Wojna i więzienie. Saga moskiewska tom 2

Wojna i więzienie. Saga moskiewska tom 2

Autorzy: Wasilij Aksionow

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 520

Cena książki papierowej: 42.00 zł

cena od: 27.51 zł

W czerwcu 1941 roku Niemcy dokonują zbrojnej napaści na Związek Radziecki. Armia Czerwona cofa się; panuje chaos, całe oddziały poddają się, dochodzi do masowych dezercji. Zagrożona jest Moskwa.

Stalin apeluje do sumień rodaków, odwołuje się do patriotyzmu, zwraca wolność więzionym w łagrach dowódcom. Wśród nich jest Nikita Gradow, odarty z młodzieńczych ideałów i rewolucyjnego romantyzmu. Radziecka ojczyzna żąda jednak od żołnierza Armii Czerwonej kolejnych poświęceń w strasznych wojennych latach, które odciskają się bolesnym piętnem na losach Gradowów i całego narodu.

Wasilij Pawłowicz Aksionow urodzony 20 sierpnia 1932 w Kazaniu, zmarł 6 lipca 2009 w Moskwie. Jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy rosyjskich – prozaik, dramaturg, scenarzysta. Syn Jewgieniji Giznburg, autorki "Stromej ściany".

W czerwcu 1941 roku Niemcy dokonują zbrojnej napaści na Związek Radziecki. Armia Czerwona cofa się; panuje chaos, całe oddziały poddają się, dochodzi do masowych dezercji. Zagrożona jest Moskwa.

Stalin apeluje do sumień rodaków, odwołuje się do patriotyzmu, zwraca wolność więzionym w łagrach dowódcom. Wśród nich jest Nikita Gradow, odarty z młodzieńczych ideałów i rewolucyjnego romantyzmu. Radziecka ojczyzna żąda jednak od żołnierza Armii Czerwonej kolejnych poświęceń w strasznych wojennych latach, które odciskają się bolesnym piętnem na losach Gradowów i całego narodu.

Wasilij Pawłowicz Aksionow urodzony 20 sierpnia 1932 w Kazaniu, zmarł 6 lipca 2009 w Moskwie. Jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy rosyjskich – prozaik, dramaturg, scenarzysta. Syn Jewgieniji Giznburg, autorki "Stromej ściany".

Tytuł oryginału

ВОЙНА И ТЮРЬМА

Copyright © Vassili Axionow/Actes Sud, 1994

All rights reserved

Wykorzystanie przekładu za zgodą

Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o.

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

Zdjęcie na okładce

© Ryhor Bruyeu/Alamy/Indigo Images; Tribalium/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-415-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

WSTĘP

I. DUDNIĄ BUTY NA BRUKU

Dla rozumu ludzkiego

absolutna ciągłość ruchu jest niepojęta.

Lew Tołstoj, Wojna i pokój

Po napisaniu kilku stron autor niekiedy zapomina o motcie, które umieścił przed tekstem utworu. W takich przypadkach cytat zawieszony nad bramą powieści nie rozjaśnia jej wnętrza, lecz staje się metalową blaszką, znaczkiem, mającym świadczyć o erudycji autora, o jego przynależności do grona intelektualistów. Stopniowo i ta rola motta zanika. Kiedy czytelnik po skończonej lekturze znajdzie wolną chwilę, by zajrzeć na początek książki, motto może mu się wydać żałosną ozdobą, jak figurka jaguara przyspawana do starego moskwicza. Formułując te przemyślenia, zdajemy sobie sprawę, że się wystawiamy na ciosy krytyka z wrogiej grupy literackiej. Przyczepi się taki jeden z drugim do naszego wspaniałego motta z Tołstoja i nuże się wyzłośliwiać, że oto właśnie przykład jaguara na zajeżdżonym gracie! Przewidziawszy taki epizod w toku walki literackiej, odpieramy go z góry, oświadczając bez zakłamanej skromności, iż w ciągu wieloletniej praktyki na niwie twórczości beletrystycznej szczyciliśmy się zawsze harmonijną więzią między naszymi mottami i następującym po nich tekstem.

Po pierwsze, nigdy nie nadużywaliśmy mott, po drugie, nie zamieszczaliśmy ich w charakterze ozdób, a jeżeli niekiedy sięgaliśmy do nieco mętnych ludowych mądrości, na przykład „W Riazaniu grzyby mają oczy, zajadasz je, a one patrzą”, to tylko po to, by spotęgować artystyczny efekt. Motto pióra samego Lwa Nikołajewicza o niepojętości „absolutnej stałości ruchu” umieściliśmy na początku niniejszej karty nie tylko po to, by dołączyć do gromady „wielkich niedźwiedzic” (chyba jednak nie uniknęliśmy tutaj odrobiny obłudy), ale przede wszystkim po to, by zacząć naszą drogę poprzez drugą wojnę światową. Motto posłuży nam jako coś pokrewnego kaflowemu piecu w dworze jasnopolańskim, od którego mamy zamiar rozpocząć nasz taniec, rozwijać, a niekiedy zuchwale obalać ważną pesymistyczną myśl narodowego geniusza. Powędrujmy więc w kierunku wojny, gdzie wśród wielu milionów cierpiących ujrzymy miłych naszemu sercu członków rodziny profesora Gradowa. Ich udział w czasach wojennej nawały jest całkiem pokaźny, jeżeli ocenimy go zgodnie z punktem widzenia Lwa Tołstoja, który twierdził, że „suma ludzkich dowolności zrobiła i rewolucję, i Napoleona, i tylko suma tych dowolności tolerowała i unicestwiła zarówno rewolucję, jak i Napoleona”.

Wynika z tego, że stary lekarz Borys Nikiticz Gradow, jego małżonka Mary rozmiłowana w Chopinie i Brahmsie, ich gosposia Agasza i nawet dzielnicowy Słabopietuchowski, uczestnicząc w powszechnym chaosie ludzkich dowolności, wywarli na bieg historii wpływ nie mniejszy od de Gaulle’a, Roosevelta, Hitlera, Stalina, cesarza Hirohito i Mussoliniego. Czytając niedawno powtórnie Wojnę i pokój – wstyd powiedzieć, po raz pierwszy od dzieciństwa – wcale nie z powodu pracy nad Wojną i więzieniem, lecz dla czystej przyjemności, spotkaliśmy się z rozważaniami Tołstoja o zagadkach historii, które niekiedy radują nas ze względu na podobieństwo do naszych poglądów, niekiedy jednak zbijają z tropu.

Negując wpływ wybitnych postaci na przełomy historyczne, Lew Nikołajewicz przytacza przykłady z życia. Oto – mówi – kiedy wskazówka zegara zbliża się do dziesiątej i słyszę, że w pobliskiej cerkwi zaczynają bić dzwony na nabożeństwo, nie wynika z tego bynajmniej, że „...położenie strzałki jest przyczyną ruchu dzwonów”. Jakże nie wynika, zdziwi się współczesny umysł wychowany na anegdotach, czyż nie jest odwrotnie? Przecież nie dzwony wprawiają w ruch wskazówki. Dzwonnik zabrał się do sznurów, sprawdziwszy godzinę na zegarze. Jednak Tołstoj, cytując ten przykład, miał na myśli coś innego.

Patrząc na jadący parowóz, słyszy gwizd i obserwuje ruch kół, ale nie wyciąga z tego wniosku, że „...gwizd i ruch kół są przyczyną ruchu parowozu”. Gwizd, rzecz jasna, nie należy do przyczyn, lecz istnieją wątpliwości, jeżeli chodzi o koła – wszak właśnie koła, tocząc się do przodu lub do tyłu, powodują ruch umieszczonego na nich nadwozia. W tym przypadku nie pozostaje nam nic innego, jak znowu założyć, że Tołstoj miał na myśli coś innego, czym chciał zilustrować procesy historyczne.

Ostatni przykład, przytoczony w trzeciej części trzeciego tomu Wojny i pokoju, wszystko gmatwa, jeżeli nie zawiniło wydawnictwo Prawda, które w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku wydało dzieła zebrane w dwunastu tomach. Chłopi powiadają, pisze Tołstoj, że późną wiosną wieje chłodny wiatr dlatego, że się rozwijają pączki na dębie. Cytujemy, robiąc oko do naszego motta: „...Ale choć nie znam przyczyny, co sprawia, że zimny wiatr wieje, kiedy się dąb rozwija, nie mogę się zgodzić z chłopami, że przyczyną zimnego wiatru jest rozwijanie się pączków dębu, siła wiatru bowiem znajduje się poza obrębem wpływu pączków”.

Nasuwa się w tym momencie założenie innej kolejności wydarzeń, to znaczy rozwijanie się pączków pod wpływem zimnego wiatru, Tołstoj jednak pomija to, zakładamy więc, że ma na myśli całkiem coś innego niż to, co widać na powierzchni, że jego myśli i jego głębokie poglądy religijne całkowicie odżegnują się od pozytywistycznych teorii dziewiętnastego wieku, zagłębiając się w sferach metafizycznych. To znaczy, jego myśl nagle otwiera drzwi w bezdenną pustkę, w nieznane i niepoznawalne, gdzie otwierają się przed nim oszałamiające „rzeczy same w sobie”.

Kilka wierszy niżej hrabia, niestety, odnawia związek ze swoim wiekiem „wielkich odkryć naukowych”, by oznajmić: „...powinienem całkowicie zmienić swój punkt obserwacyjny i studiować prawa ruchu pary, dzwonu i wiatru. I próby takie już były robione”.

Ogólnie rzecz biorąc, w wyniku tych zdań abstrakcyjnych i nierozwiązanych (jak uważa – na razie!) Tołstoj formułuje myśl, że „...Chcąc studiować prawa historii, powinniśmy całkowicie zmienić przedmiot badań, zostawić w spokoju królów, ministrów i generałów, a badać jednorodne, nieskończenie małe elementy, które kierują masami”.

Prawie marksizm. Pewnie Lenin i to pragnienie poznania miał na myśli, kiedy nadał hrabiemu nowy tytuł „zwierciadła rewolucji rosyjskiej”. Nawiasem mówiąc, wódz powinien był wiedzieć, iż z Tołstojem sprawa nie jest wcale taka prosta, że zajmował się on nie tylko odzwierciedlaniem „sumy ludzkich dowolności”, lecz dodawał do niego niemałą własną „dowolność”, przede wszystkim zaś uważał, iż ruch tych niezliczonych części składowych kierowany jest z góry, to znaczy odbywa się nie zgodnie z teoriami ekonomistów czy antropologów, lecz zgodnie z wolą opatrzności.

Zdarza się jednak, że niekiedy teoretycy i praktycy wyróżniają się spośród „sumy dowolności”, wysyłają miliony na śmierć i miliardy skazują na niewolnictwo, a więc dowolność dowolności nie jest równa, nie możemy zatem, mimo najlepszych chęci, zgodzić się na obraz roju, chociaż wygląda malowniczo, i odrzucić rolę jednostki w historii.

Rozważania na Tołstojowskie tematy, zda się potwierdzające nasze motto, były nam potrzebne po to, by się zbliżyć do początku lat czterdziestych i zajrzeć poprzez magiczny kryształ w kolejną dal ogólnej, wszechświatowej opowieści, której częścią pragniemy uczynić naszą powieść, i obejrzeć w niej feerię „ludzkich dowolności”, która w historii figuruje jako druga wojna światowa.

I

DUDNIĄ BUTY NA BRUKU

W nocy ulicą Metrostrojewską (dawna Ostrożenka) podążała w kierunku koszar Chamowniczeskich kolumna rekrutów, kilkuset moskiewskich chłopaków. Pomimo zakazu palenia w ciemnym tłumie gdzieniegdzie błyskały płomyki, oświetlając wargi, czubki nosów, dłonie. Wczorajsi sztubacy potrafili ćmić ukradkiem. A wyruszyli właśnie ze szkoły, przy Siwcowym Wrażku, gdzie był punkt zborny, to znaczy z dobrze znanego miejsca. Skrzypiały cywilne półbuty, migały białe pantofle, które jeszcze wczoraj pucowano starannie proszkiem do zębów Priboj, bezszelestnie sunęły szmaciaki.

Nie informowano o miejscu przeznaczenia, ale wszyscy wiedzieli, że są to koszary Chamowniczeskie, gdzie po dezynsekcji i badaniach lekarskich otrzymają przydziały. Moskwa była bezludna, ciemna, uliczne latarnie wygaszono, okna szczelnie zasłonięto, na ziemi obowiązywało zaciemnienie, ale niebo jaśniało, tkwił na nim księżyc w pełni, nie on jednak był głównym źródłem światła, lecz reflektory przecinające niebiosa potężnymi promieniami, które się ciągle krzyżowały lub układały w ogromne lejtnanckie naszywki. Wyłapywały jedynie podłużne balony zaporowe obrony przeciwlotniczej, ale było wiadomo, że w każdej chwili w ich świetle może się ukazać coś innego. W mieście opowiadano, że nad stolicą niejednokrotnie już krążyły niemieckie samoloty zwiadowcze.

W tłumie rówieśników szedł dziewiętnastoletni Mitia Gradow (Sapunow). Chłopak słusznego wzrostu, o szerokich ramionach, krzepkim torsie, nieco przydługich rękach i odrobinę za krótkich nogach, czuprynę miał bujną, a w szerokiej twarzy z mocno zarysowaną szczęką świeciły dziwnym blaskiem wyraziste oczy, krótko mówiąc, wyglądał całkiem przyjemnie. Tuż przed wybuchem wojny Mitia ukończył szkołę średnią, szykował się na wydział medyczny (oczywiście za radą i protekcją dziadka Borysa), ale los zadecydował inaczej, nie minęło półtora miesiąca, kiedy nadeszła karta powołania.

Któryś z rekrutów zaintonował „Szlachetny niech uderza gniew, niech bije niczym zdrój! Za wolność przelejemy krew. Pójdziemy w święty bój”. Piosenka całkiem niedawno zabrzmiała w głośnikach radiowych i z miejsca zyskała popularność. Były w niej jakieś nuty władcze, niepozostawiające miejsca na zwątpienie. Nawet Mitia, który ciągle czuł się obco w radzieckim społeczeństwie, miał wrażenie, że ciężki marszowy rytm i koszmarny tekst („... zgniłym faszystowskim zbirom – kule w łeb!”) budzą w nim potężną, chociaż niezbyt wyraźnie adresowaną wściekłość. Co prawda teraz w tej kolumnie, w nocy, podczas swego pierwszego marszu na wojnę, nie pieśń go drażniła, lecz obecność Cecylii Rozenblum. Rekrutów odprowadzała garstka mamuś, wśród których kuśtykała Cecylia. Kto ją prosił, komu są potrzebne czułości? Obudziły się w niej, proszę państwa, macierzyńskie uczucia! Jak zwykle brak taktu – w głowie Mitii kołatały się cudze sformułowania, pochodzące ze słownictwa dziadka Borysa. Przybrany syn nigdy nie nazwał Cecylii Rozenblum matką. Jej ojca, Nauma Matwiejewicza, chętnie nazywał dziadkiem, nie tylko zresztą nazywał, lecz uważał za dziadka, prawie takiego samego jak Borys Nikiticz. Przybranego ojca, Kiryła Borysowicza, który zniknął gdzieś w tundrze kołymskiej, zapamiętał jako ojca, być może nawet jako kogoś ważniejszego niż ojciec, ponieważ nie zatarła się w nim pamięć o prawdziwym ojcu, okrutnym i dzikim Fiodorze Sapunowie. Niekiedy w najskrytszych myślach wspominał, jak jakiś czas przed aresztowaniem Kirył usiadł przy jego łóżku, myśląc, że śpi, i patrzył na niego z wyrazem głębokiej dobroci. Mitia udawał, że śpi, ale spod przymkniętych powiek widział szczerą twarz i łagodne oczy ojca. Teraz także, wspominając go, zawsze nazywał ojcem. Czy ojciec jeszcze żyje? Czy zbrodniarze nie zamordowali mego ojca? Nie pamiętał, jak się kiedyś do niego zwracał, czy kiedykolwiek nazwał ojcem, czy też zawsze mówił doń wujku. Starał się jednak przekonać siebie, że od początku nazywał ojcem człowieka, który go uratował przed wywózką do Kazachstanu, gdzie wymarła większość rodaków ze wsi Goriełowo. Inaczej było z żoną ojca, Cecylią Naumowną, której przecież także zawdzięczał ratunek, o niej nigdy nie pomyślał nawet jako o matce. A była to w gruncie rzeczy niezła kobieta, niekiedy nawet bardzo serdeczna, ale nie nadawała się na matkę. Nerwowa, roztargniona, zawsze dziwacznie ubrana, często niedomyta (zauważył, że czasami rano Cecylia, nieustannie mamrocząc przekleństwa, szukała książek lub papierosów i zapomina o myciu). Tak więc nie najładniej pachnąca marksistka nie potrafiła usunąć z pamięci chłopca wyniszczonej goriełowskiej matki, której jedynymi metodami wychowawczymi były nieustanne kuksańce i targanie za uszy. Mitia już o nich nie pamiętał, pamiętał natomiast, że matka, łapiąc go za ucho, by ukarać boleśnie, nagle przytulała do serca. Tyle tylko pozostało w jego pamięci po matce, spalonej w pożarze.

Kartę powołania przesłano nie do Srebrnego Boru, gdzie Mitia przebywał stale, lecz do mieszkania Cecylii, ponieważ tam był zameldowany. Z tego powodu musiał się stawić w punkcie zbornym w centrum, przy ulicy Bulwarnoje Kolco. W tej szkole trzymano ich prawie dobę, kuchnia polowa z koszar Chamowniczeskich przywoziła posiłki. Zawsze, ilekroć Mitia wyglądał przez okno, wśród innych matek tłoczących się za kratami ogrodzenia widział Cecylię. Też mi mateczka! Maszerowała łeb w łeb z kolumną, czasem, by nie zostać w tyle, musiała biec truchtem. Z tyłu spódnica wyciągnęła się, prawie sięgała bruku, a z przodu zadarta ukosem odsłaniała lewe kolano w grubej pończosze pozwijanej w obwarzanki. Przypomniał sobie coś całkiem obrzydliwego – cycki Cecylii, ściskane i pieszczone przez Kiryła podczas ich pierwszego spotkania w szopie. Zawsze usiłował zapomnieć scenę, podpatrzoną przez zdychającego z głodu szczeniaka, ukrytego za rozsypującymi się beczkami. Trudno uwierzyć, że podstarzała Żydówka jest tamtą rudą dziewoją o białej, piegowatej skórze. Jak można być taką okropną Żydówką, odrażającą starą Żydówką – pomyślał Mitia, wstrząsając się z obrzydzenia. Brzydził się „cioci Cyli”, ale siebie także. Być może po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie nazywa Cecylii matką, ponieważ jest zbyt żydowska, że się jej wstydzi. W domu Gradowów nie było antysemityzmu, wychowywano go w takim duchu, teraz jednak coś się w nim odblokowało, zrozumiał, że się wstydzi Cecylii, że się obawia, by koledzy rekruci nie pomyśleli, iż jest jej synem.

Kolumna miała już przeciąć Sadowoje Kolco, kiedy Cecylia zauważyła, że sierżant towarzyszący rekrutom poszedł gdzieś do przodu, i wmieszała się pomiędzy szeregi, by wręczyć Mitii torbę z jedzeniem.

– Weź, Mitia, zapakowałam herbatniki Poziomkowe, trochę twoich ulubionych cukierków Biełka, pół tuzina jaj, słoik tranu, koniecznie musisz go wypić!

Tran pewnie przesączył się przez nieszczelny korek, na torbie ukazały się żółte cuchnące plamy. Mitia odepchnął ją łokciem.

– Nie trzeba, ciociu Cylu! Proszę to zabrać!

Nie o zapach chodziło, lecz o przynależność do Żydówki, która w dodatku wpychała mu smrodliwą torbę – wspaniały temat do kpin. Po co wsadziła tam tran? Pewnie przypomniała sobie, że dzieci powinny pić tran... Co za bydlak ze mnie, karcił siebie.

– Jeżeli wyślą cię zaraz, napisz koniecznie. Od razu, gdy przyjedziesz na miejsce, bo zwariujemy wszyscy – bełkotała, jej twarz zbliżała się do niego, górna warga, nad którą ciemniał duży pieprzyk, wyciągała się niebezpiecznie, chyba Cecylia zamierzała go ucałować.

Chłopaki zerkali na nich, chrząkali, Mitia aż się spocił ze wstydu.

– Dobrze, dobrze, ciociu Cylo. Napiszę koniecznie. Niech już ciocia idzie do domu!

Przerwała mu rozpaczliwie:

– Dlaczego mówisz do mnie ciociu? Przecież jestem, Mitia, twoją matką!

Sierżant już wrócił na swoje miejsce w środku kolumny i zauważył cywila wśród przyszłych wojaków.

– Zwariowaliście, obywatelko? Chcecie trafić do aresztu? – zawołał, łapiąc Cecylię za ramię. Rękaw bluzki z wiskozowego włókna rozciągnął się, wyglądał jak skrzydło nietoperza. Cecylia potknęła się. Upuściła torbę i książki. Kolumna pomaszerowała dalej. W tylnych szeregach ktoś się zaśmiał: „Patrzcie, jak się Żydówka czołga!”.

Maszerujący obok drobny chudzielec, Goszka Krutkin, syn robociarza z budowy Pałacu Rad, szturchnął Mitię łokciem.

– Naprawdę, Mit’ka, jesteś Żydem? – zagadnął całkiem zresztą obojętnie.

– Rosjaninem jestem! – wściekał się Mitia. – W stu procentach! Nie widzisz? Nie mam nic wspólnego z tymi... tymi... A ona jest tylko sąsiadką.

Dochodzili już do bramy długiego, żółtego budynku, kiedy zawyły syreny i gdzieś całkiem blisko odezwały się działa przeciwlotnicze. Rekruci z okien koszar ujrzeli rozszerzającą się łunę pożaru nad dachami Zamoskworieczja. Tamtej nocy na Moskwę spadły pierwsze bomby.

Alarm trwał kilka godzin. Nadszedł świt, a syreny wciąż wyły, tu i tam strzelały działa przeciwlotnicze, chociaż teraz niebo było puste. Pożar na Szabołowce wreszcie ugaszono. Widocznie Niemcy celowali w maszt radiowy, ale nie trafili, jedynie podpalili kilka kamienic.

Tramwaje wyjechały na miasto z dwugodzinnym opóźnieniem. Tłumy zdobywały je szturmem. Cecylia nie miała odwagi nawet się do nich zbliżyć i ruszyła do Lefortowa pieszo. Kiedy tam dotarła, okazało się, że kolejka z paczkami jest całkiem nieprawdopodobna. Zwilżywszy śliną ogryzek chemicznego ołówka, który od kogoś dostała, w ślad za ostatnią kobietą w kolejce napisała na ręku pięciocyfrowy numer. Wynikało z tego, że będzie musiała stać cały dzień, aż do zmroku, a może nawet odejść z niczym. Pewnie cały dzień tutaj spędzimy, kochana, powiedziała sąsiadka, która przezornie wzięła ze sobą robótkę. Ludzie wiedzieli, że w lefortowskim więzieniu NKWD są tylko trzy okienka, w których przyjmuje się paczki żywnościowe, zdarza się jednak, że pracują dwa albo jedno, a w południe jest dwugodzinna przerwa.

Dla Cecylii wystawanie w więziennych kolejkach to nie pierwszyzna. Zwykle brała książki, powiedzmy J. Stalina Zagadnienia leninizmu, albo coś jeszcze poważniejszego, robiła notatki przydatne do wykładów. Książki, wierni przyjaciele, godne zaufania marksistowskie dzieła, pomagały przezwyciężać obrzydliwy niepokój, który zawsze doskwierał podczas stania w takich kolejkach. Paczki dla Kiryła nie zawsze przyjmowano. Widocznie jego sprawa była szczególnie zawikłana, może wkradł się do niej jakiś błąd biurokratyczny. Zdarzało się, że po całym dniu stania w kolejce paczkę wyrzucano z okienka, informując, że Gradow Kirył Borysowicz nie figuruje w wykazie osób, które mają prawo do otrzymywania paczek. Mogło się za tym kryć najgorsze... Nie, tylko nie to, nie najgorsze, przecież mogło się wydarzyć coś innego, mogli go czasowo pozbawić prawa do otrzymywania paczek za jakieś wykroczenie. Bywa taki pryncypialny, taki – powiedzmy wprost – uparty, może się naraził jakiemuś towarzyszowi z administracji, no nie? Przecież niekiedy przyjmowano paczki bez żadnych trudności, zwyczajnie kazano podpisać się na liście i już, wynikało stąd, że figuruje w wykazie osób, które mają prawo do otrzymywania paczek żywnościowych, to chyba logiczne?

Kolejka do więziennych okienek zwijała się wzdłuż cichych uliczek lefortowskich, gdzie nic nie przypominało o wojnie ani o dwudziestym wieku. Płoty, gołębniki nad niskimi dachami, w oknach rezeda, szklane słoje z napojem „grzybek”, koty, na rogu sklepik z naftą, coś jakby osiemdziesiąte lata ubiegłego wieku, czasy społecznej stagnacji. Wreszcie ukazywała się współczesna budowla, długi betonowy mur bez żadnego wyrazu, niekiedy naklejano na nim gazety lub plakaty agitacyjne.

Nieliczni przechodnie, mieszkańcy pobliskich spokojnych zaułków, mijali kolejkowiczów, którzy zawsze coś do siebie półgłosem mówili, starając się nie patrzeć na krewniaków „wrogów ludu”. Być może niektórzy z nich sami mieli w rodzinie „wrogów ludu” i stali tu albo w innych podobnych kolejkach, ale żaden nie zdradzał współczucia dla umęczonych ludzi, zwłaszcza że czasem można było zobaczyć kucające kobiety lub któregoś z nielicznych mężczyzn, z pochyloną w skupieniu głową. No cóż, biedacy musieli niekiedy opuścić kolejkę dla załatwienia naturalnej potrzeby, chociaż naruszali w ten sposób idyllę lefortowskich zaułków i ogródków.

Książki nie tylko pomagały skracać czas, lecz także izolowały Cecylię od otoczenia, dzięki nim była inna niż reszta tłumu. Kto wie, co to za ludzie. Wszak nasze organy nie mogły mylić się tak często jak w przypadku Kiryła, może kobiety stojące obok nie bez kozery są żonami, siostrami, matkami skazanych przez sąd przestępców politycznych, być może same też mają na sumieniu różne rzeczy? Za nikogo nie można ręczyć.

Trzeba również unikać rozmów, często ryzykownych, a nawet bliskich prowokacji. To przychodziło Cecylii najtrudniej. Wprawdzie sama milczała, ale mimo woli słuchała, w rozmowach tych raz po raz przewijało się coś, co mogło dotyczyć Kiryła. W tej chwili właśnie dwie kobiety opowiadają sobie szeptem o wyroku „bez prawa do korespondencji”. „Męża skazano na dziesięć lat bez prawa do korespondencji, ale ja wciąż jeszcze mam nadzieję...” – płaczliwy głosik domagał się otuchy. „Daj spokój nadziei, kochana. Lepiej szukaj sobie drugiego męża – odpowiadał drugi głos, przyciszony wprawdzie, ale niemal wyzywający. – Czy pani nie rozumie, co znaczy bez prawa do korespondencji? Rozstrzelano wszystkich!”. Pierwsza kobieta, szlochając, szeptała, że przecież niekiedy przyjmują paczki adresowane do jej męża. „Niechże pani da spokój! Po co się oszukiwać!” – brzmiała bezlitosna odpowiedź.

Cecylia drgnęła, odwróciła się. Oparte o latarnię stały dwie kobiety. Jedna młodziutka, szlochała bezradnie. Druga w średnim wieku, z okrągłą twarzą, w berecie na krótko ściętych włosach, paliła papierosa.

– Co też pani gada! – warknęła Cecylia, zapominając o swoich zasadach. – Skąd pochodzą te smrodliwe informacje? Wyrok o pozbawieniu prawa do korespondencji znaczy, że nie wolno mu korespondować i ani słowa więcej! A wy, obywatelko, nie słuchajcie nikogo! Jeżeli przyjmują od was paczki dla męża, to znaczy, że on żyje!

Młoda kobieta wprawdzie przestała płakać, ale minę miała wystraszoną, kiwała głową, że niby to zgadza się z Cecylią, mąż pewnie żyje, ale proszę nie podnosić głosu! Druga zaś wyzywająco zacisnęła zębami papierosa i w milczeniu odwróciła wzrok. To na pewno wróg.

Zbliżyło się parę kobiet, wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Jakaś drobna staruszka ujęła Cecylię pod ramię.

– Nie martw się, kochana, widocznie żyje on, żyje, to od Boga zależy. – Odwróciła się do kobiet obserwujących rozjątrzoną Żydówkę z książkami i wyjaśniła: – Nie przyjmują od niej paczek dla męża.

Cecylia wyszarpnęła rękę, jeszcze bardziej zirytowana, a więc bywalcy kolejki zauważyli ją, wiedzą już, że... Ach, jakiż to wstyd, sama przynależność do tej społeczności poniża!

– Brak zawiadomienia o śmierci krewnego znaczy, że on żyje! – zawołała, usiłując ratować swoją pozycję. – Istnieje prawo, istnieje porządek, nie należy rozpowszechniać szkodliwych plotek!

Kilka godzin później, po przebyciu wszystkich zakrętów i załomów znalazła się pod kilometrowym więziennym murem. Widniał na nim plakat z olbrzymią pięścią uniesioną nad rogatym faszystowskim hełmem. Wielkie litery przekazywały społeczeństwu poranną wypowiedź Stalina: „Nasza sprawa jest słuszna, wróg zostanie rozgromiony, zwycięstwo będzie nasze!”.

Ile siły zawierają słowa!, myślała Cecylia. Są takie ważkie! Gdybyż sprawa Kiryła dotarła do niego, z pewnością by unieważnił haniebny wyrok, pojechalibyśmy wtedy z moim najmilszym na front, gdzie już walczy nasz Mitia, by bronić ojczyzny, socjalizmu!

Z głośnika umieszczonego nad murem podobnie jak w czasach pokoju niósł się śpiew:

...Słońce płynie po błękicie.

Mury Kremla złoci maj.

Dziś obudził się o świcie,

cały nasz radziecki kraj!

W rzeczywistości zaś nie świt się zbliżał, lecz zmierzch, za murem było całkiem ciemno, kobiety opadły z sił. Cecylia zgłodniała, jak zwykle zapomniała o zabraniu jakiegoś kęsa i jak zwykle ktoś życzliwy poczęstował ją herbatnikiem. Była to tamta paskudna baba w berecie. Rozpakowała herbatniki Poziomkowe, uwielbiane przez Cecylię, wyciągnęła do niej na dłoni:

– Proszę się częstować!

Z wdzięcznością i zażenowaniem wzięła jedno za drugim trzy smakowite ciasteczka.

– Proszę mi wybaczyć, pewnie się zagalopowałam, ale...

– Rozumiem, to z nerwów... – kobieta przerwała przeprosiny Cecylii – proszę jeszcze ciastko. Może pani zapali?

Cecylia uświadomiła sobie nagle, że zna tę kobietę, która jak się zdaje, należy do jej środowiska.

– Przepraszam, czy tu jest pani mąż?...

– Oczywiście, jestem Rumiancewa. Przecież, Cylu, pani mnie zna.

Cecylia puknęła się w głowę: rzeczywiście, to Nadia Rumiancewa ze zlikwidowanego Instytutu Czerwonej Profesury. Jej mąż był znanym teoretykiem, Piotr, chyba Wasiliewicz, Rumiancew. W „środowisku” nazywano go Gromogrzmiącym Piotrem! Cecylia, przeżuwając resztki herbatnika, uświadomiła sobie, że popełniła co najmniej trzy błędy: po pierwsze, wbrew postanowieniu nawiązała kontakt z kolejkowiczami, po wtóre, myślała o Piotrze Rumiancewie nie jako o wrogu ludu, lecz jako o wartościowym teoretyku marksizmu-leninizmu; po trzecie, myślała o nim w czasie przeszłym „był”, jakby dzisiaj już istniał niezupełnie, a więc i jej ukochany, jedyny, światełko w tunelu, jej chłopak – jak go w myśli nazywała – także nie całkiem istnieje, a może nawet...

Dotarła do okienka prawie przed samym końcem urzędowania. Siedział za nim babsztyl w bluzie z lejtnanckimi dystynkcjami.

– Nazwisko! Imię! Imię ojca! Paragraf! Wyrok! – zaszczekała automatycznie.

– Gradow Kirył Borysowicz, 58–8 oraz 11, dziesięć lat – wyszeptała spłoszona Cecylia, wsuwając do okienka paczkę.

– Głośniej! – warknęła czekistka.

Cecylia powtórzyła głośno ukochane imię, zbrukane obrzydliwym kontrrewolucyjnym paragrafem. Czekistka zamknęła okienko, czynność regulaminowa, chodziło o utajnienie sposobu sprawdzania nazwiska. Sekundy zwolniły bieg. Po upływie niespełna minuty okienko odsłonięto i wyrzucono paczkę.

– Nie mogę przyjąć paczki!

– Dlaczego?! – Cecylia poczerwieniała gwałtownie, piegi jeszcze bardziej zaogniły twarz. – Dlaczego? Co jest z moim mężem? Błagam was, towarzyszko!

– Nie dysponuję żadnymi informacjami. Należy się zgłosić do stosownego biura. Proszę, obywatelko, odejść. Następny! – szczeknęła czekistka.

Cecylia straciła głowę i nie wiedząc, co robić, protestowała niestosownie:

– Jakże tak można?! Mój mąż jest niewinny! Niedługo zostanie zwolniony i pojedzie na front. Protestuję! To bezduszny formalizm!

– Proszę odejść, obywatelko! Tamujecie ruch! – zawołała ze złością stojąca z tyłu młoda kobieta, która rano płakała z powodu wyroku „bez prawa do korespondencji”. W kolejce zaszemrano, ci, którzy stali na końcu, zaczęli naciskać. Cecylia w rozpaczy uczepiła się półeczki przed okienkiem, usiłując zatrzymać się w miejscu.

– On żyje! Żyje! – krzyczała piskliwie. – Żyje na przekór wszystkim!

Awantura zwróciła uwagę ochrony, zjawił się opasły sierżant, jeden z dwóch dyżurujących przy wejściu, schwycił rozhisteryzowaną Żydówkę za ramiona, szarpnął, odciągnął od okienka.

Było już całkiem ciemno, kiedy Nadieżda Rumiancewa wyszła z więziennego biura, dźwigając zwróconą paczkę dla męża.

Złorzeczyła w myśli na „komunistycznych bydlaków” – kiedy niedawna komsomołka zaczęła używać epitetów z białogwardyjskiego słownika, pewnie sama nie potrafiłaby określić – idąc na przystanek tramwajowy. Nagle na małym skwerku zauważyła na ławce nieprzytomną z rozpaczy Cylę Rozenblum. Na jej kolanach leżały kartki zapisane rozpływającym się chemicznym ołówkiem – jedyny list od Kiryła.

Nadieżda usiadła obok. Nie wiadomo dlaczego żal jej było tej „oszołomki marksistowskiej” (znowu używa jakiegoś antyradzieckiego sformułowania!), chociaż złościła się, że Cecylia podczas poprzednich spotkań w lefortowskiej kolejce nie zwracała na nią uwagi.

– Szczęściara z ciebie – westchnęła – dostajesz listy.

Cecylia drgnęła, spojrzała na Nadieżdę i ni stąd, ni zowąd oparła głowę o ramię ledwo znajomej kobiety.

– To jeszcze z trzydziestego dziewiątego roku – wymamrotała. – Jedyny list, same ogólniki.

„Szczęściara”, powtórzyła Nadia, chociaż nie była całkiem szczera, ona sama w ciągu trzech lat otrzymała od swego męża trzy listy. Nieoczekiwanie dla siebie pogłaskała włosy Cyli. Skąd takie czułości? Kobiety przytuliły się do siebie i zapłakały.

– Dlaczego oni, Nadiu, nie przyjmują paczek? – spytała po chwili Cyla.

Rumiancewa rozejrzała się z nawyku, w tamtych czasach każdy człowiek radziecki rozglądał się, zanim powiedział coś bardziej lub mniej ważnego.

– Cylu, Cylu, może nie wiedzą, gdzie adresat się znajduje. Nie zdziwiłabym się, gdyby tam panował taki sam bajzel jak wszędzie.

Wstały i powlokły się do tramwaju jak dwie staruszki, chociaż były jeszcze niestare i całkiem krzepkie. Poza wszystkim innym reżim zniszczył całkiem ich życie seksualne.

– Wojna zmieni wszystko. – Nadia pokiwała głową. – Będą musieli zrewidować stosunek do społeczeństwa.

– Może masz rację – zgodziła się Cecylia. – Przede wszystkim powinniśmy zrewidować stosunek do kadr partyjnych.

Rozmawiały już ze sobą całkiem przyjaźnie, nie zwracając uwagi, że jedna mówi o nich „oni”, a druga „my”.

– Tamtych, „bez prawa do korespondencji”, wykończyli co do jednego – powiedziała Nadia.

– Czy to prawda? – wykrztusiła Cecylia i za chwilę mówiła już głośniej. – Wybacz, Nadiu, mój wybuch, to ze zdenerwowania. Wyrok Kiryła nie zawiera takiego sformułowania i przecież otrzymałam list...

– Wszystko będzie dobrze, nie zamartwiaj się – dodała jej otuchy nowa przyjaciółka.

Kiedy skręciły za róg, z jakiegoś otwartego okna na parterze smagnął je głos radiowego spikera: „Nadajemy komunikat Sowinformbiura. Trwają zacięte walki na kierunku smoleńskim. Rosną straty nieprzyjaciela w ludziach i technice...”.

– Słyszałaś? – wykrzyknęła Cecylia. – Kierunek smoleński! Zbliżają się! Co będzie z nami?

Nowe moskiewskie niebo z balonami zaporowymi i rozjarzonymi reflektorami nie pasowało do zapyziałego lefortowskiego osiedla. Zgrzybiały Kukuj skulił się przerażony perspektywą najścia pobratymców.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

I. DUDNIĄ BUTY NA BRUKU

II. NOCNE FAJERWERKI

III. PODZIEMNY BIWAK

IV. SUCHY PROWIANT

V. BEMOL

VI. BIEDNE CHŁOPAKI

VII. SPECJALNA UDERZENIOWA

VIII. PROFESOR I STUDENT

IX. CHMURY NA BŁĘKICIE

X. KREMLOWSKI GOŚĆ

XI. GOSPODARZ KREMLA

XII. LATO, MŁODZIEŻ

XIII. W KIERUNKU SENTYMENTALNYM

XIV. TAŃCZYMY WALCA NA KREMLU

XV. WIELOBÓJ OFICERSKI

XVI. KONCERT DLA FRONTU

XVII. VIRTUTI MILITARI

XVIII. KUSZENIE SŁOWEM

XIX. WARSTWA OZONOWA

XX. „DROGA PAŹDZIERNIKA”

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wojna i więzienie. Saga moskiewska tom 2 Pokolenie zimy. Saga moskiewska. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej