Nierówności. Co da się zrobić?

Nierówności. Co da się zrobić?

Autorzy: Anthony B. Atkinson

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 51.91 zł

Nierówności są z nami od zawsze: archeologowie znajdowali ich ślady na prehistorycznych stanowiskach, w starożytnej republice rzymskiej senatorzy bogacili się kosztem niewolników i podbitych terytoriów, w czasach reformacji w niemieckich miastach współczynnik Giniego szybował do niebotycznych poziomów. Czy skoro po tylu latach reform, wojen i postępu wciąż nie poradziliśmy sobie z tym, że jedni mają więcej a inni mniej, problem w ogóle da się rozwiązać?

Anthony B. Atkinson, jeden z najważniejszych badaczy zajmujących się nierównościami, twierdzi że tak, choć będzie to wymagało reform bardziej wyszukanych niż zwykłe podwyższenie podatków dla bogatych i szeregu kompleksowych zmian w dziedzinach zatrudnienia, technologii, ubezpieczeń społecznych, dystrybucji kapitału i opodatkowania.

Anthony B. Atkinson

Nierówności. Co da się zrobić?

Tytuł oryginału:

Inequality. What Can Be Done?

Warszawa 2017

Copyright © by the President

and Fellows of Harvard College, 2015

Copyright © for this edition

by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-04-2

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Supported by a grant from the Open Society Foundations.

Książka ukazuje się przy wsparciu Open Society Foundations.

Spis treści

Podziękowania

Wprowadzenie

Część 1. Diagnoza

Rozdział 1. Przygotowanie gruntu

Rozdział 2. Lekcje z historii

Rozdział 3. Ekonomia nierówności

Częściowe podsumowanie

Część 2. Propozycje działań

Rozdział 4. Zmiana technologiczna i władza równoważąca

Rozdział 5. Zatrudnienie i płaca w przyszłości

Rozdział 6. Dzielenie kapitału

Rozdział 7. Progresywne opodatkowanie

Rozdział 8. Zabezpieczenie społeczne dla wszystkich

Propozycje służące zmniejszeniu rozmiarów nierówności

Część 3. Czy da się to zrobić?

Rozdział 9. Czy tort się skurczy?

Rozdział 10. Globalizacja uniemożliwia działanie?

Rozdział 11. Czy nas na to stać?

Droga naprzód

Słownik

Przypisy

Lista tabel i wykresów

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Podziękowania

Książka ta jest efektem badań nad ekonomią nierówności, prowadzonych przeze mnie od ukończenia studiów ekonomicznych w 1966 roku. W ciągu tych prawie pięćdziesięciu lat zaciągnąłem liczne długi wobec osób, z którymi pracowałem, kolegów i koleżanek na całym świecie, studentów i studentek oraz autorów i autorek publikacji z innych dziedzin. Wyróżnić mogę tylko niektóre z tych osób. Przez dłuższy czas badałem zagadnienia nierówności dochodowej z (w kolejności alfabetycznej): François Bourguignonem z Ecole d’économie de Paris; Andreą Brandolinim z Banku Włoch; Andrew Leighem (obecnie zasiada w parlamencie Australii); Ericiem Marlierem z CEPS, Luksemburg; Johnem Micklewrightem z Univerisity College London; Brianem Nolanem z Oksfordu; Thomasem Pikettym z Ecole d’économie de Paris; Emmanuelem Saezem z University of California, Berkeley; Timem Smeedingiem z University of Wisconsin-Madison oraz z Holly Sutherland z University of Essex. W ostatnich latach pracowałem z: Rolfem Aaberge i Jørgenem Modalslim ze Statistisk sentralbyrå / Statistics Norway; Facundem Alvaredo, Salvatorem Morellim i Maxem Roserem z Programme for Economic Modelling w INET przy Oxford Martin School; Jakobem Søgaardem z Uniwersytetu Kopenhaskiego i duńskiego Ministerstwa Finansów oraz Charlesem Diamondem, założycielem Inequality Briefing (inequalitybriefing.org/). W Nuffield College, idealnym miejscu do prowadzenia badań, toczyłem wiele dyskusji m.in. z takimi osobami jak: Bob Allen, Christopher Bliss, Duncan Gallie, John Goldthorpe, David Hendry, Paul Klemperer, Meg Meyer i John Muellbauer. Wszystkim wymienionym wyżej zawdzięczam wiele i chciałbym w tym miejscu wyrazić im wdzięczność za przyjemność wspólnej pracy. Pisząc tę książkę, korzystałem z doświadczeń wyniesionych z redagowania razem z François Bourguignonem drugiego tomu Handbook of Income Distribution, opublikowanego przez wydawnictwo Elsevier w grudniu 2014 roku. Chciałbym podziękować wszystkim z ponad pięćdziesięciu autorów i autorek, których artykuły zostały w nim opublikowane.

Książka ta wyrasta z dwóch publicznych wykładów i jednego artykułu: wykładu „Dokąd zmierza nierówność?” (w ramach Arrow Lectures, organizowanych przez Stanford Center for Ethics in Society), wygłoszonego w maju 2013 roku; plenarnego wykładu „Czy jesteśmy w stanie zmniejszyć nierówność?”, wygłoszonego na corocznej konferencji Nationalökonomische Gesellschaft (Austriackiego Towarzystwa Ekonomicznego w Wiedniu) w maju 2014 roku; oraz artykułu After Piketty, który został opublikowany w specjalnym wydaniu „British Journal of Sociology” (2014, nr 65), poświęconym książce Thomasa Piketty’ego Kapitał w XXI wieku. Oba wykłady i artykuł przygotowałem podczas pracy jako Centennial Professor w London School of Economics. Jestem niezwykle wdzięczny LSE i kolegom z tej uczelni za wsparcie, którego udzielili mi podczas pracy nad tymi projektami i w okresie, kiedy byłem jedynie wirtualnym uczestnikiem naszych wspólnych przedsięwzięć. W trakcie przekształcania opracowanych treści w książkę korzystałem z idei wypracowanych w latach 2012 – 2013, kiedy otrzymałem ECFIN Fellowship – chciałbym zatem wyrazić wdzięczność Komisji Europejskiej za udzielenie moim badaniom owego wsparcia.

W pracy nad książką pomogło mi wiele osób, jednak szczególnie warto wspomnieć, że obliczenia z rozdziału 11 zostały przygotowane przez Holly Sutherland i jej koleżanki Paolę De Agostini, Chrysę Leventi oraz Ivę Tassevą z Institute of Social and Economic Research na University of Essex. W roku 1983 razem z Holly zaczęliśmy pracę nad TAXMOD, opartym na mikrodanych modelem podatkowo-świadczeniowym dla Wielkiej Brytanii, który był częścią finansowanego przez ESRC programu Taxation, Incentives and the Distribution of Income, kierowanego przez Mervyna Kinga, Nicka Sterna i mnie. W tamtym czasie TAXMOD w przyjacielskiej rywalizacji z Institute for Fiscal Studies wyznaczał międzynarodowe standardy, a Holly rozwinęła później te badania w znakomity model dla całej Unii Europejskiej – EUROMOD. W obliczeniach w rozdziale 11 użyte zostały składniki modelu dla Wielkiej Brytanii. Nie trzeba dodawać, że zespół z Essex nie jest odpowiedzialny za treść rozdziału, lecz bez ich gotowości do współpracy i wnikliwych uwag rozdział ten nie mógłby powstać.

W książce odnoszę się do wielkiej zmiany, jaka dokonała się w dostępie do danych od czasu, gdy w latach 60. rozpocząłem badania nad dystrybucją dochodów. Przy tworzeniu wykresów korzystałem w szczególności z Chartbook of Economic Inequality – przygotowaliśmy ją razem z Salvatorem Morellim z World Top Income Database (za który odpowiedzialny jest Facundo Alvaredo); oraz z LIS Key Figures, opublikowanego przez LIS Cross-National Data Center w Luksemburgu (któremu z dumą przewodniczę). Istnieje jednak dużo więcej instytucji i podmiotów udostępniających dane i choć jest ich zbyt wiele, by wszystkie wymienić, wszystkim należą się podziękowania.

Jestem również wdzięczny za lekturę części lub całości maszynopisu, często pod presją czasu, oraz za motywację do pracy (dawało mi ją ich zainteresowanie postępami) następującym osobom: Rolfowi Aaberge, Facundowi Alvaredo, Charlesowi Atkinsonowi, Estelle Atkinson, Judith Atkinson, Richardowi Atkinsonowi, Sarah Atkinson, François Bourguignonowi, Andrei Brandoliniemu, Zsuzsie Ferge, Davidowi Hendry’emu, Johnowi Hillsowi, Chrysie Leventi, Ianowi Malcolmowi, Ericowi Marlierowi, Claudine McCreadie, Johnowi Micklewrightowi, Salvatore Morellemu (który pomagał mi również przy opracowaniu wykresów), Brianowi Nolanowi, Maari Paskov, Thomasowi Piketty’emu, Maxowi Roserowi, Adrianowi Sinfieldowi, Timowi Smeedingowi, Holly Sutherland oraz Ivie Tassevej. Ich uwagi znacząco przyczyniły się do udoskonalenia tekstu, niejednokrotnie wymuszając napisanie niektórych fragmentów od nowa.

Prowadziłem ciekawe dyskusje o wybranych aspektach tej książki z Julianem Le Grandem, Ruth Hancock oraz Wiemerem Salverdą. Charlotte Proudman wspierała mnie na wczesnym etapie prac. Maarit Kivilo pomagała przy opracowywaniu przypisów. Praca nad książką z Ianem Malcolmem, redaktorem w Harvard University Press, oraz jego kolegami i koleżankami była prawdziwą przyjemnością; dziękuję im za pomoc i motywowanie do pracy.

W badaniach, które leżą u podstaw tej książki, wspomagały mnie koleżanki i koledzy z Inequality Group, stanowiącej część programu EMoD – Economic Modelling (wspieranego przez INET – Institute for New Economic Thinking przy Oxford Martin School), powiązanej obecnie z programem Employment, Equity and Growth w INET przy Oxford Martin School. Jestem w szczególności wdzięczny Davidowi Hendry’emu, który nie tylko stworzył przestrzeń dla Inequality Group i wspierał jej pracę przez ostatnie osiemnaście miesięcy, kiedy byłem odizolowany w domu, lecz również zasugerował, bym napisał książkę zbierającą moje rozważania nad różnymi aspektami nierówności. Oczywiście ani on, ani jakakolwiek inna osoba wymieniona w podziękowaniach nie jest odpowiedzialna za błędy w analizie lub wyrażone w tej pracy opinie.

Honoraria, które otrzymam za tę książkę do roku 2020, zostaną przekazane następującym fundacjom: Oxfam, Tools for Self Reliance, Emmaus UK oraz Quaker Housing Trust.

Wprowadzenie

Kwestia nierówności znajduje się obecnie w centrum debaty publicznej. Wiele pisze się o 1 % i 99 %, a świadomość rozmiarów nierówności jest większa niż kiedykolwiek wcześniej. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama oraz dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Christine Lagarde ogłosili, że rosnące nierówności są obecnie priorytetowym problemem. Kiedy Pew Research Center’s Global Attitudes Project zapytał respondentów w 2014 roku o największe zagrożenie dla świata, okazało się, że w Stanach Zjednoczonych oraz w Europie „zaniepokojenie nierównością przewyższa wszelkie inne zagrożenia”1. Co jednak możemy zrobić, jeśli traktujemy ten problem poważnie? Jak można przełożyć zwiększoną świadomość społeczną na programy i działania, które rzeczywiście zmniejszą nierówności?

W tej książce przedstawiam konkretne rozwiązania polityczne, które są według mnie w stanie doprowadzić do prawdziwej zmiany w dystrybucji dochodów i w efekcie zmniejszyć nierówności. Wyciągając wnioski z historii i proponując nowe spojrzenie – ogniskujące się na kwestii dystrybucji – na ekonomiczne podłoże stosunków społecznych, staram się pokazać, co można zrobić, by ograniczyć to niepokojące zjawisko. Robię to w duchu optymizmu. Świat mierzy się z olbrzymimi problemami, ale razem nie jesteśmy bezradni w obliczu sił wymykających się naszej kontroli. Przyszłość jest jak najbardziej w naszych rękach.

Plan książki

Książka dzieli się na trzy części. Część I zawiera diagnozę obecnej sytuacji. Co mamy na myśli, mówiąc o nierównościach, i jaka jest dzisiaj ich skala? Czy wcześniej istniały okresy, w których nierówności malały, a jeśli tak, to czego możemy się z nich nauczyć? Co ekonomia jest nam w stanie powiedzieć o przyczynach nierówności?

Kolejne rozdziały przechodzą jeden w drugi bez podsumowań, choć na końcu części I dołączyłem „Częściowe podsumowanie”. Część II przedstawia piętnaście propozycji wskazujących konkretne kroki, które mogą podjąć państwa w celu zmniejszenia nierówności. Pełen zestaw propozycji i pięć kolejnych „celów, do których należy dążyć”, można znaleźć na końcu części II.

W części III rozważam różne zastrzeżenia wobec tych propozycji. Czy jesteśmy w stanie zagwarantować wszystkim równy start bez utraty miejsc pracy lub spowalniania wzrostu gospodarczego? Czy stać nas na program zmniejszania nierówności? Wytyczona na końcu części III „Droga naprzód” podsumowuje wszystkie propozycje i sposoby, które można wprowadzić w życie.

Rozdział 1 przygotowuje grunt pod dyskusję o znaczeniu nierówności i daje wstępny obraz jej rozmiarów. Dużo się mówi o „nierówności”, ale nierzadko prowadzi to do wielu nieporozumień, jako że termin ten dla różnych osób oznacza różne rzeczy. Nierówność powstaje na wielu obszarach ludzkiej aktywności. Ludzie nie mają takiej samej władzy politycznej, nie są równi przed prawem. Nawet nierówność ekonomiczna, na której skupiam się w tej książce, jest pojęciem otwartym na różne interpretacje. Trzeba zatem wyjaśnić, jakie stawiamy sobie cele i jaki jest ich związek z wartościami społecznymi. Czy zajmujemy się nierównością szans, czy nierównością wyników? Jakie rezultaty powinny nas interesować? Czy powinniśmy się skupiać wyłącznie na biedzie? Stykając się z danymi na temat nierówności, należy zawsze pytać: nierówność czego w jakiej grupie? W dalszej części rozdziału przedstawiam pierwszy zarys dysproporcji ekonomicznych i ich zmian w ciągu ostatnich 100 lat. Robię to nie tylko po to, by wyjaśnić, dlaczego dzisiaj nierówności uważa się za tak poważny problem, ale również w celu zaznaczenia, które ich aspekty mnie interesują.

Jednym z tematów książki jest duże znaczenie nauki, którą możemy wyciągnąć z minionych dziesięcio- i stuleci. Być może zdanie z książki Santayany The Life of Reason: „ci, którzy nie potrafią pamiętać przeszłości, skazani są na jej powtarzanie”2, stało się już frazesem, ale jak każdy frazes zawiera w sobie dużą dozę prawdy. W historii możemy znaleźć zarówno punkt odniesienia dla oceny tego, co możemy osiągnąć w kwestii zmniejszania nierówności, jak i wskazówki, jak to uczynić. Na szczęście historyczne badania nad dystrybucją dochodów są tą dziedziną ekonomii, w której w ostatnich latach poczyniono olbrzymie postępy. Książka ta nigdy by nie powstała, gdyby nie olbrzymia ilość nowych danych empirycznych, opisanych w rozdziale 2, dotyczących rozkładu dysproporcji ekonomicznych w czasie w różnych krajach. Z danych tych możemy wyciągnąć ważne wnioski, w szczególności na temat tego, jak zmniejszano nierówności w Europie w pierwszych dekadach powojennych. Spadek poziomu dysproporcji rozpoczął się już podczas II wojny światowej, był jednak między innymi efektem działania różnych sił równoważących je w okresie od roku 1945 do lat 70. W kolejnych latach te wyrównujące mechanizmy – wliczając w to świadomie stosowane rozwiązania polityczne – albo przestały funkcjonować, albo wręcz zostały odwrócone w efekcie tego, co nazywam „zwrotem nierównościowym” początku lat 80. Od tego momentu nierówności wzrastały w wielu krajach (choć nie wszędzie, jak podkreślam, mając na myśli Amerykę Łacińską).

Siły, które doprowadziły do zmniejszenia nierówności w dekadach powojennych, mogą służyć jako drogowskaz do konstruowania programów na przyszłość. Świat jednak przeszedł w międzyczasie dramatyczne zmiany. W rozdziale 3 zajmuję się ekonomią dzisiejszych nierówności. Zaczynam od podręcznikowej narracji o połączonych siłach technologicznej zmiany i globalizacji – siłach, które w sposób radykalny przekształcają rynek pracy zarówno w krajach bogatych, jak i krajach rozwijających się, i które prowadzą do powiększania się luki w dystrybucji płac. Następnie jednak odchodzę od ujęć podręcznikowych. Postęp technologiczny nie jest siłą naturalną, ale odzwierciedla decyzje społeczne i ekonomiczne. Wybory dokonywane przez firmy, jednostki i rządy mogą wpłynąć na kierunek rozwoju technologii, a tym samym na dystrybucję dochodów. Prawo popytu i podaży może nakładać ograniczenia na wysokość płac, lecz wciąż pozostawia wciąż mnóstwo możliwości manewru w szerokim spektrum wynagrodzeń. Potrzebujemy lepszej analizy, która brałaby pod uwagę kontekst ekonomiczny i społeczny. Podręcznikowa narracja skupia się na rynku pracy i pomija w ogóle rynek kapitałowy. Rynek ten i związana z nim kwestia udziału zysków w całkowitym dochodzie stanowiły w przeszłości główne elementy analizy dystrybucji dochodów – i powinny znowu się nimi stać.

Po diagnozie czas na działanie. Część II książki przedstawia listę propozycji, których realizacja mogłaby znacząco zmniejszyć poziom nierówności w naszych społeczeństwach. Propozycje te wiążą się z wieloma obszarami polityki i nie ograniczają się wyłącznie do redystrybucji fiskalnej, jak ważna by ona nie była. Zmniejszenie nierówności powinno być priorytetem dla wszystkich. Na poziomie rządowym jest to zagadnienie ważne zarówno dla ministra odpowiedzialnego za naukę, jak i dla ministra zajmującego się opieką społeczną; jest to kwestia zarówno regulacji konkurencji, jak i reform rynku pracy. Powinny się nią interesować jednostki jako pracownicy, pracodawcy i konsumenci, oszczędzający i podatnicy. Nierówność zakorzeniona jest w strukturze naszego społeczeństwa i naszej gospodarki, więc zadanie jej zmniejszenia wymusza na nas przyjrzenie się wszystkim ich aspektom.

W związku z tym pierwsze trzy rozdziały części II dotyczą różnych elementów gospodarki: rozdział 4 – zmiany technologicznej i jej wpływu na dystrybucję, włączając w to związek ze strukturą rynku i władzą równoważącą; rozdział 5 – rynku pracy i zmieniającego się charakteru zatrudnienia; a rozdział 6 – rynku kapitałowego i dzielenia się bogactwem. W każdym przypadku siła rynkowa i jej umiejscowienie odgrywają znaczącą rolę. Dystrybucja bogactwa stała się być może w XX wieku mniej skoncentrowana, ale to nie oznacza, że nastąpiło przemieszczenie kontroli nad podejmowaniem decyzji ekonomicznych. Ostatnie dekady zmian na rynku pracy, w tym znaczący wzrost „elastyczności”, doprowadziły do przeniesienia władzy z rąk pracowników do rąk pracodawców. Rozrost międzynarodowych korporacji oraz liberalizacja handlu i rynku kapitałowego wzmocniły pozycję firm wobec klientów, pracowników i rządów.

Rozdziały 7 i 8 podejmują zagadnienia progresywnego opodatkowania i państwa dobrobytu. Niektóre z zaproponowanych środków, takie jak powrót do bardziej progresywnego podatku dochodowego, były już wielokrotnie dyskutowane, ale inne mogą być pewnym zaskoczeniem, jak na przykład idea „dochodu partycypacyjnego” jako podstawy ochrony socjalnej.

Standardową odpowiedzią na pytanie „Jak możemy walczyć z rosnącą nierównością?” jest zachęcanie do zwiększania inwestycji w edukację i rozwój umiejętności. O tych rozwiązaniach mówię stosunkowo mało, ale nie dlatego, że uważam je za nieistotne, lecz z tego względu, że już wielokrotnie je zalecano3. Jestem oczywiście zwolennikiem tego rodzaju inwestycji w rodzinę i edukację, niemniej chciałbym zwrócić uwagę na bardziej radykalne propozycje – takie, które wymagają od nas przemyślenia fundamentów naszych współczesnych społeczeństw i odrzucenia politycznych idei, dominujących w ostatnich dziesięcioleciach. Z tego powodu mogą one na pierwszy rzut oka wydawać się dziwaczne i niepraktyczne. Dlatego też część III książki poświęcona jest zarzutom wobec tych propozycji i oszacowaniu, na ile możliwa jest ich realizacja.

Zgodnie z najbardziej oczywistym zastrzeżeniem nie stać nas na te konieczne rozwiązania. Jednak przed przejściem do arytmetyki budżetowej rozważam bardziej ogólny zarzut, jakoby istniał niemożliwy do uniknięcia konflikt między sprawiedliwością a efektywnością. Czy rzeczywiście redystrybucja z konieczności zniechęca? Rozdział 9 dotyczy ekonomii dobrobytu oraz „kurczącego się tortu”. Drugi zestaw zarzutów wobec przedstawionych w książce propozycji można sprowadzić do tego, że „są świetne, ale dzisiejszy stopień globalizacji oznacza, że państwo nie jest w stanie wkroczyć na tak radykalną ścieżkę”. Ten potencjalnie poważny argument rozważam w rozdziale 10. W rozdziale 11 przechodzimy do „politycznej arytmetyki” przedstawionych propozycji: implikacji dla budżetu państwa ze specyficznym case study Wielkiej Brytanii. Zapewne niektórzy czytelnicy zaczną lekturę książki od tej części. Kwestię tę zostawiłem na sam koniec nie dlatego, że uważam ją za nieistotną, lecz ponieważ przedstawiona analiza z konieczności odnosi się do określonego czasu i miejsca. Przychody z proponowanych podatków oraz koszty transferów społecznych zależą od instytucjonalnych struktur oraz innych czynników specyficznych dla danego kraju. Moim celem jest zatem wyjaśnienie sposobu, w jaki ekonomiści oceniają szanse wprowadzenia rozwiązań politycznych na podstawie tego, co można dzisiaj zrobić w Wielkiej Brytanii. Dla niektórych z propozycji nie można przeprowadzić tego rodzaju kalkulacji, niemniej starałem się przybliżyć, jak wyglądałaby ich kolizja z finansami publicznymi.

Czego można oczekiwać

Książka ta jest efektem moich refleksji nie tylko nad przyczynami nierówności i sposobami walki z nimi, ale także nad stanem współczesnej myśli ekonomicznej. W angielskiej powieści z roku 1932 Cold Comfort Farm („Farma marnej pociechy”) autorka, Stella Gibbons, zastosowała (bez wątpienia z przymrużeniem oka) system oznaczania za pomocą gwiazdek „lepszych fragmentów”, by pomóc czytelnikowi, który nie był pewny, „czy dane zdanie jest Literaturą, czy […] samymi tylko bzdurami”4. Zastanawiałem się nad wykorzystaniem tego samego systemu, zaznaczając ustępy, w których odchodzę od konwencjonalnych mądrości, tak by czytelnicy obawiający się „bzdur” wiedzieli, kiedy mobilizować uwagę. W końcu zarzuciłem ten pomysł, jednak sygnalizuję fragmenty, w których odchodzę od mainstreamowych twierdzeń. Powinienem jednak podkreślić, że nie uważam, iż moje podejście do problemu jest z konieczności lepsze, a jedynie, że istnieje więcej niż jeden sposób uprawiania ekonomii. Nauczono mnie w Cambridge w Anglii i w Cambridge w Massachusetts, by zawsze pytać „Kto zyskuje, a kto traci?” na gospodarczej zmianie lub polityce ekonomicznej. Tego pytania często brakuje w dzisiejszych dyskusjach medialnych i debacie publicznej. Liczne modele ekonomiczne zakładają istnienie identycznych reprezentatywnych agentów przeprowadzających subtelne procesy podejmowania decyzji, a lekceważą kwestie dystrybucji, dlatego nie pozwalają na postawienie pytania o sprawiedliwość ich rezultatów. Według mnie powinno się stworzyć przestrzeń dla dyskusji o tych kwestiach. Nie istnieje tylko jedna Ekonomia.

Książka jest skierowana do szerokiego kręgu odbiorców interesujących się ekonomią i polityką. Materiał techniczny jest właściwie w całości zamieszczony w przypisach, a na końcu dołączyłem słownik niektórych stosowanych przeze mnie pojęć. Listę źródeł wszystkich wykresów można znaleźć na końcu książki. Cały czas miałem w pamięci dictum Stephena Hawkinga, że „każde równanie zmniejsza liczbę czytelników o połowę”. W tekście głównym nie ma żadnych równań, tak więc mam nadzieję, że czytelnicy dotrą do końca książki.

DIAGNOZA 1

Przygotowanie gruntu 1

Książka ta dotyczy sposobów zmniejszania skali nierówności i dlatego już na samym początku warto jasno określić, czym ten cel jest, a czym nie jest. Zacznę może od zwrócenia uwagi na jedno mylne rozumienie tego zagadnienia. Nie dążę do usunięcia wszelkich różnic w wynikach ekonomicznych, nie dążę do totalnej równości. W rzeczy samej pewne różnice w ekonomicznej gratyfikacji mogą być jak najbardziej usprawiedliwione. Celem jest tu raczej z m n i e j s z e n i e nierówności, sprowadzenie ich poniżej obecnego poziomu zgodnie z przekonaniem, że jest on zbyt wysoki. Propozycję tę formułuję świadomie w kategoriach kierunku ruchu, a nie ostatecznego punktu docelowego. Czytelnicy nie zawsze mogą się zgodzić ze mną co do tego, na jaką skalę nierówności możemy przystać, zgadzając się jednocześnie ze stwierdzeniem, że obecny poziom jest nie do zaakceptowania i nie do utrzymania.

W tym rozdziale przyglądam się powodom, dla których powinniśmy zainteresować się zagadnieniem nierówności i ich relacjami z podstawowymi wartościami społecznymi. Następnie kieruję uwagę na dane empiryczne. Jak duża jest skala nierówności w naszych społeczeństwach? Jak bardzo nierówność wzrosła? Gdy tylko przyjrzymy się ogólnym prawidłowościom, niezbędna stanie się głębsza analiza. Co właściwie ujmuje się w statystykach i czego w nich brakuje? Kto jest w którym punkcie dystrybucji?

Nierówność szans i nierówność wyników

Słysząc termin „nierówność”, wielu ludzi myśli w kategoriach dążenia do „równości szans”. Wyrażenie to pojawia się często w przemówieniach polityków, manifestach partii i retoryce kampanii wyborczych. Jest to niezwykle skuteczne hasło, zakorzenione w długiej historii społecznych mobilizacji. W klasycznym już eseju Equality Richard Tawney twierdził, że wszyscy ludzie powinni być „w równym stopniu zdolni do jak najlepszego korzystania ze swoich umiejętności”. W najnowszych publikacjach ekonomicznych, czerpiących z prac Johna Roemera, czynniki wpływające na wyniki ekonomiczne dzieli się na te zależne od „okoliczności”, będące poza kontrolą jednostek, jak np. rodzaj środowiska rodzinnego, oraz „wysiłek”, za który odpowiada jednostka. O równości szans można mówić wtedy, gdy te pierwsze czynniki – okoliczności – nie odgrywają żadnej roli w końcowych wynikach. Jeśli niektórzy bardziej się przykładają do nauki w szkole, zdają egzaminy, dostają się na medycynę, to wtedy przynajmniej część (ale niekoniecznie całość) ich wyższych lekarskich pensji można przypisać włożonemu wysiłkowi. Jeśli jednak dostali się na studia medyczne dzięki temu, że mieli wpływowych rodziców (np. dana uczelnia uprzywilejowuje dzieci swoich absolwentów), to wtedy mamy do czynienia z nierównością szans5.

Pojęcie nierówności szans jest niezwykle atrakcyjne. Czy oznacza to jednak, że nierówność wyników jest nieistotna? Uważam, że odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”. Nierówność wyników wciąż się liczy, nawet dla tych, którzy zaczynają od troszczenia się o „równy start”. By pokazać, dlaczego tak jest, należy zacząć od wskazania na różnice między oboma pojęciami. Nierówność szans jest z istoty koncepcją ex ante – wszyscy powinni mieć takie same możliwości na starcie – podczas gdy większość działań redystrybucyjnych dotyczy wyników ex post. Ci, którzy uznają nierówność wyników za nieważną, postrzegają troskę o wyniki ex post jako nieuprawomocnioną i uważają, że jeśli zapewni się każdemu równy start w życiowym wyścigu, to nie powinno się już pytać o wyniki. Uważam taką postawę za niesłuszną z trzech powodów.

Po pierwsze, większość ludzi nie zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że można całkowicie zignorować wszystko, co się stanie po rozpoczęciu wyścigu. Jednostki mogą podejmować wysiłek, ale nie mieć szczęścia. Przypuśćmy, że parę osób się potknie i popadnie w biedę. W każdym społeczeństwie cechującym się ludzkimi odruchami osoby te otrzymają pomoc. Co więcej, nierzadko można się spotkać z opinią, że takim ludziom należy pomóc bez ustalania, co spowodowało ich problemy. Jak zauważają ekonomiści Ravi Kanbur i Adam Wagstaff, powinniśmy odczuwać moralną odrazę wobec „uzależniania rozdawania zupy od ustalenia, czy dana osoba znalazła się w kolejce po nią w wyniku niezależnych okoliczności, czy też własnych działań”6. Pierwszy powód przemawiający za wzięciem pod uwagę wyników dotyczy zatem tego, że nie możemy ignorować tych, dla których wyniki oznaczają nędzę – nawet jeśli ex ante mielibyśmy do czynienia z równością szans.

Znaczenie wyników sięga jednak znacznie głębiej. Przechodzimy do drugiego powodu, dla którego nierówność wyników jest istotna. Powinniśmy rozróżniać konkurencyjną i niekonkurencyjną równość szans. Ta druga gwarantuje, że wszyscy mają równe szanse na realizację swoich n i e z a l e ż n y c h projektów życiowych. Posłużmy się tu analogią do sportu: wszyscy mają szansę na uzyskanie karty pływackiej. W przeciwieństwie do tego konkurencyjna równość szans oznacza tylko tyle, że wszyscy mamy równe możliwości wzięcia udziału w wyścigu – w konkursie pływackim – w którym przewidziane są nierówne nagrody. W tym bardziej typowym przypadku mamy do czynienia z ex post nierównymi wynagrodzeniami, a zatem z nierównością wyników. To właśnie przez wysoce nierówną dystrybucję nagród przykładamy tyle wagi do tego, by upewnić się, że wyścig jest uczciwy. A struktura nagród jest zwykle konstruowana społecznie. Nasze społeczne i ekonomiczne konwencje określają to, czy zwycięzca otrzyma laur, czy 3 miliony dolarów (główna nagroda w turnieju tenisowym US Open w roku 2014). Określanie struktury nagród jest jednym z głównych problemów, które poruszam w tej książce.

Wreszcie – i jest to powód trzeci – nierównością wyników powinniśmy się interesować dlatego, że bezpośrednio wpływa ona na równość szans dla przyszłych pokoleń. Dzisiejsze wyniki ex post kształtują przyszłe warunki startu ex ante: beneficjenci dzisiejszej nierówności wyników mogą jutro dać nieuczciwą przewagę swoim dzieciom. Zainteresowanie nierównymi szansami i ograniczoną społeczną mobilnością zwiększyło się, gdy dystrybucja dochodów i bogactwa stała się dużo bardziej nierówna. Spowodowane jest to tym, że wpływ środowiska rodzinnego na wyniki zależy zarówno od tego, jak silny jest związek między środowiskiem i wynikami, jak i od skali nierówności różnych środowisk rodzinnych. Nierówność wyników w dzisiejszym pokoleniu jest źródłem nieuczciwej przewagi w pokoleniu następnym. Jeśli troszczymy się o jutrzejszą równość szans, powinniśmy zainteresować się dzisiejszą nierównością wyników.

Nierówność jako środek i cel sam w sobie

Zmniejszanie nierówności wyników jest zatem istotne nawet dla tych, dla których ostatecznym celem jest równość szans. To środek do celu. W ten sam sposób tacy wpływowi autorzy jak Joseph Stiglitz w Cenie nierówności oraz Kate Pickett i Richard Wilkinson w Duchu równości wskazali na inne instrumentalne powody, dla których powinniśmy interesować się nierównością wyników7. Według nich należy dążyć do zmniejszenia skali tego zjawiska, ponieważ niesie ono złe konsekwencje dla dzisiejszych społeczeństw; to właśnie wzrost nierówności powinniśmy obciążać winą za brak spójności społecznej, wzrost przestępczości, zapadalności na wiele chorób, odsetka ciąż u nastolatek, przypadków otyłości i wiele innych problemów społecznych. Przedstawiciele nauk społecznych ustalili istnienie związku między dysproporcją dochodową i rolą pieniędzy a wynikami demokratycznych wyborów, na których odciska piętno „taniec ideologii i nierówności bogactwa”8. Ekonomiści widzą w zwiększającej się nierówności źródło słabnięcia gospodarki. W swojej przemowie podczas corocznej konferencji Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego Christine Lagarde mówiła o „trzecim kamieniu milowym: nierówności i jakości wzrostu w świecie przyszłości”. Podkreślała również, że „z najnowszych badań przeprowadzonych przez MFW wynika, iż mniejszy poziom nierówności powiązany jest z większą makroekonomiczną stabilnością i bardziej zrównoważonym wzrostem”. Skala korzyści wynikających ze zmniejszania dysproporcji może być przedmiotem dyskusji, do których wrócę, gdy w rozdziale 9 przyjrzę się związkowi między nierównością i rozwojem gospodarczym.

Nierówność należy jednak zmniejszać nie tylko dlatego, że ma ona niekorzystne konsekwencje w rodzaju tych opisanych powyżej. Troska o łagodzenie dysproporcji może mieć także a u t o t e l i c z n y charakter. Bierzemy wówczas pod uwagę problemy, które sprawiają, że obecny poziom nierówności jest zbyt wysoki. Przyczyny można ująć w kategoriach szerszej teorii sprawiedliwości. Dla ekonomistów, którzy pisali na ten temat sto lat temu, naturalną perspektywą był utylitaryzm. Sprowadzając dobrobyt jednostki do poziomu korzyści osiąganego przez każdą osobę, twierdzili, że nadmierna nierówność redukuje całościową sumę korzyści, gdyż wartość dodatkowej jednostki dochodu (albo ogólniej: dodatkowej jednostki zasobów ekonomicznych) jest niższa dla tych, którym się powodzi. Brytyjski ekonomista Hugh Dalton, kanclerz skarbu z ramienia Partii Pracy po II wojnie światowej, ujął to tak: transfer 1 funta od osoby bogatej do osoby o gorszym statusie materialnym, przy zachowaniu wszystkich innych zmiennych, zmniejszyłby nierówność i zwiększył sumę korzyści społeczeństwa jako całości9.

Utylitaryzm był już wielokrotnie krytykowany, nie tylko za branie pod uwagę wyłącznie sumy indywidualnych korzyści i za to, że – jak sformułował to Amartya Sen – „w żadnym wypadku nie interesuje się tym, jak ta suma jest dystrybuowana między osoby. Czyni to utylitaryzm podejściem szczególnie nieadekwatnym do mierzenia czy oceniania nierówności”10. Z tego właśnie powodu przy mierzeniu dysproporcji większą wagę przywiązuje się do sytuacji osób mniej uprzywilejowanych. Wynika to z przyjętych w naszych społeczeństwach wartości w odniesieniu do redystrybucji i czyni troskę o równość celem samym w sobie. Kwestia, o ile większą wagę należy przywiązywać do sytuacji osób o gorszym statusie materialnym w stosunku do osób lepiej sytuowanych, jest sprawą kontrowersyjną. Pokazał to eksperyment z „przeciekającym wiadrem” zaproponowany przez ekonomistę Arthura Okuna. Zadał on pytanie, co by się stało, gdyby jakaś część tego 1 funta, który Danton chciał przenieść od bogatych do biednych, została po drodze zgubiona. Z udzielonej odpowiedzi Okun wydedukował, o ile ważniejsze byłyby dochody odbiorcy w porównaniu z dochodami dawcy, aby transfer uznać za uzasadniony. Jeśli połowa transferu „wycieknie z wiadra”, to wówczas musimy stwierdzić, że do dochodów odbiorcy należy przywiązywać dwukrotnie większą wagę niż do zasobów dawcy. Ludzie koncentrujący się na uboższych odbiorcach będą popierać większą redystrybucję dóbr i silniej dążyć do zmniejszania nierówności. W sytuacji granicznej cała uwaga skupiłaby się na grupach najgorzej sytuowanych, które to stanowisko często wiązane jest z Teorią sprawiedliwości Johna Rawlsa, choć jego koncepcja jest dużo bogatsza niż pokazuje to ten skrajny przykład11.

Stanowisko typu rawlsowskiego, zgodnie z którym faworyzuje się najmniej uprzywilejowanych, można uznać za nieco radykalne. Nie jest jednak odległe od postawy polityków postulujących cięcia w podatku dochodowym, ponieważ miałoby to stymulować działalność gospodarczą, a tym samym zwiększyć przychody, co z kolei przełożyłoby się na wzrost dochodów osób najbiedniejszych. Argument ten pokazuje, że koncepcja Rawlsa nie jest sama w sobie egalitarna. Maksymalizacja dobrobytu osób najmniej uprzywilejowanych może prowadzić do całkiem nierównej dystrybucji. W tym sensie bardziej radykalny od Rawlsa był Platon, według którego nikt nie powinien być ponad czterokrotnie bogatszy od najbiedniejszych członków społeczeństwa12. Z tej egalitarnej perspektywy nierówność jest istotna z racji dystansu dzielącego bogatych i biednych – jego istnienie może być powodem do podjęcia działania nawet wtedy, gdy najbiedniejsi nic na tym nie zyskają.

Wspomniana praca Rawlsa zapoczątkowała wśród filozofów moralności szeroką debatę nad naturą sprawiedliwości społecznej. Szczególnie istotne było ujęcie zasad sprawiedliwości w kategoriach dostępu do „dóbr pierwotnych”, które definiuje on następująco: „dobra pierwotne – to […] takie, których każdy racjonalny człowiek z założenia chce”. Na liście tych dóbr znajdują się ogólne pojęcia, na przykład „prawa i wolności, władza i możliwości, dochód i bogactwo”13. Sen twierdzi, że ujęcie to idzie dużo dalej niż utylitaryzm, nie jest jednak w stanie uwzględnić „wielu wariantów tego, jak [ludzie] są w stanie p r z e k s z t a ł c i ć dobra pierwotne w dobre życie”14. Indyjski ekonomista proponuje, by mówić nie tyle o dobrach pierwotnych, co o „zdolnościach”, i definiować sprawiedliwość społeczną w kategoriach możliwości ludzi, uwzględniających to, jak ci ludzie rzeczywiście funkcjonują.

Perspektywa zdolności różni się od perspektywy Rawlsa pod dwoma względami. Koncentruje się na tym, jak dane dobra mogą pomóc ludziom w ich konkretnych warunkach życiowych, na przykład biorąc pod uwagę to, że w przypadku osób niepełnosprawnych podróż do pracy może wiązać się z większymi kosztami. W tym kontekście ważne są nie tylko osiągane wyniki, ale również zakres możliwości, który Sen uważa za fundamentalny element jednostkowej wolności (stąd właśnie tytuł jego książki: Rozwój jako wolność)15. Od strony praktycznej dzięki perspektywie zdolności udało się poszerzyć obszar analiz socjologicznych i ekonomicznych, w szczególności przyczyniając się do opracowania 25 lat temu przez Mahbuba ul Haqa wskaźnika rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI), który określa poziom rozwoju krajów, uwzględniając nie tylko dochód, ale także poziom edukacji i przewidywaną długość życia16. W dzisiejszym kontekście perspektywa zdolności każe nam przeciwdziałać nierównościom zasobów ekonomicznych z powodów instrumentalnych, ale równocześnie w ramach spójnego systemu zasad sprawiedliwości17. W takim ujęciu dochód jest tylko jednym z wymiarów, a różnice w dochodach powinny być interpretowane w kontekście odmiennych warunków życiowych i dostępnych możliwości. Nadal jednak to uzyskane zasoby ekonomiczne są głównym źródłem nierówności. Dla mnie to właśnie powód, by w tej książce skupić się na ekonomicznym wymiarze nierówności.

A co mają do powiedzenia na temat nierówności sami ekonomiści?

Ekonomiści a nierówność dochodów

Mniej więcej dwie dekady temu wygłosiłem w Royal Economic Society, jako przewodniczący tego towarzystwa, wykład zatytułowany „Wyciągnąć dystrybucję dochodów z zamrażarki”18. Tytuł wybrałem po to, by podkreślić sposób, w jaki temat nierówności dochodowej został w ekonomii zmarginalizowany. Przez większość XX wieku zagadnienie to było ignorowane – sam uważam, że powinno stanowić centrum badań ekonomicznych. Swój wykład otworzyłem cytatem z Daltona, który wiele lat wcześniej wyrażał te same obawy. Pisał, że jako student był zainteresowany przede wszystkim nierównością dochodową: „Stopniowo uświadamiałem sobie jednak, że większość «teorii dystrybucji» zajmowała się praktycznie wyłącznie dystrybucją między «czynnikami produkcji»”. Dalej pisał, że „dystrybucję między osobami, który to problem jest w bardziej bezpośredni i oczywisty sposób istotny, podręczniki bądź to zupełnie pomijały, bądź też traktowały na tyle pobieżnie, jakby sugerowały, że nie rodzi on żadnych pytań, na które nie można by odpowiedzieć albo uogólniając ustalenia na temat czynników produkcji, albo ślęcząc nad statystykami, co profesorowie ekonomii z zadowoleniem zostawiali gorszym od siebie”19.

Gdy przeglądałem publikacje ekonomiczne w latach dziewięćdziesiątych, stwierdziłem, że nic się w tym zakresie nie zmieniło. Agnar Sandmo w swoim ujęciu historii ekonomicznych teorii dystrybucji dochodów zaobserwował, że „powiązaniu między alokacją zasobów i dystrybucją dochodów nie poświęcano zbyt wiele miejsca w nowoczesnej teorii równowagi; we wpływowym przedstawieniu tej teorii autorstwa Gerarda Debreu [laureata Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych – przyp. AA20] termin «dystrybucja» nie pojawia się nawet w indeksie”. Zauważył również, że teoria ekonomiczna zaczęła „nadrabiać swoje zaniedbania w określaniu dystrybucji dochodowej. Ale to zaniedbanie wciąż można zauważyć po tym, ile przestrzeni przeznacza się na ten temat we wprowadzeniach, podręcznikach i książkach poświęconych teorii mikroekonomii”21. Szybki rzut oka na współczesne bestsellery w kategorii „podręczniki do ekonomii” wystarczy, by móc stwierdzić, że ich struktura w zasadzie się przez te wszystkie lata nie zmieniła – problem nierówności omawia się poza głównymi rozdziałami o produkcji i makroekonomii. Dla przykładu, książka Grega Mankiwa, profesora ekonomii z Harvardu, Principles of Microeconomics ma świetny rozdział zatytułowany „Nierówność dochodowa i ubóstwo”, ale jest on oddzielony od wcześniejszych rozdziałów (a także od drugiego podręcznika Principles of Macroeconomics). Jeszcze więcej mówi być może fakt, że gdy Mankiw opracował streszczenie obu książek zatytułowane Essentials of Economics, dla rozdziału o nierówności nie było już w nim miejsca. Poświęcono je bowiem wyłącznie, cytując autora, „tematom, które studenci powinni uznawać i uznają za interesujące w studiach ekonomicznych”22. Najwyraźniej nierówność się do nich nie zalicza23.

Efekt jest taki, że kwestie powiązane z dystrybucją nie stanowią głównego przedmiotu zainteresowań ekonomistów. Niektórzy z nich uważają wręcz, że profesjonaliści w tej dziedzinie nie powinni w ogóle zajmować się nierównością. Najdobitniej taką opinię wyraził laureat tzw. ekonomicznego Nobla Robert Lucas z University of Chicago: „Ze wszystkich tendencji, które stanowią zagrożenie dla solidnego uprawiania ekonomii, najbardziej uwodzącą i, według mnie, najbardziej trującą jest koncentracja na kwestii dystrybucji. […] Możliwość poprawy warunków życia osób biednych dzięki wynajdywaniu nowych sposobów dystrybuowania istniejącej produkcji jest niczym w porównaniu z najwyraźniej nieograniczonymi możliwościami zwiększania produkcji”24.

Lucas słusznie podkreśla olbrzymi wkład wzrostu gospodarczego w poprawianie warunków życia wielu ubogich na całym świecie. Jeśli wzrost ten przybierze stabilną postać (owo „jeśli” jest tu istotne), to w przyszłości będzie w stanie zapewnić warunki do zmniejszania nierówności w wymiarze międzynarodowym i pomagania najmniej uprzywilejowanym w wymiarze krajowym. Jednak w dwóch kwestiach nie zgadzam się z Lucasem. Po pierwsze, dystrybucja i redystrybucja istniejącej całości dochodu m a z n a c z e n i e dla jednostek. Skala różnic nie pozostaje bez wpływu na charakter naszych społeczeństw. Ma znaczenie to, że niektórzy są w stanie kupić bilety na podróż w kosmos, podczas gdy inni stoją w kolejce do banków żywności. Społeczeństwo, w którym nikt nie jest w stanie wykupić dla siebie prywatnej podróży w kosmos i w którym każdy jest w stanie kupić sobie jedzenie, będzie bardziej zintegrowane i zyska większe poczucie wspólnych celów. Po drugie, dystrybucja ma wpływ na całkowitą produkcję. Analiza dystrybucji dochodów jest niezbędna do zrozumienia tego, jak działa gospodarka. Ostatni kryzys gospodarczy nauczył nas, że nie wystarczy patrzeć jedynie na zestawienia wskaźników makroekonomicznych. Różnice ekonomiczne między ludźmi mają pierwszorzędne znaczenie. Tak ujmuje to zagadnienie laureat tzw. ekonomicznego Nobla Robert Solow z Massachusetts Institute of Technology (MIT) w swojej krytyce modeli, które zdominowały współczesną makroekonomię: „heterogeniczność stanowi o istocie współczesnej gospodarki. W prawdziwym życiu martwimy się o stosunki między menedżerami i właścicielami akcji, między bankami i ich dłużnikami, między pracownikami i pracodawcami, między inwestorami i przedsiębiorcami – i co tam jeszcze chcecie… Wiemy na pewno, że heterogeniczni aktorzy mają różne i czasami sprzeczne cele, różne informacje, różne zdolności przetwarzania tych informacji, różne oczekiwania, różne przekonania o tym, jak działa gospodarka. Modele eliminują cały ten zróżnicowany krajobraz”25.

Zagadnienia dystrybucji i różnic w wynikach jednostek nie wyczerpują problemów ekonomii – sugerowanie czegoś takiego byłoby bezpodstawne – niemniej są one jej i s t o t n ą częścią.

Kwestie dystrybucyjne tworzą sam rdzeń tematów podejmowanych w tej książce. Staram się w niej pokazać, jak mogą nam one pomóc zrozumieć działanie gospodarki. Najpierw jednak musimy przyjrzeć się rezultatom „ślęczenia nad statystykami”, którego podjąłem się razem z moimi kolegami i koleżankami. Jak bardzo nierówne są faktycznie nasze społeczeństwa? Na ile nierówność wzrosła w ostatnich dekadach?

Pierwsze spojrzenie na dane empiryczne

Szerokie ujęcie nierówności ekonomicznej w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich 100 lat przedstawione jest na wykresach 1.1 (USA) oraz 1.2 (Wielka Brytania). Zaczynam od ewolucji w czasie całkowitej nierówności w dystrybucji dochodów gospodarstw domowych. Definicję dochodu gospodarstwa domowego opisuję bardziej szczegółowo w dalszych partiach książki; w przypadku Stanów Zjednoczonych na razie możemy o niej myśleć jako o liczbie, którą dana osoba wpisałaby w swoim rozliczeniu podatku dochodowego. Nierówność mierzy współczynnik Giniego – sumaryczny wskaźnik osiągający wartość od 0 % do 100 %, spopularyzowany przez włoskiego statystyka Corrado Giniego26. Używanie tego rodzaju parametru zakłada przywiązywanie większej wagi do dochodów osób uboższych, jak to poskreślam wcześniej, choć może to nie być oczywiste dla niezliczonych badaczy używających współczynnika Giniego. Przy stosowaniu tego współczynnika każdy dodatkowy funt dla osoby z dolnej ćwiartki w rozkładzie dochodów waży trzy razy więcej niż każdy dodatkowy funt dla osoby z górnej ćwiartki27. W kontekście eksperymentu z przeciekającym wiadrem oznacza to, że można stracić dwie trzecie transferowanej kwoty i wciąż uznawać, że transfer się opłacał. Używam w tym przypadku wskaźnika Giniego, ponieważ jest on powszechnie stosowany i dostępne statystyki prezentowane są za jego pomocą. Powinniśmy jednak pamiętać, że ujmuje on całą dystrybucję w postaci jednej liczby i że istnieje o wiele więcej sposobów realizacji tego zadania28.

Wykres 1.1 przedstawia całkowitą nierówność w długookresowej perspektywie, dzięki której jesteśmy w stanie zobaczyć, że dystrybucja dochodów w Stanach Zjednoczonych zmieniła się w znacznym stopniu. W połowie stulecia rozkład wyglądał tak, jakby dochody z czasem miały być coraz równiej dystrybuowane. Herman Miller z Amerykańskiego Biura Spisu Powszechnego (US Census Bureau) powiedział w 1966 roku, że „opinię tę potwierdzają prominentni ekonomiści, a podzielają ją wpływowi pisarze i redaktorzy”. Cytował przy tym magazyn „Fortune”, według którego miała miejsce dystrybucyjna rewolucja, „choć nie zatknięto żadnej głowy na włóczni ani nie zdobyto siłą żadnej stacji kolejowej”29. Od swojego szczytowego momentu w roku 1929 współczynnik Giniego spadł o jakieś 10 punktów procentowych. Od zakończenia II wojny światowej do końca lat 70. całkowita nierówność niewiele się zmieniała, co amerykański ekonomista Henry Aaron podsumował słynnym żartem, że podążanie za amerykańskimi statystykami dystrybucji dochodów „przypominało oglądanie rosnącej trawy…”. W latach 80. trawa nagle wystrzeliła do góry. Był to właśnie „zwrot nierównościowy” w Stanach Zjednoczonych. Między rokiem 1977 a 1992 współczynnik Giniego wzrósł o 4,5 punktu procentowego, a od 1992 o dalsze 3 punkty. Całkowita nierówność nie wróciła do poziomu z epoki jazzu, ale pokonała już ponad połowę dzielącego ją od niej dystansu.

WYKRES 1.1: Nierówność w Stanach Zjednoczonych, 1913 – 2013

INTERPRETACJA: Całkowita nierówność (kwadraty) mierzona jest współczynnikiem Giniego na podstawie ekwiwalentnego dochodu brutto gospodarstw domowych (uwzględniającego rozmiar gospodarstwa). Procent całkowitego dochodu brutto populacji (z wyłączeniem przychodów z kapitału), który trafia do górnego 1 % populacji, zaznaczony jest trójkątami. Procent populacji żyjący poniżej oficjalnego progu ubóstwa reprezentowany jest przez krzyżyki. Odczytywane według skali z prawej strony wykresu romby pokazują zarobki górnego decyla (osoba znajdująca się w górnych 10 % rozkładu) względem mediany (czyli osoby w środku dystrybucji dochodów) pracowników pełnoetatowych.

Na szczycie dystrybucji udział całkowitego dochodu brutto górnego 1 % zwiększył się między rokiem 1979 a 1992 o połowę, a w roku 2012 wynosił dwa razy tyle, co w roku 1979. Nawet przy wzięciu pod uwagę efektów zmian w podatku dochodowym (Tax Reform Act z 1986 roku doprowadził do zmian relacji między zwrotami z podatku od przedsiębiorstw i z podatku od osób fizycznych) wzrost ten wciąż należy uznać za olbrzymi. By zobaczyć zmiany w udziale górnego 1 %, wróćmy do okresu sprzed II wojny światowej. Przez pierwszych 50 lat mamy do czynienia z ogólnym spadkiem, który rozpoczął się w trakcie I wojny światowej; widzimy jednak momenty odwrócenia tej tendencji pod koniec lat 20., potem znów po końcu Wielkiej Depresji trwającej od 1929 roku i podczas II wojny światowej. Dziś udział górnego 1 % powrócił do swojej wartości sprzed 100 lat. W Stanach Zjednoczonych najbogatszy 1 % obywateli zagarnia obecnie prawie jedną piątą całkowitego dochodu narodowego brutto – oznacza to, że średnio posiadają oni dwadzieścia razy więcej niż wynosi ich proporcjonalny udział. W ramach górnego 1 % również istnieje znacząca nierówność: udział dochodu górnego 1 % członków tej grupy (a więc górnej 0,01 %) także wynosi około jednej piątej całkowitego dochodu tej części populacji. Oznacza to, że 1 /10 000 społeczeństwa otrzymuje 1/25 całkowitego dochodu. Górny ogon wykresu dystrybucji przypomina trochę rosyjską matrioszkę: gdziekolwiek przetniemy rozkład dystrybucji, znajdziemy ten sam stosunek nierówności reprodukowany w odciętej górnej części30.

Porównanie trendów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii

Jak wyglądają doświadczenia brytyjskie w porównaniu ze zmianami nierówności w USA? Często padają stwierdzenia, jakoby sytuacja w Wielkiej Brytanii była bladym odbiciem tego, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, a wykres dla Wielkiej Brytanii można uzyskać, biorąc po prostu dane dla Stanów Zjednoczonych i zmieniając jedną literę w tytule („UK” zamiast „US”). Jest w tym trochę prawdy. Na wykresie 1.2 widzimy, że skala nierówności ogólnie zmniejszyła się między 1938 rokiem a pierwszym powojennym pomiarem o około 7 punktów procentowych. (Patrząc na te wykresy, czytelnicy i czytelniczki powinni skupić się na z m i a n a c h w c z a s i e; nie można w pełni porównywać poziomów nierówności w obu krajach, gdyż w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dochód mierzy się inaczej). Ogólna nierówność wzrasta następnie w latach 80. Brytyjczycy doświadczyli po 1979 roku podobnego „zwrotu nierównościowego” co Amerykanie: udział górnych warstw zmniejszał się do późnych lat 70., by następnie zacząć się zwiększać. Odsetek dochodu 1 % najbogatszych w całkowitym dochodzie brutto wynosił 19 % w roku 1919 i spadł o 6 punktów procentowych do roku 1979; od tego czasu zwiększył się ponad dwukrotnie. Wartość ta w Wielkiej Brytanii jest zatem niższa niż w Stanach Zjednoczonych, ale grupa najbogatszego 1 % społeczeństwa wciąż zagarnia jedną ósmą całkowitego dochodu brutto.

WYKRES 1.2. Nierówność w Wielkiej Brytanii, 1913 – 2013

INTERPRETACJA: Nierówność ogólną, mierzoną współczynnikiem Giniego, pokazują kwadraty. We wcześniejszych pomiarach współczynnik obliczano na podstawie dochodu po opodatkowaniu bez uwzględnienia wielkości jednostki podatkowej (puste kwadraty). Późniejsze wartości współczynnika Giniego (pełne kwadraty) są niższe, ponieważ obliczano je na podstawie ekwiwalentnego dochodu rozporządzalnego uwzględniającego wielkość gospodarstwa domowego. Procent całkowitego dochodu brutto populacji trafiającego do górnego 1 % zarabiających (trójkąty) wzrósł między latami 80. i 90. Wzrost ten mógł być częściowo spowodowany zmianami systemu podatkowego wprowadzonymi w roku 1990, w wyniku których jednostką podatkową przestały być pary, a stały się wyłącznie pojedyncze osoby. Procent osób żyjących w ubóstwie (krzyżyki) to procent osób żyjących w gospodarstwach domowych o ekwiwalentnym dochodzie rozporządzalnym wynoszącym mniej niż 60 % mediany w Wielkiej Brytanii. Odczytywane według skali po prawej stronie wykresu romby pokazują zarobki górnego decyla (osoby znajdującej się w górnych 10 % rozkładu) jako procent zarobków mediany (osoby w połowie dystrybucji) pracowników pełnoetatowych.

Nie dziwi zatem, że piszący w latach 60. o dystrybucji dochodów Robert Solow kierował swoją uwagę na „podobieństwo między brytyjskimi i amerykańskimi doświadczeniami w XX wieku”31. Od tego czasu pojawiły się jednak różnice. W latach 80. ogólny wzrost nierówności w Wielkiej Brytanii był znacznie większy niż w USA. Pomiędzy rokiem 1979 a 1992 wzrost współczynnika Giniego na Wyspach wyniósł jakieś 9 punktów, dwa razy tyle, co w Stanach. W przeciwieństwie jednak do Stanów Zjednoczonych po roku 1992 wzrost był nieznaczny; współczynnik Giniego w roku 2011 był w zasadzie taki sam jak 20 lat wcześniej. Zarówno różny rozkład zmian w czasie, jak i różnice w ogólnym wzroście nierówności pokazują, że Wielka Brytania oraz Stany Zjednoczone nie podążyły tą samą ścieżką. Te odmienności dają nam wartościowe informacje o leżących u ich podłoża siłach. Badania „różnic w różnicach” – r ó ż n i c między krajami w ramach z m i a n w c z a s i e – są często źródłem ciekawych ustaleń, stanowiących wartościowy wkład do naszych poszukiwań przyczyny wzrastającej nierówności.

Czytelnicy i czytelniczki zatroskani o los Wielkiej Brytanii mogą czerpać pewne pocieszenie z faktu, że w ostatnich 20 latach nie dostrzegliśmy wzrostu ogólnej nierówności dochodowej mierzonej współczynnikiem Giniego. Faktem jest jednak, że poziom nierówności uparcie pozostaje wyższy niż w latach 60. i 70. By wrócić do stanu obserwowanego za czasów Beatlesów, musielibyśmy zmniejszyć współczynnik Giniego o jakieś 10 punktów procentowych. Co to oznacza? Aby wyobrazić sobie, z czym by się to wiązało, załóżmy następujący scenariusz: doprowadzamy do takiej redukcji współczynnika samymi stawkami podatkowymi i transferami. Opierając się na sensownych założeniach względem stawek podatkowych i rządowych wydatków, można ustalić, że wzrost stawki opodatkowania dla rozporządzalnego dochodu, wymagany do obniżenia współczynnika Giniego z 35 % do 25 %, wyniósłby 16 punktów procentowych dochodu32. Wielkość koniecznego wzrostu stawki podatkowej wskazuje na fakt, że zmniejszenia nierówności nie można osiągnąć wyłącznie za pomocą narzędzi fiskalnych. Wniosek ten okaże się tym bardziej słuszny, gdy weźmiemy pod uwagę prawdopodobny wpływ takiego wzrostu podatku na system zachęt. Z tego właśnie powodu wiele rozwiązań proponowanych w tej książce nakierowanych jest na zmniejszenie nierównej dystrybucji dochodów rynkowych, a radykalna polityka zmniejszania nierówności musi być realizowana przez cały rząd. Stoimy zatem w obliczu wielkiego wyzwania.

WYKRES 1.3. Nierówność w wybranych krajach na świecie w 2010 roku

INTERPRETACJA: Nierówność mierzona jest współczynnikiem Giniego na podstawie ekwiwalentnego dochodu rozporządzalnego gospodarstw domowych (dochód po uwzględnieniu podatków i transferów). Współczynnik w Szwecji wynosi 23 %, co można porównać z wartością 59,4 % w RPA.

Nierówność na świecie

Skala tego wyzwania staje się jasna, gdy tylko porównamy nierówność dochodów w różnych krajach. Wykres 1.3 pokazuje zmiany współczynnika Giniego dla ekwiwalentnego dochodu rozporządzalnego gospodarstw domowych w krajach od Australii do Urugwaju w kolejności alfabetycznej i od Indii do Stanów Zjednoczonych według całkowitego dochodu per capita. Opracowywanie takich zestawień nie jest proste – w następnym rozdziale przyjrzę się bliżej źródłom tych danych.

W Chinach i Indiach współczynnik Giniego przedstawiony na wykresie 1.3 jest bliski 50 % albo też dwa razy wyższy niż w krajach nordyckich, sytuujących się w górnej części wykresu. W RPA wynosi prawie 60 %, a w krajach Ameryki Łacińskiej, takich jak Brazylia i Meksyk – ponad 40 %. Następnie (po Izraelu) pojawiają się Stany Zjednoczone, a po nich Wielka Brytania (wartość dla Stanów Zjednoczonych jest niższa od tej pokazanej na wykresie 1.1, ponieważ tamta odzwierciedlała dochód przed odliczeniem podatków). Oba kraje anglosaskie mają dużo większą ogólną nierówność dochodową niż Europa kontynentalna, a zwłaszcza kraje nordyckie, takie jak Szwecja czy Norwegia33.

Porównanie sytuacji w różnych krajach pokazuje, jak dużym wyzwaniem jest odwrócenie rozpoczętego w latach 70. wzrostu nierówności dochodów. Dla Wielkiej Brytanii obniżenie współczynnika Giniego o 10 punktów procentowych oznacza, że stanie się drugą Holandią. Dla Stanów Zjednoczonych spadek tego parametru o 7,5 punktu procentowego oznaczałby uczynienie z nich drugiej Francji. W innych krajach OECD dystans jest mniejszy. W Australii współczynnik Giniego wzrósł od lat 80. o 4 punkty procentowe i w tym przypadku ponownie punktem odniesienia byłaby Francja.

Czy powinniśmy skupiać się wyłącznie na biedzie?

Dotychczas analizowałem dane empiryczne dotyczące nierówności dochodowej. Martin Feldstein, ekonomista z Harvardu i pionier w badaniach nad ekonomią zabezpieczenia społecznego, obstaje mocno przy stanowisku, że „nacisk należy kłaść na usuwanie biedy, a nie na całkowitą dystrybucję dochodu lub skali nierówności”, który to pogląd jest dość powszechnie uznawany34. Tak samo jak Feldstein uważam, że to, co widzimy w dolnych partiach wykresu obrazującego rozkład dochodów, jest niezwykle istotnym problemem. To właśnie ponowne odkrycie biedy w latach 60. w Wielkiej Brytanii – zwłaszcza publikacja The Poor and the Poorest Briana Abel-Smitha i Petera Townsenda w wigilię Bożego Narodzenia 1965 roku – popchnęło mnie do rozpoczęcia badań nad biedą i napisania mojej pierwszej książki Poverty in Britain and the Reform of Social Security35. Pięćdziesiąt lat później walka z biedą stanowi już ważny punkt istniejących programów politycznych, a rządy wielu krajów wprost stawiają ją sobie za cel. Po Światowym Szczycie na rzecz Rozwoju Społecznego Narodów Zjednoczonych w Kopenhadze w 1995 roku rząd irlandzki ustanowił ogólnokrajowy poziom, do którego miała zostać zredukowana bieda, jako element ogłoszonej w 1997 roku Narodowej Strategii Zwalczania Ubóstwa (National Anti-Poverty Strategy). W roku 1999 rząd brytyjski z Tonym Blairem jako premierem przyjął usunięcie ubóstwa dzieci jako swój oficjalny cel, z planem całkowitego wyplenienia biedy wśród najmłodszych do 2020 roku. Następca Blaira, Gordon Brown, przekuł tę ambicję w prawo ustawą Child Poverty Act 2010. Unia Europejska w swoim planie Europa 2020 postawiła sobie za cel zmniejszenie liczby ludzi zagrożonych ubóstwem, w poważnym stopniu pozbawionych środków materialnych albo żyjących w „bezrobotnych gospodarstwach domowych” o co najmniej 20 milionów (obecna populacja Unii Europejskiej wynosi około 500 milionów osób)36.

Pomimo tych dobrych intencji postęp w zmniejszaniu ubóstwa w bogatych krajach był bardzo powolny. Ewolucja biedy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii przedstawiona została na wykresach 1.1 oraz 1.2. W Stanach Zjednoczonych próg ubóstwa w kategoriach siły nabywczej pozostał bez zmian, w przeciwieństwie do progów ubóstwa w Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej37. Nie powinno zatem zaskakiwać, że oficjalna stopa ubóstwa w Stanach Zjednoczonych spadła z 33 % w 1948 roku do 19 % w roku 1964, kiedy to prezydent Lyndon Johnson ogłosił wojnę z biedą. Ubóstwo dalej zmniejszało się aż do końcówki lat 60., ale od tego czasu nie nastąpiła znacząca ogólna poprawa w tym względzie, a bezwzględna liczba osób ubogich zwiększyła się wraz ze wzrostem populacji: dziś około 45 milionów Amerykanów i Amerykanek żyje poniżej oficjalnego progu ubóstwa.

W Wielkiej Brytanii (wykres 1.2) stopa ubóstwa, mierzona w odniesieniu do progu formułowanego proporcjonalnie do mediany dochodu, została zmniejszona z 22 % do 16 % od roku 1992 do 2011. Spadek ten, zapoczątkowany w czasach konserwatywnego rządu Johna Majora, jest znaczący. Pokazuje, że niedostatek można redukować. Czy uzasadnia to zatem strategię „koncentracji na biedzie”? Zmniejszaniu się ubóstwa w Wielkiej Brytanii towarzyszył zauważalny wzrost udziału najwyższych dochodów. Rząd Nowej Partii Pracy czuł się „intensywnie zrelaksowany” (oksymoron?) w obliczu gwałtownego bogacenia się niektórych ludzi. Za spadek stopy ubóstwa, który miał miejsce w ostatnich 20 latach, należy się rządowi uznanie. Nie zmienia to jednak faktu, że jej obecny poziom jest wciąż wyższy od tego z lat 60. i 70., który już wtedy uznawany był za absolutnie szokujący. Child Poverty Action Group powołano do życia w roku 1965, kiedy stopa ubóstwa była o 3 punkty procentowe niższa niż dzisiaj.

W Unii Europejskiej stopa zagrożenia ubóstwem w ostatnich latach wzrosła38. Komitet Ochrony Socjalnej doniósł w 2014 roku, że „ostatnie dane dotyczące dochodów i warunków życia w Unii Europejskiej pokazują, że nie możemy mówić o żadnym postępie w kierunku realizacji założonych na rok 2020 celów zmniejszenia biedy i wykluczenia społecznego”. Wręcz odwrotnie: „Od roku 2008 przybyło 6,7 miliona osób żyjących w biedzie lub wykluczeniu społecznym, osiągając w 2012 roku całkowitą liczbę 124,2 miliona osób dla 28 krajów UE, a więc prawie 1 na każdych 4 Europejczyków. Ubóstwo i wykluczenie społeczne zwiększyły się w ponad 1⁄3 krajów członkowskich zarówno w roku 2011, jak i 2012”39.

Jest jeszcze wiele do zrobienia. Moim zdaniem usunięcie ubóstwa w bogatych krajach wymaga od nas bardziej ambitnego myślenia, wychodzącego poza stosowane dotychczas strategie. Na nasze społeczeństwa musimy patrzeć jak na całość i dojrzeć w nich istotne wzajemne zależności: ekonomia często ignoruje lub pomniejsza znaczenie jakiegokolwiek powiązania między zgromadzonymi fortunami jednostek (czy gospodarstw), lecz John Donne miał rację, pisząc, że „nikt nie jest wyspą, samą dla siebie”40. To, co dzieje się w górnym decylu dystrybucji, wpływa na tych należących do niższych decyli. Jak ujął to wiek temu Richard Tawney, „to, co rozsądni bogaci ludzie nazywają kwestią ubóstwa, rozsądni biedni ludzie nazywają równie słusznie kwestią bogactwa”41.

Formułując to w sposób bardziej pragmatyczny, możemy postawić następujące pytanie: czy jest możliwe osiągnięcie niskiej stopy ubóstwa przy zachowaniu dużego udziału najwyższych dochodów? By przebadać jakoś tę zależność, na wykresie 1.4 zebrałem dane empiryczne z 15 krajów OECD. Linie na wykresie dzielą kraje na grupy zależnie od tego, czy znajdują się one powyżej, czy poniżej mediany dla tych krajów. 11 z tych 15 krajów znajduje się albo w górnym prawym, albo w dolnym lewym kwadracie. Wydaje się, że jedynie Szwajcarii udało się osiągnąć stopę ubóstwa poniżej średniej, zachowując większą niż średnia stopę najwyższych dochodów. Więcej ubóstwa idzie raczej w parze z większym udziałem najwyższych dochodów.

WYKRES 1.4. Ubóstwo i udział najwyższych dochodów w wybranych krajach, ok. 2010 roku

INTERPRETACJA: W Stanach Zjednoczonych w 2010 roku stopa względnego ubóstwa (procent osób żyjących z przychodów niższych niż 60 % mediany) wynosiła 24,7 %, a część całkowitego dochodu brutto populacji trafiająca do górnego 1 % zarabiających (z wykluczeniem przychodów z kapitału) wynosiła 17,5 %.

Wzrastająca rozpiętość zarobków

Tytuł tego podrozdziału odnosi się do „rozpiętości” w celu podkreślenia oczywistego, choć często przeoczanego faktu, że nie wszystkie różnice w wynikach ekonomicznych reprezentują nieuzasadnioną n i e r ó w n o ś ć. Niektórym płaci się więcej niż innym z całkowicie zasadnych powodów, takich jak większa liczba przepracowanych godzin, trudniejsze i bardziej niebezpieczne zadania lub branie na siebie większej odpowiedzialności. Wśród najważniejszych uzasadnień różnic w zarobkach wymienia się większą inwestycję niektórych osób w przygotowanie się do wykonywania zawodu, który wymaga wyższych kwalifikacji. Tego rodzaju wyjaśnienie różnic w płacach przez zróżnicowanie w „kapitale ludzkim” ma już swoją historię. W Badaniach nad przyczynami bogactwa narodów jasno opisał je Adam Smith: „Człowiek wyszkolony kosztem wielkiej pracy i w ciągu długiego czasu […] może być przyrównany do jednej z owych kosztownych maszyn. Należy oczekiwać, że praca, którą wykonywać się uczy, zwróci mu oprócz zwykłej płacy za zwykłą pracę także wszystkie wydatki wyłożone na wykształcenie wraz ze zwykłymi co najmniej zyskami od równie wielkiego kapitału”42. To proste wyjaśnienie źródła wyższej płacy dla osób z wyższym wykształceniem tłumaczy, dlaczego różnice niekoniecznie muszą oznaczać nierówność o r a z dlaczego niekoniecznie wszystkie różnice można wytłumaczyć w ten sposób. Całkiem możliwe, że inwestycja w kapitał ludzki dokonana przez pracownika z wyższym wykształceniem, polegająca na zdobyciu tegoż wykształcenia, przynosi większe (lub mniejsze) dochody niż zwyczajny zysk z kapitału. Pionierskie badania nad zarobkami różnych grup zawodowych w latach 30. w USA, przeprowadzone przez laureatów tzw. ekonomicznego Nobla Miltona Friedmana i Simona Kuznetsa, pokazały, że „rzeczywista różnica między dochodami specjalistów i pozostałych pracowników wydaje się zdecydowanie większa niż różnica, która miałaby stanowić kompensację za niezbędną dodatkową inwestycję kapitału”. W tym zakresie różnica tworzyła nierówność43.

Długą ewolucję dystrybucji zarobków w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii pokazują wykresy 1.1 i 1.2 (zarobki górnego decyla). Wykresy te najłatwiej zrozumieć, jeśli wyobrazimy sobie wszystkich zarabiających ustawionych jeden za drugim, jak na paradzie, w porządku wysokości zarobków. Statystyk następnie dzieli ich na dziesięć grup zarobkowych i prosi pierwszą osobę z każdej grupy, by wyszła przed szereg. Osoba reprezentująca szóstą grupę jest medianą – osobą w środku – a osoba będąca przedstawicielem dziesiątej grupy to górny decyl. Dane prezentowane na wykresie dla każdego roku to stosunek zarobków górnego decyla do zarobków mediany. Tak więc w Stanach Zjednoczonych w roku 1952 górny decyl zarabiał mniej więcej 150 % tego, co mediana. Wykres ten sięga w przeszłość dalej niż zazwyczaj w badaniach nad rozpiętością płac, które mają tendencję do skupiania się na zmianach zapoczątkowanych w latach 70. Ważne jest jednak, by doświadczenia ostatnich dekad umieścić w kontekście historycznym. Widać, że w Stanach Zjednoczonych wzrost najwyższych zarobków rozpoczął się na długo przed rokiem 1970. Między 1952 a 1972 rokiem względna przewaga górnego decyla wzrosła ze 150 % do 194 %, a wzrost ten był tak znaczny, jak ten między 1972 a 2012 rokiem. Doświadczenie brytyjskie było odmienne. W latach 50. i wczesnych latach 60. rozpiętość zarobków powiększała się, ale od połowy lat 60. do roku 1979 górny decyl zmniejszał swoją przewagę względem mediany. W następnym rozdziale omówię, jak do tego doszło. W Wielkiej Brytanii nie tylko dynamika zmian była inna, ale też mniejszy był całkowity przyrost – w przeciwieństwie do tego, co widzieliśmy w przypadku całkowitej nierówności dochodowej. W Wielkiej Brytanii rozpiętość zarobków nie zwiększyła się tak bardzo, jak w Stanach Zjednoczonych, ale ogólna nierówność wzrosła bardziej.

Opowiadamy tu zatem historię znacznie bardziej zniuansowaną niż proste hasło „wzrost nierówności”. Jak podsumowano to w tabeli 1.1, mamy do czynienia z różnicami między okresami, między krajami i między indywidualnymi zarobkami oraz dochodami gospodarstw domowych. Różnice te pomagają nam zrozumieć czynniki determinujące nierówność. Możemy wiele się nauczyć z epizodów nakreślonych w tabeli 1.1. Jak doszło do tego, że w Stanach Zjednoczonych utrzymał się w miarę stabilny poziom nierówności dochodów gospodarstw domowych w latach 50. i 60. pomimo zwiększającej się rozpiętości zarobków? Jak zmniejszono rozpiętość zarobków między rokiem 1965 a 1979 w Wielkiej Brytanii? Dlaczego nierówność dochodowa zwiększała się tam w latach 80. dużo gwałtowniej? Kwestie te, wraz z zagadnieniami dotyczącymi innych krajów OECD, zostaną omówione w kolejnym rozdziale.

Od 1950 roku do połowy lat 60.

Od połowy lat 60. do końca lat 70.

Lata 80.

Od 1990 roku do dziś

Rozpiętość indywidualnych zarobków

Wzrost w Wielkiej Brytanii

Spadek w Wielkiej Brytanii

Wzrost w Wielkiej Brytanii

Wzrost w Wielkiej Brytanii

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Nierówność dochodów gospodarstw domowych

Stała w Stanach Zjednoczonych

Stała w Stanach Zjednoczonych

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Wzrost w Stanach Zjednoczonych

Stała w Wielkiej Brytanii

Spadek w Wielkiej Brytanii

Znaczący wzrost w Wielkiej Brytanii

Stała w Wielkiej Brytanii

TABELA 1.1. Krótka powojenna historia nierówności w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych

Wymiary nierówności

Przyjrzeliśmy się wstępnie danym na temat nierówności; nim pójdziemy dalej, powinniśmy cofnąć się o krok i wyjaśnić pojęcia używane w statystykach. Istnieje wiele wymiarów nierówności, a niektóre z tych ważniejszych jak na razie nie zostały omówione. W rzeczy samej, nawet w wypadku omówionych już kwestii czytelnik lub czytelniczka może się zastanawiać, co zostało, a co nie zostało wzięte pod uwagę. Wykresy takie jak 1.1 czy 1.2 prowokują pytanie: nierówność czego i między kim?

Nierówność między kim?

Jak na razie mówiłem o gospodarstwach domowych oraz, omawiając kwestię zarobków, o osobach. Istnieje jednak wiele innych możliwych jednostek analizy. W obrębie gospodarstw domowych możemy mieć do czynienia z odrębnymi rodzinami, a wśród rodzin – z odrębnymi pokoleniami. Których jednostek powinniśmy zatem używać? Odpowiedź zależy po części od tego, do jakiego stopnia członkowie gospodarstwa domowego uczestniczą w dzieleniu się zasobami. Jeśli mamy do czynienia z równym współdzieleniem, to opisane wyżej kalkulacje, oparte na całkowitych dochodach gospodarstw domowych, będą poprawne. W przypadkach braku równego podziału możemy rozważać różne jednostki wydatków albo przyjąć jako jednostkę obliczeniową rodziny nuklearne, które tworzą gospodarstwo domowe. Na gruncie rodziny oddzielnie traktowalibyśmy wtedy dorosłe dzieci wciąż mieszkające w domu rodzinnym, zaś starsi rodzice żyjący ze swoimi dziećmi tworzyliby oddzielną jednostkę rodzinną w ramach jednego gospodarstwa domowego. Przez wiele lat ubóstwo w Wielkiej Brytanii było obliczane na podstawie tego rodzaju jednostki rodzinnej, dając większe liczby, ale pokazując mniej gwałtowny wzrost niż ten przedstawiony na wykresie 1.2. Liczby okazały się większe, ponieważ zakładano, że każda jednostka rodzinna w ramach gospodarstwa domowego musi dać sobie radę w oparciu o własny dochód. Z drugiej strony dzisiejsza metoda liczenia może zaniżać rozmiar ubóstwa, gdyż zakłada, że zasoby są równo dzielone. Może przez to ukrywać ubóstwo wynikające z nierówności podziału dóbr w ramach gospodarstwa domowego. Mówiąc inaczej, jeśli młodzi dorośli wrócą do rodzinnego gniazda w wyniku pogorszenia się warunków gospodarczych, to kryteria pomiaru używające gospodarstwa domowego jako jednostki mogą ukrywać rozmiar zwiększania się nierówności.

Wybór jednostki zależy nie tylko od tego, jaka część dochodu jest dzielona, lecz również od tego, jak pojmujemy kontrolę nad zasobami i czy interesuje nas stopień indywidualnej zależności. Jeśli uważamy na przykład, że młodzi dorośli powinni być niezależni od swoich rodziców, to jest to powód do przyjęcia jednostki wewnątrzrodzinnej: dorośli plus zależne od nich dzieci, ale bez dorosłych dzieci wciąż mieszkających w domu rodzinnym. Tego rodzaju wybór zwiększyłby mierzony rozmiar nierówności dochodowej oraz ubóstwa, ponieważ nawet jeśli dochody trafiają do wspólnego budżetu, nie bierze się pod uwagę dzielenia zasobów. Kwestia ta jest często zaniedbywana w publicznych dyskusjach: mówi się o „zależności od zasiłków”, ale nie o zależności od innych członków gospodarstwa domowego. W przeszłości celem polityki publicznej było zabezpieczenie finansowe osób starszych, aby nie były uzależnione od swoich dzieci. Za tym, co mogłoby się wydawać jedynie kwestią statystyki, kryją się wartości społeczne i oczekiwania: czy powinniśmy mierzyć nierówność lub ubóstwo w kategoriach gospodarstw domowych, czy też rodzin?

WYKRES 1.5. Przewodnik po dochodzie gospodarstwa domowego

Nierówność czego?

Całkowita nierówność dla Wielkiej Brytanii, przedstawiona na wykresie 1.2, mierzona jest w kategoriach rozporządzalnego dochodu gospodarstwa domowego z uwzględnieniem wielkości gospodarstwa i jego składu (w przypadku Stanów Zjednoczonych na wykresie 1.1 podano dochód przed opodatkowaniem). Skład dochodu gospodarstwa domowego pokazany jest schematycznie na wykresie 1.5, który określiłem jako „przewodnik po dochodzie gospodarstwa domowego”. Dla czytelników i czytelniczek, którzy – co w pełni zrozumiałe – gubią się nieco w nadmiarze pojęć, przewodnik może być przydatny na różnych etapach lektury tej książki (definicje tych pojęć podane są też w słowniku umieszczonym na końcu książki).

Zacznijmy od tego, że jeśli rozumujemy w kategoriach całego gospodarstwa domowego, to musimy zsumować zarobki wszystkich osób tworzących to gospodarstwo. Osoba z niskimi zarobkami może być w związku małżeńskim z osobą, która zarabia więcej: pastor może mieć żonę, która jest maklerem giełdowym. Przewodnik pokazuje dwie osoby, ale w gospodarstwie domowym może być ich oczywiście więcej. W kategorii zarobków mieszczą się nie tylko płace i wynagrodzenia otrzymywane przez pracowników, ale także dochody osób samozatrudnionych (to źródło dochodu różni się tym, że obejmuje zwroty zarówno z przepracowanych godzin, jak i z zainwestowanego kapitału). Dodajemy do tego dochód z oszczędności, który może przyjąć postać odsetek z depozytu bankowego lub obligacji, dywidend z akcji albo też renty z posiadanych nieruchomości. Dodajemy także transfery płatnicze otrzymywane od prywatnych podmiotów w rodzaju emerytur wypłacanych przez fundusze emerytalne oraz państwowe transfery od rządu. W sumie daje to całkowity dochód brutto gospodarstwa domowego. Po odjęciu podatku dochodowego oraz innych podatków bezpośrednich w rodzaju składek na ubezpieczenia społeczne otrzymujemy dochód rozporządzalny.

Następnym etapem jest przyjrzenie się różnicom w rozmiarach gospodarstw domowych i ich składzie. Dochód jednego gospodarstwa domowego znaczy mniej dla rodziny z dwojgiem dzieci niż dla jednej osoby. Jak zwykł mówić jeden z moich kolegów, „z dwojgiem dzieci drożdżówka za pensa kosztuje już cztery pensy” (żona też dostawała jedną). W praktyce proces dostosowywania do różnej wielkości rodzin nie opiera się na prostym podziale dochodu „na głowę”, gdyż mamy do czynienia z ekonomiami skali. Mój kolega nie miał przecież czterech bojlerów. Stosuje się w tym przypadku raczej „skalę ekwiwalentności”, która odzwierciedla fakt, że nie wszystkie wydatki wzrastają wraz z powiększeniem się rodziny o każdą kolejną osobę. Jedną prostą skalą jest pierwiastek kwadratowy z rozmiaru gospodarstwa domowego, tak że dochód czteroosobowej rodziny dzielony jest przez 2 (czyli pierwiastek kwadratowy z 4). Statystyki przedstawione wcześniej używają jednak nieco bardziej skomplikowanej skali (znanej jako zmodyfikowana skala OECD), która przyznaje 1 dla pierwszej osoby dorosłej, 0,5 każdej kolejnej, a każdemu dziecku 0,344.

Celem przewodnika jest pomoc czytelnikom i czytelniczkom w zrozumieniu struktury rozporządzalnego dochodu gospodarstwa domowego z uwzględnieniem rozmiaru tego gospodarstwa i jego składu, który to dochód będę nazywał ekwiwalentnym dochodem gospodarstwa domowego. Użyteczność przewodnika idzie jednak dalej. Schemat przedstawiony na wykresie 1.5 pokazuje nam różne elementy, które są potencjalnie w stanie pomóc w wyjaśnieniu ewolucji dochodów gospodarstw domowych. Najpierw jednak musimy spytać, jaka zasada stoi za doborem elementów dochodu na wykresie 1.5? Definicja dochodu zazwyczaj przyjmowana przez ekonomistów stwierdza, że jest to suma wszystkich wpływów, zarówno pieniężnych, jak i w naturze, naliczanych w danym okresie. Równoważna definicja mówi o maksimum zasobów, jakie dane gospodarstwo domowe może przeznaczyć do konsumpcji przy zachowaniu swojej wartości netto, tzn. bez zmniejszania wartości aktywów po odjęciu zobowiązań. Definicja ta jest w y c z e r p u j ą c a w swoim zakresie i wychodzi poza pole znaczeniowe większości definicji dochodów, które były stosowane do celów związanych z podatkiem dochodowym. Zasadniczo obejmuje ona wszelkie rodzaje dochodu w naturze, włączając w to warzywa uprawiane we własnym ogródku (którymi zazwyczaj nie interesują się urzędy podatkowe). Z pewnością zaliczają się tu świadczenia w naturze otrzymywane w ramach zatrudnienia, które mogą być całkiem pokaźne. Uwzględnia również dochód w naturze w postaci usługi noclegowej, otrzymywany przez właścicieli mieszkań. Posiadanie domu lub mieszkania nie przynosi dochodu gotówkowego, ma jednak równoważny efekt w postaci oszczędności na czynszu. Stosowanie wyczerpującej definicji dochodu pokazuje nam, że powinniśmy przypisywać dochód, który określa się wtedy jako „rentę przypisaną”. Element ten włączany jest do narodowych rachunków (zobacz następny podrozdział), stanowiąc ich pokaźną część: w Wielkiej Brytanii w 2012 roku odpowiadał za około 10 % produktu krajowego brutto (PKB). Te same uwagi odnoszą się do innych aktywów, w rodzaju mebli, sprzętu elektronicznego i dóbr trwałego użytku, niemniej ich ilościowe znaczenie będzie z pewnością znacznie mniejsze. Przywoływane wcześniej statystyki dystrybucyjne nie obejmowały renty przypisanej, jest ona jednak z całą pewnością znacząca dla programów reform wpływających na rynek mieszkaniowy.

W statystykach dystrybucyjnych brakuje również innego ważnego źródła dochodu w naturze: wartości usług publicznych w rodzaju opieki zdrowotnej, edukacji i opieki społecznej. Na wykresie 1.5 są one dodane do rozporządzalnego dochodu gospodarstwa, dając w sumie „dochód poszerzony”. Trudno określić wartość usług publicznych, z pewnością powiększają one jednak zasoby dostępne gospodarstwom domowym. Na przykład jeśli edukacja nie byłaby zapewniana przez państwo, rodzice musieliby zapłacić za prywatną szkołę dla dzieci ze swojego dochodu rozporządzalnego. Państwa dostarczają usługi publiczne na różnych poziomach i w zróżnicowanych zakresach, tak więc niebranie ich pod uwagę wpływa na porównywanie poziomów nierówności w różnych krajach. Jak przekonamy się dalej, w państwach z mniejszymi wydatkami publicznymi zazwyczaj wydatki prywatne są większe, choć ich dystrybucja raczej nie jest taka sama. Jeśli będziemy określać wartość usług publicznych według kosztów, które ponosi za nie rząd, to mierzona nierówność dochodów poszerzonych w krajach europejskich będzie znacząco mniejsza niż nierówność dochodów rozporządzalnych45.

Przyjęcie wyczerpującej definicji dochodu zakłada, że bierze się pod uwagę wszystkie zmiany w wartości aktywów, czyli że aktywa mogą zyskiwać lub tracić na wartości w okresie pomiaru. Tego rodzaju zmiany nie są uwzględniane przy obliczaniu dochodu narodowego, ale w kategoriach budżetów gospodarstw domowych z pewnością wpływają na siłę nabywczą. Jeśli wartość twoich akcji wzrosła w ostatnim roku, to możesz wydać tę nadwyżkę bez zmniejszania własnej wartości netto. Musimy rozróżnić naliczane i zrealizowane zyski (i straty). Te pierwsze to zyski na papierze, te drugie to zyski w postaci gotówki wygenerowanej ze sprzedaży aktywów. To od tych ostatnich właśnie nalicza się zazwyczaj podatki i to one widnieją najczęściej w statystykach dochodowych i dystrybucyjnych. Dochody z kapitału mogą być znaczące, zwłaszcza w przypadku górnych grup dochodowych. W Stanach Zjednoczonych udział górnego 1 % bez dochodów z kapitału (wykres 1.1) w roku 2012 wynosił 19,3 %, ale udział ten przy wliczeniu dochodów z kapitału był o około 3 punkty procentowe większy, wynosząc 22,5 %46. Ze względu na to, że zrealizowane zyski wynoszą mniej niż te naliczane (ponieważ wielu właścicieli aktywów ich nie sprzedało), wzrost nierówności jest zaniżany. Z drugiej strony w obliczeniach nie uwzględnia się inflacji, a licząc dochody pieniężne, zawyża się dochód rzeczywisty. Jeśli ceny zwiększyły się w danym okresie, to siła nabywcza (którą określa się jako „rzeczywistą wartość”) twoich aktywów zmniejszyła się. Tak więc jeśli wartość twoich udziałów zwiększyła się z 1000 dolarów do 1200 dolarów, to twój dochód z kapitału wyniósł 200 dolarów. Jeśli jednak w tym samym czasie ceny wzrosły o 10 %, to twój rzeczywisty dochód wyniósł jedynie 100 dolarów. Dochodzimy w ten sposób do bardziej ogólnej kwestii. Wyczerpująca definicja dochodu odnosi się do stałej posiadanej wartości netto, a to oznacza rzeczywistą wartość. Każdy, kto posiada jakieś aktywa, jest narażony na stratę kapitału w wyniku inflacji. Osoba z kontem bankowym o zerowym oprocentowaniu odczuwa takie samo zmniejszenie siły nabywczej. Zawsze mnie dziwiło, że poświęcano tak mało uwagi korektom inflacyjnym, oczywistym dla osób z niewielkimi oszczędnościami, które nawet przy niskich stopach wzrostu cen widzą, jak ich majątek znika.

A co z nierównością konsumpcji?

Dotychczas pisałem o dystrybucji wyników w kategoriach dochodów i zarobków, które można całkiem rozsądnie uznać za środki do celów, a nie za cele same w sobie. Silas Marner, bohater eponimicznej noweli George’a Eliota, mógł czerpać przyjemność z samego liczenia swojego złota, niemniej większość ludzi spogląda dalej niż tylko na stan konta bankowego – zresztą z czasem zaczął tak robić także i Marner47. Cel, o którym myśli wielu ekonomistów, to konsumpcja. Zresztą nie tylko oni. W swojej recenzji książki Thomasa Piketty’ego Kapitał w XXI wieku Bill Gates, mimo że zgadzał się z jej głównymi wnioskami, krytykował autora za „całkowite zaniedbanie konsumpcji”48. Jeśli pod uwagę będziemy brać raczej konsumpcję, a nie dochód, to nasze ustalenia na temat nierówności i ubóstwa będą inne. Dale Jorgenson z Uniwersytetu Harvarda stwierdził, że „z oficjalnych amerykańskich statystyk ubóstwa opartych na dochodach gospodarstw domowych wynika, że wojna przeciwko biedzie skończyła się porażką… Jednakże ze statystyk opartych na konsumpcji gospodarstw domowych wynika, że wojna ta została wygrana”. Bruce Meyer i James Sullivan wyciągają wniosek, że „po zmianie tradycyjnych pomiarów ubóstwa opartych na dochodach na pomiary bazujące na konsumpcji oraz, co najważniejsze, po uwzględnieniu odchylenia od wskaźnika cen widać, że stopa ubóstwa zmniejszyła się o 26,4 punktu procentowego między rokiem 1960 i 2010, przy czym od roku 1980 spadek wyniósł 8,5 punktu procentowego”49. Jeśli chodzi o ogólną nierówność, to Dirk Krueger oraz Fabrizio Perri zasugerowali, że „ostatniemu wzrostowi nierówności dochodowej w Stanach Zjednoczonych nie towarzyszył odpowiedni wzrost nierówności konsumpcyjnej”, ale inni autorzy doszli do odmiennych wniosków. Orazio Attanasio, Erik Hurst i Luigi Pistaferri zauważyli, że „nierówność konsumpcji w Stanach Zjednoczonych zwiększyła się między rokiem 1980 a 2010 o prawie tyle samo, co nierówność dochodów”50.

Badania nierówności na bazie konsumpcji są wartościowe, ale podobnie jak w przypadku nierówności dochodowej, również w tym kontekście należy postawić parę pytań. Po pierwsze, co jest mierzone w ankietach konsumenckich? Obserwujemy nie tyle konsumpcję, ile raczej wydatki konsumpcyjne, co nie jest tym samym, jak pokazał to wcześniejszy przykład usługi noclegowej, z której korzystają właściciele mieszkań. W tym przypadku konsumpcja wykracza poza wydatki konsumenta; w innych przypadkach, np. gdy gospodarstwo domowe zakupiło dobro trwałe, wydatek w danym okresie może przekraczać wartość konsumpcji. Różni autorzy przyjęli różne podejścia do wydatków na edukację i do wydatków na opiekę medyczną. Po drugie, na ile dokładnie mierzy się wydatki konsumenckie? Powszechnie wiadomo, że niektóre towary, np. alkohol czy papierosy, są niedoreprezentowane w ankietach konsumenckich. A co z całością wydatków? Kluczową kwestią jest to, czy stopień niedoreprezentowania zmieniał się w czasie. Jak zauważyli Mark A. Aguiar i Mark Bils, jeśli w Stanach Zjednoczonych nierówność konsumpcji wzrastała wolniej niż nierówność dochodów, to lustrzanym obrazem tej sytuacji jest „zwiększająca się przepaść w oszczędnościach faworyzująca gospodarstwa domowe z wysokimi dochodami. Sprawozdania wydatków konsumpcyjnych pokazują, że grupa o wysokich dochodach zwiększyła stopę oszczędności z 25 % do 38 % między rokiem 1980 i 2007, podczas gdy grupa o niskich dochodach utrzymała w tym samym okresie stopę oszczędności wynoszącą mniej więcej -30 %”. Dalej piszą, że te stopy oszczędności są „nieprawdopodobne”51. Całość wydatków konsumpcyjnych podawanych w ankietach zmniejszyła się jako procent w stosunku do wydatków szacowanych w rachunkach narodowych. W badaniu przeprowadzonym przez Radę Gubernatorów Rezerwy Federalnej stwierdzono, że stosunek ten zmniejszył się o jakieś 10 punktów procentowych między rokiem 1992 a początkiem kolejnego stulecia. Choć procent podawany w ankietach ustabilizował się na wysokości mniej więcej 78 %, może to częściowo tłumaczyć różne ustalenia w dłuższym okresie52.

Powinniśmy też postawić pytanie o zakres uwzględnianej populacji. Badanie przeprowadzone przez Kruegera i Perriego, w którym ustalono mniejszy wzrost nierówności konsumpcyjnej, ograniczało się do podpróby populacji, z której wykluczono wszystkie wiejskie gospodarstwa domowe, wszystkie gospodarstwa domowe z głową rodziny w wieku poniżej 21 i powyżej 64 lat oraz te, w których tygodniowe płace wynosiły mniej niż połowa płacy minimalnej. Nie można tego porównywać z danymi na temat nierówności dochodów, które obejmują całą populację. Takie badania przeprowadzili Jonathan Fisher, David Johnson i Timothy Smeeding – stwierdzili, że „nierówność dochodów i konsumpcji wzrastała w mniej więcej takim samym stopniu między rokiem 1985 i 2006, ale rozchodziły się w czasie Wielkiej Recesji (między 2006 i 2010 rokiem)”, kiedy to nierówność konsumpcyjna była mniejsza w roku 2010 niż w 200653. Wybór między konsumpcją a dochodem zależy od celu analizy. W przypadku pomiarów ubóstwa odpowiedź zależy od tego, która z dwóch różnych koncepcji jest nam bliższa. Pierwsza dotyczy s t a n d a r d u ż y c i a, druga dotyczy p r a w a d o m i n i m a l n e g o p o z i o m u z a s o b ó w. Historycznie rzecz biorąc, badania nad ubóstwem przyjmowały pierwsze podejście, a ci, którzy mierzyli dochód, robili to z założeniem, że niskie poziomy dochodowe nie dają za dużo możliwości oszczędzania, tak więc ten wskaźnik stanowi dobrą podstawę do określania wartości konsumpcji. Seebohm Rowntree, brytyjski badacz społeczny z początku XX wieku (jak również producent czekolady), porównał dochody gospodarstw domowych z progiem ubóstwa ustawionym na poziomie wystarczającym do „uzyskania minimum niezbędnego do zachowania czysto fizycznej sprawności”54. Z czasem jednak zwrócono uwagę na szerszą definicję ubóstwa, opartą na koncepcji zdolności uczestniczenia w życiu społecznym, za czym poszło zainteresowanie pojęciem minimum praw do zasobów, którymi jednostka dysponuje wedle swojej woli. Różnicę między tymi dwoma podejściami można zobrazować pomiarami ubóstwa mężczyzn i kobiet. Przy podejściu opartym na standardzie życia uzasadnione mogłoby być ustawienie różnych granic ubóstwa dla mężczyzn i kobiet, wychodząc z założenia, że kobiety średnio mają mniejsze potrzeby żywieniowe – i faktycznie tak to wyglądało w pierwszych latach istnienia oficjalnej granicy ubóstwa w Stanach Zjednoczonych. Próg ubóstwa w roku 1963, ustawiony przez Mollie Orshansky dla nierolników poniżej 65 roku życia, wynosił 1650 dolarów rocznie dla jednego mężczyzny, ale tylko 1525 dla jednej kobiety55. Przy podejściu opartym na minimum praw takie różnicowanie byłoby nie do przyjęcia.

Koncepcji używania wydatków konsumpcyjnych jako wskaźnika biedy czy ogólnej nierówności również można postawić zarzut, że wydawanie, tak samo jak dochód, jest tylko środkiem do celu. W procesie konsumpcji, tj. w działaniu zamieniania pieniędzy na dobra i usługi, powstać mogą istotne nierówności. Zalicza się do nich zróżnicowany dostęp do dóbr i usług ze względu na różne ceny: twierdzono na przykład, że „biedni płacą więcej” z racji tego, że chodzą raczej do sklepów w sąsiedztwie niż do podmiejskich supermarketów. Różne praktyki ustalania czynszu mogą oznaczać, że najemcy o niskich dochodach muszą płacić wyższe rachunki za prąd, ponieważ są zmuszeni korzystać z energometrów na monety. Różnice mogą być efektem niedostępności dóbr i usług. Wraz z bogaceniem się społeczeństw sklepy mogą przestać oferować tańsze odmiany lub gatunki produktów. Usługi w rodzaju bankowości transakcyjnej mogą być niedostępne w niektórych regionach. Oferta kredytu przez punktację kredytową może być nieosiągalna dla osób biednych. Wszystkim tym kwestiom należy się dokładnie przyjrzeć, zanim przedstawi się wnioski o zmieniających się wzorach nierówności konsumpcji.

Dyskusje o dostępie do dóbr i usług doprowadziły do sformułowania propozycji, że być może powinniśmy rozważyć dystrybucję „pewnych specyficznych rzadkich towarów”, jak ujął to laureat tzw. ekonomicznego Nobla, James Tobin z Yale, w swojej koncepcji „specyficznego egalitaryzmu”. Wśród wielu innych dóbr wymieniał pożywienie, mieszkanie, edukację i opiekę zdrowotną56. Podobnie mierzenie ubóstwa i wykluczenia społecznego w Europie od roku 2009 uwzględnia wskaźniki deprywacji materialnej. Jednym z trzech elementów europejskiego celu zmniejszenia ubóstwa i wykluczenia społecznego do roku 2020 jest pomiar „poważnej deprywacji materialnej”, definiowanej w kategoriach wymuszonego braku czterech punktów z listy dziewięciu pozycji. Lista ta obejmuje „unikanie zaległości w opłatach za mieszkanie”, „zapewnienie posiłków zawierających mięso, kurczaka lub rybę” i „możliwość utrzymania odpowiedniej temperatury w domu”57. Interesującą różnicą między listą Tobina a tą sformułowaną przez Unię Europejską jest to, że pierwsza obejmuje edukację i zdrowie, których zapewnienie Europejczycy uważają przede wszystkim za obowiązek państwa. Z drugiej strony na górze skali dochodów wymownym wskaźnikiem „dobrowolnego wykluczenia” jest zdolność bogatych ludzi do rezygnowania z usług dostarczanych przez państwo i zapewnienie sobie prywatnego szkolnictwa oraz opieki zdrowotnej. Jak ujął to brytyjski filozof Brian Barry, „jeśli najbogatsza frakcja społeczeństwa czuje, że stać ją na odizolowanie się od powszechnego losu i wykupienie się ze wspólnych instytucji, to jest to również forma społecznego wykluczenia”58.

Ta wieloaspektowa natura konsumpcji i to, jak wiele różnych problemów ona rodzi, oznacza, że pomiar wydatków konsumpcyjnych nie jest w sposób oczywisty lepszym wskaźnikiem od dochodu. Dlatego nadal będę skupiał się na dochodzie jako wykładniku potencjalnej kontroli nad zasobami. Stosowanie wskaźnika dochodu jest w rzeczy samej uznaniem faktu, że używanie zasobów wykracza poza konsumpcję. Przy pomiarze nierówności interesuje nas nie tylko konsumpcja bogatych – przy całej jej istotności – ale również władza, którą daje bogactwo. Władza ta może być sprawowana nad własną rodziną, jak to ma miejsce w przypadku przekazywania bogactwa swoim spadkobiercom, lub na poziomie bardziej ogólnym, np. przez kontrolowanie mediów lub wpływanie na partie polityczne. Dobrym przykładem są dotacje na cele charytatywne. Wrzucenie monety do skarbonki nie przynosi wiele władzy, ale założenie fundacji charytatywnej może mieć już głęboki wpływ na życie innych, jak pokazał to przypadek Fundacji Billa i Melindy Gatesów. Oddziaływanie to może być jak najbardziej pozytywne, ale wciąż oznacza korzystanie z władzy, czego nie wychwytują pomiary konsumpcji. Dochód jest faktycznie środkiem do celu, ale cel ten wykracza poza konsumpcję.

Kto jest gdzie w dystrybucji?

Barbara Wootton, angielska ekonomistka i aktywistka społeczna, powiedziała kiedyś, że powodem do napisania jej książki The Social Foundations of Wage Policy było odkrycie, że słoń biorący na przejażdżki zwiedzających w Whipsnade Zoo zarabiał tyle samo co ona jako starszy wykładowca akademicki59. Często zastanawiałem się, na ile to porównanie jest adekwatne, nie ma jednak wątpliwości, że ludzie lubią wiedzieć, w którym punkcie skali, jeśli chodzi o dystrybucję dochodu, się znajdują60. Nie ma również wątpliwości co do tego, że wielu ludzi, w szczególności z grup górnych wartości na osi dystrybucji, uważa, że dochody lokują ich dużo niżej niż w rzeczywistości. Jan Pen, holenderski ekonomista, który w celu sugestywnego zaprezentowania dystrybucji dochodu opracował „paradę dochodów”, „zapytał raz lekarza specjalistę, należącego najprawdopodobniej do grupy górnych 0,3 % piramidy zarobków, jaka część populacji znajduje się ponad nim. Ten po dłuższej chwili namysłu odpowiedział: 20 %”61. W bardziej współczesnych nam czasach Polly Toynbee i David Walker zadali podobne pytanie prawnikom i bankierom w Londynie, którzy bez problemu mieścili się w górnym 1 % najlepiej zarabiających. Jedni i drudzy czterokrotnie przeszacowali wysokość zarobków wymaganą do znalezienia się w górnych 10 %. Gdy poproszono ich o ustalenie progu ubóstwa, ta elitarna grupa ustawiła go na poziomie, który okazał się być „ledwo poniżej mediany zarobków, co oznacza, że przeciętne zarobki uznali za pensję biednych”62.

Liczby w dystrybucji dochodów mogą się szybko zdezaktualizować, nawet przy skromnej stopie inflacji, ale być może czytelnikom i czytelniczkom pomoże wiedza, kto był kim w 2013 roku. Amerykańskie Biuro Spisu Powszechnego (US Census Bureau) ustaliło wówczas, że mediana dochodu gospodarstw domowych wyniosła 51 939 dolarów rocznie, a próg ubóstwa dla czterech osób (poniżej tego poziomu żyło 14,5 % populacji) wynosił 23 834 dolary (czyli 46 % mediany). Liczby te odnoszą się do dochodu przed opodatkowaniem i nie obejmują wartości świadczeń bezgotówkowych w rodzaju bonów żywnościowych. Przesuwając się w górę dystrybucji, dowiadujemy się z danych Biura, że 150 tys. dolarów, mniej więcej trzykrotność mediany, umieszcza gospodarstwo domowe w górnych 10 %, a szacunki Emmanuela Saeza z Berkeley, oparte na nieco innej definicji, sugerują, że górny 1 % zaczyna się od około 400 tys. dolarów63.

W Wielkiej Brytanii oficjalne dane pokazują, że mediana rozporządzalnego dochodu gospodarstwa domowego z uwzględnieniem jego rozmiaru i składu w latach 2012 – 2013 wyniosła 15 300 funtów rocznie dla jednej osoby, 22 950 funtów dla pary oraz 32 125 funtów dla pary z dwojgiem dzieci. (Przy porównywaniu tych liczb z danymi amerykańskimi należy pamiętać, że w przypadku brytyjskim odjęto podatki bezpośrednie). Próg ubóstwa ustawiony jest na poziomie 60 % mediany, a więc 9180 funtów rocznie dla jednej osoby. Górny ogon wykresu dla Wielkiej Brytanii jest mniej rozciągnięty, tak więc poziom równy podwójnej medianie (64 250 funtów rocznie dla pary z dwojgiem dzieci) pozwoliłby gospodarstwu domowemu znaleźć się na granicy górnych 10 %64.

Dotychczas skupiałem się na wertykalnych relacjach nierówności – między bogatymi i biednymi – natomiast mamy także do czynienia z ważnymi relacjami horyzontalnymi. W danych statystycznych branych pod uwagę przy ustalaniu współczynnika Giniego czy wysokości dochodu górnego 1 % ludzie występują anonimowo, ale możemy się również przyglądać temu, jak nierówny jest dochód w różnych grupach określonych na podstawie płci, lokalizacji czy pochodzenia etnicznego65. Możemy też uwzględniać różnice potrzeb. Dla przykładu, przedstawione wcześniej dane dotyczące nierówności dochodowej nie uwzględniają geograficznych różnic w cenach. Koszt życia np. w Bostonie jest oceniany na 132,5, podczas gdy w Topece w stanie Kansas już na 91,866. Inną istotną różnicą są potrzeby wynikające z niepełnosprawności; wartościowe badania wskazują, że potrzeby te należałoby włączyć do skal ekwiwalentności używanych przy obliczaniu dochodu ekwiwalentnego. Asghar Zaidi i Tania Burchardt pokazują w przypadku Wielkiej Brytanii, jak nieuwzględnianie kosztów wynikających z niepełnosprawności prowadzi do poważnego zaniżania rozmiarów biedy wśród osób niepełnosprawnych. Poniżej przyglądam się trzem horyzontalnym wymiarom: płciowemu, pokoleniowemu i globalnemu.

Płeć

Przytaczane wcześniej dane na temat rozpiętości wynagrodzeń nie rozróżniały wysokości pensji kobiet i mężczyzn ani też nie mówiły nam nic o luce zarobkowej między płciami. Dane Amerykańskiego Biura Spisu Powszechnego pokazują, jak w Stanach Zjednoczonych wygląda średni (liczony według średniej arytmetycznej) stosunek zarobków kobiet w relacji do zarobków mężczyzn przy zatrudnieniu w pełnym wymiarze godzin. W roku 1960 stosunek ten wynosił 60 %, ale do roku 2013 wzrósł do 78 %. Jest to znacząca zmiana, niemniej wciąż widać, że mężczyźni zarabiają średnio o jedną piątą więcej od kobiet. Ponadto zmiana ta nie była równomierna. Stosunek niewiele się zmieniał między rokiem 1960 a 1980, potem wzrastał przez następne dwie dekady, zaś po roku 2000 zmiany znów były niewielkie67. Sophie Ponthieux i Dominique Meurs w swoim omówieniu danych dla ośmiu krajów OECD dochodzą do wniosku, że „od końca lat 90. luka płacowa między płciami zmniejszała się coraz wolniej (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Japonii, gdzie tempo zmian pozostało takie samo), utrzymywała się niezmieniona lub nawet się zwiększała, jak w przypadku Włoch”68.

Analizując trend zmiany luki płacowej między płciami, powinniśmy – tak jak we wszystkich analizach dystrybucji dochodów – inaczej traktować różnice wynikające np. z otrzymanej edukacji, które mogą uzasadniać różnice w płacach, oraz te, które są efektem dyskryminacji. Z historycznego punktu widzenia głównym czynnikiem wpływającym na zmniejszanie się luki płacowej był zwiększający się poziom wykształcenia kobiet. W Stanach Zjednoczonych odsetek absolwentów college’ów w roku 1950 był mniej więcej dwukrotnie niższy w przypadku kobiet (choć, co ciekawe, stosunek ten sięga wyłącznie lat 30.; w kohortach urodzonych w roku 1910 lub wcześniej różnica ta była niewielka). Po roku 1950 odsetek kobiet z wyższym wykształceniem zaczął wzrastać, a obecnie kobiety stanowią większość absolwentów amerykańskich college’ów. To odwrócenie różnicy w wykształceniu między płciami miało miejsce w większości krajów OECD. Kobiety wyprzedzają obecnie mężczyzn w 29 z 32 państw OECD69. Rolę wykształcenia i innych czynników istotnych na rynku pracy, którą pokazało ponad 1500 badań nad luką płacową między płciami, przeprowadzonych w 36 krajach od lat 60. do lat 90., w następujący sposób podsumowali Doris Weichselbaumer i Rudolf Winter-Ebmer: „[Do zmniejszenia się luki płacowej między płciami] w zdecydowanie największym stopniu przyczyniła się lepsza pozycja kobiet na rynku pracy, której przyczyny tkwią w ich lepszym wykształceniu, przygotowaniu i przywiązaniu do miejsca pracy. Opublikowane szacunki dla dyskryminacyjnych (lub niewyjaśnionych) źródeł luki płacowej dają jednak mniej optymistyczną perspektywę: wraz z upływem czasu nie widać żadnego spadku”70. Ujednolicenie selekcji danych i różnic w stosowanych metodach statystycznych „pokazuje nieco bardziej optymistyczny obraz”, ale to wciąż oznacza, że zmniejszenie luki wynikającej według nich z przyczyn „dyskryminacyjnych” o 10 punktów procentowych zajęłoby około sześciu lat. Różnice zarobków ze względu na płeć pozostają zatem istotnym problemem.

Czas i pokolenia

Wykresy 1.1 oraz 1.2 dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii pokazują sekwencję „migawek” przedstawiających sytuację w danym roku dla całej populacji. Nie widzimy jednak wszystkiego. Nie wiemy, czy osoby zajmujące górne pozycje zachowują je w następnym roku; nie wiemy, ilu rodzinom żyjącym w biedzie udaje się z niej w następnym roku wyjść. Ma to znaczenie z trzech powodów. Po pierwsze, chodzi o kwestię mobilności z roku na rok: możliwe jest, że obserwowany wzrost nierówności spowodowany jest zwiększoną zmiennością. W ten sposób makroekonomiści zwykli interpretować zwiększanie się udziału górnych grup dochodowych. W Wielkiej Brytanii rozmiar mobilności dochodowej badał Stephen Jenkins, który ustalił, że mamy do czynienia z jej znaczącym stopniem między kolejnymi latami, ale jednocześnie doprecyzował to stwierdzenie, mówiąc, że „na ogół mobilność jest raczej krótkodystansowa”. Przedstawił także obrazowy opis procesów odpowiedzialnych za ten stan rzeczy: „Dochód każdej osoby oscyluje wokół względnie stałej długookresowej średniej – ta wartość przywiązana jest do skali dochodowej, do której ludzie przyczepieni są [niczym] za pomocą gumki recepturki. Mogą oddalać się od tych więzów z jednego roku na drugi, ale nie odejdą za daleko ze względu na trzymającą ich gumkę”71. Czy mobilność się zwiększyła? W Stanach Zjednoczonych Peter Gottschalk i Robert Moffitt odkryli, że zwiększone wahania przejściowe w zarobkach mogą odpowiadać za połowę wzrostu rozpiętości w końcówce lat 70. i na początku lat 80., ale od tego czasu efekt ten się wyrównał72. Wojciech Kopczuk, Emmanuel Saez i Jae Song stwierdzili, że dla okresu od roku 1970 do 2004, wziętego jako całość, „praktycznie cały” wzrost wahań w zarobkach spowodowany był wzrostem wahań w zarobkach stałych. Ustalili, że „mobilność na górze dystrybucji zarobków jest stabilna i nie złagodziła dramatycznego wzrostu koncentracji rocznych zarobków od lat 70.”73. Jest to spójne z wnioskami Gottschalka i Moffitta, mówiącymi, że wzrost niestabilności zarobków skupiał się w grupie pracowników najmniej wykwalifikowanych, dlatego też miał mniejsze znaczenie dla wzrostu wynagrodzeń górnego decyla, pokazanego na wykresie 1.1. W przypadku Wielkiej Brytanii Jenkins ustalił, że przejściowe wahania nie zmieniły się w dużym stopniu między początkiem lat 90. i połową pierwszej dekady XXI wieku. Wydaje się, że przynajmniej w przypadku Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii zwiększona zmienność jest jedynie skromną częścią całej historii.

Drugim powodem, dla którego powinniśmy śledzić zmiany w czasie, jest istnienie przewidywalnych, zależnych od cyklu życiowego odchyleń w dochodzie. Dla wielu ludzi dochód w ich życiu rozkłada się według wzoru przypominającego garb: rośnie wraz z rozwojem kariery i spada, gdy przechodzą na emeryturę i korzystają ze swoich oszczędności. Tego rodzaju systematyczne różnice, zależne od cyklu życiowego, mogą wytłumaczyć część obserwowanego wzrostu nierówności, jeśli miały miejsce modyfikacje w strukturze demograficznej. Do nich można dodać zmiany w tworzeniu rodziny, zwłaszcza proporcjonalny wzrost rodzin z jednym rodzicem. W 1960 roku, zgodnie z Amerykańskim Spisem Powszechnym, 9 % dzieci żyło w rodzinie z jednym rodzicem; w roku 2010 było to już 27 % dzieci. W dzisiejszej Wielkiej Brytanii mamy podobne proporcje: jedno dziecko na czworo żyje w rodzinie z jednym rodzicem. Rebecca Blank, ekonomistka badająca pracę i była członkini gabinetu prezydenta Obamy, przeanalizowała, na ile przekształcenia w strukturze demograficznej i strukturze rodziny w Stanach Zjednoczonych mogły odpowiadać za wzrost współczynnika Giniego między rokiem 1979 i 2007. Ustaliła, że zmiany demograficzne odegrały pewną rolę, ale ich wpływ był niewielki, rzędu 1,25 punktu procentowego74. W Wielkiej Brytanii Jenkinsowi już wcześniej udało się stwierdzić, że przekształcenia struktury demograficznej miały generalnie niewielki wpływ w okresie od 1971 do 1986 roku. Przemiany w zakresie demografii i rodziny są niewątpliwie istotne, jeśli chodzi o projektowanie reform, ale nie mogą zbyt wiele pomóc w wyjaśnieniu rosnącej nierówności.

Po trzecie, analiza życia jednostek jest ważna ze względu na możliwość wystąpienia znaczących nierówności między pokoleniami. Jeśli, jak to miało miejsce w przeszłości, rzeczywiste dochody rosną w czasie, to osoby urodzone później mogą cieszyć się większym dochodem w trakcie całego życia. Wzrost tego rodzaju wpisany jest w standardowe podejście do ewaluacji publicznych decyzji inwestycyjnych. Kiedy rząd rozważa długookresowy projekt lub korzyści z przeciwdziałania zmianie klimatycznej, stosuje społeczną stopę dyskontową, która składa się z dwóch elementów: czystego czynnika dyskonta dla dystansu czasowego oraz czynnika odzwierciedlającego oczekiwanie, że przyszłe pokolenia będą miały lepiej75. Innymi słowy, dochodom przyszłych pokoleń przypisuje się niższą wartość, tak samo jak przy mierzeniu nierówności w danym czasie mniejsze znaczenie przywiązuje się do tych, którzy mają lepiej. Jednak tego rodzaju oczekiwanie może nie być dłużej gwarantowane. Jeśli obecnie, starając się znaleźć ścieżkę zrównoważonego rozwoju, spodziewamy się, że wzrost średnich dochodów będzie wolniejszy lub że w ogóle nie nastąpi, to nie powinniśmy już dyskontować w ten sposób przyszłych pokoleń. Nie możemy zakładać, że będzie im lepiej niż nam dzisiaj, a przez to postrzegać ich jako „zasługujących na mniej” (to właśnie oznacza w tym przypadku dyskontowanie). Być może wcale nie będzie im się wieść lepiej, ale gorzej. Kwestia sprawiedliwości międzypokoleniowej ma zatem wyższy priorytet niż wówczas, gdy wierzyliśmy, że „życie może być tylko lepsze”, a przez to też powinna stanowić jeden z czynników, według których określamy wybór środków służących zmniejszeniu obecnej nierówności dochodów.

WYKRES 1.6. Globalna dywergencja, potem konwergencja: PKB per capita, 1820 – 2060

INTERPRETACJA: W roku 1820 PKB per capita w parytetach siły nabywczej, czyli stopach wymiany uwzględniających różnice w sile nabywczej, wynosił 533 dolary w Indiach, 600 dolarów w Chinach, 1376 w Stanach Zjednoczonych i 1706 w Wielkiej Brytanii.

Globalna nierówność

Nierówność wśród wszystkich obywateli świata odzwierciedla połączony wpływ nierówności krajowych i nierówności między państwami. Jeśli patrzy się od tej strony, to prosta historia globalnych dysproporcji wygląda następująco: najpierw nierówność w bogatych krajach spadała, ale nierówność między krajami zwiększała się, obecnie zaś dysproporcja w bogatych krajach wzrasta, lecz ta istniejąca między państwami staje się coraz mniejsza. Rozwój nierówności krajowych przyjął kształt litery U, natomiast rozwój nierówności między państwami kształt .

Kształt , obrazujący dywergencję między krajami, po której nastąpiła konwergencja, widzimy na wykresie 1.6, który pokazuje bezwzględne różnice w dochodzie narodowym (PKB) na osobę w Indiach, Chinach, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, zgodnie z ich historycznym formowaniem się oraz projekcjami dalszego rozwoju według OECD. W każdym przypadku dochód narodowy wyrażany jest w kategoriach siły nabywczej, którą określa się, biorąc pod uwagę koszty życia w dłuższym okresie oraz różnice w sile nabywczej między krajami (a więc to, że za 1 dolara w Delhi kupi się więcej niż w Nowym Jorku). Nie trzeba chyba podkreślać, że tego rodzaju porównania w czasie i przestrzeni mogą być jedynie przybliżone, ale wystarczają do przedstawienia dokładniejszego obrazu. Od roku 1820 do 1970 rosła luka między Indiami i Chinami z jednej strony oraz Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi z drugiej. Dochód na osobę w Stanach Zjednoczonych zwiększył się ponad dziesięciokrotnie; w Wielkiej Brytanii w tym samym czasie wzrósł nieco mniej, będąc większy na początku i potem spadając poniżej poziomu amerykańskiego. Od roku 1970 do dzisiaj Indie i Chiny zmniejszały tę lukę, a OECD projektuje, że tendencja ta utrzyma się przez całe obecne stulecie.

Dystrybucja dochodów państw, której przebieg ma kształt , jest zwykle przytaczana jako argument uzasadniający optymistyczną tezę, że globalny rozdział zasobów będzie w przyszłości mniej nierówny. Należy być jednak ostrożnym i to z dwóch powodów. Po pierwsze, choć luka względnie zmniejsza się, bezwzględne różnice w sile nabywczej wciąż się powiększają. Dochód Chin może i rośnie szybciej w wymiarze procentowym, ale wzrost ten odnosi się do dużo mniejszej bazy. Zgodnie z projekcjami OECD bezwzględna różnica dochodu między Stanami Zjednoczonymi i Chinami będzie się zwiększać aż do roku 2057. Po drugie, choć dochód Chin i Indii rósł gwałtownie, inne kraje rozwijające się osiągnęły niższe stopy wzrostu. Z tego właśnie powodu, choć większość moich propozycji odnosi się do nierówności krajowych, w rozdziale 8 omawiam, na czym polega globalna odpowiedzialność krajów OECD i dlaczego powinny one dążyć do redystrybucji obecnych dochodów między krajami.

Lekcje z historii 2

W ostatnich latach nierówność dochodów wzrastała w wielu krajach, ale ta tendencja nie zawsze się pojawiała. Już sam ten fakt wystarczy, by spojrzeć wstecz i przeanalizować dane historyczne na temat nierówności. Kiedy w przeszłości nierówność malała? Czego możemy się z tych okresów nauczyć? By odpowiedzieć na te pytania, potrzebne nam będzie wiele danych historycznych mierzących nierówność dochodową. Na szczęście już nimi dysponujemy. Za pomocą dzisiejszych metod badacze przeanalizowali historyczne rejestry i skonstruowali szacunki na temat nierówności dochodów dla okresu obejmującego ponad sto lat. Badania tego rodzaju są niezwykle ekscytujące, ponieważ perspektywa historyczna umożliwia nam lepsze zrozumienie tego, jak powstała obecna nierówność i jak może zostać zredukowana w przyszłości.

Starając się wyciągnąć lekcje ze statystyk na temat nierówności, musimy być pewni jakości analizowanych przez nas danych. Dlatego rozdział ten zaczynam od opisu i oceny źródeł informacji, z których korzystać mogą badacze nierówności. Taki przegląd jest niezbędny. Zbyt często ekonomiści formułują wnioski na podstawie liczb, które mają pod ręką, nie pytając przy tym, czy owe liczby są właściwe. Problem ten staje się tym istotniejszy w kontekście obecnej eksplozji danych. Słynne badanie ewolucji w czasie nierówności dochodowych, przeprowadzone w połowie lat 50. przez Simona Kuznetsa z Harvardu, laureata tzw. ekonomicznego Nobla, oparte było na garstce obserwacji dla niewielkiej grupy krajów76. Dziś mamy do dyspozycji obfitość baz danych. Pokazuje to olbrzymi postęp, który był możliwy dzięki wielkiemu wysiłkowi urzędów statystycznych i indywidualnych badaczy. Jednocześnie jednak stwarza to ryzyko przytłoczenia nadmiarem informacji. Oto przykład: numer „Journal of Economic Inequality” z grudnia 2012 roku zawiera artykuł, który zaczyna się od spostrzeżenia, że nierówność dochodów w Stanach Zjednoczonych jest wyższa niż w Japonii (jak pokazuje to wykres 1.3, na którym współczynnik Giniego dla Stanów Zjednoczonych jest o około 7 punktów procentowych wyższy), a następnie przedstawia wyjaśnienie tego stanu rzeczy. Jednak czytelnicy tego periodyku mogą być zaskoczeni, gdy odkryją, że w tym samym numerze opublikowany został również artykuł korzystający z danych, z których wynika, że nie ma żadnej rzeczywistej różnicy we współczynnikach Giniego dla obu krajów: Stanów Zjednoczonych (37,2 %) i Japonii (36,6 %). Powinniśmy zadać pytanie, skąd biorą się takie rozbieżności. Dlaczego, jak w powyższym wypadku, możliwe są różne diagnozy sytuacji?77

Źródła danych

Badania gospodarstw domowych

Obecnie głównym źródłem danych na temat nierówności dochodowej są badania gospodarstw domowych. Prezentowane corocznie we wrześniu przez Amerykańskie Biuro Spisu Powszechnego informacje na temat nierówności dochodów i finansowego ubóstwa pochodzą z Bieżącego Badania Ludności (Current Population Survey), przeprowadzanego co miesiąc badania ankietowego, uzupełnianego o coroczny suplement publikowany w okolicy marca, który zbiera informacje o dochodach gospodarstw domowych w poprzednim roku kalendarzowym. Niektórzy amerykańscy czytelnicy tej książki mogli uczestniczyć w tych badaniach, niemniej nie powinni być szczególnie rozczarowani ci, którzy nie zostali do nich wybrani, jako że co roku objętych jest nimi raptem około 60 tysięcy gospodarstw domowych (mniej więcej 1 na 2000). Liczby dotyczące Wielkiej Brytanii, pokazane na wykresie 1.2, pochodzą z Badań Zasobów Rodzinnych (Family Resources Survey), ankiety przeprowadzanej w ponad 20 tysiącach gospodarstw domowych, która również zawiera szczegółowe pytania o dochód i warunki życia. Statystyki Unii Europejskiej dotyczące dochodów i warunków życia (European Union Statistics on Income and Living Conditions, EU-SILC), obejmujące wszystkie kraje członkowskie (oraz Islandię, Norwegię, Szwajcarię i Turcję), stanowią podstawę dla europejskich wskaźników w rodzaju odsetka ludzi zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

Dzięki zaangażowaniu ze strony narodowych urzędów statystycznych i innych instytucji jesteśmy obecnie w stanie dowiedzieć się z badań gospodarstw domowych znacznie więcej o nierówności dochodów niż w latach 60., gdy zaczynałem zajmować się tym tematem. W tamtym czasie gromadzono stosunkowo mało informacji, a gdy już zbierano dane, to niewiele z nich udostępniano badaczom. Porównania między krajami były praktycznie niemożliwe. Dziś mamy zbiory danych zaprojektowane specjalnie do tych celów, w rodzaju EU-SILC, który gromadzi informacje z ponad trzydziestu krajów. Niezależne centra badawcze jak np. LIS (Luxembourg Income Study) udostępniają badaczom uporządkowane dane z prawie pięćdziesięciu krajów (zostały one wykorzystane przy tworzeniu wykresu 1.3). Zbiory informacji wtórnych w rodzaju Światowej Bazy Danych Nierówności Dochodów (World Income Inequality Database), prowadzonej przez Światowy Instytut Badań nad Ekonomią Rozwoju Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych (United Nations University-World Institute for Development Economics Research, UNU-WIDER), gromadzą dane z ponad 150 krajów, od Afganistanu po Zimbabwe.

Porównywalność jest dla tych badań kluczowa. Stwierdzenie, że nierówność w jednym kraju jest mniejsza niż w innym, ma ograniczony sens, jeśli nie jest poparte statystykami zbieranymi na porównywalnej podstawie. Nie możemy wyciągać bezpośrednio wniosków o różnicach w nierównościach, jeśli dochody w kraju A rejestrowane są na podstawie badania gospodarstw domowych, podczas gdy w kraju B informację o nich czerpie się z rejestrów podatku dochodowego dla indywidualnych podatników. Nie możemy mówić, że w jednym kraju występuje mniejsza rozpiętość płac, jeśli statystyki nie obejmują wszystkich robotników rolnych lub pracowników sektora publicznego, lub jeśli badanie ograniczone jest do obszarów miejskich. Poniżej staram się używać porównywalnych definicji w odniesieniu do różnych krajów, a tam, gdzie nie jest to możliwe, zaznaczać prawdopodobne konsekwencje różnic. Oczywiście stuprocentowa porównywalność nie jest możliwa. Ta sama informacja może być zbierana we wszystkich krajach, ale jej znaczenie zależy już od kontekstu. Nierówność dochodu pieniężnego ma mniejszą wagę tam, gdzie państwo zapewnia wszystkim darmowe świadczenia w rodzaju edukacji i służby zdrowia oraz wspiera subwencjami transport i budownictwo mieszkaniowe. Zawsze jednak będziemy mieli do czynienia z różnicami między źródłami danych statystycznych i to do nas należy osądzenie, czy można je pominąć. Ktoś raz powiedział mi, że w pewnym kraju do dochodu gospodarstwa domowego wliczało się wartość miodu wyprodukowanego przez trzymane w domu pszczoły. Nawet mnie, synowi pszczelarza, czynnik ten nie wydał się materialnie istotny dla porównania z Wielką Brytanią.

Porównywalność staje się równie ważna wraz z upływem czasu. To, że jesteśmy dziś w stanie powiedzieć dużo więcej o nierówności, bierze się nie tylko z faktu, że badania są obecnie lepsze i w większym stopniu możliwe do zestawienia niż kiedyś, ale również z tego, że używa się ich od dziesięcioleci. Co więcej, inwestowano wiele środków w to, by czynić je coraz bardziej porównywalnymi, choć, jak podkreślałem wcześniej, pełna porównywalność nie jest możliwa. Metody ankietowe rozwijają się wraz z upływem czasu, a nie możemy niestety jeszcze raz przebadać sytuacji z lat 70. XX wieku. Zmiany w metodologii wpływają na wyciągane wnioski. W roku 1993 w amerykańskim Bieżącym Badaniu Ludności zamieniono ołówek i kartkę na wywiady z użyciem komputera; zmodyfikowano także górne maksimum, które można było wprowadzić do ankiety. Przed rokiem 1993 dochody kodowano maksymalnie na poziomie 299 999 dolarów, który to poziom był wystarczająco wysoki, by nie wpływać na większość ludzi, ale oznaczał także, że wielkość najwyższych dochodów była pomniejszana (po 1993 roku granica została podniesiona do 999 999 dolarów). Przez lata wprowadzano dalsze zmiany w metodologii: źródło danych dla Stanów Zjednoczonych ma nie mniej niż 20 przypisów przedstawiających w szczegółach zmiany w poszczególnych latach. Trudno oszacować kumulatywny wpływ tych modyfikacji, ale te z roku 1993 wydają się najważniejsze, gdyż właśnie w tym okresie zanotowano olbrzymi wzrost nierówności. Amerykańskie Biuro Spisu Powszechnego zaleca „rozwagę” w porównywaniu lat przed i po roku 1993, co uwzględniłem, przygotowując wykres 1.178.

Ograniczenia badań gospodarstw domowych

Dane opracowane na podstawie badań gospodarstw domowych są obecnie powszechnie używane w studiach nad nierównością, a liczby dla różnych krajów, pokazane powyżej na wykresie 1.3, pochodzą w dużym stopniu z tego źródła. Należy jednak wskazać na parę potencjalnych ograniczeń tej metody badawczej. Przede wszystkim są to badania g o s p o d a r s t w d o m o w y c h, przez co wyklucza się w nich ludzi żyjących poza takimi gospodarstwami. Mowa o osobach mieszkających w instytucjach, np. uczniach w internatach, studentach w akademikach czy personelu wojskowym w koszarach, a także osobach przebywających w szpitalach, hostelach, schroniskach, obozach dla uchodźców czy specjalnych centrach pomocy. Badania gospodarstw domowych pomijają osoby starsze żyjące w domach opieki, dzieci w domach dziecka oraz bezdomnych żyjących na ulicy. To wszystko ma znaczenie, ponieważ niektóre z tych grup sytuują się raczej w niższych rejestrach dystrybucji dochodu. Dochodzi do tego jeszcze fakt, że lista, na podstawie której konstruuje się próbę badawczą, może nie być reprezentatywna dla populacji żyjącej w gospodarstwach domowych. Klasycznym przykładem tego zjawiska było używanie telefonu do przeprowadzania wywiadów w czasach, gdy telefon nie należał do powszechnego wyposażenia domu. Doprowadziło to do nadreprezentacji wyborców republikańskich w sondażach przeprowadzanych przez wyborami prezydenckimi w USA79.

Trudno osiągnąć w badaniach pełną reprezentację całości populacji, ponieważ w większości krajów udział w nich jest dobrowolny, tak więc można po prostu odmówić udzielania odpowiedzi. Odsetek braku odpowiedzi w Badaniach Zasobów Rodzinnych w Wielkiej Brytanii w latach 2010 – 2011 wyniósł 41 %. Oznacza to, że na każde sześć osób, które wzięły udział w badaniu, przypadały kolejne cztery, o których niczego się nie dowiedzieliśmy. Gdy spytano ich o przyczynę odmowy, 23 % odpowiedziało, że „nie należy im przeszkadzać”. Wzrost odsetka osób niebiorących udziału w badaniach jest niepokojący: w latach 90. odmawiało 34 % osób zakwalifikowanych do badań. W Stanach Zjednoczonych odsetek braku odpowiedzi jest dużo niższy: w roku 2013 udziału w badaniach odmówiło jedynie 10 % osób, ale i tam odsetek ten wzrósł w ostatnich latach. Malejąca liczba osób biorących udział w badaniach powinna wzbudzić zaniepokojenie w urzędach statystycznych.

Dlaczego nieudzielanie odpowiedzi ma znaczenie? Niski odsetek osób odpowiadających na pytania w ankiecie sam w sobie nie oznacza jeszcze, że powinniśmy odrzucić jej wyniki. Nawet badania z wysokim odsetkiem braku odpowiedzi mogą być reprezentatywne, jeśli osoby, które odmówiły udziału, nie różnią się pod względem istotnych cech od respondentów. W przypadku dochodów i bogactwa istnieją jednak poważne powody, by domniemywać, że odsetek braku odpowiedzi jest systematycznie wyższy wśród osób zamożnych. Osoby, których kondycja finansowa jest bardziej złożona, mogą ze zrozumiałych względów być mniej skłonne poświęcić czas niezbędny do udzielenia szczegółowych odpowiedzi na pytania o ich dochody i majątek. Przeprowadzając Amerykańskie Badanie Finansów Konsumenckich (US Survey of Consumer Finances), Rezerwa Federalna stosuje zarówno standardowy dobór próby oparty na kryteriach geograficznych, jak i specjalny dobór próby wykorzystujący rejestry deklaracji podatku dochodowego (według ścisłych regulacji dostępu do poufnych informacji), by włączyć nieproporcjonalnie rodziny, które posiadają względnie duży udział nieczęsto posiadanych aktywów w rodzaju niekorporacyjnych przedsiębiorstw czy nieopodatkowanych obligacji. Rezerwa Federalna donosi, że „zarówno w roku 2012, jak i 2013 około 70 % gospodarstw domowych wylosowanych do próby dla danego regionu rzeczywiście ukończyło wywiad. Ogólny odsetek odpowiedzi w próbie specjalnej wyniósł około jedną trzecią; w tej części wybranej próby, która zawierała najbogatsze rodziny, odsetek odpowiedzi był o połowę niższy”80. Istnieją zatem poważne powody, by przypuszczać, że górna część dystrybucji jest niedoreprezentowana w badaniach gospodarstw domowych. W przypadku Wielkiej Brytanii seria dla ogólnej nierówności przedstawiona na wykresie 1.2 w poprzednim rozdziale została zaczerpnięta z prac Instytutu Badań Fiskalnych (Institute for Fiscal Studies), który korzysta z danych dotyczących deklaracji podatkowych (zobacz niżej), by dokonywać korekty dla niskiego odsetka odpowiedzi w badaniach osób zamożnych oraz dużej zmienności w podawanych przez nie dochodach.

W badaniach gospodarstw domowych należy również brać poprawkę na „efekt respondencki” – dana osoba bierze udział w badaniu, ale z różnych względów odpowiada w sposób niepełny lub niezgodny z prawdą. W niektórych przypadkach do takich sytuacji nie dochodzi z winy ankietowanych. Gdy parę lat temu brałem udział w brytyjskim badaniu, uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że we wcześniejszej odpowiedzi pominąłem jedno źródło dochodu. Powiedziano mi jednak stanowczo, że program komputerowy, którego używano do przeprowadzania ankiety, nie pozwala na powrót do wcześniejszego pytania, zatem moja pierwotna odpowiedź musiała pozostać niezmieniona. Używając danych z badań do analizowania dystrybucji dochodów, należy przestudiować także, do jakiego stopnia rejestrowane w tych ankietach sumy pokrywają się z tymi, o których wiemy ze źródeł zewnętrznych. W przypadku EU-SILC porównanie z narodowymi rachunkami (wziąwszy pod uwagę różnice w definicjach) pokazało, że w roku 2008 dane z tych dwóch źródeł zgadzały się w największym stopniu w przypadku płac i pensji, a także pieniężnych świadczeń społecznych i podatków. Największe różnice zanotowano w przypadku dochodów osób samozatrudnionych i przychodów z nieruchomości. Te kategorie dochodowe lokują się zazwyczaj wyżej w rozkładzie dystrybucji, tak więc ich niewystarczający udział w ankietach gospodarstw domowych prowadzi do pomniejszania rozmiarów nierówności81.

Badania gospodarstw domowych stanowią nieodzowne źródło danych, a urzędy statystyczne powinny nieustannie inwestować w dalsze ich prowadzenie i rozwój. Informacje, które z nich czerpiemy, są niezbędne do opracowywania programów zmniejszania nierówności. Musimy jednak podchodzić do ustaleń, które wynikają z badań, z odpowiednią ostrożnością. Z tego powodu coraz częściej używa się ich w połączeniu z danymi administracyjnymi.

Rejestry podatku dochodowego

Jeśli dane na temat dystrybucji dochodów nie pochodzą z badań gospodarstw domowych, to skąd? Najważniejsza odpowiedź brzmi: z rejestrów administracji. W przeszłości było to główne źródło informacji na temat tego, w jakim położeniu znajdują się poszczególne rodziny. Rejestry te wcześniej miały postać „tabel społecznych”, za pomocą których pionierzy w rodzaju Gregory’ego Kinga opisywali rozkłady dochodów w Anglii i Walii (dla roku 1688), nie były one jednak oparte na danych o pojedynczych osobach. Dopiero wprowadzenie podatku dochodowego od osób fizycznych (w Wielkiej Brytanii na początku XIX wieku) umożliwiło realne szacowanie nierówności dochodowej na podstawie potwierdzonych danych o indywidualnych dochodach. Tego rodzaju informacje dotyczące dystrybucji można łączyć z zewnętrznymi sumami kontrolnymi, z danymi na temat populacji oraz z rachunkami narodowymi w celu szacowania udziałów różnych grup w całkowitym dochodzie. W ten sposób udziały górnego 1 % na wykresach 1.1 oraz 1.2 zostały odniesione do górnego 1 % całej dorosłej populacji (czy też, odpowiednio, wszystkich jednostek podatkowych) – w efekcie widzimy udział grup o najwyższym dochodzie w całkowitym dochodzie gospodarstw domowych, zgodnie z szacunkami rachunków narodowych. Sumy te nie są ograniczone do tych deklarowanych przez podatników82.

Podatek dochodowy od osób fizycznych z początku obejmował jedynie małą część populacji, a serie dla udziałów najwyższych dochodów rozpoczynają się przed momentem, dla którego jesteśmy w stanie podać szacunki w zakresie nierówności w całej populacji (czyli współczynnik Giniego). Zasięg danych z podatku dochodowego znacząco się od tego czasu poszerzył, zwłaszcza podczas II wojny światowej i po niej, tak że dane administracyjne obejmują teraz znaczącą większość populacji. Nawet w przypadku indywidualnych podatników, którzy nie wypełniają deklaracji, ściąganie podatku dochodowego u źródła zapewnia włączenie ich do rejestrów podatkowych. Używając danych z deklaracji podatkowych, powinniśmy jednak pamiętać, że nie zostały one skonstruowane w celu badania nierówności – są efektem ubocznym procesu administracyjnego. Forma i treść tych informacji odzwierciedla określone prawo podatkowe. Dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych jednostka podatkowa odnosi się do połączonego dochodu pary (i osób od niej zależnych), podczas gdy w Wielkiej Brytanii od roku 1990 opodatkowuje się pojedyncze osoby, a wynikająca z tego dystrybucja odnosi się do indywidualnych dochodów83. Definicja dochodu dla celów podatkowych może znacząco różnić się od wyczerpującej definicji omówionej w poprzednim rozdziale. Może zezwalać na odliczanie odsetek płaconych za zakup domu lub od pożyczki osobistej. W niektórych przypadkach może zbliżać się do wspomnianej definicji w większym stopniu niż badania gospodarstw domowych, np. włączając rentę przypisaną do domu zajmowanego przez jego właściciela (jak miało to niegdyś miejsce w Wielkiej Brytanii) lub tę od zrealizowanych zysków z kapitału. We wszystkich przypadkach zasięg danych z rejestrów podatkowych jest jednak potencjalnie pomniejszony przez „brak odpowiedzi” podatników w postaci unikania lub uchylania się od opodatkowania. W badaniach najwyższych dochodów opartych na rejestrach podatku dochodowego poświęca się zazwyczaj dużo uwagi możliwemu wpływowi tego rodzaju praktyk na wyniki84.

Dane o zarobkach

Zarówno badania gospodarstw domowych, jak i rejestry administracyjne są źródłami danych o indywidualnych zarobkach; te drugie przybierają zazwyczaj postać informacji o składkach na ubezpieczenia społeczne. Zakres możliwych źródeł danych jest jednak dużo większy w przypadku zarobków, gdyż informacje o nich można pozyskać zarówno od pracodawców, jak i pracowników. Różne kraje korzystają z różnych źródeł. Dane o zarobkach w Stanach Zjednoczonych, przedstawione na wykresie 1.1, pochodzą z tego samego źródła, co serie dotyczące nierówności dochodowej, czyli z Bieżącego Badania Ludności (Current Population Survey, badanie gospodarstw domowych), podczas gdy dane dla Wielkiej Brytanii na wykresie 1.2 zostały zaczerpnięte od pracodawców, z Rocznego Badania Godzin Pracy i Zarobków (Annual Survey of Hours and Earnings). Informacje o zarobkach we Francji, prezentowane w tym rozdziale, pochodzą z deklaracji podatkowych.

Porównania różnych źródeł dla tego samego kraju sugerują, że poszczególne ustalenia są względnie spójne85. Jednakże różnica perspektywy pracodawców i pracobiorców może prowadzić do systematycznych różnic w przypadku niektórych zmiennych, zwłaszcza godzin – pracodawcy będą raczej podawać godziny zapisane w umowach, pracownicy zaś rzeczywiste godziny pracy. Możemy mieć także do czynienia z istotnymi różnicami w zakresach źródeł danych. Statystyki oparte na francuskich deklaracjach podatkowych nie obejmują pracowników rolnych, urzędników państwowych, służby domowej i osób zatrudnionych na część etatu. W efekcie statystyki, np. w 1995 roku, obejmowały jedynie dwie trzecie wszystkich pracowników. Badanie Struktury Zarobków w Unii Europejskiej (EU Structure of Earnings Survey) pomija zarówno administrację publiczną, jak i małe przedsiębiorstwa zatrudniające mniej niż 10 osób.

Różnorodność źródeł oznacza, że dane o wynagrodzeniach są często bogatsze od danych czerpanych z badań gospodarstw domowych, niemniej w przypadku zarobków spójność danych z różnych krajów i okresów może być jeszcze trudniejsza do uzyskania. Ktokolwiek korzysta z tych informacji, musi nieustannie sprawdzać, czy podobne porównuje z podobnym.

Dane o majątku

W przypadku majątku mamy do czynienia z jeszcze większą liczbą potencjalnych źródeł danych. Do naszej dyspozycji są badania gospodarstw domowych w zakresie osobistego stanu posiadania, w rodzaju ankiety przeprowadzanej przez amerykańską Rezerwę Federalną i te wprowadzone niedawno przez Europejski Bank Centralny, do których należy także brytyjskie Badanie Majątku i Zasobów (Wealth and Assets Survey). Jak podkreślałem wcześniej, badania ankietowe muszą mierzyć się z problemem braku odpowiedzi od części osób nimi objętych, którego nie da się w pełni przezwyciężyć, zwiększając udział osób bogatych w próbach badawczych. Grupa najbardziej zamożnych jest przedmiotem innego rodzaju analiz, polegających na tworzeniu zestawień posiadaczy największych majątków, jak np. lista światowych miliarderów magazynu „Forbes” lub Lista bogaczy układana w Wielkiej Brytanii przez Philipa Beresforda i publikowana przez „The Sunday Times”. Dla tego rodzaju zestawień istnieje wiele potencjalnych źródeł danych administracyjnych, jak np. coroczne deklaracje podatku majątkowego w tych krajach, które taki podatek wprowadziły, a także informacje pośrednie, jak np. dochód inwestycyjny widniejący w deklaracjach podatku dochodowego, odpowiednio przemnażany w celu uzyskania szacunkowej wartości leżącego u jego podstaw majątku (w odniesieniu do tego mnożnika bierze się pod uwagę zmienną relację między opodatkowanym dochodem, wielkością majątku i innymi współczynnikami). Informację pośrednią można czerpać z danych administracyjnych o majątku posiadanym w chwili śmierci, które zazwyczaj powstają w celu przeprowadzenia procedury spadkowej i opodatkowania spadku. W tym przypadku stosuje się inny mnożnik. W rezultacie osoby zmarłe w danym roku traktuje się jako próbę żyjącej populacji. Śmierć nie jest zjawiskiem losowym, tak więc mnożnik przyjmuje inną wartość w zależności od wieku i płci, jak również w przypadku osób bogatych, ponieważ zazwyczaj żyją one dłużej. W ten sposób dystrybucję spadków w danym roku przekształca się w szacunki na temat majątku żyjących. Oczywiście operacja przemnażania ma swój margines błędu, a jej rezultaty (podobnie jak w przypadku danych o podatku dochodowym) są ograniczone przez definicje zawarte w strukturze prawnej i mogą na nie wpływać praktyki unikania podatków i ukrywania wartości majątku. Tak samo jak w przypadku danych o podatku dochodowym, majątek szacowany z danych podatkowych można wyrazić jako udziały w całkowitym majątku narodowym, korzystając z zewnętrznych informacji o sumie majątków osobistych. Szacunki tej sumy oparte są na krajowym bilansie płatniczym, który w odniesieniu do Wielkiej Brytanii stanowi część rachunków narodowych.

Cofając się w czasie

Źródła danych zostały opisane ze współczesnej perspektywy, ale ważny wkład ostatnich badań polegał na cofnięciu się w czasie i ożywieniu danych z przeszłości. W niektórych przypadkach oznacza to użycie informacji, które dotyczą pojedynczych osób żyjących w minionym okresie historycznym, ale ten proces jest zazwyczaj bardzo czasochłonny i rzadko stosowany86. Częściej używa się publikowanych zestawień tabelarycznych, pokazujących, ile osób otrzymało dochód w różnych zakresach. Informacje te, nierzadko bardzo szczegółowe, były rutynowo publikowane przez urzędy podatkowe w wielu krajach. Na przykład w Holandii źródła tego rodzaju pokazują, że w roku 1933 tylko jedna para małżeńska miała dochód między 800 tys. a 900 tys. guldenów, a ponieważ była jedyna, możemy łatwo stwierdzić, że jej opodatkowany dochód wynosił dokładnie 874 tys. guldenów – czyli 800 razy więcej niż średni dochód87. Na początku XX wieku ekonomiści korzystali z istniejących zestawień podatku dochodowego, ale potem przez wiele lat je zaniedbywali. Dopiero od niedawna czerpie się z tego bogatego źródła. Łącząc dane zawarte w zestawieniach tabelarycznych z niedawno skonstruowanymi kontrolnymi sumami dochodów, można tworzyć serie sięgające w przypadku niektórych krajów ponad 100 lat wstecz88.

Podsumowując, możemy stwierdzić, że mamy do dyspozycji źródła informacji, z których dowiemy się wiele o dystrybucji dochodów, zarobków i majątków. Jeśli odnajdziesz się w statystykach, które przytaczam dalej, to może tak być dlatego, że wziąłeś/wzięłaś udział w badaniu gospodarstw domowych lub twój pracodawca złożył odpowiednią deklarację w ramach innego badania, lub na bazie m.in. twoich deklaracji podatkowych lub rejestru płaconych składek na świadczenia społeczne dokonano szacunkowych obliczeń – a może znajdujesz się na liście bogaczy? Najważniejsze to pamiętać, że każde źródło, z którego czerpiemy dane, jest niedoskonałe, i że nasze zadanie polega na zrobieniu możliwie najlepszego użytku z tego wadliwego materiału. Osobiście podoba mi się obraz danych ekonomicznych nakreślony przez harvardzkiego ekonomistę Zvi Grilichesa: „Dostępne statystyki ekonomiczne są naszym oknem na świat zachowań gospodarczych i pomimo zadrapań i ciągłego zaparowywania nie możemy przestać spoglądać przez nie i próbować zrozumieć, co się dzieje”89.

Kiedy w przeszłości nierówność się zmniejszała?

W tym podrozdziale staram się wyciągnąć wnioski z sytuacji ekonomicznej w okresach istotnego zmniejszenia się nierówności. Co przez to rozumiem? Co czyni dany spadek poziomu nierówności „istotnym”? Wiemy, że zbiorcze wskaźniki dysproporcji ekonomicznych, w rodzaju współczynnika Giniego, zmieniają się z roku na rok. Jak duża musi to być zmiana, byśmy mogli mówić o istotnej redukcji? Standardowa odpowiedź na to pytanie musi uwzględnić błąd statystyczny, który trzeba założyć, jeśli informacje zbiera się tylko na podstawie wybranej próby, a nie całej populacji. Dla przykładu, Statistics Canada sugeruje, że przy próbie wynoszącej mniej więcej 35 tys. gospodarstw domowych zmianę w wielkości współczynnika Giniego wynoszącą 1 punkt procentowy można traktować jako istotną statystycznie90. Mnie interesują jednak zmiany istotne z politycznego punktu widzenia.

Wychodząc od tych samych obliczeń, które przedstawiłem powyżej, i odnosząc zmiany w całkowitej stawce opodatkowania do zmian współczynnika Giniego, możemy zauważyć, że wzrost stawki podatkowej o 5 punktów procentowych skutkowałby zmniejszeniem się współczynnika Giniego o 3 punkty procentowe91. Ponieważ wzrost stawki opodatkowania o 5 punktów procentowych byłby dość radykalnym krokiem dla każdego ministra finansów, zmniejszenie współczynnika Giniego o 3 punkty procentowe wydaje się rozsądnym kryterium istotnej zmiany. Będę je zatem stosował – oczywiście jedynie jako pewne ogólne wskazanie. Jeśli wrócimy do porównań współczynników Giniego w różnych krajach, przedstawionych na wykresie 1.3, to zobaczymy, że spadek o 3 punkty procentowe uczyniłby Wielką Brytanię krajem mniejszych nierówności niż Australia, a Francję i Niemcy – mniejszych niż Finlandia.

Co z pozostałymi wskaźnikami dysproporcji ekonomicznych? Jeśli chodzi o poziom niedostatku, to możemy zauważyć, że celem strategii Europa 2020 w zwalczaniu ubóstwa i wykluczenia społecznego w tej dekadzie jest zmniejszenie ich o jedną szóstą. Jeśli wielkość tę zastosujemy do poziomu zagrożenia niedostatkiem (zamiast do rozszerzonych pomiarów ubóstwa i wykluczenia społecznego), to, zaokrąglając, również uzyskamy cel wynoszący redukcję o 3 punkty procentowe. Dla dochodów najzamożniejszych grup nie istnieje żadna oczywista miara, więc w odniesieniu do nich także przyjmuję wielkość wynoszącą 3 punkty procentowe. Wreszcie dla górnego decyla zarobków, określanego jako procent mediany, przyjmuję, że istotna zmiana wynosi 5 %, co oznaczałoby, że spadek z, powiedzmy, 200 % do 190 % zarobków mediany byłby już istotny. W każdym wypadku zmianę mierzymy w okresie, w którym dany wskaźnik zmierzał wyraźnie w jednym kierunku, przy czym długość tego okresu nie ma znaczenia. Interesują mnie okresy zmian, a nie ich tempo.

Zmiany nierówności od roku 1914 do 1945 i rola wojny

W Kapitale w XXI wieku Thomas Piketty pisze o swojej rodzinnej Francji: „uderzające może być spostrzeżenie, do jakiego stopnia zmniejszenie nierówności dochodów we Francji w XX wieku koncentruje się wokół bardzo szczególnego okresu: wojen lat 1914 – 1945. […] W dużym stopniu zatem redukcja nierówności w ciągu minionego wieku jest chaotycznym rezultatem wojen oraz spowodowanych nimi wstrząsów ekonomicznych i politycznych, nie zaś produktem stopniowej, zgodnej i bezkonfliktowej ewolucji w stronę większych równości. W XX wieku to wojny usunęły brzemię przeszłości, a nie harmonijna racjonalność demokratyczna czy ekonomiczna”92. Dane na temat Francji z tego okresu, na których opiera się Piketty, dotyczą najwyższych dochodów. Dysponujemy danymi o najwyższych dochodach w okresie 1914 – 1945 dla ośmiu innych krajów – w przypadku wszystkich z wyjątkiem dwóch (Norwegii i RPA) udział górnego 1 % w całkowitym dochodzie brutto był w roku 1945 niższy o przynajmniej 3 punkty procentowe niż w roku 191493. W Japonii udział górnego 1 % spadł z 18,6 % do 7,4 % – liczby te są praktycznie identyczne w przypadku Francji (gdzie udział ten spadł z 18,3 % do 7,5 %). Co więcej, w obu tych krajach ów spadek między rokiem 1914 a 1945 wyczerpywał praktycznie całkowity spadek udziału górnego 1 % w XX wieku. Różnica pojawia się, gdy porównujemy Francję i Japonię z pozostałymi siedmioma krajami, których sytuacja ekonomiczna w tym okresie jest nam znana. W Danii, Holandii, Norwegii, RPA, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych miał miejsce znaczący spadek udziałów najwyższych dochodów po 1945 roku. Zmniejszanie się nierówności nie było ograniczone do okresu między rokiem 1914 i 1945.

By lepiej zrozumieć rolę obu wojen światowych, musimy bliżej przyjrzeć się temu, co wydarzyło się w okresie 1914 – 1945. Wraz z końcem I wojny światowej (1914 – 1918) widzimy, że udziały najwyższych dochodów w Wielkiej Brytanii były niższe po jej zakończeniu, co odzwierciedlało m.in. utratę zamorskich aktywów: udział górnego 0,1 % spadł z 10,7 % w roku 1914 do 8,7 % w roku 1918. W innych krajach zaangażowanych w konflikt, np. w Japonii czy Stanach Zjednoczonych, nie mieliśmy jednak do czynienia z istotnym zmniejszeniem się udziałów najwyższych dochodów. We Francji udział górnego 1 % wynosił 18,3 % w roku 1915 i 17,9 % w roku 1920. W krajach niebiorących udziału w wojnie, np. w Danii i Holandii, udziały górnych grup dochodowych w trakcie I wojny światowej wręcz wzrosły. Jak pokazały różne uroczystości z okazji obchodów setnej rocznicy 1914 roku, konsekwencje wojny były olbrzymie, ale nie oznaczały one wyraźnej redystrybucji i przepływu zasobów od bogatych do mniej zamożnych. Po wojnie rzeczywiście pojawiały się w Wielkiej Brytanii i innych krajach przypadki nawoływania do wprowadzenia podatku kapitałowego jako reakcji na problem czerpania zysków z wojny. Sir Josiah Stamp zauważył w swoich wykładach pod tytułem The Financial Aftermath of War [„Finansowe konsekwencje wojny”], że „podnoszono olbrzymi krzyk, by atakować wzrost bogactwa z kapitału pozyskanego podczas wojny”94.

Jeśli chodzi o okres międzywojenny, to dysponujemy danymi dla większej liczby krajów: dla lat 1920 – 1939 dane o udziałach najwyższych dochodów pochodzą z 15 państw, od Indii po Zimbabwe (wówczas Rodezję Południową). W przypadku 9 z tych krajów, w tym czterech krajów anglosaskich (Australii, Kanady, Wielkiej Brytanii i USA), a także Danii, Japonii i Szwecji, nie zaobserwowano istotnego spadku udziału najwyższych dochodów między rokiem 1920 i 1939. Tylko w czterech krajach mieliśmy do czynienia z istotnym zmniejszeniem tych udziałów w trakcie całego opisywanego okresu: we Francji, Holandii, Nowej Zelandii i RPA. W odniesieniu do Francji Piketty podkreśla złożoność okresu międzywojennego i istnienie trendów przeciwstawnych do ogólnej tendencji zmian. Jednym z nich była deflacja w okresie 1929 – 1935, której dystrybucyjne konsekwencje doprowadziły do wygrania wyborów w roku 1936 przez Front Ludowy, a następnie do reformy systemu podatkowego i zawarcia porozumień z Matignon, dotyczących praw robotniczych95. Również Wielka Depresja, która zaczęła się w roku 1929, miała w różnych krajach znacząco odmienne skutki dystrybucyjne96.

Podczas II wojny światowej (1939 – 1945) – w przeciwieństwie do I wojny światowej – nierówność zmniejszyła się powszechnie. We wszystkich zawyjątkiem dwóch z siedemnastu krajów, których sytuację w kwestii udziału najwyższych dochodów znamy, między rokiem 1939 i 1945 miał miejsce spadek poziomu nierówności (wyjątkami były RPA i Rodezja Południowa). W ośmiu z tych siedemnastu państw redukcja była wystarczająca, by liczyła się jako istotna. Nierówność nie zmniejszała się tylko w krajach zwycięskich lub pokonanych. Wykres 2.1 pokazuje zmiany w czasie dla wybranych krajów. Jak zaznaczono, udziały górnego 1 % spadły w podobnym wymiarze we wszystkich przedstawionych krajach – z wyjątkiem Szwajcarii. Można również przytoczyć dane o ogólnej nierówności (w postaci współczynnika Giniego), które na wykresie zaznaczono liniami ciągłymi. W Wielkiej Brytanii współczynnik Giniego był po II wojnie światowej mniejszy o całe 7 punktów procentowych niż w roku 1938; w Stanach Zjednoczonych różnica między rokiem 1936 i 1944 była podobnej wielkości.

II wojna światowa wyróżniła się tym, że w jej trakcie doszło do dużo bardziej powszechnego zmniejszenia nierówności dochodowej. W niektórych wypadkach był to produkt chaosu wojny i okupacji lub strukturalnych kryzysów narzuconych przez powojenne przesiedlenia. Jednak nawet w krajach, w których zachowano ciągłość rządów, doszło do znaczących zmian w efekcie nowych postaw społecznych i większego poczucia solidarności społecznej. W Wielkiej Brytanii doprowadziło to już w trakcie wojny do uchwalenia w 1944 roku Ustawy o edukacji (Education Act). Ogólnie rzecz biorąc, jak określił to Richard Titmuss w swojej historii polityki społecznej w okresie wojny, „pod koniec II wojny światowej rząd […] przyjął i rozwinął środki bezpośredniego dbania o zdrowie i dobrobyt populacji, co w porównaniu do roli rządu w latach 30. należy w zasadzie uznać za cud”97. W roku 1945 wybrano powojenny rząd Partii Pracy, który utworzył Narodową Służbę Zdrowia (National Health Service) i ujednolicił system ubezpieczeń narodowych (National Insurance) według wytycznych zaproponowanych przez Beveridge’a. W przypadku Stanów Zjednoczonych Claudia Goldin i Robert Margo, którzy scharakteryzowali zmniejszenie rozpiętości płac jako „Wielką Kompresję”, podkreślają rolę interwencji w rynek pracy w postaci National War Labour Board98 (Narodowej Rady ds. Pracy w czasie Wojny). W bardziej ogólnym kontekście Paul Krugman wymienia inne reformy w ramach Nowego Ładu prezydenta Roosevelta i jego politykę podczas II wojny światowej, a także wzmocnienie związków zawodowych99. Powstaje jednak pytanie: jak długo to trwało?

WYKRES 2.1. Nierówność a II wojna światowa, wybrane kraje

INTERPRETACJA: Procent całkowitego dochodu brutto trafiający do górnego 1 % (lewa oś) oraz ogólna nierówność (mierzona współczynnikiem Giniego; procent na prawej osi) spadły w większości krajów podczas II wojny światowej.

Po II wojnie światowej w Stanach Zjednoczonych

Co działo się dalej? W krótkim czasie w Stanach Zjednoczonych dystrybucja zarobków zaczęła być coraz bardziej nierówna. Jak widzieliśmy w rozdziale 1, wzrost najwyższych zarobków w Stanach Zjednoczonych można zaobserwować od roku 1951. Nie miało to nic wspólnego z globalizacją lub z nowymi technologiami komputerowymi. Rozpiętość płac zaczęła się powiększać, zanim uruchomiono jakikolwiek komercyjny komputer: pierwsze modele zostały skonstruowane właśnie w roku 1951 (Ferranti Mark 1 w Wielkiej Brytanii, następnie zaś UNIVAC 1 w Stanach Zjednoczonych). Uderza jednak fakt, że temu rozszerzeniu różnic płacowych nie towarzyszył wzrost nierówności w dochodach gospodarstw domowych. Ta zaczęła wzrastać dopiero w latach 80. Zazwyczaj przyjmujemy, że większe różnice w płacach automatycznie prowadzą do większej nierówności dochodowej, ale amerykańskie doświadczenie pierwszych dekad powojennych pokazuje, że tę zależność można usunąć.

Jak udało się tego dokonać? Przydatny będzie powrót do przewodnika po dochodzie gospodarstwa domowego (wykres 1.5). Na jego podstawie możemy stwierdzić, że zadziałał jednocześnie szereg czynników, dzięki czemu wzrastająca rozpiętość indywidualnych zarobków nie prowadziła do wzrostu współczynnika Giniego dla całkowitych dochodów. Pierwszym etapem była zmiana jednostki pomiaru i przejście od indywidualnych zarobków do całkowitych dochodów gospodarstw domowych. W tym aspekcie w okresie powojennym dokonano znaczącego postępu. W studium z roku 1980, opublikowanym przez Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych (National Bureau of Economic Research) pod tytułem The American Economy in Transition, stwierdzono, że na rynku pracy „najważniejszą zmianą był napływ na rynek pracy kobiet, zwłaszcza mężatek z dziećmi”. W roku 1947 jedna piąta (22 %) zamężnych kobiet (mieszkających ze swoimi mężami) wchodziła w skład opłacanej siły roboczej; trzydzieści lat później liczba ta wynosiła prawię połowę (47 %)100. Zmieniała się zatem struktura dochodu gospodarstwa domowego. Jaki miało to wpływ na nierówność? Dystrybucja dochodów gospodarstw domowych zależy od stopnia, w jakim powiązane są zarobki małżonków. Odpowiednio zatem wpływ coraz większego uczestnictwa w rynku pracy zależy od tego, kto dołącza do siły roboczej. Nierówność może być w efekcie łagodzona lub zwiększana. W okresie powojennym okazało się, że zwiększone uczestnictwo przyniosło wzrost zarobków gospodarstw domowych z dolnej części rozkładu dochodów. Podsumowując powojenne doświadczenie Stanów Zjednoczonych, Nan Maxwell pisze, że „dla rodzin składających się z męża i żony w okresie przed 1970 rokiem czynnik wyrównujący brał się z tego, że w rynku pracy uczestniczył relatywnie duży odsetek kobiet z mężami o niskich zarobkach”. Jednakże po roku 1970 „nowymi uczestniczkami rynku pracy były głównie kobiety z mężami o wysokich zarobkach. Dlatego też wzrastający udział kobiet w sile roboczej może zwiększać nierówność między rodzinami, w których oboje małżonkowie zarabiają”101. Lynn Karoly i Gary Burtless udokumentowali, w jaki sposób zależność między zarobkami kobiet i mężczyzn była negatywna w roku 1959, ale w roku 1989 stała się już pozytywna. Zaobserwowali wówczas, że „rosnąca korelacja między zarobkami mężów i żon coraz częściej zwiększała ogólną nierówność dochodową”102. To, co z początku było siłą wyrównującą, zaczęło teraz działać w przeciwnym kierunku. Trend ten jednak się nie utrzymał. Według Jeffa Larrimore’a zmiany w korelacji zarobków małżonków nie mają już wpływu na zwiększanie nierówności103.

W okresie bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych zmiany na rynku pracy przyczyniały się zatem do zmniejszenia nierówności dochodów (podobne siły działały też w innych krajach OECD). Następnym krokiem w przewodniku po dochodzie gospodarstwa domowego było dodanie dochodu niepochodzącego z pracy, na który składają się trzy główne komponenty: dochód z kapitału, transfery prywatne i transfery państwowe. Dochód z kapitału stał się już przedmiotem licznych dyskusji dotyczących trendów w dystrybucji majątku w Stanach Zjednoczonych, jak również różnych źródeł dla takich analiz: niektóre dane odnoszą się do indywidualnych osób (np. szacunki bazujące na wartościach nieruchomości), inne zaś do jednostek podatkowych (szacunki bazujące na dochodzie z inwestycji) lub gospodarstw domowych (szacunki oparte na ankietach), inne w końcu do jednostek rodzinnych (np. listy bogaczy). Wydaje się jednak, że po II wojnie światowej majątek w Stanach Zjednoczonych był mniej nierówno dystrybuowany niż w latach 20.: na podstawie szacunków opartych na wartościach nieruchomości można stwierdzić, że udział górnego 1 % w latach 20. przekraczał jedną trzecią (średnio 36 % w okresie 1920 – 1929), podczas gdy w latach 50. wynosił mniej niż jedną czwartą (średnio 24 % w trakcie całej dekady)104. W kolejnych powojennych dekadach mieliśmy jednak do czynienia ze słabo widocznym trendem zmniejszania udziałów największych majątków, w tym zakresie zatem dochód z kapitału nie przyczynił się do wyrównania wzrastającej rozpiętości płac.

Co zapobiegło zwiększaniu się ogólnej nierówności w Stanach Zjednoczonych w okresie bezpośrednio po II wojnie światowej? Główną rolę odegrały transfery rządowe, które rosły w gwałtownym tempie. Federalne wydatki na płatności dla osób fizycznych podwoiły się jako proporcja dochodu narodowego między rokiem 1955 a 1970105. Rozwój transferów, wliczając w to dojrzewanie stanowiących część Nowego Ładu (1935) programów ubezpieczeniowych dla osób starszych, osób pozostawionych bez środków do życia po śmierci żywiciela oraz dla niepełnosprawnych (ostatni wszedł w życie w 1954 roku), prowadził do zmniejszania nierówności dochodów gospodarstw domowych. Karoly i Burtless wskazują na „nadzwyczajny rozwój dochodu niezarobkowego, przede wszystkim transferów rządowych”. Rozkwit tego rodzaju wsparcia, w połączeniu z silnym wzrostem średnich dochodów we wcześniejszych dekadach po wojnie, przyczynił się do imponującego zmniejszenia proporcji populacji żyjącej poniżej oficjalnej granicy ubóstwa, co można zobaczyć na wykresie 1.1. Karoly i Burtless piszą jednak dalej, że po 1969 roku „korzyści z dochodów niepochodzących z pracy zaczęły dominować wśród dobrze sytuowanych. Dochód z kapitału lub prywatnych funduszy emerytalnych rósł szybciej niż gotówkowe transfery kierowane przez rząd do osób biednych”106. W tym przypadku zmiana tendencji była spowodowana nie tyle zmianą społeczną czy gospodarczą, co wyborami natury politycznej.

Ostatni etap przechodzenia od indywidualnych zarobków do rozporządzalnego dochodu gospodarstwa domowego dotyczy drugiej strony rachunków rządowych: opodatkowania. W dekadach powojennych podatki pozostawały na wysokim poziomie od roku 1950 do 1979: najwyższa stawka podatkowa od zarobionego dochodu w Stanach Zjednoczonych wynosiła średnio 75 % (podczas gdy przez kolejne 30 lat, w okresie 1980 – 2009, było to 39 %). Wartości współczynnika Giniego na wykresie 1.1 odnoszą się do dochodu sprzed opodatkowania (tak samo jak wartości udziału najwyższych dochodów), dlatego też nie odzwierciedlają wpływu wysokich stawek podatku dochodowego. Ich wpływ był wówczas przedmiotem wielu dyskusji. Według Josepha Schumpetera „Nowy Ład był w stanie wywłaszczyć górne przedziały dochodowe już nawet przed wojną”107. Z drugiej strony Irving Kravis podsumował swoje analizy statystyczne stwierdzeniem, że „wzrost progresywności struktury podatkowej odegrał małą lub wręcz żadną rolę w wyrównywaniu dystrybucji dochodów [po 1929 roku]”108. Stanowisko pośrednie zajął Richard Goode w recenzji podatku dochodowego, sporządzonej dla Brookings Institution, która „ani nie potwierdza opinii, że podatek dochodowy jest drakońskim środkiem redystrybucji, ani nie uzasadnia spisywania na straty jego możliwości zmniejszania nierówności”109.

Przy rozważaniu wpływu podatku progresywnego należy pamiętać, że podstawa opodatkowania jest równie ważna jak stawki podatkowe i że jedną z przyczyn ograniczonej skuteczności wysokiego podatku dochodowego jest erozja jego podstawy. W efekcie ówczesna „efektywna stawka podatkowa” w Stanach Zjednoczonych była zdecydowanie mniej progresywna niż nominalna stawka podatkowa110. (Stawka nominalna to procent całkowitego dochodu płaconego w podatkach według schematu podatkowego; efektywna stawka podatkowa to rzeczywiście płacone podatki, wliczając w to obniżone stawki podatkowe na niektóre części składowe dochodu, wyrażane jako proporcja rozszerzonej definicji dochodu, wyłączając zaś dochód zwolniony z podatku w rodzaju odsetek od państwowych i samorządowych obligacji). Co więcej, powinniśmy wziąć pod uwagę fakt, że wpływ ten można ocenić jedynie porównując rozporządzalne dochody z dochodami brutto, które uzyskano by przy nieistnieniu jakiegokolwiek podatku dochodowego. Trudno ustalić wartość stanu kontrfaktycznego, ponieważ wymusza to na nas konieczność prognozowania zmian w zachowaniu wywoływanych przez podatek. Przeciwnicy wysokich stawek podatkowych argumentują, że dochody brutto byłyby większe bez najwyższych stawek podatkowych, ponieważ ludzie pracowaliby wtedy dłużej i ciężej. Wrócę do tej kwestii później.

Przekład

Mikołaj Ratajczak, Maciej Szlinder

Redakcja

Anna Wojczyńska

Korekta

Anna Sobótka

Opieka redakcyjna

Jakub Bożek

Projekt okładki, układ typograficzny

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Skład i łamanie

Anna Papiernik | tessera.org.pl, Marcin Hernas | tessera.org.pl

Złożono pismami Harriet Text i Harriet Display Jacksona Cavanaugh

oraz Godfrey i Marat Sans Ludwiga Übele

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej są dostępne w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl).

Skład wersji elektronicznej

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nierówności. Co da się zrobić? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego