Jak pogoda zmieniała losy wojen i świata

Jak pogoda zmieniała losy wojen i świata

Autorzy: Erik Durschmied

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 29.11 zł

Współczesna nauka potrafi prognozować zjawiska atmosferyczne, które jednak nadal pozostają nieprzewidywalne. W obliczu potęgi natury najnowocześniejsza technologia jest bezradna. Człowiek potrafi okiełznać niemal wszystko, lecz wciąż nie panuje nad pogodą.
Nieobliczalnym żywiołem, który może zmieniać bieg historii.

9 n.e. Legiony Warusa zdziesiątkowane w Lesie Teutoburskim przez Cherusków i burzę
1281 Boski Wiatr, który ocalił Japonię przed inwazyjną flotą mongolskich barbarzyńców
1812 Niezwyciężona armia Napoleona pokonana przez rosyjską zimę
1941 Czołgi Hitlera zamarzające na przedpolach Moskwy
1945 Pogodne niebo nad Hiroszimą wyrokiem dla miasta
1965 Monsun sprzymierzeńcem Wietkongu podczas amerykańskiego desantu na jedną z wysp delty Mekongu

Ta książka pokazuje, że pogoda bywała czynnikiem zwrotnym w wielu wojnach i bitwach toczonych przez człowieka na przestrzeni dziejów: od starożytności po czasy współczesne.

Redaktor serii

Zbigniew Foniok

Redakcja stylistyczna

Joanna Popiołek

Korekta

Alicja Jedynak

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© IgorGolovniov/Shutterstock.com

Tytuł oryginału

The Weather Factor: How Nature Has Changed History

Copyright © Erik Durschmied 2000

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6378-6

Warszawa 2017. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Dla Williama i Alexandra

Prolog

Wiatry słabe z kierunków zmiennych…

Kiedy pada, wszyscy mokną.

Kiedy mowa o pogodzie, wszyscy zamieniają się w słuch.

– Jak dziś za oknem, kochanie? – pyta słodki głosik, kiedy budzik przestanie już dzwonić. Wygrzebujesz się z pościeli, niemal na oślep człapiesz do okna i półprzytomnie spoglądasz na świat na zewnątrz, a potem wydajesz jęk: „Pada”.

Inni w tym samym czasie też narzekają. Rolnicy, bo deszcz położył zboża, młoda para tuż przed ślubem, bo wiadomo, że z przyjęcia w ogrodzie nici, generał, który właśnie się dowiedział, że jego czołgi utknęły w błocie. Wszyscy mają zepsuty dzień.

„Wiatry słabe z kierunków zmiennych…” Prognoza pogody to najważniejszy poranny komunikat dla milionów ludzi na świecie. Humor mieszkańców każdego kraju uzależniony jest od aktualnej pogody. Dotyczy to zwłaszcza ludzi, którzy pracują na otwartej przestrzeni. Rybacy, robotnicy budowlani, uczestnicy wyścigów rowerowych – wszyscy oni muszą znosić kaprysy boga pogody. Dotyczy to także żołnierzy, agentów firm ubezpieczeniowych, którym ciarki chodzą po plecach na samą myśl o powodziach. Dla nich każda klęska naturalna oznacza „dopust boży”.

„Dopust boży” i pogoda zawsze wywierały głęboki wpływ na historię. Lista takich zdarzeń nie ma końca – począwszy od rozbicia rzymskich legionów, po pierwszą bombę atomową. Tak też będzie w przyszłości.

Stary człowiek spojrzał na gromadzące się chmury:

– Mamy tylko jedno wyjście.

– Jakie? – spytała jego żona.

– Modlić się.

A potem nadciągnęła wichura i zmiotła wszystko, co z takim trudem wznosili przez lata.

Tako rzecze Biblia

Dopust boży

Ja zaś sprowadzę na ziemię potop,

aby zniszczyć wszelką istotę pod niebem,

w której jest tchnienie życia.

Księga Rodzaju 6:17

…w tym właśnie dniu trysnęły z hukiem

wszystkie źródła Wielkiej Otchłani

i otworzyły się upusty nieba…[1]

Księga Rodzaju 7:11

– Musisz zbudować łódź – powiedział pies

do swego pana – i przenieść do niej wszystko,

co zdołasz uratować, albowiem nadchodzi

wielki deszcz, który zatopi ziemię.

Legenda indiańskiego plemienia

Czirokezów z Ameryki Północnej1

Łatwo sobie wyobrazić podniecenie naukowców, gdy pewnego dnia w Niniwie, stolicy imperium asyryjskiego, położonej w dzisiejszym Iraku, łopata archeologa natrafiła na jakiś twardy przedmiot. W ten sposób odnaleziono pierwszą z tysiąca glinianych tabliczek pokrytych pismem klinowym. Spoczywała pod ziemią przez tysiące lat2. Na cześć mitycznego sumeryjskiego króla, który panował około 3000 roku p.n.e., epos otrzymał nazwę Gilgamesz. Czy tabliczka stanowiła część oryginalnego tekstu biblijnego? To, co George Smith przetłumaczył w 1972 roku, okazało się najstarszą relacją o Noem i jego arce:

…Poleciłem mojej rodzinie i krewnym wejść na pokład, zabrałem też zwierzęta i bydlęta domowe, a także rzemieślników. Sam wszedłem do środka i zamknąłem drzwi…

A z podstaw nieba uniosła się czarna chmura…

Wszelka jasność przeobraziła się w mrok… Przez sześć dni i nocy szalał wicher i potop, burza ogarnęła ląd. A gdy nastał dzień ósmy, burza osłabła, potop zalał wszystko, a rodzaj ludzki przeobraził się w błoto…3

Najnowsze badania dowodzą, że biblijny potop miał miejsce około 5600 roku p.n.e. w rejonie Morza Czarnego. Wtedy to potężna skalna bryła, Bosfor, odcinała słodkowodne śródlądowe jezioro od Morza Śródziemnego. Nagła zmiana temperatury – nagła oczywiście w skali wieku Ziemi, czyli trwająca kilka tysięcy lat – spowodowała roztopienie się pokrywy lodowej na terenie Eurazji. To z kolei wywołało podniesienie się poziomu wód oceanicznych, wskutek czego około 7600 lat temu ściana Bosforu osunęła się4. Niczym nie hamowane masy wody z przerażającym impetem runęły do Morza Czarnego. Zatopieniu uległ wówczas obszar równy 155 000 kilometrów kwadratowych. Potop zmusił rodziny myśliwych i zbieraczy do migracji na południe, do Egiptu i Babilonu, i to tłumaczy, dlaczego prymitywne północne plemiona znalazły się w biblijnej ziemi faraonów. Legenda o cudownej ucieczce (w arce Noego) była przekazywana z pokolenia na pokolenie, aby wreszcie znaleźć się w Księdze Rodzaju i w eposie Gilgamesz.

Nagłe zmiany warunków atmosferycznych prowadzą najczęściej do kataklizmów, takich jak sztormy i powodzie, ulewne deszcze i susze, dokuczliwe upały i mrozy – listę tę można by ciągnąć w nieskończoność. Nieoczekiwane i nieprzewidywalne gwałtowne fronty atmosferyczne w połączeniu z wyzwolonymi przez nie siłami natury prawie zawsze prowadzą do tragedii. W mgnieniu oka świat wokół nas zmienia się nie do poznania, a człowiek pada na kolana i prosi Boga o pomoc. Czasem to pomaga, częściej – nie.

Siły natury wpływały na historię od niepamiętnych czasów. Olbrzymie zwierzęta, które niegdyś zamieszkiwały Ziemię, wyginęły za sprawą zmian klimatycznych. Gwałtowny spadek temperatury zabił okrutne drapieżniki i dinozaury. Potem pojawiło się stworzenie, które przybrało postawę wyprostowaną, a ponieważ było nagie, cierpiało wskutek chłodu lub upału. Musiało więc najpierw zabijać zwierzęta pokryte futrem, żeby z ich skór zrobić dla siebie odzienie. Odrąbywało zapaloną uderzeniem pioruna gałąź drzewa i niosło tę pochodnię do jaskini, by rozpalić w niej ognisko. Po erze ognia nastała era narzędzi, za pomocą których człowiek budował prymitywne schronienia przed słońcem i śniegiem, wiatrem i deszczem. Chaty osłaniały go przed dziennymi i sezonowymi zmianami pogody.

Życie i śmierć na naszej planecie zawsze zależały od tego, czy było kilka stopni więcej lub mniej. Łatwo wyobrazić sobie przerażenie prymitywnego człowieka, gdy dnie stawały się krótsze i coraz zimniejsze, a noce dłuższe. Zastanawiał się pewnie wówczas, czy słońce jeszcze kiedyś powróci. Czy można się zatem dziwić, że ów pradawny człowiek uznał, iż za zjawiskami atmosferycznymi kryją się siły nadprzyrodzone, rządzone na przemian przez boga lub diabła? Zjawiska meteorologiczne zawsze miały w sobie coś diabolicznego lub boskiego. Nasi przodkowie zwracali się więc do niebios, przywoływali na pomoc świętych, no i nadal musieli znosić dopusty boże. Wiedzy o deszczach i słońcu szukali wśród żab i w kronikach. Klękali przed wizerunkami opiekuńczych świętych, błagając o życiodajną wodę albo o to, aby ich nie zalewała. Gotowi byli na wszystko, aby zjednać niebiosa.

Dziś wiemy, że po zimie nadchodzi wiosna, jak po nocy następuje dzień. Wiemy o wiele więcej – że na przykład płodność zwiększa się w pewnych okresach cyklu lunarnego5. Naukowcy wyjaśnią, że ma to związek z grawitacją, światłem i zmianami pola magnetycznego Ziemi, które ma znaczący wpływ na ludzką seksualność. Zjawisko to było dobrze znane chłopom w mojej wiosce na długo przed erą komputerów. Czy oznacza to, że meteorologowie, wpatrujący się w zdjęcia satelitarne ukazujące formowanie się warstwy chmur nad Grenlandią, wyże baryczne nad Azorami i stopień wilgotności na Borneo, dysponują większą wiedzą niż chłopi z mojej wsi? Nasi rolnicy słuchają prognoz pogody, ale kierują się zdrowym rozsądkiem swych przodków: wąchają powietrze, wystawiają palec, aby poznać kierunek wiatru, oraz obserwują zachowanie się zwierząt domowych i much. I tylko wtedy, gdy warunki atmosferyczne wydają im się sprzyjające, sadzą drzewa i sieją zboża. Jeśli głowy słoneczników zwisają smętnie w lipcu, wiadomo, że potrzebny jest deszcz. Gdy pada w sierpniu, zboża co prawda wylegają i trudno będzie je żąć, ale za to w styczniu będzie dużo trufli. Dlaczego? Nawet nasz proboszcz nie znajduje odpowiedzi na to pytanie.

Ci, którzy interesują się codziennymi prognozami pogody, wiedzą, co ich czeka w ciągu kilku następnych godzin lub dni. Ale jest jedno takie zjawisko, którego nie potrafi przewidzieć ani rolnik, ani naukowiec – klęska żywiołowa. Kiedy nadchodzi, czyni to z nieokiełznaną mocą wszystkich żywiołów i sieje zniszczenie niezależnie od tego, czy będzie to huragan, lawina, powódź, kąsający mróz, piekielny pożar lasu lub nieprzenikniona mgła. Fronty atmosferyczne miały i mają głęboki wpływ na historię ludzkości. Podczas gwałtownych burz ginęły legiony, armady tonęły w czasie huraganów, czołgi zapadały się w trzęsawiskach, armie najeźdźców zamarzały na śmierć, a wojna atomowa skończyła się, zanim się na dobre zaczęła.

Ale nie tylko niesprzyjająca pogoda może być przyczyną klęski. Dobra widoczność, podobnie jak zła, stanowi ważny czynnik w planowaniu kampanii wojskowych. Każda zmiana w „sprzyjających warunkach pogodowych” potrafi obrócić wniwecz perfekcyjnie zaplanowaną operację. Atak rozpoczęty pod osłoną mgły może zakończyć się fiaskiem, gdy powietrze stanie się klarowne, a wrogie bombowce będą mogły wyraźnie namierzyć cel. Lecz u rzesz ludzkich wierzących w apokalipsę ponure przepowiednie nieszczęść spowodowanych czynnikami naturalnymi wywołują znane zjawisko: paraliż i panikę. Przez stulecia intelektualiści wyśmiewali tych lękliwych i pesymistów. Teraz sami popadają w histerię.

W przeszłości prognozowanie pogody opierało się przeważnie na domysłach wykształconych ludzi, a o warunkach atmosferycznych w głównej mierze decydował Bóg lub Los. Przepowiadanie pogody zawsze było przedsięwzięciem ryzykownym, a naszą łatwowierność skutecznie może zwieść najnowsza prognoza. Dzisiejszy świat słucha meteorologa za pośrednictwem światowych mediów. Jego prognoza jest czynnikiem ekonomicznym: rolnicy, kierowcy ciężarówek, żeglarze, piloci samolotów pasażerskich, a nawet maklerzy giełdowi włączają radio i słyszą: „około południa spodziewane są ulewne deszcze z silnym wiatrem…”

Opis biblijnego potopu jest być może pierwszym zapisem pogody, która znacząco wpłynęła na dzieje ludzkości. Jeśli wierzyć historykom i ich ówczesnym relacjom, od tych biblijnych czasów świat stacza się coraz niżej. Ludzie zawsze częściej musieli walczyć z naturą niż sami ze sobą. Lecz jeśli te dwie potęgi – front atmosferyczny i konflikty międzyludzkie – zderzą się, musi dojść do katastrofy.

Dopust boży.

Zaginione legiony Warusa

11 września 9 roku n.e.

Warusie, Warusie, zwróć mi moje legiony!

Cesarz August, 9 rok n.e.1

Rok 9 n.e., jesienny wieczór gdzieś na terenach zamieszkanych przez plemię Cherusków2. Ponad wysokimi, majestatycznymi sosnami gromadzą się chmary padlinożernych ptaków, które podążają za kolumną żołnierzy wijącą się jak olbrzymi wąż na ścieżce wiodącej przez dziewicze lasy. Rzymscy legioniści od wielu godzin przedzierają się przez ten szlak tak wąski, że nadaje się raczej dla kozic niż dla wozów z zaopatrzeniem dla wojska. Żołnierze z czoła pochodu muszą wyrąbywać przejście w gęstym, stawiającym opór poszyciu leśnym i pnączach; ich nagie ramiona i nogi są poranione i podrapane, a na dokładkę do świeżych ran dobierają się jeszcze komary. Od czasu do czasu natykają się na stosy kamieni, na szczycie których tkwią wybielone czaszki – ołtarze pogańskich bogów, wskazujące na obecność tubylczych plemion. Lecz dla straży przedniej legionów, które widzą przed sobą jedynie niewielki wycinek lasu, okolica wydaje się spokojna i cicha, a tylko niekiedy przez gęstwinę przebiegają wiewiórki lub zające. A mimo to zarówno trybun, jak i centurionowie nie czują się bezpiecznie w tym nieznanym kraju, otoczeni zewsząd wysokimi drzewami. Szlak przypomina tunel, gdyż nad głowami gałęzie drzew splatają się, tworząc kopulaste sklepienie z naturalnymi podcieniami. Przejście to jest zbyt wąskie, aby w razie ataku łucznicy mogli zrobić użytek ze swych strzał. Doświadczeni centurionowie nie śmią powiedzieć swemu wystrojonemu trybunowi, bliskiemu krewniakowi cesarza Augusta3, że było rzeczą z gruntu nierozsądną podjęcie marszu przez tę nieprzyjazną puszczę bez uprzedniego wysłania patroli dla rozpoznania frontu lub zabezpieczenia flanków. Jeszcze jeden zakręt drogi, być może ostatni, i wyjdą na otwartą przestrzeń. Tymczasem za tym zakrętem jest następny, a potem dalsze. Szlak wije się kapryśnie, z boru wiedzie na mokradła, z mokradeł zaś z powrotem w las. Rzymianie czują się bezradni, jakby unosił ich prąd nieznanej rzeki. Zewsząd otaczają ich bagna, ograniczając możliwość manewru. Jeden nieuważny krok, a ciężkozbrojny wojownik zostanie nieuchronnie wciągnięty w błotnistą głębię. A jeśli nie wędrują przez bagna, to dla odmiany otacza ich ten przerażający bór.

Za legionistami podążają bezładną gromadą wozy, zwierzęta juczne i wózki kołowe; kobiety z niemowlętami, kucharze, lichwiarze, prostytutki i wszelkie ludzkie śmiecie, jakie zazwyczaj zbierają się wokół wojskowych obozowisk w każdym miejscu imperium cesarza Augusta. Jęcząc i rzucając przekleństwa, ten pstrokaty tłum przepycha się do przodu, by nie stracić z oczu legionów. Drabiniaste wozy o wielkich kołach ze zgrzytem przewalają się z boku na bok na twardych, grubych korzeniach drzew, po czym grzęzną w błotnych koleinach wyżłobionych przez wozy zaopatrzeniowe wojska. Wszyscy modlą się, aby wreszcie wyjechać z tego przeklętego lasu.

Wędrówka w borze zagłusza wszelkie poczucie czasu i przestrzeni. Straż przednia, złożona z tubylców pod przewodnictwem szlachetnie urodzonego Cheruska, Arminiusza, kryje się za kolejnym zakrętem. Kiedy rzymskie kohorty podążają tą samą drogą, okazuje się, że straż zniknęła, pochłonięta przez gęsty las. Ponieważ Arminiusz i jego zwiadowcy są jedynymi ludźmi znającymi leśne dukty, Rzymianie zatrzymują się bezradnie na skrzyżowaniu dróg, nie wiedząc, w którą stronę się udać. Całodzienny marsz wyczerpał ich do tego stopnia, że nie słyszą trzasku łamanych gałązek. Nagle z gęstwiny przed nimi wyskakuje kilka przerażających, odzianych w futra postaci. Ludzie ci uzbrojeni są we włócznie i maczugi, głowy mają ogolone, a wzrok płonący. Rzymianie są tak zaskoczeni, że kamienieją w bezruchu, póki te niesamowite istoty nie zaczynają uciekać. Oddział legionistów puszcza się za nimi w pościg, lecz po chwili przepada. Łatwo się domyślić, o co chodziło: należało wciągnąć Rzymian na szlak prowadzący do zasadzki.

– Są chyba tu gdzieś blisko – szeptem przekazywano sobie wiadomość. Lecz gdzie? Wkrótce się dowiedzieli4.

Pół wieku wcześniej, w roku 59 p.n.e., Juliusz Cezar – wódz niebywale odważny i cyniczny, działający z zimnym okrucieństwem – rozpoczął pacyfikację Galii, przesuwając granice swego imperium aż do linii Renu. Jego kolejnym ambitnym zamiarem było rozszerzenie granic cesarstwa poza Ren, aż do wielkich rzek w sercu Germanii, i zapewnienie w ten sposób ochrony Acropolis Italiae (czyli Górnej Italii i Rzymowi) oraz Provincia Transalpina (współczesnej Prowansji) przed najazdami plemion Alamanów5, które Kasjusz Dion w swoich kronikach określa jako „najprymitywniejszą hołotę”.

Skutecznie powstrzymawszy najazd 250 000 Helwetów poprzez zniszczenie mostów na Rodanie w rejonie Genewy, skierował się na północ, by zgnieść hordy króla Ariowistusa na Równinie Alzackiej. Następnie Cezar poprowadził legiony na drugi brzeg Renu i spacyfikował rejon wokół Colonia Agrippina (współczesnej Kolonii) i Bonna (Bonn). W Augusta Treverorum (Trewir) 200 000 Azypetów nie stanowiło żadnego problemu dla 50 000 zdyscyplinowanych legionistów Cezara. W obliczu potęgi Rzymian wielu wodzów plemion wycofało się, by uniknąć wzięcia do niewoli. Cezar obiecywał ułaskawienie i podarki, organizował igrzyska, na które zapraszał ukrywających się wodzów. Kiedy już siedli wszyscy przy cesarskim stole, legioniści imperatora ścięli im głowy. Potem rzucił całe swoje siły przeciwko pozbawionym przywódców plemionom, dokonując istnego pogromu6.

Republika Rzymska umarła wraz z Cyceronem, Juliusz Cezar zaś zapoczątkował Imperium Rzymskie, od początku kierujące się duchem podboju, a jedność ogromnego terytorium udawało się utrzymać jedynie dzięki nieustannej obecności wojska. Militarny prestiż spajał militarną potęgę. Legiony rzymskie były wszechobecne, bezlitośnie zwalczając przeciwników cesarstwa, przekupując ich sojuszników, robiąc wypady na barbarzyńców. Rzym decydował o wojnie i pokoju, a stan ten nazywał Pax Romana.

W czasach Cezara wiele plemion germańskich przeniosło się z leśnych kryjówek na otwarte równiny, zakładając tam wioski i uprawiając ziemię, na początku wzdłuż głównych rzek. Doprowadziło to do konfliktów z Rzymianami, ale na otwartej przestrzeni barbarzyńcy nie byli w stanie stawić czoła zdyscyplinowanej rzymskiej machinie wojennej. Kiedy następnego roku Cezar przekroczył Ren w pobliżu Confluentes (Koblencji), pokonał tam plemię Sugambrów, które przedstawił w następujący sposób:

Ich życie wypełniają polowania i wojowanie, z łatwością wytrzymują wszelkie trudy i mozoły. Żywią się mlekiem, serem i mięsem, nie wykazując najmniejszego zainteresowania rolnictwem. Ich wodzowie mogliby się obawiać, że wybiorą uprawę roli zamiast chwały wojowników7.

Z opisu tego można wywnioskować, że plemiona germańskie pochodziły od nomadów. Cezar szybko zorientował się, że poganie nienawidzą się nawzajem, a będąc przebiegłym politykiem i oportunistą, wykorzystał tę wiedzę do stworzenia doktryny divide et impera – dziel i rządź. Zamach na jego życie położył kres planom podboju Germanii. Po jego śmierci zasada divide et impera została zarzucona, zastąpiono ją natomiast przemocą i rządami silnej ręki wspieranej włóczniami rzymskich legionów.

Germanie zdaniem Tacyta8, który stał się ich kronikarzem, charakteryzowali się „potężną posturą, jasnymi włosami i niebieskimi oczami, nie nosili puklerzy, lecz uzbrojeni byli w krótkie, śmiercionośne piki (framae) i walczyli ramię w ramię, przez co rzymskim łucznikom łatwo było ich zdziesiątkować strzałami”.

To, co dla Rzymian było w nich najbardziej odpychające, to niewzruszona wiara we własnych srogich bogów, zasady której przeczyły istnieniu ludzkiej duszy: „Bogowie są bezlitośni, a końcem wszystkiego jest śmierć”9. Walhalla, czyli germański panteon, to budzące lęk zgromadzenie ubranych w hełmy wojowników, głównym dążeniem których było prowadzenie wojen. Walhalla to symbol przeciwieństw – płonących ogni i nieprzeniknionych ciemności. W tym wojowniczym niebie nie było miejsca na boginie miłości czy piękna. Panowały w nim natomiast Walkirie10, które na rozkaz Odyna uczestniczyły w bitwach. To on decydował, kto ma umrzeć, a Walkirie prowadziły padłych bohaterów do wiecznej chwały poprzez wrota Walhalli i dbały, aby ich met (piwne) rogi zawsze były pełne. Baldur, bóg światła, został zamordowany przez swego niewidomego brata Hoda; Fricka, bogini małżeństwa, pilnowała ziemskiej moralności; Odyn (lub Wotan), bóg wojowników i królów, był nieubłagany11; wypędził nawet swą własną, nieposłuszną córkę Brünnhildę na gorejącą skałę. Tyr był bogiem wojny, a Freya wspaniałą, złotowłosą boginią, która przyjmowała połowę poległych w bitwie, dlatego umierali jakby za kobiecą piękność. Lecz najsroższym z bogów był Thor, Młot, pan pioruna. Za pomocą potężnego młota, zwanego Möllnarem, symbolizującego błyskawicę, ciskał pioruny na swych wrogów12. Błyskawicę i grzmot pioruna uznawano więc za głos boga, który wróżył zwycięstwo w bitwie.

Zwyczaj plemienny wymagał, żeby podczas bitwy barbarzyńcy dzielnością dorównywali swemu wodzowi i własnymi czynami zwiększali jego chwałę. Wybierany przez członków plemienia wódz stawał się „ojcem swego ludu”, jego słowo było prawem, był panem życia i śmierci poddanych. A mimo to nie był dyktatorem13, każda zaś decyzja dotycząca wspólnoty, jak na przykład wojna z sąsiadami, podejmowana była przez radę starszyzny. Kiedy ona wydawała zgodę na działania, wódz stawał się głównodowodzącym. W tym sensie prawa Alamanów stanowiły niezwykłą mieszaninę demokracji i feudalizmu.

Główną bronią wodza była umiejętność podchodów i posługiwania się podstępem. Każdy sposób był dobry i szlachetny, aby pokonać wroga, zwłaszcza Rzymian. „Wobec tych plemion najlepszą obroną była nieufność, bo ci, którzy im uwierzyli, popadali w kłopoty”. Jak prawdziwe były przewidywania Strabona, okazało się wkrótce14.

Legatem, który poprowadził rzymskie legiony w kierunku Łaby, był konsul Domicjusz Ahenobarbus (1 rok n.e.). Za ten wyczyn cesarz August odznaczył go orderem ornamenta triumphalia. Jego następcą był Marek Winicjusz (4 rok n.e.), który za panowania Tyberiusza dotarł do rzeki Visurgis (Wezery). Po nim nastał Publiusz Kwinktyliusz Warus, jego pozycję w 13 roku p. n.e. podniesiono nawet do rangi konsula, a dowództwo armii nadreńskiej objął w 6 roku n.e. Jego legiony przekroczyły graniczną rzekę pod pozorem zachowania pokoju. Tymczasem przetoczyły się przez kraj jak zaraza, ogołacając go z żywności, nic nie pozostawiając tym, którzy ją wyprodukowali. Rekwirowali zapasy zimowe, skazując wieśniaków na śmierć głodową. Jakby i tego było mało, tubylców nawiedzali poborcy podatków, zabierając wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Rekwirowano pierścienie, ozdoby i broń, rozdzielając ją potem między centurionów i legionistów. Jeśli plemię stawiało opór lub odmawiało płacenia podatków, żołnierze Warusa wieszali na drzewach mieszkańców całych wsi. Ci, którym udało się uniknąć tego losu, uciekali w gęste lasy, tworząc tam bandy żyjące po swojemu, co w najmniejszym jednak stopniu nie łagodziło losu wieśniaków. Atakowali patrole Rzymian, ci zaś z kolei mścili się, wysyłając ekspedycje karne, które swą wściekłość wyładowywały na Bogu ducha winnych, bezbronnych wieśniakach. Ale podobnie jak w każdym przypadku, gdy wojsko ma do czynienia z mało groźnym przeciwnikiem, morale armii rzymskiej coraz bardziej upadało. Podczas gdy zwykli żołnierze gwałcili miejscowe kobiety, ich przełożeni objadali się, a potem nawet zmuszali tubylców, by nosili za nimi wyszabrowane z ich domów rzeczy. Działa się wielka niesprawiedliwość, ale Rzym był daleko, a uwaga cesarza koncentrowała się na podboju Wschodu lub na wykrywaniu dworskich spisków.

W 17 roku p.n.e. plemię Sugambrów zbuntowało się i zaskoczyło trybuna Marka Lolliusza w bagnistym terenie, gdzie napotkało ostry odpór jego straży. Skutek był taki, że co prawda uszczerbku doznał autorytet trybuna, ale nie miało to znaczącego wpływu na potęgę armii rzymskiej. Velleius Paterculus donosił: „Podczas wszystkich swych wojen cesarz August nigdy nie poniósł równie sromotnej klęski, jak w Germanii, kiedy wodzami byli Lolliusz i Warus”.

Niepowodzenie to dało cesarzowi do myślenia, zaniepokoiło sytuacją na granicy przebiegającej na Dunaju na południu i na Renie na zachodzie. Stanowiła ona poważny problem, gdyż teren ten był rozległy i należało ustanowić stałą łączność między Rzymem a jego armiami w tym rejonie15. Strategiczny plan cesarza polegał na stworzeniu nowej, ufortyfikowanej linii granicznej, która miała przebiegać od dzisiejszej Bremy, przez Czechy do Vindobony (Wiednia)16. Wysłał on większą liczbę legionów z zadaniem przesunięcia granicy imperium dalej na wschód, aż do Wezery, chroniąc tym samym Galię i południowe rejony za Alpami przed najazdami barbarzyńców.

Na dowódców wyznaczył swych dwóch adoptowanych synów, trybuna Druzusa i jego brata, trybuna Tyberiusza17. Druzus, człowiek o nieokiełznanej ambicji, nie zadowolił się ukaraniem niesubordynacji Sugambrów, lecz zajął całe terytorium między Dunajem a Renem. Swoją kwaterę główną założył w Mogontiacum (Moguncji). W 11 roku p.n.e. z dwu twierdz nad Renem jego armia ruszyła na nieznane terytorium. Doszedł aż do Turyngii, gdzie żyło plemię Markomanów. Potem skręcił na północ i wdarł się na terytorium Cherusków. Po spacyfikowaniu tego plemienia przeszedł przez Brunszwik i skierował się nad Łabę, gdzie nastąpił kres jego ambitnych planów. W 9 roku p.n.e. spadł z konia i skręcił kark. Dowództwo nad legionami przejął Tyberiusz. Podobnie jak jego znamienity przodek Cezar, Tyberiusz wykorzystywał największą słabość barbarzyńców, czyli nieustanne międzyplemienne swary. Dzięki obietnicom i podarkom sprawił, że wojowniczy Germanie, choć z pozoru tak wielcy i przerażający, nie umieli zjednoczyć się, by stworzyć wspólny front przeciwko uzurpatorowi. To zadecydowało o zwycięstwie Rzymian nad barbarzyńcami z północy. Podzieleni, ponosili klęskę za klęską i poddawali się rzymskim orłom.

W 7 roku p.n.e. większość północnej Germanii należała już do Rzymian. Plemiona się poddały, jednak pokój nie zapanował. W 1 roku p.n.e. zbuntowało się plemię Cherusków, a sytuacja stała się na tyle poważna, że cesarz August wysłał legata Tyberiusza z powrotem18 do Germanii, gdzie miał on za zadanie utrwalenie władzy Rzymu. Tyberiusz zgromadził armię i w 4 roku n.e. wyruszył na północ. Pokonał Cherusków, a także ich sąsiadów Longobardów, uciekając się do zwyczajnej już brutalności. Następnie popłynął na północ, do Jutlandii, gdzie jego wojska utknęły w śniegach Skandynawii. Zebrawszy nową armię w Carnuntum19, przekroczył Dunaj, żeby zaatakować plemię Markomanów w Bohemii (obecne Czechy), podczas gdy inne siły pod wodzą trybuna Saturninusa podążały od strony Renu. Plemię Markomanów od ostatecznej eksterminacji uratowało powstanie w odległym Illyricum i Pannonii, co zmusiło Tyberiusza do zakończenia kampanii w Bohemii i wyruszenia na południe w celu stłumienia rebelii.

Tyberiusz wiedział, że nie byłoby mądrze pozostawić nowo zdobyte terytoria bez ochrony. Zlecił ją pięciu legionom, które miały utrzymać twierdze wzniesione przez wodza wzdłuż największych rzek w środkowej Germanii. Dowództwo nad wojskami okupacyjnymi przypadło trybunowi Publiuszowi Kwinktyliuszowi Warusowi, wyznaczonemu do tej roli przez dwór cesarza. Był to człowiek równie głupi jak leniwy, przyzwyczajony do wygód obozowiska, a nie do prowadzenia działań wojennych20. Warus był wnukiem Marka Antoniusza po jego córce Antonii i sprytnie ożenił się z córką bratanka cesarza Augusta. Jako skorumpowany legat (gubernator) Syrii zdołał zgromadzić ogromną fortunę, sprzedając koncesje kupcom i wymuszając daniny na poddanych. Syryjczycy poddawali się jego żądaniom, Germanie natomiast nie.

Po spacyfikowaniu Galii i zwycięskiej kampanii Tyberiusza, która pozbawiła Germanów przywództwa, Warus miał lekkie życie. W jego obozowisku panowało pijaństwo i obżarstwo, a oficerom towarzyszyły prostytutki, opłacane z danin ściąganych od tubylców. Wódz dawał zły przykład żołnierzom, którzy popadli w nieróbstwo i stali się niezdolni do prawdziwej walki. Żaden z pięciu legionów oddanych pod jego pieczę nie odbywał regularnych ćwiczeń, a wojowników wykorzystywano do kradzieży bydła i ściągania podatków. Legioniści żenili się lub po prostu uprowadzali miejscowe kobiety, czyniąc z nich konkubiny, a wojskowy obóz przekształcił się w zbiorowisko rozpadających się chałup.

Mimo długiego pobytu w Germanii Warus nie dostrzegł różnicy między podatnymi na wpływ Syryjczykami, którymi przedtem rządził, a dzikimi barbarzyńcami, nad którymi teraz oddano mu władzę. Nie sposób dziś ustalić, czy był za słaby, czy też zbytnio ciemiężył miejscową ludność, dość że własnymi rękami jął kopać sobie grób w momencie, gdy ściąganymi podatkami zaczął zapełniać skrzynie. Złoto należało tu do rzadkości, a Germanie nie mieli zamiaru się poddawać. Nie mogli też dłużej ścierpieć, że ich żony i córki zaciągano do namiotów legionistów, skąd wracały potem z bękartami na rękach.

W 9 roku n.e., kiedy uwaga Augusta skupiona była na dworskich intrygach na Kapitolu, a Tyberiusz zajęty był w Dalmacji, do legata Warusa dotarła wiadomość, że w pokrytym gęstymi lasami rejonie między rzekami Wezerą i Ems, zamieszkanym przez plemię Cherusków, wybuchły niepokoje. Rozeźleni wieśniacy wrzucili do rzeki jego poborców podatkowych. Warus nie wziął tego zbyt poważnie, wiedział bowiem, że wódz Cherusków, Sigimur, dążył zawsze do zachowania pokoju. Nie liczył się jednak z temperamentem syna wodza, Arminiusza, którego Tacyt nazywał „germańską pochodnią”. I trzeba przyznać, że w pełni zasłużył on na ten przydomek.

Arminiusz urodził się w 17 roku p.n.e. Od chłopięcych lat wykazywał nieprzeciętną odwagę, zyskując szacunek wśród współplemieńców. Wraz z bratem Flawiuszem służył w rzymskiej armii, lecz niewiele o nim wiadomo, z wyjątkiem tego, że był rosłym, potężnie zbudowanym arystokratą, zajmującym wysoką pozycję i przez wiele lat towarzyszącym rzymskim trybunom. W wieku 26 lat niejednokrotnie dowiódł swej wartości i inteligencji w służbie Tyberiusza podczas kampanii w Ilirii. W uznaniu odwagi i zdolności przywódczych został podniesiony do szlacheckiej rangi ekwity (Iuvenis nominae Arminius assiduus militiae nostrae prioris comes, iure etiam civitatis Romanae…21), a w armii został mianowany prefektem. Ale o jednym Rzymianie nie wiedzieli – o germańskim patriotyzmie Arminiusza. W dzieciństwie był świadkiem masakry dokonanej przez rzymskich legionistów w jednej z wiosek swego plemienia i odtąd fanatycznie wprost nienawidził wszystkiego, co rzymskie.

Służąc przez lata pod dowództwem rozmaitych rzymskich trybunów, Arminiusz musiał bezradnie przyglądać się represjom, jakie cierpiał jego lud, a z czasem gniew przerodził się w obsesję i zżerał go coraz bardziej. Stale przypominał ojcu o ciężkim losie, jaki czeka podbity naród Cherusków. Mimo iż ojciec doradzał cierpliwość, w sercu młodego człowieka rosła nienawiść. Mając wojskowe doświadczenie, starał się znaleźć sposób na wzniecenie wśród swoich ziomków buntu przeciwko rzymskiej niewoli, ale nie było to łatwe zadanie.

W rzymskiej armii panował duch podbojów, a cesarze dbali o to, aby na opanowanych obszarach stale były obecne legiony. Składały się one z zawodowych żołnierzy, wyłącznie obywateli Rzymu (choć tylko nieliczni pochodzili z Italii). Nosili oni jednakowe metalowe pancerze, nagolenniki i hełmy oraz specjalne obuwie (caligae). Uzbrojeni byli w pilum (oszczep), krótkie miecze do walki wręcz i owalne tarcze ze skóry wołowej, pomalowane na kolor legionu. Legion (czyli dywizja) dowodzony przez trybuna dzielił się na 10 kohort (batalionów) złożonych z sześciu centurii (kompanii), dowodzonych przez centurionów. Legat był wyznaczonym przez dwór gubernatorem, najwyższym rangą oficerem.

Arminiusz z doświadczenia wiedział, że w obliczu machiny wojennej Rzymian każda próba ataku w otwartej bitwie skazana jest na niepowodzenie. Studiował los Wercyngetoryksa i jego dzielnych Gallów, którzy musieli ponieść klęskę w starciu z doskonale wyszkolonymi, zdyscyplinowanymi legionami Cezara (52 rok p.n.e.). Tymczasem germańskie plemiona w ogóle nie wiedziały co to dyscyplina, nie można było na nich polegać, nieustannie z sobą współzawodniczyły i w żadnym wypadku nie były w stanie stawić oporu zorganizowanej rzymskiej piechocie, oddziałom łuczników i jeździe. I wreszcie żaden wódz nie miał takiego autorytetu w swym plemieniu, jak trybun w legionie. Wódz plemienia musiałby najpierw wysłać tajnego posłańca (którego mogli pochwycić Rzymianie lub zazdrośni wodzowie sąsiednich plemion), a potem modlić się, żeby na polu bitwy stawiło się dostatecznie dużo wojowników. Ponadto aby konfrontacja się powiodła, trzeba było wybrać odpowiedni teren. Garnizony Rzymian, silnie ufortyfikowane twierdze, mogły powstrzymać każdy atak. Ale poza palisadą cesarskie legiony były znacznie słabsze, zwłaszcza w terenie, na którym nie mogły rozwinąć tradycyjnego bitewnego szyku.

W 8 roku n.e. Arminiusz dołączył do legata i trybuna Warusa22 jako dowódca pomocniczego oddziału Cherusków. Równocześnie zaczął opracowywać przebiegły plan, jak skłonić Warusa, aby wyszedł poza obóz. Żeby wywabić niedźwiedzia z legowiska, trzeba było stworzyć wiarygodny powód, na przykład powstanie, albo – jak w tym wypadku – pogłoski o nim.

Arminiusz szybko zorientował się, że Warus to nie Tyberiusz. Żywił do trybuna usprawiedliwioną pogardę i postanowił wykorzystać rzymską nieostrożność „w celu zrealizowania zdradzieckiego planu, słusznie przewidując, iż najłatwiej pokonać kogoś, kto niczego się nie boi, i że przeważnie początkiem klęski jest nadmierne poczucie bezpieczeństwa”23. Warus notorycznie nie przestrzegał elementarnych środków bezpieczeństwa, a przed wyjściem z obozu nie wysyłał oddziału zwiadowczego i nie było powodu obawiać się, że nagle zmieni zwyczaje. Był początek jesieni, w tym czasie trzy legiony Warusa zazwyczaj wracały z letniego obozowiska nad Wezerą na zimowe leże w Aliso (Haltern) nad rzeką Lippe. Będąc w bliskich kontaktach z trybunem, Arminiusz wiedział, że Warus planuje wypad w celu udzielenia niesfornym wieśniakom lekcji subordynacji. Jedynym zmartwieniem Arminiusza była przeważająca liczba wojska, dlatego jego plan musiał być niezwykle śmiały, gdyż chciał ni mniej, ni więcej tylko unicestwić siły okupacyjne wroga. Musiał w tym celu doprowadzić do współpracy wszystkich plemion. Mając to na względzie, zaniechał wszelkich środków ostrożności i przystąpił do buntowania ziomków przeciwko Warusowi, nawiązując w tajemnicy kontakty z plemionami.

Arminiusz miał stryja Segestesa, brata Sigimura, który uważał, że przywództwo plemienia Cherusków jemu się słusznie należy, a ponieważ nie zdobył przewagi głosów w swoim plemieniu, stał się informatorem Rzymianina Warusa. Jakby i tego było mało, Arminiusz zakochał się w córce Segestesa, Thusneldzie, pięknej dziewczynie o płowych włosach splecionych w warkocz. Młoda para uciekła razem, co sprawiło, że Segestes zapałał nienawiścią do wojownika.

Arminiusz wiedział, że trudno będzie pogodzić plemiona od tak dawna walczące z sobą. Potajemnie spotykał się ze starszyznami plemiennymi nie tylko ludu Cherusków, ale i Amsiwarów, Marsjów, Bruktów, Longobardów i Chattów. Po ostrych sporach i targach zdołał przekonać je, żeby zaniechały wzajemnych pretensji i wraz z nim podjęły próbę wypędzenia najeźdźców z kraju. Mimo podejrzeń i jawnej wrogości okazywanej przez niektórych wodzów, uknuto intrygę. Arminiusz przedstawił swój plan, który został przegłosowany. Zdarzyła się rzecz niespotykana w historii wczesnośredniowiecznej Germanii: plemiona zmusiły swych wodzów do zaprzestania swarów i wybrały na jedynego przywódcę właśnie Arminiusza. Jednak tak ważnych zdarzeń nie udało się utrzymać w tajemnicy, zwłaszcza przed kimś tak ustosunkowanym, jak stryj Segestes.

– Nie ufaj Arminiuszowi – ostrzegał Warusa. – On coś knuje, trzeba go zakuć w łańcuchy, bo w przeciwnym razie cię zniszczy.

Warus doskonale wiedział o niesnaskach między Segestesem a jego bratankiem. Ponieważ Arminiusz był jednym z jego najlepszych dowódców, uznał, że oskarżenia Segestesa wynikają z osobistej niechęci, dlatego też zignorował ostrzeżenie. To jeszcze bardziej umocniło go w przekonaniu, że nic mu nie zagraża. Jak na ironię, „godny zaufania” Arminiusz został wyznaczony na dowódcę straży przedniej, która miała prowadzić kolumnę wojska w niegościnnym, lesistym terenie. Sam Warus dał więc Arminiuszowi okazję do wciągnięcia legionów w pułapkę.

W pierwszym tygodniu września 9 roku n.e. nic nie zapowiadało nadchodzącego nieszczęścia. Po lecie, mile spędzonym nad Wezerą, legiony spodziewały się, że w ciągu tygodnia dotrą na zimowe kwatery. Powiedziano im, że trybun planuje krótki objazd, aby dać niesfornym wieśniakom odczuć obecność Rzymian. Zanim długa kolumna ruszyła w drogę, Arminiusz wysłał do swych sojuszników wiadomość, aby zaczęli gromadzić się w Lesie Teutoburskim24.

Pewnego jesiennego dnia Warus wyruszył z letniego obozu na czele potężnych sił XVII, XVIII i XIX Legionu, wzmocnionych trzema oddziałami kawalerii i sześcioma kohortami wojsk pomocniczych. Cataphractarii i calibanarii (ciężka jazda) w pełnym rynsztunku25 podążały za piechotą i łucznikami, osłaniane barwnymi tarczami (kolory określały przynależność do jednostki i legionu). W sumie korowód liczył 20 000 uzbrojonych po zęby żołnierzy, za nimi zaś podążała chaotyczna zbieranina żon, konkubin i różnych osobników żyjących z obozowiska.

Zasadzka została przygotowana.

W tamtych czasach lasy między Wezerą a Ems porośnięte były ogromnymi, trzydziestometrowymi sosnami. Przez tę pierwotną puszczę, ciemną i nieprzyjazną, prowadziły jedynie ścieżki wydeptywane od niepamiętnych czasów przez dzikie zwierzęta. Były wąskie i śliskie, poprzecinane grubymi korzeniami, które trzeba było wyrąbywać, żeby mogły tamtędy przejechać wyładowane wozy. Ciężar uzbrojenia i dusząca wilgoć sprawiały, że legioniści spływali potem pod skórzanymi zbrojami. Mimo gorąca mróz jednak pełzał im po kościach. Wiedzieli, że wokół są barbarzyńcy, których nie widzą, lecz którzy widzą ich. Centurioni w szkarłatnych tunikach poganiali co i rusz, grzmiały trąbki, a legioniści zaciskali paski hełmów, próbując dodać sobie otuchy w obliczu czyhającego niebezpieczeństwa.

Odkąd Arminiusz i jego zwiadowcy gdzieś przepadli, Rzymianie czuli się zagubieni. Legiony coraz bardziej zapadały się w plątaninę padłych drzew i w cuchnące bagna. Mimo uprzednich doniesień o wrogich plemionach i tajemniczego zaginięcia zwiadowców, Warus nadal nie zgadzał się, aby wysłać przodem oddział zwiadowczy. Polegając na swej militarnej przewadze, brnął dalej na oślep. Każdy dowódca za podobne zachowanie zostałby oskarżony o niedbalstwo. Arminiusz doskonale znał plany trybuna – droga przemarszu musiała prowadzić przez Dörenschlucht (wąwóz Dören) – Warus natomiast nie miał pojęcia, co zamierzają Cheruskowie.

Dziewiątego września 9 roku n.e. Arminiusz wprowadził swój plan w życie. Jego taktyka polegała na nękaniu rozdzielonych jednostek przednich i tylnych, zdziesiątkowaniu ich oraz popychaniu głównych sił w coraz większą leśną głuszę, gdzie nie będą miały pola manewru. Pierwszy pod deszczem oszczepów i kamieni zniknął przedni oddział Rzymian. Atak nastąpił tak niespodziewanie, że większość legionistów zginęła natychmiast od ciosów zadanych przez hordy wojowników o dzikim spojrzeniu, skaczących na bezbronne ofiary z drzew i skalnych urwisk. Ci, którym udało się ujść pogromowi, krzyczeli, aby ostrzec dalsze szeregi: „Cheruskowie, Cheruskowie!” Lecz ich krzyk wywołał jedynie panikę wśród tłumu postępującej za wojskiem zbieraniny, która teraz starała się skryć za legionistami. „Legiony posuwały się bez ładu i składu, pozbawione dyscypliny szeregi rozproszyły się wśród wozów i wymieszały z nieuzbrojoną tłuszczą”26. Zamieszanie wzmagało się, gdy z gęstwiny Germanie przeprowadzali sporadyczne ataki. Wtedy już nikt nie panował nad sytuacją, a śmiertelnych ofiar było coraz więcej. Te podjazdowe ataki trwały przez niemal cały pierwszy dzień. Plemienni wojownicy uderzali, po czym natychmiast znikali w gęstym lesie. Po południu legiony wydostały się wreszcie na otwartą przestrzeń, gdzie Warus nakazał postój. Rozstawiono warty, a wokół obozu rozpalono ogniska. Tej nocy Cheruskowie nie atakowali.

Wczesnym rankiem obóz zwinięto, a Warus kazał podpalić nieporęczny tabor wozów. Szlak znowu prowadził w gęsty las. Kiedy tylko legioniści weszli w bór, Germanie znowu zaatakowali. Centurionowie nakazali odwrót. Był to podstęp, a Arminiusz od razu się na nim poznał. Nim jednak zdołał powstrzymać swych nadgorliwych wojowników, spora ich liczba podążyła za Rzymianami na otwartą przestrzeń. A tam już wojsko uformowało się do bitwy, łucznicy zaś jęli siać śmierć w szeregach wroga.

Arminiusz został postawiony wobec sytuacji, której nie planował. Furia, z jaką zaatakowali jego wojownicy, nieomal złamała szyk Rzymian. Energia i duch walki tych dzikusów odebrały wszelką odwagę Warusowi, którego ochraniały tarcze legionistów. Sparaliżowany strachem, nie był zdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, lecz jego oficerowie wkrótce zdołali opanować sytuację. Legiony szybko sformowały falangi. Żołnierze ruszyli jak mordercze jeżozwierze, połyskujące lancami, z podniesionymi nad głowami tarczami, które osłaniały ich przed gradem oszczepów, tymczasem łucznicy nareszcie wzięli się do roboty. Z niebywałą skutecznością szyli strzałami w zbity tłum napastników. Po odparciu ataku barbarzyńców zagrzmiały trąbki, a rzymskie triari i principes ruszyli w zwartym szyku. Napastnicy wykazali się niezwykłą dzielnością i walczyli do ostatniego tchu, padając tam, gdzie stali.

Rzymski trybun pozostawał bezpiecznie z tyłu, natomiast Arminiusz znalazł się w samym wirze walki, wymachując swym szerokim mieczem. Lecz nawet jego najlepsi ludzie zaczęli powoli tracić siły. Pozostali na polu walki, bo nie chcieli zawieść swego wodza o żelaznej woli, który rozkazał im rozbić Rzymian. Wielu dzielnych żołnierzy padło na tej polanie zanim trąbki oznajmiły odwrót, reszta zaś skryła się w mroku lasów. Rzymianie byli równie zmęczeni, dlatego zaniechali pościgu, który mógłby ukoronować ich wiktorię i na zawsze uwolnić od zagrożenia.

Arminiusz znalazł się w trudnym położeniu. Został zganiony za to, że nawoływał do wycofania się, co dla wojownika było największym dyshonorem. Niektórzy okrzyknęli go nawet tchórzem, inni mieli mu za złe, że nie pozwolił im zabrać niebronionych przez nikogo wozów z cennym ładunkiem. Na otwartej przestrzeni stracił wielu najdzielniejszych wojowników, którzy mieli wśród ocalałych licznych krewniaków, ci zaś jego teraz obarczali winą za straty. Spora część wodzów oskarżała go o to, że chciał podkopać ich autorytet. W pewnym sensie Arminiusz był równie mało bezpieczny wśród swych sprzymierzeńców, jak pod ostrzałem włóczni wroga. Korzył się przed ziomkami, prosił o cierpliwość i opracowywał nową strategię. Prosił tylko o jeden jedyny dzień, a ich zmarli towarzysze wkroczą do Walhalli pomszczeni. Zaatakują następnego dnia, lecz tym razem w gęstym lesie, w terenie, który najbardziej sprzyjał Germanom.

Rzymianie spędzili resztę drugiego dnia we względnym spokoju. Warus był przekonany, że zadał wrogowi decydującą klęskę, że barbarzyńcy mają dość i są już daleko. Kiedy legioniści rozpalali ogniska, opatrywali rany i świętowali zwycięstwo, po raz kolejny zaniechał wysłania zwiadowców.

Po niebie żeglował srebrzysty księżyc, a noc była chłodna. Arminiusz nie mógł odpędzić od siebie ponurych myśli. Iluż to wspaniałych wojowników poświęcił! Czy ci, którzy pozostali, będą zdolni do kolejnego ataku? Niezależnie od układu sił, ten musi być ostateczny i decydujący, bo nie miał już do dyspozycji więcej walecznych żołnierzy. Czyżby to był koniec? Człowiek odważny zawsze ma szansę drogo sprzedać swoje życie. W tej ostatecznej godzinie próby Arminiusz był samotny. Znów musi poprowadzić do boju swych ludzi i zapewne polegnie wraz z nimi. Oparł plecy o chropowaty pień sosny. Księżycowy krąg zbladł, nim schował się za pierzastymi chmurami. Przez kopułę splecionych koron drzew przeniknęły pierwsze promienie słońca. Wschodził poranek trzeciego dnia.

Przewaga liczebna i panująca wokół cisza uśpiła czujność Rzymian, mamiąc ich fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. Tuż po nastaniu świtu zwinięto obozowisko. Aby dotrzeć do fortecy nad rzeką Ems, mogli podążyć tylko szlakiem przez Saltus Teutoburgiensis, Las Teutoburski, czyli przez terytorium nieprzyjaznej Dörenschlucht27. Przekonane, iż odniosły zwycięstwo, legiony w doskonałym ordynku, w szeregu piątkowym, podążyły krętym szlakiem. Pochód, który szedł za nimi, nie był już tak uporządkowany – bezładny, hałaśliwy, bezgranicznie przestraszony tłum. Główne siły Warusa, zatrzymane, by pozwolić przedniej straży zbadać dolinę, znowu się załamały pod wpływem napierającej obozowej tłuszczy28.

Arminiusz rozmieścił swych wojowników po obu stronach Dörenschlucht, wąskiego wąwozu o bardzo stromych, zarośniętych stokach. Z wysokiego urwiska obserwował, jak Rzymianie zbliżają się do pułapki. Już miał dać sygnał do ataku, gdy stało się coś, co przesądziło o wyniku bitwy. W najbardziej dogodnym dlań momencie nadeszła niespodziewana pomoc. Pierwszym zwiastunem była szara chmura. Wkrótce słońce schowało się za czarną, ponurą masą.

Rzymianie słyszeli jedynie ciszę, tę ciężką, przytłaczającą ciszę przed burzą. Niebo wydawało się tak bliskie, iż nieomal dotykało ziemi. Chmury przeszyła oślepiająca błyskawica, a w jej świetle można było dojrzeć wyraźnie korony drzew, i wkrótce potem w przyrodzie rozpętało się piekło. Czarne chmury plunęły na Rzymian naładowaną elektrycznością ulewą, co stanowiło zły omen. Odezwał się wrodzony im fatalizm. Dla dodania sobie odwagi chwycili miecze. Ludzkiego wroga mogli zrozumieć, ale tym razem nad pogodą zapanował Merkury.

Wtem horyzont eksplodował wyładowaniami elektrycznymi, niebiosa dosłownie stanęły w płomieniach. Światła błyskawic sprawiały, że na ułamek sekundy ukazywały się upiorne, niebieskawe zarysy drzew, po czym rozlegały się ogłuszające trzaski. Burza rozpętała się z niebywałą gwałtownością, natura ukazała swą potęgę. Rzymianie nie mieli czasu na szukanie racjonalnego wytłumaczenia tego zjawiska. Przewalające się jeden za drugim gromy wprawiły ich w totalne osłupienie. Błagali bogów o litość, a wzniesionymi tarczami próbowali odpędzić szalejące demony zła. Ziemia dygotała od wstrząsów. Przerażone tym nieokiełznanym atakiem niebieskich gromów kobiety wrzeszczały, a starcy padali na kolana, bo nigdy w życiu nie widzieli tak szalejącego żywiołu. Błyskawicom towarzyszyły potoki iskier, które rozłupywały potężne drzewa. Ci, którzy schronili się pod sosnami, ginęli pod ciężarem spadających gałęzi. Gwałtowne porywy wichury wyrywały z korzeniami potężne pnie, grzebiące pod sobą zarówno legionistów, jak i obozowy motłoch. Na głowy Rzymian posypał się grad wielkości ptasich jaj, pecyny lodu łomotały w metalowe hełmy. Aby się przed nimi osłonić, żołnierze wznosili tarcze. Wkrótce okrywająca je skóra nasiąkła tak, że tarcze stały się zbyt ciężkie, aby utrzymać je w górze. Ogarnięte paniką konie pozrzucały jeźdźców i pędząc przed siebie, przewracały kohorty zbite w gromadę na wąskiej ścieżce. Przerażeni żołnierze przywierali do ziemi i wbijając palce w błoto, modlili się, aby nawałnica wreszcie minęła. Nic jednak nie zdołało powstrzymać zesłanego przez ich bogów ognia, który spadał z nieba na głowy przesądnych Rzymian. Tego dnia Jowisz ich opuścił. Zdawało się, że moce niebieskie sprzysięgły się, aby zniszczyć wszystko, co rzymskie29.

Tymczasem dla plemienia Cherusków sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Nadszedł ich czas, niebiosa zesłały im wiadomość. Podczas gdy Rzymianie uznali burzę za przejaw gniewu bogów, dla nordyckich wojowników burza Thora oznaczała dobrą wróżbę. Arminiusz wykrzyknął na głos to, co wszyscy myśleli: „W imię Thora!” Uniósł miecz, zagrzmiał róg zagrzewający do boju, w jego ślad poszły inne. To, co przed paroma chwilami było gęstym lasem, jęło się gwałtownie poruszać. Powstały krzewy, zza drzew i skał wyskakiwali wojownicy. W sekundę stoki ponad wąwozem zaroiły się od barbarzyńców. Na niebie rozjarzyła się kolejna błyskawica, a ciemność lasu rozdarło mrowie iskier, bór wypełnił się hordami wielkich, rozjuszonych wojowników, pędzących po stokach z okrzykiem: „Thor! Thor!” Kiedy tak tłumnie biegli w dół, zewsząd dobiegały coraz bardziej wojownicze okrzyki „Thor! Thor!” Z opuszczonymi dzidami, wymachując maczugami, runęli na kompletnie osłupiałych i rozproszonych Rzymian, szeregi których rozciągały się na znacznej długości na wąskim szlaku na dnie wąwozu. Kronikarz Kasjusz Dion30 pisał:

Legiony Warusa nie mogły ani podążyć do przodu, ani nawet schronić się w bezpiecznym miejscu, ponadto nie były zdolne do użycia broni. Nie mogły ani skutecznie bronić się łukami czy oszczepami, ani osłonić tarczami, które rozmiękły.

Legioniści, sparaliżowani nagłym atakiem, który w swych przesądnych umysłach tłumaczyli zemstą Merkurego, nagle ujrzeli, jak las wybucha. Cały lud zbiegł się w to jedno jedyne miejsce, aby we krwi utopić Rzymian, których okrucieństwo musiał znosić pod jarzmem ich gubernatorów. W świetle błyskawic Rzymianom wydawało się, że liczba barbarzyńców jest przeważająca, przy czym wydawali oni straszne okrzyki wojenne, wymachując dzidami i maczugami, towarzyszyły im grzmoty i potoki niebieskiego ognia. Całe dno wąwozu przedstawiało podobny widok. Wielkimi krokami po stokach zbiegały w dół tysiące wrzeszczących Cherusków i ich sojuszników, zwalając się na ogłupiałych Rzymian, nadziewając ich na włócznie, jak kurczęta na rożny. Wściekłość tego bezwzględnego ataku zaskoczyła nawet najtwardszych, zahartowanych w bojach legionistów. Ten pierwszy gwałtowny napór barbarzyńców okazał się decydującym czynnikiem ich zwycięstwa.

Do rzek spływały strumienie krwi. Legioniści, dostatecznie już wstrząśnięci furią żywiołu, doszli do wniosku, że bogowie ich opuścili na dobre. Deszcz siekł strugami prosto w ich twarze, sprawiając, iż ze szczętem oślepli. Ogłuszał ich nieustanny huk grzmotów. Ale rzymskie legiony były wdrożone do ślepego posłuszeństwa. Niektóre oddziały zdołały się sformować, ruszając przeciwko wrogowi. Lecz ścieżka była zbyt wąska, nie pozwalała na żadne manewry, a liczebna przewaga w tych warunkach na nic się zdała. Łucznicy napięli łuki, lecz cięciwy ich rozmiękły, a zbyt bliska odległość niweczyła skuteczność tej broni. Ulewny deszcz i potoki krwi przemieniły ziemię w grząskie błoto. Pozbawieni oparcia legioniści nie byli w stanie dokonać manewru obronnego, skrywając się za ścianą tarcz i wystających włóczni. Walka wręcz stawała się coraz gwałtowniejsza i brutalniejsza. Rzymianie desperacko bronili się, lecz ich nieskładne działania nie stanowiły przeciwwagi dla furii barbarzyńców wymachujących wielkimi toporami. Nikt nie potrafiłby długo opierać się tak wściekłemu atakowi. Rzymianie zaczęli słabnąć. Oddziały oderwały się od kolumn, a odcięte od reszty i otoczone, ginęły jeden za drugim.

Bitwa wymknęła się całkowicie spod kontroli, wszystko działo się zbyt szybko, Arminiusz nie miał już żadnego wpływu na wynik ataku. Z zaciśniętymi wargami obserwował rzeź swych dawnych panów. Nikt nie oczekiwał litości i nikomu nie była dana. Impet ataku spowodował ogromne wyrwy w szeregach rzymskich kolumn, które – rozbite na małe grupki – nie były w stanie wzajemnie sobie pomagać. Legioniści walczyli coraz bardziej bezładnie. Machali co prawda mieczami i kłuli włóczniami, ale mało skutecznie. Na całej długości wąwozu barbarzyńcy łomotali maczugami i toporami w hełmy Rzymian, którzy zbijali się w coraz bardziej topniejące grupki. Wołania o pomoc zagłuszała nawałnica. Krótkie, ostre piki Germanów i kamienne młoty dokończyły masakry wyczerpanych do cna, rozproszonych rzymskich żołnierzy. Legiony były w rozsypce, otrąbiono odwrót, ale i to było już niemożliwe. Wszelka nadzieja zniknęła, kiedy trybun Vala Numonius, dowódca rzymskiej kawalerii, zbiegł z pola walki. To z kolei spowodowało w szeregach legionistów ogromną wyrwę, w którą wdarli się napastnicy31.

Teraz bitwa przerodziła się w okrutną rzeź. Ludzie Warusa padali tysiącami, wszędzie widać było sterty trupów. Walczyli już tylko pojedynczy żołnierze, ślizgając się w rozmiękłej od wody i krwi glebie, starając się jedynie jak najdrożej sprzedać życie. Niektórzy próbowali wydostać się z tego piekła, ale byli natychmiast przygważdżani przez któregoś z Germanów. Tylko nielicznym udało się ujść z życiem, a większość z tych, którzy jak dzikie konie resztką sił próbowali zbiec w las, została wkrótce dopadnięta przez ścigającego ich wroga. Nie było miłosierdzia ni ratunku dla lżej rannych lub tych, którzy tylko upadli, gdyż wkrótce i tak albo poderżnięto im gardła, albo zmarli od zakażeń.

Burza minęła równie szybko, jak przyszła, a zza chmur wyjrzało słońce. Na niewielkiej polanie, chroniony tarczami ostatnich ocalałych oficerów, stał trybun Publiusz Kwinktyliusz Warus, dobrze widoczny w swej nieskazitelnie białej todze, czerwonym płaszczu i złotym hełmie. Zewsząd otaczała go śmierć – ciała bez życia, z szeroko otwartymi oczami i ustami – tymczasem wykrzywione dzikim grymasem twarze bezlitosnych wrogów podchodziły coraz bliżej. „Thor! Thor!” Mogli bez trudu przebić Warusa włóczniami, lecz nie – oni chcieli go żywego. Będzie ich wojenną zdobyczą, poświęconą na pogańskim ołtarzu, ku radości ich ohydnych bogów. Dla rzymskiego trybuna wszystko było stracone – Cheruskowie go przechytrzyli i zniszczyli jego autorytet. Cesarz nie przywróci go już do łask, a od wrogów nie mógł spodziewać się miłosierdzia. Wydał z siebie jęk udręki, oparł rękojeść krótkiego miecza o ziemię i rzucił się na ostrze. Oficerowie poszli w jego ślady, woląc odebrać sobie życie, niż dostać się do niewoli barbarzyńców32. Cheruskowie i ich sprzymierzeńcy wydali dziki okrzyk radości.

Zwycięstwo należało do nich, jednak złowieszczy proces rozbicia plemiennej jedności dał o sobie znać w nagłych wybuchach dzikiego nieopanowania. Barbarzyńcy jęli walczyć ze sobą – plemię przeciwko plemieniu, klan przeciwko klanowi, człowiek przeciwko człowiekowi – o świecidełka, miecze i zbroje, o kobiety, o łupy i bogactwa po Warusie. Inni w szale rzucili się dobijać rannych Rzymian i odzierać ich trupy – a wszystko to bez cienia emocji. Podnosząc do góry dzieci, kobiety błagały o litość. Daremnie. Legioniści, którzy na swe nieszczęście dostali się do niewoli, byli grzebani żywcem, krzyżowani lub składani w ofierze na pogańskich ołtarzach. Wreszcie barbarzyńcy odcięli głowę martwego trybuna, zatknęli ją na lancy i oddali swemu wodzowi.

„Szlak spływał krwią, usłany był trupami, nie uszła żadna żywa dusza”33. Arminiusz stał w pobliżu, nie czyniąc nic, aby powstrzymać krwiożerczość barbarzyńców. Grabież i gwałty były częścią wojny. Jego ludzie przetrwali i ostatecznie zwyciężyli, ale on nie brał udziału w triumfie. Wznósł oczy ku niebu, dziękując za przychylność. Wiedział bowiem, że zwycięstwo dał mu okrutny bóg wojny, zsyłając tę nagłą i gwałtowną burzę.

„Osaczona w borach i moczarach, zaskoczona nagłym atakiem żywiołu, armia rzymska została niemal do nogi wybita przez tego samego wroga, którego zawsze wyrzynała jak bydło” – tak rzymski kronikarz Velleius Paterculus opisał jedną z decydujących bitew starożytności.

Kiedy wieść o clades variana (klęsce Warusa) dotarła do Rzymu, cesarz August „rozdarł szaty i popadł w wielki niepokój, obawiając się, że wróg ruszy na Italię”34. W krańcowej rozpaczy – jak mówiono wówczas – bił głową o ścianę i wołał w udręce: „Warusie, Warusie zwróć mi moje legiony”.

W następstwie klęski Rzymianie porzucili wiele fortec, a Germania uwolniła się od okupanta. Ale August trwał w panice. Bał się, że Arminiusz i jego Alemanowie przejdą przez Ren i wywołają rebelię wśród Gallów. Nie miał się czego bać, Germanowie bowiem pozostali po swojej stronie Renu. August zmarł w 14 roku n.e., a miejsce na cesarskim tronie zajął jego pasierb Tyberiusz. W 15 roku n.e. nowy cesarz wysłał do Germanii karną ekspedycję pod wodzą Germanika, syna Druzusa. Gdy armia dotarła do rejonu Saltus Teutoburgiensis (Lasu Teutoburskiego)35, Germanik ujrzał tam przerażający widok: pobielałe kości, połamane oszczepy, ciała wystające z ziemi i czaszki przybite do drzew36.

Rzymianie szanowali geniusz militarny Arminiusza, natomiast rada germańskich plemion, w obawie przed jego rosnącą władzą, zastąpiła go porywczym Inguiomerusem, który poprowadził Germanów przeciwko Germanikowi i jego ośmiu legionom. W 16 roku n.e. w miejscowości Iclistavisus (Minden) ich spotkanie zakończyło się zwycięstwem Germanika. Tym razem plemiona nierozważnie zaatakowały zwarte szyki Rzymian w otwartym polu. Skutkiem tego Arminiusz został odwołany z „emerytury”. Zdołał on powstrzymać marsz rzymskiej armii, a cesarz Tyberiusz zdał sobie sprawę, że koncepcja Provincia Alemannia sięgającej Łaby nie jest warta kosztów, jakie jego państwo poniosłoby w walce z plemieniem Cherusków. Zimą 16 roku n.e. Tyberiusz kazał wstrzymać kampanię germańską w obawie, że odżyje duch Arminiusza, budzący taki postrach w Rzymie. Jego głównym celem było zapobieżenie za wszelką cenę równoczesnemu buntowi w Illirii (Bałkany) i Alemanii (Germanii), gdyż Rzymu nie było stać na prowadzenie w tym samym czasie dwóch wojen.

Arminiusz był świadom, że zjednoczenie Germanii zależy od ustanowienia koalicji plemion północnych ze środkowymi, zamieszkującymi Markomanię, którymi władał król Maroboduus. Podczas gdy Cheruskowie i ich sojusznicy bronili granicy na Renie, Markomanowie czynili to samo na Dunaju. Na dowód swego zwycięstwa nad legionami Arminiusz przesłał władcy Markomanów głowę Warusa. Maroboduus, król ponury i podejrzliwy, tak się bał rosnących wpływów Arminiusza, że sprzymierzył się z Rzymem. W dowód swej lojalności dla cesarza przekazał ową nieszczęsną głowę Augustowi. Arminiusz poderwał wówczas północne plemiona. W krwawej bitwie w 17 roku pokonał Markomanów, a Maroboduus uciekł do Italii, gdzie zmarł w 41 roku.

Rzymscy kronikarze, pisząc o Arminiuszu jako o dzielnym wojowniku, nie mogli się powstrzymać od komentarzy na temat nieudolności własnych generałów. Oczywiste jest jednak, że nigdy nie osiągnąłby tytułu „najwyższego dowódcy”, gdyby nie miał przyrodzonych zdolności do pełnienia tej roli.

Był natchnionym wodzem, lecz nie agresorem. Powstrzymawszy rozlew krwi wśród współplemieńców, położył fundamenty pod przyszły związek germańskich rodów. Dzięki zwycięstwu nad Rzymianami stał się niekwestionowanym rzecznikiem północnych plemion. Jednakże koncepcja jedności i poczucie patriotyzmu były w owym czasie przedwczesne i nierealne. W momencie pokonania wspólnego wroga Germanie stracili jedyny wspólny cel, a natchnione sny Arminiusza o zjednoczeniu germańskich plemion w jeden naród nie doczekały się spełnienia.

W 19 roku n.e. plemienne swary rozgorzały na nowo. Aby położyć im kres, Arminiusz zwołał radę starszyzny. Umówionego dnia nie włożył zbroi i wtedy właśnie wielki wojownik został na zawsze uciszony przez jednego z własnych ludzi. Wraz z nim zmarła pielęgnowana przez całe jego życie wymarzona wizja zjednoczenia Germanów w jeden naród. Trzeba było 800 lat i cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karola Wielkiego, aby dokonało się dzieło Arminiusza, rozpoczęte na śliskiej leśnej ścieżce.

Inny wielki zjednoczyciel Niemiec, Otto von Bismarck, wzniósł posąg Arminiusza, wodza Cherusków, w pobliżu miejsca historycznej bitwy37.

Clades variana, znana też jako bitwa w Lesie Teutoburskim, była jedną z najważniejszych operacji wojennych w historii, ponieważ stała się punktem zwrotnym w ekspansji rzymskiej w Europie Środkowej. Choć kolejne ekspedycje (pod wodzą Germanika) zdołały odzyskać niektóre fortece, dominacja Imperium Rzymskiego nad pogańskimi plemionami należała już do przeszłości, a wczesna jesień powstrzymała rzymskie podboje terytoriów za Renem. Legionów Warusa już nie zastąpiono. Ponieważ okazało się, iż Germanię niełatwo będzie podbić, Rzymianie wycofali się za główne rzeki – Ren i Dunaj.

Imperium Rzymskie trwało jeszcze przez 500 lat, lecz nigdy nie objęło już Germanii. Gdyby granica cesarstwa ustanowiona została na Łabie, historia Europy potoczyłaby się zupełnie inaczej. Wskutek przesunięcia granic Rzymu do krajów słowiańskich, cała Europa mówiłaby językami wywodzącymi się z łaciny. Niemcy nazywałyby się Alemanią, a Francja – Galią. Niewykluczone, że oba te wielkie narody i państwa żyłyby w pokoju, choć to chyba mało prawdopodobne. Co się zaś tyczy Brytanii, „to nasza wyspa nigdy nie nazywałaby się Anglią”38, a pielgrzymi z jej wybrzeży „pewnie przenieśliby na inne kontynenty” kulturę opartą na łacińskiej.

Dis aliter visum – bogowie zdecydowali inaczej39.

Faktem jest, że pewnego jesiennego dnia 2000 lat temu nordycki bóg pogody pomógł wytrwać księciu wojowników, by z jego udziałem tworzyć historię świata.

Boski Wiatr

15 sierpnia 1281

Nie legł Nippon i nigdy nie legnie

U stóp wzgardliwych dumnego zdobywcy[2]

Gdzieś na wschód od Chin, na niezmierzonych wodach Pacyfiku, słońce przypieka oleiste wody oceanu. Powietrze jest bardzo nagrzane i pochłania ogromne ilości pary wodnej. Na ołowianym niebie pojawia się pierwsza wstęga puszystych chmur. Chmury rosną, tworząc wkrótce zbitą masę; wsysają coraz więcej wilgoci, niosąc ze sobą miliony ton wody. Wznoszą się coraz wyżej, aż w końcu rozchylają się jak gigantyczny pąk kwiatu. Obroty kuli ziemskiej wprawiają tę ogromną masę wilgoci w coraz szybszą cyrkulację, aż zaczyna wirować, nabierając własnego pędu. Coraz szybciej i szybciej krąży zwariowany wirujący dysk, liczący kilkaset kilometrów średnicy. Narodził się potwór niosący ze sobą śmierć i zniszczenie.

Na jego drodze 14 sierpnia 1281 roku znalazła się największa armada świata – 3500 okrętów z setkami tysięcy mongolskich wojowników na pokładzie zmierzało prosto ku wybrzeżom Japonii.

Chiny, środek świata, dzieliły się na Imperium Południowe i Północne. W 1234 roku Północne Królestwo dynastii Kin zostało podbite przez mongolskie hordy Czyngis-chana1, podczas gdy południowe Imperium Sung opierało się najazdom Tatarów aż do 1279 roku, kiedy uległo wreszcie Kubilaj-chanowi. Na wschodzie Imperium Mongolskie sięgało Morza Czarnego. W niewolę dostała się Ruś, a jej stolica Moskwa została spalona na popiół. Dwa stulecia panowania Mongołów pozostawiły trwały ślad w rosyjskiej psychice, szczególnie widoczny w walce. W 1241 roku Mongołowie (a właściwie ich tatarskie hordy) w bitwie pod Legnicą pokonali Polaków i napełnili osiem worków uszami zabitych rycerzy2. Na wschodzie armia Kubilaj-chana pokonała nie tylko Chiny, ale i króla Koriu. Królowie Tonkinu, Kochinchiny, Pegu, Bengalu i Tybetu zostali wasalami Mongołów. Podbiwszy Koreę, Kubilaj ruszył na morze, mając zamiar opanować Imperium Wschodzącego Słońca.

W tym czasie Ziemię zasypywał deszcz spadających gwiazd. Dworski astrolog Mongołów uznał to za dobry omen, tymczasem Japończycy dostrzegli w nim zapowiedź strasznego nieszczęścia. Kubilaj postanowił działać stalowymi pięściami odzianymi w aksamitne rękawice. Spodziewając się łatwego zwycięstwa, wysłał delegację na dwór w Kioto, do japońskiego cesarza Kameiamy. Wysłannicy nigdy tam nie dotarli. Szogun Kamakura Bakufu, potężny wódz i prawdziwy władca Japonii, przechwycił mongolską delegację. Pismo, które z sobą wieźli, było tyleż groźne, co obraźliwe:

MY, obdarzeni łaską i posłannictwem niebios, Cesarz Wielkiej Mongolii, ślemy to oto pismo do króla Japonii3.

Wiadomo nam, że od starodawnych czasów książęta nawet małych państw starali się utrzymać przyjazne stosunki z władcami sąsiednich terytoriów.

(…) Książę Koriu i jego lud z wdzięczności do NAS, odwiedził NASZ kraj i choć relacje między NAMI a nimi polegają na zależności wasala od Pana, to łączą nas więzy równie serdeczne, jak ojca i syna. O tym bez wątpienia doskonale wiecie.

Prosimy zatem, abyście i wy nawiązali przyjacielskie kontakty z NAMI. Czy rozsądne jest odżegnywanie się od wzajemnych serdecznych stosunków? W przeciwnym razie doprowadzi to do wojny, a przecież nikomu na tym nie zależy.

Przemyśl to, Królu!

Ton listu Kubilaja tak rozwścieczył drużynę samurajów Bakufu, że szogun musiał ich uspokajać, bo gotowi byli roznieść mongolskie poselstwo na mieczach.

Japoński dwór cesarski był już tylko mizerną namiastką tysiącletniego imperium, pełen skorumpowanych błaznów i tytularnych doradców ślamazarnego cesarza. Wszyscy oni jak ognia bali się „żółtej zarazy”, o upiornej wręcz brutalności której krążyły legendy, ubarwione wyobraźnią. Radzili więc swemu tenno (cesarzowi), żeby zgodził się na jakąś formę nominalnej zależności. Na szczęście dla Japonii rzeczywista siła militarna nie znajdowała się już w rękach czcigodnego potomka bogini słońca Ameterasu, lecz w Kamakura, w szogunacie Bakufu4 i miejscowych dowódców. Ówczesnym szogunem był młodziutki Hoji Tokimune, który zdolny był podjąć wyzwanie Chin. Jego rządy żelaznej ręki miały mieć głęboki wpływ na przyszłość Japonii.

Najpierw Tokimune wezwał „wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni i skazał na śmierć tych, którzy odmówili stawienia się”5. Mongołowie uprowadzili dwóch pomniejszych możnowładców6 z wyspy Cuszima7, przewieźli ich na dwór Kubilaja w Pekinie, gdzie pokazywano im „uprzejmość i wspaniałomyślność mongolskiego cesarza”. Potem odesłano ich z powrotem do Japonii, żeby przekonali ziomków o dobrej woli Pekinu. Ani opis chińskiego raju, ani strzały towarzyszące słowom Kubilaj-chana nie złagodziły zapału wojennego Japończyków. Czcigodni rycerze buszido przejawiali nieugiętą wolę walki za niepodległość. Podobnie jak inne narody wyspiarskie, granic których strzeże morze, byli przekonani, że ich zamiary się powiodą. Wiadomo było powszechnie, że Mongołowie nie byli tak dobrymi żeglarzami jak Chińczycy, którzy od dawna uprawiali handel morski. Musieli więc polegać wyłącznie na chińskich i koreańskich szkutnikach i marynarzach, a tym wasalom nie mogli do końca ufać. Sytuacja dla Mongołów nie była korzystna, gdyż ich dowódcy podejrzliwie traktowali chińskich nawigatorów, co miało decydujący wpływ na późniejsze zdarzenia.

W 1273 roku Kubilaj-chan nakazał królowi Koriu zbudowanie 1000 okrętów. Monarcha Koriu nie był w stanie spełnić tego żądania, o czym powiadomił swego suwerena. Cesarz wysłał więc 5000 jeźdźców, „żeby pomogli przekonać króla Koriu”. Pewny zwycięstwa Kubilaj zgromadził 40 000 oddziałów. Sroga zima i głód w Koriu opóźniły inwazję, mongolski cesarz musiał więc poczekać do wiosny. Jeszcze więcej czasu stracono na zabiegi dyplomatyczne. Ambasador Kubilaja zażądał od upartych wyspiarzy poddania się, w przeciwnym bowiem razie narażą się na straszny gniew potężnego chana. Tymczasem jego wysłannika po prostu wypędzono, więc wojna wisiała na włosku.

Kodeks honorowy buszido sprawiał, że japońscy samurajowie dorównywali sprawnością i siłą najlepszym oddziałom Mongołów.

Do zwyczajów kodeksu buszi [rycerza] należało wymienienie swego imienia i tytułu wrogowi, żeby osłabić jego ducha walki. Przeciwnik, krzyżując z nim miecz, powinien dokonać takiej samej ceremonii przedstawienia się. Lecz najbardziej wytrawni wojownicy nie zadowalali się jednym przeciwnikiem, walczyli z całą grupą wrogów, traktując ich jednakowo. Jednak naczelną zasadą bitwy był pojedynek, a gdy bitwa się skończyła, każdy buszi podchodził do namiotu swojego pana, przedstawiając na dowód swego męstwa głowy ucięte wrogom8.

Japońska piechota poniosła duże straty w wyniku starcia z niezrównanymi mistrzami łuków, Tatarami, którzy nawet w pełnym galopie na koniu potrafili robić z nich użytek9. Każdy jeździec wkraczał do walki z 60 strzałami, w tym 30 o lekkich drzewcach przebijających z bliska każdy pancerz10. Jeśli jednak chodzi o odwagę i ducha walki, Japończycy nie mieli sobie równych. W walce wręcz zdecydowanie górowali nad swoimi przeciwnikami.

Szogun był w stanie zgromadzić 400 000 wojowników przybywających pod jego sztandary z różnych wysp, tymczasem chan wysłał tylko liczący 25 000 ludzi oddział elitarnej mongolskiej „jazdy morskiej”11. Poza tym dysponował jeszcze 15 000 niepewnych Koreańczyków, którzy nie żywili zbytniej przyjaźni do swych tatarskich przełożonych. Kubilaj-chan mocno przecenił siłę swej armii. Zabijanie bezbronnych Chińczyków i koreańskich wieśniaków to jedno, a wyzwanie rzucone japońskim samurajom, gotowym umrzeć za honor i ojczyznę, to zupełnie co innego. Miał się o tym po raz pierwszy przekonać w listopadzie 1274 roku. Mongolska armada wylądowała na japońskiej wyspie Cuszima, gdzie miejscowy dowódca i jego 200 wyspiarzy przez kilka dni dzielnie stawiało opór generałowi Lin Fok Hengowi i jego 25 000 najeźdźców. Kiedy już padł ostatni obrońca, napastnicy wyrżnęli wszystkich mieszkańców wyspy, budząc tym czynem psychologiczny terror, gdyż w ten sposób dali Japończykom do zrozumienia, iż nie mogą się spodziewać miłosierdzia. To jedynie umocniło w wyspiarzach wolę walki. W tydzień potem Mongołowie wylądowali na wyspie Iki, a stamtąd przepłynęli kanał dzielący ich od Kiusiu12, jednej z największych wysp Japonii.

Osiemnastego listopada 1274 roku flota najeźdźców wpłynęła do zatoki Hakosaki, tylko kilka kilometrów od Dazaifu, stolicy Kiusiu. Grupka obrońców była zbyt nieliczna, by długo opierać się Mongołom, którzy bez trudu mogli przejść przez wyspę, ale zamiast tego pozostali na brzegu, gdzie podzielili się na oddziały wypadowe. Część mongolskiej armii, która tam dopłynęła, wyładowała konie na wąskiej plaży obok przybrzeżnego miasta Hakata, które puściła z ogniem. Stamtąd Mongołowie dotarli do Akasaki i dalej do Imatsu. Po drodze mordowali miejscowych rybaków. Perspektywa łatwej zdobyczy sprawiła, że generał Lin Fok Heng zapomniał o celu swej misji. Opóźnienie to pozwoliło lokalnym dowódcom szoguna Tokimune ściągnąć na Kiusiu wszystkich zdolnych do walki mężczyzn, zaś sam szogun wyruszył z Kamakury na czele swej armii, żeby wspierać obrońców wysp. Zanim zdołał przeprowadzić jakieś znaczące działania, miejscowi przywódcy wojowników13 już sami zaatakowali hordy chana.

Dwudziestego czwartego listopada miała miejsce poważna bitwa przed falochronem Mizuki14 w pobliżu Hakosaki. To, co się wówczas zdarzyło, ginie w pomroce dziejów. Nie dysponujemy dokładnymi relacjami, poza informacją, że bitwa trwała osiem godzin i po obu stronach przyniosła ogromne straty. Na początku Japończycy atakowali z fanatyczną furią, a wytrawni mongolscy łucznicy siali śmierć w szeregach przeciwnika. Lecz gdy samurajowie stanęli twarzą w twarz z wrogiem, potrafili niezwykle skutecznie operować swoimi obosiecznymi mieczami. Wkrótce Mongołowie stracili ducha do dalszej walki, porzucając na polu bitwy swych koreańskich wasali, których zarżnięto jak bydło. Tuż przed zapadnięciem zmroku tatarski dowódca podjął ostateczną decyzję o wycofaniu się. Wiedział bowiem, iż w ciemności nie będzie pożytku z łuczników, gdy tymczasem samurajowie potrafili posługiwać się swoimi ostrymi jak brzytwy mieczami w każdych warunkach, zwłaszcza że na pole bitwy przybywały coraz to nowe posiłki. Uznał, że lepiej będzie podjąć walkę przy świetle dziennym następnego dnia, i rozkazał swym ludziom powrót na stojące przy brzegu okręty. Aby zamaskować odwrót, podpalił wielką drewnianą świątynię w Hakosaki. Pod osłoną gęstego dymu Mongołom udało się wycofać bez dalszych strat. Gdy Japończycy ratowali świątynię, pogoda uległa gwałtownej zmianie. Kiedy wycofujące się wojska zaczęły wchodzić na pokład okrętów, rozpętał się straszliwy sztorm. Pokłady zalewała woda, maszty pękały jak zapałki, łamiąc kości marynarzy i żołnierzy, a sternicy usiłowali nie dopuścić do zepchnięcia okrętów na niebezpieczne mielizny. Mnóstwo jednostek rozpadło się lub zatonęło. Ci, którzy próbowali przedostać się na ich pokłady po sznurowych drabinkach, rozbijali się o burty okrętów. Inni, oczekujący na wybrzeżu na swoją kolej, zostali zmyci przez ogromne fale. Jeden z okrętów próbował wydostać się na otwarte morze. Wspiął się na grzbiecie fali, po czym runął na podwodną skałę i rozbił rufę. Inny został zepchnięty na mierzeję. Miejscowi rybacy, których wioski zostały kilka dni wcześniej spalone, wyciągnęli załogę i 300 żołnierzy, zadając im potem okrutną śmierć. Większość z 13 200 ofiar Mongołowie ponieśli wskutek utonięcia już po zakończeniu bitwy na lądzie.

Japońscy kapłani szybko wykorzystali zwycięstwo. W momencie wielkiego zagrożenia wszyscy, począwszy od cesarza, prosili Boga o pomoc w unicestwieniu najeźdźców i zostali wysłuchani. Lecz gdy niebezpieczeństwo minęło, a mongolska flota rozbiła się o skały, wielu zapomniało o Bogu. Pokazując na sztorm, kapłani twierdzili, że ich modły zostały wysłuchane i że nie samolubny heroizm samurajów odegrał tu najważniejszą rolę, lecz modły kapłanów uratowały Japonię. Zażądali, aby znaczna część funduszy na uzbrojenie została przekazana do klasztornych kufrów. Oczywiście cesarz zgodził się z nimi – bogowie nadal byli potrzebni, dlatego klasztory uzyskały duże nadziały ziemi, a ich świątynie zostały ozłocone i odremontowane. Na taką szczodrobliwość narzekali ci, którzy skazani byli na przyszłe ataki i na nieuzasadnione ograniczenia.

Tymczasem Kubilaj-chan, przebywający za morzem, nie chciał uznać porażki. Mimo że jego doradcy wskazywali na czynniki naturalne jako przyczynę zagłady floty, chan postanowił wyciągnąć naukę z tej lekcji. Następnym razem będzie zupełnie inaczej, bo on – jako władca Wszechświata – zapewniał, że na tym nie koniec! Zaczął więc planować drugą, znacznie potężniejszą inwazję na Japonię. Tym razem armada była tak ogromna, że mogła przyjąć na pokład armię liczącą kilkaset tysięcy żołnierzy.

Kubilaj-chan rozkazał, aby wzdłuż wybrzeża południowych Chin, aż po Koreę, przygotowano odpowiednio wszystkie statki zdatne do żeglugi, chociaż niektóre były zbyt małe na dalekie morskie podróże. „Każdy okręt musiał wziąć na pokład 20 marynarzy i 15 koni wraz z jeźdźcami” – pisał Marco Polo15. Ponieważ poprzednia ekspedycja Kubilaj-chana ogołociła królestwo Koriu z okrętów i wojowników, a lasy zostały wycięte do budowy floty, nie było już materiału na nowe jednostki. Kubilaj wezwał więc króla Koriu do Pekinu i pod groźbą ścięcia głowy każdemu, kto sprzeciwi się jego woli, rozkazał zbudować 1000 okrętów. Drewno sprowadzono z Chin kontynentalnych, a siłę roboczą z karnych kolonii. Tysiące niewolników marły z głodu i złego traktowania, lecz armada zaczęła rosnąć. Końcowy rezultat okazał się jednak niezadowalający wobec wspaniałych planów chana. Brak okrętów stał się powodem podboju Imperium Południowochińskiego (1279), dzięki czemu Mongołowie zyskali 3500 jednostek16. W końcu 1280 roku wszystko było gotowe, a armie Mongołów i ich wasali zgromadzone zostały w portach wyznaczonych do załadunku. Były to największe siły, jakie zebrano pod tysiącami barwnych sztandarów z wizerunkiem smoka.

Ale i Japończycy nie marnowali czasu. Cieśnina Cuszima przestała być wyłączną domeną Chińczyków. Japońscy korsarze i piraci wypłynęli w morze tak zwaną „flotą komarów”. Ich okręty były małe, ale dokonania ogromne. Dzięki szybkim i zwrotnym stateczkom opanowywali i grabili powolne chińskie jednostki handlowe. A kiedy przyszedł czas, by stanąć w obronie ojczyzny, podążyli na wezwanie i przejmowali transportowce wojskowe, zmierzające do punktów zbornych. Przechwycone okręty palono na morzu, a załogę pozostawiano rekinom na pożarcie.

Wiosną 1280 roku szpiedzy donieśli szogunowi Tokimune, że zakończono przygotowania do nowej mongolskiej inwazji. Słaby japoński cesarz Uda II, szesnastoletni półbóg, słuchający podszeptów swych strachliwych dworzan i zabawiający się z dworskimi prostytutkami, był gotów pertraktować z Kubilaj-chanem o warunkach poddania się. I znów kres tym dyplomatycznym zabiegom położył Tokimune, wojownik o żelaznej woli. Podobnie jak w 1274 roku, szogun poderwał cały naród do walki. Japonia zbroiła się na potęgę, aby być gotowa do odparcia ataku wiosną następnego roku. Pytanie nie brzmiało już, czy Mongołowie przyjdą, lecz kiedy.

Kiedy chan w Pekinie szykował się do narzucenia swej władzy wyspiarskiemu narodowi, szogun opracowywał najefektywniejszą strategię obronną. Przyjęto, że Mongołowie podążą tą samą drogą i spróbują wylądować przy najbliższym ujściu rzeki, na Kiusiu. Tokimune polecił wzmocnić istniejący już falochron Mizuki. Ludność zgłaszała się na ochotnika do kopania głębokich dołów, uniemożliwiających jeździe wroga dotarcie w głąb lądu. Zbudowano specjalne drewniane wieże dla łuczników. Tokimune zorganizował strefy obronne, które miały się wzajemnie wspierać. Utworzył też lokalne oddziały milicji, składające się z członków wszystkich warstw społecznych. Kowale kuli miecze, groty włóczni i strzał, rybacy szkolili się w morskich walkach, a rolnicy uczyli się używać broni, choć sztuka ta dotąd zarezerwowana była dla klasy wojowników. Ostatnim i bodaj najważniejszym rozkazem szoguna było szkolenie wszystkich zdrowych mężczyzn w łucznictwie. Organizowano zawody, a zwycięzcy dostawali cenne nagrody. Japończycy wkrótce osiągnęli sprawność w łucznictwie równie wielką, jak ich wróg.

Czerwiec 1281 roku. Trwały ostatnie przygotowania do wielkiej inwazji Mongołów, żołnierzy umieszczono na okrętach, wreszcie flota wyruszyła z Masampo. Pod dowództwem srogiego generała Hwanu Baku bez trudu opanowano wyspę Cuszimę. Dziesiątego czerwca padła wyspa Iki, a 23 czerwca pierwsze okręty ogromnej armady pojawiły się u wybrzeży Kiusiu. Przemknęły przez cieśninę obok mierzei Sziga i skierowały się do portu Hakosaki. Japończycy przewidująco obsadzili nowo wzmocniony falochron Mizuki wszystkimi wolnymi mężczyznami, lecz z ledwością wierzyli własnym oczom, ujrzawszy masy Mongołów wysypujące się na brzeg. Byli gotowi poświęcić życie, aby jak najdłużej stawiać czoło skoncentrowanemu atakowi i starać się odwlec chwilę, w której hordy Kubilaj-chana ruszą w głąb lądu. Wiedzieli jednak od początku, że ich wysiłki nie na wiele się zdadzą.

Niewiele mamy informacji o tym, co się naprawdę wydarzyło w okresie siedmiu tygodni – od lądowania Mongołów w czerwcu do dramatycznych wypadków w połowie sierpnia 1281 roku. Wiadomo tylko, że najeźdźcy nie zdołali przedostać się lub zostali zatrzymani przy falochronie Mizuki i że w ostateczności nie pokonali obrony wybrzeży Japonii17. Należy przypuszczać, że znów rozproszyli swoje siły po całym wybrzeżu, zamiast skoncentrować się na jednym, decydującym uderzeniu. Mongolskie wojsko rozpadło się na niewielkie grupki atakujące łatwe cele, jak klasztory, które dawały im okazję do zdobycia ogromnych bogactw. Niezależnie od przyczyny, walki pozycyjne na wybrzeżu trwały przez całe lato. Nieliczne zapiski donoszą, że straty japońskie, szczególnie w rejonie półwyspu Sziga, były nadspodziewanie duże. Dowodzi to, że bitew było wiele i miały one gwałtowny przebieg.

W początkach sierpnia mongolski dowódca postanowił zgromadzić wszystkie siły, żeby wreszcie pokonać obronę Mizuki. Wysłał okręty, aby pozbierały rozproszone wojska. Nie zdoławszy utworzyć przyczółka mostowego na brzegu, rozkazał wojsku pozostać na pokładach okrętów zakotwiczonych u wybrzeży Takaszimy (wyspa Hawk) aż do dnia zmasowanej inwazji. Japończycy byli już tak wycieńczeni, że nie zdołaliby przetrwać jeszcze jednego ataku, zwłaszcza tak przeważającej liczby napastników.

Lecz gdy nawet najpotężniejsi natkną się na niszczycielskie siły natury, wiatr niesie ze sobą odór śmierci. Ten fatalny dzień 15 sierpnia 1281 roku zmienił bieg historii, a do światowego słownika doszło nowe określenie: kamikaze. W chwili największej potrzeby zmienne koleje losu wojny potoczyły się na korzyść Japończyków: Mongołowie zaplanowali atak tego samego popołudnia, kiedy nadszedł tajfun.

Od wielu dni sytuacja baryczna na Pacyfiku zapowiadała kataklizm. Znad przegrzanego oceanu unosiły się ogromne masy pary wodnej, tworząc najpierw wysoką kolumnę chmur, która następnie jęła wirować wokół „martwego oka”. Wznoszące się nieustannie prądy strumieniowe wyższych warstw atmosfery zniosły sztorm w kierunku północno-zachodnim, ku Cieśninie Koreańskiej. Wirujący dysk dotarł do Japonii późnym popołudniem 14 sierpnia. Mniej więcej w tym samym czasie, w którym tatarska armada płynęła ku brzegowi, by wysadzić żołnierzy na ląd, wiatr jął się wzmagać, a morze burzyć. Większe okręty nie były w stanie dopłynąć do wyznaczonych punktów na brzegu i trzeba je było ciągnąć łodziami wiosłowymi; inne z kolei wpadły w martwą nawietrzną w kanale, w którym nie można było manewrować, szczególnie w pobliżu piaszczystego cypla wystającego z Szigi. Setki okrętów wtłoczyły się w lagunę, tymczasem inne, walczące z prądem głębinowym, zatarasowały wąskie wejście do zatoki. Gdy nadeszły pierwsze uderzenia szkwału, okręty znajdujące się najbliżej brzegu musiały spuścić trapy, żeby przetransportować ludzi i konie na mniejsze jednostki, które mogły dopłynąć do brzegu. Morze było lekko wburzone. Chińscy kapitanowie spoglądając w niebo, próbowali ostrzec swych mongolskich dowódców o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Jednak wojownicy wdrożeni do walki na lądzie nie mieli pojęcia, jak groźny może być morski żywioł, niechętnie więc słuchali marynarzy. Ich zadaniem było wysadzenie na brzeg żołnierzy i przeprowadzenie planowanego ataku.

Wiatr się wzmagał, a przez wąskie gardło cieśniny przewalały się coraz większe fale. Wkrótce okręty zaczęły kręcić się w koło, utrzymywane jedynie linami kotwicznymi. Niebo poczerniało od wirujących chmur, wyrzucając raz za razem fioletowe i pomarańczowe błyskawice. Do zakotwiczonych okrętów zaczęła się zbliżać cienka biała linia, rozciągająca się na ciemnym horyzoncie, jak okiem sięgnąć; była to pierwsza potworna fala, za którą podążały spienione masy morskiej wody. Pragnąc jak najprędzej wydostać się z płycizn i raf, kapitanowie rozkazali przeciąć liny kotwic. Biała woda z rykiem przetoczyła się ponad płyciznami i piaszczystą mierzeją, wpadając do zatoki. Jak gigantyczną pięścią wyrzuciła w powietrze wiele mniejszych jednostek, ciskając nimi o skały. Fala z hukiem wdarła się na skaliste urwiska, a odbiwszy się od nich, zmiotła z powierzchni statki, jakby to były drewniane patyczki. Wszystko to wpadło w wir wodny, nawet największe okręty kręciły się jak dziecinne zabawki na grzbietach wielkich jak góry fal. Na pokłady zwaliły się tony wody, zmywając z nich wszystko, co żywe i martwe. Konie zerwały się z uwięzi i skakały za burtę, ludzie chwytali się lin tylko po to, aby w następnej sekundzie rozbić się o bok statku. Błyskawice waliły nieustannie, oświetlając upiornym blaskiem tę niezwykłą scenerię: potężną armadę zatapianą przez szalejący tajfun18.

Setki okrętów, które przetrwały pierwszy szał żywiołu, utknęły teraz u ujścia rzeki i pozbawione możliwości manewru rzucane były olbrzymimi falami i albo tonęły, albo wpadały na siebie. Żagle porozrywane i poplątane, maszty połamane, belki popękane – statki i ludzie wciągnięci w potworny wir oceanu.

Panika i zamieszanie zapanowały również wśród tych, którzy zdołali już wysiąść na ląd. Zagrażały im gigantyczne fale, które zmywały wszystko z plaż, wciągając Mongołów w morską toń.

Tajfun z jednakową mocą szalał przez całą noc i następny dzień. O pierwszym brzasku okręty, które jakimś cudem ocalały z nocnego piekła, usiłowały wydostać się z ujścia rzeki. Ale ich szanse kształtowały się jak jeden do stu, bo było zbyt wiele jednostek i zbyt wiele wraków utknęło w kleszczach silnych prądów głębinowych, które wsysały je nieubłaganie w kierunku cieśniny. Podczas gorączkowych prób ucieczki przed kipielą statki wpadały na siebie, rozbijały się o podwodne skały lub były spychane na płycizny, skąd każda kolejna fala gnała je w głąb lądu. Cieśnina Sziga była zablokowana przez zatopione jednostki, a wybrzeże usiane drewnem z rozbitych statków i zmasakrowanymi ciałami ludzi i zwierząt. Te okręty, które zdołały wypłynąć na otwarte morze, niknęły w pianie i nikt już ich więcej nie zobaczył.

Była to totalna katastrofa, a jej ofiary nie miały swych grobów. Ówczesny koreański kronikarz19 tak to opisał:

Sztorm przyszedł z zachodu, a wszystkie okręty gromadziły się u wejścia do zatoki. Wielkie fale pchały je w jej uścisk. Kiedy skupiły się w jednym miejscu u ujścia rzeki, nastąpiła katastrofa. Okręty stłoczyły się i zaczęły wzajemnie zgniatać, a ciała ludzi i kawałki drewna pokryły wodę tak grubą warstwą, że można byłoby po niej przejść z jednego brzegu zatoki na drugi. Wraki wiozły na pokładzie 100 000 ludzi z południowych Chin.

Niektórym rozbitkom udało się przedostać na wyspę Takaszimę. Utracili większość ze swego rynsztunku, a ich dowódcy utonęli. Japoński wódz Szoni Kagasuke, prowadzący dzielnych samurajów z Choszin, wyrżnął ich w liczbie 3000. Wraz ze śmiercią ostatniego generała Czang Paka skończyła się wielka mongolska inwazja. Klęska była tak potworna, że chan stracił wszelką ochotę na kolejne awantury tego rodzaju. Kubilaj-chan zmarł w 1294 roku, a jego następca Timur-chan zrezygnował z jakichkolwiek prób podboju Japonii.

A Japończycy szaleli z radości, wierni udali się do świątyń, by wznieść dziękczynne modły. Prawdziwymi bohaterami były tysiące bezimiennych samurajów, którzy poświęcili życie, by przez siedem długich tygodni walczyć z hordami barbarzyńców. Trzeba też wspomnieć o żelaznej woli i ręce szoguna Tokimune20, który uratował niepodległość Japonii. Jednakże kapłani twierdzili – poniekąd nie bez racji – że Imperium Wschodzącego Słońca zostało ocalone przez boga pogody. Japończycy nigdy nie zapomnieli legendy o cudownym sztormie. Umocniła ich wiarę, że szintoistyczni bogowie chronili ich kraj. Na ich cześć nazwali burzę kamikaze, czyli Boski Wiatr.

Cudowne ocalenie Japonii dzięki żywiołom owego dnia w 1281 roku miało dla Azji dalekosiężne konsekwencje. Władcy jedynej militarnej potęgi na Dalekim Wschodzie, która była w stanie oprzeć się ekspansjonizmowi kontynentalnych Chin, postanowili, że ich poddani będą chronieni przed wpływem z zewnątrz za morskimi obwarowaniami. W ten sposób Japonia popadła w izolacjonizm. Przez siedem kolejnych stuleci morze chroniło Imperium Wschodzącego Słońca. Ale w przyszłości miała nadejść kolejna inwazja i następny kamikaze, Boski Wiatr.

Zdarzenie to nastąpiło 663 lata później.

Koniec wersji demonstracyjnej.

Przypisy dolne

[1] Biblia Tysiąclecia, wyd. III, Poznań – Warszawa 1982.

[2] Trawestacja fragmentu Życia i śmierci króla Jana Williama Szekspira: „Nie legła Anglia...” (przeł. Stanisław Koźmian).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Najsłynniejsze rewolucje i zamachy stanu Jak pogoda zmieniała losy wojen i świata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?