Luz. I tak nie będę idealna

Luz. I tak nie będę idealna

Autorzy: Tatiana Mindewicz-Puacz

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 36.99 zł

cena od: 16.20 zł

„Tak dużo robię, a wciąż czuję, że nie jestem wystarczająco mądra, dobra, piękna”.

„Nie mam siły, a jednak coś w środku mówi mi, że powinnam, że muszę dawać z siebie więcej”.

„Na zewnątrz pancerz, a wewnątrz krucha jak lód, nikt nie rozumie, jaka jestem delikatna”.

Brzmi frustrująco i… znajomo? Jeśli chcesz wreszcie poczuć ulgę, wyzwolić się od wewnętrznej presji, poznać sposoby na osiągnięcie zadowolenia z siebie, a także uwolnić się od zgubnego wpływu opinii innych, ten niekonwencjonalny poradnik jest właśnie dla Ciebie.

To książka o tym, jak (Z)BUDOWAĆ POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI, BĘDĄC DOROSŁĄ KOBIETĄ. O tym, jak przejść ze strefy frustracji („muszę”, „powinnam”) do strefy mocy („chcę”, „wybieram”), czyli jak odpuścić to, na co nie mamy wpływu, i zająć się tym, co możemy zmienić, o tym, jak samej sobie ofiarować to, czego potrzebujemy, jak przejąć odpowiedzialność za własne wybory. To wreszcie książka o tym, jak się rozstać ze strategiami małej dziewczynki skutecznymi w dzieciństwie, mającymi na celu zdobycie uwagi, akceptacji i pochwały, a komplikującymi życie dorosłej kobiety, i jak wypracować nowe, adekwatne do tu i teraz.

Autorka, korzystając z własnych doświadczeń, a także z doświadczeń swoich klientek, przekonuje, że każda kobieta ma WSZYSTKO, co potrzebne, aby dokonać tej zmiany. Każda z nas może zmienić swoje życie na lepsze, odpuścić, zaakceptować siebie i dać sobie prawo do LUZU, który… daje siłę. Bo przecież „i tak nie będę idealna”. Na szczęście!

Tatiana Mindewicz-Puacz

Ekspertka od komunikacji interpersonalnej i masowej, specjalistka ds. kampanii społecznych, mówczyni motywacyjna, zaangażowana trenerka, doceniana przez klientów za indywidualne podejście, profesjonalizm i zaangażowanie. Prowadzi szkolenia i procesy rozwojowe dla biznesu, a także indywidualne sesje coachingowe oraz wykłady i warsztaty dla grup otwartych.

Ukończyła Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim oraz podyplomowe studia dla psychoterapeutów w Instytucie Psychologii Zdrowia.

Jest certyfikowanym coachem ICC (International Coaching Community) i psychoterapeuta? (członkiem Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapii Integracyjnej).

Od wielu lat związana z mediami – jako ekspert i współprowadząca programy telewizyjne.

Jej ostatnie przedsięwzięcie telewizyjne to rola mentorki w programie „Projekt Lady”, który zgromadził ponad dwumilionową widownię w stacji TVN. 

WARSZAWA 2017

Redakcja: Paweł Goźliński

Konsultacja: Edward Orpik

Korekta: Sylwia Jastrzębska

Zdjęcie na okładce: Jarosław Grabek

Zdjęcie zostało wykonane w biurze Restauracji Benihana

Make-up: Dominika Zasadzińska

Stylizacja: Gosia Borzęcka

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Projekt graficzny makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Tatiana Mindewicz-Puacz 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1998-8 (EPUB), 978-83-268-1999-5 (MOBI)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Dedykacja

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

1. CUDOWNY ZWIĄZEK I IDEALNY PARTNER

2. DOSKONAŁA MATKA

3. MISTRZYNI, CZYLI SUPERWOMAN

STREFA MOCY I STREFA FRUSTRACJI

MOJE INSPIRACJE

PODZIĘKOWANIA

Przypisy

Nam wszystkim, kobietom, w każdym wieku

i w każdym momencie życia

– żebyśmy nie bały się odkrywać siebie

i potrafiły cieszyć tym, jakie jesteśmy.

W szczególności Asi, która jest mi bliska jak córka,

oraz moim kochanym chrześnicom: Ewie, Oli i Misi.

PROLOG

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

w którym spóźniam się na autobus 411 i budzi się we

mnie siła, której istnienia nawet nie przeczuwałam...

Przez szybę autobusu widzę nadjeżdżającą czterysta jedenastkę i wciąż mam jeszcze nadzieję, że zdążymy się przesiąść. Kiedy nasz pojazd się zatrzymuje, tak szybko, jak to tylko możliwe, usiłuję wytarabanić się z wózkiem. Starszy pan próbuje szerzej rozchylić drzwi, przez które nie mogę przepchnąć nieporęcznej, ciężkiej spacerówki. W środku siedzi dwuletni Bartuś i z zaciekawieniem przygląda się zamieszaniu.

W końcu się udaje. Wózek ląduje na ziemi. Jednak w tym samym momencie drzwi stojącego kilka metrów dalej autobusu linii 411 zatrzaskują się. Próbuję dawać rozpaczliwe sygnały jego kierowcy, ale i tak odjeżdża. W ten sposób tracimy szansę, by nie spóźnić się do żłobka na warszawskim Gocławiu.

Stoję bezsilna na środku ruchliwego przystanku przy placu na Rozdrożu i po raz drugi tego dnia mam ochotę płakać. Pierwszy raz godzinę wcześniej, gdy na piętnaście różnych sposobów próbowałam zapiąć suwak w ciepłej kurtce Bartka. Pobudka o szóstej piętnaście, trochę marudzenia i szybkich pieszczot, śniadanie, pakowanie, ubieranie i kiedy już się wydawało, że świetnie dajemy radę i za chwilę wyjdziemy z domu – zamek odmówił współpracy. Wtedy jeszcze udało mi się zapanować nad sytuacją, teraz już nie.

Do żłobka docieramy kwadrans po ósmej. Wiem, co mnie czeka: kolejna pogadanka o niepunktualności. A może jednak się upiecze? Zdejmuję Bartkowi kurtkę, potem czuły całus, przytulenie i gotowi ruszamy w stronę sali. Otwiera nam Aneta, jedna z najsympatyczniejszych cioć. Bartek chętnie maszeruje z nią w stronę innych dzieci. Macham im na pożegnanie i kiedy już znacznie spokojniejsza zamierzam odejść, przede mną, jak spod ziemi, wyrasta pani Jola. Stoi w drzwiach i z miną pełną dezaprobaty zaczyna monolog:

– O spóźnianiu się już mówiłam wielokrotnie, jak widać, bez skutku. Rozwalanie dziecku i nam wszystkim dnia najwyraźniej nie robi na pani wrażenia. Widocznie w pani wieku są inne priorytety, więc trudno się zmobilizować. Aha, jeszcze jedno, może to nie moja sprawa, ale myślę, że mogłaby pani zwracać większą uwagę na to, w co ubiera syna. Mamy już pralki automatyczne, prawda? Więc to chyba nie problem zadbać o schludność. Nie będę kontynuowała, bo...

Zamurowało mnie. O czym ona mówi?! Jaka czystość? Wszystko, co ma na sobie mały, jest zawsze uprane, świeże, pachnące. Fakt, kolory się wymieszały, bo durna pralka nawet przy czterdziestu stopniach farbuje. Ale czy to, że niebieski sweterek jest teraz szaroniebieski, upoważnia ją do mówienia takich okropnych rzeczy?! Co ona wie o moich priorytetach? Jakie ma pojęcie o moim życiu, o codziennych próbach dogonienia czasu, kiedy zaliczając dwie przesiadki po drodze, usiłujemy tu dotrzeć przed ósmą, a potem z wywieszonym jęzorem biegnę do pracy? Co ten babsztyl wie o powrotach do domu, kiedy za oknami jest już ciemno i mam ochotę zaraz po wykąpaniu dziecka zalec w łóżku, a czeka na mnie stos naczyń w zlewie, prasowanie i naprawienie drzwiczek od szafki w łazience, zanim całkiem odpadną? Czy dlatego, że mam dwadzieścia jeden lat i nie mam męża, muszę się godzić, żeby być workiem treningowym dla tej wszystkowiedzącej, złośliwej baby i podobnych do niej ludzi?!

Kiedy tak w myślach rozmawiam sama ze sobą, próbując się podnieść po tym, co usłyszałam od „życzliwej” Joli, dzieje się coś dziwnego. Niemal bezwiednie otwieram usta, patrzę na tę wielką, podpartą w biodrach kobietę pastwiącą się nade mną i z siłą, o którą nigdy bym siebie nie podejrzewała, cedzę przez zęby głośno i wyraźnie:

– Nie życzę sobie więcej takich komentarzy. Nigdy, rozumie to pani?!

Nie czekając na odpowiedź, odwracam się, rzucam mocne „do widzenia” i wychodzę. Już wiem, że tego dnia do pracy też się spóźnię. Z Gocławia na Tytoniową w Wawrze, gdzie znajduje się redakcja tygodnika, w którym wtedy pracowałam, teoretycznie jest bardzo blisko. Ale dojazd fatalny – to kolejne dwie przesiadki. Więc kiedy za pół godziny tam dotrę, znowu usłyszę, że jestem młoda i nieodpowiedzialna. Dowiem się, że powinnam podchodzić do pracy z większym szacunkiem. Moja szefowa w najlepszej wierze zafunduje mi wykład umoralniający o tym, czego jeszcze nie wiem, i jeśli chcę coś w życiu zrobić, muszę się tego nauczyć.

Wiem, że tak będzie, ale w tym momencie nie mam już siły, żeby się tym przejmować. Dokładniej rzecz ujmując – ten brak siły zmienia się w nowy jej rodzaj. Po aferze w żłobku dzieje się ze mną coś dziwnego. Poza przejmującym smutkiem i żalem przez łzy przebija się całkiem nowe uczucie. Nieznane mi dotąd połączenie złości i pełnej determinacji mocy. „Ja im jeszcze udowodnię, na co mnie stać, pokażę, kim jestem” – myślę i ruszam w stronę przystanku.

Niby nic wielkiego się nie wydarzyło. Kolejna awantura w przedszkolu, kazanie w pracy. Ale właśnie tego ranka dwadzieścia lat temu postanowiłam zacząć o siebie walczyć. Nie tylko przetrwać, ale zrobić coś więcej. Nie miałam opracowanej strategii ani planu batalii, ale wiedziałam, że muszę podjąć wyzwanie. Dotarło do mnie, że jeśli będę dalej płynęła z prądem, codziennie użalała się nad sobą i swoim losem, moje życie skończy się, zanim zdążę je na dobre poczuć. Miałam serdecznie dosyć wszystkich uwag, „życzliwych” rad i pouczeń, tłumaczenia się i płakania w poduszkę. Wiedziałam, że dłużej tego nie zniosę, i nie zamierzałam sprawdzać, czy to prawda. Bałam się, ale większa od strachu była siła mojego postanowienia, że ja im jeszcze pokażę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu szłam po ulicy z głową podniesioną do góry. Starałam się sięgnąć wyobraźnią najdalej, jak to było możliwe, żeby dostrzec punkt, znaleźć cel, który da mi nadzieję na lepszą przyszłość.

Prawie dwadzieścia lat, trzysta nieprzespanych nocy, dwieście bolesnych błędów, trzydzieści zwrotów akcji, piętnaście upadków i piętnaście powstań z kolan później...

– Czy jesteś pewna, że powinnam zrezygnować z tego kursu? W końcu skoro już będę na miejscu, powinnam wykorzystać okazję i wzmocnić swoje kompetencje.

To była moja ostatnia próba przekonania Iwony, mojej ulubionej pani coach, że w San Francisco, zamiast przeżywać swój urlop marzeń, powinnam przez osiem godzin dziennie uczestniczyć w intensywnym kursie Motivational Interviewing (Dialog Motywujący). Dla początkującej terapeutki perspektywa poznania tej niezwykle wartościowej metody pracy, w dodatku w miejscu, gdzie uczą jej naprawdę dobrze, była bardzo kusząca.

– Tak, zdecydowanie uważam, że powinnaś odpocząć – była nieubłagana. – A poza tym jesteś już taka kompetentna, że to aż nudne i męczące – strzeliła mi prosto między oczy.

Pracowałam w tym czasie z Iwoną nad wprowadzeniem zmian w mojej firmie. Znała więc mnie dobrze. Wiedziała, że jestem cyborgiem, mistrzynią w podnoszeniu sobie poprzeczki i udowadnianiu innym, że dam radę. A także uzależnioną od adrenaliny ofiarą perfekcjonizmu. Skutecznie realizowałam obietnicę daną sobie i światu po pamiętnej wymianie zdań z wredną Jolą w żłobku. Nie marnowałam żadnej okazji, żeby pokazać, kim jestem i na co mnie stać. Dobrze było tylko wtedy, kiedy się działo, i to na najwyższych obrotach, w ekstremalnym napięciu i tempie. Ale Iwona wiedziała też i to, że „nudna i męcząca” na mojej czarnej liście niedopuszczalnych przymiotników znajdują się jeszcze wyżej niż „niekompetentna”. Krótkim i mocnym strzałem w czuły punkt udało jej się coś, co od lat nie wychodziło nikomu. Nakłoniła mnie do tego, żebym zrezygnowała z potraktowania kolejnego urlopu jako intensywnego, wyczynowego treningu.

Czy to oznacza, że czterdziestoletnia kobieta z wyższym wykształceniem, kolekcją certyfikatów, właścicielka nieźle prosperującej firmy – tak, to o mnie, tej nieogarniętej mamie sprzed dwudziestu lat mowa – nie rozumiała tak prostej rzeczy jak znaczenie słowa „urlop”?

Oczywiście, że wiedziałam, tylko nie potrafiłam z tej wiedzy korzystać. Byłam tak dobrze zaprawiona w wywieraniu na siebie presji, w nieustannym dążeniu do stawania się lepszą, bardziej kompetentną, mądrzejszą, Bóg wie co jeszcze, że nawet wyjazd, o którym marzyłam od lat, nie był w stanie zatrzymać mnie na chwilę w tym wyścigu do doskonałości. Zamiast się nastawić, że odpocznę – skupiłam się na poszukiwaniu szansy wykorzystania wyjazdu do maksimum. Strzał między oczy, który dostałam podczas rozmowy z Iwoną, pokazał mi, co ze sobą wyprawiam. Przyzwyczaiłam się do tego, że pracuję od rana do wieczora. Dlaczego więc miałby to zmienić jakiś urlop? Szykowałam więc sobie na urlop solidną porcję zajęć. Ale na tym nie koniec. Równolegle konsultowałam z Madzią, moją kochaną i tak samo jak ja aktywną przyjaciółką z Kalifornii, jak skrupulatnie zaplanować cały wyjazd, żeby jadący ze mną mąż i młodszy syn mieli zapewnione maksimum atrakcji. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik. A ja? Jeszcze nie zdążyłam się spakować, a już byłam zmęczona, zestresowana i niezadowolona. Bardzo blisko cienkiej granicy, za którą pojawia się frustracja. Dotarło do mnie, że jeśli tak będzie dalej, zamiast stać się „kobietą doskonałą”, zmienię się w kobietę narzekającą, wykończoną i wiecznie niezadowoloną z siebie oraz życia. A przecież tacy ludzie na dłuższą metę są nie do zniesienia, ich towarzystwo zwyczajnie męczy.

Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam, choć przecież wydaje się to oczywiste? Czy byłam na tyle niedojrzała, żeby nie rozumieć, że doskonałość to stan z definicji nieosiągalny, więc pościg za nią jest zupełnie bezcelowy i do tego skazany na porażkę?

Myślę, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Bo dla wielu z nas „doskonałość” to jedynie przykrywka, zasłona dymna. Nie ma nic złego w dążeniu do osiągania celów, rozwijaniu się, podnoszeniu kwalifikacji czy poprawianiu urody albo szlifowaniu stylu. Podobnie jak nie ma nic złego w tym, że staramy się być bardzo dobrymi matkami lub żonami. Jednak jeśli „stawanie się lepszą” zdaje się nie mieć końca, prawdopodobnie chodzi w nim o coś zupełnie innego. O akceptację, o zewnętrzne uznanie, że jesteśmy wystarczająco dobre. Żeby ten cel osiągnąć, wywieramy na siebie ogromną presję. Wydaje się nam, że musimy być perfekcyjne.

Ale w gruncie rzeczy to, czy walczymy o status idealnej partnerki, matki, czy najlepszej, najbardziej kompetentnej kobiety sukcesu – nie ma znaczenia. Bo tak długo, jak nie osiągniemy wewnętrznego stanu zadowolenia z siebie, nic z zewnątrz nie sprawi, że będzie dobrze.

A jak to było ze mną?

Mimo osiągnięć i sukcesów na koncie jeszcze kilka lat temu nadal wydawałam się sobie „niewystarczająca”. To samo myślałam o swoim wyglądzie. Kolejne diety, od których robiło mi się słabo, nierówna walka z cellulitem i próby systematycznego uprawiania sportu – choć oficjalnie miały służyć prowadzeniu zdrowego trybu życia, w rzeczywistości miały mnie „poprawić”. Chociaż zrobiłam już w życiu naprawdę wiele rzeczy, z których mogłabym być dumna, a z pewnością o lata świetlne oddaliłam się od Tatiany, która płakała po wyjściu ze żłobka na Gocławiu – nadal chciałam coś udowodnić światu. Świadomie lub nie czekałam na to, aż zostanę w końcu doceniona. Jednak tamtego dnia, dwa tygodnie przed wyjazdem na mój wymarzony urlop, w trakcie na pozór zwyczajnej rozmowy dotarło do mnie, że jednak biegnę w drugą stronę. Zrozumiałam, że to, co robię, nie uwalnia mnie od poczucia, że jestem zbyt mało dobra, piękna i mądra.

Dwadzieścia lat wcześniej, ponieważ wydawałam się sobie niewiele warta, dotkliwie przeżywałam niesprawiedliwe i złośliwe uwagi pod moim adresem, bo w gruncie czułam, że na nie zasługuję. Chociaż bolało i starałam się buntować przeciwko krytycznym ocenom, w cichości ducha myślałam: „Dlaczego mieliby mnie traktować inaczej?! Kim ja jestem? Gówniarą z dzieckiem bez męża, bez szkoły i w dodatku urodą też nie grzeszę!”. Byłam pewna, że gdyby tylko udało mi się wspiąć wyżej, gdybym jakimś cudem doskoczyła do szczebla zarezerwowanego dla kobiet z lepszej gliny, wszystko mogłoby się zmienić. Stałabym się wreszcie kimś, komu nie można nic zarzucić. Przeciwnie, zasłużyłabym na podziw i uznanie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałam się, że choć wspinam się i wspinam, pokonuję kolejne przeszkody i wydawać by się mogło, że dawno powinnam osiągnąć upragniony cel – nadal nie jestem z siebie zadowolona. Nie potrafię się zatrzymać, jestem zmęczona i nieszczęśliwa, bo zamiast cieszyć się tym, co mam, co zrobiłam, do czego doszłam – wciąż porównuję się z tymi, którzy są ode mnie lepsi.

Przecież od tak dawna marzyłam o wyjeździe do Kalifornii, o trasach, które przemierzę wielgaśnym samochodem, śpiewając w głos piosenki i patrząc na ocean za oknem. Tymczasem kilka dni przed podróżą, kiedy wreszcie moje marzenie miało się spełnić, okazało się, że jestem sfrustrowaną bizneswoman, która zachowuje się tak, jakby ją ten wyjazd miał bardziej męczyć niż cieszyć. Jednak największym odkryciem, do którego doszłam dopiero chwilę po spotkaniu z Iwoną, ale na szczęście jeszcze przed moim urlopem, było to, że wcale nie mam ochoty tak żyć. Nie napędzało mnie pragnienie zdobywania szczytów, tylko autentyczne poczucie, że muszę je zdobywać, żeby moje życie miało sens. Wewnętrzny przymus stawania się lepszą, łapania każdej szansy i gonienia wszystkich możliwości. Sama myśl, że mogłabym sobie odpuścić, powodowała lęk, że spadnę na samo dno, znajdę się pod powierzchnią, jeszcze niżej niż w dniu, kiedy w wieku dwudziestu jeden lat nie zdążyłam na autobus 411. Tak małe miałam zaufanie do siebie, tak niewiele wiary w to, że niezależnie od porażek czy sukcesów jestem w porządku i cokolwiek się zdarzy – dam sobie radę.

Kiedy to wszystko analizowałam, zrozumiałam, że bardzo wiele kobiet działa podobnie i dokładnie tak samo się czuje. Dlatego przez kolejne kilka lat znaczną część swojego życia zawodowego poświęciłam na poszerzanie wiedzy o tym, dlaczego tak się dzieje i jak mogę zmienić swój stosunek do samej siebie. Był to czas rezygnacji z wielu dodatkowych zajęć, żeby skupić się na tym, co mnie naprawdę interesuje i co sprawia, że praca staje się dla mnie pasją, a nie drabiną do wspinania na szczyt. Spędziłam setki godzin, prowadząc warsztaty, seminaria i indywidualne sesje dla kobiet. Dzisiaj jestem pewna, że kluczem do uwolnienia się od wewnętrznej presji jest poczucie własnej wartości. Nie dobrze opakowane pozory pewności siebie, tylko wewnętrzny spokój i samoakceptacja. Siła, nasza głęboko zakotwiczona wewnętrzna siła, niezależna od ocen świata zewnętrznego.

Czym chciałabym się z Wami podzielić?

Poznałam w życiu mnóstwo wspaniałych kobiet. W różnym wieku, pochodzących z różnych środowisk, takich, które wiele osiągnęły, i takich, które utknęły w miejscu, ale marzą o tym, żeby wspiąć się wyżej. Kobiet bardziej niż czegokolwiek pragnących miłości, założenia rodziny, ale i takich, którym nadmierna troska o innych nie pozwalała zatroszczyć się o siebie. Strażniczki ogniska domowego decydujące się na zrezygnowanie z życia zawodowego i intensywnie pracujące, skuteczne w tym, co robią, kobiety sukcesu. Spotykałam boginie piękności, z urodą dopracowaną w każdym calu, ale także dziewczyny zagubione w poszukiwaniu drogi do dobrego stylu. Kobiety przytłoczone przekonaniem o swojej nieatrakcyjności, chowające własną kobiecość pod maską rezygnacji, zaniedbania, smutku, i takie, które epatowały powierzchowną kobiecością tak bardzo, że nie można było dostrzec ich wnętrza.

Pomimo tak dużych różnic dotyczących wyglądu, statusu materialnego, wieku i wykształcenia – bardzo wiele kobiet w jednej kwestii wydaje się mieć podobne odczucia: tak jak jeszcze nie tak dawno ja sama, czują się niewystarczająco piękne, mądre i dobre. Mamy wprost wyjątkową umiejętność zaniżania poczucia własnej wartości, deprecjonowania swoich osiągnięć i krytykowania siebie. Mistrzowsko uprawiamy sztukę podcinania sobie skrzydeł. A jeśli już nauczymy się latać, i to bardzo wysoko – nie widzimy tego lub nie do końca wierzymy, że zrobiłyśmy to dzięki sobie.

Dlaczego tak się dzieje? Co sprawia, że mamy tak słabe zdanie o sobie i szukamy w oczach innych uznania i akceptacji? Jak to się dzieję, że nawet kiedy osiągamy naprawdę wiele, nadal nie mamy pewności, że wszystko jest z nami w porządku? Skąd u tylu kobiet przekonanie, że droga do poczucia wewnętrznej siły, zadowolenia z siebie, jest związana z tym, że muszą coś udowodnić, że muszą na coś zasłużyć?

Niezależnie od tego, jak wiele jest przyczyn i powodów osłabiających w nas poczucie własnej wartości, mamy wszystko, co potrzebne, żeby radykalnie ten stan zmienić. Uwierzyć w to – a potem wykonać – będzie znacznie łatwiej, jeśli zrozumiemy, że to my, a nie inni ludzie odgrywamy w tej zmianie kluczową rolę. Nie da się zaprzeczyć, że to, co słyszymy na swój temat, odbija się na naszym samopoczuciu i wpływa na sposób myślenia o sobie. Podobnie jak nie da się zaprzeczyć, że to, czego doświadczyłyśmy kiedyś, ma lub może mieć wpływ na to, jak się czujemy teraz. Jednak w jakim stopniu pozwolimy innym ludziom lub przeszłości rządzić naszym życiem, zależy od tego, co zrobimy teraz. Właśnie do działania „tu i teraz” chciałabym Was zaprosić. Do pożegnania z tym, co przeszkadza, i nauczenia się korzystania z tego, co nas wzmacnia.

Postaram się razem z Wami odbyć podróż – od czasów dzieciństwa, przez trudny okres dojrzewania, lata młodzieńcze, aż do wieku, który umownie nazwijmy dojrzałym. Jako czterdziestosześcioletnia kobieta, znacznie bardziej zadowolona z siebie i optymistyczniej nastawiona do świata niż kiedykolwiek wcześniej, opowiem o własnych poszukiwaniach. Nie tylko dotyczących mojego życia, lecz także doświadczeń kilku innych kobiet, które zgodziły się być bohaterkami tej książki i pozwoliły mi przedstawić swoje historie. Omówię kilka najczęstszych przyczyn, które sprawiają, że tak trudno nam w siebie uwierzyć. Wytłumaczę, ale także – przywołując wspomnienia, sytuacje z życia mojego i moich bohaterek – pomogę Wam samym dostrzec, w jaki sposób zachowania innych oddziałują na to, co myślimy, czujemy, robimy. Dlaczego to nie innych należy zmieniać, tylko siebie, jeśli chcemy się uwolnić od ich oddziaływania na nasze życie.

Pokażę, w jak dużym stopniu wydarzenia z naszego dzieciństwa mogą wpływać na naszą dorosłość. Przede wszystkim jednak podpowiem, co zrobić, żeby osłabić działanie tego wpływu. Albo nauczyć się z niego korzystać. Spróbuję Was również zachęcić do rozstania się z tęsknotami i oczekiwaniami mieszkających w nas małych dziewczynek.

Powiem, jak same możemy sobie dać to, co tak bardzo pragniemy otrzymać od świata. Jak zadbać o siebie, zbudować oparcie w tym, co zależy od nas, a nie od innych. Nie będzie to metodyczny wykład naukowy ani omówienie procesu terapeutycznego z użyciem skomplikowanych terminów psychologicznych.

Zebrałam sceny będące fragmentami życia kilku z nas i poukładałam w sposób, który być może pozwoli Wam zobaczyć w nich siebie. Każda przedstawiona historia to jedynie część ogromnej całości, jaką tworzą doświadczenia nas wszystkich. Nie należy tych przykładów traktować jako elementarza ani kompendium fachowych informacji o kobiecych problemach i pomysłach na ich rozwiązanie. Ta książka nie jest i nie chce być ani podręcznikiem, ani naukową publikacją. Przygotowałam dla Was niekonwencjonalny poradnik. Znajdziecie w nim elementy wiedzy psychologicznej, moje własne obserwacje i przemyślenia oraz liczne sceny z różnych okresów życia kilku kobiet.

Swoją historię traktuję jako pewnego rodzaju oś czasu, na której zaznaczyły się kolejne etapy zmiany. Jestem przede wszystkim kobietą i zanim nauczyłam się żyć inaczej, podobnie jak wiele z Was często walczyłam z wiatrakami. Były zwycięstwa i porażki, wzloty i upadki. Dzisiaj jestem pewna, że wszystko, co przeżyłam, było potrzebne, żebym mogła się znaleźć tutaj, gdzie jestem.

Mam nadzieję, że zaproponowana przeze mnie formuła tej książki pomoże nie tylko przekazaną w niej wiedzę zrozumieć i odnieść do siebie, lecz także odnaleźć, przeżyć pochowane uczucia i otworzyć się na nowy, bardziej świadomy rodzaj doznań. Znajdziecie tutaj także zbiór wzmacniających rekomendacji oraz wskazówek do zastosowania właściwie od zaraz.

Droga do budowania poczucia własnej wartości jest długa i każdy przechodzi ją w innym tempie, napotyka innego rodzaju trudności. Jednak pewien rodzaj przeszkód jest wspólny dla wielu z nas. Zrozumienie ich charakteru, pokonanie skutków, jakie powodują w naszym życiu, i przejęcie odpowiedzialności – najpierw za własne samopoczucie, a potem za wybory, których dokonujemy – to ogromna siła. Chciałabym, żebyście poczuły jej moc i nauczyły się z niej korzystać.

Starałam się zawrzeć tutaj najbardziej użyteczną wiedzę, którą na co dzień przekazuję swoim klientkom i którą sama w swoim życiu stosuję.

Jeśli chociaż jedna z Was po przeczytaniu tej książki uwierzy, że ma wszystko, co potrzebne do tego, żeby być piękną, mądrą i dobrą – będę szczęśliwa.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Luz. I tak nie będę idealna Luz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu