Oaza spokoju

Oaza spokoju

Autorzy: Agnieszka Nietresta-Zatoń

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.50 zł

Nie zbaczaj z drogi dla ścieżki, mawiają. Ale szukając człowieka, często trzeba zejść z ubitego traktu i wydeptać sobie własną dróżkę. Trzeba być trochę jak Diogenes ze swoją latarnią. 

Osiedle z wielkiej płyty na peryferiach wielkiego miasta. Do Lasku Menelskiego, na który od lat mieli chrapkę developerzy, wjeżdżają pierwsze maszyny budowlane, a do osiedlowej szkoły niepewnym krokiem wchodzi Miranda. Młoda dziennikarka straciła pracę i najbliżej dwa miesiące ma spędzić w roli nauczycielki języka polskiego, zastępując chorą matkę. Kariera pedagogiczna bynajmniej nie jest spełnieniem jej marzeń, zwłaszcza że kobieta jest pochłonięta dziennikarskim śledztwem. Wraz z Mirandą na osiedlu pojawiają się starzy wrogowie i nowi przyjaciele. A może odwrotnie?

Tajemnice, przemilczenia i niedopowiedzenia czasem są doskonałym spoiwem dla kłamstwa. Ale kiedy spoiwo zaczyna pękać, zawalenie się misternej konstrukcji jest tylko kwestią czasu. Domek z kart wygląda efektownie, tylko dopóki nie runie. A jeśli otaczają nas same domki z kart… Jeśli niemal każda oaza spokoju to fatamorgana…

Agnieszka Nietresta-Zatoń (ur. 1974) — literaturoznawczyni, autorka książek: "Małgorzata Hillar. Szkic monograficzny", nominowanej do nagrody im. Ludwika Frydego; "Powołani na bunt. Transgresje polskich poetów XIX wieku", "Pustostan"; oraz opowiadań i artykułów naukowych. Pisze także blogi, uprawia webwriting i copywriting. Przyznaje rację Wisławie Szymborskiej: Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie. Za Stanisławem Grochowiakiem, swoim ukochanym poetą, powtarza: Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia. Pytana, po co jej tyle książek, zasłania się cytatem z Susan Sontag: Kiedy czytam, zawsze mam wrażenie, jakbym jadła. Natomiast potrzeba czytania jest jak nieznośny wilczy głód.

Matka dwojga dzieci, żona jednego męża, pani od polskiego kilku roczników gimnazjalistów. Uwielbia koty i fotografowanie, kocha wędrówki po górach, obserwowanie chmur i czytanie kryminałów.

Copyright © Agnieszka Nietresta-Zatoń, 2017

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcia na okładce

© Stephen Mulcahey/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-428-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Come

As you are

As you were

As I want you to be

As a friend

As a friend

As an old enemy

Curt Cobain

Jak na mechanizm przystało

myśli masz ryte w metalu

krążą po dziwnych kółkach

(nigdy nie wyjdą z tych kółek)

jesteś system mechanicznie doskonały

i nagle się coś zepsuło…

Józef Czechowicz

OSTREJ −

kiedy już będziesz dorosła

BLOG UNGEHEUERA

[tytuł bloga] Letologika

Axis Mundi, czyli OŚiedle

Moja Mapa Świata

Bliżej Krwiobiegu

Mistery Researcher

Paranormal Investigator

Monstrum.

Monster.

Monstruo.

Monstre.

Монстр.

W tylu językach niemal identycznie.

A po niemiecku – Ungeheuer.

Kolejny raz proszę wujka Google, żeby złotousty tłumacz przeczytał mi to pięknie brzmiące słowo. Fonetyka obcego języka.

Potwór. Ale też dziwoląg.

Potworny dziwoląg. Dziwaczny potwór. Monstrualny dziwoląg.

Nad dachami monstrualnych wieżowców zaczynają strzelać monstrualne fajerwerki. Dziwaczne wzory, kaskady gwiazd, skrzące się fontanny. I z czego tu się cieszyć? Z nowym rokiem nowym krokiem, mawiają naiwni. Jakby jutro wszystko miało się zmienić… Sporo świętowania przed nami. Większość ludzieńków wróci do swych obowiązków dopiero w poniedziałek. Zdążą wytrzeźwieć i ochłonąć. A w poniedziałek będzie… poniedziałek.

Koniec i początek. Początek i koniec.

Po każdej wojnie

ktoś musi posprzątać.

Jaki taki porządek

sam się przecież nie zrobi.

Panowie i panie: zaczynam sprzątanie!

Nie wierzę w magię przełomów, symboliczne daty, noworoczne postanowienia. W co wierzę?

W trawie, która porosła

przyczyny i skutki,

musi ktoś sobie leżeć

z kłosem w zębach

i gapić się na chmury.

by Ungeheuer (nie wiem, co siedzi w mojej głowie…)

1.

Zapach starej frytury wciąż działał jak najdoskonalszy afrodyzjak. Czekając na zmianę świateł na skrzyżowaniu, Miranda Szelej z lubością wciągnęła w nozdrza odór przepalonego tłuszczu.

Nieistniejące od wielu lat bistro w okolicy nieistniejącego od lat kilku dworca PKS dla autobusów podmiejskich było kiedyś dla nastoletniej Mirandy niczym główki portu, za którymi rozpościerał się ocean możliwości. Ponura, kryta eternitem buda z plastikowymi stolikami, wiecznie upapranymi tłuszczem, i krzesełkami lepkimi od brudu, miała urok latarni na Faros.

Sygnał dźwiękowy dla niewidomych wyrwał ją z zamyślenia i energicznie ruszyła przez przejście dla pieszych, z każdym krokiem przyspieszając, żeby zmiana sygnalizacji nie zastała jej, jak zwykle, na środku ulicy. Kolejny sygnał wybrzmiał, kiedy stawiała na krawężniku stopę, obutą w elegancki pantofel z czerwonej skóry. Uznała to za dobry znak i raz jeszcze zaciągnęła się elektryzującym zmysły zapachem. Wolność. Nieszczęsny odór wolności.

Zapach dobiegał z placu targowego nieopodal. Przez oczka ogrodzeniowej siatki Miranda ujrzała, a jakże, bar. Nad barem ledowa taśma układała się w gigantycznych rozmiarów napis „S(Ł)UGUS”. Niemal poczuła smak lekko kwaśnych ciągnących się cukierków, które tak kochała w dzieciństwie. Zaraz jednak prychnęła w mankiet, wyobrażając sobie owego sługusa, usłużnie serwującego klientom frytki i bułę ze zrzynkami baraniny i wiórkami kapusty pekińskiej.

Wyrzucając sobie po raz setny, że uległa namowom matki i zgodziła się podjąć za nią zastępstwo na czas wyczekiwanego sanatoryjnego turnusu, a właściwie dwóch – znajoma lekarka wpakowała Irmę na pięćdziesięcioczterodniowe wakacje na koszt NFZ – obciągnęła ołówkową spódnicę i niebezpiecznie zachybotała się na zbyt wysokich jak na jej możliwości obcasach. Zwykle w ciężkich cichostępach nie nadążała z przejściem przez feralne skrzyżowanie, zajęta rozmową przez telefon albo balansowaniem między przechodniami, ze stosem książek i papierów w rękach. Tym razem jednak pokonała dystans w szpilkach, które ostatnio miała na nogach z rok temu, na rozdaniu nagród za najlepszy reportaż interwencyjny w lokalnej prasie. Nie jej reportaż. Ale koleżanka nie mogła się stawić po statuetkę osobiście i Miranda została wydelegowana w zastępstwie – czy zastępstwa to jej życiowe powołanie? – po odbiór koszmarnej rzeźby autorstwa miejscowego rzeźbiarza, o którym mówiono, że przecież mógłby wykonywać tyle innych zawodów na „rz”. Na przykład rzeźnik – finezja jego dzieł przywodziła bowiem na myśl z grubsza ciosane wieprzowe tusze. Ale może tak to miało być: mało kto nadążał za współczesną sztuką.

Odkąd rozwiązano stacjonarną redakcję lokalnego dodatku do ogólnopolskiego dziennika i przeniesiono ją w przestrzeń wirtualną, likwidując jednocześnie wszystkie etaty, by z niewielką częścią pracowników przejść na umowy śmieciowe, wszystko się posypało. To była jedyna duża redakcja w mieście. To znaczy nie jedyna, ale pozostałe należały do tabloidów. Mogła więc albo „jechać za chlebem”, przełamać się i spróbować zasilić Dział Wiadomości z Dupy Wziętych w jednej z nich, albo wreszcie zacząć robić coś na własny rachunek. Impas trwał już stanowczo zbyt długo, pieniądze z odprawy zdążyły stopnieć. Pomysł na życie miała, a jakże, ale mieć pomysł, a mieć natychmiastowe pieniądze z jego realizacji to dwie różne rzeczy. Potrzebny był czas.

Pech chciał, że Miranda nie dostała się na studiach na specjalność edytorską i w jej indeksie figurowała specjalność nauczycielska. W buńczucznym coming oucie obiecała wprawdzie pani profesor prowadzącej zajęcia z metodyki nauczania języka polskiego, że nigdy, przenigdy nie zbliży się do szkoły, ale ta jedynie zsunęła okulary do połowy nosa, popatrzyła pokraśniałej z emocji studentce prosto w oczy i wysyczała: „Taaa…”. Potem pokazała Mirandzie otwarte wnętrze dłoni i popukała weń znacząco. Ta, tknięta nagłym impulsem, uniosła palec, żeby popukać się w czoło, ale w porę skonstatowała niestosowność gestu i tylko wykonała w powietrzu nieokreślony ruch.

Miranda kolejny raz wyświetliła sobie w głowie film z dnia, w którym uprzejmie podziękowano jej za kilka lat wytężonej pracy.

– Przecież sobie poradzisz. Kto, jak nie ty? – Wodzu, jak go tu nazywano, nie miał cienia wątpliwości. – Pióro masz lekkie, jęzor cięty, ludzie otwierają się przed tobą jak kwiaty lotosu. Tylko czekać, aż przeczytamy o tobie w gazecie… – wysilił się na dowcip.

– Aha. I dlatego że pióro mam lekkie i jęzor cięty, wręczyłeś mi wypowiedzenie… Rozumiem. Wolisz pracowników niepiśmiennych i dziób w kubeł z upodobaniem pchających. Trzeba było tak od razu. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie mogłeś zamienić mi etatu na gównianą śmieciówkę. Ja mogłabym dalej płacić rachunki, a ty na oczy byś mnie nie widział. Wolnostrzelczyłabym sobie po okolicy, zapewniając portalowi klikalność. No i Ungeheuer – już prawie go namierzyłam! Jeszcze chwila i…

– I co? Myślisz, że pod tym nickiem ukrywa się jakiś celebryta? Znalazłabyś go i co dalej?

– I może miałbyś do dyspozycji kolejne niezłe pióro. Mogłabym jeszcze całą tę historię poszukiwań opisać! Kiedyś była moda na pisanie blogów pod pseudonimem, pamiętasz F jak Frustratka, ale teraz już nikt się nie ukrywa. Wręcz przeciwnie! Ungeheuer to taki ostatni Mohikanin. Jeśli go w końcu znajdę, to co mu powiem? Co zaproponuję? Mogliśmy mieć najlepszy dodatek lokalny do ogólnopolskiego dziennika ever!

– Mirandaaa… Ty… ty masz za lekkie pióro. Ludzie…

– Proszę?

– Za dobrze piszesz. Ludzie nie chcą czytać tych twoich zdań wielokrotnie złożonych. Co drugie słowo jakieś -izmy i -acje. Kto to rozumie oprócz ciebie? I jeszcze chciałaś mi tu zainstalować gościa, który nawet o dziurach w chodniku i psich gównach wyłażących spod śniegu pisze, jakby zjadł słownik języka polskiego w trzech tomach z apendyksem! Opanuj się, kobieto!

– Z apendyksem, powiadasz… I kto tu słownik zeżarł? Sugerujesz, że powinnam się cofnąć w rozwoju?

– Nie zrozum mnie źle, przecież wiesz, że cię lubię. Internet to nie jest medium dla koneserów. Dobra wiadomość to zła wiadomość. Dobry tekst to prosty tekst. A do tych twoich to musiałbym chyba przypisy robić. I jeszcze tego intelektualistę chciałabyś mi tu wcisnąć! Tak się nie da, dziewczyno. Weź sobie jakiś blog książkowy załóż, z wydawnictwami współpracuj… O, albo sama pisz! Książki pisz. Teraz podobno wszyscy piszą…

– I nikt nie czyta. Doskonały pomysł! A blog książkowy już mam i z wydawnictwami współpracuję.

– No, widzisz – czyli jednak sobie poradzisz!

– Nie poradzę! Przecież to nie jest dochodowa działalność.

– Teraz będziesz miała sporo czasu. Zakręć się przy tym, z reklam można całkiem nieźle żyć.

– W rzyć to ty mnie możesz pocałować!

– Ale Mirandaaa, przecież ja…

– Tak, wiem, przecież ty mnie lubisz. Ale przynajmniej jesteś szczery. Dzięki za wszystko.

Dotarcie do krawężnika przed zmianą świateł było ostatnim sukcesem komunikacyjnym Mirandy tego dnia.

Zza placu targowiska wyłaniały się wysokie szyje dźwigów, co zwiastowało budowę, a więc błoto, popękane płytki chodnikowe i liczne objazdy, czy raczej obejścia, które lokalsi doskonale znają. Ona niewiele już pamiętała z topografii osiedla na peryferiach, na którym kiedyś bywała stałym gościem. Musi zatem iść na wyczucie i na dodatek powinna się sprężać, żeby zdążyć na radę pedagogiczną. Widowiskowe wejście nie jest jej potrzebne do szczęścia.

Długo i mozolnie racjonalizowała wybór zajęcia zarobkowego na kolejne dwa miesiące, tłumacząc sobie, że to tylko praca, że parę groszy, że chwila. No i że mama. Płatny wyjazd do sanatorium był poza ich zasięgiem, kiedy więc udało się uzyskać skierowanie, nie było nad czym się zastanawiać.

Gdyby w radiu nie podali wiadomości o zamknięciu redakcji, Irma pewnie nigdy nie złapałaby za telefon. Miranda czuła, że matka zatrzymała się na etapie, na którym jedynie umowa o pracę, najlepiej na czas nieokreślony, najlepiej w jednej firmie do emerytury, oznaczała, że się pracuje naprawdę. Wszystkie inne sposoby zarobkowania zawsze kwitowała wzgardliwym prychnięciem, jakby były działalnością charytatywną albo wolontariatem. Ostatnio – kiedy to było? – znów się pokłóciły o ZUS. Irma wciąż wierzyła, że państwo zagwarantuje jej godziwą emeryturę. Miranda wierzyła we wróżki czy trolle, a po tym, jak potraktowało ją szefostwo redakcji, mogłaby uwierzyć nawet w złe duchy, ale w cuda już dawno nie. I już właściwie wymigała się od zastępstwa, sugerując, że koleżanki matki na pewno chętnie przejmą dodatkowe godziny, gdy pod koniec sierpnia okazało się, że jedna z nich spodziewa się dziecka i jest na chorobowym, druga zameldowała z Londynu, że jednak wybiera zmywak, trzecia zaś… nie, trzeciej nie było. To ona była trzecia. Miranda Szelej, która z czysto ludzkich powodów mogła pomóc starej matce. Tym bardziej że właśnie straciła pracę (Jak to, córeczko, chcesz się zarejestrować jako bez-ro-bot-na? Do pośredniaka jeździć? TY? Z wyższym wykształceniem?) i na pewno nowej nie znajdzie (Kto cię teraz zatrudni? A co ty poza tym pisaniem, córeczko, umiesz?). A w ogóle to chodzi tylko o dwa miesiące.

Rada pedagogiczna… Gdyby to tylko było możliwe, z insygniów śmierci wybrałaby sobie pelerynę niewidkę.

Zapach z nową mocą uderzył ją w nozdrza i Miranda znów odpłynęła ku nastoletnim wspomnieniom. Nie zauważyła nawet, kiedy soczyście czerwona szpilka znalazła się w samym centrum kałuży, która niczym ruchome piaski wciągnęła but i uwięziła stopę w cuchnącej, mulistej brei.

– O, żeż! O fuck! – Miała do wyboru wyrwać stopę z objęć błotnistego lewiatana albo, na fali wzbierającej w niej głupawki, wejść w kałużę drugą nogą.

Rozejrzała się uważnie, a ponieważ jedynym jej towarzystwem był jakiś gość, z reklamówką dyndającą na przedramieniu, który przyglądał się jej z natarczywą ciekawością, wraziła drugą szpilkę w kałużę.

– I co teraz? – Pytanie skierowane do ciekawskiego amatora sieci sklepów z owadem w logo nie trafiło w próżnię.

– Teraz to ma pani po butach. Tu, na placu, kupi se pani nowe. Pełno tego. I hydrant jest. Nogi można se spłuknąć.

Miranda rzuciła okiem na zegarek. Jeśli pójdzie za radą życzliwego, na bank się spóźni. Ale jaki ma wybór? Defilować przed belferską bracią na bosaka – z brudnymi stopami? Niedoczekanie!

Nieco ponadtrzygodzinna nasiadówka okraszona niezliczoną ilością głosowań oraz odczytywaniem planu pracy szkoły, w którym nazwisko Szelej pojawiało się stanowczo zbyt często, zniesmaczyła ją i, co tu kryć, przeraziła. Grono nie wyglądało na zainteresowane. Praca w podgrupach kwitła przez całą radę. Na hasło „Kto z państwa jest za…” podnosiły się karnie wszystkie ręce. Raz zapytała siedzącą obok dziewczynę, czego dotyczy głosowanie, bo szmer na sali utrudniał zrozumienie słów padających zza prezydialnego stołu, ale ta tylko wzruszyła ramionami.

– Pewnie jakieś uczniowskie poprawki sprzed tygodnia albo nagrody dla długodystansowców.

– Długodystansowców? – zainteresowała się Miranda.

– No, dla nauczycieli z najdłuższym stażem. Jeśli wytrzymasz tu dwadzieścia lat albo więcej, przyznają ci taką z centralnego rozdzielnika.

– A, nie, dziękuję. Ja tu tylko na chwilę.

– Każdy tak mówi. – Dziewczyna westchnęła i utkwiła wzrok w smartfonie.

Miranda też weszła na Fejsa i została tam do końca bojowej narady. Od czasu do czasu podnosiła głowę, żeby wyłowić z tłumu jakieś znajome twarze – przecież któraś z cioć zapamiętanych z dzieciństwa powinna jeszcze pracować – ale wszystkie wydawały się jej obce. Czy można zmienić się tak bardzo? A może tylko Irma uparcie trwała na posterunku, podczas gdy reszta dawno już olała te wszystkie misje, wizje i gazetki ścienne? Miranda nawet nie wiedziała, czy matka utrzymuje kontakty z koleżankami z pracy.

Ciocia Tosia, matematyczka, była jedną z fajniejszych osób, które znała mała Miranda. Ciepła, empatyczna, niebywale spokojna. Zeszyt z korepetycji u niej Miranda przechowywała do dziś jak relikwię. Prowadziły tam tajną korespondencję przy użyciu matematycznych symboli. Klucz do cyfrowego szyfru ciocia zapisała na osobnej kartce. Zawsze, kiedy przychodziła do Mirandy, wyjmowała z portfela złożony w kosteczkę arkusik, żeby pod koniec lekcji schować go z powrotem do zapinanej na zamek błyskawiczny kieszonki. Po jakimś czasie znały już klucz na pamięć i kiedy Miranda chciała dopytać o coś, czego pojąć nie była w stanie, używała szyfru. Nie wiedzieć kiedy, nauczyła się dzięki niemu i tabliczki mnożenia, i rozwiązywania równań, a nawet funkcji! Piątki z matematyki nigdy nie miała, ale nie miała także poczucia, że jest – jak sugerowała jej szkolna matematyczka – wzorcową kandydatką do szkoły specjalnej.

Ciocia Tosia… Na próżno usiłowała odszukać ją wzrokiem. Idąc na radę, myślała tylko o jednym: żeby nie spotkać nikogo znajomego, żeby nie podeszła do niej żadna lepka pani, która wypali z grubej rury coś w stylu: O, Mira, ale jesteś podobna do matki! Teraz żałowała, że w miejscu, z którym, bądź co bądź, wiążą się same jej dobre wspomnienia, nie ma nikogo, kto byłby łącznikiem między starym a nowym światem.

Kiedy plan pracy szkoły oraz przydział czynności dodatkowych przestały krążyć z rąk do rąk, kiedy wymiętolone niczym lista kandydatów do Nagrody Ministra Edukacji Narodowej (jest i taka, Miranda zdążyła sprawdzić w internecie) zaległy na prezydialnym stole, wreszcie sięgnęła po upragnione dokumenty. Przeleciała wzrokiem misternie sformatowane tabelki i zbladła: w ramach zastępstwa za Irmę przypadła jej w udziale organizacja akademii z okazji Dnia Komisji Edukacji Narodowej, znanego powszechnie jako Dzień Nauczyciela.

2.

Czerwone szpilki młodej kobiety śniły się Staremu, czyli ojcu Prezesa, przez całą noc. Dawno nie widział takich długich nóg. I takich wysokich obcasów.

Jeśli chodzi o długość, doświadczenie miał ostatnio jedynie z czasem reakcji, który wydłużał się niepomiernie. W kwestii wysokości natomiast – uwierała go wysokość długu w spółdzielni mieszkaniowej, która raz po raz słała mu monity. Czas reakcji wydłużał się Staremu w związku z nadmiernym spożyciem wysokoprocentowych trunków, które umiejętnie chomikował na zapleczu baru S(Ł)UGUS, znienawidzonego miejsca pracy. Trunki wlewał w siebie nie tylko na łonie Lasku Menelskiego (gdzie też oni teraz się przelokują, diabli nadali tę budowę), ale też przygotowując kebab w bułce lub cieście. Poczynione eksperymenty pokazywały dobitnie, że prawa fizyki są względne: czas reakcji wydłużał się i wydłużał, aż pewnego dnia stał się długi niczym nos Pinokia i szef baru zadysponował z całą mocą, że albo koniec z tym chlaniem, albo won z roboty. Stary, jedyny żywiciel rodziny, postanowił więcej nie eksperymentować. Od czasu do czasu stawiał się w pracy trzeźwy jak świnia i w takim nieludzkim stanie umiał dotrwać nawet do końca szychty.

Czerwone szpilki okazały się gorsze niż małpka na pusty żołądek. Raz po raz zatapiały się w gęstym błocie, żeby po chwili wychynąć z mazi i błysnąć lakierowaną skórą bez śladu zanieczyszczeń. Stary śledził we śnie te ruchy, nieomal frykcyjne, i w pożądliwym geście wyciągał dłonie ku fatalnej parze damskiego obuwia. Na próżno. Szpilki tonęły i wracały na powierzchnię, tonęły i wracały, tonęły i wracały… Aż pojawiła się damska stopa, z pomalowanymi na czarno paznokciami, i paluchem podjęła z błota najpierw jeden, potem drugi but, rzucając oba w okolice drugiej stopy. Kiedy już się wydawało, że nic bardziej zmysłowego wydarzyć się nie może, obie stopy wsunęły się w błyszczące szpilki, a potem jedna z nich wymierzyła Staremu solidnego kopa w podbrzusze ostrym szpicem. Zwinął się jak szczeniak w koszu, a wtedy nogi, kołysząc się na niebotycznych obcasach, zaczęły się oddalać osiedlową uliczką. Nagle mózg Starego przewiercił głośny sygnał nadjeżdżającej karetki. No, uważaj, kobieto, bo to tuż za tobą! Na chodnik, wejdź na chodnik! Co ty głucha jesteś…?

Gwałtownie otworzył oczy i usiadł na łóżku.

Sygnał karetki cichł, oddalał się, musiała przejeżdżać pod blokiem w kierunku centrum.

Potoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Na elektronicznym zegarze, reklamówce pobliskiego warsztatu samochodowego, wyświetlała się godzina 5.40. Nie ma, że boli, trzeba się ruszyć.

Wychodząc z mieszkania kilkanaście minut po szóstej, Stary potknął się o rozrzucone w przedpokoju buty syna. Ostatni rok gimnazjum. Trzeba będzie gówniarza pchnąć do samochodówki. Gdy Waldek wręczał mu elektroniczny zegar z nazwą warsztatu i numerem telefonu, obiecał, że jakby co, to smarkowi pracę znajdzie.

Za dziesięć minut na plac targowy nadciągną pierwsi klienci. Malutkie babcie, ciągnące za sobą skajowe wózeczki na kółkach; rześcy dziadkowie, których bardziej dobija bezsenność niż wiecznie utyskujące żony. Dla staruszków rozgwar osiedlowego targowiska, zwanego Manhattanem, jest tym samym, czym wiecznie włączony telewizor albo grające całą dobę radio – namiastką przytomnej obecności drugiego człowieka. Złudzeniem, że jeśli się upadnie na podłogę w maleńkim mieszkaniu i nie zdąży się wykręcić numeru pogotowia, w ostatnim przebłysku świadomości ujrzy się twarz nieżyjącego od lat małżonka albo dorosłego dziecka, które widziało się z dekadę temu, a nie ma się już siły ani ochoty prosić, żeby choć na chwilę, na zupę, na domowe ciasto. Drepcząc wolno między budkami i straganami, z niesmakiem cmokając nad zbyt drogimi pomidorami, zgryźliwymi komentarzami pokrywając zażenowanie wynikające z nieznajomości nazw egzotycznych owoców, strawią pierwsze godziny poranka na udawaniu, że robią zakupy na obiad dla kogoś jeszcze oprócz siebie.

Do baru S(Ł)UGUS zaglądają rzadko. Bezzębne dziąsła i zasuszone żołądki nie pragną skoro świt kebabów ani napojów gazowanych. Czasem skuszą się na kawę w szklance, ale nigdy nie siadają przy stoliku. Wsparci na kontuarze z widokiem na Manhattan długo i hałaśliwie mieszają napój, czarny jak ich myśli, żeby nigdy nie dopić go do końca, a odnosząc szklankę do okienka z firanką w drobne różyczki, zagaić czasem, co tam słychać. Albo że pogoda, panie, jakaś taka. Pewnie padać będzie, bo stawy, panie, jak od obcego, a nogi drą.

3.

Marmuzela przysiadła na brzegu krzesełka jak pensjonarka. Po raz pierwszy w życiu pomyślała, że wolałaby być teraz na radzie pedagogicznej, która właśnie się zaczyna. Niestety, na skutek przedłużającej się choroby przewodniczącej komisji termin egzaminu uległ zmianie i rada pedagogiczna ominęła Marmuzelę szerokim łukiem. Kartkowała nerwowo stos kserówek, od czasu do czasu używając go jak wachlarza, i mamrotała pod nosem niczym czarownica nad kotłem. Numery ustaw i oświatowe paragrafy wirowały jej przed oczami wraz z danymi na temat metod, środków i form; informacjami o podnoszeniu jakości pracy szkoły, indywidualizacji procesu kształcenia, stymulowaniu wyobraźni, twórczym myśleniu, burzach mózgów, wizjach, misjach oraz kreatywności. I o organach prowadzących. Nie wiedzieć czemu, właśnie teraz przyszła jej do głowy nazwa jednej z ulubionych stron na Fejsie: Copywriter płakał jak pisał. I jeszcze słowo „coaching” – połowa znajomych podjęła w ostatnim czasie studia podyplomowe bądź kursy na takim kierunku.

Drzwi otworzyły się z impetem, prawie uderzając o krzesło, na którym siedziała. Wychynął zza nich niewysoki mężczyzna, sięgnął za ucho, wyciągnął papierosa i wetknął sobie do ust. Poklepał się po tylnej kieszeni dżinsów i znalazł zapalniczkę. Już zamierzał odpalić, ale w porę się opamiętał.

Nie palił już od prawie trzech miesięcy, ale egzaminatorka tak go wkurzyła, że odruchowo sięgnął po noszoną za uchem fajkę, którą traktował wyłącznie jako element buntowniczego entourage’u. Zapalniczkę też nosił. Dzięki obu gadżetom sam sobie wydawał się kimś na wzór Jamesa Deana albo chociaż Marka Hłaski.

Pożałował, że nie może zaciągnąć się głęboko i natychmiastowo znieczulić. Nie pamiętał już tego stanu – pierwszy kop nikotyny uderza niczym cios w splot słoneczny, a zaraz potem sprawia, że węzeł gordyjski nerwów zaczyna się rozluźniać. Pamiętał, że ów stan istnieje, ale dostępu do towarzyszących mu emocji już nie miał. Pomiętolił sfatygowanego peta, poobracał w palcach, zmiękczając tytoń w bibułce jak za dawnych dobrych czasów; kilka razy strzelił w powietrzu zapalniczką, aż zabolał go kciuk, a kostropate kółeczko wydało charakterystyczny dźwięk. A potem schował jedno i drugie do kieszonki na piersi.

Nie, nie złamie się z powodu jakiejś starej wariatki. Denerwować się to karać swoje zdrowie za głupotę innych. Tak, Hemingway miał rację. Ktoś, najlepiej przełożony, powinien ukarać tę niezrównoważoną kobietę, w przeciwnym wypadku rzesze belfrów dążących do awansu będą tracić zdrowie. Następna będzie pewnie ta młoda od francuskiego (chyba nawet kojarzył ją ze szkoły), która czeka teraz na swoją kolej.

Bruno Kowalski wyobraził sobie młodą romanistkę, jak z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca w stronę sukowatej egzaminatorki serię obcojęzycznych wulgaryzmów, nie tylko dając upust swojej frustracji, ale i biorąc odwet za wszystkich nauczycieli, gnojonych przez tę ponurą kreaturę. Opowieści o jej zachowaniu krążyły wśród pracowników branży oświatowej niczym miejskie legendy o czarnej wołdze. Bruno chętnie zapakowałby babinę do takiej wołgi, zatrzasnął za nią drzwiczki i wysłał do… nie pamiętał już, dokąd wołga uwoziła ludzi, ale za kierownicą podobno siadywał sam diabeł. No to by się dobrali jak w korcu maku!

Ciemna koszula z wywiniętymi rękawami nie była elegancka. Ale to pewnie jedyna nieflanelowa, jaką ma w szafie, przemknęło Marmuzeli przez myśl, ale nie zdążyła zabawić się w Sherlocka, bo w drzwiach stanęła starsza kobieta, z wydatnym, falującym z emocji biustem, i ryknęła za zbiegiem:

– Jeszcze z panem nie skończyłam… nie skończyliśmy! Panie… – najwyraźniej nie zapamiętała nazwiska niesubordynowanego młodego adepta nauk pedagogicznych, na moment więc odwróciła się w głąb pokoju, szukając wsparcia w pozostałych członkach komisji egzaminacyjnej. – …Panie Kowalski!

Bruno nie zareagował na dźwięk swojego nazwiska. Długim mrocznym korytarzem oddalał się w stronę klatki schodowej.

– Proszę pana! – Egzaminatorka zafalowała biustem raz jeszcze, po czym chwyciła poły rozchełstanego sweterka, usiłując zakryć nieco zbyt głęboki dekolt, i rozejrzała się władczo po korytarzu.

Marmuzela odruchowo poderwała się z krzesła, ale biuściasta ryknęła:

– Pani nie!

Skuliła się więc i usiadła z głośnym klapnięciem – jak uczennica, której niesprawiedliwie postawiono ocenę niedostateczną. Drzwi do pokoju zamknęły się z hukiem. Kowalskiego najwidoczniej dobiegł ów łomot, a może jedynie wyczuł wibracje futryny, roztrzęsionej prawie tak samo, jak Marmuzela, bo odwrócił się z końca korytarza i – dałaby sobie głowę uciąć – pokazał środkowy palec. W przypływie emocji zamierzała mu pomachać, ale właśnie wywołano jej nazwisko. Wstała więc i depcząc po kserówkach, które leciały jej z rąk, skierowała się do sali.

– Dzień do…

– Prosił tu panią kto? – Niedoszła pogromczyni Kowalskiego podniosła głowę znad papierów. – Było: wejść?

Marmuzela stała, skonsternowana. Spocone dłonie splotła na wysokości żołądka i wbiła w kobietę niewyraźne spojrzenie.

– Daj już spokój, Danusia. – Siedząca obok członkini komisji egzaminacyjnej przytrzymała dłoń koleżanki. – Daj-spo-kój.

– Jestem spokojna – wycedziła Danusia, z lekka luzując szczękościsk. – Pani siada – zwróciła się do Marmuzeli i z niechęcią zaczęła przeglądać podsunięte jej dokumenty. Śliniła palec wskazujący, przewracała kolejne strony, ale widać było, że zawartość mało ją obchodzi.

Marmuzela roztarła prawą dłoń, która w sytuacjach szczególnego napięcia sztywniała i dawała o sobie znać serią bolesnych skurczów – wątpliwej wartości pamiątką po wypadku z dzieciństwa, w którym oprócz ręki ucierpiała szyba w drzwiach dziecięcego pokoju.

Danuta najwyraźniej znalazła w dokumentach jakąś ciekawą informację, zadarła bowiem energicznie głowę i wsunęła dłoń w połę dekoltu w napoleońskim geście.

– Pani… – rzuciła okiem na okładkę segregatora – …pani Matyldo, cała ta dokumentacja jest, że tak powiem, niestaranna. O, na przykład ta kartka. – Wypięła z segregatora jedną z koszulek i ująwszy z obrzydzeniem w dwa palce, zamachała nią tuż przed nosem Marmuzeli. – Nie dość, że tekst pisany ręcznie, to jeszcze kartka pomięta jest.

Marmuzela wbiła wzrok w arkusz i usiłując nadążyć za wahadłowym ruchem ręki, na próżno szukała w pamięci przyczyny, dla której świstek ów ma status rękopisu. Danuta majtała koszulką coraz szybciej i nie było szans, żeby udało się odczytać choć nagłówek, tytuł, słowo kluczowe. Ręcznie… Scenariusz lekcji! Ulągł się w głowie a vista podczas rozmowy na temat motywów przyświecających uczeniu się języków obcych. Zanotowała prędko na pierwszej z brzegu kartce z zamiarem wklepania w komputer.

– To jest…

– Widzę, co to jest! Pani znajomość technologii informatycznych pozostawia wiele do życzenia! – Danuta wypuściła z rąk kartkę tuż przed nosem Marmuzeli.

Genialny scenariusz łagodnym ruchem spłynął na podłogę – prosto pod nogi egzaminowanej. Podniosła się z krzesła i przykucnęła, ale zgrabiała dłoń nie była w stanie podjąć z ziemi śliskiej foliowej koszulki. Kolejne próby spełzały na niczym. W końcu Marmuzela dała za wygraną i usiadła na krześle.

– Nie dam rady… – wyszeptała do siebie, ale Danuta prędziutko podjęła wątek:

– No raczej. – Z satysfakcją podniosła koszulkę z podłogi, położyła przed sobą i ostentacyjnie wygładziła kantem dłoni. – Z innymi obowiązkami dydaktycznymi musi sobie pani radzić podobnie. – Żeby nie dopuścić Marmuzeli do głosu, dorzuciła prędko: – Jakie akty prawne regulują działanie systemu oświaty w Polsce?

– Ustawa o systemie oświaty.

– Data wejścia w życie?

– Nie pamiętam…

– Inne akty?

– Karta Nauczyciela.

– Data wejścia w życie? Kolejne nowelizacje?

– Proszę pani, pani Matyldo… – Siedząca obok Danuty kobieta wzięła do ręki zmiętoloną koszulkę i przeleciała wzrokiem zawartość haniebnej kartki. – Pani Matyldo, czy lubi pani uczyć?

– O, tak, bardzo! – Marmuzela rozbłysła i zgasła.

– A jakie… – Kobieta raz jeszcze rzuciła okiem na rękopis – jakie powody nauki języka francuskiego najczęściej podają pani uczniowie?

– Paryż! Może to banalne, ale mit tego miasta kwitnie. Oni chcieliby stanąć pod wieżą Eiffla i od razu polecieć płynną francuszczyzną… Najlepiej taką śpiewną i dźwięczną jak w filmach. A ja muszę zacząć od podstaw i bardzo mi zależy na tym, żeby się nie zniechęcili. Bo początki nie są łatwe… I jakoś raz mi taka lekcja wyszła, że… że mucha nie siada. I zapisałam sobie ten pomysł. I potem zapomniałam przepisać. Ale mogę wszystko opowiedzieć…

– Nie trzeba. Pani wiąże swoją przyszłość ze szkołą czy… z Paryżem?

– Ze szkołą.

– Dziękuję. Nie mam więcej pytań.

– Ale… – Danuta poderwała się zza prezydialnego stołu. – Ale…

– M y już nie mamy do pani ż a d n y c h pytań. – Koleżanka przytrzymała przegub dłoni przewodniczącej komisji w żelaznym uścisku. – Ża-dnych. Dziękujemy. Proszę poczekać na korytarzu. Miło mi było panią poznać, pani Matyldo. Powodzenia życzę. A na takie przykurcze w dłoni mogę pani polecić doskonałą rehabilitantkę. – Egzaminatorka wyciągnęła w kierunku Marmuzeli lewą rękę i wykonała przed jej nosem kilka dyrygenckich gestów. – Pani sobie wyobrazi, że ta dłoń była kiedyś całkowicie bezwładna! Zaraz znajdę wizytówkę. Proszę poczekać.

BLOG UNGEHEUERA

[tytuł bloga] Letologika

Axis Mundi, czyli OŚiedle

Moja Mapa Świata

Bliżej Krwiobiegu

Mistery Researcher

Paranormal Investigator

Najtrudniej rozwiązać węzeł gordyjski, gdy tkwi w nim własna głowa. [Lec]

Przestały mnie dręczyć sny pełne węży i wrośniętych w ziemię stóp, ważących tonę każda. Znowu mogę zrywać się do biegu, a w wykrotach zamiast syczących kłębowisk są tylko suche liście i mchy. Zawsze się bałem, że w końcu dotknięte egzemą wieżowce i klatki schodowe jak z filmów gore wzbudzą w mojej głowie kolejne fantasmagorie, ale nic z tych rzeczy – zrytemu łbu wczesny Gierek służy. Może uporczywa powtarzalność architektonicznych detali działa na łeb ów uspokajająco. Dobra passa trwa już tak długo, że prawie o niej zapominam, czasem tylko ten wiatr cholerny, te po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem i jakiś zajęczy niepokój każą podejść do okna i wypatrywać nie wiadomo czego.

Nie lubię zmian.

Dlaczego zmiany lubią mnie?

Nad ranem na osiedle wjechały maszyny budowlane, a dwóch facetów ogrodziło teren lasku blaszanymi panelami. Z wysokości mojej wieży (ona mnie obroni) wyglądało to nieco komicznie; zupełnie jak na tych filmikach na You­Tube, na których animowane ludziki Lego City przemierzają na sztywnych nóżkach uliczki miasteczka. Pantomima trwała w najlepsze, kiedy do Lasku Menelskiego przyczłapał Stary Prezesa, a zaraz po nim ten gość z parteru, który nigdy nie odpowiada na moje „dzień dobry”. Blaszane ogrodzenie musiało ich nieco zdezorientować, bo stukali w nie i zadzierali głowy, zupełnie jakby się spodziewali, że ktoś do nich wyjdzie i udzieli wyczerpujących wyjaśnień. Stary jak zwykle z nieodłączną reklamówką przewieszoną przez prawe przedramię; ten drugi w piżamie – całe osiedle jego; ba, cała dzielnia.

Za tę reklamówkę pewna sieć sklepów powinna Staremu jakieś tantiemy płacić: charakterystyczne kolory z daleka walą po oczach. Stary jest jak te przyczepki do osobówek, na których wybrańcy losu ciągają po osiedlu reklamy chwilówek albo deweloperskich domków na przedmieściach, z których do centrum miasta jest zawsze dziesięć minut drogi. Rakietą chyba. Albo na dopalaczach. Pierdolino pociągiem. Bo nie osobowym. Stary taszczy tę reklamówkę ze sobą zawsze i wszędzie i, głowę dam sobie uciąć, polega na jej zawartości jak na Zawiszy. Tylko nie Czarnym, ale fioletowym. I to polega codziennie. Ostatnio poległ tuż przed pójściem do roboty. To już chyba ten etap, że jagodzianka na kościach z rana jak śmietana. Jemu ta śmietana wyraźnie nie posłużyła. Widziałem, jak walczył z grawitacją i poległ. I tak polegując, spędził całe przedpołudnie pod drzewem w Menelskim.

Rańcem byli obaj, z tym z parteru, tak zaaferowani blaszanym ogrodzeniem, że S.P. nawet nie sięgnął do reklamówki. Ale też nie odłożył jej ani na moment, powiewając tym wątpliwej jakości sztandarem nawet wtedy, gdy usiłował wdrapać się na ogrodzenie i zobaczyć, co jest po drugiej stronie. W końcu przyszli ci dwaj, co montowali panele, coś tam pogadali, rękami pomachali i zaniechał. Wypalili z tym z parteru po jednej fajce i się rozeszli. Chciałbym powiedzieć: do swoich obowiązków, ale nie mam pojęcia, czy ten z parteru ma jakieś obowiązki. Poza tym jednym, że co dnia obowiązkowo tłumaczy ręcznie swojej żonie, że nie ma obowiązku jej utrzymywać… Z czego miałby ją utrzymywać – nie wiem. Może jakaś renta kombatancka? Emerytura mundurowa? Kiedy się wprowadzali parę lat temu, raz czy dwa widziałem go chyba w mundurze, ale potem już tylko w gaciach od piżamy. Zawsze tych samych. Wróć – takich samych. Przynajmniej taką żywię nadzieję…

Lasek Menelski można było przerobić na park, ale żeby zaraz domki jednorodzinne? Dobra – bliźniaki, ale to prawie to samo. Nie wycina się starych drzew, nie przesadza się starych meneli. Nad bramą wjazdową, bo zapewne brama z pilotem nas nie ominie, proponuję umieścić hasło z Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie”. Może mają takie tabliczki w Empiku. Ja ostatnio nabyłem tabliczkę z napisem: „Tu mieszka kot i jego rodzina”. Przykleiłem do drzwi wejściowych – od środka. Nie, nie, po drzwiach mnie nie poznacie.

Czy nuworysze wiedzą, kto to był Dante?

Jak myślicie, kogo przywieje na nasz wygwizdów? Kto nam się ulokuje za żelazną bramą? Może postaram się o posadę budkowego przy szlabanie (będzie szlaban? będzie?) – to by dopiero było idealne miejsce do obserwacji.

by Ungeheuer (dzisiaj niegroźny)

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

1.

2.

3.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oaza spokoju Pustostan 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej