Głębia. Freediving, zbuntowani badacze i co ocean mówi o nas samych

Głębia. Freediving, zbuntowani badacze i co ocean mówi o nas samych

Autorzy: James Nestor

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.37 zł

Poznaj niezgłębione tajemnice oceanu i ludzkiego organizmu!

Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył: pewien człowiek zanurkował na jednym oddechu na głębokość 93 metrów, po czym wrócił po czterech minutach na powierzchnię cały i zdrowy. James Nestor nie miał pojęcia, czym jest freediving. Ale wiedział już, że musi zbadać sekrety tej fascynującej dyscypliny sportu.

Właśnie tak powstała „Głębia”, książka o tajemnicach oceanu i absolutnych granicach ludzkiego organizmu. O płucach zmniejszających się do wielkości piłeczki baseballowej. O sercu, które bije wolniej niż u osoby w śpiączce. O ludziach, którzy wstrzymują oddech na ponad pięć minut. I o wielorybach, które rozmawiają z innymi wielorybami oddalonymi o setki kilometrów.

Pracując nad tą książką, autor rozmawiał z freediverami, badaczami i naukowcami. Postanowił na własnej skórze przekonać się, jak nurkowanie swobodne zmienia człowieka. Dzięki temu poznał prawdę o naturze, oceanie i samym sobie. A także o fenomenie najniebezpieczniejszego ekstremalnego sportu świata, który każdego roku pochłania dziesiątki ofiar.

***

„Wielki błękit” w wersji papierowej!

 - Elżbieta Wieteska, redaktor naczelna „Świata Nauki”

Dzięki tej książce odkryjemy, że mamy więcej wspólnego ze zwierzętami podwodnymi, niż mogłoby się nam wydawać.

 - Mateusz Malina, wielokrotny rekordzista i mistrz świata we freedivingu

Każdy, kto kocha nurkowanie, jest miłośnikiem morza albo pasjonatem biologii, powinien przeczytać tę książkę. Fascynująca opowieść!

 - Olga Orzyłowska-Śliwińska, naczelna prowadząca „Wiedza i Życie”

Fascynująca, pouczająca, porywająca książka. Założę się, że każdy czytelnik sprawdza teraz, na jak długo potrafi wstrzymać oddech.

 - „Wall Street Journal”

Fascynująca eksploracja oceanicznych głębin i ludzkiej więzi z nieustannie zmieniającym się światem tam w dole. Ta książka to wyżyny pisarstwa popularnonaukowego.

 - „Christian Science Monitor”

Zapierająca dech w piersiach… Nestor opisuje czas spędzony z zawodnikami i niepokornymi naukowcami, którzy badają tajemnice morskich głębin i ich mieszkańców, o jakich nam się nawet nie śniło. Porywająca i robiąca wrażenie lektura!

 - „Esquire”

Fragment książki - Głębia.

issuu.com/wydawnictwosqn/docs/glebia_issuu

0

JESTEM TU GOŚCIEM, dziennikarzem relacjonującym wydarzenie sportowe, o którym niewielu ludzi słyszało: mistrzostwa świata we freedivingu. Siedzę przy niewygodnie małym biurku w pokoju nadmorskiego hotelu, którego okna wychodzą na drewniane molo w greckiej miejscowości wypoczynkowej Kalamata. Hotel jest stary, o czym świadczą pajęczyny pęknięć na ścianach, wytarty dywan i brudne cienie po ramach obrazów, które wisiały niegdyś w spowitych półmrokiem korytarzach.

Magazyn „Outside” wysłał mnie tutaj, ponieważ Individual Depth World Championship, czyli Indywidualne Mistrzostwa Świata w Nurkowaniu Głębinowym, w 2011 roku są kamieniem milowym, jeśli chodzi o freediving wyczynowy – to największe zgrupowanie sportowców w historii tej mało znanej dyscypliny. Jako że przez całe życie mieszkałem nad oceanem i wciąż spędzam w nim wiele czasu, a także często o nim piszę, mój redaktor uznał, że będę odpowiednią osobą do tego zadania. Nie wiedział jednak, że moja wiedza na temat freedivingu jest jedynie powierzchowna. Nie uprawiałem tego sportu, nie znałem nikogo, kto by go uprawiał, i nigdy wcześniej nie widziałem, jak to wygląda, na własne oczy.

Pierwszy dzień w Kalamata upływa mi na czytaniu o regulaminie zawodów i wschodzących gwiazdach tej dyscypliny. Nie jestem pod wrażeniem. Google podsuwa mi zdjęcia zawodników w syrenich wdziankach, unoszących się do góry nogami i pokazujących jakieś zawieszone luźno plakietki albo wypuszczających z ust misterne pierścienie powietrza na dnie basenu. Wygląda to jak jedno z tych dziwacznych hobby – coś jak badminton albo taniec charleston – którymi można pochwalić się przy drinku na przyjęciu albo wykorzystać w stworzeniu oryginalnej nazwy użytkownika do konta internetowego.

Tak czy inaczej, mam pracę do wykonania. Następnego ranka o 5.30 jestem już w marinie Kalamaty i próbuję dostać się na pokład ośmiometrowej żaglówki należącej do niechlujnego emigranta z Quebecu. To jedyna łódź, która ma prawo przebywać w strefie zawodów i z której można obserwować zmagania, odbywające się na otwartym morzu około szesnastu kilometrów od przystani. Jestem jedynym dziennikarzem na pokładzie. O 8.00 płyniemy razem z flotyllą motorówek, platform oraz sprzętu na miejsce, w którym będą zmagać się zawodnicy. Przybywają nurkowie z pierwszej grupy i natychmiast zajmują pozycje przy trzech żółtych linach zwisających z pobliskiej platformy. Sędzia odlicza od dziesięciu w dół. Zawody czas zacząć.

To, co zaraz zobaczę, zaskoczy mnie i przerazi.

Obserwuję, jak chudy jak patyk Nowozelandczyk William Trubridge unosi się na powierzchni, bierze wdech, obraca się na brzuch i, kopiąc wodę bosymi stopami, zanurza się w krystalicznie czystej wodzie. Z trudem pokonuje pierwsze trzy metry, zagarniając wodę szerokimi wymachami rąk. Na głębokości sześciu metrów jego ciało rozluźnia się, Trubridge kładzie ramiona wzdłuż tułowia niczym spadochroniarz i stopniowo opada coraz głębiej, aż w końcu znika. Na powierzchni sędzia obserwuje ekran sonaru i śledzi zejście Trubridge’a, obwieszczając na głos kolejne progi osiągnięte przez nurka:

– Trzydzieści metrów… czterdzieści metrów… pięćdziesiąt metrów.

Trubridge dociera do końca liny na głębokości 93 metrów, wykonuje nawrót i płynie z powrotem ku powierzchni. Po trzech minutach pełnych dręczącego wyczekiwania jego drobna sylwetka znów majaczy pod powierzchnią niczym światło reflektora przebijające się przez mgłę. Nurek wystawia głowę nad powierzchnię, wydycha powietrze, bierze oddech, łączy kciuk i palec wskazujący na znak OK, a następnie ustępuje miejsca kolejnemu zawodnikowi. Trubridge pokonał właśnie 30 pięter w dół i z powrotem, wszystko to na jednym oddechu – bez akwalungu, bez przewodu doprowadzającego tlen, bez kamizelki ochronnej ani nawet bez płetw.

Ciśnienie na głębokości 93 metrów jest ponad dziewięć razy większe niż na powierzchni, wystarczająco duże, by zgnieść puszkę coca-coli. Na głębokości dziewięciu metrów płuca kurczą się do połowy swojego normalnego rozmiaru, a na głębokości 93 metrów są już wielkości dwóch piłeczek bejsbolowych. A jednak Trubridge i większość pozostałych nurków, których obserwuję pierwszego dnia zmagań, wyłania się na powierzchnię bez szwanku. Co więcej, nie nurkują na siłę, przychodzi im to naturalnie, jakby byli częścią świata tam w dole. Jakbyśmy my wszyscy byli jego częścią.

Jestem tak oszołomiony tym, co widzę, że muszę się natychmiast tym z kimś podzielić. Dzwonię do mojej mamy, która mieszka w Kalifornii Południowej. Mama mi nie wierzy.

– To niemożliwe – mówi.

Po naszej rozmowie obdzwania kilku przyjaciół, którzy od 40 lat są zagorzałymi fanami nurkowania z butlą, a potem oddzwania do mnie.

– Na dnie musi być zbiornik z tlenem czy coś takiego – twierdzi. – Lepiej porządnie to zbadaj, zanim cokolwiek puścisz do druku.

Ale na końcu liny nie było żadnego zbiornika z tlenem, a nawet gdyby był, i gdyby Trubridge oraz pozostali w istocie zaczerpnęli z niego powietrza przed rozpoczęciem wynurzania, ich płuca eksplodowałyby na mniejszej głębokości od rozszerzającego się powietrza ze zbiornika, a ich krew zawrzałaby od azotu jeszcze przed osiągnięciem powierzchni. Umarliby. Ciało ludzkie może znieść gwałtowną zmianę ciśnień podczas szybkiego wynurzania z głębokości 93 metrów jedynie w swoim naturalnym stanie.

Niektórzy ludzie znoszą to lepiej niż inni.

Przez następne cztery dni obserwuję, jak kolejni zawodnicy podejmują próby zejścia na głębokość około 90 metrów. Wielu z nich nie daje rady i zawraca. Wyłaniają się na powierzchnię zalani krwią cieknącą im z nosa, nieprzytomni albo z zatrzymaniem akcji serca. A zawody trwają dalej. I, jakimś cudem, ten sport jest legalny.

Próby zejścia głębiej niż kiedykolwiek, uważane za możliwe nawet w gronie naukowców, są postrzegane przez większość zgromadzonych tu sportowców za warte ryzyka paraliżu lub śmierci. Ale nie przez wszystkich.

Poznaję kilku zawodników, którzy podchodzą do freedivingu bardziej zdroworozsądkowo. Nie są zainteresowani stawaniem twarzą w twarz ze śmiercią. Nie dbają o bicie rekordów ani o pokonywanie rywali. Nurkują na wstrzymanym oddechu, ponieważ to najbardziej bezpośredni i intymny sposób nawiązania więzi z oceanem. Podczas tych trzech minut pod powierzchnią (które stanowią średni czas nurkowania na kilkadziesiąt metrów) ludzkie ciało tylko w niewielkim stopniu przypomina swoją lądową formę z właściwymi jej funkcjami. Ocean zmienia nas nie tylko pod względem fizycznym, ale też psychicznym.

Na zamieszkanej przez siedem miliardów ludzi planecie, której każdy centymetr lądu został opisany na mapach i której znaczną część zagospodarowano – i zbyt dużą zniszczono – morze pozostaje ostatnim dzikim miejscem, którego człowiek nie widział, nie dotknął i nie odkrył. Morze – ostateczna granica. Tam na dole nie ma żadnych telefonów komórkowych, żadnych e-maili, żadnych tweetów, żadnego twerkingu, żadnych kluczy od samochodu, które można zgubić, żadnych ataków terrorystycznych, żadnych urodzin, o których można zapomnieć, żadnych kar za opóźnienie w spłacie karty kredytowej i żadnej psiej kupy, w którą można wdepnąć przed wejściem na rozmowę o pracę. Cały stres i hałas, które odrywają nas od prawdziwego życia, pozostają na powierzchni. Ocean to ostatnie naprawdę spokojne miejsce na ziemi.

Niektórzy podchodzą do sprawy filozoficznie. Gdy opisują swoje doświadczenia, w ich oczach szklą się łzy. To samo spojrzenie można zobaczyć u buddyjskich mnichów lub w oczach pacjentów na OIOM-ie, którzy umarli, a chwilę później zostali reanimowani. To ci, którzy dotarli na drugą stronę. A co najlepsze, nurkowie i tak ci powiedzą: „Freediving jest dla każdego”.

Dosłownie każdego – niezależnie od wagi, wzrostu, płci czy przynależności etnicznej. Zawodnicy zgromadzeni w Grecji to nie muskularni nadludzcy pływacy pokroju Ryana Lochte’ego, jakich można by się spodziewać. Jest tu kilka imponująco zbudowanych okazów, takich jak Trubridge, ale są również pulchni Amerykanie, drobne Rosjanki, Niemcy o grubych szyjach i wiotcy Wenezuelczycy.

Nurkowanie na bezdechu bezczelnie przeczy wszystkiemu, co wiem na temat przetrwania w oceanie: odwracasz się plecami do powierzchni, odpływasz od swojego jedynego źródła powietrza i w głębinach poszukujesz zimna, bólu oraz zagrożenia. Czasami tracisz przytomność. Czasami krwawisz z nosa i ust. Czasami nie wracasz żywy. Obok BASE jumpingu – skoków spadochronowych z budynków, anten, przęseł (mostów) oraz z ziemi (formacji geologicznych) – freediving jest najbardziej niebezpiecznym sportem ekstremalnym na świecie. Co roku dziesiątki, jeżeli nie setki, nurków ulegają tragicznym, nierzadko śmiertelnym, wypadkom. Ci ludzie najwyraźniej pragną śmierci.

A jednak wiele dni później, kiedy jestem już z powrotem w domu w San Francisco, wciąż nie mogę przestać o tym wszystkim myśleć.

ZACZYNAM ZBIERAĆ INFORMACJE NA TEMAT FREEDIVINGU i badam zapewnienia zawodników dotyczące występowania odruchów amfibiotycznych u człowieka. Moja mama nigdy by nie uwierzyła w to, czego się dowiedziałem, a większość ludzi miałaby poważne wątpliwości. Otóż zjawisko to jest prawdziwe i ma nawet swoją nazwę. Naukowcy określają to odruchem nurkowania ssaków lub, bardziej poetycko, Przełącznikiem Kontrolnym Życia, a badania na ten temat prowadzi się już od 50 lat.

Nazwę Przełącznik Kontrolny Życia (ang. Master Switch of Life) ukuł w 1963 roku fizjolog Per Scholander. Odnosi się ona do szeregu odruchów fizjologicznych występujących w mózgu, płucach i sercu, które uruchamiają się w chwili, gdy zanurzamy twarz w wodzie. Im głębiej nurkujemy, tym wyraźniejsze stają się odruchy, aż w końcu wywołana zostaje fizyczna transformacja, która chroni nasze organy przed implodowaniem pod ogromnym ciśnieniem i przemienia nas w doskonale przystosowane do życia w głębinach zwierzęta. Freediverzy potrafią wyczuć, kiedy uruchomi się Przełącznik i wykorzystać go do głębszego i dłuższego nurkowania.

Starożytne cywilizacje dobrze znały Przełącznik Kontrolny i przez wieki wykorzystywały go w pozyskiwaniu gąbek, pereł, korali oraz pożywienia z głębokości dziesiątek metrów pod powierzchnią oceanu. Przybysze z Europy, którzy w XVII wieku zawitali na Karaiby, Bliski Wschód, Ocean Indyjski oraz Południowy Pacyfik, donosili o przedstawicielach miejscowej ludności nurkujących na głębokość ponad 30 metrów i pozostających pod wodą na jednym oddechu nawet do 15 minut. Większość tych relacji ma już jednak kilkaset lat i wszelka wiedza tajemna na temat nurkowania dostępna tym cywilizacjom przepadła w pomroce dziejów.

Zaczynam się zastanawiać: jeśli zapomnieliśmy o tak złożonej umiejętności, jaką jest nurkowanie w głębinach, to jakie jeszcze odruchy i umiejętności utraciliśmy?

PRZEZ NASTĘPNE PÓŁTORA ROKU poszukiwałem odpowiedzi, podróżując od Portoryko po Japonię, od Sri Lanki po Honduras. Widziałem, jak ludzie nurkują na 30 metrów i, strzelając z kuszy, wkłuwają nadajniki satelitarne w płetwy grzbietowe rekinów ludojadów. Zszedłem na głębokość kilkuset metrów w łodzi podwodnej domowej roboty, żeby obcować ze świecącymi meduzami. Mówiłem do delfinów. Wieloryby mówiły do mnie. Pływałem oko w oko z największym drapieżnikiem świata. Mokry i półnagi tkwiłem we wnętrzu podwodnego bunkra wraz z odurzonymi azotem badaczami. Dryfowałem w stanie nieważkości. Nabawiłem się choroby morskiej. I oparzeń słonecznych. I dokuczliwego bólu w plecach od pokonania kilkudziesięciu tysięcy kilometrów w klasie ekonomicznej. Czego się dowiedziałem?

Odkryłem, że jesteśmy związani z oceanem o wiele silniej, niż większość ludzi podejrzewa. Zrodziliśmy się z oceanu. Każdy z nas rozpoczyna życie, unosząc się w płynie owodniowym o składzie niemal identycznym jak woda oceaniczna. Pierwsze cechy, które wykształcamy, przywodzą na myśl organizm ryby. Miesięczny embrion wykształca najpierw płetwy, nie stopy; jeden wadliwy gen i zamiast rąk mielibyśmy płetwy. W piątym tygodniu rozwoju płodowego nasze serce posiada dwie komory, co jest cechą wspólną większości ryb.

Skład chemiczny ludzkiej krwi jest zaskakująco podobny do wody morskiej. Zanurzone w wodzie niemowlę odruchowo będzie poruszało się żabką i z łatwością wstrzyma oddech na około 40 sekund, dłużej niż wielu dorosłych. Tracimy tę umiejętność dopiero w chwili, gdy uczymy się chodzić.

Wraz z wiekiem rozwijamy odruchy amfibiotyczne, które umożliwiają nam schodzenie na niewiarygodne głębokości. Ciśnienie, jakie tam panuje, na lądzie wyrządziłoby nam krzywdę lub nawet zabiło. Ale nie w oceanie. Ocean to inny świat, rządzący się swoimi prawami. Zrozumienie tego miejsca wymaga często odmiennego sposobu myślenia.

A im głębiej schodzimy, tym robi się dziwniej.

Na pierwszych kilkudziesięciu metrach ludzka więź z oceanem ma charakter fizyczny – czujemy jego smak w naszej słonej krwi, widzimy go u ośmiotygodniowego płodu w postaci przypominających skrzela szczelin i dostrzegamy go w amfibiotycznych odruchach, które człowiek dzieli z morskimi ssakami.

Poniżej dolnej granicy, na jaką ludzkie ciało jest w stanie zanurkować i tam przeżyć, czyli poniżej głębokości około 213 metrów, więź z oceanem uwidacznia się na poziomie zmysłów, co można zaobserwować u głęboko nurkujących zwierząt.

Aby przetrwać w tym zimnym, pozbawionym światła środowisku, gdzie panuje olbrzymie ciśnienie, zwierzęta takie jak rekiny, delfiny i wieloryby wykształciły dodatkowe zmysły, dzięki którym nawigują, komunikują się i widzą. My również posiadamy te pozazmysłowe umiejętności – podobnie jak Przełącznik Kontrolny są one reliktem naszej wspólnej oceanicznej przeszłości. Wspomniane zmysły i odruchy pozostają u ludzi uśpione i są w znacznej mierze nieużywane, lecz nie zaniknęły. Aktywują się, kiedy desperacko ich potrzebujemy.

To właśnie ta więź występująca między oceanem a nami, między nami a morskimi stworzeniami, których DNA jest bardzo podobne do naszego, wciągała mnie coraz głębiej i głębiej.

NA POZIOMIE MORZA JESTEŚMY sobą. Krew wypływa z serca i dociera do poszczególnych narządów i kończyn. Płuca pobierają powietrze i wydalają dwutlenek węgla. Synapsy w mózgu rozbłyskują z częstotliwością około ośmiu cykli na sekundę. Serce uderza od 60 do 100 razy na minutę. Widzimy, czujemy, rozpoznajemy smak i zapach. Nasze ciała przystosowane są do życia tutaj, na powierzchni wody lub nad poziomem morza.

Osiemnaście metrów pod poziomem morza już nie do końca jesteśmy sobą. Nasze serce bije dwa razy wolniej. Krew odpływa błyskawicznie z kończyn i kieruje się do ważniejszych obszarów w głębi ciała. Płuca kurczą się do jednej trzeciej swoich normalnych rozmiarów. Zmysły popadają w otępienie, a synapsy zwalniają. Mózg przechodzi w stan medytacji. Większość ludzi potrafi zejść na taką głębokość i odczuwa zmiany zachodzące w ciele. Niektórzy decydują się zanurkować jeszcze głębiej.

Dziewięćdziesiąt trzy metry pod poziomem morza jesteśmy już głęboko odmienieni. Ciśnienie na tej głębokości jest dziewięć razy wyższe niż na powierzchni. Organy zapadają się w sobie. Serce bije cztery razy wolniej niż zwykle – wolniej niż u osoby pogrążonej w śpiączce. Zmysły wyłączają się. Mózg wchodzi w fazę snu.

Sto osiemdziesiąt trzy metry pod poziomem morza ciśnienie – jakieś 18 razy większe niż na powierzchni – jest dla większości ludzi zbyt potężne do wytrzymania. Niewielu freediverów podjęło kiedykolwiek próbę zejścia na taką głębokość, a jeszcze mniej to przeżyło. Tam, gdzie człowiek nie może, docierają jednak inne zwierzęta. Rekiny, które potrafią nurkować na 198 metrów i głębiej, polegają na zmysłach, które przechodzą ludzkie pojęcie. Wśród nich znajduje się magnetorecepcja, czyli zdolność dostrojenia organizmu do magnetycznego pulsowania płynnego rdzenia Ziemi. Badacze sugerują, że ludzie również posiadają tę umiejętność i że prawdopodobnie przez tysiące lat służyła nam do nawigowania po oceanach i pustynnych bezdrożach.

Dwieście czterdzieści cztery metry pod poziomem morza znajduje się, zdawałoby się, absolutna granica możliwości ludzkiego organizmu. Mimo to freediver z Austrii gotów jest narazić się na paraliż i śmierć, aby zejść jeszcze niżej.

Trzysta pięć metrów pod poziomem morza wody są zimniejsze, a światło prawie tu nie dochodzi. Załącza się kolejny zmysł: zwierzęta odbierają otoczenie nie za pomocą wzroku, lecz słuchu. Ten dodatkowy zmysł, nazywany echolokacją, pozwala delfinom i innym morskim ssakom „widzieć” na tyle dobrze, że z odległości 70 metrów potrafią zlokalizować metalowy opiłek wielkości ziarnka ryżu, a z odległości 93 metrów potrafią rozróżnić piłeczkę ping-pongową od golfowej. Na lądzie pewnej grupie niewidomych osób również udało się opanować umiejętność echolokacji. Dzięki niej jeżdżą rowerem po ruchliwych ulicach miast, uprawiają w lesie jogging i „widzą” budynki z odległości trzystu metrów. Ci ludzie nie są w żaden sposób wyjątkowi – przy odpowiednim treningu każdy z nas może widzieć bez otwierania oczu.

Siedemset sześćdziesiąt dwa metry pod poziomem morza woda jest całkowicie czarna, a ciśnienie jest 75 razy wyższe niż na powierzchni. Na zwierzęta żyjące na takich głębokościach niebezpieczeństwo czyha z każdej strony. Ryby drętwokształtne przystosowały się do tych warunków, wykorzystując impulsy generowane przez własne ciała do śmiertelnego porażania ofiar oraz do odstraszania drapieżników. Naukowcy odkryli, że każda komórka ludzkiego ciała także posiada ładunek elektryczny. Buddyjscy mnisi z Tybetu, którzy oddają się medytacji tummo w najstarszej tybetańskiej tradycji duchowej, Bön, nauczyli się wskazywać tym komórkowym ładunkom konkretny cel: ogrzanie ciała podczas dotkliwie srogich zim. Naukowcy w Anglii odkryli, że kontrolując aktywność wyjściową ładunków elektrycznych w swoich ciałach, ludzie mogą nie tylko wytwarzać ciepło, ale również leczyć wiele przewlekłych chorób.

Trzy tysiące czterdzieści osiem metrów pod poziomem morza, w czarnej i bezwzględnej otchłani, spotykamy kaszaloty, których zachowanie, co zaskakujące, bardziej przypomina kulturę i intelekt ludzi niż jakichkolwiek innych stworzeń na naszej planecie. Kaszaloty porozumiewają się ze sobą w sposób, który może okazać się o wiele bardziej złożony niż jakakolwiek forma ludzkiego języka.

Sześć tysięcy dziewięćdziesiąt sześć metrów pod poziomem morza i niżej, w najgłębszych wodach, kryje się najbardziej niegościnne środowisko na ziemi. Ciśnienie jest tu od 600 do 1000 razy większe niż na powierzchni, a temperatura nieznacznie tylko utrzymuje się powyżej punktu zamarzania. Nie ma tam światła, a pożywienie występuje w śladowych ilościach. A jednak życie wciąż tam trwa. Co więcej, te piekielne otchłanie mogą się w istocie okazać kolebką wszelkiego życia na ziemi.

DWA MILIONY LAT HISTORII GATUNKU LUDZKIEGO, dwa tysiące lat eksperymentów naukowych, kilkaset lat wypraw w morskie głębiny, sto tysięcy absolwentów biologii morza, niezliczone wydania specjalne stacji PBS, coroczny Shark Week na Discovery Channel, a mimo to poznaliśmy zaledwie ułamek oceanów. Owszem, co jakiś czas ludzie schodzą w głębiny, ale czy naprawdę udaje im się coś tam zobaczyć? Gdyby porównać ocean do ludzkiego ciała, to odpowiednikiem obecnej eksploracji oceanów byłoby zrobienie zdjęcia jednego palca w celu zrozumienia, jak działa cały organizm. Wątroba, żołądek, krew, kości, mózg, serce oceanu pozostają niezbadane. Wszystko to, co w nim jest – jak funkcjonuje i jak my w nim funkcjonujemy – pozostaje tajemnicą skrywaną przez mroczne, pozbawione słońca królestwo.

Dla jasności: ta książka zmierza w dół. Z każdym kolejnym rozdziałem będzie schodziła coraz głębiej, coraz dalej od powierzchni, coraz bliżej dna najczarniejszych mórz. Zejdę na tyle głęboko, na ile fizycznie pozwoli mi ciało, a dalej, na głębię, która jest poza moim zasięgiem, wyślę pełnomocnika – jedno z wielu zwierząt głębinowych, z którymi człowiek dzieli wiele niespodziewanych i zaskakujących cech.

Opisane tu badania i zdarzenia stanowią jedynie niewielką część prowadzonych obecnie badań nad oceanami i skupiają się głównie na powiązaniach człowieka z tym podwodnym królestwem. Przedstawieni w niniejszej książce naukowcy, poszukiwacze przygód i sportowcy to zaledwie garstka spośród tysięcy ludzi zgłębiających dziś tajemnice oceanów.

To nie przypadek, że wielu badaczy zajmuje się również freedivingiem. Już na samym początku zrozumiałem, że nurkowanie na bezdechu to coś więcej niż tylko sport; to także szybki i skuteczny sposób na zbliżenie się do najbardziej tajemniczych zwierząt, jakie żyją w oceanach, i zbadanie ich. Na przykład rekiny, delfiny i wieloryby potrafią nurkować na 300 metrów i głębiej, ale nie mamy możliwości przestudiowania ich zachowań na takiej głębokości. Kilku naukowców odkryło niedawno, że czekając, aż te zwierzęta wypłyną na powierzchnię, po pożywienie bądź oddech, a następnie zbliżając się do nich na ich własnych warunkach, przy pomocy freedivingu, są w stanie zbadać je znacznie dokładniej niż jakikolwiek nurek z butlą, robot czy marynarz.

– Nurkowanie z butlą jest jak jazda po lesie samochodem z napędem na cztery koła, z zamkniętymi oknami, z włączoną klimatyzacją i muzyką dudniącą z głośników – powiedział mi jeden z nurkujących na bezdechu badaczy. – Nie tylko pozbawiasz się kontaktu z otaczającym cię środowiskiem, ale też ingerujesz w nie. Zwierzęta się ciebie boją. Jesteś zagrożeniem!

Im bardziej zanurzałem się w środowisko tych ludzi, tym bardziej pragnąłem zasmakować bliskich spotkań, jakich oni doświadczali z obiektami swoich badań. Zacząłem więc nurkować. Zamieniłem się w pilnego studenta. Skoczyłem na głębię.

I tak oto moje nurkowe treningi również stały się częścią podwodnej spirali kreślonej przez opadające w głębiny rozdziały tej książki – to moja osobista misja, której celem jest przezwyciężenie instynktów suchego lądu (czytaj: oddychania), pstryknięcie Kontrolnego Przełącznika oraz udoskonalenie ciała jako maszyny do nurkowania. Jedynie dzięki freedivingowi byłem w stanie zbliżyć się, jak to tylko maksymalnie możliwe, do zwierząt, które mogą nas tak wiele nauczyć o nas samych.

Ale freediving, czego byłem świadomy, ma swoje ograniczenia. Nawet doświadczeni nurkowie nie potrafią zwykle zejść poniżej 46 metrów, nie bez trudu, a nawet jeśli już im się to uda, to nie mogą zostać na dole długo. Przeciętny początkujący freediver – taki ja, na przykład – przez kilka frustrujących miesięcy nie jest w stanie zejść niżej niż na kilkanaście metrów. Żeby dotrzeć głębiej i ujrzeć żyjące w głębinach zwierzęta, które nigdy nie wypływają na powierzchnię, przyłączyłem się do innej grupy freediverów – subkultury oceanografów z rodzaju „zrób to sam”, którzy rewolucjonizują i demokratyzują dostęp do oceanów. Podczas gdy inni naukowcy, pracujący dla rządu i instytucji akademickich, wypełniali wnioski o granty i słaniali się na nogach z powodu obciętych funduszy, naukowcy „zrób to sam” budowali z rur własne łodzie podwodne, śledzili rekiny ludojady przy pomocy iPhone’ów i rozszyfrowywali tajemniczy język waleni, posługując się przyrządami wykonanymi z durszlaków, kijów od mioteł i dostępnych od ręki kamer GoPro.

Szczerze mówiąc, wiele instytucji nie przeprowadza tego typu badań, ponieważ nie może. To, co robiła ekipa „zrób to sam”, było niebezpieczne – i często całkowicie nielegalne. Żaden uniwersytet nie pozwoliłby nigdy swoim absolwentom na wypływanie w morze na rozpadającej się łódce, nurkowanie z rekinami i kaszalotami (które mają zęby długości 20 centymetrów i które są największymi drapieżnikami na ziemi) ani schodzenie na setki metrów w niezarejestrowanej i nieubezpieczonej łodzi podwodnej własnej roboty. Ale ci zbuntowani badacze robili to cały czas, często za własne pieniądze. Mimo skleconego z byle czego sprzętu i zaciśniętego pasa ci ludzie spędzili z mieszkańcami oceanicznych głębin więcej godzin niż ktokolwiek inny przed nimi.

– Jane Goodall nie badała małp z pokładu samolotu – skomentował pewien niezależny badacz komunikacji waleni, pracujący w laboratorium, które rozstawił sobie na ostatnim piętrze restauracji żony. – Tak samo nie możesz oczekiwać, że uda ci się zbadać ocean i żyjące w nim istoty z sali wykładowej. Musisz w niego wejść. Musisz się zmoczyć.

Tak też zrobiłem.

Deep. Freediving, Renegade Science, And What The Ocean Tells Us About Ourselves

Copyright © by James Nestor 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Patrycja Przełucka 2017

Published by special arrangement with Houghton Mifflin Harcourt Publishing Company

All rights reserved

Redakcja – Maciej Cierniewski

Korekta – Grzegorz Krzymianowski

Korekta merytoryczna – Andrzej Przełucki

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – oneoceanonebreath.com

Fotografia na IV stronie okładki – Olivier Borde

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-65836-01-4

ISBN MOBI: 978-83-65836-02-1

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Sic dilabitur aetas

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

0

– 18

– 93

– 198

– 244

– 305

– 762

– 3048

– 10 927

Wynurzenia

Epilog

Podziękowania

Adnotacje

Posłowie do polskiego wydania – Mateusz Malina

Bibliografia

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Głębia. Freediving, zbuntowani badacze i co ocean mówi o nas samych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka