Na zachód od Edenu

Na zachód od Edenu

Autorzy: Jean Stein

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 22.49 zł

Kogo tu nie ma? W wielowątkowej opowieści o słynnych rodach, trzęsących Los Angeles i Kalifornią, a poprzez kino Ameryką i światem, usłyszymy Lauren Bacall i Arthura Millera, Gore Vidala i Joan Didion, Dennisa Hoppera i Katherine Hepburn, ale także samych członków opisywanych klanów - całych „rodzin paczłorkowych” powiększających się wraz z kolejnymi małżeństwami i rozwodami - oraz ludzi, będących na ich usługach, świadków najróżniejszych wydarzeń, trzymanych przez lata w tajemnicy lub kompletnie zmienianych w oficjalnych wersjach.

Dzieje Los Angeles są jak podniecająca przejażdżka kolejką górską, która stopniowo zamienia się w koszmar – stwierdza jeden z bohaterów i zarazem narratorów tej historii, splatanej przez autorkę niczym perfekcyjny warkocz, przywodzący na myśl „samomówiące” książki noblistki Swietłany Aleksijewicz. W pięciu panoramicznych, zazębiających się rodzinnych sagach ów koszmar miewa różną postać.

Choć w „Na zachód od Edenu” anegdota goni anegdotę, a szokujące bogactwo, ciężkie od diamentów i rubinów, wkładanych przez znudzone żony do kąpieli w nowym basenie, sąsiaduje z brakiem jakichkolwiek skrupułów i skrajnym egoizmem, ta znakomita książka jest czymś znacznie więcej niż opowieścią o Ameryce w jej skrajnym wydaniu. Owiana specyficzną nostalgią, oświetlająca zdarzenia z różnych, wykluczających się stron, jest kapitalną wiwisekcją ludzkiej natury i ilustracją słynnego cytatu z Chandlera, że prawo jest wtedy, gdy je sobie kupisz, i na miarę tego, ile zapłaciłeś.

WARSZAWA 2017

Tytuł oryginału: West of Eden. An American Place

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Monika Ochnik

Obraz na okładce: Ed Ruscha, „Back of Hollywood”, 1977, olej na płótnie, 22” x 80”. Dzięki uprzejmości artysty

Projekt okładki: Gabrielle Bordwin (gaby@bordwin.com)

Projekt graficzny makiety oraz skład: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU Magdalena Kosińska

Copyright © 2017 by Jean Stein

Published in the United States by Random House, an imprint and division of Penguin Random House LLC, New York. Random House and the House colophon are registered trademarks of Penguin Random House LLC.

A portion of this work was originally published in different form in the February 16, 1998, issue of The New Yorker.

© Copyright by Agora SA 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-2000-7 (EPUB), 978-83-268-2001-4 (MOBI)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

PROLOG. Witajcie w Los Angeles

RODZINA DOHENYCH. 905 Loma Vista Drive, Beverly Hills

RODZINA WARNERÓW. 1801 Angelo Drive, Beverly Hills

JANE GARLAND. 22368 Pacific Coast Highway, Malibu

JENNIFER JONES. 1400 Tower Grove Road, Beverly Hills. 22400 Pacific Coast Highway, Malibu. 22368 Pacific Coast Highway, Malibu

STEINOWIE. 1330 Angelo Drive, Beverly Hills

Noty biograficzne

Podziękowania

Noty copyrightowe do tekstów

Przypisy

Mike davis: Gdy byłem młody, dogadałem się z Gray Line Tours, że będę jeździł wieczorami i w weekendy (w tak zwanym „zespole dodatkowym”). Firma organizowała zwiedzanie parku rozrywki Marineland of the Pacific, cmentarza Forest Lawn, Hollywood Park i studiów Universal. Zajmowali się też rozwożeniem uczestników różnych konferencji po centrum. Ale przez większość czasu nabijałem godziny na niesamowicie popularnej objazdówce po Hollywood i Beverly Hills. Byliśmy wystrojeni jak piloci samolotu z jakiejś komedii Mela Brooksa.

Co dziwne, firma nie zapewniała żadnych informacji turystycznych. Trasa była oczywiście z góry ustalona, jednak założono, że nowi kierowcy będą odkupować od starszych wiadomości, gdzie mieszka która gwiazda i jak o tym nawijać. Ale że byłem kutwą, zawsze wszystko zmyślałem na poczekaniu. Wybierałem jakiś duży dom i opowiadałem wymyśloną historię o tym, kto w nim mieszka. Zwykle wszystko szło gładko, ale od czasu do czasu zdarzało się, że jakiś znawca weteran przyłapywał mnie na gorącym uczynku. Pamiętam, jak jednego dnia zawołałem: „Oto i ona – Kocham Lucy! To jej dom. Zwolnimy teraz, żebyście mogli zrobić zdjęcie”. A wtedy jakaś pani z tyłu wpadła w szał. „Byłam już na tej wycieczce wiele razy i wiem, że to wcale nie jest dom Lucille Ball! Ona mieszka trzy ulice dalej!”.

Beverly Hills to była bułka z masłem w porównaniu z wożeniem turystów z Iowa trasą przez Hollywood Boulevard. Najbardziej odjechana część tej roboty. Zaczynały się lata siedemdziesiąte w Hollywood – okres po hipisach, po Mansonie. Na ulicach pełno było dzieciaków na gigancie, nastoletnich prostytutek (chłopaczków i dziewczynek), majaczących narkomanów na haju, heroinistów mających przed sobą dwa tygodnie życia... Dosłownie epicentrum ludzkiej nędzy. Paskudne miejsce, zwłaszcza na wycieczkę tematyczną Hollywood Nocą. Zwykle parkowałem za rogiem koło kina Grauman’s Chinese i wypuszczałem turystów, żeby poszli jarać się odciskami stóp sławnych ludzi, a sam zamykałem się w autobusie. Zakręcałem okna i mówiłem sobie: „Dobra, zombiaki, już mnie nie dopadniecie. Idźcie żreć turystów!”. Co dziwaczne, turyści wysiadali prosto w cały ten syf i wzdychali z zachwytu: „Odcisk Avy Gardner!”. Człowiek leży nagi na chodniku albo narkoman z pianą na ustach właśnie przedawkowuje herę, a oni nad nim przestępują i mówią: „O! Victor McLaglen, pamiętam go!”. Oni się zachwycali, a ja siedziałem jak porażony. Zamiast zdobyć się na krztynę jakiejś niepokojącej moralnej refleksji o tym, że między mitem Hollywood a rzeczywistością zieje ogromna przepaść, większość z nich widziała tylko to, co już z góry miała wdrukowane w umysł. To było absolutnie upiorne, od razu przypomniałem sobie Dzień szarańczy. Nathanael West pokazywał w tej książce, że masy zawsze będą chciały zabić i pożreć swoje bożyszcza jak kanibale.

Zdarzały się na szczęście chlubne wyjątki. Związek zawodowy Longshoremen’s Union przywoził Amerykanów japońskiego pochodzenia albo tych z Filipin, którzy na Hawajach pracowali na plantacjach trzciny cukrowej. Zawsze dostawałem te wycieczki. Cudowni ludzie – uwielbiali opowieści i żarty. Interesowali się historią, w tym ciekawostkami o ruchach radykalnych. No i byli też tacy, których nie znosiłem – biali podpici kolesie po czterdziestce, którzy przyjechali na taką czy inną konferencję i libido ciekło im po nogach. Te obślizgłe, zakłamane gnojki z góry zakładały, że każdy kierowca Gray Line to alfons (niestety kilku faktycznie nimi było), który załatwi im piętnastolatkę. Zachowanie tym bardziej odrażające, że większość tych hipokrytów była przykładnymi ojcami i bogobojnymi parafianami z miasteczek Środkowego Zachodu.

Firma Gray Line miała dwa rodzaje autobusów. Wycieczki wożono wysłużonymi jednostkami American Eagle odkupionymi od Greyhounda, natomiast do przewożenia uczestników konferencji i innych tego typu grup używaliśmy antycznych autobusów niskopodłogowych, które nazywaliśmy płaszczakami, bo nie miały luku bagażowego. Niekiedy zabieraliśmy ich w sześć, siedem albo i osiem autobusów do studiów Universal. Fajnie się tam jeździło, bo nie trzeba było nic robić. Po prostu wyrzucaliśmy turystów na parkingu. Kierowcy zbierali się wtedy w jednym autobusie, czasem szła w ruch butelka. Połowa z nich załatwiała prostytutki albo sprzedawała prochy na tylnych siedzeniach. Któregoś dnia tak właśnie sobie siedzieliśmy w moim autobusie, gdy nagle zobaczyliśmy, że inny autobus zaczyna się powoli staczać. Dzisiejsze autobusy i ciężarówki mają tak zwany grzybek – hamulec parkingowy – który wygląda jak wielki czerwony guzik i włącza blokadę kół, gdy samochód stoi zaparkowany. Tamten kierowca nie wiedział chyba, że ten wielki parking pod Universalem jest trochę nachylony, i jego autobus zaczął się toczyć – najpierw powoli, potem coraz szybciej. „Mike, otwórz drzwi!” – krzyknął. Wypuściłem go, a on pognał za swoim autobusem, ale było za późno. Przyglądaliśmy się z mieszaniną fascynacji i przerażenia, jak stary płaszczak sunie ku krawędzi skarpy, po czym zjeżdża prosto na autostradę Hollywood Freeway.

Kręty podjazd wił się w dół między murkami oporowymi ku otwartej żeliwnej bramie. Za ogrodzeniem rozpoczynał się kilkukilometrowy spadek terenu. Daleko w dole dostrzegłem słaby zarys starych drewnianych wież szybowych na polu naftowym, na którym Sternwoodowie dorobili się swojej fortuny. [...] Na pozostałej niewielkiej części wciąż pracowały szyby wiertnicze, pompujące pięć do sześciu baryłek dziennie. Przeprowadziwszy się na szczyt wzgórza, Sternwoodowie nie czuli już zatęchłej woni ścieków ani ropy, za to z frontowych okien domu mieli widok na źródło swego bogactwa. Gdyby oczywiście chcieli na nie patrzeć. Nie sądziłem jednak, by mieli na to ochotę.

RAYMOND CHANDLER, Głęboki sen

(przełożyła Justyna Niedzielska)

Richard RAYNER: Skandale mają to do siebie, że gdy już otworzy się puszkę Pandory, sprawa okazuje się bardziej niejasna, intymna i zagmatwana, znacznie szerzej zakrojona i rozwlekła, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Historia Edwarda L. Doheny’ego doprowadziła do otworzenia takiej właśnie puszki, co zapoczątkowało szereg niezwykłych wydarzeń poruszających cały kraj przez dekadę. Należały do nich upadek i śmierć prezydenta, dwa zabójstwa popełnione we wciąż nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, w które Doheny był uwikłany, i w końcu upadek samego Doheny’ego – w pewnym okresie najbogatszego człowieka Ameryki – który zmarł w 1935 roku w ubóstwie i niełasce, co było w znacznej mierze skutkiem jego własnych działań i usilnych prób ochronienia się.

Patrick „NED” DOHENY: Mojego pradziadka zaskoczył obrót wydarzeń. Kiedy słyszysz o upadku tak silnego człowieka, zaczynasz się zastanawiać, jak to jest, kiedy trzeba się mierzyć z tyloma przeciwnościami, i kim trzeba być, żeby coś takiego przetrwać. To była tragedia, ale w książkach historycznych nie zostawiają na nim suchej nitki. Taka bezlitosna ocena naszej rodziny bardzo mnie przygnębia. Martwi mnie, że pradziadka, osobę tak inspirującą, przedstawia się zupełnie jednowymiarowo. To niedorzeczne.

Jego dokonania są niemal niewiarygodne – zrobił ogromną fortunę, odniósł wielki sukces i przeżywał niesamowite przygody. Natomiast film Aż poleje się krew nie ma z tym nic wspólnego. Nie zawiera choćby grama prawdy. Jedyny autentyczny fragment jest na początku, gdy pradziadek leży w szybie – wiele razy opowiadał, że kiedyś spadł do szybu i połamał nogi. Cała reszta to stek bzdur. Wszyscy ci ludzie – Upton Sinclair, ten od Nafty, i filmowcy, którzy przyszli po nim – mieli interes w pokazywaniu zdarzeń w określony sposób i absurdem jest mylenie ich punktu widzenia z prawdą historyczną. Film mi się podobał, a Daniel Day-Lewis jest w nim wręcz niesamowity, ale to wszystko nie ma nic wspólnego z moją rodziną. Zresztą prawda jest dużo ciekawsza niż wszystko, co ktokolwiek zdołałby wymyślić.

Stasuj karty i rozdaj na nowo do partii pokera; ułożą się zawsze inaczej jak poprzednio, a przecież jest to ta sama gra, ta sama talia kart, w tym samym celu stosowana przez zirytowanych lub spokojnych graczy, siedzących w obłokach dymu z papierosów.

UPTON SINCLAIR, Nafta

(przełożyła Antonina Sokolicz)

Richard RAYNER: Saga rodu Dohenych przeplata się ściśle z historią Los Angeles. Często przedstawia się Williama Mulhollanda jako swoistego ojca chrzestnego LA, który doprowadził wodę do miasta, co pozwoliło na jego rozwój. Klan Dohenych symbolizuje natomiast inny sposób bogacenia się przez pierwsze trzy dekady szybkiego wzrostu LA. W latach 1900–1930 populacja miasta zwiększyła się z około stu tysięcy ludzi do ponad miliona i dwustu tysięcy.

Mike DAVIS: Dzieje Los Angeles są jak podniecająca przejażdżka kolejką górską, która stopniowo zamienia się w koszmar. Pod koniec 1885 roku zjawienie się spółki Santa Fe w południowej Kalifornii złamało trwający od dekady monopol kompanii Southern Pacific na szlak kolejowy. Od marca następnego roku rozpoczęła się między nimi najzacieklejsza wojna cenowa w dziejach kraju – koszt biletu z Chicago spadł do absurdalnej kwoty jednego dolara, by z biegiem czasu ustabilizować się na poziomie dziesięciu dolarów. Dwieście tysięcy ciekawskich turystów skorzystało z tanich przewozów, by odwiedzić Słoneczną Krainę i zanurzyć stopę w falach Pacyfiku. Najpierw jednak musieli przedrzeć się przez kordon pośredników handlu ziemią i pomagających im chłopców z tablicami reklamowymi, którzy stali przed stacją, próbując sprzedać pasażerom parcelę marzeń w jednym z nowych przedmieść ogrodów albo na jałowych wzgórzach wokół miasta. W Los Angeles kładziono supernowoczesne betonowe chodniki, lecz główne ulice wciąż były żwirowane, pyliste, a często pełne błota. Doheny, stary nafciarz, i tak pewnie lepiej się czuł na nagim, skalistym pustkowiu i lubił nieposkromioną, dziką naturę wokół miasta. W Los Angeles brakowało wody, węgla, porządnego portu i przemysłu wytwórczego. Miasto miało słabo zagospodarowaną linię brzegową i było dramatycznie niedokapitalizowane. Ale wiedzieli o tym tylko miejscowi. Nowo przybyli widzieli raj i pragnęli kupić jego kawałek.

Richard RAYNER: Ludzi przyciągała nafta, a Doheny był twórcą przemysłu naftowego w LA, choć fortuny dorobił się głównie w Meksyku. W latach dwudziestych XX wieku w LA produkowano dwadzieścia procent światowej ropy. Widać to, gdy się patrzy na zdjęcia wielkiego lasu szybów naftowych rozsianych po całym mieście. Upton Sinclair opisuje ten okres w Nafcie. Przemysł rozwijał się na niesamowitą skalę i działo się to za sprawą Doheny’ego. Niewiele jednak wiadomo o jego wcześniejszym życiu, kiedy to w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku wędrował po Zachodzie. Poznajemy go dopiero w chwili, gdy ma ponad czterdzieści lat. Przypuszczam, że wówczas był już dość zdesperowany, bo wszystko się sypało. Znamy historię życia jego pierwszej żony, którą zostawił – to dość mroczna opowieść.

Maryann BONINO: Edward Doheny ożenił się ze swoją pierwszą żoną Carrie Wilkins w mieście Kingston w stanie Nowy Meksyk w 1883 roku. Carrie nie znała swojego ojca, który podczas wojny domowej był lekarzem polowym. Gdy była małym dzieckiem, pojechał na front i nie wrócił. Razem z matką żyły jak pionierki. To był trudny los, zwłaszcza dla samotnych kobiet. Mimo to Carrie pozostała, jak się wydaje, bardzo wrażliwą osobą. Udzielała się we wspólnocie episkopalnej i odnosiła sukcesy jako śpiewaczka amatorka w Kingston, gdzie zamieszkali z Edwardem, a następnie w Silver City, dokąd się przenieśli – ponoć „brała szturmem wielkie widownie”. Po przeprowadzce do Los Angeles w 1891 roku w ich życiu finansowe i emocjonalne kryzysy przeplatały się z okresami szczęścia. W 1893 urodził im się syn Ned, lecz rok wcześniej stracili siedmioletnią córkę Eileen z powodu choroby serca wywołanej reumatyzmem. Edward odkrył ropę w Los Angeles i w hrabstwie Orange, lecz gdy zaczął realizować nowe inwestycje, z pieniędzmi zrobiło się krucho. Może właśnie dlatego w latach 1895–1899 co roku zmieniali mieszkanie. Pod koniec kwietnia 1899 Carrie postanowiła wyjechać wraz z Nedem na jakiś czas do San Francisco. Być może pojechała na północ, ponieważ Edward przenosił się do hrabstwa Kern, gdzie właśnie odkrył ropę. Ale mogła też mieć po temu jakiś inny powód – ostatecznie nie wróciła już do męża. W owym czasie, zapewne w tym samym biurowcu co Edward, pracowała Estelle Betzold, która zostanie jego drugą żoną. Ponoć Edward usłyszał jej głos w słuchawce i się nim zauroczył. Rzeczywiście, każdy twierdził, że miała czarujący głos, a do tego zachowywała się filuternie i zawadiacko. Prawdopodobnie odejście Carrie zbiegło się w czasie z pierwszymi flirtami Estelle i Edwarda.

Carrie rozwiodła się z Edwardem dopiero jedenaście miesięcy po separacji. Jednak nawet wtedy, po przeprowadzce do Oakland, wciąż musiała żywić do niego jakieś uczucia. Pod koniec września 1900 roku – mniej więcej miesiąc po ślubie Edwarda z Estelle i trzy tygodnie po tym, jak zawiózł on swoją nową żonę do San Francisco (a być może pokazał jej również Oakland po drugiej stronie zatoki) – Carrie się zabiła. Biografowie Doheny’ego twierdzą, że miała jakieś problemy psychiczne, ale fakty wcale tego nie potwierdzają.

Carole WELLS DOHENY: Carrie tak bardzo przygnębiło jego ponowne małżeństwo, że się zabiła. Jej depresja udzieliła się później całej rodzinie. To bardzo okrutna przypadłość. Ale nikt właściwie już nie wspomina Carrie.

Maryann BONINO: Napiła się kwasu akumulatorowego. Zdaniem pracujących dla niej kobiet pomyliła go z zamówionym w aptece lekarstwem na przeziębienie. Mogła też upozorować samobójstwo, tak by wyglądało na pomyłkę. Ned prawdopodobnie mieszkał z nią w tym czasie. Otruła się rankiem, gdy był w szkole, ale na pewno zdążył wrócić, gdy konała, i usłyszeć „potworne wrzaski” ciągnące się przez kilka godzin. Co więcej, pozostawał w tym samym domu jeszcze prawie dziesięć miesięcy po jej śmierci. Być może Edward i Estelle uznali, że lepiej zostawić go w Oakland wśród służących, których znał, i nie kazać mu gwałtownie zmieniać ustalonego trybu życia. Sami także bardzo przejęli się tragedią. Samobójstwo Carrie nimi wstrząsnęło. Ich małżeństwo, które trwało od niecałego miesiąca, nie zdążyło jeszcze na dobre okrzepnąć, nie mieli własnego domu, a Edwarda czekał ogrom pracy wskutek odkrycia ropy w Meksyku, które w innych okolicznościach należałoby uznać za niesamowite szczęście. Lecz plan ewidentnie nie wypalił, bo Ned kopał opiekunkę do nieprzytomności. Pod koniec lipca 1901 roku Estelle pojechała do Oakland, by osobiście zająć się chłopcem, i dwa tygodnie później napisała do Edwarda: „Gdybym nie przyjechała na ratunek, oskarżono by nas o morderstwo”.

Richard rayner: Historia poczynań Doheny’ego w Meksyku jest po prostu niesamowita. To opowieść o przedsiębiorczym awanturniku, a zarazem wyraźna ilustracja mechanizmów oligarchicznych manipulacji i bezczelnych kradzieży. Doheny na prawo i lewo rozdawał łapówki coraz wyżej postawionym meksykańskim urzędnikom, aż zaprzyjaźnił się z prezydentem Porfirio Díazem, który sprzedał mu wyłączne prawa do wierceń w rejonie Tampico, gdzie w owym czasie znajdowały się najbogatsze złoża ropy na świecie. Po obaleniu Díaza przez rewolucję meksykańską Doheny lawirował wśród kolejnych zmieniających się władz powstańczych i udało mu się utrzymać instalacje naftowe.

Patrick „NED” DOHENY: Te pola naftowe w Meksyku... Boże, całe wielkie państwa się na nie zamierzały. Byli tam Brytyjczycy, byli tam Niemcy – muzyka ranchero to w gruncie rzeczy niemieckie ludowe „umpa, umpa”. To dzięki Niemcom meksykańskie piwo jest takie dobre. Każdy wspierał tego czy innego drobnego tyrana, byle tylko położyć łapy na tylu bogactwach naturalnych, na ilu się dało.

Richard RAYNER: W latach 1903–1918 Doheny sześćdziesiąt pięć razy wyjeżdżał do Meksyku, by wręczać łapówki i urządzić na ogromnym, obejmującym niemal dwieście tysięcy hektarów terenie prywatny folwark zarządzany według zasad apartheidu. Stworzył tam mikrokosmos ukazujący jak w soczewce ukrywaną prawdę o ówczesnej Ameryce. Nic dziwnego, że wielu Meksykanów nienawidziło Doheny’ego i wysuwało przeciw niemu różne zarzuty. Raporty Biura Śledczego, poprzednika FBI, donoszą, że pod rezydencją Dohenych w LA przy Chester Place kręcili się rozmaici rewolucjoniści. Historyk Dan La Botz posuwa się nawet do twierdzenia, że Doheny mógł stać za zabójstwem Venustiano Carranzy, późniejszego prezydenta Meksyku, który dążył do znacjonalizowania przemysłu naftowego. Niezależnie od tego, czy tak faktycznie było, Doheny szybko zdał sobie sprawę z tego, że ruch lewicowy w Meksyku mu zagraża, toteż utworzył prywatną armię chroniącą jego ogromne włości, zwłaszcza gdy kraj ogarnął rewolucyjny pożar. Jego głównym celem było jednak takie pokierowanie wydarzeniami, aby to amerykańscy marines zajęli Meksyk, dzięki czemu sam nie musiałby wszystkiego pilnować. W ten sposób Doheny zabezpieczył swoje interesy. Jednocześnie sprowadził na siebie wiele gniewu.

John CREEL: Edward Doheny uznał, że mój prawujek Enrique Creel przyda mu się w realizacji planów, ponieważ był wybitnym meksykańskim politykiem i bankierem o bliskich związkach z prezydentem Díazem. Kiedy Enrique pełnił funkcję meksykańskiego ambasadora w Stanach, Doheny wydał bankiet na jego cześć w ekskluzywnym hotelu Alexandria w Los Angeles. Gazeta „Los Angeles Examiner” opisała to wydarzenie jako „jedno z najznakomitszych przyjęć zorganizowanych w dziejach miasta”. Na przystawkę podano kawior Imperiale D’Astrakhan. Doheny kazał nawet zamontować na obwodzie eliptycznego stołu specjalne fontanny, z których tryskały czerwone, białe i zielone strumienie, gdy spod blatu dobiegały pieśni Caruso. Każda zastawa kosztowała co najmniej sto pięćdziesiąt dolarów (suma z roku 1907), a rywalizujący z „Examinerem” „The Los Angeles Times” określił całą imprezę mianem „tornada ekstrawagancji”. Szkoda, że mnie tam nie było. Wiedzieli, jak się zabawić.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Na zachód od Edenu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia