Chrzań te diety

Chrzań te diety

Autorzy: Krystyna Romanowska Agnieszka Piskała

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Poradniki Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 24.92 zł

Jedzenie nie powinno i nie może wywoływać w nas ciągłego niepokoju i poczucia winy. W świecie, w którym jedzenie stało się fetyszem i rodzajem religii, a zaburzenia odżywiania są normą u kobiet i mężczyzn, warto ostudzić temperaturę. Ta książka uspokaja nastroje.

Autorki (znana dietetyczka i dziennikarka), biorą na warsztat mity dotyczące "właściwego odżywiania". Czy gluten naprawdę szkodzi? Dlaczego nie możemy schudnąć? Czy warto robić detoks?

Au­to­rzy: Kry­sty­na Ro­ma­now­ska, Agniesz­ka Pi­ska­ła

Re­dak­cja: Ewa Bier­nac­ka

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Gin­towt

Skład: IMK

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Agniesz­ka Pi­ska­ła, Kry­sty­na Ro­ma­now­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-088-5

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Agnieszka Piskała

ŚPIJCIE SPOKOJNIE, JESTEŚCIE URATOWANI :)

Die­ta – nie ma w moim ży­ciu za­wo­do­wym dnia bez tego sło­wa. Nie­za­leż­nie od tego, czy coś pi­szę, czy mó­wię w te­le­wi­zji, czy roz­pra­wiam w ra­dio, czy tłu­ma­czę pa­cjen­tom lub pe­ro­ru­ję na wy­kła­dach, spo­tka­niach, kon­fe­ren­cjach…

Die­ta – sło­wo de­mon. Czło­wiek przez nie się spi­na, na­je­ża i ob­le­wa zim­nym po­tem. Nie­ste­ty, die­ta chy­ba tyl­ko w Pol­sce ma ta­kie złe ko­no­ta­cje. Z do­kle­jo­nym do niej przy­miot­ni­kiem OD­CHU­DZA­JĄ­CA. Te sło­wa w du­ecie spra­wia­ją, że my­śli bie­gną ku sko­ja­rze­niom: nie­smacz­nie, ale zdro­wo, wy­rze­cze­nia, ale dla spra­wy, głód, ale szyb­ko będą efek­ty, dro­go, ale sku­tecz­nie, eko­lo­gicz­nie, ale dla spo­ko­ju su­mie­nia. Do tego: „tyl­ko na ja­kiś czas” oraz „i tak się nie uda”.

We wszyst­kich in­nych ję­zy­kach sło­wo to ozna­cza styl ży­cia, a nie asce­tycz­ne wi­zje gło­dze­nia się wy­nisz­cza­ją­ce­go, nie­smacz­ne­go, ale sku­tecz­ne­go (może, bo prze­cież nikt nie gwa­ran­tu­je suk­ce­su). W imię ma­rzeń sta­ją­cych się ob­se­sją dnia co­dzien­ne­go. Za­mro­cze­ni hip­no­tycz­nie upra­gnio­ną wi­zją, nie za­sta­na­wia­my się, czym tak na­praw­dę są tej wi­zji re­pre­zen­ta­cje: „syl­wet­ka ide­al­na”, „pięk­na cera”, „brak cel­lu­li­tu”, „czy­ste tęt­ni­ce”, „zdro­we je­li­ta”. Czy na­praw­dę chcesz my­śleć o so­bie tak wy­ryw­ko­wo i zro­bić wszyst­ko, by wy­le­czyć die­tą za­skór­ni­ka na twa­rzy, za­ra­zem do­pro­wa­dza­jąc się do ane­mii?

DIE­TA to fi­lo­zo­fia eg­zy­sten­cji, spo­sób ży­cia, coś, co bę­dzie ci to­wa­rzy­szyć do koń­ca ży­cia. I bę­dziesz czuć się z nią do­brze. Nie bę­dziesz o niej pa­ra­no­icz­nie my­śleć, ob­se­syj­nie sto­so­wać no­wych za­le­ceń opu­bli­ko­wa­nych w pe­rio­dy­kach bądź prze­czy­ta­nych na jed­nej ze stron in­ter­ne­to­wych. Bę­dziesz jeść tyle, ile po­trze­bu­jesz, cie­szyć się tym, co słu­ży two­je­mu or­ga­ni­zmo­wi. Się­gniesz po to, co daje ci siłę do dzia­ła­nia, a wy­eli­mi­nu­jesz i ogra­ni­czysz to, co ci nie słu­ży. Ale nie dla­te­go, że ktoś „mą­dry” ci to po­wie­dział, tyl­ko dla­te­go, bo tak czu­je twój or­ga­nizm. Nie dla­te­go, że ce­le­bry­ta chwa­li się nową die­tą. Dla nie­go może jest ona do­bra (albo tak su­biek­tyw­nie to oce­nia), ale nie­ko­niecz­nie taka bę­dzie dla cie­bie.

Nie mu­sisz ko­pio­wać na wła­sny uży­tek po­pu­lar­nych diet, któ­re ro­bią spu­sto­sze­nie w wie­lu gło­wach, ale przede wszyst­kim żo­łąd­kach, aby die­te­ty­cy mo­gli cię po nich przy­wra­cać do zdro­wia.

Je­śli chcesz być na­praw­dę mą­dry, zdro­wy i od­po­wie­dzial­ny za swo­je ży­cie, to jako die­te­tyk z całą od­po­wie­dzial­no­ścią po­wiem ci jed­no: „CHRZAŃ TE DIE­TY”. Bo to ty naj­le­piej wiesz, co jest dla cie­bie do­bre, a twój die­te­tyk po­mo­że ci to usys­te­ma­ty­zo­wać i spra­wi, że cza­sem, gdy zjesz coś „nie­zdro­we­go” (choć ja nie znam ta­kie­go sło­wa), np. małe chip­sy, po­my­ślisz so­bie: „do­brze mi”, a głów­nym te­ma­tem two­ich co­dzien­nych my­śli bę­dzie:

• jaką prze­czy­tać książ­kę?

• na jaki film pójść z dzieć­mi do kina?

• co smacz­ne­go zro­bić na nie­dziel­ny obiad?

• jak zro­bić smacz­ny de­ser na bab­skie spo­tka­nie?

Zbiór tych die­te­tycz­nych opo­wie­ści nie po­wstał­by bez Kry­si, zna­ko­mi­tej dzien­ni­kar­ki, ale przede wszyst­kim ko­bie­ty pe­tar­dy, któ­ra wy­ła­pu­je po­trze­by czy­tel­ni­ka i drą­ży je do sa­me­go sed­na, by ni­ko­go nie zo­sta­wić z po­czu­ciem nie­do­sy­tu.

Tak też po­wsta­ła ta książ­ka, po­łą­cze­nie mo­jej wie­dzy, ale przede wszyst­kim za­wo­do­we­go do­świad­cze­nia, z któ­re­go czer­pa­łam naj­wię­cej, i wie­dzy Kry­si, „ży­wie­nio­we­go de­tek­ty­wa”, któ­ra na­mie­rzy­ła przy­czy­ny wie­lu obo­wią­zu­ją­cych mi­tów o je­dze­niu i roz­pra­wi­ła się z nimi, wspie­ra­jąc au­to­ry­te­ta­mi. To ko­bie­ta, któ­ra nie zna kom­pro­mi­sów. Wy­rzu­cą ją drzwia­mi, to wej­dzie oknem, po to, by do­ciec praw­dy i przed­sta­wić ją wam w tej książ­ce.

Śpij­cie spo­koj­nie, przy­by­wa­my z od­sie­czą :)

Krystyna Romanowska

TE WSZYSTKIE (JEDZENIOWE) STRACHY

Do­kład­nie rok temu prze­pro­wa­dza­łam wy­wiad z ka­na­dyj­sko-ame­ry­kań­ską le­kar­ką, spe­cja­list­ką ds. na­tu­ral­ne­go od­ży­wia­nia. Po roz­mo­wie po­pa­trzy­ła na mnie uważ­nie i za­py­ta­ła: „Jesz lak­to­zę, glu­ten i cu­kier?”. A kie­dy po­twier­dzi­łam, zwró­ci­ła się do swo­je­go asy­sten­ta: „John, czy ty wiesz, że ona je lak­to­zę, glu­ten i cu­kier!?”. Wzrok Joh­na po­wę­dro­wał ku mnie – ży­wie­nio­we­mu skan­se­no­wi – i jego brwi unio­sły się ze zdzi­wie­nia, nie­do­wie­rza­nia i dez­apro­ba­ty.

Uwierz­cie – było to dla mnie trud­nym prze­ży­ciem. Po­ko­na­na die­te­tycz­nie, we­szłam do ho­te­lo­wej win­dy, po­pa­trzy­łam w lu­strze na moją twarz peł­ną grze­chów lak­to­zo­wo-glu­te­no­wo-cu­kro­wych (do­dat­ko­wo wy­eks­po­no­wa­nych przez ja­skra­we świa­tło!). I po­wie­dzia­łam so­bie: „Ko­niec! Od dzi­siaj moje ży­cie ule­gnie zmia­nie. Na sześć ty­go­dni od­sta­wiam te wszyst­kie pro­duk­ty”.

W po­sta­no­wie­niu tym wy­trwa­łam ok. 400 m. Pod­czas spa­ce­ru do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go za­czę­łam my­śleć, jak wcie­lić je w ży­cie. Wy­szło na to, że będę mu­sia­ła spę­dzać w kuch­ni po­ło­wę ży­cia, a na do­da­tek będę cho­dzi­ła cią­gle głod­na. Do­je­chaw­szy do domu, wie­dzia­łam już, że to nie dla mnie. A po­tem po­zna­łam Agniesz­kę i zro­zu­mia­łam, że nie mogę jeść die­te­tycz­ne­go stre­su na śnia­da­nie, obiad i ko­la­cję. Wy też nie mo­że­cie. Dla­te­go prze­czy­taj­cie tę książ­kę.

Agnieszka Piskała

PROLOG, CZYLI NIE WSZYSCY JESTEŚMY EKSPERTAMI W SPRAWACH ŻYWIENIA

Na­zy­wam się Agniesz­ka Pi­ska­ła, je­stem eks­pert­ką ds. ży­wie­nia i nie boję się użyć tego okre­śle­nia. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści lu­dzi pi­szą­cych o zdro­wym od­ży­wia­niu, wiem, o czym pi­szę.

Nie po­wiem ci, co i jak masz jeść, bo to ty je­steś eks­per­tem w swo­jej oso­bi­stej die­cie. Ale dam ci wie­le wska­zó­wek, któ­re wy­pro­wa­dzą cię z ży­wie­nio­we­go cha­osu. Bo praw­do­po­dob­nie w nim je­steś, i kie­dy wcho­dzisz do su­per­mar­ke­tu, my­ślisz so­bie: „Prze­cież tu nie ma nic do je­dze­nia”. Nie będę cię za­nu­dza­ła ta­bel­ka­mi war­to­ści ener­ge­tycz­nej, ba – nie pod­su­nę ci na­wet skse­ro­wa­nej kart­ki z co­dzien­ny­mi ja­dło­spi­sa­mi. Oba­lę więk­szość ży­wie­nio­wych mi­tów, po­śmie­ję się (nie­zło­śli­wie) z tych, któ­rzy przed we­se­lem chcą w cią­gu ty­go­dnia schud­nąć 10 kg, i opo­wiem ci, że wszyst­ko, co po­wi­nie­neś wie­dzieć o swo­im ja­dło­spi­sie, masz za­pi­sa­ne w ge­nach. Resz­ta jest uważ­nym słu­cha­niem swo­je­go or­ga­ni­zmu. Tyl­ko tyle i aż tyle.

Cze­mu ja? Bo za mną stoi aka­de­mic­ki dy­plom, ży­wie­nie to moja pa­sja, a do tych nie­bo­tycz­nych eks­perc­kich za­let mam ak­tyw­ny gen oty­ło­ści (zgod­nie z na­zwą pre­de­sty­nu­ją­cy do ty­cia), więc wiem, o czym mó­wię! Pięt­na­ście lat temu ukoń­czy­łam Wy­dział Nauk o Ży­wie­niu Czło­wie­ka i Kon­sump­cji na war­szaw­skiej SGGW i uzy­ska­łam ty­tuł ma­gi­stra in­ży­nie­ra ży­wie­nia czło­wie­ka. W gło­wie mia­łam wy­uczo­ną na pa­mięć pi­ra­mi­dę zdro­we­go ży­wie­nia IŻŻ, opa­no­wa­ne do per­fek­cji opro­gra­mo­wa­nie „Die­ta”, oraz kil­ka teo­rii, a w kie­sze­ni wspo­mnia­ny już dy­plom z oce­ną bar­dzo do­brą.

Do­brze, że by­łam nie­złą stu­dent­ką. Bo już na po­cząt­ku mo­jej ka­rie­ry za­czę­ły się scho­dy. Skoń­czy­łam kurs diet co­achin­gu. Wie­dzia­łam, że dro­ga do zmian w ja­dło­spi­sie pro­wa­dzi przez gło­wę pa­cjen­ta. Po­tem prze­szłam epi­zod ży­wie­nia on­ko­lo­gicz­ne­go dzie­ci (to bar­dzo za­nie­dba­na dzie­dzi­na). Jed­nak, bę­dąc mamą ma­łe­go Ja­sia, trud­no mi się było spo­ty­kać z ro­dzi­ca­mi dzie­ci w jego wie­ku, cho­ru­ją­cy­mi na no­wo­twór. Nie mu­szę wam tłu­ma­czyć, dla­cze­go. Ostat­ni (jak do­tąd) port, do któ­re­go do­bi­łam, to nu­tri­ge­ne­ty­ka i nu­tri­ge­no­mi­ka. Są to dys­cy­pli­ny na­uko­we po­zwa­la­ją­ce in­dy­wi­du­ali­zo­wać za­le­ce­nia ży­wie­nio­we zgod­nie z ge­no­ty­pem czło­wie­ka. To praw­dzi­we cudo: die­te­ty­ka XXI wie­ku! Co przede mną? Dal­sza na­uka, by dzię­ki niej sku­tecz­niej po­ma­gać tym, któ­rzy szu­ka­ją eks­perc­kiej wie­dzy do­ty­czą­cej ży­wie­nia, na­dą­ża­ją­cej za współ­cze­snym świa­tem.

A cze­go ocze­ku­je od nas dzi­siej­szy świat w kwe­stiach ży­wie­nia, diet, ku­li­na­riów?

Oba­wiam się, że spo­dzie­wa się po nas na­dą­ża­nia za ide­al­ny­mi syl­wet­ka­mi ce­le­bry­tów, ich wy­re­tu­szo­wa­ny­mi zdję­cia­mi, sto­so­wa­nia się do nie­skom­pli­ko­wa­nych (albo wła­śnie strasz­li­wie trud­nych) prze­pi­sów z uży­ciem ka­szy ja­gla­nej, jar­mu­żu i de­tok­sów. I co tam jesz­cze jest na to­pie. W księ­gar­niach pół­ki ugi­na­ją się od be­st­sel­le­rów die­te­tycz­nych. Ich au­to­ra­mi są ak­tor­ki mik­su­ją­ce w kuch­ni po to, żeby zwięk­szyć oglą­dal­ność swo­je­go se­ria­lu. Spor­t­smen­ki, któ­rym wy­da­je się, że roz­miar 36 pre­de­sty­nu­je je do tego, żeby uczyć lu­dzi, jak zdro­wo jeść. Mo­del­ki na eme­ry­tu­rze, z buj­ną ba­zy­lią na oknie, któ­ra zo­sta­ła po ostat­niej im­pre­zie.

Jak ro­dzą się eks­per­ci od ży­wie­nia? Wła­śnie tak. Prze­cież wszy­scy mu­si­my coś jeść. I każ­dy ma na ten te­mat coś do po­wie­dze­nia. Czy to mo­del­ka ze swo­im wy­jąt­ko­wym prze­pi­sem na „owsian­kę”, czy pio­sen­kar­ka z zie­lo­nym kok­taj­lem. Sta­ty­stycz­nie moż­na ze swo­imi mą­dro­ścia­mi do­trzeć do gru­py do­ce­lo­wej, ale czy fak­tycz­nie na tym to wszyst­ko po­win­no po­le­gać? Czy na­praw­dę wszy­scy po­win­ni­śmy być eks­per­ta­mi od wszyst­kie­go? Daj­my szan­sę die­te­ty­kom mó­wić o ży­wie­niu, le­ka­rzom o le­cze­niu, ar­chi­tek­tom o pro­jek­to­wa­niu, ogrod­ni­kom o sa­dze­niu, a dzien­ni­ka­rzom o zbie­ra­niu in­for­ma­cji i pi­sa­niu.

Krystyna Romanowska

CO MA EKSPERT WSPÓLNEGO Z INTERNETOWĄ BAŃKĄ FILTRUJĄCĄ?

Co­raz wię­cej jest wśród nas „eks­per­tów”, a winę za to po­no­si no­śnik, któ­ry ską­d­inąd po­wi­nien do­stać do­ży­wo­cie za roz­pad wię­zi mię­dzy­ludz­kich, czy­li In­ter­net.

„Fil­ter bub­ble” (in­for­ma­cyj­na bań­ka fil­tru­ją­ca) – tak się na­zy­wa zja­wi­sko se­lek­tyw­ne­go do­bo­ru in­for­ma­cji (przede wszyst­kim w In­ter­ne­cie). Dzie­je się tak, po­nie­waż dzien­ni­ka­rze się­ga­ją w swo­ich wy­wia­dach po oso­by, któ­re wy­po­wia­da­ły się w in­nych me­diach i zdo­by­ły już pew­ną po­pu­lar­ność. Jako eks­per­ci mają do­star­czyć krót­ką, syn­te­tycz­ną wy­po­wiedź, pa­su­ją­cą do kon­cep­cji pro­gra­mu czy ga­ze­ty. W efek­cie mamy w me­diach do czy­nie­nia ze sta­łą gru­pą eks­per­tów, rzad­ko uzu­peł­nia­ną o nowe na­zwi­ska, wy­po­wia­da­ją­cą się w pew­nej mie­rze w prze­wi­dy­wal­ny spo­sób – pi­sze so­cjo­loż­ka dr Li­dia Stę­piń­ska-Usta­siak w pra­cy dok­tor­skiej na te­mat eks­per­tów.

Jako dzien­ni­kar­ka wiem, że rzad­ko komu chce się szu­kać no­we­go eks­per­ta, zwy­kle kon­tak­tu­je­my się z kimś, kto już się na dany te­mat wy­po­wia­dał.

Je­że­li więc zna­na ar­tyst­ka jest ofia­rą nie­uda­nych ope­ra­cji pla­stycz­nych, na­tych­miast sta­je się eks­pert­ką od… nie­uda­nych ope­ra­cji pla­stycz­nych.

– Za­dzwoń do Ik­siń­skie­go, on mi­lion razy mó­wił o de­tok­sie/de­pre­sji/wa­ka­cjach z dzieć­mi/koń­cu świa­ta (nie­po­trzeb­ne skre­ślić) – sły­szy się co­dzien­nie w re­dak­cjach. I dzien­ni­ka­rze tak ro­bią, bo szyb­ciej.

To zja­wi­sko może się wy­da­wać zu­peł­nie nie­groź­ne, ale by­naj­mniej ta­kie nie jest. Za­my­ka­nie krę­gu eks­perc­kie­go jest za­my­ka­niem obie­gu in­for­ma­cji. In­ny­mi sło­wy, je­że­li za je­dy­ną eks­pert­kę od de­pre­sji uzna­my po­dróż­nicz­kę, któ­ra „prze­szła przez nie­moc de­pre­sji i ty też mo­żesz”, i nie bę­dzie­my roz­ma­wiać o tej cho­ro­bie z le­ka­rza­mi, fał­szu­je­my rze­czy­wi­stość, co wię­cej szko­dzi­my lu­dziom, nie prze­ka­zu­jąc im rze­tel­nych, szer­szych in­for­ma­cji. Eks­per­tów ce­le­bry­tów dzien­ni­ka­rze na­zy­wa­ją w swo­im żar­go­nie „tymi, co to wła­ści­wie nie wia­do­mo co zro­bi­li, ale wszy­scy z nich ko­rzy­sta­ją”. Jak od­róż­nić ce­le­bry­tę od praw­dzi­we­go eks­per­ta? Po pro­stu jego opo­wie­ści się nie spraw­dza­ją. Dla­te­go ra­czej nie po­pra­wi­my swo­jej wagi czy ja­ko­ści ży­cia, ro­biąc wszyst­ko tak, jak po­wie­dział za­pro­szo­ny do pro­gra­mu eks­pert ce­le­bry­ta. W te­le­wi­zji moż­na usły­szeć ta­kie na przy­kład roz­mo­wy: „Masz ko­goś? No, tu jest Ko­wal­ska. Ko­wal­ska? Ja już rzy­gam Ko­wal­ską. To nie chcę. No to Ik­siń­ski. Nie, rzy­gam Ik­siń­skim. Ko­goś no­we­go. A, no to mam No­wak. A jak jesz­cze ład­na, no to da­waj ją” (cyt. za dr Li­dia Stę­piń­ska-Usta­siak). Na szczęś­cie eks­pert ce­le­bry­ta tra­ci wia­ry­god­ność nie tyl­ko z tego po­wo­du, że to, co mówi, nie po­kry­wa się z rze­czy­wi­sto­ścią. Sam fakt czę­ste­go po­ja­wia­nia się w me­diach w kon­tek­ście róż­nych te­ma­tów z cza­sem pod­wa­ża za­ufa­nie dzien­ni­ka­rza do nie­go.

Jak się uchro­nić przed wpły­wem fał­szy­wych eks­per­tów? Słu­chaj­my tych z do­rob­kiem na­uko­wym, na­ucz­my się uważ­nie fil­tro­wać stro­ny in­ter­ne­to­we z po­zor­nie na­uko­wy­mi in­for­ma­cja­mi (np. na te­mat glu­te­nu są ich ty­sią­ce). Oce­na wia­ry­god­no­ści źró­dła chro­ni nas przed wy­słu­chi­wa­niem he­re­zji – w na­uce pu­bli­ka­cja wia­ry­god­na to ta opu­bli­ko­wa­na w pi­śmie o wy­so­kim tzw. im­pact fac­to­rze. Na­sza oce­na po­cho­dze­nia in­for­ma­cji po­win­na być przede wszyst­kim zdro­wo­roz­sąd­ko­wa.

Na lo­gi­kę – tre­ner­ka fit­ness nie może być psy­cho­te­ra­peut­ką, bo nie ma ku temu kwa­li­fi­ka­cji, na­wet naj­wspa­nial­szy ku­charz nie po­ra­dzi nam, w ja­kim ban­ku wziąć kre­dyt (tu chy­ba w ogó­le nie ma do­bre­go do­rad­cy!), sty­li­sta nie od­po­wie na py­ta­nie: „Co bę­dzie da­lej z ży­ciem na na­szej pla­ne­cie?”, a pio­sen­kar­ka-eko­ma­ma nie roz­wie­je wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­cych szcze­pie­nia dzie­ci. Dla­te­go je­że­li Agniesz­ka Pi­ska­ła za­py­ta mnie, czy ma wy­po­wia­dać się w te­le­wi­zji na te­mat szans roz­wo­ju ener­ge­ty­ki ją­dro­wej – od­ra­dzę jej. A zresz­tą, i tak nie za­py­ta.

Agnieszka Piskała

MOŻESZ JEŚĆ WSZYSTKO!

O po­dzia­le pro­duk­tów spo­żyw­czych na „zdro­we” i „nie­zdro­we” sły­szę od daw­na. Lu­dzie py­ta­ją:

• Co jest zdro­we?

• Co jest nie­zdro­we i cze­go nie jeść?

• Któ­re pro­duk­ty jeść, a któ­re cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć z die­ty?

• Czy na­praw­dę nie mogę jeść cia­stek?

• Czy mogę cza­sem zjeść chleb ze smal­cem?

Od­po­wiedź jest jed­na: „Moż­na jeść wszyst­ko”. Trze­ba tyl­ko wie­dzieć, w ja­kich ilo­ściach, kie­dy, w ja­kich oko­licz­noś­ciach i oczy­wi­ście, ja­kiej ja­ko­ści jest pro­dukt. Pa­mię­taj­my o klu­czo­wej in­for­ma­cji, a wła­ści­wie de­fi­ni­cji pro­duk­tu spo­żyw­cze­go. Otóż pro­dukt spo­żyw­czy to coś, co zo­sta­ło do­pusz­czo­ne jako do­zwo­lo­ne do ob­ro­tu w prze­my­śle spo­żyw­czym i nie może za­gra­żać zdro­wiu i ży­ciu kon­su­men­ta. Nie­za­leż­nie od tego, czy to jest jo­gurt, buł­ka, wa­fel, chip­sy czy mie­szan­ka wa­rzyw.

Nie lu­bię po­wszech­ne­go de­pre­cjo­no­wa­nia nie­któ­rych pro­duk­tów i po­wta­rza­nia:

• Sło­dy­cze to zło!

• Chip­sy to zło!

• Zupa w to­reb­ce to zło!

• Mro­żo­na piz­za to zło!

Nie ma złych pro­duk­tów, jest tyl­ko zła die­ta. Na­wet kie­dy spoj­rzy­my na pi­ra­mi­dę zdro­we­go ży­wie­nia, zo­ba­czy­my, że każ­dy pro­dukt może mieć miej­sce w zbi­lan­so­wa­nej die­cie, o ile jest spo­ży­wa­ny w od­po­wied­nim cza­sie i w od­po­wied­niej ilo­ści.

Kie­dy mo­że­my jeść sło­dy­cze?

Kie­dy je­ste­śmy na wy­ciecz­ce w gó­rach, na­sze dziec­ko jest przed lek­cją wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, stu­dent cze­ka na trud­ny eg­za­min. Zje­dze­nie ma­łej por­cji sło­dy­czy jest w tych przy­pad­kach ab­so­lut­nie uza­sad­nio­ne. Szyb­ki wzrost po­zio­mu glu­ko­zy we krwi uła­twia pra­cę mó­zgu, uspraw­nia pra­cę mię­śni. Więc czy fak­tycz­nie sło­dy­cze w każ­dej sy­tu­acji to zło? Wszyst­ko za­le­ży od kon­tek­stu i wiel­ko­ści por­cji.

Ale waż­na uwa­ga! Ba­ton w roz­mia­rze XXL w sen­sie sma­ko­wym, nie ka­lo­rycz­nym, przy­nie­sie taki sam efekt, jak ten w roz­mia­rze XS.

A trze­ci ka­wa­łek cze­ko­la­dy sma­ku­je prze­cież tak samo jak ten pierw­szy, więc czy trze­ba zjeść trzy ka­wał­ki?

Mój syn jest za­pa­lo­nym ki­bi­cem pił­ki noż­nej. Raz na ja­kiś czas, pod­czas Ligi Mi­strzów, sły­szę: „Mamo, zro­bisz nam taki praw­dzi­wy wie­czór ki­bi­ca?”. Ser­wu­jąc pla­ster­ki z cu­ki­nii i pa­łecz­ki z mar­chew­ki oraz po­da­jąc chłop­com na­par z ru­mian­ku i mię­ty, mo­gła­bym już wię­cej nie zo­ba­czyć de­sko­ro­lek w przed­po­ko­ju. Nie mó­wiąc o tym, że mój Jaś był­by kla­so­wym out­si­de­rem. Dla­te­go się­gam do szaf­ki po po­pcorn, wle­wam olej do garn­ka, wsy­pu­ję zia­ren­ka i cze­kam na pyk-pyk. Wyj­mu­ję colę z lo­dów­ki i może na­wet do­da­ję w mi­secz­ce ko­lo­ro­we żel­ki. Chip­sy wje­cha­ły jako pierw­sze.

Je­śli raz na ja­kiś czas zje­my te przy­sło­wio­we „nie­zdro­we” pro­duk­ty, to nic się w na­szym ży­ciu nie zmie­ni.

A co z pro­duk­ta­mi zdro­wy­mi?

Czy rze­czy­wi­ście mo­że­my jeść je „na bo­ga­to”? Czy je­że­li tych zdro­wych zje­my wię­cej, to efekt „wow, ale schu­dłaś!” bę­dzie szyb­szy? Nie­ste­ty, nie. Na­wet naj­zdrow­szy pro­dukt je­dzo­ny w du­żych ilo­ściach nie wpły­wa ko­rzyst­nie na zdro­wie. Każ­dy wie (nie każ­dy lubi), jak wy­glą­da i sma­ku­je jo­gurt na­tu­ral­ny. Ale jo­gurt sły­nie z do­bro­dziej­stwa ła­two przy­swa­jal­ne­go biał­ka, ma dużo wap­nia po­trzeb­ne­go ko­ściom. Do­dat­ko­wo bak­te­rie pro­bio­tycz­ne uspraw­nia­ją­ce pra­cę prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Jest lek­ko­straw­ny, ni­sko­ener­ge­tycz­ny. Sło­wem: ży­wie­nio­wy maj­stersz­tyk. O ile zje­my je­den dzien­nie. A nie sie­dem. Je­śli zje­my zbyt dużo pro­duk­tów bo­ga­tych w biał­ko (a jo­gurt na­tu­ral­ny nie­wąt­pli­wie taki jest), to z jed­nej stro­ny bar­dzo pod­krę­ci­my me­ta­bo­lizm, ale z dru­giej stro­ny do­star­czy­my or­ga­ni­zmo­wi za wie­le biał­ka. To po­cią­gnie za sobą np. duże ob­cią­że­nie na­szych ne­rek.

Moda na die­ty wy­so­ko­biał­ko­we mąci w gło­wach i umy­słach, a przede wszyst­kim w me­ta­bo­li­zmie wie­lu osób. Słyn­na i nie­sław­na die­ta Du­ka­na przy­spo­rzy­ła mi wie­lu po­szko­do­wa­nych pa­cjen­tów z nie­wy­dol­no­ścią ne­rek i kwa­si­cą me­ta­bo­licz­ną. Dzi­wi­li się: prze­cież je­dli zdro­we pro­duk­ty, a te­raz są cho­rzy! Oczy­wi­ście, pro­duk­ty bo­ga­te w biał­ko uła­twia­ją chud­nię­cie. Ła­twiej jest or­ga­ni­zmo­wi „po­ciąć” skro­bię na po­je­dyn­cze czą­stecz­ki glu­ko­zy, niż w bar­dziej za­awan­so­wa­nym pro­ce­sie fi­zy­ko­che­micz­nym prze­ro­bić biał­ko na ami­no­kwa­sy, a po­tem na ener­gię dla or­ga­ni­zmu. Dla­te­go tak wie­le osób zmie­ni­ło die­tę na wy­so­ko­biał­ko­wą, bo wy­ma­ga­ła du­żych po­kła­dów we­wnętrz­nej ener­gii, bez po­czu­cia gło­du, a z uczu­ciem „mniej­szych spodni dnia na­stęp­ne­go”. Za­ło­że­nie (z bio­che­micz­ne­go punk­tu wi­dze­nia) bar­dzo słusz­ne. Naj­więk­sze znisz­cze­nia w or­ga­ni­zmie po­wo­du­ją pro­duk­ty ubocz­ne tra­wie­nia bia­łek, o któ­rych nikt nie miał od­wa­gi pi­sać. Je­śli nie wiesz, jak mo­dy­fi­ko­wać swój ja­dło­spis, zo­bacz, co pro­po­nu­je In­sty­tut Żyw­no­ści i Ży­wie­nia i re­ko­men­do­wa­na przez nie­go nowa pi­ra­mi­da zdro­we­go ży­wie­nia. Oczy­wi­ście każ­dy z nas jest inny, ale – co do za­sa­dy – nie moż­na bez skut­ków ubocz­nych pro­duk­tów mlecz­nych i na­bia­ło­wych z sa­me­go szczy­tu spro­wa­dzić do pod­sta­wy pi­ra­mi­dy. W tym wy­pad­ku mniej zna­czy po pro­stu mniej.

Co z ko­lej­ną die­tą, któ­ra do­pro­wa­dza mnie do bia­łej go­rącz­ki? Z ja­dło­spi­sem za­kła­da­ją­cym, że owo­ce moż­na jeść je­dy­nie do go­dzi­ny 12.00?

Po­dob­no nie wol­no ich jeść po po­łu­dniu, a po go­dzi­nie 18.00 za­gra­ża to na­sze­mu ży­ciu! Czy spo­tka­li­ście oso­bę, któ­ra do­ko­na­ła­by ży­wo­ta z po­wo­du zje­dze­nia owo­cu po go­dzi­nie 12.00 albo po 18.00? Po­mi­jam przy tym te, któ­re w ra­mach od­chu­dza­nia przez cały dzień nic nie je­dzą, a wie­czo­rem w sta­nie wil­cze­go gło­du szu­ka­ją zdro­we­go roz­wią­za­nia i zja­da­ją, wy­ci­ska­ją, mik­su­ją albo „so­ko­wi­ru­ją” nie­obli­czal­ne ilo­ści zdro­wych wa­rzyw i owo­ców.

Krystyna Romanowska

JEDZENIE A SEKS

– mówi Pa­weł Droź­dziak, psy­cho­te­ra­peu­ta

Na na­szych oczach po­wsta­ła cy­wi­li­za­cja opę­ta­na ob­se­sją je­dze­nia. Albo po­wstrzy­my­wa­nia się od je­dze­nia. Albo zja­da­nia tych albo in­nych po­kar­mów, po­zby­wa­nia się tłusz­czu. Je­ste­śmy przy­tło­cze­ni pro­gra­ma­mi ku­chen­ny­mi i re­stau­ra­cyj­ny­mi, w któ­rych go­dzi­na­mi roz­pra­wia się o tym, co moż­na zjeść i czy bę­dzie smacz­ne?

Nie wy­da­je się Panu, że mamy do czy­nie­nia z czymś dziw­nym w za­kre­sie ży­wie­nia?

Je­że­li chce­my to zro­zu­mieć, mu­si­my za­uwa­żyć, że je­dze­nie jest for­mą po­dą­ża­nia za in­stynk­tem. Nasz sto­su­nek do je­dze­nia ma więc zwią­zek z na­szym sto­sun­kiem do in­stynk­tów.

Skom­pli­ko­wa­ne…

Nie, cał­kiem pro­ste. Przez całe wie­ki kul­tu­ra uczy­ła lu­dzi po­wstrzy­my­wa­nia jed­ne­go z sil­niej­szych po­pę­dów – po­pę­du sek­su­al­ne­go. Wy­pie­ra­nie, prze­mil­cza­nie, sub­li­mo­wa­nie, za­prze­cza­nie i prze­śla­do­wa­nie tej siły w czło­wie­ku przy­bie­ra­ło róż­ne for­my, inne nie­co dla męż­czyzn i inne dla ko­biet.

Ko­bie­tom sta­wia­no tu wy­ma­ga­nia o wie­le po­waż­niej­sze. Nie wy­star­cza­ło po­wtrzy­mać po­pęd okre­so­wo. Na­le­ża­ło prak­tycz­nie wca­le go nie mieć.

Naj­le­piej, żeby ko­bie­ty uda­wa­ły, że nie wie­dzą, o co cho­dzi.

Tak. Mają być nie­świa­do­me, a gdy męż­czy­zna ini­cju­je seks, mają być tym kom­plet­nie za­sko­czo­ne. Przy­zna pani, że to trud­ne za­da­nie, ale ko­bie­ty po­tra­fi­ły mu spro­stać. Przez wie­le wie­ków wy­kształ­ci­ły am­bi­wa­lent­ny sto­su­nek do wła­sne­go po­pę­du. Przy­bie­rał on róż­ne for­my: za­ka­za­na przy­jem­ność, wsty­dli­wy chi­chot. Czę­sto, gdy pra­gnie­nie sta­wa­ło się nie­po­wstrzy­ma­ne i nie­po­ję­te, da­wa­ły mu upust. Po­tem mu­sia­ły się zmie­rzyć z po­czu­ciem winy, stra­chu i cięż­kiej po­ku­ty. Aż do ko­lej­ne­go pa­rok­sy­zmu ule­ga­nia „po­ku­sie”. Wszyst­ko to na­zna­czy­ło ko­bie­cy sto­su­nek do wła­snej sek­su­al­no­ści na wie­le, wie­le wie­ków.

I dziś na­gle to zni­kło.

Wła­śnie. Do­słow­nie w cią­gu kil­ku­dzie­się­ciu lat kul­tu­ra za­ne­go­wa­ła wszyst­kie te wy­mo­gi, nie tyl­ko uzna­jąc je za nie­uza­sad­nio­ne, ale wręcz je ośmie­sza­jąc. Ale w przy­ro­dzie nic nie gi­nie, a przy­zwy­cza­je­nie bywa dru­gą na­tu­rą. Ten we­wnętrz­nie sprzecz­ny sto­su­nek do wła­snych po­pę­dów zo­stał dziś prze­nie­sio­ny z in­stynk­tu sek­su­al­ne­go (gdzie żad­ne za­ka­zy już nie obo­wią­zu­ją) na po­pęd gło­du. I dla­te­go tu­taj mamy te­raz ideę „bru­du”, „grze­chu”, „szko­dli­wej przy­jem­no­ści”. Do tego mo­że­my do­dać wie­le me­cha­ni­zmów ukry­wa­nia i za­prze­cza­nia, gdy robi się to, na co przy­cho­dzi ocho­ta.

Na przy­kład zja­da się chip­sy lub cze­ko­lad­ki. I my­śli o ga­stro­no­micz­nym pie­kle.

Nie ma już „czy­sto­ści” w daw­nym, sek­su­al­nym sen­sie, jest jed­nak „czy­stość” w sen­sie „czy­ste­go je­dze­nia” – po­zba­wio­ne­go winy, nad­mier­nej, a więc nie­le­gal­nej przy­jem­noś­ci i wszel­kich nie­cnych do­mie­szek. Dla­te­go lu­dzie dzie­lą je­dze­nie na zdro­we i nie­zdro­we, jak kie­dyś dzie­li­li ko­bie­ty na czy­ste i nie­czy­ste. I wo­kół nas robi się co­raz wię­cej grup sku­pio­nych na tym albo in­nym aspek­cie die­ty, któ­re cał­kiem jaw­nie przy­po­mi­na­ją już sek­ty.

Czy to zna­czy, że je­że­li ktoś ma kło­po­ty z je­dze­niem, to coś jest nie tak z jego sek­su­al­no­ścią?

W die­te­ty­zmach po­wta­rza się pe­wien sche­mat – jest im­puls zja­da­nia cze­goś, któ­ry na­le­ży po­wstrzy­mać, i „czy­stość” uzy­ski­wa­na dzię­ki wstrze­mięź­li­wo­ści. Jest też obec­ny ja­kiś ro­dzaj sza­ta­na – kon­cer­ny żyw­no­ścio­we, kon­cer­ny pro­du­ku­ją­ce pro­duk­ty GMO (ang. ge­ne­ti­cal­ly mo­di­fied or­ga­nism), cu­kier jako taki, któ­ry pod­stęp­nie nas kusi. Jak zły wilk w baj­ce o Czer­wo­nym Kap­tur­ku. Kie­dy po­wstrzy­ma­my im­puls, pój­dzie­my dro­gą wy­rze­cze­nia – uzy­ska­my czy­stość (du­cho­wą i fi­zycz­ną) oraz nie­za­leż­ność. A tak­że sa­tys­fak­cję ze sku­tecz­nej sa­mo­kon­tro­li. Ko­bie­ta jest głod­na i chce tyl­ko coś schru­pać w dro­dze bie­giem do au­to­bu­su, zbli­ża się do wil­ka z py­ta­niem: „A cze­mu masz ta­kie wiel­kie uszy?”, a tu bach – zja­dła kon­ser­want. Bo wilk wca­le nie jest bab­cią, a zdro­we je­dze­nie nie jest zdro­we. I nic już nie bę­dzie ta­kie jak wcze­śniej.

W przy­pad­ku je­dze­nia i sek­su nie cho­dzi ani o je­dze­nie, ani o sek­su­al­ność. Cho­dzi o kon­flikt mię­dzy pra­gnie­niem a wy­rze­cze­niem. Mię­dzy „bru­dem” a „czy­sto­ścią”. O sa­tys­fak­cję z kon­tro­li. Bo to ona – sa­mo­kon­tro­la – ma nas oczysz­czać. Cier­pie­nie, wy­rze­cze­nia, któ­re po­tra­fi­my znieść. Być może wy­rze­cze­nia tak moc­no wro­sły w fun­da­men­ty kul­tu­ro­wej kon­struk­cji „ko­bie­co­ści”, że kie­dy od­cze­pio­no od niej seks, mu­sia­ło się w jego miej­sce po­ja­wić coś in­ne­go. Je­dze­nie jest ide­al­ne, bo wszy­scy mu­si­my prze­cież jeść i za­wsze się do­ko­nu­je ja­kie­goś wy­bo­ru.

Jak nie ulec po­ku­sie zro­bie­nia z je­dze­nia fe­ty­szu?

Cie­ka­wie brzmi po­czą­tek py­ta­nia: „jak nie ulec po­ku­sie” w kon­tek­ście ca­ło­ści na­szej roz­mo­wy. My, oczy­wi­ście, nie mo­że­my wpły­wać świa­do­mie na to, na ja­kim punk­cie bę­dzie­my za­krę­ce­ni. Po pro­stu pew­ne­go dnia na­sza psy­chi­ka od­kry­wa, że coś się sta­ło dla niej waż­ne, czy na­wet klu­czo­we, i tyle. I nie mo­że­my tak po pro­stu po­sta­no­wić, że to ma prze­stać być dla nas istot­ne. Czło­wiek w taki spo­sób nie ste­ru­je za­war­to­ścią wła­snej gło­wy. Je­śli od­kry­wa­my, że je­dze­nie sta­ło się dla nas fe­ty­szem, to po­ra­dził­bym się temu po­przy­glą­dać. Za­sta­no­wić, dla­cze­go tak się dzie­je w kon­tek­ście ca­łe­go ży­cia, na­szych re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi, ze świa­tem. To waż­niej­sze niż pod­ję­cie de­cy­zji typu: „będę się na tym kon­cen­tro­wać jesz­cze bar­dziej”, albo „na­tych­miast z tym koń­czę”. Tak to nie dzia­ła.

Agnieszka Piskała

JAK Z NIEZDROWEGO ZROBIĆ ZDROWE?

Są spo­so­by na od­cza­ro­wy­wa­nie mniej zdro­wych po­kar­mów i ro­bie­nie z nich bar­dzo zdro­wych.

Je­ste­śmy w sta­nie przy­go­to­wy­wać so­bie, a przede wszyst­kim na­szym (wy­bred­nym) dzie­ciom zdrow­sze wer­sje tych „nie­zdro­wych” pro­po­zy­cji ze skle­po­wej pół­ki. Oraz na od­wrót: da się zro­bić smacz­ne i zdro­we pro­duk­ty, któ­re wyj­ścio­wo były nie­zdro­we.

Ty lub Two­je dziec­ko lu­bi­cie jo­gur­ty owo­co­we – zo­bacz w skła­dzie, ile jest jo­gur­tu, a ile cu­kru i aro­ma­tów owo­co­wych. Je­śli nie umiesz prze­ko­nać dziec­ka do je­dze­nia jo­gur­tów na­tu­ral­nych z po­kro­jo­ny­mi owo­ca­mi, to zrób zdrow­szą wer­sję. Po pro­stu po­łącz pół na pół prze­sło­dzo­ny jo­gurt „owo­co­wy” z jo­gur­tem na­tu­ral­nym. Dziec­ko zje swój ulu­bio­ny jo­gurt, w ulu­bio­nym opa­ko­wa­niu, ale znacz­nie zdrow­szy.

Bia­ła buł­ka (kaj­zer­ka), kto jej nie lubi? Nie­ste­ty, pro­du­ko­wa­na jest na ba­zie oczysz­czo­nej mąki do­star­cza­ją­cej skro­bi, a nie waż­ne­go w na­szej die­cie błon­ni­ka. Co więc mo­że­my zro­bić, aby od­cza­ro­wać „nie­zdro­wość” buł­ki? Na­le­ży do­star­czyć błon­nik w in­nych pro­duk­tach. Oprócz sera lub wę­dli­ny, na­pa­kuj do ka­nap­ki z bia­łej kaj­zer­ki wa­rzyw: ka­wał­ki po­mi­do­ra, sa­ła­ty, rzod­kie­wek, cy­ko­rii, pa­pry­ki (na bo­ga­to!). Wa­rzy­wa spra­wią, że ka­nap­ka nie tyl­ko bę­dzie pysz­nie wy­glą­dać, pysz­nie sma­ko­wać, ale bę­dzie też świet­nie dzia­łać na je­li­ta. Je­śli wiesz, że lu­bisz coś, co nie do koń­ca wpi­su­je się w zdro­wą, pra­wi­dło­wo zbi­lan­so­wa­ną die­tę, to przy­naj­mniej okraś ją czymś zdro­wym.

Czy pro­duk­ty nie­zdro­we da się przy­rzą­dzić smacz­nie i zdro­wo? Choć dzie­ci naj­bar­dziej na świe­cie lu­bią fryt­ki, ham­bur­ge­ry, piz­ze, ke­bab, na­sze ży­cie na­dal może być względ­nie zdro­we i nie umrze­my na szkor­but, po­nie­waż są zdrow­sze wa­rian­ty tych po­traw.

Ro­biąc do­mo­we­go ham­bur­ge­ra, uży­waj naj­lep­szej ja­ko­ści mię­sa wo­ło­we­go (do­sko­na­łe źró­dło biał­ka i że­la­za), gril­luj je na pa­tel­ni gril­lo­wej lub na gril­lu elek­trycz­nym. Za­miast bia­łej buł­ki, moż­na ko­tlet wło­żyć do gra­ham­ki, a oprócz ke­czu­pu do­dać wa­rzy­wa: sa­ła­tę, ogó­rek ki­szo­ny, ce­bu­lę, pa­pry­kę.

A „zdro­wa piz­za”? Czy piz­za nie może być zdro­wa, po­nie­waż jest piz­zą? A co, je­śli zro­bi­my cien­kie cia­sto, zmie­sza­my pół na pół mąki pszen­ną i żyt­nią ra­zo­wą, a na wierzch po­ło­ży­my zdro­we do­dat­ki: sos po­mi­do­ro­wy, wa­rzy­wa, chu­dą wę­dli­nę, tłu­stą rybę i trosz­kę żół­te­go sera z dużą ilo­ścią ore­ga­no? Uzy­ska­my w ten spo­sób efekt sma­ko­wy po­rów­ny­wal­ny z kla­sycz­ną piz­zą. A efekt ży­wie­nio­wy bę­dzie nie­współ­mier­ny do „pu­stych ka­lo­rii”, któ­re do­star­cza nam ma­so­wej pro­duk­cji piz­za w re­stau­ra­cji.

Agnieszka Piskała

DETOKS TO TWÓJ WRÓG

Kie­dyś było mało re­stryk­cyj­nie. W po­czyt­nych pe­rio­dy­kach dla ko­biet pi­sa­no: „jedz no­wa­lij­ki, za­przy­jaź­nij się z wa­rzy­wa­mi i owo­ca­mi”. Po­tem za­czął się praw­dzi­wy hard­co­re:

• Dzień owo­co­wo-wa­rzyw­ny,

• Przez trzy dni wy­łącz­nie wa­rzy­wa,

• Ty­dzień na so­kach i smo­othie,

• Zie­lo­ne kok­taj­le – hit z Hol­ly­wo­od,

• Gry­can­ki na de­tok­sie z wody z pie­przem cay­en­ne.

Po te naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne, czy­li:

• płu­ka­nie je­lit,

• kil­ku­dnio­wa gło­dów­ka oczysz­cza umysł i cia­ło.

Nie mam nic prze­ciw­ko temu, aby je­dząc wię­cej owo­ców i wa­rzyw, zro­bić or­ga­ni­zmo­wi wio­sen­ne oczysz­cze­nie. Ale sło­wo „de­toks” za­czę­ło przyj­mo­wać co­raz bar­dziej in­wa­zyj­ne for­my. Kto pa­mię­ta, że kie­dyś ozna­cza­ło po pro­stu od­tru­cie or­ga­ni­zmu po al­ko­ho­lu i nar­ko­ty­kach? Dzi­siaj zna­la­zło sze­ro­kie za­sto­so­wa­nie. I wy­stę­pu­je z róż­ny­mi przy­miot­ni­ka­mi, two­rząc nowe de­tok­so­we ob­ja­wie­nia. De­toks może być ja­gla­ny, owo­co­wy, wa­rzyw­ny, al­ka­licz­ny, zu­po­wy, bły­ska­wicz­ny, jed­no-, pię­cio-, dzie­się­cio­dnio­wy, so­ko­wy, cu­kro­wy, wio­sen­ny (plus po­zo­sta­łe pory roku), stycz­nio­wy (plus po­zo­sta­łe mie­sią­ce), po­nie­dział­ko­wy (plus po­zo­sta­łe dni ty­go­dnia), ty­be­tań­ski (plus po­zo­sta­łe re­gio­ny świa­ta), ko­bie­cy, mę­ski, ko­lo­ro­wy, zdro­wy, wą­tro­bo­wy (plus po­zo­sta­le or­ga­ny). War­to „oczy­ścić się” przed ślu­bem, przed wa­ka­cja­mi i w in­nych istot­nych oko­licz­no­ściach.

Czy jed­nak fak­tycz­nie tak bar­dzo nasz or­ga­nizm po­trze­bu­je de­tok­su, czy­li od­tru­cia?

Wie­lu roz­sąd­nych i kom­pe­tent­nych spe­cja­li­stów ds. ży­wie­nia kwe­stio­nu­je uni­wer­sal­ną po­trze­bę de­tok­su dla wszyst­kich. Je­śli czło­wiek nor­mal­nie funk­cjo­nu­je, nie cho­ru­je, ma uroz­ma­ico­ną, co­dzien­ną die­tę, czu­je się do­brze, ma ener­gię do dzia­ła­nia, to nie wy­ma­ga żad­ne­go de­tok­su. Każ­dy or­ga­nizm ra­dzi so­bie z tok­sy­na­mi tak samo i nie na­le­ży szu­kać do­dat­ko­wych me­tod, aby ten pro­ces uspraw­niać. Nie trze­ba mu w ża­den spo­sób po­ma­gać, a już na pew­no nie me­to­da­mi dra­stycz­ny­mi. Oczy­wi­ście, głów­nym uty­li­za­to­rem tok­syn jest wą­tro­ba, któ­ra cza­sem ra­dzi so­bie le­piej, a cza­sem go­rzej. By do­po­móc jej w uty­li­za­cji tok­syn, na­le­ży od­po­wied­nio ją wes­przeć. Je­śli die­ta bo­ga­ta jest w wa­rzy­wa, owo­ce, pro­duk­ty peł­no­ziar­ni­ste, nie po­trze­bu­je­my żad­ne­go do­dat­ko­we­go wspar­cia. Nie po­zwól­my, aby wma­wia­no nam, że trze­ba nam su­per­o­czysz­cze­nia. Je­śli wasz or­ga­nizm co­dzien­nie lub co dru­gi dzień wy­da­la nie­po­trzeb­ne reszt­ki po­kar­mo­we, to ofi­cjal­nie was to zwal­nia z obo­wiąz­ku de­tok­su.

Więk­szość osób uwa­ża, że ich prze­wód po­kar­mo­wy nie dzia­ła tak, jak na­le­ży (trze­ba na coś/ko­goś zwa­lić winę). Lu­dzie my­ślą: „prze­cież to nie moja wina, to wina złych pro­duk­tów/ pro­du­cen­tów, któ­rzy co­dzien­nie nas tru­ją”. Oczy­wi­ście: na­sza die­ta jest ubo­ga w wa­rzy­wa i owo­ce. Za­le­ce­nia Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia (WHO), re­ko­men­du­ją je­dze­nie wa­rzyw i owo­ców pięć razy dzien­nie, a prze­cięt­ny Po­lak (z ziem­nia­ka­mi) zja­da por­cję wa­rzyw raz na dwa dni. Dla­cze­go w ostat­nich pię­ciu la­tach wzro­sła za­cho­ro­wal­ność na no­wo­two­ry je­li­ta gru­be­go i od­byt­ni­cy? Bo nie lu­bi­my wa­rzyw. Na­szą die­tę wy­peł­nia­ją pro­duk­ty z oczysz­czo­nej mąki, np. bia­łe pie­czy­wo, ma­ka­ron, na­le­śni­ki, plac­ki, klu­ski, pie­ro­gi, któ­re po­tra­fią za­le­gać w na­szych je­li­tach kil­ka dni, po­wo­du­jąc sta­ny za­pal­ne, nad­żer­ki, po­li­py, no­wo­two­ry. Czy nie mo­że­my ich jeść? Mo­że­my, raz na ja­kiś czas, przede wszyst­kim się­ga­jąc po ra­zo­wiec, ka­sze, ma­ka­ro­ny ra­zo­we, wa­rzy­wa, owo­ce.

De­toks to tyl­ko chwyt mar­ke­tin­go­wy, by sprze­dać wię­cej blen­de­rów. Blen­de­rów do smo­othie, wy­ci­ska­rek do owo­ców, oczysz­cza­ją­cej je­li­ta spi­ru­li­ny, czo­chra­ją­cych je­li­ta otrę­bów, no i naj­mod­niej­szych ostat­ni­mi cza­sy „tur­nu­sów oczysz­cza­ją­cych”.

Nic dziw­ne­go, że lu­dzie na­ma­wia­ją in­nych do de­tok­su. To bar­dzo do­bry in­te­res. Za­pra­sza się go­ści za nie­ma­łe pie­nią­dze, każe im od­po­czy­wać, me­dy­to­wać, na­wią­zać kon­takt ze swo­im we­wnętrz­nym „ja”. Do tego ho­me­opa­tycz­ne ilo­ści po­ży­wie­nia (jedz mało, płać dużo), nie­uro­zma­ico­ne­go. Cho­dzi wszak o oczysz­cze­nie or­ga­ni­zmu, nie moż­na więc nad­wy­rę­żać prze­wo­du po­kar­mo­we­go nad­mier­ną ilo­ścią je­dze­nia. Na ko­la­cję: zmik­so­wa­ny jar­muż z bu­ra­kiem. I wy­star­czy. A je­śli na do­da­tek po ta­kiej ko­la­cji si­kasz na ró­żo­wo, to ko­niec. Ozna­cza to, że masz „je­li­to prze­sią­kli­we” i za­sad­ni­czo, no cóż, sto­isz nad gro­bem. Ale nie przej­muj się. Ju­tro do­sta­niesz na obiad tyl­ko su­cha­ra i to na­pra­wi two­je ży­cie.

Re­zul­tat jest na­stę­pu­ją­cy: głod­ny pa­cjent od­czu­wa nie­ziem­skie bóle gło­wy, by usły­szeć: „Tak ma być. Ozna­cza to, że or­ga­nizm się od­tru­wa”. Nie­ste­ty, jest bar­dziej przy­ziem­nie. Z fi­zjo­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia mózg pa­cjen­ta na de­tok­sie po pro­stu do­ma­ga się glu­ko­zy.

Je­śli ko­muś mało tego umar­twia­nia i cier­pie­nia, może prze­płu­kać je­li­ta. Wie­le osób jest tym za­bie­giem (nie­ste­ty) za­chwy­co­na, i to nie dla­te­go, że czu­ją się zde­cy­do­wa­nie le­piej. Nie, nie! Cie­szą się, że na­resz­cie, na wa­dze wi­dać na­wet 3 kg mniej. I to w cią­gu jed­ne­go dnia! Re­we­la­cja!

Dla­cze­go po jed­nym za­bie­gu hy­dro­ko­lo­no­te­ra­pii, czy­li płu­ka­nia je­lit, czu­je­my się lżej­si o dwa–trzy ki­lo­gra­my?

Bo tym za­bie­giem usu­wa­my z na­szych je­lit całą mi­kro­flo­rę je­li­to­wą, któ­ra tyle mniej wię­cej waży. To nie jest wy­płu­ka­ny tłuszcz, za­le­ga­ją­ce reszt­ki po­kar­mo­we, to są 3 kg tzw. po­ży­tecz­nej bio­ma­sy. Część z nas po­my­śli: „No i co z tego? Waż­ne, że jest efekt!”. Nie­ste­ty, kie­dy wró­ci­my po ta­kim „cud-tur­nu­sie” do domu, wte­dy do­pie­ro za­cznie się za­ba­wa. Wy­ja­ło­wio­ny prze­wód po­kar­mo­wy wy­sta­wi nam bo­le­sny ra­chu­nek: in­fek­cje je­lit, bie­gun­ki, za­par­cia, więk­sza po­dat­ność na sal­mo­nel­lo­zę, li­ste­rio­zę.

Je­że­li za­fun­du­je­my tro­chę wię­cej sło­dy­czy w die­cie, bo trze­ba so­bie w koń­cu wy­na­gro­dzić te sa­na­to­ryj­ne mę­czar­nie, kan­dy­do­za gwa­ran­to­wa­na. Za­nim mi­kro­flo­ra się od­bu­du­je, po­trze­ba kil­ka ty­go­dni, a na­wet mie­się­cy, by po­now­nie czuć się do­brze. Oby jed­nak tyl­ko na ta­kich „atrak­cjach” się skoń­czy­ło. Nie­ste­ty, co­raz wię­cej osób wra­ca z ta­kich de­tok­sów w sta­nie gor­szym niż przed tur­nu­sem. Czysz­cze­nie je­lit pod bar­dzo wy­so­kim ci­śnie­niem wody po­wo­du­je czę­sto ich uszko­dze­nia. W kon­se­kwen­cji nie­stra­wio­ne reszt­ki po­kar­mo­we, za­miast być wy­da­lo­ne z or­ga­ni­zmu przez je­li­ta, są roz­prze­strze­nia­ne przez dziu­ra­we trze­wia po ca­łym or­ga­ni­zmie. Do­brze, je­śli pro­blem jest zdia­gno­zo­wa­ny od­po­wied­nio szyb­ko, ale nie­ste­ty, zda­rzy­ły się już przy­pad­ki, że oso­by po tak in­wa­zyj­nym de­tok­sie za­cho­ro­wa­ły na sep­sę. Kil­ka osób, w związ­ku z tym nie prze­ży­ło „de­tok­su”.

Co jest krop­ką nad „i” w oczysz­cza­niu or­ga­ni­zmu?

Ktoś, kto prze­ży­je or­ga­nicz­ny de­toks, do­sta­je za­le­ce­nie kon­ty­nu­owa­nia oczysz­cza­nia cia­ła w do­mo­wym za­ci­szu. „Pro­szę co­dzien­nie pić na­par z czyst­ka”. Ro­śli­na bar­dzo nie­win­na, że aż żal nie sko­rzy­stać z jej wła­ści­wo­ści, któ­re po­da­ro­wa­ła nam na­tu­ra. Czy­stek czy­ści nie tyl­ko „tran­zyt je­li­to­wy”, ale me­ta­fo­rycz­nie oczysz­cza cały or­ga­nizm. Czy­stek – sło­wo klucz. Nie­ste­ty, ge­ne­za tej na­zwy jest bar­dziej przy­ziem­na, niż by się wy­da­wa­ło. Czy­stek ma po pro­stu bar­dzo sil­ne bak­te­rio­bój­cze dzia­ła­nie i „wy­bi­ja” wszyst­kie bak­te­rie w prze­wo­dzie po­kar­mo­wym. To taki na­tu­ral­ny an­ty­bio­tyk. Je­śli na­par z czyst­ka wy­pi­je­my raz na ja­kiś czas, przy­nie­sie po­zy­tyw­ne dzia­ła­nie, je­śli jed­nak znów za­chłyś­nie­my się cu­dow­no­ścią tego spe­cy­fi­ku – zro­bi­my so­bie hi­pe­ro­czysz­cza­nie je­lit, nie wę­żem ogro­do­wym z moc­nym ci­śnie­niem wody, ale zdro­wot­ny­mi ziół­ka­mi. I nie za do­brze się to dla nas skoń­czy.

Kie­dy my­śli­my o sło­wie de­toks/od­trut­ka/oczysz­cze­nie mu­si­my mieć świa­do­mość, z cze­go chce­my się od­truć. Nie­któ­rzy mają „kwa­si­cę me­ta­bo­licz­ną” i trze­ba w ich die­cie zre­du­ko­wać biał­ko. Inni mają kan­dy­do­zę (grzyb Can­di­da al­bi­cans) i wte­dy na­le­ży ogra­ni­czyć cu­kry pro­ste. Jesz­cze inni mają za­pcha­ne tęt­ni­ce, trze­ba je więc oczy­ścić z nad­mia­ru cho­le­ste­ro­lu. Ci, któ­rzy mają uczu­cie na­puch­nię­cia, mają praw­do­po­dob­nie za dużo soli (sodu), wte­dy trze­ba wpro­wa­dzić pro­duk­ty diu­re­tycz­ne (wy­war z ko­rze­nia pie­trusz­ki), któ­re zmniej­sza­ją obrzę­ki i uła­twia­ją usu­wa­nie nad­mia­ru wody i sodu z or­ga­ni­zmu. Mo­rał: nie ma jed­ne­go prze­pi­su, za­le­ce­nia, pro­duk­tu, któ­ry może sku­tecz­nie prze­pro­wa­dzić „de­toks”. To sło­wo moż­na wie­lo­znacz­nie in­ter­pre­to­wać, nie wska­zu­je jed­no­znacz­nie, z cze­go mamy się oczysz­czać.

Je­że­li nie „de­toks”, to co? Nie ma żad­nych prze­ciw­wska­zań, by raz na ja­kiś czas wpro­wa­dzić do die­ty wię­cej wa­rzyw i owo­ców. Dzię­ki ta­kiej die­cie czu­je­my się szyb­ciej na­je­dze­ni. Jed­no­cze­śnie jemy mniej­sze por­cje i mamy wię­cej ener­gii. Kil­ka dni ta­kiej die­ty nie zro­bi ni­ko­mu krzyw­dy, ale nie może to trwać dłu­żej niż 4–5 dni. Taka die­ta nie może jed­nak opie­rać się wy­łącz­nie na wa­rzy­wach i owo­cach. Po­win­no się do niej do­dać chu­de pro­duk­ty bo­ga­te w biał­ko (przy­spie­sza­ją me­ta­bo­lizm – chu­de mię­so, jaj­ko, na­biał), pro­duk­ty wę­glo­wo­da­no­we (ka­sza, otrę­by, błon­nik). Wpro­wadź­my rów­nież do niej po­mi­do­ry (sok po­mi­do­ro­wy), ba­na­ny, ziem­nia­ki, któ­re za­wie­ra­ją dużo po­ta­su uła­twia­ją­ce­go po­zby­cie się nad­mia­ru wody z or­ga­ni­zmu. Cza­sem nie cią­żą nam bo­wiem nad­pro­gra­mo­we ki­lo­gra­my, tyl­ko opu­chli­zna zwią­za­na ze zbyt sło­ną die­tą. Nie­rzad­ko nie trze­ba eks­tre­mal­ne­go de­tok­su, by po­czuć się le­piej i lżej, wy­star­czy szklan­ka soku po­mi­do­ro­we­go.

Krystyna Romanowska

POKARMY CZYSTE I NIECZYSTE

Pa­weł Droź­dziak, psy­cho­te­ra­peu­ta

W wie­lu ro­dzi­nach je­dze­nie jest spo­so­bem wy­ra­ża­nia wszel­kich moż­li­wych uczuć.

Mnó­stwo lu­dzi ko­mu­ni­ku­je się tyl­ko w ten spo­sób. Po­da­ją je­dze­nie, by wy­ra­zić tro­skę, współ­czu­cie, przy­po­mnieć o swo­jej obec­no­ści, po­czuć się po­trzeb­ny­mi, by za­pew­nić, że wca­le nie nu­dzą się z roz­mów­cą, po­ka­zać za­an­ga­żo­wa­nie, za­prze­czyć nie­chę­ci, uspo­ko­ić dziec­ko albo je po­cie­szyć. Kie­dy w ro­dzi­nie dzia­ła taki kod sy­gna­ło­wy, dziec­ko z cza­sem uczy się łą­czyć je­dze­nie nie z praw­dzi­wym gło­dem, ale z prze­ży­cia­mi emo­cjo­nal­ny­mi. Jeść, żeby nie czuć tego, co nie­przy­jem­ne – pust­ki, sa­mot­no­ści, stra­chu, smut­ku, zło­ści albo tę­sk­no­ty. Wy­ra­żać nie­chęć, bunt i od­ręb­ność od­mo­wą je­dze­nia. Pod­kre­ślać wspól­no­tę przez je­dze­nie wspól­nie. Mi­łość po­ka­zy­wać przez „ład­ne zje­dze­nie” i nie jeść na złość. Za­zna­czać swo­je pra­wo do mi­ło­ści więk­szej, niż przy­słu­gu­je ro­dzeń­stwu, przez zja­da­nie wię­cej i szyb­ciej.

Na­tu­ral­ne in­stynk­ty zo­sta­ją więc po­wy­krzy­wia­ne, za­przę­gnię­te w służ­bę ko­mu­ni­ka­cji, w któ­rej zre­zy­gno­wa­no ze słów na rzecz przy­swa­ja­nia po­kar­mów, ma­ją­ce­go wie­le zna­czeń. Tak stwo­rzo­ne zo­sta­ją pod­wa­li­ny pod przy­szłe nada­wa­nie po­kar­mom sym­bo­licz­ne­go i emo­cjo­nal­ne­go zna­cze­nia w do­ro­słym ży­ciu. Jed­ne po­kar­my sta­ną się wów­czas „czy­ste”, inne „nie­czy­ste” albo wręcz „tok­sycz­ne”. Słyn­ne „oczysz­cza­nie or­ga­ni­zmu gło­dów­ką z tok­syn” nie jest prze­cież ni­czym in­nym, jak sym­bo­licz­nym „po­zby­wa­niem się zła” z wła­snej prze­strze­ni we­wnętrz­nej. Ża­den le­karz, ża­den bio­log nie od­po­wie nam na py­ta­nie, ja­kich to kon­kret­nie „tok­syn” się w ta­kich gło­dów­kach po­zby­wa­my, bo ta­ko­wych nie ma. Idea „wy­zby­cia się z sie­bie cze­goś złe­go” jest tak su­ge­styw­na, że lu­dzie po pro­stu nie chcą tego wie­dzieć. Wi­dzą, że coś „złe­go” wy­da­li­li, są więc prze­ko­na­ni, że fak­tycz­nie po­zby­li się z sie­bie ja­kie­goś ne­ga­tyw­ne­go ele­men­tu, tak jak w to wie­rzy czło­wiek po wi­zy­cie u sza­ma­na, któ­ry „bez­kr­wa­wo wy­cią­ga” mu z brzu­cha ja­kiś „cho­ry na­rząd”.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TRE­ŚCI

WSTĘP

ŚPIJ­CIE SPO­KOJ­NIE, JE­STE­ŚCIE URA­TO­WA­NI :)

TE WSZYST­KIE (JE­DZE­NIO­WE) STRA­CHY

ROZDZIAŁ 1

PRO­LOG, CZY­LI NIE WSZY­SCY JE­STE­ŚMY EKS­PER­TA­MI W SPRA­WACH ŻY­WIE­NIA

CO MA EKS­PERT WSPÓL­NE­GO Z IN­TER­NE­TO­WĄ BAŃ­KĄ FIL­TRU­JĄ­CĄ?

ROZDZIAŁ 2

MO­ŻESZ JEŚĆ WSZYST­KO!

JE­DZE­NIE A SEKS

JAK Z NIE­ZDRO­WE­GO ZRO­BIĆ ZDRO­WE?

ROZDZIAŁ 3

DE­TOKS TO TWÓJ WRÓG

PO­KAR­MY CZY­STE I NIE­CZY­STE

CZY ZWY­KŁYM ŻY­CIEM MOŻ­NA SIĘ ZA­TRUĆ?

ROZDZIAŁ 4

MA­SŁO CZY MAR­GA­RY­NA?

PIĘĆ ZA­SAD DLA KAŻ­DEJ KO­BIE­TY, KTÓ­RA CHCE BYĆ SZCZU­PŁA

ROZDZIAŁ 5

NIE ZNAM SIĘ NA GO­TO­WA­NIU

ROZDZIAŁ 6

SU­PER­MAR­KET CIĘ NIE ZA­BI­JE

CO Z TYM EKO?

ROZDZIAŁ 7

PA­CJENT NR 1 – DO TRA­CE­NIA NA WA­DZE PO­TRZEB­NA JEST GŁO­WA

KO­BIE­TY PO CZTER­DZIE­ST­CE

ROZDZIAŁ 8

PA­CJENT NR 2 – TA­JEM­NI­CE DIE­TY 1000 KCAL

CZY OPRE­SYJ­NA DIE­TA JEST SKU­TECZ­NA?

ROZDZIAŁ 9

PRECZ Z JA­DŁO­SPI­SEM NA KART­CE KSE­RO!

ROZDZIAŁ 10

„COM­FORT FOOD”

ROZDZIAŁ 11

PA­CJENT NR 3 – CU­KIER NIE JEST TAKI ZŁY

ZA­RZĄ­DZA­NIE CZE­KO­LA­DĄ

ROZDZIAŁ 12

TA­DEK JUŻ NIE NIE­JA­DEK

ZA MA­MU­SIĘ, ZA TA­TU­SIA, PO­CIĄG DO TU­NE­LU, DI­NO­ZAUR DO JA­SKI­NI…

ROZDZIAŁ 13

PRO­DUK­TY LI­GHT NIE OD­CHU­DZA­JĄ

ROZDZIAŁ 14

GARST­KA TO GARŚĆ

ROZDZIAŁ 15

JE­ZUS MIAŁ SZKOR­BUT? – CZY­LI PIĆ CZY NIE PIĆ?

POD KON­TRO­LĄ

ROZDZIAŁ 16

NIE­BEZ­PIECZ­NE ZWIĄZ­KI ŻY­WIE­NIO­WE

ROZDZIAŁ 17

KREW A DIE­TA

ŚPIJ ZGOD­NIE Z GRU­PĄ KRWI

ROZDZIAŁ 18

RE­GU­ŁA JED­NEJ TRZE­CIEJ

ROZDZIAŁ 19

CHRZAŃ TE DIE­TY

UNI­WER­SAL­NA DIE­TA NIE IST­NIE­JE

ROZDZIAŁ 20

SPORT TO NIE SAMO ZDRO­WIE

JAK WY­BRAĆ SPORT DLA SIE­BIE I SIĘ PRZY TYM NIE ZMĘ­CZYĆ

ROZDZIAŁ 21

DIE­TA DLA MA­CHO

AFRO­DY­ZJAK NASZ CO­DZIEN­NY

ROZDZIAŁ 22

PA­CJENT NR 4 – JAK MOŻ­NA SCHUD­NĄĆ BEZ MO­TY­WA­CJI

CZY TRZE­BA ZA­KO­CHAĆ SIĘ W SWO­IM CO­ACHU/DIE­TE­TY­KU/TRE­NE­RZE PER­SO­NAL­NYM/GWIEŹ­DZIE FIT, BY SCHUD­NĄĆ?

ROZDZIAŁ 23

GŁÓD DO SCHUD­NIĘ­CIA NIE JEST PO­TRZEB­NY

NIE DO­JA­DAJ!

ROZDZIAŁ 24

W CIĄ­ŻY TRZE­BA JEŚĆ ZDRO­WO I WSZYST­KO

ROZDZIAŁ 25

CZY MLE­KO KRO­WIE JEST TYL­KO DLA KRO­WY?

ROZDZIAŁ 26

OBIA­DY W SZKO­LE: JEŚĆ CZY NIE JEŚĆ?

RO­DZI­CE, JEDZ­CIE BRO­KU­ŁY!

ROZDZIAŁ 27

CZY DIE­TE­TYK BYWA JAK SZEWC BEZ BU­TÓW?

ROZDZIAŁ 28

E=CHE­MIA, ALE JAKA?

ROZDZIAŁ 29

SU­PLE­MEN­TY DIE­TY – ZA­ŻY­WAĆ CZY NIE ZA­ŻY­WAĆ?

KO­LO­RO­WE RYB­KI CZY ŻEL­KI?

ROZDZIAŁ 30

DIE­TA BEZ­GLU­TE­NO­WA – KIT CZY HIT?

ROZDZIAŁ 31

CHCESZ PRZE­ŻYĆ 100 LAT?

ROZDZIAŁ 32

PA­CJENT NR 5, CZY­LI GEN OTY­ŁO­ŚCI FTO

ROZDZIAŁ 33

PA­CJENT­KI NR 6 I 7, CZY­LI DIE­TA A KOD DNA

KOMU SIĘ NIE UDA SCHUD­NĄĆ

ROZDZIAŁ 34

WYJDŹ Z DIE­TY OBRON­NĄ RĘKĄ

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziewięć rozmów o aborcji Chrzań te diety Lepiej żyć po swojemu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu