Pakistańska córka

Pakistańska córka

Autorzy: Maria Toorpakai

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 15.90 zł

Nie pozwoliła, by islam zniszczył jej marzenia.

„Nazywam się Maria Toorpakai Wazir. Pochodzę z jednej z najbardziej niebezpiecznych części Pakistanu. Mój dom to siedziba talibów. Kobiety wiodą tu bardzo nieszczęśliwe życie…”

Tam, gdzie się wychowała, dla kobiet wszystko jest haram – zakazane: edukacja, słuchanie muzyki, opuszczanie domu bez towarzystwa mężczyzny, wybór ubrania, własne poglądy… Od najmłodszych lat dziewczynki są uległe i posłuszne. Ale nie Maria.

Miała talent do gry w squasha i chciała być najlepsza na świecie, ale na terenach opanowanych przez talibów sport mogą uprawiać jedynie chłopcy. Podjęła więc gigantyczne ryzyko i zaczęła udawać jednego z nich: przebierając się, ścinając włosy, owijając piersi bandażem.

Rodzice wspierali Marię od samego początku. Ale nawet oni nie byli w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa, gdy zaczęto grozić jej śmiercią. Maria uciekła do Kanady, aby ocalić życie i… marzenia.

Przejmująca historia dziewczyny, która wygrała pojedynek z islamskim fanatykami i dziś walczy o to, by świat poznał los zniewolonych kobiet.

Każdemu dziecku, które musi walczyć, zamiast bawić się i uczyć w pokoju. Niech strony tej książki będą dla Was niczym

światło na ścieżce ku wolności.

Prolog

Proroctwo

Dziewczyny takie jak ja wysyłane są do wariatkowa albo po prostu kamienowane na śmierć. Jeśli któraś ma szczęście, może wżenić się do rywalizującego klanu, żeby splamić jego krew. Jestem owocem jednego z takich karnych małżeństw. W ramach wyroku mającego przynieść hańbę obojgu, moja matka poślubiła wyklętego ojca, którego nie widziała nigdy wcześniej. Starszyzna nie przewidziała miłości, która miała się między nimi zrodzić, ani siły ich odwagi i wspólnych ideałów. A już na pewno nie przewidziała mnie. Nie mogła też powstrzymać naszej bezwstydnej rodziny pasztuńskich buntowników przed posiadaniem potomstwa.

Nawet wśród swoich uznawana byłam za tą inną. Nienawidziłam lalek, nie podobały mi się wymyślne suknie i nie znosiłam wszystkiego, co choć odrobinę kobiece. Moje ambicje nie ograniczały się do życia w kuchni ani w czterech ścianach naszego domu. Żeby pozostać przy zdrowych zmysłach, musiałam przebywać na zewnątrz, pod gołym niebem, na wolności – a tego zabraniało plemienne prawo.

Kiedy byłam jeszcze bardzo mała, ojciec pożyczył telewizor Zenith i magnetowid, a na miejscowym bazarze kupił używaną kasetę wideo o technikach polowania stosowanych przez lwy. Na taśmie tej, jak na wszystkim, co pokazywał nam ojciec, czy to za pośrednictwem telewizora, czy książek, zapisana była życiowa lekcja, do której sami musieliśmy dotrzeć. Siedzieliśmy na chłodnej glinianej posadzce naszego pokoju dziennego, oglądając lwa podchodzącego na afrykańskiej równinie stado gazeli. Lwy są bardzo powolnymi drapieżnikami, a polują na jedne z najszybszych stworzeń na ziemi. Początkowo zdawało się, że lew nie ma szans. Głodny, wylegiwał się niczym leniwy król wśród bujających traw, od niechcenia obserwując otoczenie. Co jakiś czas wstawał, przeciągał się i krok po kroku zbliżał do swojej ofiary. Kiedy gazele na niego patrzyły, po prostu gapił się na nie obojętnie, nie zdradzając swoich zamiarów. Pewność siebie gazeli wynikała z tego, że z łatwością mogły uciec przed lwem, ale ta ich fałszywa wiara we własne umiejętności miała okazać się dla nich zgubna. Lew posiadał dwie cechy, które sprawiały, że szala zwycięstwa przechylała się na jego stronę: okrutną cierpliwość i fenomenalną umiejętność maskowania się. Dokładnie pamiętam, jak ta bestia z gracją wyskoczyła z trawy, wbijając swoje kły i pazury w odsłonięty kark zaskoczonej ofiary, która nie zdawała sobie sprawy z obecności lwa. Ale ta gazela była głupia, myślałam sobie, a kot taki cwany.

Tuż przed moimi piątymi urodzinami narzekałam ojcu, że nie zniosę kolejnej ciasnej sukni i wolę nosić luźne ubrania, takie jak chłopcy bawiący się na dworze. Zaśmiał się i kazał mi się nie przejmować. Możliwe, że wszystko zaczęło się od żółtego T-shirtu i krótkich spodenek, które kupił mi na bazarze. Nie zważałam na jego ostrzeżenia, żeby nosić ten strój wyłącznie w czterech ścianach naszego domu. W mojej części świata, jeśli dziewczyna wychodzi odsłonięta na zewnątrz, popełnia haram – czyn zabroniony, występek przeciw Bogu.

W dniu, w którym założyłam mój żółty strój, wabiła mnie roztaczająca się z naszej żelaznej bramy panorama szczytów i dolin. Pierwszy raz byłam sama poza domem, gotowa biec pod gołym niebem. Czyste ciemne włosy miałam spięte tęczowymi wstążkami, uderzył mnie południowy skwar, koszulka przylgnęła mi do pleców, a po warkoczach i nogach spływały krople potu. Słońce grzało mi kończyny, przystanęłam na moment na podwórzu, wzniosłam ręce i poczułam przypływ wolności. Spojrzałam na nogi, widziałam swoje smukłe ciało, tak często skrywane, a teraz nabierające rumieńców. Odciągnęłam zasuwę, popchnęłam ciężką bramę i puściłam się pędem. Nikt mnie nie zauważył i kiedy wróciłam, nikomu nie powiedziałam, co zrobiłam.

Pewnego parnego popołudnia siedziałam na kolanach przy niskim oknie, z głową opartą na rękach, wpatrując się w szeroką rzekę za naszym domem. Matka wcisnęła mnie w nową suknię z ciężkiego materiału, przyozdobioną licznymi paciorkami i rzemykami. Zakrywała mnie od stóp do głów niczym trumna. Z zewnątrz falami dobiegał mnie śmiech grupki bawiących się chłopców, którzy wznosili tumany kurzu, przysłaniając mi widok na poszarpany horyzont. Słyszałam głuche dudnienie kopanej piłki i nagle poczułam w brzuchu jakby uderzenie gorąca. Było ich tam przynajmniej dziesięciu, wszyscy luźno ubrani, grali w piłkę pomiędzy niskimi występami skalnymi. Dryblowali zwinnie, a mnie nagle ogarnęła panika, gdyż zrozumiałam, na czym będzie polegał mój los, jak gdybym nagle ujrzała przyszłość – przez resztę życia miałam być zabalsamowana w pięknych szatach, a do wyboru pozostawały mi albo szkoła, albo dom. Serce zamarło mi jak kamień. Dla dziewczynek takich jak ja, które pragnęły biegać i uprawiać sport, nie było żadnej alternatywy. Nagle zrozumiałam, że pomimo liberalnych wysiłków mego ojca, jego mitów, wielkich map z kontynentami i wszystkiego, czego starał się mnie nauczyć o wielkim świecie, nigdy naprawdę nie będę wolna. W naszej kulturze dziewczynki przesiadywały w czterech ścianach, w milczeniu i zakryte.

Nie zastanawiałam się nad tym, co robię. Po prostu wstałam, odeszłam od okna w chłodny cień, zerwałam z siebie suknię, aż puściły szwy przy ramionach. Następnie w porywie cichego szaleństwa wyciągnęłam wszystkie sukienki z szaf i wyrzuciłam je do ogrodu. Jedna po drugiej. Były tak ciężkie, że zajęło mi to godzinę.

Palenisko kuchenne pod drzewem było płytkie, składało się z czterech cegieł i kilku patyków umieszczonych pod rusztem, ale wiedziałam, gdzie matka trzyma naftę i zapałki. W szafce na półce w kuchni. Działałam szybko, zanim mogłabym się rozmyślić, doskonale zdając sobie sprawę, że jeśli tylko się nad tym zastanowię, zaraz przestanę. Ściągnęłam wielką puszkę nafty i powoli, trzymając oburącz, zaciągnęłam ją, nie roniąc ani kropli, na zewnątrz przez tylne drzwi – pozostawiłam za sobą ścieżkę prowadzącą wprost do paleniska. Sukienki ułożyłam na cegłach w stos, jedna na drugiej, ich ornamenty odbijały słoneczne światło, tkaniny były ciężkie niczym ołów. Nawet jeśli przez podwórko zawiał wiatr, leżały nieruchomo niczym zwłoki. Spojrzałam na stos i zawahałam się tylko na sekundę – szkoda było palić coś tak pięknego. Postanowiłam jednak podpisać własny wyrok śmierci. Oblałam ubrania czystą niczym woda naftą i podpaliłam zapałkę. Odsunęłam się, obserwując, jak płomień wzbija się na moje żądanie.

Nagły podmuch wiatru zmącił powietrze, rozwiewając mi włosy i zapierając dech w piersiach, a stos sukienek momentalnie zniknął za ścianą płomieni. Eksplozja gorącego, czerwonego żaru pochłonęła te wszystkie paciorki i kryształki, wystrzeliwując ku błękitnemu niebu kłębem czarnego dymu. Jasne, jedwabiste kolory w ciągu kilku chwil zmieniły się w brąz i czerń. Wbiegłam do domu, gdzie założyłam koszulę i spodnie brata – strój u nas nazywany salwar kamiz. Następnie w kuchni wzięłam ostry nóż, którym odcięłam wielkie pukle moich czarnych włosów, rzucając je w płomienie, gdzie przemieniły się w popiół.

Nie zdawałam sobie sprawy, że od dłuższej chwili ojciec stoi i obserwuje, jak jego dzikie dziecko tańczy przy stosie spalonych sukni. Wiele lat później dowiedziałam się, że tego gorącego popołudnia ujrzał we mnie inną dziewczynkę – siostrę, której kiedyś nie udało mu się uratować. Z okna na górze widział, jak przez rodzinny ogródek niesie dwa ciężkie ocynkowane wiadra pełne wody. Nagle się zatrzymała. Ujrzał, jak upuszcza jedno naczynie, potem drugie. Rozlana woda spłynęła po rozgrzanych kamieniach, a wiadra potoczyły się po ziemi, opryskując rąbek jej sukni. Usłyszał, jak siostra wzdycha z bólu i pada jak rażona piorunem.

Kiedy do niej zbiegł, leżała na ziemi, a w jej otwartych oczach odbijało się błękitne niebo. Była martwa. Ludzie w wiosce mówili, że cierpiała na przerost serca albo na jakąś inną wadę, która doprowadziła do zatrzymania jego akcji. Ojciec wierzył, że jej śmierć spowodował ciężar wielu smutków. Jego siostra była jak ja – silna, androgeniczna i narwana. Taka chłopczyca nie miała szans przetrwać w klatce, w której zamykała ją nasza kultura.

Zanim ojciec dorósł, widział wiele dziewcząt odbierających sobie życie – kuzynki zażywały truciznę, żeby uniknąć zaaranżowanego małżeństwa, inne po prostu odmawiały jedzenia, aż umierały z głodu. Często dziewczyny oblewały się naftą i podpalały. Raz widział w wiosce samobójczynię, która zmieniła się w żywą pochodnię. Po wszystkim zostały tylko zwęglone szczątki. Inne dziewczyny robiły to samo, choć częściej to im coś takiego robiono – w trakcie kłótni o posag albo w ramach wyroku za jakiś niewybaczalny grzech.

– Moja siostra była taka jak ty, Mario, silna i inna, urodzona, by zostać lwem, a oni jej na to nie pozwolili.

Ojciec podszedł do mnie i do płonącego stosu, usłyszałam jego śmiech. Przeczesał moje postrzępione włosy.

– Mój nowy syn potrzebuje imienia godnego wielkiego wojownika, który wygrał bitwę, nie roniąc ani kropli krwi. Będziemy cię nazywać Dżyngis-chanem.

Pochylił się nade mną, powtarzając to imię do mojego lewego i do prawego ucha, a następnie wyrecytował święty adhan. Maria umarła.

Rozdział 1

Między górami

Mój rodzinny dom otoczony był zapierającymi dech w piersiach bezkresnymi łańcuchami górskimi znanymi jako Dom Boży, składającymi się z ogromnych, stromych skał wypełnionych światłem koloru ognia. Pomiędzy szczytami, skryte w łagodnych dolinach, płynęły rzeki, wzdłuż których wznosiły się wioski z błota i kamienia. Nad tym wszystkim rozpościerała się aż po horyzont wielka błękitna kopuła nieba. W dolinach, w których rosła kukurydza i pasły się owce, trudno było spotkać człowieka. Żadnych odgłosów. Można było iść przez kilka dni i nie natknąć się na żywą duszę, a mimo to wszędzie dało się wyczuć boską obecność.

Dla mnie ta cicha i piękna kraina jest niebem. A jednak gdy świat myśli o moich rodzinnych stronach, widzi w wyobraźni przedsionek piekła. Mający kształt siekiery Południowy Waziristan, zajmujący powierzchnię 6500 kilometrów kwadratowych przy spływającej krwią, niespokojnej granicy z Afganistanem w północno-zachodniej części Pakistanu, należy do Terytoriów Plemiennych Administrowanych Federalnie, lecz w rzeczywistości rządzi się sam za pomocą starożytnego systemu despotycznych plemiennych praw. Obecnie znajduje się tu główny matecznik talibów, przez co uznawany jest za najniebezpieczniejsze miejsce na świecie, ale w mojej pamięci zachował się jako mój dom i gdybym tylko mogła, powróciłabym do niego bez wahania – gdyby tylko nie żądano tam mojej głowy.

Popołudniami wiał tam ożywczy wiatr, na przemian przynosząc chłodne i ciepłe podmuchy powietrza. Ale gdy tylko pogoda zmieniała się przed burzą lub gdy jedna pora roku przechodziła w następną, z gór nadchodził inny wiatr, przeganiając wzdłuż szczytów długie pasma chmur i owijając je wokół nich ciasno niczym grube bandaże. Przynosił obce mi zapachy, przywołując – jak to sobie wyobrażałam – niewidzialne światy, pobudzające we mnie chęć, by ruszyć w podróż daleko od naszego spokojnego, skrytego między górami domu.

Ten sam wiatr wiał w dniu, w którym się urodziłam, 22 listopada 1990 roku, w wiosce takiej samej jak inne, cichej i małej, niewyróżniającej się plamce w rozległej zielonej dolinie. Moja matka, Yasrab, miała 26 lat i musiała urodzić mnie bez niczyjej pomocy – bez szpitala, bez lekarza, bez żadnego znieczulenia. Sąsiadki przyniosły kubki chłodnej wody i pasy czystych tkanin. Mężczyźni poszli modlić się do meczetu, jeść owoce mango zerwane z dziko rosnących gajów i ssać kostki cukru. Pokój, w którym rodziła, był ciemny, a zza zamkniętych drzwi nie mógł dobiec żaden dźwięk. Gdy było już po wszystkim, nikogo w klanie nie interesowało, czy mój płacz jest zdrowy, czy świadczy o niedomaganiu ani czy urodziłam się żywa czy martwa. Podobnie jak moja starsza o cztery lata siostra, Ayesha Gulalai, byłam dziewczynką, co stanowiło skazę na naszym plemieniu.

Mój ojciec, Shams Qayyum Wazir, nie miał jeszcze trzydziestki i był wyzwolonym mężczyzną o szlachetnym pochodzeniu, co oznaczało, że wśród Pasztunów uchodził za zdrajcę. Shams ani razu nie sprawił, że ja albo moja siostra czułyśmy się gorsze od starszego ode mnie o pięć lat brata, Taimura Chana, ani od bliźniaków Sangeena Chana i Babraka Chana, którzy przyszli na świat ku chwale naszej rodziny, kiedy miałam cztery lata. W przeciwieństwie do innych pasztuńskich rodzin, w których kobiety służyły mężczyznom, wszyscy żyliśmy w naszym wielkim, błotno-ceglanym domu jak równi sobie. Trzymaliśmy się naszej muzułmańskiej wiary, obchodząc wszystkie święta i przestrzegając postów, modląc się pięć razy dziennie, ale ojciec nauczył nas, że ludzie na świecie w różny sposób docierają do Boga. Moja rodzina składała się z wolnomyślicieli, przez co popadła w niełaskę w naszym konserwatywnym plemieniu, ale dzięki czemu mogła się także z niego wyzwolić.

*

Każdy mieszkaniec Waziristanu, czy to Północnego, czy Południowego, nazywany jest Wazirem, ale słowo Wazir odnosi się także do plemienia Pasztunów, którzy licznie zamieszkują nasz region. Łączy ich język paszto, a kierują się kodeksem honorowym Pasztunwali, na który składają się rodowe prawa powodujące liczne niesnaski i rywalizację między rodzinami. Choć Wazirowie podzieleni są na klany, razem jesteśmy bardzo silni. Żadnej zewnętrznej władzy, jakkolwiek byłaby silna i choćby stosowała najnowocześniejszą broń, nie udało się podbić Wazirów ani nawet na jeden dzień zająć naszej ziemi. Doświadczeni w podbijaniu i kolonizowaniu brytyjscy imperialiści wpuścili do Waziristanu legiony żołnierzy, którzy zostali wyparci przez nieustraszonych miejscowych wojowników. Uśmiechając się z dumą, ojciec powiedział mi pewnego dnia, że Wazirowie w ciągu jednego popołudnia zmasakrowali 400 brytyjskich żołnierzy. Swoim gościom Pasztunowie oddadzą każdą cenną rzecz, jaką mają, ale wystarczy ich raz obrazić, a odetną wam głowę, zanim zdążycie mrugnąć.

W dzieciństwie nie znałam innych osób niż ludzie mojej krwi, których mogłam rozpoznać od pierwszego spojrzenia. Nawet jeśli turyści zapuszczali się w te rejony, nigdy nie docierali do mojego małego, odizolowanego świata. Cudzoziemcom nie udałoby się przeniknąć na nasze ziemie niepostrzeżenie. Wazirowie są masywni i wysocy, mają silne kończyny i szerokie dłonie. Kiedy wazirskie kobiety bronią potomstwa, są nieustraszone, a ich głosy huczą głęboko z wnętrza ich ciał. Mówią, że kiedy wazirska kobieta się odzywa, lepiej jej słuchać. Według legendy nasi ludzie są potomkami słynnego pasztuńskiego przywódcy Sulejmana i jego syna Wazira. Założyli wiele plemion, które zasiedliły obszerne połacie ziemi.

Na mapie Waziristan wygląda jak łata przyszyta do poszarpanych krawędzi Pakistanu, łącząca Afganistan z łańcuchem gór Preghal. Więzy krwi i wspólna przeszłość, której początków należy szukać w starożytnych dolinach Afganistanu, spaja ze sobą obie strony Przełęczy Chajberskiej. Żadna granica wyryta w kamieniu przez człowieka ze strzelbą ani namalowana na papierze krwią poległych wojowników nie rozerwie arrasów naszych więzów. Dokądkolwiek bym się udała, moja ziemia, moi ludzie, mój ojciec przypominali mi, że jestem pełnokrwistą Wazirką. Wazirką przede wszystkim.

Wszystkie wspomnienia naszego pierwszego domu, wzniesionego z cegieł pukka i błota, zaczynają się tak samo: najpierw cichy poranek, ciepło słońca ogrzewa wszystkie przedmioty. W moim domu narodziny dnia zdawały się magiczne, choć codziennie wyglądały tak samo, niczym rodzinna pieśń rozbrzmiewająca w każdym domu, w każdej wiosce. Pasztunki budzą się bardzo wcześnie, przed pierwszym pianiem koguta. Plemienna matka nie musi zastanawiać się, co robić danego dnia. Jej obowiązki – nadające rytm życia całej rodzinie – są tak święte i wrodzone, jak bicie jej serca, dzięki któremu otwiera oczy, niezależnie od tego, jak zmęczona może być po znoju poprzedniego dnia. Wszystko, co robi wazirska kobieta, wyryte jest w koleinach długiej ścieżki, którą przemierzała jej matka, babka i prababka. Nie wolno jej z niej zbaczać. Nie ma dostępu do telewizji, gazet ani magazynów, nawet radia są rzadkością. Wiedza traktowana była jak ktoś obcy, komu nie wolno ufać – nie mówiąc już o zapraszaniu do siebie.

Zgodnie z powszechnie akceptowanymi zasadami pasztuńskie kobiety miały siedzieć w domu, a na zewnątrz wolno im było wychodzić jedynie, gdy od stóp do głów okrywały je szaty zwane abajami lub burkami albo w wielkich chustach zwanych czadorami, i to tylko z mężczyzną – mógł nim być nawet mały chłopiec – u boku. Trzymanie kobiet w czterech ścianach i zakrywanie ich to praktyka zwana purdah – konserwatywny muzułmański zwyczaj, wedle którego przedstawicielki płci pięknej nie powinny być wystawiane na widok mężczyzn. Zwyczaj ten nigdy nie był kwestionowany, tak jak nie kwestionuje się kierunku wiatru albo wschodu słońca. Dla osób z zewnątrz wygląda to jak zniewolenie, ale dla mnie – przynajmniej wtedy – żadna z tych kobiet nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej. Wszystkie wiedziałyśmy, gdzie jest nasze miejsce. A nasze miejsce określała nasza pozycja w domu oraz pozycja naszej rodziny w plemieniu. Wierzyłam w to, dopóki nie utraciłam mojej pozycji.

Zawsze sobie wyobrażałam, że moja matka budzi w każdym, kto wstał po niej – czyli w moim ojcu, mojej siostrze, moich braciach i we mnie – ducha. Dopóki nie wstała, wokół nie było nic, tylko pustka – ani nieba, ani ziemi, ani rzeki, ani doliny. Budząc się, matka budziła słońce, tak jak podsycała ogień, układając drewna na palenisku.

W ciemnej błotnej lepiance, w pokojach nasyconych zapachem ziemi członkowie rodziny błądzili po omacku, budząc się kolejno. W domach, które często zamieszkiwane były przez wielopokoleniowe rodziny, najpierw z łóżka wstawały matki, potem dzieci, a mężczyźni, niczym bestie, drzemali najdłużej. Młodsi opiekowali się starszymi, goląc ich chropowate, wyżłobione przez czas twarze i układając ich ubrania oraz włosy. W Waziristanie wiele osób mieszka w ogromnych domach, gdzie pod jednym dachem żyją wielopokoleniowe rodziny – ciotki, wujkowie, kuzyni, dziadkowie i oczywiście dzieci. Rodzina zawsze wspólnymi siłami budowała dom i każdy miał swoje miejsce w hierarchii – najwyżej byli najstarsi – tak jakby każdy był trybikiem w maszynie.

Nawet ptaki, które szanowaliśmy, zajmowały wśród nas specjalne miejsce. Usunęliśmy jedną cegłę pukka ze ściany naszego ganku, żeby gołębie mogły w niej uwić gniazdo. Zawsze odnajdywał się tam jakiś ptak wiedziony instynktem, którego nigdy nie potrafiłam pojąć, stając się członkiem naszej rodziny. Na jednym z nas spoczywał obowiązek kruszenia czerstwych resztek chleba i karmienie gołębia, żeby się zadomowił.

W mojej wiosce każde dziecko miało proste obowiązki. Dziewczynki opiekowały się najmłodszymi, zanim te nauczyły się same jeść. Ktoś chodził z pełnymi wiadrami wielkości połowy jego wzrostu srebrną ścieżką od strumienia, niosąc chlupoczącą chłodną wodę. Czasami biegłam z moim metalowym wiadrem, uderzając w niego złamanym patykiem i wzbijając obutymi w sandały stopami tumany kurzu z rozpalonej ziemi. W gorące letnie popołudnia udawaliśmy się małymi gwarnymi grupkami do górskiego źródła, gdzie taplaliśmy się w pomarszczonej wodzie, po której powierzchni pływały kwiaty przypominające lotosy.

Zanim wróciłam do domu z wypełnionym po brzegi, ciężkim wiadrem, matka zdążyła już przygotować na śniadanie jogurt ze świeżego mleka. Pachniało chlebem naan, posiekaną miętą i parzoną czarną herbatą. Gdy tylko wstał ostatni mężczyzna, cała rodzina zbierała się razem z hałaśliwymi i radosnymi dziećmi. Ojcowie siadali w ciszy na jedwabnych matach pod ścianą. Kobiety przemykały pomiędzy resztą domowników niczym strumień, z którego właśnie czerpałam zimną wodę, podając świeże, proste posiłki, na przykład małe miseczki krojonych owoców – wszystko to w przestronnej, ciepłej kuchni, która była sercem naszego domu.

Ale w naszych porankach w Waziristanie najbardziej lubiłam cichą ceremonię, którą dziś postrzegam niemal jak świętą powinność; rozpoczynała się, kiedy wywiązawszy się z mojego obowiązku, przekazywałam matce świeżą wodę. Moja matka zwilżała nią ziemistą podłogę naszego domu, zanurzając ręce w wiadrze i strząsając z koniuszków palców wielkie srebrne krople. Gdy podłoga zmiękła od chłodnej górskiej wody, przecierała ją i ubijała, wydobywając z niej słodki zapach wilgotnej gliny. Słodkie perfumy rozchodziły się po całym domu, swym niewidzialnym pięknem oznajmiając nam, że rozpoczął się kolejny długi dzień.

Zanim w ogóle się dowiedziałam, że istnieje jakiś zewnętrzny świat, musieliśmy rozstać się z naszą idyllą. Moja rodzina wyprowadziła się z tego wielkiego domu z przewiewnymi pokojami, porzucając stabilność naszych zwyczajów i wysoką pozycję w plemieniu – wszystko przez to, że ojciec stanął w obronie swoich ideałów, pozwalając żonie i córkom żyć we względnej wolności. Chciał, żebyśmy wszyscy odebrali dobrą edukację, i wiedział, że za samo marzenie o tym będzie musiał uciec z naszej małej wioski. Moja rodzina nie wstydziła się swoich wielkich ambicji. Gdy moja siostra Ayesha miała sześć lat, brała udział w debatach konkursowych i pisała przemówienia na temat praw kobiet, demokracji, pracy dzieci i środowiska. W wieku czterech lat wolno mi było ubierać się jak chłopiec i z procą biegać po wiosce. Moja matka, na którą wołaliśmy Aami, pragnęła zdobyć stopień naukowy. A mój ojciec, nasz Baba, nie wymagał od matki noszenia burki; znajdował się w samym środku tego wszystkiego, niczym prowodyr zrywający ze starodawnymi zasadami z uporem krewkiego Wazira.

Wówczas nie zwracałam uwagi na żaden z tych szczegółów, ale dla naszej starszyzny były one poważną zniewagą. Zniewagą całego plemienia. Zniewagą Boga. Starszyzna już wcześniej dwukrotnie zamknęła ojca za jego liberalne poglądy. Dążenie do oświecenia wiązało się z karami – więzieniem, a w najgorszym wypadku śmiercią. Jeśli wszyscy chcieliśmy się uczyć, to nie mieliśmy wyboru i musieliśmy odejść. Ale nawet w takim otoczeniu nie znaliśmy strachu. Na tym polegała wspaniałość bycia Wazirką i córką mojego ojca. Nie baliśmy się niczego. Po prostu się przeprowadziliśmy i żyliśmy dalej.

W kolejnych latach przenosiliśmy się wielokrotnie, każde nowe miasto pociągało mnie nowymi przygodami i dziwnymi postaciami – zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi – czyniąc ze mnie kobietę, jaką miałam się stać. Nawet dziś jedna z tych historii się wyróżnia: to dzięki niej zrozumiałam, że mój świat jest jak kocioł pełen niebezpieczeństw, nie tylko dla mnie, ale dla każdego, kto w nim żył. Było to dla mnie przełomowe odkrycie: jego okropieństwo, pomimo wszystkiego, co przydarzyło mi się wcześniej i później, do dziś nie opuściło mojej sponiewieranej psychiki. Wspominając moje dzieciństwo w Pakistanie, często myślę o chwili, kiedy na dobre przestałam być dzieckiem.

Miałam siedem lat i żyłam już jak chłopiec. Ojciec pracował jako nauczyciel w koledżu w Miramshah, nowoczesnym mieście z gęstą betonową zabudową, które leżało w dolinie przylegającej do stromych szczytów pasma gór Hindukusz. Każda nowa przeprowadzka rozpoczynała się tak samo: ojciec i matka załadowywali na wóz niezbędne rzeczy, jak naczynia, materace wypełnione uschłymi liśćmi, zakurzone podręczniki ojca oraz para gdaczących kurczaków, i ruszaliśmy w drogę. Zmierzaliśmy w stronę Północnego Waziristanu, trasa była wyboista i długa, prymitywny pojazd wiózł naszą rodzinę przez góry wyłaniające się z pyłu unoszącego się nad suchą drogą. Podróż zapamiętałam jako ciąg powoli przesuwających się krajobrazów, gdy mijaliśmy wioski i gdy zatrzymywaliśmy się, by kupić owoce mango i morele z rozklekotanych stoisk. Drogi były kamienne i wąskie, a z jasnego nieba lał się żar. Dotarcie z Południowego Waziristanu na północ musiało nam zająć dużo czasu.

*

Początkowo moje życie w Miramshah nie było mniej wolne ani szczęśliwe od tego, które znałam w Południowym Waziristanie czy gdziekolwiek zdarzyło mi się mieszkać. Drzemałam w cieniu akacjowych drzew i skakałam po płaskich dachach. Pływałam jak chłopiec w wartkiej rzece i biegałam wzdłuż jej błotnistych brzegów, czasem przystając i przebiegając wzrokiem po zasiedlonej dolinie u stóp zdradzieckiego i baśniowego pogórza Kusz. Nie zwracałam uwagi na fakt, że pod względem materialnym byliśmy ubożsi – mieliśmy mniej jedzenia, mniej ubrań – i że wszyscy gnietliśmy się w małym betonowym domu na kampusie koledżu.

Kiedy ojciec dał mi pieniądze, żebym na targu kupiła jedzenie, nie miałam pojęcia, jak trudno zdobyć tę garstkę pachnących glebą rupii. Nie wiedziałam, co to znaczy być biednym, zanim na dobre nie opuściliśmy domu. Żeby dotrzeć na targ – lub gdziekolwiek w mieście – musiałam wspiąć się na betonowy mur i kierować się uliczkami, a w kieszeniach mojej postrzępionej koszuli i spodni monety brzęczały niczym małe dzwoneczki. Był to dziewiąty miesiąc muzułmańskiego kalendarza księżycowego i sierp księżyca niczym cienki paznokieć wisiał na bezchmurnym porannym niebie, sygnalizując święty miesiąc ramadan. Na ramię zarzuciłam torbę wypełnioną zebranymi w lesie orzeszkami piniowymi, które miałam wymienić na biały ryż lub torbę owoców. Wysyłając mnie, matka ostrzegła, żebym się nie ociągała. Rodzina została w domu, gdzie przez cały miesiąc pościła od wschodu do zachodu słońca. Pamiętam panującą wokół ciszę. Czuć było, że nasza część świata pogrąża się w głębokiej modlitwie. Podbiegłam do cementowego muru, przeskoczyłam na drugą stronę i pomknęłam wąską, cienistą aleją, na której nie spotkałam żywej duszy. Zawsze chodziłam lekko przygarbiona – uginając się pod własnym wzrostem, gdyż byłam bardzo duża jak na dziewczynkę – z rękami wciśniętymi w kieszenie. Wyglądałam jak zdeterminowany i szybki chłopiec, który wie, dokąd zmierza. Wielokrotnie szłam tą drogą w tym samym celu. Kiedy dotarłam do końca alei, usłyszałam silnik pracujący raz na wyższych, raz na niższych obrotach, a potem milknący. W powietrzu unosił się gorący zapach benzyny. Ujrzałam mężczyznę ubranego w jaskrawy, czysty salwar kamiz, wchodzącego przez otwarte drzwi do sklepu i znikającego w ciemności. Przez okno po drugiej stronie sklepu widać było inną, pustą ulicę. W środku stała krótka lada, przy której, pod ścianą, drzemał starszy mężczyzna.

Podeszłam do drugiego końca i zatrzymałam się przy stole, na którym stały kosze z produktami.

Za mną weszło dwóch innych mężczyzn. Kwaśny męski pot wyparł zapach kolendry i kardamonu, które zawsze dominowały w sklepie. Podeszłam do kosza z owocami na samym końcu pomieszczenia, przyjrzałam się dojrzałemu granatowi, opukałam go palcem i podniosłam.

Mężczyźni stali w sklepie. Słyszałam ich szepty i szuranie stóp.

Na uliczce za sklepem odezwał się silnik samochodu. Ujrzałam, jak podjeżdża, a boczne okna powoli się opuszczają. Datsun. Już wtedy znałam marki samochodów. Mój ojciec podjął pracę nauczyciela mechaniki samochodowej i maszynerii w miejscowym koledżu. Jego klasą – w której spędzałam na zabawie całe popołudnia – był wielki garaż wypchany rozebranymi pojazdami; brudne od smaru części silnika spoczywały na stolikach niczym mechaniczne okazy czekające na kolejną lekcję.

Mężczyźni w sklepie zamilkli. Stary człowiek za ladą wstał i się rozejrzał, a samochód stanął pod oknem. Jego drzwi otworzyły się z impetem i wypadło z niego kilka osób. Następnie, jakby jednym płynnym ruchem, wskoczyły one przez okno do środka sklepu. Powietrze pulsowało. Przez kilka sekund nikt się nie ruszał. Czułam, jak przyspiesza mi oddech i serce. Nagle jeden z intruzów wyciągnął pistolet. Później dowiedziałam się, że był to tokariew, relikt po radzieckiej inwazji w Afganistanie, broń popularna w tej części świata. W kolejnych latach wielokrotnie miałam widzieć tę samą broń w naszych stronach. Mężczyzna przeładował magazynek, ruszył do przodu i oddał trzy szybkie strzały w głowę mężczyzny, który wszedł do sklepu przede mną. Nawet nie drgnęłam. Instynkt nie potrafił mi podpowiedzieć, co robić. Byłam całkowicie zdezorientowana i przerażona. Usłyszałam westchnięcie i coś ciężkiego upadło na podłogę. Oczami szukałam czegoś, żeby tylko nie patrzeć na to, co przede mną – odpadającej farby z sufitu, urwanego rzemyka przy moim sandale, cienia ptaka przemykającego za oknem. Musiałam jednak spojrzeć na ranionego mężczyznę. Pamiętam, że zrobiło mi się szkoda jego koszuli, i to na niej skupiłam uwagę – tak piękne ubranie zostało niewybaczalnie splamione. Chyba byłam w szoku.

Drugi mężczyzna wystrzelił w szyję innego. Teraz już dwie krwawiące osoby leżały na ziemi. Postrzelony w szyję człowiek trzymał palce w dziurze po kuli, próbując chyba zatamować krew, ale nie był w stanie tego zrobić. Z rany wydobywały się dziwne dźwięki, jakby ssanie niemowlaka. Natychmiast pomyślałam o moich drzemiących w domu w kołysce braciach bliźniakach, Sangeenie i Babraku. Chciałam krzyczeć. To nie dzieje się naprawdę, wciąż sobie powtarzałam. To nie dzieje się naprawdę. Nagle coś niewidzialnego opuściło mężczyznę i przestał się ruszać, ręce z głuchym stukotem opadły na podłogę. Wywrócił oczy i ucichł.

Trzeciego mężczyznę było trudniej zabić, mimo że dostał już kilka kul w plecy. Wiercił się na ziemi, wymachując nogami. Chwytał się różnych przedmiotów – buta zmarłego mężczyzny, nóg od stołu, przewodu elektrycznego, następnie próbował złapać otwartymi dłońmi gorące, nasycone prochem strzelniczym powietrze. Rozmazał własną krew na podłodze, próbując się po niej czołgać na boku. Potem zwolnił. Krwawił z ust, a jego ciało przeszywały skurcze, jakby został porażony prądem. Oprawcy patrzyli na niego bez słowa, obserwując jego powolną podróż po posadzce, aż zatrzymał się i nie było wątpliwości, że jest martwy. Dwaj mężczyźni przykucnęli i podnieśli ciało, zanieśli je do okna i wyrzucili na zewnątrz. Następnie sami wyszli tą drogą na drugą stronę.

Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, bo stałam nieruchomo pomiędzy długimi stołami ze świeżymi owocami. Wrzucili martwe, ociekające krwią ciało do bagażnika i zapalili silnik. Razem ze starszym mężczyzną staliśmy bez słowa, obserwując odjeżdżający samochód. Gdy jego terkot ucichł, zaczęłam się trząść. Wewnątrz unosił się słodki, metaliczny zapach, jakby wilgotnych monet. W uszach mi dzwoniło. W tej chwili coś w moim dzieciństwie pękło, jakby ktoś rozerwał na pół płótno, i wiedziałam, że tej części mnie już nie ma. Z mojego gardła wydobył się długi, cichy krzyk. Stałam tam z otwartymi ustami, granatem w dłoni i świeżą krwią u stóp.

Kiedy wróciłam do domu, nie powiedziałam ani słowa. Nie wiem czemu. Nikt nie pytał o plamy na moich butach. Życie się zmieniło. Mieszkaliśmy w innym świecie – to równie proste, co przerażające. Gdybym mogła poprosić Allaha o wymazanie z pamięci jednego wspomnienia, byłaby to ta masakra, podczas której nauczyłam się, że człowiek może bezlitośnie zabić innego człowieka, mając dziecko jako świadka. Powiedziałam ojcu, że udało mi się dostać tylko granat, wręczyłam mu go i uklęknęłam do modlitwy.

Different Kind of Daughter

Copyright © by Double Yellow Inc 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the Polish translation by Robert Filipowski 2017

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Tim Gainey / Alamy Stock Photo

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-65836-43-4

ISBN MOBI: 978-83-65836-44-1

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Omnia tempus habent anta rhei

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog. Proroctwo

Rozdział 1. Między górami

Rozdział 2. Mułła

Rozdział 3. Nietypowa panna młoda

Rozdział 4. Dżyngis-chan

Rozdział 5. Muza Bhutto

Rozdział 6. Mur

Rozdział 7. Miasto broni

Rozdział 8. Bóstwa, świątynie i anioły

Rozdział 9. Będziesz jadł błyskawice

Rozdział 10. Stolica imperiów

Rozdział 11. Nazywam się Maria

Rozdział 12. Grasz jak baba

Rozdział 13. Palenie skorpionów

Rozdział 14. Rupie dla matki

Rozdział 15. Dawca skarbów

Rozdział 16. Numer jeden

Rozdział 17. Na celowniku

Rozdział 18. Purdah

Rozdział 19. Gorączka łamiących kości

Rozdział 20. Dzwon Wolności

Epilog. Tysiąc Marii

Podziękowania

O autorce

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pakistańska córka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie