogarnąć trochę mieszkanie? Po co w ogóle zwalała się na głowę własnej matce, matce, która już dobiegała siedemdziesiątki, narzekała na serce i wyliczała zawsze swojemu jedynemu wnukowi całą listę dolegliwości, na którą żaden lekarz nie mógł znaleźć antidotum. Igor podejrzewał, że na pewne przypadłości lekarstwa nie sposób znaleźć, bo niestety organy w ciągu długich lat użytkowania eksploatują się prawie doszczętnie i jedynie wymiana mogłaby przynieść człowiekowi ulgę. Niestety, nie wszystko, a właściwie niewiele da się wymienić. Wyciąć. Zastąpić. Babcia jednak nie przyjmowała tego do wiadomości. Zdawała się nie rozumieć, że w jej wieku trzeba zdecydowanie zrezygnować z pewnych rzeczy, zmniejszyć przydomowy ogródek, nie robić tysiąca słoików przetworów, a dywaniki z sieni szorować nie co tydzień, ale raz na sezon. A teraz na dodatek wzięła sobie pod opiekę alkoholizującą się córkę.

Igor prychnął i otarł czoło. Przeciągnął torbę do przedpokoju rozglądając się wokół i nie mogąc zdecydować, co jeszcze matce się przyda na ten zimowy sezon. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby ją tam ulokować? Że niby kilkudziesięciokilometrowa odległość od miasta będzie w stanie zdziałać cuda? Domek na łonie natury? Towarzystwo babci i jej szydełkujących, energicznych koleżanek, przesiadujących w cieplejsze wieczory na ławkach pod płotami? Igor raczej podejrzewał, że finisz tego przedsięwzięcia będzie miał opłakane skutki, bo matka gotowa się zbratać z lokalnymi wytwórcami alkoholu, a nie wiadomo jak jej wydelikacony organizm może zareagować na bimber.

– Igorku… chodź, wchodź szybko, nie marznij. – Babcia Jola wciągnęła go zdecydowanie za próg. – Chyba padać zaczęło, co? Ślisko na drodze? Ty tak spokojnie jeździsz, ale w taką pogodę to, kochany, nie ważne jak kto jeździ. – Babcia machnęła ręką. – Ot, wczoraj, niby wcale mroźno nie było, a Kapiczaka tak obróciło w tej jego skodzie, że płot cały u sąsiadów do naprawy. A dobry płot. Nowy całkiem, kiedy to oni robili… dwa lata temu? – Babcia zmarszczyła brwi. – Nie, czekaj, wtedy co takie upały były, to ze trzy lata temu… a może…?

– Nowy był.

– Kto był nowy?

– No, płot. – Igor zdecydowanie chciał ukrócić męki z przypominaniem sobie, kiedy było jakie lato i czy sąsiedzki płot jest trzy –, czy dwuletni.

– No tak – załapała wreszcie – masz rację, nieważne. Herbaty ci zrobię, chcesz? Z malinami. Co słychać? Jak dajesz sobie radę?

– Dobrze babciu. Jakoś leci, jest dużo nauki, ale ogólnie nie narzekam. Interesuje mnie to i coś czuję, że Gdynia sobie jeszcze może trochę poczekać.

– Dobrze mówisz chłopaku. – Szklanka z parującą herbatą stanęła przed Igorem. – Skończysz jedno, weźmiesz się za drugie, statki nie zając, nie uciekną. Siedzi cały czas, nic prawie nie mówi…

Igor wiedział, że czas wymiany zdawkowych uprzejmości i gadki o niczym, właśnie nieubłagalnie minął. A on może chciał tak siedzieć w babcinej kuchni, popijać herbatę z malinami, jeść beztrosko bułkę drożdżową z rodzynkami i słuchać opowiadania o Kapiczakach, o tym jak to ksiądz pięknie się zachował i wspólnie z parafianami remontował kościół, o tym, że wszystko teraz nic nie warte i gdyby nie mleko Stefanowej, to człowiek mógłby już, choćby zaraz, wyprawiać się na łono Abrahama, bo tak się truć z własnej nieprzymuszonej woli to grzech, samobójstwo. Tyle, że babcia nie miała ochoty rozprawiać o niezdrowym jedzeniu. Problemy sąsiadów przestały ją interesować. Patrzył jak jej wciąż szczupłe palce wygładzają obrus na kuchennym stole.

– Wróciła z tego leczenia… odwyku, tak się chyba mówi, co?

– Chyba…

– Wróciła zupełnie inna.

– Jaka babciu? – Igor przemógł się, żeby zadać to pytanie i spojrzał w oczy siedzącej naprzeciwko kobiecie.

– Tak jakby ją odzwyczaili żyć. Nie wiem, co tam człowiekowi robią, nie wiem, bo nie chciała żebym ją odwiedziła, a ja przecież zawiozłabym jej mleka, dobrego, swojskiego, upiekłabym ciasta… Zawsze lubiła tę drożdżówkę, wiesz? Tylko rodzynki wydłubywała… Obcy człowiek wrócił. Zamknięty, pusty. Skorupa…

– Babciu…

– Igor, co robić? Nie powinnam cię o to pytać, bo ty jeszcze dzieciak jesteś, to nie na twoje barki, ale ja nie wiem jak jej pomóc. Gdyby dziadek chociaż żył, świeć Panie nad jego duszą, to miałabym kogo spytać. Czy tak wygląda człowiek, który stoi na dnie? Czy ona dopiero się do tego dna zbliża? A jeżeli tak, to czy daleko jeszcze? Bo przecież jak już na nim stanie, musi znaleźć siłę, musi się odbić. Boże, mój Boże. – Po pergaminowym policzku potoczyła się jedna łza, którą babcia otarła szybko. – Zajdź do niej, dobrze? Ja wiem, że ciebie skrzywdziła, ale daj jej jeszcze szansę, proszę cię o to. To niewiele.

Igor się skrzywił. Niewiele… Może i tak, a może bardzo dużo. Niewykluczone, że kiedyś zapomni matce te wszystkie paskudztwa, nachodzenie Kingi w domu, nasyłanie policji. Przecież złożyła donos na własną przyjaciółkę, która rzekomo porwała jej rodzonego syna. Z policją różnie bywa, czasami spojrzą na coś przez palce, czasami wnikliwie przyglądają się sprawie. Ile mieli przez to nieprzyjemności? Tylko Igor i Kinga wiedzieli, bo przecież matka była wtedy na okrągło zamroczona alkoholem. Wzdrygnął się.

– Igor…

– Zajdę babciu, idę. – Podniósł torbę z przywiezionymi ubraniami i ruszył w kierunku zamkniętych drzwi. Po chwili wahania zapukał.

Trudno było mu początkowo dostrzec cokolwiek, ponieważ w pokoju panowała ciemność, rozpraszana tylko światłem ulicznej latarni. Znał ten pokój, jako dzieciak często w nim spał, blisko kuchni, blisko babci i dziadka. Pamiętał, że pod oknem stał stolik z szydełkową serwetą, na nim zaś obrazek z Matką Boską, a obok flakon z kwiatami. Babcia miała pod oknem bratki i nagietki, więc te najczęściej stawiała Najświętszej Panience. Najświętsza Panienka będzie miała ślicznie i kolorowo, popatrz Iguś – mówiła, przekładając małe kwiaty zerwanymi między rabatami liśćmi i formując gustowne bukiety – ładnie, prawda? Nie czekając na jego potwierdzenie cofała się parę kroków, przekrzywiała głowę i podziwiała swoje dzieło. Czasami coś poprawiła, usunęła zbędny listek, dodała inny. Igorowi wydawało się wtedy, że te babcine ołtarzyki wyglądają o wiele ładniej, niż ciężkie od róż wazony w kościele. Co niedziela ubierała go możliwie najlepiej, cmokając z niezadowoleniem na widok zdartych do krwi kolan i siniaków, zdobiących licznie jego chude jak patyki nogi. Wnuk miał wyglądać jak wyjęty z obrazka, a niestety rzadko kiedy tak wyglądał… Co innego zachowanie. Wręcz wzorowe. Na ciągnących się bez końca nabożeństwach, siedział jak zaklęty, wpatrując się w ołtarz i próbując ogarnąć, co się tu właściwie dzieje. Babcia była dumna z jego pełnej zadumy postawy. To wystarczało. Za odpowiednią postawę otrzymywał zawsze nagrodę w postaci lizaka, a w gorące, letnie dni, całkiem dużej porcji lodów. Igorowi to bardzo odpowiadało, a że nie zgłębił tajemnic kościoła i nie nauczył się wierzyć, to inna sprawa.

Otrząsnął się ze wspomnień, oczy zdążyły się już przyzwyczaić do panujących w pokoju ciemności, więc bez trudu wypatrzył na stojącej opodal wersalce niewielki, skulony kształt.

– Wejdź, nie śpię.

– Cześć.

– Przywiozłeś ubrania?

– Tak.

– Dziękuję.

– Mogę zapalić światło? – zapytał niepewnie.

– Po co?

Cholera, żeby cię zobaczyć, żeby sprawdzić jak wyglądasz, nie wiem, po co… Stał bezradny, wpatrując się w leżącą matkę i pozwalał się powoli ogarniać uczuciu litości. Jak można jej pomóc? Przed oczami przesunął mu się jej uśmiech, z tych odległych czasów, o których już powoli zapominał, bo przecież ostatnio ciągle widział własną matkę w stanie, który zdecydowanie wymagał obecności osób trzecich. Ktoś cały czas musiał się nią opiekować. Te dni, tuż po odejściu ojca, kiedy bawił się w kucharza i wciskał jej niemal na siłę gotowane przez siebie posiłki. Żeby cokolwiek, oprócz słodyczy, w siebie wcisnęła, żeby usiadła wspólnie z nim do stołu, tworząc namiastkę normalności. Następne dni, kiedy usuwał z jej pola widzenia wszelki alkohol, bezskutecznie, bo potrafiła go wyczuć praktycznie wszędzie. Już nie pamiętał kiedy ostatnio się śmiała. Kto może pomóc? Kto potrafi znowu pozwolić się jego matce uśmiechnąć? On sam…? Szczerze w to wątpił.

***

Związek, każdy nowo tworzony, ma się świetnie. Na etapie poznawania, wspólnych zainteresowań, zachłystywania się wyrazem podziwu w patrzących szczerze oczach, snucia planów świetlanej przyszłości i tym podobnych cudowności upływają kradzione sporadycznie chwile. Kacper przekonał się, że ten etap ma już za sobą. Dwukrotnie. Co prawda tym razem początek wyglądał nieco inaczej niż ten poprzedni, bo przecież owiany był tajemnicą, stanowił drugie, sekretne życie Kacpra. Może dlatego wydawał się bardziej atrakcyjny? O wiele więcej obiecywał?

Julia była zupełnie inna niż Beata; w przeciwieństwie do pierwszej żony Kacpra odznaczała się stanowczością i zdecydowaniem. Doskonale wiedziała, czego chce od życia i co każdy dzień ma jej przynieść. Mając za sobą nieudane małżeństwo, bardzo sceptycznie odnosiła się do kolejnych związków, dbając zawzięcie o to, by były to historie gorące, przelotne i absolutnie nieprzekraczające wytyczonych granic. Julia nie zapraszała nikogo do domu. Bo w domu była Hania. Pięcioletnie wspomnienie pierwszego małżeństwa, cudowne, słodkie i w żaden sposób nie zasługujące na huśtawki emocjonalne związane z pojawianiem się przy boku matki coraz to innych mężczyzn.

Kacper przesunął palcem po poręczy fotela i zerknął w stronę kuchni. Julia z Hanią robiły jakieś ciastka, słychać było radosne przekomarzania, przerywane co chwila wybuchem perlistego śmiechu dziewczynki. Oparł się pokusie dołączenia do nich i wpatrzył ponownie w ekran telewizora.

Długo dojrzewała w obojgu decyzja połączenia swoich losów. Jedno przelotne, przypadkowe spotkanie. O drugim decydował już Kacper, nie przypadek. Ciągnęło go do tej kobiety, dojrzałej, radosnej i tak pewnej siebie. Uciekał z domu tak często, jak mógł, z domu, w którym Beata ciągle zasypywała go tysiącem pytań, zaglądała w oczy, dusiła swoją natarczywością. Nie mógł ani chwili milczeć, bo usiłowała natychmiast się dowiedzieć o czym myśli, nie mógł nigdzie wyjść, bo należało zdać szczegółowe sprawozdanie – dokąd, z kim, na jak długo się wybiera i dlaczego właściwie ona nie może mu towarzyszyć. A przecież nie miał przed nią żadnych tajemnic. Niczego nie ukrywał, niczego, co mogłoby ją zranić. Starał się być lojalny i był. Starał się dzielić z nią najmniejsze przyjemności i dzielił. Ale Beacie to nie wystarczało, z dnia na dzień robiła się coraz bardziej zaborcza i coraz mniej zaradna. Kacper westchnął. Igor dojrzewał, a ona w tym samym tempie dziecinniała.

Igor. Wczoraj dzwonił ze szczegółową relacją pobytu u babci. Relacją – rewelacją. O ile wcześniej Beata potrzebowała opieki, teraz należało się nią zajmować dzień i noc. Karmić, prowadzać pod prysznic, pilnować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Czy teściowa sobie poradzi? A przede wszystkim jak długo to będzie trwało i czy stan, w który wpędziła się Beata, a może on ją wpędził, nie wymaga konsultacji specjalisty?

– Chodź do nas. – Julia podeszła bezszelestnie i objęła go za szyję.

– Za chwilę. – Przytulił policzek do jej głowy i uśmiechnął się niemrawo.

– Niczego ciekawego nie wymyślisz…

– A może?

– Co może? – Przysiadła na kolanach i spojrzała na niego uważnie. – Wydaje ci się, że znajdziesz na wszelkie przeciwności losu jakieś cudowne antidotum?

– Nie na wszelkie… Źle mi z… – spojrzał na nią niepewnie. – Różnymi rzeczami, próbuję to sobie jakoś poukładać i jakbym się nie starał, czuję się winny.

– To przestań. – Julia wzruszyła ramionami. – Nie zbawisz świata, ani nie weźmiesz sobie nikogo na plecy. Nie będziesz niósł i niańczył do końca życia.

– Tu nie chodzi o niańczenie. – Szukał słów, starając się znaleźć takie, które by jej nie uraziły. – Chodzi o pomoc, o wyciągnięcie…

– Skąd? – Podniosła się i odwróciwszy do niego plecami zaczęła przestawiać książki na półce. – Kacper, każdy musi sobie radzić sam, jeżeli zawsze będziesz gotów do pomocy, to… wiedz, że ta pomoc będzie oczekiwana. Człowiek dopiero wtedy, gdy wie, że jest zdany sam na siebie, zaczyna działać, zaczyna sobie jakoś radzić.

– Wiem… – mruknął cicho, patrząc z niepokojem na coraz szybciej poruszające się ręce. Chciałby zobaczyć jej twarz, ale Julia konsekwentnie demonstrowała mu plecy. Jak ma jej w prostych słowach wytłumaczyć, że czuje się odpowiedzialny i, co tu dużo mówić, winny. A człowiek z brzemieniem winy na barkach szczęśliwy raczej nie będzie, bo to brzemię z dnia na dzień przybiera na wadze i nie pozwala o sobie zapomnieć. Jak do cholery ma budować kolejny związek, skoro skutki poprzedniego spędzają mu sen z powiek? Jak niby ma się cieszyć codziennością, jeżeli w nią bezustannie wplecione są konsekwencje przeszłości? Czy nie trzeba się z nią rozliczyć? Z przeszłością? Wyzerować licznik i wtedy dopiero ruszyć bez zbędnego balastu dalej? Kacper zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie uporządkuje wszystkiego, nie ma co liczyć na udane relacje z Julią. Jak cudowna by nie była, jak bardzo wyrozumiała.

– Wiesz, ale tylko teoretycznie. – Odwróciła się wreszcie, skrzyżowała ręce na piersiach i popatrzyła mu głęboko w oczy. – Praktycznie sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Codziennie zapadasz się w sobie i poświęcasz coraz więcej czasu na przemyślenia dotyczące… – zamachała ręką – na pewno nie nas. Zaczynasz znikać, znikać na dłużej. Jesteś tu obecny, ale z twojej obecności nic nie wynika. Nie będę ci robić wyrzutów, bo nie o to w tym chodzi, nie chcę też stawiać ultimatum i chociaż możliwe, że tak to zabrzmi, nie odbieraj w ten sposób. Musisz wybrać Kacper – szepnęła – musisz wybrać między tym co było, a tym co może być. Wydawało mi się, że może być wiele.

– A nie przyszło ci do głowy, że wcale nie muszę wybierać? – Spojrzał na nią twardo.

– O czym ty mówisz?

– Nie muszę wybierać, muszę sobie tylko z pewnymi sprawami poradzić, jakoś je uporządkować, tylko o to chodzi. Zrozum Julia – wstał z fotela i podszedł do niej powoli – zrozum, nie wiem co mam robić, byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym miał w tobie oparcie, gdybyś mi poradziła, pomogła jakoś…

– Nie wiem jak – odsunęła się delikatnie. – Moje zdanie znasz, wiesz doskonale, jakie zajmuję stanowisko.

Znowu plecy. Oddalające się kroki. Mógł udawać, tylko nie chciał. Nigdy już nie chciał udawać.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dom samotnych Małe wojny Szczęście spod igły Dom samotnych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy