Ukryte toksyny. Żywność, która truje

Ukryte toksyny. Żywność, która truje

Autorzy: Mike Adams

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.60 zł

Za każdym razem, kiedy badania wykazywały alarmujące wyniki zawartości ołowiu, aluminium, wolframu, rtęci i arsenu oraz innych toksycznych składników w codziennych pokarmach, w zdrowej żywności, w smakołykach dla zwierząt, jak również w certyfikowanej żywności organicznej, reakcja producentów była zawsze taka sama: „Nie mów o tym nikomu!”.

fragment

Amerykański naukowiec MIKE ADAMS przerywa zmowę milczenia na temat tego, czym tak naprawdę „karmią” nas producenci żywności, suplementów diety, witamin, szczepionek i kosmetyków. Wielkie koncerny spożywcze oraz środki masowego przekazu, które utrzymują się z reklam produktów spożywczych i suplementów, zmówiły się, aby nie ujawniać dowodów naukowych i ukryć przed opinią publiczną szokującą prawdę na temat jedzenia. Prawdę na wagę naszego zdrowia i życia.

Z książki dowiesz się:

• czym skażone są żywność, suplementy diety, produkty ekologiczne, kosmetyki oraz karma dla zwierząt;

• jaki ma to wpływ na nasze zdrowie i życie?

• co jeść, a czego unikać?

• jak odtruć zatruty organizm?

MIKE ADAMS – naukowiec, publicysta, wielokrotnie nagradzany dziennikarz śledczy. Założyciel i redaktor portalu NaturalNews.com, twórca FoodInvestigations.com, HealingFoodReference.com, HonestFoodGuide. org i kilku innych serwisów poświęconych tematyce zdrowia naturalnego.

Originally published under the title

Food Forensics: The Hidden Toxins Lurking in Your Food and How You Can Avoid Them for Lifelong Health by Mike Adams

Copyright © 2016 by Mike Adams

All rights reserved.

Polish edition © 2017 Wydawnictwo Esprit

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2017

All rights reserved.

Niniejsza książka służy jedynie do celów informacyjnych i nie zastępuje profesjonalnej porady lekarskiej. Ani autor, ani wydawca nie ponoszą odpowiedzialności wynikającej bezpośrednio bądź pośrednio z korzystania przez czytelnika z tej książki. W kwestii indywidualnych problemów natury zdrowotnej zawsze należy zasięgnąć porady lekarza specjalisty. Fakt, że w książce wymienia się pewne produkty, nie oznacza, że autor lub wydawca zalecają ich stosowanie.

NA OKŁADCE:

© DarthArt /iStock by Getty Images

REDAKCJA: Agnieszka Frankiewicz, Karolina Korbut, Agnieszka Zielińska

ISBN 978-83-65847-33-1

Wydanie I, Kraków 2017

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O.O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wprowadzenie

CZĘŚĆ 1. Wszystko, co musisz wiedzieć o toksycznych pierwiastkach

Metale ciężkie

Arsen (As)

Rtęć (Hg)

Ołów (Pb)

Kadm (Cd)

Aluminium (Al)

Miedź (Cu)

Cyna (Sn)

Zanieczyszczenia chemiczne

Bisfenol A

Heksan

Pestycydy

Dodatki do żywności jako źródło zanieczyszczeń

Aspartam

Glutaminian sodu (MSG)

Sztuczne barwniki

Konserwanty chemiczne

Emulgatory i zagęszczacze

Żywność modyfikowana na poziomie cząsteczkowym

Zanieczyszczenia pochodzące z karmienia zwierząt

CZĘŚĆ 2. Przewodnik strażnika zdrowia po naturalnych metodach oczyszczania z substancji toksycznych

CZĘŚĆ 3. Dane

O autorze

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wprowadzenie

Aby prowadzić badania naukowe w zakresie testowania i badania żywności, osobiście nadzorowałem powstanie zbudowanego w tym celu laboratorium w środkowym Teksasie. Jego sercem jest spektrometr mas z jonizacją w plazmie sprzężonej indukcyjnie (w skrócie ICP-MS – inductively coupled plasma mass spectrometry instrument). Urządzenie to ma rzadką zdolność wykrywania metali i pierwiastków, w tym niklu, ołowiu, rtęci i magnezu w bardzo niskich stężeniach – w niemal każdej próbce poddanej testowi. Nazywam to technologią ze Star Treka, ponieważ funkcjonowanie spektrometru przypomina czystą magię. To jednak nie są czary, lecz po prostu „odpowiednio zaawansowana technologia”, jak określił to Artur C. Clarke1.

W miesiącach, które nastąpiły po zainstalowaniu i kalibracji ICP-MS przez ekspertów z dziedziny chemii i inżynierów oprzyrządowania, powoli zaczęliśmy zyskiwać wiedzę, co tak naprawdę kryje się w każdego rodzaju żywności: w jedzeniu śmieciowym (junk food2 ), szybkim jedzeniu (fast food3 ), żywności z gatunku superfood4, ziołowych suplementach diety, preparatach witaminowych etc.

Wtedy sprawy przybrały dziwny obrót.

Kiedy nasza aparatura wykryła wysokie stężenie ołowiu i kadmu w popularnych białkowych produktach dla wegan, skontaktowałem się z ich producentami, sugerując, aby dobrowolnie usunęli je ze sklepów. Poinformowano mnie jednak, że wycofanie towaru nie wchodzi w grę, a ja powinienem być bardzo ostrożny w kwestii publicznego ujawniania jakichkolwiek informacji, które mogłyby „się odbić na przychodzie ze sprzedaży”.

Gdy odkryłem, że popularne preparaty ziołowe z hodowanego w Chinach miłorzębu zawierają zawrotną ilość 5 części na milion (parts per million, ppm; 10-6) toksycznego ołowiu – pierwiastka, o którym wiadomo, że wywołuje nowotwory i uszkodzenia mózgu – uzyskałem informację, że skażenie ołowiem występuje naturalnie, więc jest nieistotne. W związku z tym postanowiłem przetestować również preparaty z miłorzębem uprawianym w Ameryce i próbki te okazały się zdumiewająco czyste; wykazały niemal zerową obecność metali ciężkich. Okazuje się, że jeśli roślina ta rośnie w glebie zawierającej wysokie stężenie metali ciężkich, automatycznie staje się skażona – jest to wniosek tak oczywisty, że nie powinien nikogo dziwić.

Z kolei kiedy badania wykazały wysokie stężenie wolframu (większe niż 10 tysięcy×10-9) w produktach typu superfood sprowadzanych z Chin i południowo-zachodniej Azji, powiedziano mi, że nie jest to powód do obaw, ponieważ amerykańska Agencja Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) nie wyznaczyła limitów zawartości tego pierwiastka, co najwyraźniej jest jednoznaczne z tym, że powinniśmy ignorować zawartość metali ciężkich w żywności powszechnie uznawanej za bogatą w wartości odżywcze.

Odkrywszy szokującą zawartości 11×10-6 ołowiu w sproszkowanym owocu mangostanu (superfood) pochodzącym z Tajlandii, podałem tę informację do wiadomości publicznej i ostrzegłem potencjalnych nabywców, żeby w ogóle nie kupowali tego produktu, jeśli nie przeszedł odpowiednich testów. W odpowiedzi kilku importerów wpisało mnie na czarną listę i nie mogę już od nich kupować. (Moja firma zaopatruje się w surowce, z których produkuje w Teksasie certyfikowaną zdrową żywność oraz superfood, i przed zakupem większej partii poddaje je niezwykle skrupulatnym badaniom).

Za każdym razem, kiedy badania wykazywały alarmujące wyniki dotyczące zawartości ołowiu, aluminium, wolframu, rtęci i arsenu oraz innych toksycznych składników w codziennych pokarmach, zdrowej żywności, smakołykach dla zwierząt domowych, jak również certyfikowanej żywności organicznej, reakcja producentów była zawsze taka sama: „Nie mów o tym nikomu!”.

Zanim na stronach niniejszej książki podzielę się niektórymi wynikami moich badań, ważne jest, aby czytelnik uświadomił sobie próg, od jakiego metale ciężkie zaczynają wywierać wpływ na organizm człowieka.

Rtęć. Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization, WHO) rtęć nawet w niewielkich ilościach może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych, co sprawia, że jest jedną z najgroźniejszych substancji chemicznych dla człowieka. Agencja Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency, EPA) określa maksymalną zawartość rtęci w wodzie pitnej na 2×10-9.

Wolfram. Metal ten może spowodować ostre zatrucie, poczynając od stężenia 5 mg/l lub 5×10-6. Udowodniono, że styczność z wysokim stężeniem tego pierwiastka wpływa na zwiększającą się częstość udarów.

Ołów. Nie istnieją stężenia ołowiu bezpieczne dla dzieci, natomiast Amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób (Centers for Disease Control and Prevention, CDC) podają informację, że z zatruciem ołowiem u dzieci mamy do czynienia od zawartości 5 µg w decylitrze krwi, czyli 50×10-9.

Arsen. Według WHO długotrwałe narażenie na styczność z tym pierwiastkiem zawartym w wodzie pitnej i jedzeniu może prowadzić do neurotoksyczności, nowotworów, zaburzeń rozwojowych, chorób układu krążenia i cukrzycy. Zgodnie z normami EPA dopuszczalna zawartość arsenu w wodzie pitnej wynosi 0,01×10-9.

Kadm. Według Agencji ds. Substancji Toksycznych i Rejestracji Chorób (Agency for Toxic Substances and Disease Registry, ATSDR) przyjmowanie dużych ilości tego pierwiastka powoduje mdłości, wymioty, biegunkę, skurcze i ostre zapalenie żołądka. Dopuszczalne stężenie kadmu w produktach spożywczych wynosi 0,001 mg/kg/d.

Już w ciągu kilku pierwszych miesięcy funkcjonowania ICP-MS w naszym laboratorium odkryłem zawartość:

• ponad 500×10-9 rtęci w kocich przysmakach oraz w rybnych smakołykach dla psów;

• ponad 10×10-6 wolframu w białkowych produktach ryżowych;

• ponad 5×10-6 ołowiu w preparatach z miłorzębu;

• ponad 11×10-6 ołowiu w sproszkowanym mangostanie;

• ponad 400×10-9 ołowiu w kakao;

• ponad 500×10-9 ołowiu i ponad 2000×10-9 kadmu w białku ryżowym;

• ponad 6×10-6 arsenu i ponad 1×10-6 ołowiu w niektórych produktach zawierających spirulinę;

• ponad 500×10-9 rtęci w przysmakach dla psów;

• ponad 200×10-9 ołowiu w markowym tuszu do rzęs.

(uwaga: 1000×10-9 = 1×10-6)

Praktycznie za każdym razem, kiedy zwracałem się do producentów, aby poinformować ich o niebezpiecznym stężeniu metali ciężkich w ich towarach, przekonywali mnie, że są one bezpieczne dla konsumentów, i nalegali, abym nie ujawniał tych danych.

Prawdziwa zmowa milczenia

Oczywiście, różnego rodzaju zmowy naprawdę istnieją. Prokurator generalny Nowego Jorku, Eric Schneiderman, stwierdził, że firmy farmaceutyczne zmówiły się, aby sztucznie zawyżać ceny leków w tym stanie. Federalna Komisja Handlu uważa, że chiński rząd spiskuje w celu zalania amerykańskiego rynku tanimi panelami słonecznymi, aby zmusić amerykańskich producentów do wycofania się z interesu. Mnie zaś udało się odkryć, że wiele firm spożywczych świadomie nie informuje swoich klientów o substancjach toksycznych znajdujących się w ich produktach.

Celem niniejszej książki jest przerwanie zmowy milczenia i uświadomienie konsumentom, co jest zawarte w ich ulubionym jedzeniu, żywności superfood, żywności organicznej, suplementach diety, preparatach witaminowych, a nawet karmie dla zwierząt. Książka ta przedstawia dokładnie te informacje, które firmy chciały za wszelką cenę przed wami zataić.

Moje niedawne doświadczenia dały mi bardzo cenną lekcję dotyczącą tego, jak postępują owe firmy:

Krok 1. Zaprzeczają obecności metali ciężkich lub innych szkodliwych substancji w swoich produktach.

Krok 2. Atakują źródło informacji. Starają się podać w wątpliwość motywację osoby przeprowadzającej badania (czyli mnie) lub rzetelność wyników.

Krok 3. Jeśli zaprzeczenia i ataki nie przynoszą pożądanych rezultatów, manipulują faktami, tak aby wykazać, że metale ciężkie występują naturalnie, więc ich obecność w produktach jest nieistotna, nawet jeśli chodzi o duże stężenia spowodowane wysokim przemysłowym zanieczyszczeniem gospodarstw, gdzie żywność została wyprodukowana.

Krok 4. Jeśli powyższa taktyka nie poskutkuje, okłamują swoich klientów, próbując im wmówić, że metale ciężkie są d o b r e dla zdrowia! Taką strategię przyjęła jedna z firm, w której produktach stwierdziłem wysokie stężenie ołowiu i kadmu. Zamiast ogłosić, że zrobią wszystko, aby je obniżyć, opublikowali artykuł, w którym dowodzili, że metale ciężkie mają korzystne działanie i ludzie nie powinni się obawiać ich spożywania.

Zuchwałe oszustwo i okłamywanie klientów

Opisywany przeze mnie proces zaprzeczania faktom i ukrywania ich jest praktyką rutynowo stosowaną przez małe i duże firmy, w tym również takie, które zaopatrują osoby stosujące dietę raw food5, wegan, wegetarian, chorych przechodzących kuracje oczyszczające oraz klientów świadomych kwestii zdrowotnych i poszukujących produktów organicznych.

Skala oszustwa jest wręcz niewiarygodna. Pewna firma, która sprowadza niemal 100 procent białka ryżowego wykorzystywanego przez wszystkich producentów wegańskich odżywek białkowych w Stanach Zjednoczonych, ma pełną świadomość tego, że towar zawiera toksyczną ilość ołowiu, kadmu, wolframu i rtęci. Jednak na swojej stronie internetowej zachwalają swój produkt jako „zgodny z Prop 65”, odnosząc się do ustawy Proposition 656.

Według jej zapisów, jeśli produkt zawiera więcej niż 0,5 µg ołowiu na jedną porcję, na etykiecie należy umieścić ostrzeżenie o jego karcynogenności. W porcji białka ryżowego sprowadzanego przez wspomnianą firmę znajduje się ponad 16 µg ołowiu, czyli normy zostały przekroczone trzydziestoczterokrotnie. Gdzie więc mamy zgodność z ustawą? Otóż producenci używający tego składnika umieszczają na swoich opakowaniach słabo widoczne ostrzeżenia i w taki właśnie sposób „podporządkowują się” Proposition 65. Mimo że w omawianym przypadku normy ołowiu zostały przekroczone ponad trzydziestoczterokrotnie, importer twierdzi, że postępuje zgodnie z Proposition 65, tym samym sugerując klientom niską zawartość szkodliwych składników.

Odkryłem, że tego typu oszustwa i mydlenie oczu klientom to praktyka powszechnie stosowana przez producentów żywności organicznej, żywności typu superfood i suplementów diety. Wielu z nich, głosząc szumne hasła, takie jak: „lepsze niż organiczne” lub „high raw”7, w rzeczywistości truje konsumentów metalami ciężkimi. Praktycznie nigdy nie testują swoich produktów pod kątem obecności tych pierwiastków, dlatego są bardzo zdziwieni, kiedy przedstawiam im swoje badania. Nawet zapoznawszy się z niezbitymi dowodami na obecność metali ciężkich w ich produktach, wolą zaprzeczać i zatajać te informacje, niż przyznać się do tego przed opinią publiczną. Podobnie jak firmy farmaceutyczne, producenci broni i domy maklerskie z Wall Street, również wiele firm oferujących zdrową żywność zdaje się przedkładać zysk nad dobro klienta.

Dlatego właśnie książka ta stanowi tak ważny publiczny zapis prawdy naukowej. Omawiam w niej metale ciężkie, które faktycznie znajdują się w konkretnych produktach, opisuję rzeczywistą zawartość metali w towarach, które można było nabyć w sklepach między 2013 a 2016 rokiem, a które zostały poddane analizie przy pomocy spektroskopii atomowej. Na początku 2016 roku rozbudowaliśmy nasze laboratorium o przyrządy do chromatografii cieczowej sprzężonej ze spektrometrią mas (liquid chromatography – mass spectrometry, LC-MS), dzięki którym możemy również wykrywać obecność pestycydów, herbicydów i innych cząsteczek organicznych. Zamierzamy ogłosić wyniki tych badań w kolejnej książce oraz w raportach publikowanych na naszej stronie internetowej. (Zapraszamy na labs.naturalnews.com, gdzie prezentujemy najnowsze rezultaty naszych testów).

Niniejsza książka wywoła falę zaprzeczeń, a być może nawet spowoduje nadejście kilku pozwów sądowych. Rozwścieczy postępujących nieetycznie producentów, ale da konsumentom nowe źródło informacji, które powinny być umieszczane na etykietach – jednak nie są. W książce tej nie tylko oskarża się nieuczciwe firmy sprzedające skażony towar, ale również chwali się wiele innych, których produkty są – co godne uwagi – pozbawione obecności toksycznych metali ciężkich (tak, takie przedsiębiorstwa naprawdę istnieją).

Istotne działania mające na celu niedopuszczenie do ukazania się tej książki

Proponowano mi pieniądze w zamian za niewydawanie tej publikacji. Oferowano mi też lukratywne kontrakty reklamowe pod warunkiem pominięcia kilku produktów w niniejszym opracowaniu. Za publikowanie wyników moich badań w Internecie wielokrotnie grożono mi pozwami sądowymi. Największy sprzedawca produktów naturalnych na rynku Stanów Zjednoczonych, firma warta 12 miliardów dolarów, specjalnie przeszkolił swoich pracowników, aby rozpuszczali fałszywe informacje na mój temat, na przykład, że „Mike Adams nie ma żadnego laboratorium” i że wszystkie wyniki, które podaję, są najzwyczajniej w świecie sfałszowane.

Podejmowano różne, ale znaczące działania mające na celu zdyskredytowanie mnie i niedopuszczenie tej książki do druku, a jednak sam fakt, że teraz, drogi czytelniku, trzymasz ją w ręce, świadczy o tym, że wszystkie te zabiegi się nie powiodły. Żadne groźby nie są w stanie sprawić, abym milczał w sprawie tak fundamentalnej dla zdrowia publicznego i przejrzystości w kwestii spożywanego przez nas jedzenia.

Żyjemy w świecie poważnie skażonym przez odpady przemysłowe. Wiele organicznej żywności na naszym rynku pochodzi z Chin, w odniesieniu do których słowo „organiczny” jest okrutnym żartem. Zawartość szkodliwych substancji w powietrzu w Pekinie przekroczyła niedawno ponad tysiącstokrotnie maksymalne normy zanieczyszczenia wyznaczone przez WHO, dochodząc do niewiarygodnego poziomu 268 μg/m3.

Duża część spożywanego przez nas jedzenia jest hodowana w rejonach, gdzie odpady poprodukcyjne są rozmyślnie wyrzucane do gleby jako „nawóz”. W efekcie znaczna ilość żywności jest skażona substancjami toksycznymi. Nauce o środowisku nie da się zaprzeczyć i rezultaty naukowe przedstawione w niniejszej książce z łatwością mogą zostać potwierdzone przez jakiekolwiek laboratorium dysponujące ICP-MS.

Proszę, abyście uświadomili sobie wagę opracowania, które trzymacie w rękach, i zrozumieli, jak wyjątkowa i rzadka jest to okazja, żeby te informacje trafiły do wiadomości publicznej mimo wszystkich gróźb i prób zdyskredytowania mojej osoby, które posypały się w rozpaczliwej żądzy powstrzymania prawdy. Zadajcie sobie również pytanie: „Dlaczego FDA nie prowadzi takich badań i nie upublicznia ich wyników?”. Sam się nad tym zastanawiam za każdym razem, kiedy przekraczam próg mojego laboratorium. Gdyby FDA naprawdę dbałaby o bezpieczeństwo naszego jedzenia i zdrowie publiczne, nigdy nie pozostawiłaby tak ważnego zadania osobie prywatnej, takiej jak ja. Podjąłem się tego przedsięwzięcia, ponieważ nikt inny nie chciał tego zrobić. FDA, producenci żywności, środki masowego przekazu, które utrzymują się z reklam żywności, zmówiły się, aby ignorować dowody naukowe i zatajać przed opinią publiczną prawdę, którą można znaleźć w tej książce.

Wyniki moich badań przedstawiane są na bieżąco na redagowanej przeze mnie stronie internetowej: www.naturalnews.com.

Metody laboratoryjne i ich precyzyjność

Czy dane przedstawione w tym opracowaniu są wiarygodne? Moje laboratorium ma akredytację Międzynarodowej Organizacji Normalizacji (International Organization for Standardization, ISO) w ramach programu ujednoliconych światowych norm jakości badań laboratoryjnych. To norma ISO 17025 – „złoty standard” diagnostyki laboratoryjnej w skali światowej, który oznacza, że nasze działania przebiegają zgodnie z zasadami, wytycznymi i procedurami narzucanymi przez osoby trzecie.

Metody badawcze, które stosujemy w testach wody i żywności, są powszechnie uznawane przez środowiska naukowe i zostały przez nas zaczerpnięte od takich organizacji, jak Stowarzyszenie Urzędowych Chemików Analitycznych (Association of Analytical Communities, AOAC), EPA czy FDA. Na przykład w celu wykrywania metali ciężkich w pożywieniu stosujemy wariację normy AOAC 2013.06.

Próbki wody testujemy przy zastosowaniu metodologii EPA 200.8.

Moje laboratorium uzyskało akredytację w 2016 roku, po dwóch latach przygotowań, które obejmowały wyznaczanie powtarzalności analitycznej, walidację metod badawczych oraz sporządzenie kompletnej dokumentacji laboratoryjnych procedur kontroli jakości i procesów korygowania błędów. Dzięki uzyskanemu w ten sposób rozległemu doświadczeniu w analizie ICP-MS oraz protokołach laboratoryjnych zamierzam działać jako konsultant naukowy dla producentów żywności lub biznesmenów, którzy chcieliby przeprowadzać podobne badania dla swoich celów.

Czym właściwie jest ICP-MS? Jak testuje się żywność i napoje na obecność metali ciężkich?

Aby móc trochę lepiej zrozumieć analityczną precyzję wyników, trzeba poznać naturę badań ICP-MS.

Wyniki uzyskane w profesjonalnych laboratoriach przy użyciu ICP-MS mogą się różnić – i tak się właśnie dzieje – nawet o 20% z powodu różnic w obranej metodologii oraz czułości przyrządów. W tym samym laboratorium rezultaty uzyskane z różnych próbek tego samego produktu mogą się od siebie różnić o 10% z kilku powodów, ale laboratoria mające odpowiednie kwalifikacje wykazują silną powtarzalność wyników w granicach plus minus 10%.

Wyniki badań tej samej substancji różnią się nieznacznie w zależności od laboratorium. Jeśli zatem dwa laboratoria przeprowadzą serię testów na tym samym sproszkowanym białku, jest zupełnie zrozumiałe, że jedna placówka wykryje stężenie ołowiu w wysokości 450×10-9, a druga – w wysokości 500×10-9.

Nigdy jednak nie będą to różnice rzędu wielkości. Inaczej mówiąc, żadne laboratorium z prawdziwego zdarzenia nie pokusiłoby się o stwierdzenie, że w tej samej próbce stężenie ołowiu raz jest na poziomie 45×10-9, a raz 4500×10-9.

Podsumowując, bardzo ważne jest, by uświadomić sobie, że wyniki badań przeprowadzonych przy pomocy ICP-MS w różnych ośrodkach badawczych mogą być inne w granicach rozsądku. Skład metali również będzie odmienny w każdym gramie i w każdej partii materiału. Każda partia komercyjnie wytwarzanego produktu będzie się cechowała trochę inną zawartością metali. Ze względu na te oczywiste fakty wszystkie liczby podane w tej książce należy traktować jedynie jako przybliżone dane, dzięki którym można wyrobić sobie rozeznanie, jakie produkty spożywać, a jakich unikać. Nie są to niepodważalne dane, prawdziwe dla wszystkich towarów sprzedawanych pod konkretną nazwą.

Prawdą jest również, że dzięki moim staraniom i powstaniu mojego Natural News Forensic Food Lab8 niektóre firmy podejmują obecnie ogromny wysiłek, aby poprawić jakość wykorzystywanych surowców, tak by produkować zdrowszą żywność. Dlatego też produkty dostępne na rynku w czasie, kiedy czytacie tę książkę, mogą być już zdecydowanie lepszej jakości niż te, które przetestowaliśmy na jej potrzeby. Droga książki od rękopisu do półki w księgarni trwa przynajmniej rok, co znaczy, że zamieszczone w niej dane odwołują się do produktów dostępnych trzy lata przed jej wydaniem. Bieżące wyniki badań znajdziecie na stronie internetowej labs.naturalnews.com.

Wiele laboratoriów celowo zaniża wyniki badań

Kolejną ważną kwestią jest fakt, że liczne komercyjne laboratoria obsługujące firmy zajmujące się jedzeniem sztucznie zaniżają wyniki testów na obecność metali ciężkich, ponieważ tego oczekują od nich klienci. Bardzo łatwo to robić, i to na wiele różnych sposobów, bez problemu dostępnych dla każdego, kto jest gotowy na takie pogwałcenie norm etycznych.

W Natural News Food Forensic Lab stosujemy powolną metodę wytrawiania, tak by nie doprowadzić kwasu azotowego do wrzenia. Dzięki temu zachowujemy niemal taką samą ilość metali ciężkich co w pierwotnej próbce. W rezultacie wykrywana przez nas zawartość metali ciężkich zazwyczaj jest nieco wyższa niż w laboratoriach komercyjnych, ale też bliższa prawdy. Proces wytrawiania kwasem trwa u nas około dwóch godzin – w innych placówkach czterdzieści pięć minut. W przypadku trudnych próbek stosujemy wytrawianie za pomocą mikrofal, aby zagwarantować, że będzie ono całkowite.

Każde kompetentne laboratorium uniwersyteckie jest w stanie odtworzyć nasze wyniki z dokładnością plus minus 10% przy użyciu odpowiedniej aparatury do wytrawiania i zastosowaniu należytych procedur.

Dlaczego nasze wyniki są rzetelne?

Pragnąc zapewnić czytelnika, że Natural News Food Forensic Lab nie ma nic do ukrycia, poniżej wymieniono kilka metod i zabezpieczeń, które stosujemy, aby uzyskać jak najbardziej precyzyjne wyniki:

• Jak już wspomniałem, nasze laboratorium ma akredytację ISO 17025, ponieważ spełnia światowe standardy, co jest wymagane w odniesieniu do profesjonalnych i wiarygodnych placówek tego typu.

• Wszystkie stosowane przez nas urządzenia mają certyfikaty i zostały skalibrowane przez producentów.

• Stosowane przez nas metodologie analityczne są zaczerpnięte z publikacji AOAC International oraz innych jednostek naukowych.

• Wszystkie standardy zewnętrzne zostały przyjęte zgodnie z wytycznymi Narodowego Instytutu Standaryzacji i Technologii (National Institute of Standards and Technology, NIST) lub innych jednostek normalizacyjnych.

• Niektóre standardy zostały opracowane na potrzeby naszej placówki przez wyspecjalizowane i doświadczone firmy.

• Ani do wytrawiania kwasem, ani do automatycznego pobierania próbek nie wykorzystujemy ponownie tych samych pojemników.

• Używamy pojemników jednorazowych, dzięki czemu nie ma problemu z ich ewentualnym skażeniem.

• Co dziesięć próbek testowanych za pomocą ICP-MS przez urządzenie przepuszcza się pustą probówkę oraz probówkę kalibrującą, aby wszystko działało, jak należy. Jeśli w wynikach odnotuje się znaczące odchylenie (to znaczy jeśli środkowe wskaźniki kalibracyjne ulegną zmianie), testy zostają wstrzymane, urządzenie jest czyszczone (wymienia się również szybko zużywające się części), a następnie badania rozpoczyna się od początku. Dzięki wprowadzeniu systemu podawania próbek Niagara Plus, opracowanego przez firmę Glass Expansion, udało nam się niemal zupełnie wyeliminować owe odchylenia.

• Oprzyrządowanie ICP-MS jest regularnie konserwowane zgodnie z zaleceniami producenta. Na przykład próbnik i zgarniacz jonów są rutynowo czyszczone, a przewody w pompie wymieniane. Argon i hel są przepuszczane przez filtry typu in-line.

• Podczas testowania próbki jedzenia badamy również trzy inne próbki pochodzące z tej samej partii. Wyniki są następnie uśredniane, aby wyeliminować różnice i uzyskać najprecyzyjniejsze odczyty.

• Wszystkie probówki z próbkami są przechowywane przez rok, tak by w razie ewentualnych zarzutów można było przeprowadzić powtórne badania.

• Walidacja metod trawienia i metod analizy ICP-MS jest dodatkowo uwierzytelniana przez częste stosowanie certyfikowanego materiału odniesienia (Certified Reference Materials, CRM), którego skład pierwiastkowy jest potwierdzony przez tuzin innych laboratoriów.

• W celu sprawdzania naszych wyników współpracujemy z innymi laboratoriami. Korzystaliśmy z usług placówek zarówno komercyjnych, jak i uniwersyteckich – wszystkie wielokrotnie potwierdziły nasze odczyty.

• Woda do rozcieńczania używana podczas przygotowywania próbek to specjalna laboratoryjna woda dejonizowana, przepuszczona przez najwyższej klasy specjalny system filtracyjny Thermo Scientific.

• Kwasy oksydacyjne używane do wytrawiania próbek zawierają śladowe ilości metali, a dodatkowo regularnie sprawdza się ich czystość. Bardzo niewielka zawartość metali ciężkich w tych kwasach (części na bilion, 10-9) jest mierzona na początku każdego testu, a następnie odejmowana od uzyskanych wyników.

• Próbki, które wykazują podejrzanie wysokie stężenie metali ciężkich, są dla pewności ponownie badane po cztery, a nawet pięć razy.

• Wszystkie dane dotyczące surowców i ich badań są archiwizowane w wielu serwerach kopii zapasowych, znajdujących się w dwóch lokalizacjach.

Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (U.S. Departament of Agriculture, USDA) i FDA nie mają norm dotyczących metali ciężkich

Ani FDA, ani USDA nie dysponują żadnymi oficjalnymi wytycznymi dotyczącymi zawartości metali ciężkich w jedzeniu, napojach i suplementach diety sprzedawanych na terenie Stanów Zjednoczonych.

To zdumiewające. Większość osób kupujących żywność z certyfikatem USDA zakłada, że jest ona wolna od metali ciężkich, ponieważ jest oznakowana jako organiczna. Jednak w naszym laboratorium zauważyliśmy, że produkty z certyfikatem USDA zawierają niejednokrotnie wyższe stężenie metali ciężkich niż zwykła żywność (która najczęściej jest wysoko przetworzona, co usuwa z niej w równym stopniu minerały i metale ciężkie).

Dlaczego zatem instytucje te nie ustanowią jakichś limitów w kwestii zawartości metali ciężkich w żywności? Z całą pewnością mają one jakieś wytłumaczenie tego stanu rzeczy, ale jako badacz jedzenia i jednocześnie dziennikarz śledczy sądzę, że USDA i FDA są zbyt uwikłane w interesy przemysłu, który ponoć mają regulować. Większość pracowników USDA w przeszłości była związana z hodowlą bydła lub z firmami produkującymi herbicydy, jak Monsanto lub DuPont. Podobnie osoby stojące na czele FDA są w zbyt zażyłych stosunkach z firmami farmaceutycznymi i producentami przetworzonej żywności, aby podejmować decyzje leżące w interesie publicznym.

Wygląda na to, że FDA i USDA zamiast regulować funkcjonowanie tych gałęzi przemysłu skupiają się przede wszystkim na tym, by chronić je przed zainteresowaniem opinii publicznej. W efekcie nikomu nie zależy na tym, żeby ujawniać informacje o zawartości metali ciężkich w produktach rolniczych, zupach w puszce czy paskach suszonej wołowiny. Prawda mogłaby wywołać niepokój wśród konsumentów i dlatego agencje rządowe godzą się na zmowę milczenia wśród producentów żywności.

Z tego powodu jestem zdecydowanym zwolennikiem ustanowienia powszechnie obowiązujących norm zawartości metali ciężkich w produktach spożywczych, napojach i suplementach diety. Bez tego producenci skażonej żywności są po prostu bezkarni.

Warto przypomnieć, że w lutym 2016 roku mieszkańców Ameryki zbulwersowała wiadomość o odkryciu stężenia ołowiu na poziomie 1–2×10-6 w wodzie pitnej we Flint w stanie Michigan. Sam niejednokrotnie miałem styczność z artykułami spożywczymi, w których zawartość ołowiu była nieporównywalnie większa, a które są codziennie konsumowane przez wszystkich Amerykanów. Co dziwne, nie słychać głosów oburzenia z powodu obecności ołowiu w jedzeniu, choć świadomość jego obecności w wodzie pitnej jest uznawana za na tyle groźną, że wielu mieszkańców Flint domagało się wyciągnięcia konsekwencji karnych wobec winnych zanieczyszczenia.

W kierunku zmniejszenia obecności metali ciężkich w przemyśle

Do czasu, kiedy FDA i USDA zdecydują się na wprowadzenie regulacji dotyczących zawartości metali ciężkich, musimy się posiłkować naszymi własnymi normami, które zostały opublikowane w Internecie i przyjęte przez niektóre firmy.

Na stronie internetowej lowheavymetalsverified.org znajduje się przewodnik dla producentów żywności, żywności superfood i suplementów diety. Na jego potrzeby opracowano skalę, w której A+++ oznacza produkty niezwykle czyste, a F wskazuje produkty silnie skażone. Można ją znaleźć na początku części trzeciej niniejszej książki.

Ponieważ standardy te mogą ulegać zmianie wraz z poszerzaniem się naszej wiedzy na temat oddziaływania metali ciężkich na organizm ludzki, po najbardziej aktualne informacje odsyłam na stronę internetową lowheavymetalsveryfied.org. Przede wszystkim mamy nadzieję, że stanie się możliwe rozpoznawanie rodzajów arsenu, odróżnianie arsenu organicznego od nieorganicznego. Kiedy to osiągniemy, będziemy musieli zmienić standardy, tak aby uwzględniać jedynie arsen n i e o r g a n i c z n y (niebezpieczna odmiana).

Większość produktów obecnych na rynku można zaklasyfikować do kategorii od A do D. Ta skala pozwala na łatwe porównywanie produktów pod względem zawartości metali ciężkich i – co się z tym wiąże – na wybieranie tych zdrowszych. Każdy świadomy konsument wolałby na przykład kupić czekoladę ocenianą na A niż tę oznaczoną jedynie jako B, jeśli byłaby to jedyna różnica.

Minusem opracowanego systemu jest to, że opiera się on na dobrowolnie przekazywanych informacjach, a jak już wiemy, wiele firm nie cofnie się przed okłamywaniem swoich klientów.

Dlatego w Natural News zamierzamy co pewien czas testować losowo wybrane produkty, aby się upewnić, że zadeklarowana zawartość metali ciężkich jest zgodna z rzeczywistą. Nazwy firm przyłapanych na kłamstwie będą publikowane na stronie internetowej naturalnews.com.

Cała nadzieja w tym, że FDA i USDA przejmą w końcu od nas tę odpowiedzialność i opracują własne procedury. Do tego momentu Natural News jest jedyną organizacją na całej planecie, która działa w tej kwestii w imię bezpieczeństwa publicznego.

Niektórym może się wydać intrygujące – a może nawet dziwne – że firma działająca w sektorze prywatnym wykonuje lepszą pracę, monitorując stężenie metali ciężkich w produktach spożywczych na amerykańskim rynku, niż cały rząd Stanów Zjednoczonych ze swoim ogromnym budżetem.

Podzielam tę opinię.

CZĘŚĆ 1

WSZYSTKO, CO MUSISZ WIEDZIEĆ O TOKSYCZNYCH PIERWIASTKACH

Ta część książki ma charakter naukowy i porusza zagadnienia pochodzenia metali ciężkich oraz innych zanieczyszczeń chemicznych, takich jak pestycydy, nawozy sztuczne i konserwanty. Opisuje również, w jaki sposób ludzie stykają się z tymi substancjami i jak wpływają one na nasze zdrowie.

Jeśli ciekawią cię jedynie wyniki testów na obecność metali ciężkich w twoich ulubionych produktach spożywczych i superfoods, możesz pominąć tę część i przejść od razu do tabel wyników, które znajdują się w części trzeciej.

Ta część książki jest przeznaczona dla osób, które chcą pogłębić swoją wiedzę na temat szkodliwości metali ciężkich i innych toksycznych substancji oraz poznać powody, dla których tak trudno jest się ich pozbyć. Zawarto tu sporą liczbę faktów naukowych i cytatów z różnych badań.

Małe ostrzeżenie: ta część książki obfituje w terminologię techniczną, która wyda się znajoma lekarzom, naukowcom i biologom.

METALE CIĘŻKIE

Skąd się biorą metale ciężkie?

Życie na Ziemi w swojej najsurowszej, naturalnej formie obfituje w niezliczone niebezpieczeństwa i bezpośrednie zagrożenia. Liczne toksyczne metale i związki znajdują się w różnych ilościach na powierzchni niemal całej naszej planety. Potencjalnie trujące formy rtęci, ołowiu, kadmu, arsenu, aluminium, miedzi, cyny, wolframu, chromu, berylu i innych pierwiastków są jednak coraz częściej obecne w środowisku poprzemysłowym.

Jako pierwiastki na drodze fuzji jądrowej mogą być przekształcane w wybuchające gwiazdy, ale nie da się ich zniszczyć w ziemskich warunkach. Zanim rewolucja przemysłowa zwiększyła skalę zatruwających całą planetę operacji górniczych, najbardziej trujące metale ciężkie były ukryte głęboko pod ziemią, z dala od skupisk życia ludzkiego. Wraz z rozwojem przemysłu w XIX i XX wieku toksyczne metale ciężkie zaczęły być wydobywane, przetapiane i dodawane do różnych produktów, z których uwalniają się bezpośrednio do środowiska. Na przykład benzyna ołowiowa emituje ołów do powietrza. Podczas kremacji ciał osób, które za życia wstawiły sobie plomby rtęciowe, do atmosfery przedostają się tysiące ton rtęci. Arsenian ołowiu przez większość XIX wieku był powszechnie stosowany jako pestycyd w sadach i na polach Ameryki Północnej.

Kiedy metale ciężkie przedostaną się do środowiska, mogą być wdychane, spożywane i wchłaniane przez ludzi, zwierzęta, rośliny, grzyby lub też mogą się przekształcać i łączyć z innymi substancjami, tworząc nowe związki… Nie mogą jednak po prostu zniknąć. Są trwałe.

W konsekwencji nadmiernego rozwoju przemysłu i uwolnienia tych pierwiastków, które początkowo występowały rzadko i w relatywnie niskim stężeniu, stanowią one dla nas codzienne zagrożenie. Jako produkty uboczne przetopu, wydobywania rud, wytwarzania energii i dóbr komercyjnych metale ciężkie i związki chemiczne przedostają się do wody, powietrza, gleby, żywności, ekosystemów i naszych ciał.

We wrześniu 2013 roku CDC opublikowały zaktualizowany czwarty National Report on Human Exposure to Environmental Chemicals9, który zawiera wykaz 201 substancji chemicznych obecnych we krwi i w moczu obywateli amerykańskich. Substancje te są trawione, wchłaniane, odkładane, metabolizowane i wydalane lub też wiążą się z innymi związkami, potencjalnie wchodząc w interakcje, blokując lub nasilając reakcje zachodzące w ciele człowieka.

Chociaż liczne pierwiastki, w tym śladowe ilości pewnych minerałów, są niezbędne dla katalizy i innych funkcji biologicznych, alarmująco wysokie stężenia ich toksycznych odmian wkraczają w nasze życie w tempie zdecydowanie niezgodnym z rytmem natury oraz zagrażającym naszemu zdrowiu i długowieczności.

Kilkadziesiąt substancji skażających może wywierać fundamentalny, choć nadal niedoceniany wpływ na życie wszystkich ludzi na naszej planecie: zwiększone stężenie toksyn w codziennie spożywanym jedzeniu prowadzi do wzrostu częstości stanów zapalnych, problemów z trawieniem, spadku odporności, uszkodzeń neurologicznych, niewydolności narządów, chorób serca i płuc, nowotworów i innych poważnych chorób oraz zaburzeń.

Większość ludzi, myśląc o zatruciu, wyobraża sobie spożycie dużej, silnej dawki trucizny, co wywołuje szybką, ostrą reakcję, po której następuje straszna i gwałtowna śmierć. W rzeczywistości niebezpieczeństwo wiąże się z d ł u g o t r w a ł y m narażeniem na działanie niewielkich dawek toksyn, w tym metali ciężkich.

Obecnie nauka rozumie, że szkodliwe dla zdrowia efekty są wywoływane stopniowym odkładaniem się niewielkich ilości toksyn przez ciągłą z nimi styczność w jedzeniu lub przez środowisko.

Prawdziwy zalew pestycydów, herbicydów, insektycydów, fungicydów, środków gryzoniobójczych, nawozów sztucznych, konserwantów, emulgatorów i innych dodatków stosowanych w całym rolnictwie zachodniego świata, jak również ich wzrastające zastosowanie w krajach rozwijających się przyczyniły się do zwiększenia ilości toksyn w środowisku do katastroficznego poziomu. Wchodzą one w reakcje i są pochłaniane przez glebę, wodę, roślinność, ryby i dziką przyrodę. Wnikają w tkanki roślinne i zwierzęce. My, ludzie, wdychamy te związki, zjadamy je, wypijamy, a one odkładają się w naszych ciałach. Wydalamy je lub ich zmetabolizowane produkty uboczne, odsyłając je w ten sposób z powrotem do środowiska, zwiększając skalę śmierci i zniszczenia, które ze sobą niosą. Chociaż potrzebne są dalsze badania, aby poszerzyć nasze rozumienie, na czym dokładnie polega szkodliwe działanie toksyn, konieczność wyznaczenia limitów ich zawartości w środowisku i diecie nie ulega wątpliwości.

Styczność z metalami ciężkimi przez jedzenie jest o wiele większym problemem, niż się to większości ludzi wydaje. Nawet żywność certyfikowana przez USDA nie przechodzi badań na obecność metali ciężkich, takich jak kadm, ołów, arsen czy rtęć. Nie ma więc limitów zawartości metali w jedzeniu, nawet tym sprzedawanym w renomowanych sklepach ze zdrową żywnością, takich jak Whole Foods. Etykietka zawierająca adnotację o organiczności informuje jedynie o rodzaju procesu hodowlanego i o tym, że rolnik nie używał dodatkowych pestycydów, herbicydów lub substancji chemicznych pozyskanych z ropy naftowej. Certyfikat organiczności nie wymaga poddania testom na obecność metali ciężkich gleby, wody ani nawet produktu końcowego.

W rzeczywistości „organiczna” żywność wyhodowana przez jednego rolnika może się diametralnie różnić od tej pochodzącej z innego gospodarstwa ze względu na jakość powietrza, wody czy gleby, zwłaszcza jeśli są one skażone metalami ciężkimi.

Toksyczne metale ciężkie i inne trujące pierwiastki – obojętnie, czy krążą wokół nas, czy są wchłaniane przez nasze organizmy – pozostają w biosferze w tej czy innej formie w i e c z n i e. Stanowią część błędnego koła śmierci, które zostało puszczone w ruch przez nowoczesny styl życia, którego nieodłącznymi elementami są górnictwo, składowanie i rozprzestrzenianie toksycznych pierwiastków, które wcześniej spoczywały bezpiecznie pod powierzchnią ziemi.

Niektóre z najgroźniejszych pierwiastków, takie jak ołów, rtęć, kadm czy arsen, dawno już zdążyły przeniknąć do naszego codziennego życia i każdy z nich stwarza konkretne niebezpieczeństwo. Ponieważ funkcje ludzkiego organizmu są złożone, nadal odkrywa się i opisuje wiele szkodliwych efektów. Badania naukowe dotyczące wpływu toksyn na systemy biologiczne dopiero się zaczynają.

Już teraz dysponujemy dowodami na to, że metale ciężkie zakłócają przebieg reakcji chemicznych w organizmie i uniemożliwiają wchłanianie potrzebnych czynników odżywczych, często współzawodnicząc z nimi w procesie metabolicznym. Organizm niejednokrotnie uznaje trujące metale za potrzebne, „dobre” metale śladowe. Nawet jeśli nie zaburzają podstawowych funkcji metabolicznych, przyczepiają się do ścian komórek, utrudniając inne procesy komórkowe, takie jak wydalanie, reakcje obronne, regeneracja i adaptacja.

Naukowcy poświęcili dużo czasu i wysiłku na badanie procesów, przez które metale ciężkie niszczą ciało ludzkie. Do takich procesów należy na przykład utlenianie, podczas którego komórki zostają uszkodzone w sposób niejednokrotnie prowadzący do chorób lub zniszczenia danego organu. Jest to jeden z powodów, dla których przeciwutleniacze są niezbędne dla zdrowia: chronią komórki przed działaniem wolnych rodników.

Nowe badania wykazują, że substancje toksyczne, w tym metale ciężkie, cechują się większą niż przypuszczano możliwością uszkadzania DNA i zakłócania procesów komórkowych. Nie tylko są odpowiedzialne za powstawanie nowotworów, ale mamy też coraz więcej dowodów na ich potencjalną rolę kokarcynogenów, czyli substancji niemających właściwości rakotwórczych, lecz wzmacniających proces karcynogenezy w przypadku występowania śladowych ilości właściwych karcynogenów.

Zatrucie metalami ciężkimi przechodzi z pokolenia na pokolenie

Co jeszcze ważniejsze – i niestety znacznie dotkliwsze w skutkach – toksyczne metale ciężkie mogą zakłócać proces metylacji DNA, który przekształca zasady azotowe nukleotydów – cytozynę i adeninę – w sekwencji DNA. Może to powodować dziedziczne zmiany w epigenomie, czyli w mapie genetycznej, która zawiera pełen zestaw chemicznych modyfikacji DNA przekazywanych następnym pokoleniom.

Proces metylacji DNA odgrywa rolę w regulacji genetycznej i jest podstawowym zjawiskiem w początkowej fazie rozwoju płodu – podczas podziału komórkowego metylacja odpowiada za kształtowanie się tkanek i inne procesy. Około 70% ludzkiego DNA ulega naturalnej metylacji podczas przyłączania się grup metylowych, jeśli jednak do tych wiązań przyłączą się toksyny, podstawowe funkcje komórkowe mogą zostać zaburzone, a nawet zupełnie zahamowane.

Dzięki nowo nabywanej wiedzy o epigenomie nauka odkrywa przed nami proces, przez który czynniki środowiskowe, dieta, stres i kontakt z metalami ciężkimi zmieniają zamierzoną ekspresję genów, modyfikując nasze DNA. To z kolei zwiększa ryzyko występowania chorób u jednostki i wpływa na przekazywanie przez nią tego ryzyka następnym pokoleniom. Mimo że wpływ epigenetyczny nie jest zapisany w DNA, wydaje się dziedziczny.

Pełne zrozumienie tego zjawiska powinno wywołać natychmiastowy alarm w umysłach osób czytających te słowa. Epigenetyczne dziedziczenie efektów ubocznych wywołanych przez obecność metali ciężkich w diecie oznacza, że t o k s y c z n e d z i a ł a n i e u t r z y m u j e s i ę z p o k o l e n i a n a p o k o l e n i e. Oznacza to, że skażone środowisko, w którym żyjemy, będzie miało wpływ na bliżej nieokreśloną liczbę przyszłych pokoleń, n a w e t j e ś l i n a t y c h m i a s t u d a s i ę n a m w y e l i m i n o w a ć w s z e l k i e z a g r o ż e n i a.

Wykazano na przykład odwrotnie proporcjonalną zależność między całkowitą zawartością ołowiu w krwi pępowinowej u matki a epigenomem jej rozwijającego się płodu, co jest silnym dowodem na to, że toksyny zaburzają długofalowe programowanie epigenetyczne oraz zwiększają podatność na choroby. Zatrucie arsenem oddziałuje na rozwój prenatalny w podobny sposób, uszkadzając DNA i destabilizując regulację genów.

Pod wieloma względami jest już za późno, abyśmy mogli uchronić przyszłe generacje przed szkodliwymi skutkami kontaktu z substancjami toksycznymi. Ponieważ zaś sytuacja zamiast się polepszać, tylko się pogarsza, przekazywane z pokolenia na pokolenie negatywne skutki uboczne będą coraz poważniejsze. To błędne koło może zagrozić przetrwaniu rasy ludzkiej. Być może już skazaliśmy się na wzrost na skalę światową takich problemów jak bezpłodność, zatrważające żniwa chorób nowotworowych czy ogólnie obserwowane obniżenie zdolności poznawczych spowodowane obecnością metali ciężkich w pożywieniu.

Inaczej mówiąc, możliwe, że już wkroczyliśmy na drogę, która doprowadzi do tego, że prawnuki obecnych nastolatków w dużym stopniu będą obarczone problemami umysłowymi, niepłodnością, a być może nawet nie będą w stanie żyć bez znaczących interwencji medycznych. Nie można wykluczyć, że procesy mogące zniszczyć życie ludzkie na naszej planecie zostały zapoczątkowane i będą postępowały w okresie egzystencji kilku pokoleń coraz bardziej cierpiących i zdezorientowanych ludzi, podczas gdy agencje rządowe i firmy produkujące jedzenie będą trwały w zmowie milczenia na temat faktycznych powodów tej sytuacji.

Metale ciężkie zaburzają biologię człowieka

Metale ciężkie zaburzają i upośledzają zdrowe funkcje biologiczne na wiele sposobów. Wiemy już, że ich obecność wpływa negatywnie na cykl metylacji komórkowej. Kiedy ołów odkłada się w kościach, może niekorzystnie oddziaływać na proces metylacji DNA białych krwinek, które są wytwarzane w szpiku kostnym. Leukocyty odpowiadają za prawidłowe funkcjonowanie systemu immunologicznego, ponieważ pomagają organizmowi zwalczać infekcje, atakując wirusy, bakterie i zarazki.

Wiele toksycznych metali to elektrofile, czyli cząsteczki, które przechwytują elektrony i przyłączają się do związków chemicznych w organizmie w procesie podobnym do metylacji. Ołów, rtęć, arsen i kadm to biochemiczne wampiry, przyczepiające się do podstawowych grup molekularnych i ingerujące w ich działanie, przez co blokują ich korzystny wpływ na odporność i metabolizm organizmu. Nawet jeśli uda się pozbyć tych związków z ciała, są one nadal szkodliwe dla organizmów wodnych i ekosystemów oceanicznych.

Naturalna chelatacja i pozbywanie się toksyn z organizmu

Świadomi konsumenci oczywiście są zainteresowani metodami pozbywania się metali ciężkich z organizmu. Najważniejszym krokiem, jaki można podjąć, jest zaprzestanie spożywania skażonej żywności. Kiedy wyeliminujemy to źródło toksyn, nasze organizmy w naturalny sposób, automatycznie pozbędą się z czasem toksyn, które zdążyły się odłożyć w organach i tkankach.

Jednak nawet proces pozbywania się metali ciężkich z organizmu może być toksyczny. Do najbardziej znanych metod zapobiegających temu stanowi rzeczy należy chelatacja (od greckiego słowa chele – szczypce), czyli wiązanie jonów metalu. Terapia ta polega na podawaniu czynników chelatujących, które wiążą się z metalami w celu łatwiejszego pozbycia się ich z ciała na drodze detoksykacji.

W trakcie procesu usuwania metali z organów i tkanek trafiają one do krwi, co może mieć toksyczny wpływ na organizm.

Jeśli proces ten przebiega zbyt szybko, stężenie metali ciężkich we krwi może się podnieść tak gwałtownie, że sama terapia okaże się toksyczna. Właśnie ze względu na to niebezpieczeństwo detoksykacja musi przebiegać pod okiem eksperta w zakresie chelatacji, naturopaty lub innego specjalisty medycyny holistycznej, dysponującego wieloletnim doświadczeniem w usuwaniu metali ciężkich z ciała.

Jeśli szukacie kogoś takiego, polecam skontaktować się z American College for Advancement in Medicine (ACAM), organizacji non profit, która działa na rzecz kształcenia lekarzy w duchu medycyny zintegrowanej, czyli takiej, która podchodzi do człowieka całościowo, uwzględniając zarówno umysł, jak i duszę. Model zdrowia wypracowany przez ACAM opiera się przede wszystkim na zapobieganiu chorobom, a nie na maskowaniu ich objawów za pomocą leków. Na stronie acam.org z łatwością znajdziecie wykwalifikowanego eksperta od chelatacji w waszej okolicy.

Zagadnienie usuwania poszczególnych metali ciężkich omówiono szerzej w rozdziałach poświęconych każdemu spośród tych pierwiastków. Należy jednak stale pamiętać o tym, że w detoksykacji najważniejsze jest usunięcie źródła skażenia. Bez tego nawet najagresywniejsza terapia oczyszczająca na niewiele się zda.

Metody chelatacji opierają się na naturalnym podobieństwie cząsteczek metalu do molekuł o konkretnym ładunku. Właściwości wiązań chemicznych otwierają drogę do pozbycia się szkodliwych substancji z organizmu. Nawet najlepsze chelatory mają oczywiście swoje ograniczenia. Nie ma terapii, która gwarantowałaby usunięcie jakiegokolwiek metalu z ciała w 100%. Zalecam szczególną ostrożność zwłaszcza w przypadku suplementów diety, które mają szybko doprowadzić do pozbycia się metali ciężkich z mózgu i innych tkanek ciała. Chociaż niektóre suplementy (takie jak doustnie przyjmowany kwas wersenowy [EDTA]) przynoszą pewne rezultaty, zwłaszcza jeżeli stosuje się je przez bardzo długi czas, obecnie na rynku dostępnych jest wiele wątpliwych kuracji oczyszczających, których działanie opiera się jedynie na pobożnym życzeniu. Niektóre z nich mogą być nawet groźne dla zdrowia.

Moim zdaniem nie powinno się poddawać jakiejkolwiek terapii detoksykującej bez wcześniejszej konsultacji z naturopatą.

ZEOLITY I METALE CIĘŻKIE

Ostrzegam przed sproszkowanymi zeolitami, sprzedawanymi jako środek mający usuwać metale ciężkie z organizmu. Wszystkie sproszkowane zeolity zawierają bardzo wysokie stężenie ołowiu – zazwyczaj rzędu 50 000×10-9, a czasem nawet więcej – a stężenie zawartego w nich aluminium jest kilkukrotnie wyższe. Odkryłem ostatnio, że sproszkowane zeolity są nieuczciwie sprzedawane jako suplement diety do codziennego stosowania; dystrybutorzy zalecają „codzienną detoksykację” przez spożywanie tych właśnie sproszkowanych minerałów, zawierających wysokie stężenia ołowiu i aluminium. Aby udowodnić skuteczność takiego suplementu, jedna z firm zamówiła badania kliniczne na niewielką skalę, podczas których badano stężenie toksycznych metali w moczu osób codziennie przyjmujących zeolity. Oczywiście stężenia ołowiu i aluminium w moczu tych osób były bardzo wysokie, ponieważ te właśnie pierwiastki występują w sproszkowanych zeolitach. Stąd wyciągnięto mylne wnioski, że zeolity usuwają metale ciężkie z organizmu.

Innymi słowy: ludzie, którzy spożywali ołów i aluminium, wydalali ołów i aluminium. Czy to powinno nas dziwić?

Co tu mówić o pseudonauce!

W warunkach klinicznych typowymi chelatorami dla ołowiu, arsenu i innych metali są: kwas mezo-2,3-dimerkaptobursztynowy (DMSA), dimerkaptopropanosulfon (DMPS) oraz 2,3-dimerkaprol (BAL). Często stosuje się je w połączeniu z witaminami i antyoksydantami o strukturze pozwalającej na efektywniejsze łączenie się z metalami przy równoczesnym wspomaganiu procesu metabolicznego. DMSA i DMPS są powszechnie używane w przypadku zatrucia ołowiem i arsenem, badania wykazały jednak, że są skuteczne w przypadku rtęci, do której usuwania stosuje się specjalnie skomponowane chelatory.

Oczywiście istnieją produkty spożywcze, które wykazują niejakie właściwości chelatacyjne. Stwierdzono, że kolendra, chlorella i cytryny dają pewne efekty w redukowaniu toksyczności metali ciężkich, a czosnek zmniejsza poziom stresu oksydacyjnego. Wiadomo również, że kwas cytrynowy, cysteina, kwas glutaminowy, kwas wersenowy (ETDA) oraz wyciąg z drożdży (skuteczny zwłaszcza jako środek ochronny przeciw toksyczności miedzi) wiążą i usuwają metale. (Należy jednak w tym miejscu nadmienić, że ekstrakt z drożdży to forma glutaminianu sodu, czyli ekscytotoksyny10).

Brak ruchu i pocenia się prowadzi do odkładania się metali ciężkich w organizmie

Specyfika mechanizmów wysiłkowych naszego ciała również odgrywa ważną rolę w detoksykacji. Badania wykazały, że pocąc się, usuwamy z organizmu znacznie większe ilości metali ciężkich niż przez mocz. Zwłaszcza ćwiczenia wytrzymałościowe oraz korzystanie z saun na podczerwień pozwala na wydalenie większej ilości toksyn przez pot niż przez mocz.

Fakt, że coraz więcej Amerykanów prowadzi siedzący tryb życia, w którym nie ma miejsca na żaden wysiłek – co sprawia też, że właściwie się nie pocą – wyjaśnia, dlaczego metale ciężkie w tak dużym stopniu odkładają się w ciałach osób otyłych. Badania z 2014 roku, opublikowane w „Mayo Clinic Proceedings”, a przeprowadzone przez Arnold School of Public Health, czyli jeden z wydziałów Uniwersytetu Karoliny Południowej, dowiodły, że otyli Amerykanie poświęcają na intensywny wysiłek mniej niż minutę dziennie.

Tak, mniej niż minutę dziennie. Badania te wykazały również, że sytuacja otyłych kobiet jest znacznie gorsza niż mężczyzn, ponieważ w c i ą g u r o k u spędzają one na aktywnym wysiłku mniej niż godzinę. Przy niemal zerowej aktywności fizycznej i braku wydalania z ciała metali ciężkich przez pocenie się pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy ich stężenie w organizmie osiągnie poziom krytyczny, przyczyniając się do powstania symptomów często diagnozowanych jako cukrzyca, rak, choroby serca, choroba Alzheimera bądź demencja.

Współcześni ludzie są, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, żywymi bombami pełnymi toksyn i szkodliwych chemikaliów, które gromadzą się w ich ciałach przez rutynową konsumpcję skażonych produktów czy używanie skażonych kosmetyków oraz przebywanie w zanieczyszczonym środowisku. Irracjonalne jest oczekiwanie na to, że państwo zadba o zdrowie swoich obywateli – lub nawet że będzie kontrolować koszty opieki zdrowotnej – dopóki ten trend nie ulegnie znaczącemu odwróceniu dzięki zmniejszeniu ilości metali ciężkich w naszych pożywieniu, kosmetykach oraz suplementach diety.

Inaczej mówiąc, FDA powinna robić dokładnie to, czym ja się zajmuję. Należy podjąć wysiłek na skalę całego państwa, aby poddać testom popularną żywność i inne produkty, które mogą zawierać metale ciężkie, takie jak ołów, kadm czy rtęć. Trzeba wprowadzić narodowe standardy oparte na rozsądnych dopuszczalnych limitach stężeń, a wysiłki osób, które dokładają wszelkich starań, aby uchylić rąbka tajemnicy przemysłu spożywczego, powinny się spotykać z uznaniem i pochwałą, a nie z próbami oczernienia.

Niewiele osób szczerze przejmuje się jakością jedzenia codziennie konsumowanego przez rzesze Amerykanów. Ta garstka spośród nas, która jest skłonna poświęcać swój czas i swoje pieniądze, aby podjąć wysiłek testowania żywności na obecność toksyn przyczyniających się do epidemii chorób pustoszących świat, to pionierzy ruchu zdrowej, czystej żywności. Dzięki narzędziom współczesnej nauki dajemy konsumentom wgląd w to, co jedzą, piją i czym smarują swoją skórę. Tej właśnie jasnej i przejrzystej sytuacji obawia się przemysł spożywczy, ponieważ im dokładniej klienci będą mogli się przyjrzeć stosowanym przez siebie produktom, z tym większym uporem mogą zacząć zadawać istotne pytania, jak na przykład: „Hej, dlaczego n i k t nie testuje tego proszku białkowego na zawartość ołowiu?”.

METALE CIĘŻKIE: TABELE LIMITÓW MIĘDZYNARODOWYCH

PIERWIASTKI

EPAa

FDAb

USPc

WHOd/FAOe

Woda pitna

Limit

spożycia doustnego

Żywność

mg/l

(jeśli nie podano inaczej)

n×10-6

Aluminium

50–200 µg/l

-

5000

-

Arsen

(nieorganiczny)

0,01

Sok jabłkowy:

10×10-9

1,5

PTWIf

15 µg/kg masy ciała

Cyna

-

-

3000

PTWI

14 mg/kg masy ciała

Kadm

0,005

Barwniki spożywcze:

15×10-6

2,5

PTMIg

25 µg/kg masy ciała

Miedź

1,3

-

50

-

Ołów

0,015

TDIh

75 µg/dzień

1

Poprzednie limity zostały wycofane w 2011 roku

0,015

Woda butelkowana:

5 µg/l

1

0,015

Cukierki: 0,1×10-6

1

0,015

Soki owocowe:

50×10-9

1

Rtęć

0,002

Niezwiązana:

1×10-6

1,5

PTWI

1,6 µg/kg masy ciała

0,002

1,5

PIERWIASTKI

WHOd/FAOe

EUi

EUi

CA Prop 65k

Woda

Dyrektywa unijna

1881/2006

EFSAl

CONTAMm

mg/kg mokrej masy

TWIn

Aluminium

100–200 µg/l

-

-

-

Arsen

(nieorganiczny)

10 µg/l

-

Nie wyznaczono limitów z powodu niedostatecznych danych

Dzienne spożycie 10 µg

Cyna

-

50–200

-

-

Kadm

3 µg/l

0,05–3,0

2,5 µg/kg masy ciała

Dziennne spożycie 4,1 µg

Miedź

2000 µg/l

-

-

-

Ołów

10 µg/l

0,02–3,0

Wcześniejsze limity wycofane w 2013 roku

Dzienne spożycie 0,5 µg

Rtęć

Nieorganiczna:

6 µg/l

0–1,0

Nieorganiczna:

4 µg/kg masy ciała

Dzienne spożycie 0,3 µg

Metylortęć:

1,3 µg/kg masy ciała

a Environmental Protection Agency (Agencja Ochrony Środowiska)

b Food and Drug Administration (Agencja Żywności i Leków)

c U.S. Pharmacopeial Convention11

d Word Health Organization (Światowa Organizacja Zdrowia)

e Food and Agriculture Organization of the United Nations (Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa)

f PTWI (provisional tolerable weekly intake) – tymczasowe tolerowane tygodniowe pobranie [przyp. red.].

g PTMI (provisional tolerable monthly intake) – tymczasowe tolerowane miesięczne pobranie [przyp. red.].

h TDI (total daily intake)– dopuszczalne dzienne spożycie [przyp. red.].

i European Union (Unia Europejska)

k Ustawa Proposition 65

l European Food Safety Authority (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności)

m The Panel on Contaminants in the Food Chain (Panel ds. Zanieczyszczeń w Łańcuchu Żywnościowym)

n TWI (total weekly intake) – dopuszczalne tygodniowe spożycie [przyp. red.].

33

As

Arsen

74,922

ARSEN (As)

Liczba atomowa: 33

Grupa 15: azotowce

Samo wspomnienie arsenu, a zwłaszcza jego tlenku – arszeniku – przywodzi na myśl niechlubną rolę odgrywaną przez ten pierwiastek jako składnik trucizny wykorzystywanej do zabójstw, często podyktowanych namiętnością, zazdrością lub pragnieniem władzy. To zastosowanie, znane tak dobrze dzięki literaturze, również tej opisującej niesławne zbrodnie z minionych wieków, jest aktualne do dziś.

Jednak w dzisiejszych czasach działanie tego pierwiastka ma charakter przede wszystkim długofalowy – jest to substancja toksyczna odkładająca się w wodzie, jedzeniu i powietrzu, co – w przeciwieństwie do celowego otrucia – umyka naszej uwadze. Arsen nie zawsze zabija szybko. Jest znanym czynnikiem karcynogennym łączonym z powstawaniem nowotworów skóry, płuc, pęcherza moczowego, nerek i układu pokarmowego, układu limfatycznego oraz krwiotwórczego u ludzi i zwierząt. Negatywny wpływ arsenu na zdrowie człowieka został szeroko udokumentowany; do efektów jego oddziaływania zalicza się: cukrzycę, choroby serca i układu krążenia, schorzenia układu oddechowego, zaburzenia funkcji układu nerwowego, a nawet depresję. Toksyczność arsenu ma również wpływ na śmiertelność niemowląt i problemy rozwojowe.

Warto wiedzieć, że arsen występuje w dwóch formach: organicznej i nieorganicznej. Definiowane przez wiązania z węglem i wodorem, organiczne formy arsenu są uznawane w dużej mierze za nieszkodliwe. Nieorganiczne formy tego pierwiastka, powszechnie wykorzystywane w przemyśle, zazwyczaj wiążą się z tlenem, siarką czy chlorem i to one wywołują zatrucia oraz nowotwory. Należą do nich na przykład tritlenek diarsenu, lepiej znany jako arszenik (chętnie stosowany jako konserwant do drewna, który znajduje również zastosowanie w medycynie), oraz pestycydy. Arsenian ołowiu, arsenian wapnia, zieleń paryska (sól podwójna kwasu octowego, kwasu metaarsenowego(III) i miedzi) i arsenian sodowy to wszystko pestycydy na bazie arsenu nieorganicznego.

Arsen w wodzie pitnej

Skażenie arsenem studni z wodą pitną na całym świecie jest katastrofalnym problemem, z którym zmaga się ponad 137 milionów ludzi, narażonych codziennie na stężenia tego pierwiastka w wodzie przekraczające 10×10-9, czyli dopuszczalną normę ustaloną przez WHO i EPA. Badania geologiczne prowadzone przez Petera Ravenscrofta z Uniwersytetu Cambridge udowodniły dodatkowo, że około 57 milionów ludzi pije wodę, w której stężenie arsenu jest wyższe niż 50×10-9 – co sprawia, że są obarczeni poważnym ryzykiem nowotworów i innych chorób.

Najgorsza pod tym względem jest sytuacja w Bangladeszu oraz w Bengalu Zachodnim, przyległym stanie indyjskim, gdzie ponad połowa populacji korzysta ze skażonych źródeł, ponieważ studnie rurowe wybudowane za pieniądze z Zachodu wskutek tragicznego zbiegu okoliczności czerpią wodę ze zbiorników zanieczyszczonych arsenem. Z tego powodu ponad 27 milionów mieszkańców Bangladeszu pije wodę, w której stężenie arsenu przekracza 50×10-9, a w Bengalu Zachodnim i kilku innych stanach indyjskich na kontakt z tym pierwiastkiem w toksycznych stężeniach narażonych jest łącznie 11 milionów ludzi.

Ponad 80 milionów mieszkańców tego regionu pije wodę, w której zawartość arsenu przekracza 10×10-9. Bangladesz uważa się za „największą katastrofę arsenową na świecie”, ponieważ 59 z 64 jego dystryktów jest dotkniętych problemem skażenia arsenem. Długotrwała styczność z tym pierwiastkiem prowadzi do zatrucia, które zazwyczaj można stwierdzić na podstawie widocznych zmian na skórze. Inne symptomy to: odwodnienie, bóle brzucha, wymioty, biegunka, ciemne zabarwienie moczu, utrata przytomności, zawroty głowy, wstrząs i w końcu śmierć.

Prowadzone w Bangladeszu badania potwierdziły również związek między wysokim stężeniem arsenu a anemią, czyli stanem charakteryzującym się zbyt małą liczbą czerwonych krwinek, w efekcie którego do tkanek i komórek ciała trafia niewystarczająca ilość tlenu.

Problem z podwyższonym poziomem arszeniku w wodzie pitnej jest obecny również w innych częściach świata. Ponad 5,6 miliona Chińczyków i – co zdumiewające – 3 miliony Amerykanów piją wodę silnie skażoną tym niebezpiecznym pierwiastkiem. Kilka kolejnych milionów podobnych przypadków stwierdza się w południowo-zachodniej Azji, rejonie Pacyfiku, Rosji, Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie i wielu innych miejscach.

Chociaż nikt nie reguluje zawartości arsenu w strumieniach, jeziorach czy wodach gruntowych, EPA wyznaczyła górną granicę jego stężenia w wodzie pitnej pochodzącej z publicznych sieci zaopatrywania na 10×10-9. Mimo to kilka tysięcy regionów wodnych w USA nadal odnotowuje znacznie wyższe wartości.

Arsen w łańcuchu żywieniowym i biosferze

Arsen dogłębnie skaził nasz łańcuch żywieniowy oraz środowisko. Długotrwały kontakt ze związkami tego pierwiastka w jedzeniu – nawet w małych dawkach rozłożonych w czasie – został ponad wszelką wątpliwość powiązany z przypadkami raka, zwłaszcza skóry, wątroby, pęcherza moczowego i płuc.

Zdolność arsenu nieorganicznego do niszczenia i zabijania sprawiła, że jest ważnym i szeroko rozpowszechnionym składnikiem pestycydów, jak również konserwantem do drewna oraz insektycydem. Konsekwencją nagminnego stosowania arsenu w rolnictwie jest przenikanie tego pierwiastka do gleby i skażanie środowiska na każdym wyobrażalnym poziomie, co oznacza ostateczne zatrucie światowej żywności.

Oprócz związków arsenu organicznego, które często można znaleźć w małych ilościach w wielu produktach spożywczych, znaczna ilość plonów w Ameryce i na całym świecie została skażona arsenem nieorganicznym. Źródłem największego zagrożenia są te związki arsenu nieorganicznego, które przedostają się do gleby w wyniku stosowania pestycydów, nawozów sztucznych, jako odpady przemysłowe oraz – co ma większe znaczenie, niż się powszechnie uważa – w wyniku obróbki drewna.

Arsen jako pestycyd

Przed wynalezieniem dichlorodifenylotrichloroetanu (DDT) arsenian ołowiu – zabójcze połączenie dwóch metali ciężkich, arsenu i ołowiu – był jednym z najpowszechniej używanych pestycydów w rolnictwie pierwszej połowy XX wieku. Razem z innymi opartymi na arsenie środkami, takimi jak arsenian wapnia czy zieleń paryska, używano go w postaci preparatów na mole i inne szkodniki, zwłaszcza w sadach owocowych (przede wszystkim jabłoniowych) i na uprawach bawełny, mimo że skutki jego działania uznano oficjalnie za niepokojące już w 1919 roku. Kilka innych odmian organicznego i nieorganicznego arsenu stosowano jako składniki preparatów na komary oraz jako insektycydy, środki gryzoniobójcze i herbicydy, które rozpylano nawet na przydomowych trawnikach.

Co więcej, w kilku nawozach zawierających fosfor i mikroelementy – nawet te przeznaczone dla rolnictwa organicznego – wykryto podniesione stężenia arsenu i innych metali ciężkich zanieczyszczających glebę.

Pierwszy wyczerpujący raport EPA dotyczący pestycydów opartych na arsenie, opublikowany w 1972 roku, wymienia liczne związki, ich znane zastosowania i związane z nimi zagrożenia. W tym zestawieniu znalazły się: arsenian ołowiu, zieleń paryska, arsenian wapnia, arsenian miedzi, arsenian amoniaku, kwas arsenowy, pentatlenek diarsenu, tritlenek diarsenu, arszenik, arsenian sodu i arsenian potasu, jak również kilka szkodliwych organicznych mieszanek zawierających arsen stosowanych przy produkcji pestycydów, w tym kwas kakodylowy.

Według EPA, mimo że w powojennym rolnictwie arsenian ołowiu w znacznej mierze zastąpiono DDT, pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęto go stosować ponownie, po wprowadzeniu regulacji federalnych ściśle ograniczających użycie DDT i innych pestycydów chloroorganicznych. Do 1969 roku roczna produkcja arszeniku wzrosła do 66 tysięcy ton. W tym samym czasie produkowano również blisko tysiąc ton arsenianiu wapnia i niemal 2 tysiące ton arsenianu ołowiu na potrzeby przemysłu.

Pestycydy te były używane do kontrolowania populacji moli, żuków i innych szkodników, zwłaszcza w sadach, w latach 1890–1940. Arsenian ołowiu był rozpylany bezpośrednio na owoce: jabłka, morele, wiśnie, brzoskwinie, gruszki, śliwki, nektarynki, pigwy i winogrona.

Arsenian wapnia stosowano często w uprawie szparaga, fasoli, jeżyny, jagody, malinojeżyny, brokułu, brukselki, kapusty, marchwi, kalafiora, selera, kukurydzy, ogórka, bakłażanu, jarmużu, kalarepy, melona, papryki, dyni, maliny, brukwi, szpinaku i kabaczka – dopóki w 1988 roku EPA nie cofnęła zezwolenia na jego produkcję. Krok ten był podyktowany odkryciem, że pestycydy wiążą się z ryzykiem zachorowań na raka wśród rolników i są silnie toksyczne dla konsumentów.

Tymi specyfikami opryskiwano nie tylko żywność, ale również uprawy bawełny ciągnące się przez setki tysięcy hektarów na terenach Teksasu i Oklahomy. W tej gałęzi rolnictwa stosowano głównie kwas arsenowy, który skaził tamtejszą glebę aż do poziomu 830×10-6.

Według EPA wielu przepytywanych farmerów twierdziło, że ich drzewa miały krótszą żywotność i że ich pola nie nadawały się do uprawy roślin pastewnych sadzonych na nich zamiennie, co jedynie potwierdziło negatywne skutki skażenia gleby arsenem. Najintensywniejsze opryski przeprowadzano w celu ochrony przed pewną odmianą stonki atakującej zwłaszcza morele, brzoskwinie i pigwy. Przez całe dziesięciolecia stosowano na tych roślinach roztwór 2–3 kg arsenianu ołowiu w niecałych 400 l wody. Również winogrona opryskiwano jednym z najsilniejszych roztworów arsenu, przy użyciu fungicydu arsenianu sodu. Przeciętna dawka 3,75–10 kg/ha była stosowana między innymi w celu ochrony przed wywoływaną przez grzyby guzowatością korzeni.

Chociaż arsen zawarty w pestycydach przekształca się w inne formy dzięki kwasom obecnym w mikroorganizmach, naukowcy odkryli, że ponad 20% toksyn pozostaje w glebie w s w o j e j p i e r w o t n e j p o s t a c i jeszcze całe dziesięciolecia później, nawet tam, gdzie opryski były pojedyncze i powierzchniowe. Odkryto również, że ponad 55% arszeniku, którym opryskiwano pola w latach pięćdziesiątych minionego wieku, nieodwracalnie przeniknęło do gleby i wód gruntowych.

Wszystkie te zabiegi przyczyniły się do odłożenia się znacznej ilości metali ciężkich w glebie, w której trwają w swojej pierwotnej formie nawet całe dekady po tym, jak zaprzestano użytku określonych substancji lub zostały one zabronione, a zatrważające dla naszego zdrowia skutki tych działań utrzymują się po dziś dzień.

Ken Rudo, który przez ponad 24 lata pracował jako stanowy toksykolog dla Wydziału Zdrowia Publicznego w Północnej Karolinie, potwierdził, że związki arsenu nadal tkwią w glebie, stanowiąc poważne zagrożenie. „Te chemikalia mają w ziemi niezwykle długi okres rozpadu”, napisał Rudo w stanowym raporcie dla EPA. Powszechne używanie arsenianu ołowiu zdecydowanie utrudnia rekultywację gleby, zwłaszcza że arsen przenika do głębszych jej warstw znacznie szybciej niż chociażby ołów.

Badania gleby w skażonych arsenem i ołowiem sadach w Massachussetts wykazały, że ołów i arsen „mocno” wiążą się z kwasami humusowymi.

W badaniach przeprowadzonych na Tajwanie stwierdzono istotny związek między geograficznym nagromadzeniem metali ciężkich, takich jak arsen i nikiel, a występowaniem raka jamy ustnej u pacjentów, którzy palili lub żuli betel quid (mieszankę liści betelu, orzecha palmy betelowej i wodorotlenku wapnia). Okazało się, że nowotwory i inne choroby występowały częściej tam, gdzie gleba była skażona tymi metalami.

TOKSYCZNE PIERWIASTKI W NAWOZACH

Powszechna zawartość metali ciężkich w większości nawozów stosowanych obecnie w rolnictwie stanowi ogromny problem wiążący się z bioakumulacją toksyn w plonach, ciałach zwierząt i ludzi oraz całym łańcuchu pokarmowym.

Naturalnie występujące pierwiastki i metale ciężkie (w tym rtęć, ołów, kadm i arsen) często towarzyszą najbardziej poszukiwanym przez ludzi zasobom. Oznacza to, że za sprawą wydobywania i przetwarzania tych rud na powierzchnię naszej planety wydostaje się zagrożenie, które w innym przypadku pozostawałoby głęboko pod ziemią.

Tak jest w przypadku fosforu, który – wraz z azotem i potasem – stanowi jeden z podstawowych makroelementów stosowanych w nawozach sztucznych. Rudy fosforu zazwyczaj zawierają kadm w wysokim stężeniu, dochodzącym nawet do 300 mg/kg – największe jego nagromadzenie znajduje się w skałach osadowych. W rudach fosforu nie brakuje również ołowiu, niklu i miedzi.

Ponieważ fosfor jest stosowany głównie jako składnik nawozów, jego zanieczyszczenie kadmem oznacza, że również spora ilość tego pierwiastka przedostaje się do gleby, narażając ludzi na częsty kontakt z tym znanym czynnikiem karcynogennym i toksyną, zwłaszcza przez spożywane jedzenie i wdychany dym tytoniowy.

Mimo że nawozy fosforowe przyczyniają się w bardzo dużym stopniu do skażenia gleby metalami ciężkimi, to jest jeszcze większy winowajca w tym zakresie. Wiele osób może zdziwić, że jako nawozy wykorzystuje się odpady poprodukcyjne i szlam ściekowy, które w ten sposób stają się znaczącym źródłem przenikania metali ciężkich oraz toksyn do gleby w stopniu niemożliwym w przypadku innego rodzaju nawozów.

Zgoda EPA na sprzedawanie szlamu ściekowego

Mokrą, zbitą masę, jaką tworzą odpady poprodukcyjne i komunalne, od dawna określa się mianem szlamu ściekowego. Kilkadziesiąt lat temu powszechną praktyką w dużych ośrodkach miejskich było wyrzucanie tego typu odpadów do oceanu lub cieków wodnych, dopóki EPA nie zakazała tego w 1992 roku.

W połowie lat dziewięćdziesiątych dwie lobbujące grupy – U.S. Composting Council (USCC) i Water Environment Federation (WEF) – połączyły siły z EPA, zachęcając do stosowania szlamu ściekowego jako bezpiecznego, efektywnego i taniego nawozu pod zmienioną nazwą „stałych odpadów organicznych”. Wiele agencji promowało to rozwiązanie jako bezpieczny sposób pozbycia się odpadów komunalnych przy jednoczesnym wytworzeniu istotnego rynku produktów ubocznych.

W 1997 roku EPA oświadczyła, że jej „długoterminowa polityka zachęca do dobroczynnego recyklingu odpadów przemysłowych, w tym niebezpiecznych, w przypadku gdy mogą one stanowić bezpieczne i efektywne zamienniki dla surowców”.

Badania nad biodostępnością kadmu i odkładaniem się tego pierwiastka w ziemi wykazały, że podczas gdy stałe nawożenie nawozami z fosforem zwiększa zawartość kadmu w glebie, wzrost ten jest znacznie mniejszy niż zaobserwowany w miejscach, gdzie jako nawozu użyto szlamu ściekowego – zarówno jeśli chodzi o odkładanie się tego pierwiastka w glebie, jak i biodostępność w botwinie czy innych roślinach.

Zawartość metali ciężkich w organicznych odpadach stałych stanowi szczególny powód do zmartwienia, ponieważ toksyczne pierwiastki, często obecne w żywności, wodzie pitnej oraz lekach, występują tam w dużym stężeniu, a stosuje się je przecież jako nawozy. Nie rozkładają się w glebie, przyczyniając się do wzrostu toksyczności płodów ziemi.

Organiczne odpady stałe ze szlamu ściekowego mogą zawierać szczególnie wysokie stężenia metali ciężkich, takich jak ołów, kadm, rtęć, arsen, nikiel, miedź, aluminium i cyna.

W lutym 2016 roku nabyłem torbę kompostu Dillo Dirt, produkowanego w Austin w Teksasie, i przetestowałem go na obecność metali ciężkich przy użyciu ICP-MS. Dillo Dirt to skompostowane odpady pochodzenia ludzkiego, chętnie kupowane przez architektów krajobrazu i ogrodników do użytku na trawnikach i w ogródkach. Mimo że na opakowaniu niewielkimi literami napisano, że nie należy stosować tego produktu w uprawie roślin jadalnych, w sklepach znajduje się on na półkach z kompostem ogrodowym (poza tym nikt nie czyta informacji zamieszczonych małym drukiem na torbie kompostu).

Jak łatwo się domyślić, moje badania wykazały, że Dillo Dirt jest silnie skażony każdym toksycznym pierwiastkiem, na którego obecność był testowany: ołowiem, rtęcią, kadmem, arsenem i miedzią. Analiza pod kątem chemii organicznej, przeprowadzona przez mojego znajomego przy użyciu LC-MS, wykazała również szokująco wysokie stężenie chemicznych fungicydów w produkcie, który ma być przecież kompostem.

Rtęć używana w plombach dentystycznych jest znaczącym źródłem koncentracji tego pierwiastka i skażenia nim środowiska jako odpadem organicznym, ponieważ przez dziesięciolecia w większości gabinetów stomatologicznych odpadki wylewano po prostu do zlewu.

Według szacunków WHO ponad jedna trzecia odpadów rtęci znajdująca się w organicznych odpadach stałych pochodzi właśnie z wyrzuconych wypełnień dentystycznych. Co więcej, wiele metod, które miały na celu oddzielenie rtęci dentystycznej od ścieków, okazało się nieskutecznych.

Kiedy rtęć trafia do cieków wodnych, obojętnie, czy została wyrzucona bezpośrednio do wód gruntowych, jezior i strumieni, czy też trafiła tam pośrednio, spływając z gleby zanieczyszczonej nawozem ze szlamu ściekowego, bakterie siarkowe przetwarzają ją na metylortęć, która odkłada się w rybach i owocach morza, trafiając w końcu do ludzi (więcej informacji znajduje się w podrozdziale Metylortęć w rybach).

Stałe odpady organiczne są w coraz większym stopniu produkowane i sprzedawane w większości amerykańskich miast i coraz częściej stosuje się je jako tani nawóz pod uprawę żywności dla ludzi i zwierząt12. Wynika stąd wiele niebezpieczeństw, takich jak wprowadzanie do łańcucha pokarmowego skoncentrowanych metali ciężkich oraz odpadów farmaceutycznych, przemysłowych, medycznych, antybiotyków, jak również patogenów, wirusów i bakterii (w tym odpornych na antybiotyki).

W 1981 roku na Cornell University powstał raport zatytułowany Organiczne toksyny i patogeny w szlamie ściekowym i ich wpływ na środowisko. W opracowaniu tym wymienia się ponad 60 tysięcy toksycznych substancji i związków chemicznych, których obecność jest niepokojąca. W 1988 roku EPA przeprowadziła narodowe badanie szlamu ściekowego, identyfikując 400 substancji zanieczyszczających, które zazwyczaj się w nim znajdują, a które stanowią zagrożenie dla życia w mieście. W 2001 roku EPA zaczęła monitorować stężenia rakotwórczych dioksyn i podobnych związków występujących w szlamie. Możliwe interakcje ani zwiększenie ilości tych toksycznych elementów nie zostały jeszcze należycie zbadane, ale już dziś wiadomo, że stanowią one poważne zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa publicznego.

Odpady pochodzące z żywienia zwierząt oraz odchody zwierzęce także stanowią źródło skażenia metalami ciężkimi.

Arsen był przez dziesięciolecia dodawany do paszy kurczaków hodowanych na mięso, a także świń, indyków i innych zwierząt, by stymulować ich wzrost. Odchody tych zwierząt były traktowane jako tani nawóz, którego w innym wypadku należałoby się pozbywać w kosztowny sposób.

Używane jako bionawozy odchody krów i świń hodowanych w gospodarstwach przemysłowych zawierają wysokie stężenia metali ciężkich i toksyn.

W Chinach sytuacja stała się wyjątkowo trudna, ponieważ takie nawożenie doprowadziło do odkładania się znacznych ilości miedzi, arsenu i cynku w środowisku. Największym źródłem skażenia gleby w Chinach są nawozy, w Stanach Zjednoczonych kurze odchody – to ze względu na dodawanie arsenu do pasz tych zwierząt.

Wykorzystywanie odchodów zwierzęcych i ludzkich jest praktykowane od zawsze, ale nigdy wcześniej nie niosło ze sobą tak wielu zagrożeń.

Poprzez odchody bydlęce do gleby trafiają takie zanieczyszczenia jak antybiotyki, farmaceutyki, hormony, setki typów bakterii, które powodują dodatkowe zagrożenia (więcej informacji w rozdziale Zanieczyszczenia pochodzące z karmienia zwierząt). Wielu krytyków sposobu żywienia trzody chlewnej uważa, że właśnie odchody powstałe w jego rezultacie są źródłem pojawiających się w całym kraju ognisk bakterii E. coli.

Konserwacja drewna arsenem

Około 90% arsenu wytwarzanego na potrzeby przemysłu znajduje zastosowanie w połączeniu z chromem i miedzią jako konserwant do drewna (chromated copper arsenate, CCA). Mimo że obecnie środek ten został wycofany, nadal jest obecny w istniejącej infrastrukturze. Ten związek był używany, aby zapobiegać gniciu drewna, jak również jako insektycyd, chroniący przed termitami, mrówkami i innymi szkodnikami.

Konserwowane arsenem drewno było powszechnie wykorzystywane jako materiał na słupy telegraficzne, ogrodzenia wokół domów i miejsc pracy. Obecnie federalna ustawa regulująca stosowanie insektycydów, fungicydów i środków gryzoniobójczych zabrania używania drewna konserwowanego CCA na terenie zamieszkanym, ale dziesięciolecia powszechnego wykorzystywania tego środka odcisnęły trwały ślad na środowisku.

EPA przestrzega rodziców, aby nie pozwalali swoim dzieciom bawić się na patiach czy werandach, które zostały zbudowane z drewna konserwowanego w ten sposób, ani nawet przebywać w ich pobliżu, ponieważ ten silnie trujący związek arsenu ma właściwość przesiąkania do gleby oraz do cieków wodnych.

Co gorsza, CCA może zawierać również tlenek chromu (VI), znany jako chrom sześciowartościowy, pierwiastek, który sprawił, że po skażeniu przemysłowym w Hickney w Kalifornii zachorowało wiele osób (wydarzenia te zostały przedstawione w opartym na faktach filmie Erin Brockovich z Julią Roberts w roli tytułowej). Sześciowartościowy chrom przenika do środowiska na większą skalę niż arsen i jest uznawany za genotoksyczny czynnik rakotwórczy, co znaczy, że wywołuje nowotwory i niszczy strukturę DNA.

Skażone są płoty, słupy elektryczne, stoły piknikowe i place zabaw. W nawiązaniu do dobrowolnego wycofywania CCA przez przemysł drzewny EPA postanowiła również „skupić się na dzieciach” i zająć się „potencjalnym narażeniem dzieci przebywających na placach zabaw na kontakt z wyposażeniem zbudowanym z drewna zabezpieczonego przy użyciu CCA”, przy równoczesnym poszukiwaniu rozwiązań, jak poradzić sobie z niezliczonymi konstrukcjami wzniesionymi z elementów nasączonych tą szkodliwą substancją,

Testy, które przeprowadzono na terenach zlokalizowanych wokół słupów elektrycznych zbudowanych z drewna zakonserwowanego CCA, wykazały wysokie stężenie arseninów i arsenianów w glebie.

Niektóre metody łagodzenia skutków ubocznych pozwoliły na skuteczne przekształcenie nieorganicznego arszeniku w mniej szkodliwy pięciowartościowy arsenian, ta forma pierwiastka niesie jednak odrębne zagrożenia, konkurując z fosforem w ciele człowieka, i są dowody na to, że może prowadzić do upośledzenia kluczowych funkcji życiowych.

Od 1972 roku EPA zdawała sobie sprawę z toksyczności konserwacji drewna za pomocą kwasu arsenowego, pentatlenku diarsenu, arsenianu sodu i innych związków arsenu, agencja uznała jednak, że brak możliwości ich stosowania doprowadzi do katastrofy narodowej, i dlatego zadecydowała o nieprzedstawianiu ich realnego wpływu na środowisko.

Arsen w żywności

Paradoksalnie to arszenik ponad 100 lat temu pomógł wytyczyć drogę nowoczesnym reformom i poprawić jakość jedzenia. W 1858 roku w Bradford w Anglii miały miejsce wydarzenia, które zaowocowały uchwaleniem Pharmacy Act13 w roku 1868. Pracownik cukierni pomylił się i przypadkowo dodał niemal 5,5 kg arszeniku do słodyczy. Mimo że kilka doświadczonych osób stwierdziło, że łakocie wyglądały inaczej niż zazwyczaj, słodycze zostały sprzedane, tylko po niższej cenie. W efekcie zmarło ponad 20 osób, a 200 uległo poważnemu zatruciu. Ta przypadkowa tragedia sprawiła, że wdrożono regulacje prawne, według których obniżanie jakości jedzenia stało się poważnym wykroczeniem.

Chociaż wiele opartych na arsenie pestycydów zostało zakazanych i mocno ograniczono też jego przemysłowe użycie, obecność tego pierwiastka w glebie skaziła jedzenie w wielu miejscach na ziemi. Nawet niskie stężenie arsenu jest rakotwórcze, jeśli kontakt z toksyną jest stały.

Ten problem jest jeszcze poważniejszy, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość żywności sprowadzanej z Chin i innych krajów, gdzie nie obowiązują żadne normy środowiskowe.

Największa ilość arszeniku znajduje się w rybach, skorupiakach i glonach. CDC informują, że „biologiczny okres połowicznego rozpadu [organicznego] arsenu spożywanego przez ludzi w rybach szacuje się na mniej niż 20 godzin, mocz oczyszcza się zupełnie w ciągu 48 godzin”. Większość naukowców uważa związki arsenu organicznego za nieszkodliwe, w przeciwieństwie do form nieorganicznych. Z powodu tej różnicy kluczowe pytanie, na które szukamy odpowiedzi w naszym laboratorium, dotyczy stosunku arsenu organicznego do nieorganicznego w produktach morskich i oceanicznych. Na przykład wiele glonów i alg przeznaczonych przez sprzedawców do spożycia przez ludzi zawiera bardzo wysokie stężenie arsenu. Jeśli jednak jest to jego odmiana organiczna, nie wynika stąd zagrożenie dla zdrowia konsumentów.

KATASTROFALNE TOKSYCZNE SKAŻENIE CHIN: W CHINACH

„NIE MA MOŻLIWOŚCI HODOWANIA W PEŁNI ORGANICZNEJ ŻYWNOŚCI”

Chiny są największym światowym eksporterem, mają też najwyższą emisję zanieczyszczeń węglowych na świecie. Podczas gdy w Ameryce zanieczyszczenie jest tematem dyskusji prowadzonych przez organizacje rządowe oraz pojawia się w wiadomościach jako ważny, choć abstrakcyjny problem, sytuacja środowiska w Chinach jest tak dramatyczna, że toksyczny smog od czasu do czasu powoduje wyłączanie z użytku dróg i mostów, a także szkół publicznych.

W grudniu 2013 roku, kiedy skażenie powietrza w Szanghaju osiągnęło poziom tak zawrotny, że widoczność była ograniczona do 20 metrów, wydano ostrzeżenia zdrowotne. Zawartość niebezpiecznych cząstek stałych w powietrzu była tak duża, że zdecydowanie przekroczyła najwyższe amerykańskie normy, skłaniając władze do odwołania zajęć w szkołach przez kolejne siedem dni i wstrzymania setek lotów. W tym samym miesiącu chiński wiceminister ziemi i zasobów poinformował, że ponad 3,3 miliona hektarów ziemi uprawnej w tym kraju jest zbyt skażonych, aby można było ją uprawiać.

Niestety zagrażające zdrowiu ludzkiemu zanieczyszczenie powietrza jest w Chinach na porządku dziennym. Media nadały temu zjawisku nawet nazwę airpocalypse („apokalipsa powietrzna”). Skażenie środowiska sprawiło, że rzeki w Chinach zaczęły „krwawić”. W 2011 roku mieszkańcy północnej chińskiej prowincji Henan wpadli w panikę, kiedy okazało się, że wody rzeki Jian stały się krwistoczerwone. Okazało się, że za ten przerażający widok odpowiedzialna była nielegalna fabryka, wylewająca czerwony barwnik do studzienek burzowych. Kiedy w 2012 roku wody Jangcy, trzeciej najdłuższej rzeki na świecie, przybrały mętną czerwoną barwę, również podejrzewano, że przyczyną jest nielegalne zlewanie do niej sztucznych barwników.

Gdy na początku 2013 roku zaoferowano Bao Zhemingowi, głównemu inspektorowi ochrony środowiska w Pekinie, ponad 2 tysiące funtów za dwudziestominutową kąpiel w lokalnej rzece skażonej wszystkimi możliwymi pierwiastkami, ten odmówił. Najnowsze badania chińskiego rządu wykazują, że ponad 90% wody pitnej w chińskich miastach jest skażone. Co więcej, po dziesięcioleciach uporczywego zanieczyszczania środowiska Chiny przyznały, że faktycznie istnieją „rakowe wioski”, w których w każdym domu jakaś osoba umiera z powodu nowotworu. W maju 2013 roku testy rządowe potwierdziły, że ponad połowa ryżu sprzedawanego w mieście Guangzhou (Kanton) była skażona toksyczną ilością kadmu.

Problem zanieczyszczenia w Chinach osiągnął poziom tak zatrważający, że rząd tego państwa próbował zakazać przedstawicielom zagranicznych ambasad przekazywania na zewnątrz informacji o skażeniu i jakości powietrza w największych miastach, chcąc ukryć dramatyczną prawdę przed resztą świata.

Wystarczająco straszne jest, że Chińczycy żyją w tak złych warunkach, jednak globalizacja zasobów żywnościowych sprawia, że to, co wydaje się problemem danego państwa, stopniowo staje się problemem całego świata. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że duża część żywności jest produkowana właśnie w Chinach. Według szacunków USDA Chiny są trzecim największym importerem żywności do Stanów Zjednoczonych. Jako przykład wystarczy podać, że zdaniem organizacji broniącej praw konsumenta Food & Water Watch 78% tilapii i 70% soku jabłkowego, które Amerykanie spożyli w 2009 roku, pochodziło właśnie z Państwa Środka.

W tym samym roku USDA opublikował raport dotyczący bezpieczeństwa towarów importowanych z Chin. Agencja zaznaczyła, że FDA wielokrotnie nie wyrażała zgody na import tych produktów nie tylko ze względu na skażenie środowiska w Chinach, ale również z powodu braku odpowiednich standardów bezpieczeństwa, szkodliwych dodatków do żywności, braku oznakowania, zanieczyszczenia odpadami medycznymi oraz powtarzających się problemów z „brudem”. Jednak – na co zwraca uwagę Food & Water Watch – FDA sprawdza pod względem bezpieczeństwa mniej niż 2% żywności importowanej z Chin. Wiele z tych towarów, które podlegają inspekcji, nie spełnia wymogów i jest odsyłanych. Tylko w 2012 roku FDA zatrzymała 260 ładunków żywności sprowadzonej z Chin z powodu poważnego skażenia pestycydami czy bakteriami i/lub zanieczyszczenia.

Ciągły brak nadzoru, inspekcji w Chinach oraz nienaciskanie na wprowadzenie tam stosownych regulacji powoduje, że w Ameryce i innych państwach dochodzi do epidemii chorób spowodowanych przez skażoną żywność, jak również do śmierci ludzi i zwierząt. Być może najbardziej znany we współczesnej historii jest skandal, jaki wybuchł w 2008 roku, dotyczący skażenia chińskiego mleka w proszku dla niemowląt melaminą, które spowodowało, że około 300 tysięcy chińskich dzieci zaczęło doświadczać problemów z układem moczowym – 54 tysiące dzieci trzeba było hospitalizować, a sześcioro zmarło. Melamina to przemysłowe tworzywo chemiczne używane do produkcji nietłukących się talerzy i innych trwałych towarów. Jest niezwykle toksyczna dla nerek. Ponieważ melanina w postaci sproszkowanej pod względem koloru i tekstury przypomina mleko w proszku, chińscy producenci odżywek dla niemowląt po prostu postanowili zastąpić jedno drugim i sprzedawać taki produkt.

Nie minęło wiele czasu, zanim skażone melaminą produkty mleczne zaczęły być ujawniane na całym świecie, a Unia Europejska przedłużyła zakaz sprowadzania chińskiego mleka, poszerzając go dodatkowo o jakiekolwiek produkty dla dzieci zawierające najmniejszy nawet odsetek mleka, w tym ciastka i czekoladę. Melaminę znaleziono również w innych chińskich produktach spożywczych, w tym w jajkach, ponieważ kury zjadały ją w postaci domieszki do paszy. Rok wcześniej skażone melaminą białko roślinne w karmie dla zwierząt domowych i paszy dla hodowlanych, sprowadzone oczywiście z Chin, doprowadziło do zachorowań i śmierci tysięcy zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych, a farma świń w Północnej Karolinie musiała zostać objęta kwarantanną, ponieważ chemikalia zostały wykryte u każdego zwierzęcia. Mimo że Chiny zakazały dodawania melaminy w 2007 roku, związek ten nigdy nie powinien się znaleźć w mleku czy karmie dla zwierząt.

Jest to tylko jeden z licznych przypadków skażenia żywności sprowadzanej z Chin do Ameryki – niewielki odprysk poważnego problemu standardów rolniczych i dotyczących żywności w Chinach. Inne skandale związane z chińską żywnością podpadają pod kategorie od „obrzydliwe” do „wywołujące koszmary”: wieprzowina pełna fluorescencyjnych bakterii, które sprawiały, że w ciemnościach mięso świeciło na niebiesko, przez co sprawę zapamiętano jako „mięso z Avatara”; ryż skażony aluminium i kadmem; tony fasoli skąpanej w pestycydach; mleko zawierające białko z hydrolizowanej skóry; kawałki meduzy, w rzeczywistości wyprodukowane z benzoesanu sodowego i chlorku wapnia; recyklowany olej do smażenia zrobiony z różnych części zwierzęcych lub „jadalny” olej wytworzony z kurzych i kaczych piór, a nawet z lisiej sierści.

Ta lista ciągnie się w nieskończoność. Potajemne śledztwo prowadzone w 2010 roku przez pewnego chińskiego profesora wykazało, że około 10% wszystkich posiłków w Chinach przygotowuje się przy użyciu „recyklowanego” oleju, który bardzo często jest wykradany z rur biegnących pod restauracjami. Odkrycia te skłoniły do reakcji Chińską Agencję Żywności i Leków. Mimo to ilość żywności sprowadzanej z Chin do Ameryki stale rośnie. W sierpniu 2013 roku USDA zniosła nawet po cichu zakaz importu chińskiego drobiu.

Problem z Chinami nie polega jedynie na pogłębieniu kryzysu zaufania dotyczącego światowych dostaw żywności; chodzi również o zdrowie miliardów ludzi. W Chinach praktycznie nie obowiązują żadne regulacje ani nadzór. Co gorsza, coraz więcej żywności oznaczonej jako organiczna sprowadza się z Chin, chociaż wyznaczniki organiczności w tym kraju w ogóle nie pokrywają się z surowymi normami obowiązującymi w innych częściach świata. Jeśli potraktować jako wyznacznik kompletny brak wytycznych w chińskim rolnictwie, szanse, że jakikolwiek produkt wytworzony w Chinach jest organiczny, są bliskie zeru. Raporty USDA podkreślają, że nadzór i kontrola jakości w Chinach w niczym nie przypominają standardów amerykańskich. Z porównania produktów organicznych pochodzących z Chin i Ameryki, opublikowanego w „Stanford Journal of International Law”, wynika, że etykieta „USDA Organic” jest myląca, ponieważ „obecnie obowiązujące w Chinach ramy kontroli są nie tylko nieodpowiednie do regulowania produktów amerykańskich, ale również nie są w stanie zagwarantować, że sprowadzane towary są w rzeczywistości organiczne”. Chociaż w Chinach tradycyjnie stosowano organiczne metody rolnicze, dziesięciolecia wykorzystywania pestycydów po reformach przeprowadzonych w latach sześćdziesiątych XX wieku sprawiły, że główny ekonomista USDA Fred Gale stwierdził, że obecnie „organiczna uprawa jedzenia w Chinach jest niemal niemożliwa”.

Istnieje powód, dla którego adnotacja „wyprodukowano w Chinach” jest zapisywana na towarach spożywczych tak małym drukiem.

Arsen w soku jabłkowym

W ciągu kilku ostatnich lat do mediów trafiły kontrowersje związane z obecnością arsenu w soku jabłkowym i ryżu. Znany gospodarz amerykańskich programów telewizyjnych, doktor Mehmet Öz wywołał spore poruszenie, ujawniając wyniki badań, które wskazywały na niepokojące stężenie arsenu w sokach jabłkowych – często produkowanych przez znane i renomowane amerykańskie firmy. Wielu specjalistów próbowało zbagatelizować ten problem, żerując na niewiedzy publiczności telewizyjnej przez skupianie się na tym, że doktor Öz nie wprowadził rozróżnienia na arsen organiczny i nieorganiczny.

Jednak broniąca praw klientów organizacja Consumer Reports pośpieszyła z uzupełnieniem tych informacji, potwierdzając, że wiele soków – zwłaszcza tych najpopularniejszych, jabłkowych i winogronowych – zawiera wyższe niż dopuszczalne na mocy standardów federalnych stężenie arsenu – w większości n i e o r g a n i c z n e g o, który jest łączony z zachorowaniami na śmiertelne choroby, w tym na raka. W około 10% z 88 próbek, wśród których znajdowały się soki przeróżnych marek, wykazano obecność arsenu przekraczającą dopuszczalną dawkę 20×10-9.

Consumer Reports powołały się na Denise Wilson, profesor na Uniwersytecie w Waszyngtonie, która przeprowadziła własne testy na sokach jabłkowych, odkrywając wysokie zawartości arsenu nawet w markach rzekomo organicznych. Wilson powiedziała: „Mamy problemy z jabłkami hodowanymi w stanie Waszyngton nie dlatego, że dziś stosowane są jakieś nieodpowiedzialne praktyki, ale z powodu arsenianu ołowiu, który był używany na tych ziemiach kilkadziesiąt lat temu i n a d a l j e s t o b e c n y w g l e b i e. Metale ciężkie, takie jak ołów czy arsen, nie znikają tak po prostu”.

Powody do zmartwień są jeszcze większe, ponieważ 60% wszystkich importowanych soków pochodzi z Chin, gdzie prawdopodobnie nadal używa się pestycydów opartych na arsenie, a regulacje dotyczące żywności są jeszcze bardziej niejasne niż w Stanach Zjednoczonych.

Znaczący nacisk opinii publicznej zmusił FDA do rozważenia zmiany przepisów oraz do przeprowadzenia własnych testów. Po ujawnieniu w lipcu 2013 roku ich wyników – zbieżnych z wcześniejszymi niezależnymi ustaleniami – agencja ustaliła nowy limit zawartości nieorganicznego arsenu w soku jabłkowym – do 10×10-9 (taką samą normę przyjęła EPA w stosunku do wody). Chociaż FDA utrzymuje, że z ilości arsenu znalezionego w soku jabłkowym nie wynika żadne konkretne niebezpieczeństwo, przyznała, że „w próbkach odkryto przede wszystkim arsen nieorganiczny”, czyli jeden z najgroźniejszych czynników rakotwórczych dla ludzi.

Według FDA obecność arsenu w żywności nie niesie ze sobą „natychmiastowego ryzyka” dla zdrowia. Jednak popierające tę teorię badania odnosiły się do całkowitej zawartości arsenu, a nie wyłącznie jego formy nieorganicznej. Nie ma też mowy o potencjalnym zagrożeniu wynikającym z długoterminowej styczności z tym pierwiastkiem. Wcześniej FDA miała kilka różnych norm zawartości arsenu w różnych produktach, a nie jedną ogólną, mimo że jeszcze w 1991 roku powołała program Total Diet Study, którego zadaniem była rzekomo kontrola nad bezpieczeństwem żywności.

EFSA również ustala konkretne limity zawartości arsenu w jedzeniu, ale stoi na stanowisku, że „nie można wykluczyć potencjalnego ryzyka dla niektórych konsumentów”. Dawka dopuszczalnego tygodniowego spożycia (PTWI) została ponownie rozważona i obniżona w 2009 roku, dlatego że poprzednie normy nie odnosiły się należycie do zawartości arsenu nieorganicznego ani do jego roli w wywoływaniu raka płuc, pęcherza moczowego czy skóry.

Wspólny Komitet Ekspertów FAO/WHO ds. Dodatków do Żywności (Joint Expert Committee on Food Additives, JECFA), który opracował Kodeks żywnościowy, czyli międzynarodowe standardy dotyczące jakości jedzenia, od tamtej pory14 zdążył już obniżyć normy spożycia arsenu nieorganicznego, ustalając tymczasowe dopuszczalne dzienne spożycie (PTDI) na 0,002 mg/kg masy ciała, co dla przeciętnej osoby dorosłej o masie 60 kg stanowi 0,12 mg/dzień. W Stanach Zjednoczonych nie ma norm federalnych określających dopuszczalne stężenie arsenu nieorganicznego w żywności.

Arsen w ryżu i warzywach

Wiadomo, że ryż cechuje się wyższym poziomem absorpcji arsenu. Ten podstawowy produkt spożywczy znalazł się w ogniu krytyki, kiedy przeprowadzone w 2012 roku testy wykazały wysokie stężenie arsenu w licznych produktach ryżowych bez względu na odmianę, z jakiej zostały wyprodukowane.

Po odegraniu istotnej roli w ujawnieniu obecności arsenu w soku jabłkowym organizacja Consumer Reports w listopadzie tego samego roku przeniosła swoją uwagę na ryż. Po przetestowaniu ponad 200 próbek ryżu ustalono, że dzienny limit 5×10-9 arsenu (wartość proponowana początkowo przez EPA dla wody pitnej, która jednak nie została przyjęta) był często przekraczany dwu-, a nawet trzykrotnie. Działo się to nawet w przypadku marek skierowanych do szczególnie świadomych klientów i osób będących na diecie bezglutenowej. W każdej próbce przetestowanej przez Consumer Reports ryż brązowy zawierał więcej arsenu niż ryż biały.

Niektórzy łączyli podwyższone stężenie arsenu w ryżu z tym, że pola ryżowe – na przykład na południu Stanów Zjednoczonych – znajdują się na terenach, gdzie tradycyjnie stosowano (w uprawach między innymi bawełny) pestycydy oparte na arsenie, które następnie przeniknęły do gleby i skaziły plantacje ryżu.

Znacznie większym problemem niż zawartość arsenu w soku jabłkowym czy ryżu, która ma nieprzychylne opinie w środkach masowego przekazu, jest obecność tego pierwiastka w warzywach, które wchłaniają go z gleby i wody. Badania wykazują, że źródłem około jednej czwartej (24%) ogólnej ilości arsenu, jaka trafia do naszych organizmów przez żywność, są właśnie warzywa. (Według Consumer Reports za 18% spożywanego przez ludzi arsenu odpowiadają soki owocowe, a za 17% – ryż).

Wielka tajemnica: arsen w kurczakach

Chociaż w przypadku takich produktów spożywczych jak sok jabłkowy, ryż, czy nawet warzywa wszczęto alarm, niewiele się mówi na temat zastosowania arsenu w hodowli drobiu i świń.

Leki dodawane w gospodarstwach przemysłowych do karmy dla kur w celu ograniczania ilości pasożytów oraz przyśpieszania wzrostu przez długi czas zawierały wysokie stężenie arsenu nieorganicznego. Co za tym idzie, ludzie przez całe dziesięciolecia spożywali jego wysokie ilości. Niepokojące zawartości związków arsenu, znacznie przekraczające te stwierdzone w ryżu, zbożach, owocach czy warzywach, odkryto w wątrobach i mięśniach młodych kurczaków.

Badanie przeprowadzone przez USDA w 2004 roku miało na celu wyznaczenie dziennych limitów spożycia u osób, które jadły znaczące ilości drobiu w latach 1989–2000. Odkryto, że stężenie arsenu wynosiło 0,39×10-6, czyli 390×10-9 arsenu, co stanowi ilość trzy- lub czterokrotnie wyższą niż w przypadku innych rodzajów mięsa. Stwierdzono, że przy średnim spożyciu mięsa kurczaków na dzień (60 g/osobę/dzień) do ludzkiego organizmu może trafić 1,38–5,24 µg/dzień arsenu nieorganicznego, pochodzącego w y ł ą c z n i e z k u r c z a k ó w. Jeśli doda się do tego jeszcze ryż, warzywa i owoce, może się okazać, że ludzie spożywają dziennie znacznie więcej arsenu, niż wcześniej podejrzewano.

Te odkrycia sprawiły, że przemysł drobiarski znalazł się pod dużą presją, dzięki czemu w 2013 roku podjęto decyzję o dobrowolnym wycofaniu z użycia leku dla zwierząt zawierającego substancję czynną o nazwie roxarsone, stanowiącą odmianę arsenu nieorganicznego, produkowanego przez firmę Pfizer, który służył przyśpieszaniu wzrostu, efektywności karmienia i poprawie pigmentacji.

Niestety każdego dnia na całym świecie w rolnictwie i hodowli używa się innych środków opartych na arsenie. Na przykład nitrasone, związek o podobnym składzie chemicznym co roxarsone, na rynku amerykańskim jest wciąż stosowany w hodowli przeznaczonych do konsumpcji indyków, która rośnie z roku na rok.

Opublikowane w maju 2013 roku badanie przeprowadzone przez Johns Hopkins Center for Livable Future15 polegało na analizie próbek mięsa kurczaków ze zwykłej hodowli, wolnych od antybiotyków, oraz pochodzących z hodowli organicznej. Badanie prowadzono w czasie, kiedy roxarsone był jeszcze w powszechnym użyciu. Testy wykazały, że stężenie arsenu nieorganicznego – powtórzmy jeszcze raz: czynnika wysoce rakotwórczego – było c z t e r o k r o t n i e w y ż s z e w mięsie kurczaków pochodzących ze zwykłej hodowli niż z hodowli organicznej. Badacze dotarli do informacji, że przemysł drobiarski szczycił się tym, iż roxarsone był stosowany u 88% spośród 9 miliardów kurczaków hodowanych w Stanach Zjednoczonych, i bazując na swoich wynikach, zwrócili się do FDA z prośbą o zakazanie stosowania wszystkich związków arsenu.

Palenie węglem i lotny tritlenek diarsenu

Kolejnym źródłem światowego zanieczyszczenia arsenem jest palenie węglem. Naukowcy obliczają, że rocznie do powietrza trafia 80 tysięcy ton arsenu pochodzącego ze spalania paliw kopalnych. W południowo-zachodnim regionie Chin, Guizhou, u ponad 3 tysięcy pacjentów rozpoznano zmiany skórne i problemy z układem moczowym spowodowane kontaktem z arsenem nieorganicznym pochodzącym z elektrowni opalanych węglem. Chińskie CDC odnotowało w tej grupie wyższy odsetek zachorowalności na raka i śmiertelności niż w regionach z silnie skażoną wodą pitną.

Chociaż wiadomo, że elektrownie węglowe są największym źródłem zanieczyszczenia powietrza spośród wszystkich gałęzi przemysłu, każdego roku z ponad 400 amerykańskich elektrowni jest uwalniane 386 tysięcy ton 84 niebezpiecznych substancji zanieczyszczających, w tym arsenu, ołowiu i rtęci. Do grudnia 2011 roku EPA nie wyznaczyła nawet formalnych standardów, aby ograniczyć ten rodzaj toksycznego skażenia.

Wpływ arsenu na organizm

Podstawowym zagadnieniem przy omawianiu wpływu metali ciężkich na organizm ludzki jest ich zdolność do konkurowania ze składnikami odżywczymi. Na przykład fosfor jest potrzebny do budowania mocnych kości i zębów, umożliwia również skurcze mięśni i właściwe funkcjonowanie nerwów. Arsen i fosfor znajdują się w tej samej grupie układu okresowego, oba mają po pięć elektronów w zewnętrznej powłoce, co sprawia, że biochemicznie konkurują ze sobą o wiązania i absorpcję w organizmie człowieka. Dlatego arsen może zablokować produkcję potrzebnych enzymów i białek, wchodząc w wiązania na miejsce fosforu.

Podobnie jak w przypadku innych metali ciężkich, takich jak rtęć, arsen może również blokować związki tiolowe, w tym glutation, który jest jednym z głównych czynników detoksyfikujących w organizmie i odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu systemu immunologicznego. Związki arsenu wpływają też na zdolność organizmu do właściwego wykorzystania pirogronianu. Jego niedobór sprawia, że kwas mlekowy odkłada się w toksycznych ilościach, prowadząc do zaburzeń neurologicznych, na przykład drgawek, deficytów poznawczych i problemów w zakresie podstawowych umiejętności motorycznych, takich jak chodzenie. Większość dzieci cierpiących z powodu deficytu dehydrogenazy pirogronianu umiera w we wczesnym wieku, a te, którym uda się przeżyć, są skazane na niepełnosprawność rozwojową.

Leczenie zatrucia arsenem

Arsen jest szybko metabolizowany i rozprowadzany po organizmie przez płuca, wątrobę, nerki. Osadza się w tkankach bogatych w keratynę, takich jak włosy, paznokcie i skóra. Podczas gdy okres połowicznego rozpadu arsenu nieorganicznego w ciele jest względnie krótki – większość zostaje wydalona w ciągu dnia – prawdziwym zagrożeniem jest długotrwałe działanie niskich dawek tej trucizny. Obecnie nie istnieje kuracja, która całkowicie łagodziłaby karcynogenne działanie arsenu.

Do powszechnie znanych sposobów leczenia zatrucia arsenem należy chelatacja przy użyciu 2,3-dimerkaprolu (BAL), kwasu dimerkaptobursztynowego (DMSA), dimerkaptopropanosulfonu (DMPS) i innych czynników. Chelatory wiążą się z arsenem, co pozwala na jego wydalenie z organizmu.

W 1938 roku odkryto, że arsen chroni przed zatruciem selenem. Niedługo potem zaczęto go podawać robotnikom narażonym na kontakt z selenem. Nowsze badania na zwierzętach wykazały skuteczność selenu jako ochrony przed toksycznością arsenu, rozważa się więc możliwość podawania niskich dawek tego pierwiastka, aby zwalczać efekty chronicznego kontaktu z arsenem.

Kilka badań wykazało związek między jedzeniem czosnku a osłabieniem toksycznego oddziaływania arsenu na komórki.

Naturalne substancje wiążące arsen

Moje badania laboratoryjne pozwoliły mi na zidentyfikowanie substancji cechujących się naturalną zdolnością do wiązania arsenu. W 2013 roku opracowałem metodologię badawczą nazwaną zdolnością wychwytywania metali (metal capturing capacity, MCC), dzięki której można ustalić, w jakim stopniu dana substancja może związać wolny arsen. Szersze opracowanie tej metody znajduje się na stronie labs.naturalnews.com/videos.html.

Po przetestowaniu około tysiąca substancji odkryłem, że najwyższą MCC mają następujące substancje:

• sproszkowane pestki owoców;

• kwas alginowy;

• niektóre rzadkie sproszkowane glony.

Po zakończeniu badań opracowałem serię suplementów diety, które mają na celu maksymalizację zdolności przechwytywania metali ciężkich, w tym arsenu. Najpierw była to formuła oparta na owocach, która redukowała stężenia arsenu o 14,8%, a następnie dużo silniejsza, redukująca zawartość tego pierwiastka o 92,9% i cechująca się MCC na poziomie 6,0, co znaczy, że każdy jej gram wiąże 6 µg wolnego arsenu (więcej informacji można znaleźć na stronie www.heavymetalsdefense.com).

Co ważne, formuła tego suplementu sprawia, że wiąże on arsen podczas trawienia, zanim pierwiastek zostanie wchłonięty do krwiobiegu. Kiedy arsen znajdzie się we krwi i przyłączy się do komórek i tkanek, niezwykle ciężko jest go usunąć bez zastosowania agresywnych środków, takich jak podawane dożylnie chelatory. Włosy, paznokcie i komórki skóry (gdzie arsen się odkłada) samoczynnie się złuszczają, co stanowi jedną z dróg eliminowania przez organizm szkodliwych składników. Najważniejsze jest, by unikać długotrwałego narażenia na kontakt z arsenem (i innymi toksynami) oraz dać organizmowi czas na samoczynne oczyszczenie się przez proces wzrostu i regeneracji.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ukryte toksyny. Żywność, która truje 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu