Duńczycy. Patent na szczęście

Duńczycy. Patent na szczęście

Autorzy: Patrick Kingsley

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 200

Cena książki papierowej: 32.99 zł

cena od: 15.94 zł

Co łączy hygge i Larsa von Triera? Carlsberga i Kierkegaarda? A nawet Szekspira i Metallicę? Odpowiedź znajdziemy w Danii, państwie, które ostatnio zawładnęło naszą wyobraźnią. Okrywamy się ich kocami, oglądamy ich seriale i ustawiamy wieże z ich klocków, ale tak naprawdę ile wiemy o samych Duńczykach?

To reportaż, a zarazem książka podróżnicza, która poszerzy naszą wiedzę na temat Danii i jej mieszkańców. Od serialu Dochodzenie do szefów restauracji Noma, Patrick Kingsley zabiera nas w podróż do serca Danii.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

1. Pracuj ciężko, baw się na całego:

2. Czosnek niedźwiedzi i glony:

3. Więcej niż krzesła:

4. Biedna Karina:

5. Być Duńczykiem:

6. Ta wspaniała Kopenhaga

7. Po serialu „The Killing”…

8. Jutlandia:

Epilog

Duńczycy i Dania w liczbach

Podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

HOW TO BE DANISH

Redakcja językowa: Krystyna Podhajska

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Rich Vintage/iStock

Korekta: Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący: Małgorzata Głodowska

Copyright © Patrick Kingsley

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-669-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

fot. www.shutterstock.com/Macrovector

Wstęp

Na początku 2012 roku nie można było otworzyć żadnej brytyjskiej gazety, żeby nie natknąć się na artykuł dotyczący Danii. Dowiadywaliśmy się, że według raportu ONZ Duńczycy są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Czytaliśmy peany na cześć kultowych duńskich seriali w BBC4 – nie tylko „The Killing”1, lecz także „Rządu” (oryg. „Borgen”) i duńsko-szwedzkiego „Mostu nad Sundem” (oryg. duński tytuł „Broen”) – oglądanych przez ponad milion widzów w Wielkiej Brytanii. Publikowano wywiady z Helle Thorning-Schmidt, pierwszą kobietą premierem Danii, i elaboraty o Nomie, przez trzy kolejne lata zdobywającej tytuł najlepszej restauracji na świecie. W pierwszej połowie 2012 roku Duńczycy przewodzili Unii Europejskiej, dzięki czemu zajmowali jeszcze więcej miejsca na łamach brytyjskiej prasy. Wychwalano bez końca ich utopijne państwo opiekuńcze i zaangażowanie w ochronę środowiska naturalnego oraz niemającą sobie równych kulturę cyklistów. Niektórzy z nas pamiętali sprawę karykatur Mahometa z 2006 roku. Reszta non stop nosiła robione na drutach duńskie swetry. Krótko mówiąc, gorączka skandynawska (czy też lepiej: duńskie delirium) opanowała mój naród, a przynajmniej jego część.

Moja książka jest częściowo reportażem, częściowo dziennikiem podróży, ale na pewno nie jest pisaną z perspektywy Anglików wyczerpującą publikacją zawierająca prawdę ostateczną o duńskim stylu życia. Wiosną 2012 roku spędziłem miesiąc w Danii, podróżując od Kopenhagi do zachodniej Jutlandii. Odwiedziłem plan filmowy serialu „The Killing”, laboratoria testowe Nowej Kuchni Nordyckiej i miasteczko nazywane najszczęśliwszym miejscem na ziemi. Zaglądałem do meczetów i szkół, kościołów i farm. Odwiedziłem małą wyspę, na której szpakowaci rolnicy stworzyli najbardziej nieprawdopodobny ekoraj. Rozmawiałem z ponad siedemdziesięcioma Duńczykami: i anonimowymi, i znanymi. Znakomita większość nich była fascynująca, kilku okazało się nieco nudnych. Poruszając się po omacku, kursowałem między aktorami, projektantami, szefami kuchni, architektami, dziennikarzami, politykami, studentami, imamami i uchodźcami. Poznałem twórców Sary Lund z serialu „The Killing”, założyciela restauracji Noma i kobietę, która zrobiła na drutach ten sweter. Książka jest próbą opowiedzenia o tych spotkaniach. Nie jest natomiast podręcznikiem uczącym myślenia i działania jak Duńczyk. Większość krajów jest nieprzenikniona dla przybyszów, choć zdarzają się wyjątki – na przykład Stany Zjednoczone. Dania do tych wyjątków nie należy.

Cztery procent Duńczyków ma na nazwisko Hansen2, tylko trzy procent wyznaje islam. Dania jest zatem wciąż państwem dość jednorodnym. Z powodów, które spróbuję wyjaśnić, duńskość jest nadal czymś, co można osiągnąć jedynie dzięki duńskiemu wychowaniu, a na pewno nie dzięki przeczytaniu książki tak krótkiej jak ta. Dania to w zasadzie mała wieś. Wiele duńskich mikroświatów przenika się nawzajem, dlatego dość trudno skonstruować opowieść o tym kraju z jasno wyodrębnionymi rozdziałami. Ja napisałem ich osiem. Każdy koncentruje się wokół jednego tematu: edukacji, jedzenia, designu, polityki, tożsamości, Kopenhagi, telewizji i Jutlandii, jednak często zbaczam z obranego kursu i zahaczam o inne dziedziny. Rozdział poświęcony polityce zaczyna się od dyskusji na temat języka duńskiego. W tym poświęconym Kopenhadze piszę o duńskich rowerach i historii architektury Danii. Dziewiarstwo pojawia się w rozdziale o telewizji. Ostatni rozdział zaczyna się w Jutlandii opisem nastolatków oddających mocz na ścianę, a kończy rozważaniami o wiatrakach. Można je czytać pojedynczo i w dowolnej kolejności. God fornøjelse!

1. Pracuj ciężko, baw się na całego:

edukacja skandynawska

„Wszyscy muszą brać udział”.

Else Mathassen

Sala gimnastyczna przypomina oldskulową dyskotekę. Wyluzowani nastolatkowie tańczą przy głośnej muzyce. Na dziedzińcu ci bardziej nieśmiali wpatrują się w czubki swoich butów, drżąc z zimna. W pewnym momencie dziewczyna w nadmuchiwanym pomarańczowym kole wypada z sali gimnastycznej i podskakuje jak piłka, mierząc z dużego żółtego pistoletu wodnego do każdego, kto pojawi się na jej drodze. Jesteśmy na imprezie z okazji zakończenia roku szkolnego w liceum Ingrid Jespersen. Temat przewodni dyskoteki to plaża, ale pogoda jest typowo duńska, więc nie wszyscy bawią się tak świetnie jak dziewczyna z pistoletem. Wieczorem temperatura spadła i niektórzy zapewne żałują, że posłusznie dostosowali się do zalecenia, by przyjść w stroju hawajskim.

Kilkuset pierwszoklasistów wciąż szaleje w sali gimnastycznej. Z girlandami sztucznych kwiatów na szyi wyginają się przy muzyce Rihanny albo duńskich artystów takich jak Kidd i Malk de Koijn. Co jakiś czas podchodzą do zaimprowizowanego baru, gdzie ich nauczyciele, do których zwracają się po imieniu, z radością rozdają kufle piwa. Kilka par obściskuje się po kątach. Wszyscy są weseli, ale nie pijani. Większość dobrze się bawi. To ostatnie beztroskie chwile – w przyszłym tygodniu czekają ich egzaminy. Jednak coś mnie niepokoi. Po pierwsze, czuję się tak, jakbym już tu kiedyś był. Po drugie, mam wrażenie, że zaraz zdarzy się coś bardzo złego.

W pewnym sensie mam rację. Byłem tu wcześniej, a przynajmniej widziałem tę szkołę na ekranie. To na tym dziedzińcu kręcono sceny z pierwszego sezonu „The Killing”. Większość fabuły początkowych odcinków dotyczy tego, co się stało pewnej nocy na szkolnej dyskotece. Na dyskotece niepokojąco podobnej do tej tutaj. Początkowo wydaje się nam, że podczas imprezy została porwana dziewczyna. Potem myślimy, że dziewczyna została zamordowana w suterenie. W końcu podejrzewamy, że ktoś inny został zgwałcony albo sfilmowany podczas uprawiania seksu grupowego. Rozglądam się. Gdzie jest kamera? Gdzie ta suterena? Kto jest zabójcą? Męczy mnie więcej pytań. Przyszedłem tu zafascynowany przede wszystkim serialem. Teraz jestem zaintrygowany tym, co liceum Ingrid Jespersen mówi o duńskim systemie edukacji i de facto o samej Danii.

W pewnym sensie nie jest ono reprezentatywne dla Danii. To dosyć elitarne prywatne liceum w modnej dzielnicy Kopenhagi, do którego chodzą: córka premiera partii socjaldemokratycznej, córka lidera duńskiej partii liberalnych demokratów i wnuczka Pii Kjaersgaard, eksliderki – powiedzmy – duńskiego odpowiednika British National Party, czyli partii skrajnie prawicowej. Słuchając śpiewającej w tle Rihanny, zastanawiam się nad tym, dlaczego rząd pokrywa 80 procent czesnego, skoro liceum jest prywatne.

* * *

Zdaniem niektórych społeczeństwo duńskie jest bezklasowe. Oczywiście przesadzają (premier w „Rządzie” mówi: „To mit, że wszyscy jesteśmy równi”), lecz wiele instytucji państwowych działa na rzecz zmniejszania różnic społecznych. Dobry tego przykład stanowi finansowanie prywatnej edukacji. Każdy, kto chce się uczyć w prywatnej szkole lub uczelni, otrzymuje dotację. Dowodzi to zarówno siły państwa, jak i stopnia jego zaangażowania w tworzenie równości. Prawdą jest, że większość uczniów w liceum Ingrid Jespersen pochodzi z rodzin bogatszych niż rodziny uczniów szkół państwowych. Mimo to ich zróżnicowanie społeczne jest o wiele większe niż uczniów podobnej szkoły prywatnej w Wielkiej Brytanii. Dwanaście godzin przed rozpoczęciem dyskoteki rozmawiałem z drugoklasistami z tej trzyletniej szkoły. Poprosiłem o podniesienie ręki tych, dla których opłacenie czesnego bez dotacji byłoby problemem. Połowa klasy podniosła ręce. „Gdyby moi rodzice musieli płacić za wszystko, nie mógłbym sobie pozwolić, żeby się uczyć w tej szkole”, mówi osiemnastoletni Rasmus. Posługuje się, podobnie jak wielu młodych Duńczyków, precyzyjnym, prawie bezbłędnym angielskim. „Nie mamy takich pieniędzy. Państwo pokrywa większość wydatków”. Oczywiście duńskie szkoły prywatne nadal uważane są za elitarne, choć nie mają tego samego stygmatu co podobne instytucje w Wielkiej Brytanii i są o wiele bardziej zróżnicowane społecznie.

Z tego powodu uczniowie tworzą zwartą grupę i mają większą świadomość społeczną niż ich koledzy w Wielkiej Brytanii. Jakiś czas temu klasa Rasmusa pojechała na wymianę do prywatnej szkoły w Szkocji, której nazwę pominę. Duńscy uczniowie byli zszokowani zaobserwowanymi tam podziałami społecznymi. „W Szkocji mówili o »klasie pracującej«”, wspomina Rasmus. „W Danii ona też oczywiście istnieje, ale różnice nie są wielkie. Z klasy pracującej możesz się dostać do klasy wyższej, jeśli znajdziesz dobrą posadę. A jeśli masz wykształcenie, powinieneś ją znaleźć”. W awansie społecznym pomaga też fakt, że ogólnie płace nie są zbyt zróżnicowane, co oznacza, że Duńczycy są mniej snobistyczni, jeśli chodzi o wybór profesji. „Nie pogardzam żadnym zawodem”, mówi Rasmus. „Jeśli zakończyłeś edukację w wieku szesnastu lat i zostałeś śmieciarzem, możesz zarabiać prawie tak dobrze jak lekarz. Jest to niełatwe, chociaż możliwe”. Oczywiście to lekka przesada, ale chodzi o sedno. Dzięki silnej pozycji duńskich związków zawodowych lekarz zarabia średnio tylko dwa razy więcej niż ekologiczny pracownik porządkowy, sędzia tylko dwa i pół razy więcej niż sprzątaczka. Zgodnie ze współczynnikiem Giniego, który służy do pomiaru nierównomiernego rozkładu dóbr, zwłaszcza dochodów, rozdźwięk między biednymi a bogatymi w Danii jest obecnie najniższy na świecie.

Nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z tego, co grupa młodych Duńczyków pomyślała o grupie młodych Szkotów (zabawnie byłoby usłyszeć, co Szkoci pomyśleli o Duńczykach). Ich opinia jest jednak przydatna, gdyż pokazuje, czym duńska edukacja różni się od edukacji w innych krajach oraz czym wyróżnia się duńskie społeczeństwo na tle innych społeczeństw.

„Kiedy porównuje się nas do innych krajów europejskich, nasza edukacja wypada słabo”, mówi siedemnastoletnia Augusta. „Nie uczymy się na pamięć. Ale spytaj duńskich uczniów o politykę, a zobaczysz, że są dużo bardziej zorientowani. Więcej z nas ma własną opinię. Więcej myślimy o społeczeństwie. W Szkocji wydawało się nam, że tam uczą w staroświecki sposób”.

Można powiedzieć, że ten model edukacji jest wprowadzany już na poziomie żłobka. Duńskie dziecko w wieku sześciu miesięcy zaczyna korzystać z opieki dotowanej przez państwo, co oznacza, że rodzice wnoszą nie więcej niż 25 proc. opłaty za żłobek (równowartość około 1500 złotych miesięcznie). Jeśli dochody w rodzinie są niskie, płacą dużo mniej. Oznacza to, że każdego stać na żłobek czy przedszkole. Dzięki temu kobiety po urodzeniu dziecka mogą szybko wrócić do pracy. Pracuje ponad 70 proc. duńskich matek, podczas gdy w Wielkiej Brytanii około 55 proc. Zatem już półroczne dzieci większą część dnia spędzają poza domem, bez rodziców, w otoczeniu rówieśników z różnych rodzin.

Żłobki są krytykowane, mówi się, że prowadzonej w nich edukacji brakuje struktury. Zwolennicy żłobków podkreślają natomiast, że uczą one dzieci niezależności, zwiększają ich świadomość społeczną, ponieważ umożliwiają im kontakt z ludźmi o różnym pochodzeniu, oraz kształtują umiejętność współpracy, co jest dla Duńczyków niezwykle ważne. Tylko w Danii mogła powstać gra planszowa oparta na współpracy, a nie na rywalizacji, czyli „Konsensus”. I to nie zbieg okoliczności, że nazwa najsłynniejszego produktu eksportowego Danii, klocków Lego, pochodzi od duńskiego zwrotu „leg godt” – „baw się dobrze”.

Nacisk na niezależność wychodzi poza bramy szkół i przedszkoli. Ponieważ korzystanie z rowerów jest tak powszechne, a infrastruktura rowerowa tak rozbudowana, stosunkowo małe dzieci samodzielnie poruszają się po mieście. „Rodzice nie muszą nas odwozić”, mówi Søren, chłopak z długimi dredami. „Sami wszędzie jeździmy od małego. Nie potrzebujemy prawa jazdy. Jak masz dziesięć, jedenaście lat, rowerem dotrzesz do wielu miejsc. Już dziewięcioletnie dzieciaki same jeżdżą po mieście”. Dwadzieścia pięć procent duńskich dzieci między siódmym a czternastym rokiem życia pracuje na część etatu.

Młodzież ma tu łatwiejszy dostęp do alkoholu i pije go dużo więcej niż młodzież w jakimkolwiek innym kraju. Flaszkę może legalnie kupić już szesnastolatek, a sprzedawcy nie pytają zbyt często o dowód tożsamości. Rodzice niejednokrotnie dają czternastolatkom piwo na imprezę – próbują ograniczyć picie alkoholu przez dzieci, ale nie zakazują go całkowicie. Opinie co do efektów takiej polityki są podzielone. Łatwo przewidzieć, że według niektórych zachęca to do upijania się, inni natomiast uważają, że dzięki temu młodzież zachowuje umiar. „Myślę, że my pijemy inaczej niż ludzie w Anglii”, mówi Benedicte, siedemnastolatka. „Tam ludzie w knajpach byli pijani. Naprawdę pijani. My raczej jesteśmy tylko podchmieleni”. Niektórzy jej koledzy uważają, że stosunek ich klasy do upijania się jest wyjątkiem. Jednak większość z nich twierdzi, że jest reprezentatywny dla Duńczyków w ich wieku, którzy choć stosunkowo często piją alkohol, zwykle robią to z rozwagą.

fot. www.shutterstock.com/Anthony Paul Taylor

Za parę lat uczniowie z tej klasy zaczną się zastanawiać nad wyborem wyższej uczelni. Decyzja, jaka ich czeka, jest inna od decyzji, którą muszą podjąć uczniowie w Wielkiej Brytanii, gdzie toczyła się zagorzała dyskusja na temat tego, czy podniesienie opłat za studia z 9000 funtów do 27 000 funtów odstraszy kandydatów z biedniejszych rodzin. W Danii ten problem nie istnieje – studia są całkowicie darmowe. Co więcej, duńscy studenci w pewnym sensie dostają pieniądze za studiowanie: około 2500 złotych miesięcznie na pokrycie kosztów utrzymania. To po prostu kwestia mentalności. W Danii studentów uważa się nie za ciężar dla państwa, lecz za przyszłych uczestników życia społecznego i podatników, więc dobrze się ich traktuje. Podejmowane są wszelkie wysiłki, aby umożliwić im jak najpełniejsze uczestniczenie w życiu społeczeństwa.

W Danii uważa się, że warunkiem takiego uczestniczenia jest ukształtowana osobowość. To wyjaśnia istnienie dwóch bardzo duńskich instytucji, które nie mają wielu odpowiedników w innych krajach. Chodzi mi o szkoły średnie dla dzieci z problemami społecznymi i uniwersytety ludowe. Te pierwsze są dotowanymi przez państwo placówkami z internatem. Realizują podstawowy program edukacyjny, lecz nacisk kładzie się w nich na rozwijanie kreatywności. Niektóre mają profil sportowy, inne teatralny, plastyczny lub muzyczny. Ich podstawowym celem jest pomaganie uczniom w osiągnięciu dojrzałości i rozwijanie ich pozaszkolnych zainteresowań. Uniwersytety ludowe mają podobny cel, ale stworzono je z myślą o dorosłych w każdym wieku. W uniwersytetach ludowych nie zdaje się egzaminów.

„Zgodnie z duńską tradycją każdy musi brać udział w życiu politycznym i w życiu w ogóle”, mówi Else Mathiassen, kierująca Uniwersytetem Ludowym Zachodniej Jutlandii. „Każdy człowiek powinien rozwijać się na swój własny sposób, ale powinien też wiedzieć, jak funkcjonować w grupie. Do tego trzeba być postępowym! Trzeba być postępowym, aby rozumieć dzisiejsze społeczeństwo. Aby móc uczestniczyć w demokracji, którą mamy”.

Łatwo jest być cynicznym w stosunku do takiego idealizmu. Fikcyjny lider socjaldemokratów w „Rządzie” mówi: „Ludzie nie decydują o niczym”. Jednak kiedy obejrzałem budynek uniwersytetu, zrozumiałem, dlaczego Else jest taką idealistką. Znajdujemy się w przepięknym miejscu na wybrzeżu Morza Północnego, tak daleko od Kopenhagi, jak tylko da się dotrzeć w Danii. W centrum terenu należącego do uniwersytetu stoi przestronny budynek z sypialniami i warsztatami, z których rozciąga się widok na lesistą okolicę. Za oknem pracowni plastycznej trzepocze modraszka, na grządkach w warzywniku rosną ziemniaki i melisa. W lesie można podziwiać wiszące na drzewach rzeźby studentów. Powietrze pachnie wiosną.

Obecnie działa 70 takich uniwersytetów. Jeden z dziesięciu dorosłych Duńczyków spędzi jakiś czas w którymś z nich, a państwo opłaci mu połowę czesnego. Większość z nich ma około dwudziestu lat, ale nie brakuje także osób dojrzałych ani emerytów. Uniwersytety zajmują szczególne miejsce w sercu Duńczyków. Według Else niektórzy starsi ludzie chcą w uniwersytecie spędzić ostatnie dni życia. „Niektórzy tu umierają i wtedy dzwonię do rodziny, aby przekazać jej smutną wiadomość. Często bliscy mówią: »Och, on chciał umrzeć właśnie w uniwersytecie ludowym«”.

Każdy uniwersytet ma specjalizację. Ten w zachodniej Jutlandii jest znany z promowania ekologicznego stylu życia, choć jak pozostałe uczy tańca, kreatywnego pisania, wyrobu ceramiki, malarstwa, aktorstwa, gotowania, uprawy ogrodu. W programie zajęć szczególne miejsce zajmują wykłady z filozofii oraz zajęcia doskonalące umiejętność debatowania, podstawową dla aktywnego obywatela.

Takie podejście do edukacji nie jest w Danii niczym nowym. Można na nie spojrzeć w kontekście rozwoju idei, które doprowadziły do narodzin demokracji społecznej. Korzenie duńskiego sposobu myślenia o edukacji sięgają połowy XIX wieku. W 1864 roku Dania utraciła na rzecz wojowniczych Prus dwie południowe prowincje: Szlezwik i Holsztyn. Oznaczało to utratę 40 procent populacji i spowodowało traumę narodową. Do tego momentu Duńczycy dość optymistycznie uważali się za silną wielonarodowościową wspólnotę, choć od XVI wieku obszar ich państwa dość regularnie malał. Jednak w 1864 roku musieli ostatecznie zaakceptować fakt, że stali się malutką monokulturą, że nie żyją już w rozległym imperium, które było domem wielu narodów i w którym rozbrzmiewały różne języki. Spowodowało to kryzys tożsamości narodowej i zmusiło Duńczyków do ponownej oceny wartości, które ich jednoczyły.

W dyskusji na temat tych wartości decydujący okazał się głos Nicolaia Grundtviga, uważanego obecnie za duńskiego bohatera narodowego. Pod koniec lat 40. XIX wieku Dania stała się monarchią parlamentarną. Grundtvig, pastor, myśliciel i od 1830 roku polityk, stwierdził, że ten nowy system zadziała tylko wtedy, kiedy każdy Duńczyk będzie uczestniczył w życiu politycznym, a zatem duńskie społeczeństwo musi stać się bardziej egalitarne. Począwszy od 1838 roku, kiedy to kampania na rzecz demokracji nabrała rozpędu, Grundtvig wygłosił serię wykładów, w których propagował koncepcję nazwaną przez niego folkelighed. Termin ten został przetłumaczony przez historyka Knuda Jespersena jako „wzajemnie zaangażowana wspólnota”. „Grundtviga szczególnie interesowało to, jak przekształcić niepotrafiącą się wysłowić gawiedź w odpowiedzialnych obywateli nowo narodzonej demokracji. Innymi słowy, jak zmienić pokornych poddanych króla w dobrych obywateli”, napisał Jespersen w swojej godnej polecenia Historii Danii.

Jego argumenty miały szeroki oddźwięk. „Praktycznie wszystkie idee stworzone przez Grundtviga i jego współpracowników w połowie XIX wieku pozostawiły głęboki i długotrwały ślad na duńskiej psychice i wpłynęły na to, jak dziś działa duńskie społeczeństwo”, zauważył Jespersen. „Stało się tak nie dlatego, że którakolwiek z tych idei była szczególnie oryginalna, ale dlatego, że w krytycznym momencie historii Danii, kiedy znalazła się ona na rozdrożu, Grundtvig potrafił sformułować swoje myśli w taki sposób, aby wywrzeć ogromny wpływ na ludzi i stworzyć wszechstronny plan działania. Ten plan zmienił pokornych poddanych w dojrzałych członków demokratycznego społeczeństwa, a jednocześnie zjednoczył mieszkańców pozostałości państwa Oldenborg (niegdyś potężnego imperium duńskiego) w jeden naród duński. Podstawowymi hasłami programu były: folkelighed, tolerancja, otwartość i liberalizm. Za środki do jego realizacji uważano oświecenie i zaangażowany dialog”.

Faktycznie Grundtvig był i jest tak szanowany w Danii, że kiedy umarł, zaprojektowano i wybudowano na jego cześć nowe przedmieście Kopenhagi z olbrzymim kościołem w centralnej części. Kościół ten, zaprojektowany przez Pedera Jensena-Klinta, ojca Kaarego Klinta, którego przedstawię w jednym z kolejnych rozdziałów, umeblowany między innymi krzesłami projektu Kaarego, widziany pierwszy raz wywołuje szok. Wędrujemy między spokojnymi rzędami domów mieszkalnych i nagle – bam! – uderza nas widok tej ogromnej szafy grającej, trójkątnej ściany klifu stworzonej przez człowieka, trzy- lub czterokrotnie wyższej od skromnych budynków wokoło.

Najważniejszym celem Grundtviga było danie dostępu do gruntownej edukacji humanistycznej wszystkim Duńczykom, szczególnie tym żyjącym na odizolowanych terenach, ignorowanym przez kopenhaską elitę. Dlatego stworzył szkoły wyższe, które stały się znane jako uniwersytety ludowe. Były to humanistyczne uczelnie dla biednych mieszkańców wsi. Od lat 60. XX wieku większość z nich ma profil artystyczny.

Jespersen napisał: „Głównym celem było danie młodym ludziom szansy pozostania w szkole zimą, kiedy żywe słowo oraz inspirujący nauczyciele mogli obudzić ich uśpionego ducha i stymulować intelekt. Mówiąc krótko, intencją było przekształcenie niepotrafiących się wysłowić mas w odpowiedzialnych i elokwentnych obywateli rodzącego się demokratycznego społeczeństwa”.

Pierwszy uniwersytet ludowy powstał w 1844 roku w wiosce w południowej Jutlandii. W 1864 roku było ich już 14, a w 1874 roku – 50. Jak wspominałem, obecnie działa ich 70.

Po 1864 roku Dania ponownie definiowała się jako państwo i społeczeństwo, a uniwersytety ludowe i folkelighed zaczęły się zakorzeniać w tożsamości Duńczyków. Duńscy rolnicy i mleczarze, z których wielu uczęszczało do uniwersytetów ludowych, gdzie konsekwentnie wpajano im poczucie własnej wartości i odpowiedzialności w stosunku do społeczeństwa, tworzyli spółdzielnie rolne. Zainspirowali ich do tego pionierzy ruchu spółdzielczego – tkacze z Rochdale w Yorkshire. Członkowie tych spółdzielni kupowali drogie maszyny i surowce do wspólnego użytku, pracowali razem i dzielili się uzyskanymi dochodami. Po raz pierwszy w duńskiej historii te spółdzielnie umożliwiły rolnikom produkcję przetworów mięsnych i mlecznych o stałej jakości, co pozwoliło rozwijać eksport. Z czasem duńscy rolnicy nie tylko stali się największymi na świecie producentami boczku i masła (na pewno znacie markę „Lurpak”), ale także stworzyli podstawy potężnego państwa opiekuńczego, jakim stała się Dania pod koniec XIX wieku.

Obecnie Uniwersytet Ludowy Zachodniej Jutlandii ma 75 studentów, co stanowi największą grupę w historii tej szkoły. Else Mathiassen uważa, że powodem wzrostu zainteresowania nauką jest kryzys finansowy, odejście społeczeństwa od konsumpcjonizmu i poszukiwanie alternatywnego stylu życia. „Ludzie zaczynają myśleć w sposób nieco staroświecki”, wyjaśnia. „Zaczęli zdawać sobie sprawę, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o pieniądze”. Jednak kryzys miał też negatywne skutki. Rząd zmniejszył dotacje na uniwersytety ludowe, co oznacza, że studenci otrzymują mniejszą pomoc finansową – czesne wynosi teraz w przeliczeniu około 600 złotych tygodniowo. Biedniejsi Duńczycy nie mogą sobie pozwolić na taki wydatek, a to zmniejsza rolę szkoły w niwelowaniu różnic społecznych.

Uniwersytety ludowe przyciągają niewielu imigrantów. Związek między rdzennymi Duńczykami a tymi, których rodziny przyjechały do Danii w ciągu ostatnich trzech dekad, jest często problematyczny. Na pewno nie zacieśniło go opublikowanie w 2006 roku w jednej z duńskich gazet karykatur przedstawiających Mahometa jako terrorystę. Spowodowało to protesty w całym świecie arabskim. W Danii nieprzerwanie trwa dyskusja dotycząca sposobów wspierania integracji. Else Mathiassen uważa, że integracja przebiegałaby sprawniej, gdyby więcej nowych Duńczyków studiowało na uniwersytetach ludowych.

„Niestety, prawie nie mamy studentów imigrantów”, narzeka. „To wielka szkoda. Próbowałam zachęcać ich do zapisania się. Sądzę, że według nich uniwersytet powinien dawać dyplom pozwalający na bycie lekarzem lub prawnikiem. Nie daję niczego takiego. Jednak wśród studentów bardzo chciałabym mieć imigrantów. Tutaj mogliby dobrze poznać duńską kulturę. Gdyby żyli razem z nami, jadali z nami posiłki, szybko zrozumieliby, jak myślą Duńczycy”.

No właśnie, jak myślą Duńczycy? Są głęboko zaangażowani w szerzenie idei współpracy i równości, mimo to ich trzecia co do wielkości partia polityczna jest skrajnie prawicowa. Choć duński bohater narodowy nauczał tolerancji, jego krajanie rozpętali burzę z powodu karykatur Mahometa. Czasami Duńczyków nazywa się skandynawskimi Latynosami, ale pijany pieszy Duńczyk nawet o czwartej rano zatrzyma się na chodniku i będzie cierpliwie czekał na zielone światło. Duńczycy z pewnością nie są wojowniczymi potomkami wikingów, jak wyobrażają ich sobie niektórzy Brytyjczycy. Jednak ich wartości i charakter narodowy są bardziej skomplikowane, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Oryginalny tytuł to „Forbrydelsen” (Zbrodnia). W Polsce serial był wyświetlany pod angielskim tytułem „The Killing” (Zabójstwo), dlatego użyto go również w przekładzie tej książki (przyp. red.). [wróć]

Hansen to według statystyk nazwisko najpopularniejsze w Norwegii (przyp. tłum.). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Duńczycy. Patent na szczęście Nowa Odyseja. Opowieść o kryzysie uchodźczym w Europie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze