Echo słońca

Echo słońca

Autorzy: Waldemar Bawołek

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.18 zł

Bohater prozy Waldemara Bawołka ma pięćdziesiąt lat i zajmuje się trzema rzeczami: utrzymywaniem przy życiu starej matki, paleniem tanich papierosów i piciem tanich alkoholi oraz próbami przerobienia swojej przeszłości. Jego życie toczy się nie na zewnątrz, lecz w środku – w myślach meandrujących pomiędzy rytualnie powtarzanymi czynnościami a znanymi na pamięć rozmowami.

„Echo słońca” to opowieść o „przeciętnych Polakach” podszyta nienazwaną tęsknotą i żalem za czymś, co nawet nie tyle minęło, ile nigdy się nie zdarzyło.

Waldemar Bawołek

Echo słońca

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia Autora © by Darek Foks

Copyright © by Waldemar Bawołek, 2017

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Anna Kijania / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-561-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

[Matka ma siedemdziesiąt trzy lata…]

Ogród botaniczny

[Dzień zleciał jak z bicza trzasł…]

Jednoręcy bandyci

[Jakiś czas stał nieruchomo…]

Wyspa zaśmiecona pyłem gwiazd

[Matka podchodzi do okna…]

La maladie du petit papier

[Co też przyszło mi do głowy…]

Ludzie z biletami, ludzie bez biletów

[Janek Plata odprowadził mnie…]

…jak dziś…

[Od jakiegoś już czasu…]

Kolofon

[Matka ma siedemdziesiąt trzy lata…]

Matka ma siedemdziesiąt trzy lata i jest trwale niezdolna do samodzielnej egzystencji, ja natomiast mam lat pięćdziesiąt jeden i jestem niepełnosprawny w stopniu umiarkowanym, bo jakżeby inaczej, skoro mieszkamy z matką w miejscowości o umiarkowanym klimacie. Lubię wszystkie gatunki muzyki – i arie operowe, i operetkowe, chóry cerkiewne, koncerty muzyki dawnej i organowej, koncerty orkiestr kameralnych i symfonicznych, lubię fortepian, skrzypce i saksofon. Lubię poezję śpiewaną, występy tenorów, wielkie koncerty bitowe, hard rock, piosenki kabaretowe. Matka moja nie słucha muzyki w ogóle, za to bez przerwy czyta różne powieści. Ale niech nikt nie myśli, że to jest wszystko, co w życiu robimy. Dzisiaj na przykład, gdy tylko wstałem, matka poprosiła mnie, bym przygotował piekarnik, gdyż postanowiła upiec placek z jabłkami. Już wczoraj wysłała mnie do ogrodu po papierówki. Miały być świeże, zerwane prosto z drzewa, żeby tylko nie spod jabłonki, bo te są potłuczone, nadgnite, do niczego się takie nie nadają: po obraniu ze skórki nic prawie z nich nie zostaje. Dwa razy musiałem pójść pod jabłonkę. Za pierwszym razem okazało się, że przyniosłem za mało jabłek; po obraniu starczyło miąższu zaledwie na pół plac­ka. Za drugim razem potrząsnąłem mocniej gałęzią, tak że na ziemię spadło sporo owoców. Powinno wystarczyć.

Nastawiam piekarnik na sto osiemdziesiąt stopni. Matka rozwałkowuje ciasto, narzeka, że jest zmęczona, że już się do tego nie nadaje, zastanawia się także, skąd na podłodze wzięła się woda, którą musiała rano zetrzeć.

MATKA Nie mam pojęcia, skąd na podłodze woda. To wszystko przez te upały. Na dworze gorąco, w mieszkaniu chłód. Mówiłam mu, żeby zerwał prosto z drzewa, ale on nie, co za złośliwiec, co to za jabłka przyniósł, jakie malutkie, zgnite, poobijane, nawet nie ma co obierać, i jeszcze ta woda, skąd ona, wszystko się psuje, wszystko wali. Daj i mnie, niegodnej, Boże, zmiłowanie.

Jeszcze dobrze nie usiadłem, a tu masz ci los, matka mnie woła, żebym włożył ciasto do piekarnika. Idę więc bez namysłu i robię to, co każe. Tylko że po chwili, gdy ledwo co się odwróciłem, słyszę, jak matka woła, żebym przestawił placek, bo włożyłem go tyłem do przodu. Na co ja tłumaczę jej, że to wszystko jedno, temperatura w całym piekarniku jest przecież taka sama.

MATKA A co ty mnie będziesz uczył, dobrze wiem, jak ma być, z przodu jest cieńszy, szybciej się upiecze. Nigdy nie zrobisz tak, jak cię proszę, po swojemu robisz i mnie nie słuchasz, a ja już mam swoje lata, trochę pożyłam na tym świecie.

Coraz trudniej dogaduję się z matką. Dawniej rozumiałem, co do mnie mówi, w lot pojmowałem jej polecenia, tok myślenia, odgadywałem, co szepcze, syczy, piszczy i wrzeszczy. Dziś staram się nie odzywać nadmiernie, nie dociekać, nie poruszać bardziej złożonych tematyk. Jeśli na podłodze pojawiła się woda – nie wiedzieć dlaczego – nie chce mi się tłumaczyć matce, skąd ona tam się wzięła. Przecież nic by to nie dało. Ona wie lepiej, jaśniej umie sobie wytłumaczyć, co jest czego powodem.

Od lat żyjemy razem, jakby w symbiozie. Starzejemy się, chorujemy. Ostatnio powiedziała, że boi się śmierci. A mnie się wydaje, że umrę wcześniej od niej, że będzie mnie musiała pochować. Nie wiem, czy ja dałbym radę zająć się pogrzebem. Co niedzielę proszę ją, by poszła do kościoła. Skoro jest wierząca, to co stoi na przeszkodzie, by modlić się w kościele, pod ołtarzem, żeby ksiądz ją widział, jaka pobożna. Ja od dzieciństwa żyję poza społeczeństwem. Dzisiaj, gdy wiem, że w każdej chwili mogę umrzeć, gdyż moje serce po części jest martwe, chce mi się zbliżyć do ludzi, nachodzi mnie myśl, że dobrze by było pobawić się z nimi, pośmiać. Teraz, gdy sił mam coraz mniej, chce mi się pływać i skakać.

MATKA Byłam na dworze, dużo ludzi przechodzi, kłania mi się, ale ja już nikogo nie rozpoznaję.

SYN To trzeba było poprosić, by się przedstawili!

Poszedłem do łazienki, nawet nie wiem po co, gdy wróciłem, matka siedziała na swoim miejscu.

MATKA Mógłbyś wreszcie skosić trawę przed domem! Dojdzie do tego, że będzie tam samo zielsko. Tylko wstyd przed sąsiadami.

Spojrzałem przez okno, schyliłem się, podniosłem z podłogi okruszynkę.

MATKA I proszę! Jak brakuje ci argumentów, to zaraz szukasz wokół siebie śmieci. Uważasz, że można się ze mną w ogóle nie liczyć! A gdzie twoje dobre wychowanie? Powiedz wreszcie coś. Kpić tylko ze mnie potrafisz.

SYN Już w porządku, od jutra solidnie wezmę się do roboty, ale dobrze wiesz, że nie mogę się przemęczać, bo kawałek mojego serca jest martwy.

MATKA To co ja mam powiedzieć, nie wiem, czy dożyję do jutra.

Matka lekceważy moje zainteresowania, nie oglądamy razem nawet filmów. Dzisiaj coś drgnęło, usłyszałem, jak mówi, że chętnie posłuchałaby opery, której fragment nuciłem dwa dni temu, bo od tego rzępolenia w radio głowa ją boli.

SYN A jak jest tak, że nasza dusza, no, ta nasza świadomość, gdy umrzemy, wcale nas nie opuszcza, tylko zostaje w martwym ciele i mamy ją przez cały czas? Zakopują nas w ziemi, a my doświadczamy rozkładu naszego ciała, jak w śnie widzimy, co się z nim dzieje. W ten sposób, uwięzieni w ciemnościach, zrozumiemy, co to jest brak przeszłości i przyszłości. Może lepiej, gdy poddaje się ciała kremacji, a prochy rozsypuje w szczególnych miejscach?

MATKA Co ty wygadujesz, dusza natychmiast po śmierci opuszcza ciało i wędruje gdzieś tam, gdzie Bóg wskaże. Taki jesteś stary, a jeszcze taki głupi.

SYN Kiedyś myślałem, że jak dożyję tych lat, to wszystko będę wiedział, wszystko będzie jasne i proste, że łatwo pogodzę się z losem, że przestanę przeciwstawiać się naturze, a tu tylko same nowe wątpliwości.

Matka poprosiła mnie, żebym pościelił jej łóżko. Codziennie rano prosi, bym to zrobił, chociaż ja już od dawna nie czekam, aż mnie poprosi, tylko tak sam z siebie się tym zajmuję. Ona w tym czasie staje przed lustrem, ubiera się i dba o skromny makijaż.

MATKA Nigdy nie dasz mi się spokojnie ubrać, musisz teraz tędy przechodzić?

SYN Ale ja nie przyglądam się twojej nagości, twoje ciało w ogóle mnie nie ciekawi.

No, może zerknę czasem kątem oka na jej obnażone plecy, wyobrażając sobie, jak wyglądają jej obwisłe piersi. Zaraz też myślę, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek, gdy byłem dzieckiem, widział ją nagą. Przypominam sobie jej nogi, jak wkłada pończochy i mocuje do podtrzymującego je pasa. Haltery walały się po mieszkaniu bądź gdzie. Ale żebym sobie przypomniał, jak bierze mnie na ręce albo karmi piersią, to nie. Nic z tych rzeczy. Dzisiaj dopiero dostrzegam jej cielesność, gdy widzę, jak zdejmuje koszulę nocną przy dźwiękach gwiżdżącego czajnika. Nie chcę jej podglądać, ale jak tego nie robić, gdy mieszkamy razem i jesteśmy ze sobą na wyciągnięcie ręki. Odwracam się albo idę do łazienki, żeby uchylić okno. Gdy wracam, widzę, jak stoi przy stole i robi sobie kanapki. Maleńkie kromeczki smaruje masłem, nakłada wędlinę, przyozdabia sałatą lodową.

SYN To jak to było z ojcem, jak umarł? Nie mogę sobie darować, że nie było mnie w tym czasie przy nim. Jak on mógł tak nagle umrzeć, tak szybko, że nie dało się już nic zrobić? Przecież on miał tyle samo lat, co ja dzisiaj. Prawie tyle samo i takież samo serce. Ale on nie dbał o siebie. Pamiętam, nic sobie nie robił z tego, że cały był czerwony na twarzy, tętnice nabrzmiałe, żyły. Papieros jeden za drugim, alkohol.

MATKA Siedział sobie na łóżku, od rana powtarzał, że źle się czuje, ale on zawsze tak po przepiciu, gdy dzień wcześniej pochlał, wodę sodową mu podawałam. Obiad zjadł. Kazał drzwi otworzyć na oścież, bo mu się duszno zrobiło, nie mógł złapać oddechu. Usłyszałam, jak mówi, że to już koniec, i upadł na łóżko.

SYN Szkoda, że mnie przy tym nie było, może bym mu jakoś pomógł. Jak to tak nagle umrzeć, bez niczego, w sekundzie? Przecież to okropne. Czy mnie także czeka taka śmierć?

MATKA Nie myśl tak, on nie dbał o siebie, szkodził sobie na zdrowiu, a ty już wiesz, że tak nie można żyć, jak on żył, że trzeba uważać na siebie.

SYN Tak więc siedział sobie na łóżku. A ty w innym pokoju czytałaś książkę, brat czymś zajęty nawet nie przypuszczał, że może stać się najgorsze. Nagle ojciec położył się, powiedział, że to koniec, i umarł. Ciekaw jestem, jak to jest, kiedy się już wie, że to koniec. Czy to ból nie do zniesienia? Jeśli historia lubi się powtarzać, to mnie czeka to samo. Dlatego ciągle myślę o tym, wyobrażam sobie, że tracę świadomość, że za chwilę mnie nie będzie. Brat jeszcze próbował ratować ojca, przywarł do jego klatki piersiowej i zaczął masaż serca.

MATKA To ty cały czas o tym myślisz, zadręczasz się? Ja tylko przez chwilę przed spaniem myślę o śmierci, potem się modlę i zasypiam.

SYN Nic na to nie poradzę. Lęk przed śmiercią pojawia się tak nagle. Dzisiaj w nocy poczułem, że nogi mi dręt­wieją, pomyślałem: to już koniec, nie wstanę, nie poruszę się. Głupie to, naiwne, nieuchronne. Pstryk i już cię nie ma, zostawia się wszystko po stronie światła. Ale nie. Kiedy nie znajduję wokół siebie nic prócz ciemności, szczęściem dla mnie jest latać we śnie. By poczuć coś, cokolwiek, zamiast dotkliwej trwogi.

Ogród botaniczny

W ogrodzie botanicznym – jak każdego dnia – wszyscy znajomi siedzą pod krzakami, palą papierosy, piją piwo, piją wino, piją wódkę. Ja także mam ze sobą puszkę tyskiego, żeby wśród innych, pośród wielu nienazwanych roślin łyknąć sobie, bo zdaje mi się, że zaraz się rozlecę, że nie ustoję na nogach, taki słaby jestem. Po kilku łykach słuch mi się wyostrza, więc słucham śpiewu ptaków, trzepotań liści i opowieści, które toczą się na okrągło.

– I zabrali nam ten zasiłek opiekuńczy, co, panowie?

– Lecz kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera.

Mamy po pięćdziesiąt lat, my, opiekunowie swych matek, na sobie ciuchy z nie wiadomo której ręki, w duszy zaś strach, szał i gniew.

Franciszek zaczął, że dzisiaj pójdzie do rzeki po wodę, żeby namoczyć matki ubrania, chce wyprać jej brudne rzeczy, których sporo się nazbierało. Matka po osiemdziesiątce, od lat żyje już tylko w swoim świecie. Franciszek mówi, że matce wydaje się, że mieszka w Ostruszy, a przecież nie rusza się z Przylasku od trzydziestu lat. Ciąg­le spakowana, bez przerwy gdzieś się wybiera, a gdy widzi Franciszka, mówi do niego „mój drogi Łukaszu”. Od dawna nie rozpoznaje już nikogo. Wczoraj Franciszek kupił pieluchomajtki i włożył matce jedną parę na noc, bo chciał, by nie musiała wstawać w nocy do ubikacji. Choć matka ma swoje lata, potrafi jeszcze zawołać, gdy trzeba, ale rano okazało się, że cała jest mokra od moczu, od stóp do głowy skąpana w urynie. Do tego Franciszek nie rozścielił na łóżku odpowiedniego materaca, więc wszystko przemokło, wersalka cuchnie, smród rozchodzi się po całym domu.

Ogród botaniczny przyjmuje na swe łono coraz to nowych gości. Stoimy tak sobie po kilka osób, niektórzy siedzą na czym popadnie. Miejsca wokół dosyć. Można splunąć, wytrząsnąć z kubka resztki wina.

– No to zdrowie, panie Mossoczy.

– Chlup w ten głupi dziób.

– Sto lat!

Słyszę, jak Pasik mówi, że ma zasiłek z gminy na trzy miesiące, dwieście złotych, pracy nigdzie nie może znaleźć, zresztą już nie te lata, gdy po dachach można było skakać i rynny naprawiać. Więc pytam go, czy jeszcze Józka odwiedza, na co on, że nie bardzo może, bo kiedyś ktoś go tam widział i podpierdolił do gminy, że z Józkiem zasiłek przepijają. Wystraszył się, nie chce, by zabrali, bo z czego dalej będzie żyć. Pasik wyciąga pudełeczko z tytoniem, ślini bibułkę, skręca i zapala z lufki. Widzimy, że nadchodzi Moniuszko z piwem pod pachą, przedarł się przez krzew bzu, chce stanąć pod spróchniałą gruszką, ale ktoś krzyczy, żeby tego nie robił, bo tam nasrane, kupa wielka, śmierdząca, można w nią wdepnąć. Także przesuwam się o krok, staję trochę wyżej, tam gdzie rozlaz­ła jabłonka strzepuje z siebie owoce. Na wyciągnięcie ręki mam Kołę. Trzyma w dłoniach beczkę wina i przechyla. Koło mieszka w Bogoniowicach, w starej mleczarni. Jego życie jest jak sporo innych żyć, tych, co to nie wiedzą, czego szukają na świecie. Mieszka w starej mleczarni, pomaga właścicielowi nowej mleczarni, dlatego właściciel nie chce, by Koło płacił za cokolwiek, niech sobie mieszka na zdrowie, skoro nie ma gdzie. Czasem matka właściciela mleczarni poprosi go o coś, to potem odwdzięczy się, kawy naszykuje, plackiem poczęstuje. Historia Koły jest długa i podobna do wielu innych. Koło jest już niemłody, chyba szczęśliwy i ma bardzo zimne dłonie, a to musi świadczyć o czymś istotnym. Koło twierdzi, że właściciel mleczarni to fajny gość, pali cienkie, długie papierosy, jak potrzeba, to i kombajnem jeździ, a na wiosnę zboże zasiał, to i zebrać będzie musiał. Niekiedy Koło zwraca się do niego, żeby dał mu parę groszy, bo na to i na owo brakuje, więc właściciel mleczarni idzie do samochodu – przy sobie pieniędzy nie nosi – wyciąga dziesięć złotych i podaje Kole, który nie przepada za piwem, lecz na wino się przyda. Koło jest w porządku. Widzę, jak wskazuje ręką na gdaczącą kurę. Nie będę dyskutował o jego geście. Trzeba dać sobie już z nim spokój. Nowe towarzystwo na widoku, nowe ilości alkoholu, inne rodzaje krzewów, jakieś chaszcze, chwasty, trunki.

– Moja matka wymaga całodobowej opieki. Zawiozę im ją do urzędu gminy, zostawię pod drzwiami i niech się matką zajmą jak należy, a co się będę pierdolił.

– Całą władzę pod ścianę by postawić.

– Pewnie, że tak!

– Co oni sobie myślą, że moją starą, schorowaną matkę zostawię samą w domu i do roboty pójdę? Ich niedoczekanie. Zakupy trzeba zrobić, wyprać, posprzątać, lekarstwa podać. A kto to zrobi, gdy pójdę do roboty, przecież matka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat. Pielęgniarka? Ona pokaże się na chwilę, da zastrzyk i idzie w pizdu.

Wychyliłem cały kubek wina i pusty podałem Moniuszce, a podając, zaczepiłem głową o gałąź czarnego bzu. Teraz należałoby się odlać. Może w pędy gnijącego już od moczu rdestu.

– Polej, polej, na co czekasz, pij do dna.

– W gminie powiedzieli, że już się nie należy, że trzeba się zatrudnić na miesiąc, po czym zwolnić na własną prośbę, z zaznaczeniem, że się będzie matką zajmować.

Ogród botaniczny zarośnięty byle czym, rośliny ledwie oddychają, drzewa padają ze starości, owoce gniją, my przychodzimy, odchodzimy. Słońce tutaj jest nieobecne, w tym gąszczu ludzkich nieszczęść, dylematów i żalów topionych w najtańszym winie. My, opiekunowie swych matek, stoimy na posterunku, gdy tak pięknie wszystko się rozkłada, zeszłoroczne liście, trawa. W naszym ogrodzie botanicznym jest dużo miejsca dla rzeczy starych i zapomnianych. Dużo wokół pojemniczków, puszek, pudełek, worków, butelek. To nasze odpady, są jak i my sami, którzy jesteśmy na śmietniku zużytych podmiotów. Tylko opieka nad naszymi matkami trzyma nas jeszcze przy życiu.

– A ja chciałbym się stąd wyrwać, dosyć mam tego wszystkiego, tej biedy, tej starości, tej kurewskiej nędzy, tylko jak tu matkę samą zostawić na pastwę losu, starego drzewa nie przesadzisz. Rzygać mi się chce, gdy dom rodzinny widzę, jego dach, ogrodzenie. To wygląda jak ciągłe przebieranie w koszach, pojemnikach na śmieci, w stertach, hałdach. A to paznokcie u nóg obetnij matce, a to słoik odkręć, po zakupy codziennie, żeby świeże było. I co jeszcze, łóżko pościel rano i wieczorem, ziemniaki obierz, węgla przynieś, drzewa narąb, łapkę na myszy nastaw. Co za licho?

Zaczyna się wspominanie, omawianie najważniejszych spraw, wystarczą tylko kody, sygnały, skróty i półsłówka. Matejko ma w reklamówce zakupy, ugotuje matce rosół. Matejko walczy jeszcze o zasiłek opiekuńczy, bo matki nie zostawi, mógłby przyjąć się do pracy w betoniarni, poszukują do robót pomocniczych, ale jak tu matkę zostawić, kto przy niej będzie, gdy zawoła, że chce się jej jeść, pić?

– Byłem dzisiaj w urzędzie gminy, poszedłem do radcy prawnego, bo przyjmuje, mówię mu co i jak, powiedział, że zaraz to wyjaśni…

– Od której przyjmuje?

– Nie przerywajcie mi… Radca poszedł do tego z opieki społecznej i wziął od niego formularz, o taki, teraz mam to wypełnić, może się uda…

Matejko wyjął zza pazuchy plik dokumentów do wypełnienia.

– W którym pokoju ten radca urzęduje?

– Poczekaj, niech skończę… ten z opieki społecznej nie wiedział, co ma powiedzieć, widocznie cały czas wprowadzał mnie w błąd, na pewno coś mi się należy, przecież nie pójdę do pracy, żeby matka została sama, nie poradzi sobie, chodzić nie może, wszystko zapomina…

W ogrodzie botanicznym robi się coraz ciemniej, widzę, jak niektórzy zamroczeni wypitym winem zasypiają za omszałymi pniami drzew. Jak tu spokojnie… i jak przyjemnie tutaj… nie chce mi się iść do domu. Wciągam jeszcze łyk pachnącego zgniłą zielenią i trawą powietrza. Matejko podaje mi beczułkę pełną wina i pokazuje palcem na dziką czereśnię:

– A pamiętacie Hebla?

– Kto by nie pamiętał, w październiku się powiesił, na dzień przed wyborami parlamentarnymi.

– Skrytek, ty chyba coś więcej wiesz.

– On już wcześniej chciał się zabić, pamiętam, swego czasu przez trzy dni nie przychodził do pracy… o tu, na tej gałęzi, to, to, to drzewo, zaraz za tą gruszą. Jego chlebodawca przyszedł do mnie i mówi, że Hebel od trzech dni się nie pokazuje. Poszedłem do niego, walę do okna, krzyczę, po chwili otwiera drzwi, staje w nich, widzę, cały rozdygotany, zarośnięty, ledwie trzyma się na nogach, przypominał „muzułmanów” z opowiadania U nas w Auschwitzu…, zdziwiony, czego ja chcę od niego, bo on pragnie umrzeć. Zadzwoniliśmy po pogotowie, żeby go zabrali do szpitala. Później okazało się, że kilka dni leżał tak w domu, bez jedzenia, że to próba samobójstwa była, widziałem się z nim zaraz po tym, jak wyszedł ze szpitala, powiedział, że ma do mnie pretensje, że go wtedy uratowałem, gdyż on już ma dosyć wszystkiego.

– Jeden los.

– Takie czasy.

– Lepiej się napijmy.

Kończy się wino, kończy się tytoń, rozmowa przestaje się kleić. Za chwilę wszyscy pogodzeni z losem opuścimy nasz ogród botaniczny i udamy się do swych matek, by pomagać im w starzeniu się, by samemu starzeć się należycie, nienagannie. Starość nie radość, zazdrość nie medycyna. Kiwam na pożegnanie głową i odchodzę w kierunku przystanku autobusowego, za którym niechybnie kryje się moja ulica. Widzę, jak z komina wali dym, matka pewnie podłożyła drew do pieca. Wokół mnóstwo samochodów, może nie tyle liczba pojazdów przeraża, ile wielość modeli, że nie sposób zapamiętać. Ludzie rozmawiają przez słuchawki, prawie każdy ma przy uchu telefon. Sklepów spożywczych więcej niż szarych obywateli w miasteczku. Każdy dokądś pędzi, biegnie na złamanie karku. Przy bankomacie klęczy kobieta z dzieckiem na ręku, skarży się, że jest biedna, i prosi, żeby bankomat się nad nią zlitował i wydał jej chociaż dziesięć złotych, gdyż pragnie nakarmić głodną córeczkę. Pewnie myśli, że to rodzaj jakiegoś ołtarza, że wystarczy się pomodlić, a bankomat sam obdaruje ją pieniędzmi.

Nazajutrz spotkałem Franciszka. Powiedział mi, że gdy wracał wczoraj wieczorem do domu, spotkał po drodze matkę.

– Znowu dokądś się wybrała. Chyba już pomału na tamten, chyba lepszy świat.

Światło słońca jakoś jest tak dziwnie rozproszone, że wszystko traci cień, znikają kontrasty, a ja postępuję trzy kroki w złym kierunku, idę bardziej w prawo, a raczej skręcam w lewo, zawracam albo kręcę się w kółko.

[Dzień zleciał jak z bicza trzasł…]

Dzień zleciał jak z bicza trzasł. Podszedłem do okna. Mrok spowija wszystko, co po drugiej stronie. Uliczna latarnia już dawno rozbłysła. Matka weszła do kuchni i stanęła za mną. Usłyszałem jej śpiew, melodia powszechna, znana mi od lat, że znowu wróciłem nie o tej porze, co trzeba, że powinienem zostać tam, gdzie byłem, że koledzy powinni mnie nakarmić, przenocować, a tak w ogóle to powinienem wynieść się w końcu na zawsze z domu, to ona będzie mieć święty spokój i nikt nie będzie jej denerwować, bo na starość pragnie spokojnie pożyć.

MATKA Będziesz coś jadł? Zrób sobie kolację, chyba że odgrzać ci zupę?

SYN Nie jestem głodny.

MATKA Przestań chlać, bo się wykończysz, dobrze wiesz, że serce masz chore. Rozumiem jeden dzień, dwa, ale żeby cały tydzień? Że też się nie boisz.

SYN Z Franciszkiem rozmawiałem, opowiadał mi o swojej matce, że musi się nią zajmować, chodzić koło niej, nikt z rodziny nie chce mu pomóc.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Echo słońca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej