Bądź moim Bogiem

Bądź moim Bogiem

Autorzy: Remigiusz Grzela

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 208

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 24.19 zł

Na nowo do odkrycia paryskie spotkanie z Wierą Gran.

Młody warszawski dziennikarz przypadkowo w metrze spotyka żonę zmarłego poety Borysa. Kobieta zniknęła 30 lat temu i od tamtej pory słuch po niej zaginął. Aby zrozumieć, co się stało, postanawia ją odszukać, ale nie może nawet przypuszczać, że to jedno spotkanie zmieni w jego życiu wszystko i zaprowadzi go do żydowskiej śpiewaczki Wiery Gran.

W tej literackiej konwencji Remigiusz Grzela z właściwą sobie dyskrecją próbuje ocalić relację ze spotkania z Wierą Gran, w ostatnich latach jej życia. Pytając przy tym o prawdę o nas samych w zderzeniu z biografiami innych.

Remigiusz Grzela – urodzony w Starogardzie Gdańskim dziennikarz, pisarz, dramaturg. Autor zbiorów rozmów "Rozum spokorniał", "Hotel Europa", "Wolne", "Obecność", wywiadów-rzek "Marian Kociniak. Spełniony", "Było, więc minęło. Joanna Penson – dziewczyna z Ravensbrück, kobieta Solidarności, lekarka Wałęsy", "To, co najważniejsze. Irena Jun i Stanisław Brudny", książek reporterskich "Bagaże Franza K. czyli Podróż, której nigdy nie było" i "Wybór Ireny" (o łączniczce ŻOB-u Irenie Gelblum, która stała się włoską poetką Ireną Conti) a także powieści "Bądź moim Bogiem" i "Złodzieje koni". Barbara Krafftówna grała w jego monodramie "Błękitny diabeł" i komedii "Oczy Brigitte Bardot" (z Marianem Kociniakiem).

Copyright © Remigiusz Grzela, 2017

Projekt okładki

Mariusz Kula

Zdjęcie na okładce

© Agata Tuszyńska/East News

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maciej Korbasiński

Korekta

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-418-4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkie postaci tej powieści zostały zmyślone,

nie wyłączając autentycznych osób i samego autora.

Wiktor Jerofiejew

Rozdział pierwszy

Tego dnia coś wyjątkowo mnie gnało. Spieszyłem się do redakcji, ale tak naprawdę nie miałem najmniejszego powodu, żeby akurat dzisiaj być tam na czas. Każdy z nas już dawno wypracował swój styl – przychodził, o której mógł, wychodził jednak dopiero wtedy, kiedy redaktor odpowiedzialny, a czasem nawet sam naczelny, zaakceptował tekst. Nie miałem umówionego spotkania, ale zachowywałem się tak, jakby czekało mnie ważne wydarzenie. Nie zdążyłem się nawet ogolić. Wziąłem prysznic, szybkimi łykami wypiłem gorącą kawę bez mleka, którego nigdy rano nie było w domu, bo nie pamiętałem, żeby je kupić, wskoczyłem w dżinsy, włożyłem sweter i marynarkę. Wokół szyi omotałem długi, jasny szalik, który kiedyś przywiozłem z Paryża. Kiosk. Gazeta. Tramwaj. Prasówka w tramwaju.

Zatłoczone metro. Na drugiej czy trzeciej stacji udało mi się usiąść. Próbowałem czytać, kiedy nagle zauważyłem siedzącą naprzeciwko kobietę. Wydała mi się znajoma. Mam czasem takie obezwładniające poczucie, że kogoś znam, kojarzę twarz, której nie umiem dopasować do żadnego nazwiska. Później męczy mnie to straszliwie i jestem w stanie skupić się tylko na jednym – przypominaniu sobie, kto to jest. Zapamiętuję nawet twarze, które ledwie mi gdzieś mignęły.

Głupia sytuacja. Byłem pewien, że ta twarz nie jest mi obca. Znam ją osobiście czy tylko widziałem? Patrzę na nią, ale zaraz chowam się za gazetą. Na szczęście kobieta pogrążona jest w lekturze. Nie dostrzegam tytułu, bo książka prawie leży na jej kolanach. Zerkam więc raz na nią, raz na książkę.

Ma chyba około sześćdziesiątki, ale jest atrakcyjną, a w każdym razie rasową kobietą, która ma własny styl. Połączenie elegancji z młodzieżowym luzem. Falujące czarne włosy spływają jej na ramiona. Szykowna oprawka okularów dodaje charakteru. Już niby na końcu języka mam jej nazwisko… ale…

Ona też zwróciła na mnie uwagę, kiedy tak zerkałem. Tyle że – od razu to spostrzegłem – moja twarz była jej obca. Zastanawiała się pewnie, dlaczego tak jej się przyglądam, ale nie była tym speszona. Raczej zaintrygowana. Nie mogłem się powstrzymać i zerkałem na nią, kiedy udawała, że na mnie nie patrzy. Robiła to samo. Graliśmy ze sobą. Buzowało mi w głowie od domysłów. Zerwałem się odruchowo, słysząc nazwę mojej stacji. Pozbierałem rzeczy i wybiegłem z wagonu, nie patrząc na kobietę. Usłyszałem sygnał i trzask zamykających się drzwi, kolejka ruszyła. Stanąłem na ruchomych schodach, spojrzałem na znikający pociąg i wtedy mnie olśniło: „To ona. Jezus Maria, więc żyje i jest tutaj, w Warszawie?”. Kiedy schody wypluły mnie na powierzchnię, odzyskałem trzeźwość myślenia. Co robić? Jak ją teraz odnaleźć? Przy wyjściu stała taksówka. Podbiegłem i zamówiłem kurs do centrum. Ale przecież nie miałem pewności, że tam wysiądzie ani że jeśli nawet to zrobi, zdążę.

Rzeka ludzi wylewała się z metra, a ja stałem tam i stałem, zaglądając w oczy kobietom, które niczego nie rozumiały.

Przed trzydziestu laty próbował ją odnaleźć mój ojciec. Chciał ją zawiadomić o chorobie Borysa. Powinna tam wtedy być, przy Borysie, pożegnać go, nawet jeśli na to nie zasługiwał. Stanowiła ważną część jego życia obrosłego w legendy. Niektóre z nich sama wykreowała. Aż zaginęła w sposób równie tajemniczy, jak pojawiła się w jego świecie. Dzisiaj, po tylu latach, mało kto pamięta, że przy nim była. Znają tę drugą. Ostatnią polską hippiskę, starszą panią, która wciąż ubiera się jak dziecko kwiat, pojawia się na spotkaniach autorskich i krzyczy z pierwszego rzędu: „Jak tu nudno! Kurwa, jak w tej Warszawie cholernie nudno!”. O tej drugiej pisano w gazetach i książkach o Borysie. Nieformalna wdowa, która nigdy nie była jego żoną.

Kiedy opowiadałem ich historię znajomym, pytali: „To Borys miał żonę?”. Tyle że ta druga była z nim w najtrudniejszym momencie. Wiele razy ratowała go przed śmiercią. To ona go znalazła. Ale nie było już szans na ratunek. Naprawdę go kochała. I myślę, że nadal kocha. Wiem, jak walczy o prawdę. Lubię tę drugą. A jednak nigdy nie odważyłem się zapytać, czy kiedykolwiek się spotkały. Podobno to przez nią Erika, ta prawdziwa żona, zapadła się pod ziemię. W każdym razie takie teorie snuł mój ojciec, dla którego Borys, dawny przyjaciel, wciąż jest żywym i bolesnym wspomnieniem młodości.

Były tak różne, że nie mogłyby tego załatwić między sobą – jak robią czasem kobiety kochające tego samego mężczyznę. Nie mogły być rywalkami.

Dwa światy, dwa sposoby postrzegania życia i miłości, nawet imiona jak dwie odległe planety: pociągająca, tajemnicza, obco brzmiąca Erika i okręcona kolorowymi szmatami, pospolicie brzmiąca Baśka – rewolucjonistka seksualna i skandalistka obyczajowa. Wspólna była im jedynie siła, która pozwalała przetrwać najgorsze. Erika, nie znajdując w Baśce rywalki ani wroga, wybrała inne rozwiązanie.

Dlaczego teraz zapragnąłem ją odnaleźć? Borys nie żył już od tylu lat. Jemu nie byłem nic winien, w ogóle go nie znałem. Chyba nie miałem żadnych osobistych motywów. Pozostawał motyw zawodowy.

Erika, od trzydziestu lat nieobecna. Co się z nią działo? Gdzie mieszka? Czy sąsiedzi wiedzą, kim jest? Co dzisiaj o nim myśli? Czy przechowuje jakieś pamiątki? Czy wciąż jest dla niej ważny? A może już dawno wyrzuciła go z pamięci? Czy kiedykolwiek próbowała go zrozumieć? Jakich słów używa, przywołując go w myślach? Założyła rodzinę? Zwierzała się bliskim ze swojej przeszłości?

Kiedy wchodziłem do redakcji, zadawałem sobie coraz więcej pytań. Byłem podekscytowany. Zadzwoniłem do ojca.

– Widziałem ją dzisiaj – powiedziałem.

– Kogo? – zapytał.

– Erikę.

Wiedział, o kim mówię. Zresztą tylko ona jedna spośród znajomych, z pochodzenia Austriaczka, nosiła takie imię.

Milczał. Odniosłem wrażenie, że ta sprawa wciąż jest dla niego kłopotliwa.

– Widziałem ją w metrze.

– Rozmawiałeś z nią?

– Nie. Siedziała naprzeciwko. Wydawało mi się, że skądś ją znam, ale nie mogłem sobie przypomnieć…

Dopiero kiedy wysiadłem, zdałem sobie sprawę, że to ona. Ale było już za późno.

– Więc przez te wszystkie lata mieszkała w Polsce? – zapytał przerażony.

– Skąd mogę wiedzieć?

– Nie szukaj jej.

Od razu odgadł moje zamiary.

– Dlaczego?

– Jeżeli tyle lat nie dawała znaku życia… Rozumiem, że na początku, kiedy Borys… I że nie chciała przy nim być… Ale później… Przecież mogła nawiązać z nami kontakt. Przecież kiedyś…

– Tato, widocznie nie chciała. A później… Czasem jest już za późno. Rozumiesz? Ale niemożliwe, żebyście nigdy na siebie nie wpadli, żebyś o niej nie usłyszał. I nie uwierzę, że z powodu Borysa zmieniła nazwisko. Przez trzydzieści lat musiałbyś o niej cokolwiek usłyszeć.

– Jak ją poznałeś?

– Tyle razy zaglądałem do kartonów po nim, które trzymasz na górze. Znalazłem fotografię. Właściwie czarno-biały fotos. Jest na nim taka… wyrazista. Ostra. Trzyma w palcach papierosa. Dym unosi się… Erika ma w spojrzeniu błysk brzytwy. To ta fotografia, na której napisała Borysowi: „Bądź moim Bogiem”.

Ojciec zamilkł. Pomyślałem, że coś przerwało połączenie.

– Wiesz która? – zapytałem.

– Tak, wiem – odpowiedział oschlej, niż mógłbym się spodziewać. – Nie zajmuj się tym. To książka dawno zamknięta. – Zawsze w najtrudniejszych momentach używał metafor. Doprowadzało mnie to do szału.

Kiedy powiedział o książce, zrozumiałem, że właśnie dlatego chcę odszukać Erikę. Czułem, że nie będzie mu to na rękę. Wolałby, gdyby jej sylwetka stała się niewidoczna, gest mocno zamazany, głos stłumiony. A może było inaczej? Może jej sylwetka była nadto widoczna? Gest dostrzegalny w ruchach innych kobiet, a głos coś szeptał do ucha, przewiercał czaszkę.

Kiedy pojawił się naczelny, bez zapowiedzi wparowałem do jego gabinetu. Opowiedziałem mu mniej więcej całe zdarzenie (było to żadne zdarzenie – tak powiedział) i zaproponowałem jako temat. Kręcił się w swoim eleganckim czarnym fotelu, raz po raz podnosił do ust cygaro i odkładał, gniótł je w palcach, dumał, myślał, parował, z uszu wypuszczał dymki, dłubał ołówkiem (a może cygarem) w nosie, chrząkał, mlaskał, kasłał, znowu dumał, i kiedy już wydawało mi się, że powinienem wyjść bez słowa, wydusił z siebie wreszcie:

– I co z tego?

– Jak to co? Jedyna żona Borysa. Żona, o której nikt już nie pamięta, która zapadła się pod ziemię. Wyobrażasz sobie, ile ma dzisiaj do powiedzenia? Po tylu latach? Wdowa po facecie, który był legendą, symbolem swoich czasów, prawdziwym buntownikiem. Najbardziej niepokornym dzieckiem. Nie czujesz tego? Był Jamesem Deanem swojej epoki!

– Który nic już nie znaczy. Którym zajmuje się garstka specjalistów od literatury i może ze trzech czytelników, w tym twój ojciec i…

– No i kto?

– I ja. Borys to jest temat dla mnie. Ale, cholera, muszę myś­leć o czytelnikach. To, że spotkałeś jego żonę, a nie mamy pewności… – urwał.

Byłem pewny, że jakieś informacje na jej temat znajdę w Internecie. Niestety. To znaczy jej imię i nazwisko wymieniono kilka razy na różnych amatorskich stronach poświęconych Borysowi, to wszystko. Trafiłem przy okazji na dwie jego biografie, napisane tuż po śmierci. A że nie znałem żadnej, postanowiłem to nadrobić. Zadzwoniłem do ojca: owszem, ma je. Wiedział, że nie odpuszczę. Znałem go dobrze. Nie będzie ze mną rozmawiał na ten temat. W takich sprawach był zasadniczy. Wypowiedział swoją opinię. Nie przyjąłem jej. Czasem lubił taki upór i chyba mnie za to cenił. Nasze relacje nigdy nie były wyjątkowe. Typowy schemat ojciec – syn, ale nauczyliśmy się nie wchodzić sobie w drogę. Tym razem liczyłem na pomoc. Miał sporo pamiątek po Borysie, tyle że nie wierzyłem, by mogły odsłonić choć fragment. Ale czegoś musiałem się uczepić.

Pojechałem do archiwum wycinków prasowych. Każdy, kogo nazwisko ukazało się kiedykolwiek po wojnie w druku, miał tam swoją teczkę. Sympatyczna archiwistka szybko odnalazła materiały. Przyniosła stos szarych, zakurzonych teczek z wycinkami. Siedem. Na brzegach sześciu czarnym flamastrem wypisane było nazwisko Borysa. Siódma, najskromniejsza, dotyczyła Eriki. Zacząłem oczywiście od niej. W czytelni było spokojnie, pusto. Zapaliłem małą lampkę przy stole. Wyjąłem zaledwie kilka wycinków ze starych, nieistniejących już czasopism – „Panorama”, „Literatura”. Przeglądanie materiałów nie zajęło mi wiele czasu. Erika nie była bohaterką żadnego z tekstów. Pisano o Borysie, tylko przy okazji wspominając o małżeństwie z Eriką. Znalazłem też fotoreportaż z ich ślubu. Nagle zauważyłem siebie, stojącego tuż za młodą parą. To znaczy zobaczyłem ojca, do którego, jak sam teraz widzę, jestem bardzo podobny. To małe odkrycie zapaliło mnie jeszcze bardziej. A jeżeli to byłem naprawdę ja? Archiwistka siedziała przy swoim biurku. Podszedłem do niej z wycinkiem.

– Proszę spojrzeć.

– Na litość boską! To pan! Gdyby nie data, pomyślałabym, że to naprawdę pan.

Byłem tam. Z nimi. Erika i Borys są częścią mojej biografii. A na pewno naszej rodzinnej biografii. Mój ojciec współtworzył ich ślubną fotografię. Borys, chudy jak patyk, stał wyprostowany, w dziwacznej dżinsowej marynarce, ale swoim zwyczajem w rozchełstanej koszuli z długim spiczastym kołnierzykiem. Erika miała klasyczną, czarną, mocno opiętą sukienkę. Jej ciemne włosy, tym razem skręcone w loki, odbierały jej naturalność. Nie pasowali do siebie. On – wędrowiec nierozstający się ze swoim plecakiem, i ona – Austriaczka z chłodnego, pozbawionego emocji domu, która przez ojca, zawodowego dyplomatę, pewnego dnia znalazła się w smutnym, szarym komunistycznym kraju. Dwa kroki dalej mój odchudzony ojciec, pozujący na amanta filmowego. Wybrylantynowane ciemne włosy – fryzura à la Robert De Niro w Ojcu chrzestnym. Miał na sobie za ciasny garnitur, pewnie pożyczony od kolegi z akademika.

Leżący na samym dnie artykuł był chyba tym, czego szukałem. Wycięty z nieznanej mi francuskiej gazety z początku lat osiemdziesiątych, z czasów karnawału „Solidarności”. Nie był długi. Opisywał spotkanie poświęcone Borysowi, które miało zwrócić uwagę publiczności na Polskę, na walkę z komunizmem, w którą Borys raczej nie był zaangażowany. Artykuł poświęcony był jego twórczości, a ilustrowały go dwie fotografie. Na jednej on, na drugiej madame Erika Rosner, wielka przyjaciółka Polski, inicjatorka spotkania. Ani pod fotografią, ani w tekście nie było informacji, że madame Rosner jest wdową po Borysie. Czy Erika mieszkała we Francji? W tym niewielkim mieście, w którym odbyło się spotkanie? Dlaczego tam wyjechała? Dlaczego nie przyznała się, że była żoną przeklętego poety? Kreowała swoje życie? Mistyfikowała swój los? A może się go wyparła? Została przez Borysa śmiertelnie zraniona, więc tak jakby śmierć ich rozłączyła. Poprosiłem archiwistkę o skserowanie wycinka. Erika wyglądała znakomicie. Tak daleko od Polski. Od kobiet, które nie miały co na siebie włożyć. Które kombinowały i szyły z czego tylko się dało. Nie miała zmęczonej twarzy. Nie stała w kolejkach, nie zdobywała kartek na cukier i mięso. Jako przedstawicielka zachodniego świata nigdy nie miała kompleksów. Była otwarta i wolna. Nie bała się manifestować niezależności. Dlaczego Borys stał się dla niej ważny akurat wtedy, kiedy strajkowali stoczniowcy i kiedy chcieli się dogadać z władzą, żądając przywrócenia do pracy suwnicowej, która później na krótko stała się legendą tamtego ruchu? Czy Erika zaangażowała się w walkę o wolną Polskę? Kto ją zapamiętał z czasów, kiedy była żoną Borysa? Czy ktoś zapamiętał jego wiersze o niej?

przybądź i stój przy mnie

jak szatan nad umierającym dzieckiem

jak matka bolesna pod krzyżem syna

wciąż żywego martwego już

jak śmierć przy przebiegającym przez ulicę

bo kochankę zobaczył

po jej drugiej stronie

jak życie gdy widziała mnie oblubieńca konającego

przybądź i stój przy mnie

fatalnie przy fatalnym

spij krew z moich ran

nie pozwól jej tętnić na nowo

zabierz

Ile dzisiaj znaczyła jego poezja? Dla mnie? Niewiele. Dla mojego ojca? Nie wiem, czy kiedykolwiek tak naprawdę miała znaczenie. Borys miał.

Nabrałem ochoty na spotkanie z prawdziwą wariatką, Baśką. Poznałem ją przez przypadek kilka lat temu. Nie dzięki ojcu. Ojciec jej nie znosił. Twierdził, że jest hochsztaplerką, że między nią a Borysem nigdy nie było wielkiego uczucia, że uczepiła się go, a on nie potrafił się od niej opędzić. Myślę też, że ojciec był… zazdrosny. Choć to akurat wydaje się irracjonalne. Zazdrosny, bo to nie on go znalazł. Tamtego dnia. Wściekły na siebie, bo nie umiał go zatrzymać. Zdrada, jakiej Borys dopuścił się wobec Eriki, też nie była bez znaczenia. Ojciec, dowiedziawszy się o śmierci przyjaciela, postanowił odnaleźć Erikę. Na przekór „tej drugiej”. To nie ona miała grać rolę wdowy nad jego trumną, żegnać go i rozpaczać. Ojcu wydawało się, że jeżeli odnajdzie Erikę, a Baśka się o tym dowie, nie będzie miała odwagi pojawić się na cmentarzu, stanąć twarzą w twarz z „żoną”. Nie mieściło się w jego mieszczańskiej głowie, że nad trumną mogą stanąć obie. Ta, o której Borys pisał, i ta, która go znalazła. Stanąć tak, jak tworzyły jego biografię. Nie pomyślał, że mogą się tam pojawić inne, które odwiedzał, do których jeździł, u których nocował, z którymi sypiał. Pojawiły się. Nie pomyślał, że Borys musiał zdradzać, potrzebował innej bliskości, wciąż nowych podniet. Znalazłem wywiad z jego dawną kochanką. Opowiadała drobiazgowo, jak płacił jej, żeby się przebierała, znieważała go, opluwała. A on przestawał być… impotentem. Powiedziała coś, co dało mi do myślenia: „Borys był facetem, w którym kochało się na zabój. Uzależniał od siebie. Nawet kiedy kazał mi robić TAKIE rzeczy. Z czasem to polubiłam. To świadczyło o jego charakterze. Nigdy z żadnym mężczyzną nie robiłam tego co z nim. Ale też nigdy z żadnym mężczyzną nie było mi tak dobrze. Uzależniał, ale pozwalał nad sobą panować. To była dziwna relacja. Poszłabym za nim wszędzie. I zrobiłabym dla niego wszystko. Bez pieniędzy. Ale płacił. Chciał płacić, bo to go rajcowało. Szukał kurwy, ale chciał ją udomowić, dać jej poczucie bezpieczeństwa, nauczyć kochać, opiekować się nią. Potrzebował takiej kobiety, by móc ją zmieniać. Kiedy nauczysz się innego świata, już nie ma powrotu”. Ten temat pojawiał się też w innych tekstach i relacjach. Zacząłem inaczej patrzeć na Erikę. Czy musiała spełniać jego fantazje? Bić i znieważać? „Spij krew z moich ran, nie pozwól jej tętnić na nowo. Zabierz”. Ta metaforyczna jedność i uzależnienie mogły być nie tylko fantazją, ale i fragmentem ich życia. U Borysa granice się zacierały. Może dlatego ludzie tak bardzo do niego lgnęli? Zależało im na jego towarzystwie, akceptacji, choćby spojrzeniu.

Baśka nie zburzy legendy. Tego byłem pewien. Nie przestała być hippiską. Ale kiedy sprawa dotyczyła Borysa, nie można było liczyć na jej zbytnią szczerość. Był pomnikiem, pod którym codziennie kładła świeże kwiaty i paliła świeczkę. Nie pozwoli go zburzyć. Jest jego strażniczką. Mogłem się o tym nie raz przekonać. Była ostra w sądach. Zawsze mówiła to, co myśli. Raniła. Miała to w dupie. Nie była już nastolatką ani nie miała figury modelki, kiedy sfotografowała się nago na okładkę swojego debiutu poetyckiego. Ale trafiła w czas, w którym ani nagość, ani poezja, jaką uprawiała, nie szokowały. To, co w Peerelu było wulgarne, stało się częścią kultury masowej. Trudno być rewolucjonistą w takich czasach.

Mieszkała pod Warszawą. Jechało się do niej lasem i polnymi drogami. Lubiłem tę trasę. Zwłaszcza latem. Kiedy przejeżdżałem przez zaspane wioski, przychodziła myśl, by kiedyś odważyć się i tu zostać. Poprosiłem Agatę, żeby mnie do niej zawiozła. Znały się. Poza tym wyprawa autobusem – nie mam samochodu – zajęłaby mi trzy razy więcej czasu. Agata lubiła nasze wyjazdy. Życie Baśki, jej niezależność chyba Agacie imponowały. Bała się jej trochę, a mimo to lgnęła do niej. Może Baśka miała odwagę okazywać to, co Agata głęboko skrywała? Opowiedziałem jej o Erice, o spotkaniu. Wydawała się tym podniecona.

– A jeśli to nie była ona?

Baśkę poznałem u aktorki i poetki Stanisławy Zawiszanki, która przyciągała najdziwniejsze typy. Im kto był bardziej poplątany, tym bardziej go kochała. A Baśkę kochała miłością pierwszą. Nie dość, że ostatnia partnerka Borysa, ta, która go znalazła, to jeszcze poetka. Dla Staszki poeci byli ludźmi innej kategorii, jak prorocy – widzieli więcej. Zanim zdążyła nas sobie przedstawić, Baśka zapytała, jak mam na imię.

– Fatalnie. Nigdy tak do ciebie nie powiem. A jak się nazywasz?

Kiedy wymieniłem nazwisko, zaskoczony jej komentarzem na temat mojego imienia, rzuciła:

– Pospolicie, ale to nie twoja wina. Dobrze. Będę ci mówiła po nazwisku.

Zdziwiło mnie wtedy coś jeszcze. Sprawiała wrażenie, jakby nie skojarzyła nazwiska z moim ojcem. Albo tylko udała. Ojciec zwalczał ją kiedyś, jak mógł. A może swoim komentarzem postanowiła mnie ukarać? Odpowiedzialność zbiorowa? Może Staszka wszystko jej wcześniej opowiedziała, więc uknuły to, żeby się trochę pobawić? Sam nie wspomniałem o ojcu. Dopiero później, przy innej okazji. Skomentowała: „To nie twoja wina”. Miała kręgosłup moralny i własny system wartości. Kiedy jej matka ciężko zachorowała, rzuciła wszystko i przeniosła się na wieś. Zajmowała się nią tak, jak później zajmowała się chorą Staszką. Jak wcześniej zajmowała się Borysem, którego nigdy nie porzuciła. Była z nim krótko, ale tylko ona jedna wie, co to miłość, taka do grobowej deski.

– A Staszka?

– Była wtedy po osiemdziesiątce, wyglądała na co najmniej dziesięć lat mniej, z rudym warkoczem przewieszonym przez ramię. Ubierała się jak dystyngowana dama. Jakby zeszła ze starego obrazu. Nie miała ani jednej zmarszczki. Twierdziła, że nigdy nie zrobiła operacji plastycznej, bo… rozwodniła sobie cerę. Kilkanaście razy dziennie zwilżała twarz wodą mineralną i nie wycierała jej. Być może właśnie dzięki temu jej cera sprawiała wrażenie wodnistej.

Agata słuchała zafascynowana.

Staszka czterdzieści lat była aktorką, ale twierdziła, że ten zawód ogłupia. Jak mówiła, nie chciała dłużej trzepać kanapy Dulskiej. Była połowa lat siedemdziesiątych. Spakowała walizki i popłynęła w rejs dookoła świata. Dłużej zatrzymała się w północnym Wietnamie. Tam, któregoś ranka, w delcie Rzeki Czerwonej, zobaczyła setki wielobarwnych łódek, poszarpanych jak skrzydła motyli. Na tych łódkach toczyło się całe życie. Dżonki trwały tak długo, aż umarły, a umierały opuszczone przez ludzi. Zapadały się pod wodę. Dno rzeki służyło im za cmentarz. Tak opowiadała Stacha, choć mnie się wydaje, że te motyle szczątki powinny unosić się na wodzie, płynąć dalej, ku innym wymiarom.

Nie mogła fotografować, więc zaczęła malować. Malowała dżonki. Przez wiele lat, z pamięci. Miała na ich punkcie obsesję. Nawet listy podpisywała: „Twoja Dżonka”.

Wieczna debiutantka. Ciągle coś zaczynała. Im była starsza, tym więcej chciała zrobić, poznać, pokazać. Pisała dramaty, a w wieku siedemdziesięciu pięciu lat zadebiutowała jako poetka. Wydała pięć tomików wierszy. Przed śmiercią przygotowała do druku szósty, Łabędzi krzyk. Pisała go, tracąc wzrok, aż w końcu oślepła. W jej wierszach był bunt. Były liberalne i młodzieńcze. Staszka w ogóle była jedną z najbardziej nowoczesnych i otwartych osób, jakie znałem. W jej ostatnim tomiku jest wiersz, który mógłby mówić o śmierci Borysa…

gdy umiera poeta

wiatr ogłasza minutę ciszy –

noworodkom

rozszerzają się źrenice –

cichną serca ptaków –

powolnieją górskie siklawy –

różom czernieją płatki –

słońce opuszcza na twarz welon mgły –

ośmiornice żałują za grzechy –

litery zbite w kłęby

oczekują wyroku –

śpiewa pustka –

poeci, nie umierajcie!

to do was należy świat

nie

do

generałów!

Tak pisała na krótko przed śmiercią. Fascynowała mnie jej energia, pogoda, siła. Rozmawiając z nią, nie czułem różnicy wieku. Lubiła rozmawiać o poezji, dyskutować, spierać się. Pamiętam nasze rozmowy o Różewiczu. Przywiozłem jego nowy tomik. Czytałem głośno. Nagle do jej pokoju w Domu Aktora weszła sąsiadka, przedwojenna tancerka cierpiąca na alzheimera. Chuda pani w spodniach, w starym kapeluszu z ogromnym rondem. Zaczęła coś komentować. Staszka chwilę słuchała cierpliwie, ale w końcu nie wytrzymała i krzyknęła: „Pani jest tancerką. Pani się nie zna na poezji. Pani dbała o stopy, a nie o wiersze. Ostatnią książkę przeczytała pani w gimnazjum. To był Pan Tadeusz. Pierwsze wydanie. Pani tańczyła jeszcze za cara! Proszę więc nie zabierać głosu w sprawach, na których się pani nie zna!”. Była wściekła, bo tancerka profanowała poezję już samą próbą rozmowy o niej.

Właściwie powinienem kiedyś napisać tylko o niej.

Ostatnie dwa lata życia Staszki naznaczone były ucieczkami. Uciekała przed śmiercią, z meblami. Dzwoniła do mnie i mówiła: „Przyjeżdżaj, nie mogę tu już wytrzymać. Pomożesz mi się spakować”. Przywoziłem kartony, taśmy i pakowałem ją, organizowałem transport, a ona szukała sobie nowych miejsc. Przerzucała się z gór nad morze, znad morza w góry. W tym czasie przeprowadzała się chyba z osiem razy. Aż trafiła tam, do domu dla starych aktorów, po raz czwarty. Nie miała już siły uciekać. Zadzwoniła do mnie dwa tygodnie przed śmiercią. Miała słaby, daleki głos. Czułem, że jest już po tamtej stronie. Prosiła mnie, żebym walczył z wydawcą jej ostatniej książki, popędzał go, bo chce zobaczyć egzemplarz Łabędziego krzyku. Poganiałem. Nie zdążył.

– Powinieneś napisać o Staszce.

Agata zatrąbiła na gęsi, które zaszły nam drogę. Zatrzymała samochód przed bramą niewielkiego gospodarstwa otoczonego drewnianym płotem. Po obejściu dreptały kury i kaczki. Do bramy podbiegł skundlony wilczur Ares, którego Baśka znalazła kiedyś na klatce schodowej swojego warszawskiego mieszkania. Ujadał, więc czekaliśmy pod bramą, ale kiedy zobaczył, że jego pani wyszła przed dom, podbiegł do niej, podkulił ogon i zaczął się ocierać o jej nogę. Baśka stała, osłaniając oczy przed słońcem prawą dłonią. Miała na sobie długą indyjską suknię. Na głowie jaskrawożółtą opaskę, która w słońcu przypominała koronę. Kiedy nas poznała, zaczęła już całkiem rodzinnie machać i w końcu otworzyła nam bramę. Agata wjechała na podwórko. Uścisnęliśmy się.

– Ale co wy tak, dranie, bez zapowiedzi? Nic nie mam specjalnego na obiad.

– Nie przyjechaliśmy na obiad.

– Nie pyskuj. Zrobi się. Będą kartofle z pietruszką i koprem, i zsiadłe mleko. Zobaczyta, miastowe, nic lepszego żeśta nie jedli. A już całkiem poważnie to po tej zieleninie nauczycie się dzwonić i zapowiadać, żeby dostać coś lepszego – to „coś lepszego” to na pewno nie byłby schabowy, bo Baśka, hippiska i pacyfistka, od lat była wegetarianką.

Na stole leżał kot. Drugi chodził między brudnymi naczyniami. Baśka, spłoszona naszym przyjazdem, zaczęła sprzątać.

– Po prostu usiądź i pogadajmy.

Baśka opowiadała o sąsiadkach ze wsi. Dla każdej miała przezwisko. Przez okno pokazała nam zgiętą wpół staruszkę.

– A to Kątownik. Trzy razy dziennie biega do lasu na grzyby. I choć taka zgięta, to jeszcze nosem orze w ściółce i prawdziwka wywącha. Pierwszy raz idzie o piątej rano. Chyba na czuja te grzyby zbiera. Boi się, że ktoś jej wykradnie.

Słuchałem tego, co mówiła, ale interesowało mnie zupełnie co innego. Nagle usłyszałem swój głos:

– A Erika?

– Jaka Eryka?

– Erika Rosner.

Zawahała się. Wyglądała tak, jakby się zamyśliła.

– No i?

– Nigdy o niej nie rozmawialiśmy.

– O czym tu gadać? Tak nagle cię zainteresowała?

– Ty ją w ogóle kiedyś spotkałaś?

– Nie. I nie chcę.

Ostatnie zdanie powiedziała stanowczo. Czułem, że nie mówi prawdy.

– To ty rozbiłaś ich związek?

– Przyjechałeś mnie rozliczać?

Agata siedziała przestraszona. Wyszło, jak nie miało wyjść.

– Z ciekawości pytam. Nie złość się.

– Bo co ty nagle z takim pytaniem? I co znaczy rozbiłaś? Bo nie wiem.

– Ale Erika odeszła.

– Bo chciała. Bo miała odejść. Nie można rozbić związku. Widać się rozpadał. A jak jest miłość, to po prostu jest. Tam jej nie było.

– Nie możesz tak mówić. Mój ojciec był blisko i twierdzi, że to, co było między Eriką a Borysem…

– Twój ojciec… on tu w ogóle nie ma nic do powiedzenia… Ostatni, który powinien się o tym… Ach, człowiek musi się czasem ugryźć w język.

– Co ojciec?

– Dobrze wiesz, że to ja znalazłam Borysa. Gdzie Erika wtedy była? O to zapytaj tatusia. Kto się zajmował pogrzebem? No, twój ojciec, zgoda. Ale ja też. Twój ojciec tylko obdzwaniał znajomych i się upijał. Nigdy ci tego nie mówiłam, ale twój ojciec dzień przed pogrzebem Borysa zapytał mnie: „Chyba tam jutro nie przyjdziesz?”. Wyobrażasz to sobie? Jak śmiał?! Kochałam Borysa. Wiedział o tym. Borys był całym moim światem. Nic nie było ważniejsze. Był święty. I nagle twój ojciec zabrania mi przychodzić na pogrzeb. A co, czy to ja go tam doprowadziłam? Sobie by lepiej zadał takie pytanie. Znamy się już kilka lat, ale nigdy ci tego nie mówiłam, nie chciałam, żebyś pomyślał, że mogę mieć do ciebie jakieś uprzedzenia. Po prostu mnie sprowokowałeś. Gdzie była Erika, kiedy trumna z Borysem zsuwała się do lodowatej ziemi? Więcej mnie o to nie pytaj.

Agata siedziała jak struta. Na wszelki wypadek nie wtrącała się.

– A ty co nic nie mówisz? – fuknęła nagle Baśka.

Agata aż się poderwała z krzesła, gotowa uciekać. Rozbawił nas ten widok i zaczęliśmy się z Baśką głośno śmiać. Agata stała zdezorientowana. Jej nie było do śmiechu. Kiedy przestaliśmy, odpowiedziała wolno, jakby recytując lekcję:

– Bo ja… Bo ja… nigdy nie rozbiłam żadnego związku.

Teraz Baśka nie wiedziała, jak zareagować.

– My się, Agata, napijemy kawy, a on za karę obierze kartofle.

Agacie kamień spadł z serca. Baśka podsunęła mi pod nogi kosz ziemniaków i wcisnęła do ręki nóż.

Na chwilę temat został zamknięty. Baśka ugotowała kartofle. Okrasiła je sporą ilością smażonej cebuli, posiekała drobno pęczki pietruszki i koperku, zarzuciła ziemniaki grubą warstwą zieleniny. Podała do tego obiecane zsiadłe mleko. To proste jedzenie okazało się bardzo smaczne, a kartofle zupełnie zniknęły z talerzy.

– A nie mówiłam, że będziecie prosić o dokładkę? Każdy prosi.

Dawno się tak nie objadłem. Czekałem na chwilę, w której mógłbym jeszcze pogadać. Baśka sprytnie lawirowała, podsuwała tematy, wyciągała z szuflad swoje nowe teksty, czytała je. Wiedziała, co jest grane, dlatego się broniła – czy tylko siebie?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Rozdział pierwszy

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bądź moim Bogiem Krafftówna w krainie czarów Obecność. Rozmowy Było, więc minęło 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej