Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie

Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie

Autorzy: Danuta Noszczyńska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 22.40 zł

Zarówno dobro, jak i zło wraca do człowieka ze zdwojoną mocą.

Sandra wychowała się w małym miasteczku. Tam życie płynie zupełnie inaczej. Za czym innym się goni, o czym innym marzy. Jednak i tam życie potrafi zaskoczyć ? to, co oczywiste, może okazać się pozornym, proste skomplikowanym, dobre złym, a złe dobrym.

Pewnego dnia w progu jej domu staje ojciec chrzestny razem z żoną, prosząc o krótką gościnę. Niestety ich pobyt wciąż się przedłuża, a oni stają się coraz bardziej uciążliwi. Sandra zaczyna baczniej przyglądać się wujostwu, wracając myślami do czasów dzieciństwa. Gdy krewni niespodziewanie znikają, przerażona kobieta zaczyna ich szukać i przy okazji poznaje szokującą przeszłość tego na pokaz wzorowego małżeństwa. 

Ile tak naprawdę wiemy o ludziach nam bliskich? Do czego zobowiązują więzy rodzinne? I dlaczego warto być dobrym? A czy w ogóle warto?

Danuta Noszczyńska – plastyczka, reżyserka, twórczyni amatorskich teatrów Azet i Amarant, specjalistka do spraw teatralnych w Archetti ? Orkiestrze Kameralnej Miasta Jaworzna, absolwentka krakowskiego liceum plastycznego oraz Wydziału Filozoficznego UJ. Opublikowała książki: "Historia nie Magdaleny", "Blondynka moralnego niepokoju", "Hormon nieszczęścia", "Mogło być gorzej", "Kufer babki Alicji", "Luizę pilnie sprzedam", "Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana", "Wszystkie życia Heleny P.", "Harpia" (trzy ostatnie nagrodzone na Festiwalu Literatury Kobiet "Pióro i Pazur"), "Farbowana blondynka" i "Zła miłość".

Copyright © Danuta Noszczyńska, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Dan Tidswell/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Jan Fręś

Korekta

Katarzyna Kusojć

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-419-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

ROZDZIAŁ I. Aleks Rozważny

ROZDZIAŁ I

Aleks Rozważny

– Nie jestem pewien, czy powinnaś pozwolić im u nas zostać – powiedział mój mąż Aleks, gdy leżeliśmy już w łóżku. Mówił szeptem, chociaż ciotka i wujek nie mogliby nas usłyszeć, nawet gdyby mówił całkiem głośno.

A jeśli mój subtelny mąż zdobył się na powiedzenie mi, że czegoś nie powinnam, nawet jeśli na początku zdania zamieścił „nie jestem pewien”, oznaczało to, że był absolutnie przekonany o niesłuszności mojej decyzji. Mało znałam w życiu ludzi tak rozważnych, delikatnych, a przy tym obdarzonych tak niezwykłą dobrocią jak Aleks. Aleks, czyli Olek, od imienia Aleksander. Gdy przedstawiła nas sobie wspólna koleżanka ze studiów i wypaliła na skróty: Aleksandra – nie mogliśmy nie zwrócić na siebie uwagi.

– Miło mi – powiedział Aleks – ale może zaprezentuj i mnie.

– Zaprezentowałam – oznajmiła koleżanka.

– Jesteś pewna? Ja nie jestem Aleksandra i myślałem, że to widać na pierwszy rzut oka – zaśmiał się z jej roztargnienia.

– No przecież mówię, że Aleks. A to jest Sandra!

– Wygląda na to, że mamy wspólne imię – zauważył chłopak po jej odejściu. – To ani chybi jakiś znak!

– Że co? – spytałam, chętnie przedłużając rozmowę, bo od razu spodobały mi się jego niebieskie oczy i urok­liwy uśmiech.

– Że… może kiedyś będziemy mieli wspólne nazwisko?

Zaniemówiłam na chwilę, nie wiedząc, jak mam te słowa potraktować. Chłopak uśmiechał się nadal w sposób budzący we mnie przyjemny niepokój. Nie wyglądało na to, że traktuje swoją wypowiedź jak dowcip sytuacyjny. Czułam, że mu się po­dobam.

– Trzymam cię więc za słowo – odparłam wreszcie, próbując uśmiechnąć się w podobny sposób.

Aleks poczuł się moją odpowiedzią na tyle zobowiązany, że na drugi dzień odszukał mnie na uczelni i zaprosił na… randkę. Tak właśnie: nie na kawę, nie do kina, ale po prostu na randkę.

– Myślę, że wczoraj doszliśmy do jakiegoś porozumienia i nie muszę chyba stosować wobec ciebie jakichś wymyślnych podchodów – wypalił.

– Wymyślnych może nie… – zawahałam się niby na serio. – Ale jakieś, choćby skromne, by się przydały. My, kobiety, lubimy podchody.

– Wobec tego uważaj, p o d c h o d z ę! – Aleks rzeczywiście podszedł tak blisko, że o mało nie straciłam równowagi. – Czy to coś może załatwia?

Jasne, że załatwiało. Przede wszystkim ugięły się pode mną nogi. Jeśli rzeczywiście istnieje coś takiego jak „chemia” między ludźmi, w tym momencie zadziałała na mnie również fizyka, biologia i wszystkie pozostałe przedmioty ścisłe oraz humanistyczne.

Po trzech latach od naszej pierwszej randki wzięliśmy ślub i mimo iż od tej pory upłynęło ich już jedenaście, do dziś jedno spojrzenie tych błękitnych oczu i roztapiający moje serce uśmiech byłyby w stanie zrobić ze mną prawie wszystko. Nie tym razem jednak, bo gdy chodziło o moje poczucie etyki, głęboko zakorzenione we mnie i niepodlegające żadnej dyskusji, nic nie było w stanie mnie przekonać.

– Dlaczego? – spytałam z chłodną powagą. – To tylko kilka, może kilkanaście dni, a miejsca mamy wystarczająco dużo.

Nasze czteropokojowe nowoczesne mieszkanie, od biedy można by rzec apartament – śmiało mogło pomieścić dwie osoby więcej bez zbyt wielkiego poczucia dyskomfortu. Miejsca w istocie było sporo, bo niestety nie mieliśmy dzieci, mimo iż oboje bardzo ich pragnęliśmy. Dziś już byliśmy z tym pogodzeni i nie wracaliśmy do tematu. Nie sprawdzaliśmy też, celowo, po której stronie leży „wina”, by nie stwarzać pokusy czynienia sobie wyrzutów. Oczywiście dalecy byliśmy od tego, ale mój rozważny Aleks tak zdecydował, a ja się zgodziłam.

– To nie jest kwestia miejsca – odparł zatroskany. – W każdym razie nie miejsca w sensie przestrzeni…

– Tylko? – Nie bardzo rozumiałam, o czym mówi.

– A właściwie przestrzeni, tak. Przestrzeni psychicznej, emocjonalnej, intymnej – tłumaczył z wyrazem skupienia na twarzy. – Rozumiesz, kochanie?

– Oczywiście, że rozumiem – obruszyłam się. – Myślisz, że ja nie zdaję sobie z tego sprawy? Jasne, że przez jakiś czas będzie trochę inaczej, że zakłóci nam to może niezmącony, sielski spokój, ale, jak mawiała moja babcia, człowiek wart jest tyle, ile jest w stanie dać drugiemu człowiekowi… A co oni zrobią, jeśli się nie zgodzimy? Mają tylko nas…

– Nieprawda – zaprzeczył Aleks. – Z tego, co wiem, mają córkę, twoja ciotka ma brata, a wujek jeszcze inne siostrzenice i bratanice. Czemu więc wybrali właśnie ciebie? Wiesz, jakoś mi się oni… nie podobają, szczerze mówiąc.

– Bo tak im się życie ułożyło? Aneta od lat mieszka w Gdyni, z bratem ciotki są skłóceni, a poza tym to mój chrzestny, czyli jakby ojciec!

Aleks w milczeniu pokiwał głową.

– No? Powiesz mi coś jeszcze? – spytałam zaczepnie.

– Mógłbym – westchnął mój mąż. – Jestem jakoś dziwnie przekonany, że złym relacjom z córką i bratem ciotki sami są winni, jeśli zaś chodzi o jego chrzestne „ojcostwo”, nie przypominam sobie, bym go wcześniej miał okazję poznać. Nie przyszedł nawet na nasz ślub, choć był zaproszony. Ale nie, nie powiem tego, żeby nie robić ci przykrości. Zrobisz, jak zechcesz, ja uszanuję twoje zdanie.

– Wobec tego już zrobiłam. Poza tym pamiętaj, że ja ze swoim bratem też nie jestem od paru lat w najlepszych stosunkach, a przecież nie zrobiłam mu nic złego.

– Jemu nie, ale ma żal do ciebie o to, co zrobiłaś z waszym rodzinnym domem.

– Roman ma niestety nieco inne poczucie sprawiedliwości niż ja – burknęłam. – Ale sprawiedliwość to nie matematyka, czasem nie wychodzi po równo. Bo życie czasem wymusza na człowieku rozwiązania, które nie każdemu muszą się podobać. Jeśli oczywiście chce się być w porządku wobec siebie i innych.

– Tylko że to „w porządku” nie zawsze działa w obie strony…

– Nie musi. To ja, wyłącznie JA chcę odczuwać komfort, że postępuję uczciwie. Reszta jest problemem innych i ich sumień.

– Dobranoc, Sandro – odpowiedział krótko Aleks.

Znał mnie dobrze i wiedział, że jego dalsze wywody na nic się nie zdadzą. Wiem też, że nawet jeśli nie zawsze się ze mną zgadzał, cenił moją bezkompromisowość i być może, całkiem dziś nie na topie, honor i dumę. Nie chcąc więc nieopatrznie wracać do spraw, które mogły być dla mnie przykre, westchnął tylko i odwrócił się na drugi bok.

* * *

Tego właśnie dnia kilka godzin wcześniej zeszłam do drzwi, żeby otworzyć komuś, kto zaanonsował się przeciągłym dzwonieniem. Niestety, domofon był częściowo popsuty i musiałam gnać dwa piętra w dół. Na zewnątrz stała starsza pani z torebką i parasolką, a pół kroku za nią równie dojrzały wiekiem pan z dwiema walizkami. Dopiero po dobrej chwili w stojącej naprzeciw mnie siwej kobiecie rozpoznałam ciotkę Edytę, a w towarzyszącym jej opasłym, zupełnie łysym facecie – wujka Rogera. Od czasu, gdy zmarła babcia, nie utrzymywaliśmy z nimi zbyt częstych kontaktów, a po śmierci rodziców w ogóle przestaliśmy się widywać. Na mój widok wuj Roger porzucił walizki i wystąpił przed ciotkę.

– Nooo, kopę lat! – ucieszył się głośno i ostentacyjnie zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. – Kto by pomyślał, że taki mały tłuścioch wyrośnie na zupełnie niebrzydką kobietę!

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo rzucił się na mnie z uściskami. Nigdy wcześniej nie zaznałam z jego strony takich czułości.

– Witaj, Sandro. – Ciotka zachowała się znacznie powściągliwiej i podała mi zimną, pomarszczoną dłoń.

– Wpadliśmy do ciebie na trochę – oznajmił wujek i wrócił po walizki.

– To… znaczy? – spytałam zdumiona.

– Bez obawy, najwyżej na kilka dni – pośpieszył z wyjaśnieniem, widząc, jak taksuję niespokojnym wzrokiem jego bagaż. – Niedługo wylatujemy do Australii, na stałe. Wiesz, nie na nasze stare kości ten klimat, nie na nasze nerwy taka polityka. Sprzedaliśmy cały majątek, spakowaliśmy manatki, a tu masz, nagle coś tam się przedłużyło, coś tam się skomplikowało i sprawa się nieco opóźni. Moglibyśmy oczywiście przeczekać w hotelu, ale pomyślałem sobie, że byłoby ci przykro, gdybyśmy się tułali po hotelach, zamiast zagościć jak ludzie u najbliższej rodziny.

W istocie, gdyby pojęcie „najbliższa rodzina” mierzone było w kilometrach, byłaby to święta prawda. Dom wujostwa mieścił się ciągle niedaleko mojego, z tym że dzięki rozmaitym zmianom w infrastrukturze miasta ja teraz zamieszkiwałam w centrum, a oni na przedmieściu.

W sumie nie zdziwiłam się pierwszej reakcji Aleksa na wieść o ich dłuższej wizycie, bo moja była podobna, ale zanim wrócił z pracy, zdążyłam już sobie pewne rzeczy przemyśleć i poukładać. Byłam przekonana, że mój mąż zrobi tak samo i już jutro rano będzie z sytuacją pogodzony w takim samym stopniu jak ja.

– Wejdźcie, proszę. – Otworzyłam szerzej drzwi.

– Tylko mi nie mów, że nie ma windy – sapnął wujek, przepychając bagaże przez próg.

– Jest – uspokoiłam go. – Może ja pomogę…

Wujek natychmiast wziął od ciotki parasolkę, mnie oddał walizki. Na szczęście były na kółkach.

– Jesteście po obiedzie? – spytałam już w mieszkaniu.

Wujostwo odpowiedziało jednocześnie, przy czym ciotka powiedziała „tak”, a wujek „nie”.

Miałam akurat cały garnek spaghetti, uszykowany w przypływie kulinarnego szaleństwa dla nas z Aleksem na dziś i jutro, a teraz bardzo byłam ze swej zapobieg­liwości rada.

– Niestety, zupy nie ma, bo my raczej mało jadamy zup – tłumaczyłam się, stawiając przed nimi talerze.

– No przecież nie mogłaś wiedzieć, że przyjedziemy – pocieszył mnie wujek. – Zjemy w takim razie czym chata bogata, choć, jak widzę, raczej nawet nie chata, tylko hacjenda… Wszak naszą narodową, ojczystą potrawą jest schaboszczak z kapuchą.

– A włoską narodową potrawą jest spaghetti – powiedział Aleks, który właśnie w tym momencie wrócił do domu. – Dzień dobry – przywitał się i spojrzał na mnie, oczekując na przedstawienie gości.

– Tak, tak, znam z opowiadań – rzucił mój mąż, gdy tylko zaczęłam mówić. – Ja jestem Aleksander, mąż Sandry – dodał, jakby to mogło budzić jakiekolwiek wątpliwości.

Na czas konsumpcji nastała cisza. Wujek zamilkł, ciotka już wcześniej zbyt wiele nie mówiła, Aleks zaś, jak go znałam, zastanawiał się intensywnie, o co w tym wszystkim chodzi.

– Mam nadzieję, że smakuje państwu kuchnia mojej żony? – spytał, gdy uznał, że milczenie przedłuża się bardziej, niż powinno.

– Szczerze powiedziawszy, ja tu kuchni jako takiej nie widzę: makaron kupny, mielone z paczki, przecier z hipermarketu. Mam rację? – Roger zawiesił głos. – Ale ujdzie od biedy.

– Moim zdaniem całkiem smaczne – dodała po chwili Edyta.

Przy kawie Aleks próbował podpytać wujostwo o cel ich wizyty, robił to jednak w swojej delikatności tak nieumiejętnie, że musiałam przyjść mu z pomocą i powtórzyć to, czego sama się dowiedziałam, czyli o chwilowym opóźnieniu ich wyjazdu do Australii. Wujek wyjął z walizki butelkę brandy i poprosił o kieliszki.

– To nasze wkupne – oznajmił. – Mam nadzieję, młody człowieku, że gustujesz w dobrym trunku?

– Szczerze mówiąc, nie bardzo gustuję w trunkach w ogóle, ale jeśli okazja jest zacna, nie pogardzę.

To był cały Aleks: miły, uprzejmy, dobrze wychowany. Nie lubił alkoholu i jeśli naprawdę nie musiał, nie pił. Już prędzej ja czasem skusiłam się na kieliszek dobrego wina przed snem, nawet bez okazji. Roger jednak polewał i poganiał. Gdy po trzecim kieliszku mój mąż zaczął robić się lekko zielony na twarzy, postanowiłam stanąć na wysokości zadania i zaczęłam dyskretnie wlewać jego alkohol do półmiska z resztkami spaghetti. Potrawę zaś, po zakończeniu biesiady, z bólem serca spuściłam w klozecie.

– Mówiłem ci już, Sandra, że wyrosłaś na całkiem przyjemną dla oka kobietę? – spytał Roger, gapiąc się na mnie od jakiegoś czasu.

– Mówiłeś, wujku – potwierdziłam.

– Boszsze… Bosze, jakie ty masz, Oluś, szczęście, żeś jej nie widział, jak była mała – zachichotał Roger, skupiając mętny już wzrok na moim dekolcie. – Wcale byś się z nią nie ożenił. Wcale a wcale! Kobieta powinna na pierwszy rzut oka urodą powalić faceta na kolana. Jak moja Edyta kiedyś mnie. Żony niestety starzeją się znacznie szybciej niż wszystko inne na świecie i dziś już nie wygląda jak piękna kobieta, ba, może nawet w ogóle jak kobieta nie wygląda, ale kiedyś… Nie schodziłbyś z niej, chłopie, w dzień i w nocy!

Edyta spuściła wzrok i oblała się rumieńcem.

– Na pewno bym się ożenił – zaoponował Aleks, nagle odzyskując kolory na twarzy. – Bo mnie Sandra w pierwszej chwili oczarowała wrażliwością i rzadko dziś spotykaną odwagą, by bronić rzeczy dla niej ważnych. Dopiero potem zwróciłem uwagę na jej niewątp­liwą urodę oraz intelekt.

Roger spojrzał na mnie spode łba, najwyraźniej powątpiewając w mój intelekt.

– Czyli… że niby na co?

– Wiedzę, inteligencję, błyskotliwe poczucie humoru – wyliczał Aleks, śmiało patrząc mu w oczy.

– No tak, o ile moje wiadomości są aktualne, Sandra zrobiła przecież maturę. – Roger przypomniał sobie pewnie moje nieszczęsne korepetycje u jego córki, mające mnie przygotować do nauki w liceum.

– I maturę, i magisterkę, i doktorat – rozzuchwalił się Aleks, tak pokorny i skromny na co dzień.

– Do… do… kto… rat? – upewnił się Roger.

– Owszem, z filologii angielskiej. W sumie nie wiem po co, bo zaraz po studiach dostała świetną pracę, ba, niejedną nawet, a to był czas, że ludzie biegle władający angielskim byli poszukiwani. Doktorat tu niczego nie zmienił, ale cóż ja będę tak ambitnej kobiecie zaniżał poprzeczkę, wspierałem ją z całych sił.

Mina Rogera była w zasadzie do tej pory jedyną konkretną korzyścią, jaką dał mi ten tytuł. Rzeczywiście, dyplom doktora nie był mi do niczego potrzebny, a decyzję o studiach doktoranckich podjęłam, gdy się okazało, że nie możemy mieć dzieci. Możliwe, że chciałam sobie w ten sposób zastępczo zrekompensować poczucie własnej wartości.

– A ty, chłopcze? Czym się zajmujesz? – spytał wujek takim tonem, jakby niekoniecznie chciał poznać odpowiedź.

– Jestem programistą, piszę programy komputerowe. Ale niestety nie doktorem. W tym domu najwyższe wykształcenie mają kobiety.

– Czyli, można powiedzieć, nieźle wam się powodzi?

– Bardzo nieźle – przyznał Aleks beztrosko.

Roger przez chwilę przyglądał mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– To czemu nie macie dzieci? – spytał po chwili, poruszając najbardziej niezręczny temat, jaki mógł poruszyć.

– Bo… – zastanowił się Aleks i udzielił mu odpowiedzi, jakiej nigdy bym się po nim nie spodziewała – jak się ma pszczoły, ma się miód, a jak się ma dzieci, ma się smród.

Absolutnie nie miałam mu tego za złe, ponieważ rozmowa zmierzała do momentu, kiedy można było już być tylko szczerym, co w pewnych kwestiach nie wchodziło w grę, bądź zwyczajnie odbijać piłeczkę za pomocą głupich odzywek, oszczędzając sobie przykrości. Niespotykana ilość alkoholu, jaką wypił mój mąż (trzy pięćdziesiątki brandy), ewidentnie dodała mu luzu.

– W sumie racja – przyznał Roger. – Ja tam osobiście nie pamiętam, jak to było, gdy Anetka była dzieckiem, ale inaczej być nie mogło. Dziecko to dziecko, je, śpi, wrzeszczy… No, Edyta, dopij, to ci naleję.

„Powitalna” kolacja wujostwa zakończyła się po północy. Nieprzyzwyczajona do posiadówek tego rodzaju, z przerażeniem spoglądałam na ilość sprzątania, jakie czekało mnie jeszcze przed snem. Bardzo już zmęczona zebrałam naczynia ze stołu i załączyłam zmywarkę. Aleks pościerał blaty i rozłożył narożnik w „dużym pokoju” dla ciotki i wujka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ROZDZIAŁ I. Aleks Rozważny

ROZDZIAŁ II. Ja, Sandra

ROZDZIAŁ III. Bez ofiar w ludziach

ROZDZIAŁ IV. Wsiowe życie w małym mieście

ROZDZIAŁ V. Naszyjnik z pereł

ROZDZIAŁ VI. Śpieszmy się kochać…

ROZDZIAŁ VII. Goście, goście…

ROZDZIAŁ VIII. Korepetycje

ROZDZIAŁ IX. Samolot do Australii

ROZDZIAŁ X. Babunia

ROZDZIAŁ XI. Seksowne czerwone szpilki

ROZDZIAŁ XII. Jeszcze więcej tajemnic

ROZDZIAŁ XIII. Stefańczyk & Synowie

ROZDZIAŁ XIV. Romek

ROZDZIAŁ XV. Mój rodzinny dom

ROZDZIAŁ XVI. Coraz głębiej w las

ROZDZIAŁ XVII. Dramat zazwyczaj rozgrywa się w ciszy

ROZDZIAŁ XVIII. Mało dyskretny biurowy romansik

ROZDZIAŁ XIX. Nieplanowany urlop

ROZDZIAŁ XX. Kuzynka

ROZDZIAŁ XXI. W zasadzie wszystko w porządku…

ROZDZIAŁ XXII. Edyta

ROZDZIAŁ XXIII. Najtrudniejszy test w moim życiu

ROZDZIAŁ XXIV. „Nadzieja” matką naiwnych

Epilog

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie Dopóki śmierć nas nie połączy Zła miłość Farbowana blondynka Harpia Kufer babki Alicji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej