Nowy dom na wyrębach

Nowy dom na wyrębach

Autorzy: Stefan Darda

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 11.21 zł

Minęło kilka miesięcy od dnia, w którym Hubert Kosmala po raz ostatni odwiedził Wyręby, jednak wydarzenia, które miały tam miejsce na początku 1996 roku, zaczynają coraz mocniej odbijać się na jego życiu prywatnym i zawodowym. W pewnym momencie uświadamia sobie, że ucieczka od opuszczonego domu i związanych z nim wyrzutów sumienia to droga donikąd, wyjeżdża więc na jakiś czas do Wyrębów, aby zmierzyć się z własnymi demonami i odzyskać spokój ducha. Martwa cisza zalegająca nad tym miejscem jest trudna do zniesienia, a poczucie zagrożenia z dnia na dzień staje się coraz bardziej dojmujące. Czy wszystko zmieni się na lepsze wraz z przybyciem do Wyrębów nowych mieszkańców? A może to właśnie ich obecność sprawi, że Hubert uwierzy we wszystko, co Marek Leśniewski opisał w swoim pamiętniku…?

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Lay­out okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko {mjp}

Ilu­stra­cja na okład­ce

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Ste­fan Dar­da

ISBN 978-83-7835-598-4

Moim Ro­dzi­com

z po­dzię­ko­wa­niem za po­moc

przy pod­ję­ciu pew­nej bar­dzo trud­nej de­cy­zji

Uwa­żaj na swo­je naj­skryt­sze ta­jem­ni­ce.

Nie­któ­re z nich mogą cię za­bić.

Ewa Fir­lej

Przedmowa

Przez ostat­nie mie­sią­ce bar­dzo czę­sto za­glą­da­łem do ka­len­da­rza. Naj­czę­ściej do tego, któ­ry był ak­tu­al­ny dwa­dzie­ścia je­den lat temu.

Ka­len­darz na rok dwa ty­sią­ce sie­dem­na­sty za­wie­ra pew­ną bar­dzo dla mnie istot­ną datę. Otóż czwar­te­go wrze­śnia mi­nie do­kład­nie dzie­sięć lat od chwi­li, gdy po­sta­wi­łem ostat­nią krop­kę w po­wie­ści Dom na wy­rę­bach. Wte­dy nie mia­łem po­ję­cia, czy ta książ­ka w ogó­le zo­sta­nie wy­da­na.

Je­den z bo­ha­te­rów cy­klu Czar­ny Wy­gon twier­dził, że czas to wa­riat. Ostat­nio to wła­śnie sfor­mu­ło­wa­nie cią­gle mia­łem gdzieś z tyłu gło­wy.

W roku ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym świat wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej. Ina­czej wy­glą­da­ły te­le­fo­ny, kom­pu­te­ry, sa­mo­cho­dy, dro­gi. Ina­czej wy­glą­dał Lu­blin. Po­nie­waż jed­nak czas goni do przo­du jak osza­la­ły, wszyst­kie te zmia­ny z per­spek­ty­wy dnia dzi­siej­sze­go jak­by się roz­my­wa­ją.

Do­brze jest cza­sem spoj­rzeć na to wszyst­ko chłod­nym okiem. Mnie taką moż­li­wość dał po­wrót do Wy­rę­bów. Dzię­ki tej wy­ciecz­ce spo­ro do­wie­dzia­łem się o so­bie i o tym, co w ży­ciu waż­ne.

Waż­ne jest dla mnie, że po­wieść Dom na wy­rę­bach jed­nak zo­sta­ła wy­da­na i w kon­se­kwen­cji dia­me­tral­nie zmie­ni­ła mój świat. To już było daw­no, mniej wię­cej osiem i pół roku temu, ale kon­se­kwen­cje tego fak­tu od­czu­wam do dziś. Lody pu­ści­ły i wciąż trwa wio­sna.

Wiem, że mia­łem spo­ro szczę­ścia, wiem też, że sam tro­chę temu szczę­ściu do­po­mo­głem. Nic bym jed­nak nie zdzia­łał, gdy­by nie lu­dzie, któ­rzy byli i cią­gle są ze mną. Za­rów­no ci od za­wsze nie­za­wod­ni, jak i ci, któ­rych spo­ty­ka­łem na swo­jej dro­dze po raz pierw­szy. Ta dru­ga gru­pa jest o wie­le licz­niej­sza i Ty, Dro­ga Czy­tel­nicz­ko, oraz Ty, Dro­gi Czy­tel­ni­ku, w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści rów­nież się do niej za­li­cza­cie. Idzie­my ra­zem od lat. Bez Was nie by­ło­by tej książ­ki, któ­rą te­raz trzy­ma­cie w dło­ni.

Lody pu­ści­ły, czas mi­jał, dla­cze­go więc do­pie­ro te­raz wró­ci­łem do Wy­rę­bów? Skło­ni­ło mnie do ta­kiej de­cy­zji wie­le czyn­ni­ków, przede wszyst­kim jed­nak chy­ba to, że nie chcia­łem za­wieść ocze­ki­wań. Ni­g­dy nie po­rwał­bym się na na­pi­sa­nie No­we­go domu na wy­rę­bach, gdy­by nie prze­ko­na­nie, że po­now­ne spo­tka­nie z Hu­ber­tem Ko­sma­lą bę­dzie przy­naj­mniej po czę­ści tak sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce dla Czy­tel­ni­ków, jak po­zna­nie Mar­ka Le­śniew­skie­go. Mam prze­ko­na­nie, że zro­bi­łem wszyst­ko, co tyl­ko było w mo­jej mocy i te­raz z tre­mą o wie­le więk­szą niż dzie­sięć lat temu pusz­czam tę hi­sto­rię w świat.

Za­bierz­cie ze sobą na tę wy­ciecz­kę dużo świec, odłóż­cie na chwi­lę smart­fo­ny i ta­ble­ty.

Oto mamy rok ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­ty szó­sty. Wy­da­je mi się, że gdzieś z od­da­li do­bie­ga­ją dźwię­ki żu­ra­wie­go klan­go­ru…

S.D.

Część 1 (4–5 sierpnia 1996)

Prolog – część pierwsza

Gdy dzie­więt­na­ste­go mar­ca po­dzi­wiał prze­la­tu­ją­ce nad tor­fo­wi­skiem klu­cze żu­ra­wi, wy­da­wa­ło mu się, że wio­sna eks­plo­du­je lada dzień. Ta jed­nak po­sta­no­wi­ła ka­pry­śnie zro­bić dwa kro­ki wstecz i te­raz, do­kład­nie ty­dzień póź­niej, Hu­bert pa­trzy, jak za­par­ko­wa­ne na szpi­tal­nym par­kin­gu sa­mo­cho­dy po­kry­wa­ją się war­stwą pu­chu bia­łe­go jak we­lon pan­ny mło­dej.

„Zmar­z­ną tam, bi­da­ki, na kość” – my­śli, wspo­mi­na­jąc pro­gno­zę usły­sza­ną w Ra­diu Lu­blin kil­ka go­dzin wcze­śniej, w któ­rej za­po­wia­da­no mróz do­cho­dzą­cy nocą na­wet do dzie­się­ciu stop­ni. Ko­sma­la ni­g­dy nie był tak wiel­kim znaw­cą przy­ro­dy, jak Ma­rek, ale zda­je so­bie spra­wę, że przy­by­łym po dłu­giej po­dró­ży pta­kom z pew­no­ścią ta­kie tem­pe­ra­tu­ry nie są na rękę.

Za­sę­pia się nad wąt­pli­wą traf­no­ścią tego okre­śle­nia i po­zo­sta­je bez ru­chu przy oknie przez dłuż­szą chwi­lę, wga­pia­jąc się w sy­pią­cy śnieg i za­pa­da­ją­cy już po­wo­li zmrok. W bu­dyn­ku szpi­ta­la przy alei Kra­śnic­kiej w Lu­bli­nie jest tak ci­cho, że za ple­ca­mi sły­szy plusz­czą­cy takt od­mie­rza­ne­go kro­plo­mie­rzem pły­nu. Jesz­cze przed chwi­lą do jego uszu do­bie­gał od­głos de­li­kat­ne­go po­chra­py­wa­nia. Od­wra­ca się, za­nie­po­ko­jo­ny. Le­żą­cy na łóż­ku bla­dy, wy­chu­dzo­ny męż­czy­zna ze zdzi­wie­niem przy­glą­da się sto­ja­ko­wi z kro­plów­ką, a po­tem kie­ru­je wzrok w stro­nę Hu­ber­ta. Na jego twa­rzy po­ja­wia się de­li­kat­ny uśmiech.

– Dłu­go spa­łem? – pyta szep­tem, od­chrzą­ku­je i na­tych­miast krzy­wi się z bólu. Od­ru­cho­wo kła­dzie wol­ną rękę na klat­ce pier­sio­wej.

– Na­pę­dzi­łeś nam wszyst­kim nie­złe­go stra­cha – mówi Ko­sma­la, igno­ru­jąc py­ta­nie. – Mam ocho­tę spu­ścić ci za to po­rząd­ny ło­mot.

– Tyl­ko spró­buj. – Ma­rek uśmie­cha się sła­bo i od­dy­cha z ta­kim tru­dem, jak­by wy­po­wie­dze­nie tych kil­ku słów było zde­cy­do­wa­nie po­nad jego siły. Bie­rze kil­ka głęb­szych wde­chów, jak dłu­go­dy­stan­so­wiec, któ­ry sta­ra się wy­re­gu­lo­wać tęt­no po bie­gu.

– Spa­łeś bar­dzo dłu­go. – Do­pie­ro te­raz Hu­bert od­po­wia­da na py­ta­nie. – Ale, je­śli mam być szcze­ry, to nie wy­glą­dasz na spe­cjal­nie wy­po­czę­te­go. Cho­ciaż by­wa­ło go­rzej, na przy­kład po moim we­se­lu. Z per­spek­ty­wy cza­su stwier­dzam, że mo­głem so­bie znacz­nie le­piej do­brać świad­ka. Przy­naj­mniej wsty­du przed ro­dzi­ną i zna­jo­my­mi by nie…

– Od­wal się, co? – Le­śniew­ski z nie­do­wie­rza­niem krę­ci gło­wą. – W ta­kiej chwi­li bę­dziesz mi to wy­po­mi­nał? – Przy­my­ka oczy, ale wciąż się uśmie­cha. – Zresz­tą sam wy­glą­da­łeś wte­dy jesz­cze go­rzej. A i u świe­żo upie­czo­nej te­ścio­wej chy­ba też nie za­plu­so­wa­łeś, jak…

– Kur­wa mać! Le­d­wie dy­cha, a jad i tak po­tra­fi są­czyć.

Ma­rek znów pa­trzy na przy­ja­cie­la, a w jego oczach błysz­czą iskier­ki roz­ba­wie­nia.

– To przez cie­bie – mówi.

– Co ty pie­przysz, sta­ry? – za­pe­rza się te­atral­nie Ko­sma­la. – Co prze­ze mnie?! – Pod­no­si głos, uda­jąc gniew, ale on też nie po­tra­fi po­wstrzy­mać uśmie­chu. – Wte­dy, po ocze­pi­nach…

– Przez cie­bie jesz­cze dy­cham. – Ma­rek prze­ry­wa i po­waż­nie­je w ułam­ku se­kun­dy. – Gdy­byś wte­dy, w Wy­rę­bach, nie wspo­mniał o eg­zor­cy­ście, to te­raz by­ło­by już po mnie.

– Nie wiem, co mnie pod­ku­si­ło – mru­czy Hu­bert, ale czu­je, że wzru­sze­nie chwy­ta go za gar­dło. Ucie­ka wzro­kiem gdzieś w kąt, by nie dać po so­bie tego po­znać. – Zresz­tą wiesz prze­cież, że to nie­chcą­cy…

– Nie szko­dzi. Waż­ne, że by­łeś wte­dy ze mną, że chcia­łeś roz­ma­wiać. Gdy­by nie to… Gdy­byś wte­dy nie przy­je­chał, to… to te­raz co naj­wy­żej mógł­byś się po­wy­dzie­rać na moją pły­tę na­grob­ną.

– Za­po­mnij. W taką po­go­dę?

– Mo­żesz so­bie dow­cip­ko­wać, ale ja mó­wię se­rio. Dzię­ku­ję ci, Hu­bert. Bę­dziesz się jesz­cze mu­siał ze mną tro­chę po­mę­czyć. A ja z tobą, no ale trud­no. Ura­to­wa­łeś to wszyst­ko. Dzię­ki to­bie wciąż będę mógł się cie­szyć Wy­rę­ba­mi i to, o czym ma­rzy­łem, nie ob­ró­ci się w ni­wecz. Nie do­bie­gnie koń­ca tak szyb­ko, jak się to za­po­wia­da­ło.

– Mógł­byś już prze­stać? – Ko­sma­la sta­ra się brzmieć obo­jęt­nie, ale głos mu się ła­mie, gdy wi­dzi łzy w oczach przy­ja­cie­la. – Nie da­lej jak przed chwi­lą sło­wa nie mo­głeś wy­du­sić, a te­raz ga­dasz jak na­ję­ty.

Ma­rek jesz­cze przez chwi­lę mu się przy­glą­da, a po­tem mi­ni­mal­nie prze­krę­ca gło­wę. Pa­trzy przed sie­bie spod wpół­przy­mknię­tych po­wiek. Wy­glą­da na spo­koj­ne­go i szczę­śli­we­go.

Hu­bert znów od­wra­ca się w stro­nę okna.

„Mało bra­ko­wa­ło” – my­śli i moc­no za­ci­ska po­wie­ki.

Pra­wie nie może od­dy­chać.

1.

Od pół­noc­ne­go wscho­du zbli­ża­ły się cięż­kie, nie­po­ko­ją­co ciem­ne chmu­ry, wy­raź­nie kon­tra­stu­ją­ce z bez­tro­ską at­mos­fe­rą nie­dziel­ne­go po­po­łu­dnia.

Na­brze­że Za­le­wu Ze­mbo­rzyc­kie­go w Lu­bli­nie wi­bro­wa­ło od we­so­łych pi­sków ką­pią­cych się dzie­ci, do któ­rych raz po raz do­łą­cza­ły po­krzy­ki­wa­nia gru­py mło­dzie­ży, roz­gry­wa­ją­cej ko­lej­ny tego dnia mecz siat­ków­ki pla­żo­wej. Na lek­ko po­marsz­czo­nej ta­fli wody aż ro­iło się od ka­ja­ków i ro­we­rów wod­nych, a mię­dzy nimi ma­je­sta­tycz­nie prze­su­wa­ły się ża­glów­ki, po­py­cha­ne przez de­li­kat­ne, pra­wie nie­wy­czu­wal­ne po­dmu­chy wia­tru.

„W Wy­rę­bach już pew­nie leje. Za go­dzi­nę nie bę­dzie tu na­wet ży­wej du­szy. Mu­si­my się zbie­rać” – po­my­ślał, a po­tem się­gnął po le­żą­cy obok koca obły ka­myk i ze zło­ścią ci­snął nim w zbu­do­wa­ny przez chłop­ców za­mek z pia­sku. Jed­na z mi­ster­nie kon­stru­owa­nych wie­ży­czek prze­sta­ła ist­nieć.

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć co ro­bisz?

– Mu­si­my się zbie­rać – od­parł. – Za go­dzi­nę nie bę­dzie tu na­wet ży­wej du­szy.

– Być może. Ale ja nie o to py­ta­łam.

– Zro­bisz mi te­raz kar­czem­ną awan­tu­rę o roz­wa­le­nie wie­życz­ki? – Bar­dzo się sta­rał, aby jego uśmiech wy­glą­dał jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nie. – Po­nie­waż oso­bi­ście bar­dzo so­bie tego nie ży­czę, więc na­tych­miast ru­szam, by ją od­bu­do­wać.

Pró­bo­wał wstać z miej­sca, lecz ona po­ło­ży­ła dłoń na jego pra­wym przed­ra­mie­niu. De­li­kat­nie, a rów­no­cze­śnie sta­now­czo.

– To by­ła­by zbyt ła­god­na kara. Roz­wa­żam wnie­sie­nie po­zwu roz­wo­do­we­go, a to była na­praw­dę ślicz­na wie­życz­ka. – Jej twarz lek­ko się wy­po­go­dzi­ła, ale oczy wciąż były peł­ne nie­po­ko­ju.

– Ostrze­gam, że znam świet­ne­go praw­ni­ka. – Opusz­ka­mi pal­ców le­wej dło­ni po­gła­dził czu­le jej po­li­czek. – Jest pro­fe­so­rem na UMCS-ie, więc jesz­cze wszyst­ko do­kład­nie prze­myśl, bo może cię pu­ścić w sa­mych gat­kach. – Te­atral­nie zmarsz­czył brwi i zlu­stro­wał jej ubra­ne tyl­ko w strój ką­pie­lo­wy cia­ło od stóp do głów. – Hm… a wiesz, że to może nie by­ło­by ta­kie głu­pie?

Tym ra­zem się ro­ze­śmia­ła.

– Po­wiedz temu ca­łe­mu pro­fe­so­ro­wi, że jak mi wresz­cie nie po­wie, co od paru ty­go­dni kłę­bi się pod tą jego roz­czo­chra­ną łe­pe­ty­ną, to niech za­po­mni o ta­kich wi­do­kach.

– Po­wiem mu i na pew­no ta­kie ostrze­że­nie do nie­go tra­fi. – Mó­wiąc to, bez­sku­tecz­nie sta­rał się przy­gła­dzić nie­sfor­ne wło­sy. – Nie jest prze­cież skoń­czo­nym idio­tą.

Po­chy­lił się, po­ca­ło­wał żonę w usta, a po­tem na czwo­ra­ka ru­szył w stro­nę uszko­dzo­nej bu­dow­li.

Do­kład­nie w chwi­li, gdy do­tarł do pia­sko­we­go zam­ku, gdzieś z od­da­li do­biegł ba­so­wy po­mruk pierw­sze­go grzmo­tu.

* * *

Po raz pierw­szy w tym roku dał się na­mó­wić na bez­tro­skie spę­dze­nie cza­su z całą ro­dzi­ną poza do­mem i za­mie­rzał zro­bić wszyst­ko, żeby tego wy­pa­du nie ze­psuć. Przed wyj­ściem z domu Da­nu­sia pro­si­ła, żeby wszyst­kie czar­ne my­śli zo­sta­wił w czte­rech ścia­nach i cho­ciaż na parę go­dzin znów stał się tym sta­rym, do­brym Hu­ber­tem, za któ­rym od pew­ne­go cza­su wraz z chłop­ca­mi tak bar­dzo tę­sk­ni­li. Z ręką na ser­cu obie­cał, że się po­sta­ra. Ale na­wet w taki ja­sny, upal­ny dzień gdzieś tuż pod skó­rą cza­ił się lo­do­wa­ty nie­po­kój, któ­ry wy­wo­ły­wał gę­sią skór­kę na ca­łym cie­le.

Do­ko­pu­jąc się do chłod­niej­szej i bar­dziej wil­got­nej war­stwy pia­sku na pla­ży, po­czuł, że pie­ką go opusz­ki pal­ców. Ukrad­kiem spoj­rzał na Dan­kę, któ­ra ob­ser­wo­wa­ła ba­rasz­ku­ją­ce w płyt­kiej wo­dzie dzie­ci, a po­tem na swo­je dło­nie. Ob­le­pia­ją­cy je mo­kry piach był lek­ko za­bar­wio­ny na czer­wo­no. Chwi­lę wcze­śniej Hu­bert zu­peł­nie za­tra­cił się w my­śle­niu o tym, jak bar­dzo nie chciał­by mar­twić żony i że wciąż sta­ra się trwać w po­sta­no­wie­niu, by ni­g­dy jej nie oszu­ki­wać. Jed­nak ostat­ni­mi cza­sy przy­cho­dzi­ło mu to z co­raz więk­szym tru­dem.

Za­czął for­mo­wać nową wie­życz­kę na miej­scu znisz­czo­nej i od razu wie­dział, że nie bę­dzie tak kształt­na i do­pra­co­wa­na, jak ta, któ­rą zbu­rzył. Po­my­ślał o wła­snym mał­żeń­stwie. To, co sta­ło się na po­cząt­ku tego roku w Wy­rę­bach, było dla ca­łej ro­dzi­ny Ko­sma­lów jak trzę­sie­nie zie­mi, ale mimo wszyst­ko nic nie wska­zy­wa­ło na to, że mogą po­ja­wić się wstrzą­sy wtór­ne, gro­żą­ce bu­dow­li sta­wia­nej ra­zem z Da­nu­sią od tylu lat. Ostat­nio jed­nak bu­dow­la za­czy­na­ła się chwiać. Nie miał po­ję­cia, na ile wsku­tek jego błę­dów, a na ile w wy­ni­ku nie­szczę­śli­we­go zbie­gu oko­licz­no­ści. Coś złe­go i nie­po­ko­ją­co mrocz­ne­go wpeł­za­ło do miesz­ka­nia Ko­sma­lów, a po­nie­waż to wła­śnie za Hu­ber­tem się przy­wle­kło, to tyl­ko on mógł sta­wić temu cze­muś czo­ło.

Tak przy­naj­mniej my­ślał.

Nie miał po­ję­cia, w jaki spo­sób mógł­by to zro­bić, ale czuł, że jesz­cze nie jest za póź­no. Że jesz­cze moż­na wszyst­ko za­bez­pie­czyć na tyle sku­tecz­nie, by póź­niej nie była ko­niecz­na od­bu­do­wa cze­goś, co się za­wa­li­ło i co ni­g­dy nie bę­dzie już tak ide­al­ne, jak daw­niej.

„Cie­ka­we jak to wszyst­ko wy­glą­da­ło­by te­raz. Gdy­bym wte­dy nie po­je­chał do Wy­rę­bów…” – za­du­mał się, zda­jąc so­bie spra­wę, że chciał jak naj­le­piej, ale być może trze­ba było wte­dy po­stą­pić ina­czej.

Chłod­niej­szy wiatr omiótł jego spo­co­ne cia­ło. Hu­bert pod­niósł gło­wę i za­uwa­żył, że bu­rzo­we chmu­ry są znacz­nie bli­żej. So­sny po dru­giej stro­nie za­le­wu po­ru­szy­ły się po­wo­li, tak jak­by wiel­ka nie­wi­dzial­na ręka ol­brzy­ma ła­god­nie po­gła­dzi­ła ich ma­la­chi­to­we ko­ro­ny; za­raz po­tem znie­ru­cho­mia­ły w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ne piesz­czo­ty.

Zmu­sze­ni do przed­wcze­sne­go po­wro­tu pla­żo­wi­cze nie­chęt­nie po­dą­ża­li w stro­nę ma­ri­ny. Ko­sma­la wśród dzie­cię­ce­go tłu­mu wy­pa­trzył Mi­cha­ła i Tom­ka, pró­bu­ją­cych te­raz swo­ich sił w pły­wa­niu pie­skiem. Pierw­sze­mu z bliź­nia­ków wy­cho­dzi­ło cał­kiem nie­źle, ale dru­gi miał wy­raź­ne pro­ble­my, aby utrzy­mać się na wo­dzie. Hu­bert już miał wstać, żeby do nich po­dejść, ale raz jesz­cze po­pa­trzył na za­mek. Od­bu­do­wa­na wie­ża mia­ła miej­sca­mi czer­wo­na­wy ko­lor. Się­gnął po garść żół­te­go pia­sku, by to za­ma­sko­wać.

„Mu­si­my się zbie­rać – po­my­ślał znów. – W Wy­rę­bach już pew­nie leje”.

Za­nim sy­pią­cy się jak w klep­sy­drze żół­ty pia­sek skrył wie­życz­kę, Hu­bert po raz ko­lej­ny był na tor­fo­wi­sku. Za­dzie­rał gło­wę, ob­ser­wo­wał klu­cze żu­ra­wi i wsłu­chi­wał się w klan­gor, któ­ry od­bi­jał się ża­łob­nym echem wśród nie­zmie­rzo­nych po­ła­ci po­je­zier­skich la­sów.

2.

Po­now­nie obej­rzał od­ci­śnię­te w war­stew­ce świe­że­go śnie­gu śla­dy obok swo­ich bu­tów, a na­stęp­nie uważ­nie zlu­stro­wał wzro­kiem naj­bliż­szą oko­li­cę. Gdy sia­dał na ław­ce, prze­szło mu przez myśl, że ktoś, kto był tu przed nim, na­gle roz­pły­nął się w po­wie­trzu. Te­raz, gdy Hu­bert wstał i ob­szedł kil­ka razy do­oko­ła zbu­do­wa­ne przez Mar­ka zrę­by cza­tow­ni, uznał, że wszyst­ko wska­zu­je na ten nie­praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz.

„Lu­dzie nie zni­ka­ją” – po­my­ślał, a po­tem od­krył jesz­cze jed­ną ewen­tu­al­ność. Mia­no­wi­cie, że wcze­śniej­szy gość od­szedł stąd ty­łem po swo­ich wła­snych śla­dach. To wy­ja­śnie­nie za­do­wo­li­ło Hu­ber­ta, cho­ciaż i tak było dość za­ska­ku­ją­ce. Przede wszyst­kim ze wzglę­du na to, co ko­men­dant Ko­ściuk po­wie­dział mu pod­czas ostat­nie­go spo­tka­nia przed do­mem Mar­ka w Wy­rę­bach. We­dług jego re­la­cji po zna­le­zie­niu szcząt­ków An­to­nie­go Jasz­czu­ka na po­bli­skim sta­rym cmen­ta­rzu oko­li­cę ogar­nę­ła pa­ni­ka i ni­ko­mu nie przy­cho­dzi­ło na­wet do gło­wy, aby zbli­żać się w te stro­ny.

Ko­sma­la po raz trze­ci lub czwar­ty rzu­cił okiem na śla­dy, dzię­ki któ­rym tu­taj tra­fił.

– Nie dość, że dzi­wak, to jesz­cze od­waż­ny – mruk­nął pod no­sem, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła czter­na­sta, tak więc spę­dził na tor­fo­wi­sku po­nad pół go­dzi­ny. Miał przed sobą ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć mi­nut mar­szu i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że wy­je­dzie z Wy­rę­bów naj­póź­niej o wpół do trze­ciej.

* * *

Przez ostat­nie dni Hu­bert wie­lo­krot­nie ana­li­zo­wał za­pi­ski Mar­ka. Za­raz po ich prze­czy­ta­niu nie po­tra­fił się oprzeć po­ku­sie, by je ze sobą za­brać do Lu­bli­na, a póź­niej, gdy miał je cały czas przy so­bie, czuł we­wnętrz­ny przy­mus za­glą­da­nia do nich przy­naj­mniej kil­ka razy dzien­nie.

Jak do­tąd ani sło­wem ni­ko­mu o nich nie wspo­mniał. Uwa­żał, że lo­jal­ność wo­bec przy­ja­cie­la na­ka­zu­je naj­pierw po­znać je jak naj­le­piej, na­stęp­nie znisz­czyć i do­pie­ro wte­dy opo­wie­dzieć Da­nu­si, Ewie, a może na­wet chłop­com, wer­sję okro­jo­ną o prze­ja­wy po­wol­ne­go po­pa­da­nia w obłęd przez Mar­ka. Ta wie­dza nie jest im prze­cież do ni­cze­go po­trzeb­na.

W pa­mięt­ni­ku Le­śniew­skie­go było jed­nak coś, cze­mu trud­no dać wia­rę. Na­wet ko­muś z grub­sza zo­rien­to­wa­ne­mu w ob­ja­wach cho­rób psy­chicz­nych, a mia­no­wi­cie pre­cy­zja opi­sów wy­da­rzeń, w któ­rych uczest­ni­czył rów­nież Hu­bert. Wszyst­kie były prak­tycz­nie prze­kal­ko­wa­ne, a nie­któ­re roz­mo­wy od­wzo­ro­wa­no wręcz sło­wo w sło­wo. Trud­no uwie­rzyć, że przy spi­sy­wa­niu tych ostat­nich Ma­rek nie ko­rzy­stał z dyk­ta­fo­nu. Tym trud­niej­szym za­da­niem sta­wa­ło się od­dzie­le­nie rze­czy­wi­sto­ści od ro­jeń, sko­ro i jed­ne, i dru­gie brzmia­ły tak samo wia­ry­god­nie.

Po­dob­nie rzecz mia­ła się z opi­sem za­bu­do­wań w Wy­rę­bach, a tak­że naj­bliż­sze­go oto­cze­nia tego przy­siół­ka. W li­sto­pa­dzie ubie­głe­go roku, gdy ra­zem z Da­nu­sią od­wie­dzi­li Mar­ka i wy­bra­li się na nie­dziel­ny spa­cer, Hu­bert wię­cej cza­su po­świę­cał lek­ko ko­śla­wej cza­tow­ni oraz zwią­za­nym z nią do­cin­kom niż roz­glą­da­niu się wo­kół. Te­raz, gdy był tu­taj zno­wu i przy­po­mi­nał so­bie pa­mięt­nik przy­ja­cie­la, rów­nież nie mógł wyjść z po­dzi­wu, jak do­kład­nie i traf­nie od­da­wał on cha­rak­te­ry­sty­kę tego miej­sca.

W pe­wien spo­sób przy­tę­pia­ło to wy­rzu­ty su­mie­nia Ko­sma­li; sko­ro Ma­rek po­tra­fił mo­men­ta­mi być tak ra­cjo­nal­ny przy spi­sy­wa­niu swo­ich wspo­mnień, to rów­nie do­brze mógł sku­tecz­nie za­cho­wy­wać po­zo­ry nor­mal­no­ści pod­czas spo­tkań ze zna­jo­my­mi.

„Ale praw­dzi­wy przy­ja­ciel nie po­wi­nien dać się zwieść – wy­rzu­cał so­bie w my­ślach Hu­bert. – Było zbyt wie­le oznak, że coś jest nie tak, a ty zro­bi­łeś zbyt mało. Po­wi­nie­neś być bar­dziej czuj­ny i upar­ty. Miał so­bie na czo­le na­pi­sać, że jest na skra­ju prze­pa­ści?!”.

Nad tor­fo­wi­sko po­wo­li na­su­wał się cień rzu­ca­ny przez jed­ną z sza­rych chmur, któ­re znów za­czę­ły nad­cią­gać wraz z za­chod­nim wia­trem. Od stro­ny po­ło­żo­nej po pra­wej kępy olch do­bie­ga­ło mia­ro­we „cilp-calp” pier­wiosn­ka, roz­pacz­li­wie pró­bu­ją­ce­go przy­wo­łać cie­plej­sze dni. Po­śród gru­py strze­li­stych so­sen po le­wej roz­brzmie­wał we­so­ły świer­got zię­by. Hu­bert zdał so­bie spra­wę, że gdy­by nie Ma­rek, nie po­tra­fił­by roz­po­znać żad­ne­go z tych pta­ków. Ich gło­sy za­mil­kły, jak ucię­te no­żem, kie­dy na drze­wa prze­sta­ły pa­dać pro­mie­nie słoń­ca. Te­raz w po­wie­trzu wi­bro­wał już tyl­ko krzyk ko­lej­nej gru­py żu­ra­wi, któ­re wy­ko­na­ły po­wol­ny na­wrót i zda­wa­ły się ob­ni­żać lot. Ko­sma­la nie chciał ich spło­szyć, więc od­wró­cił się i szyb­kim kro­kiem ru­szył w po­wrot­ną dro­gę.

* * *

Samo tor­fo­wi­sko i jego naj­bliż­sze oko­li­ce szczę­śli­wie zo­sta­ły oszczę­dzo­ne przez bu­rzę, któ­ra prze­to­czy­ła się nad Lu­belsz­czy­zną koń­cem paź­dzier­ni­ka ubie­głe­go roku i w efek­cie unie­moż­li­wi­ła Mar­ko­wi po­wrót z mia­sta zgod­nie z jego pla­na­mi. Hu­bert nie za­uwa­żył w tym re­jo­nie ani jed­ne­go zwa­lo­ne­go drze­wa. Do­pie­ro ja­kieś pół ki­lo­me­tra da­lej, idąc w stro­nę Wy­rę­bów, na­po­ty­ka­ło się pas zu­peł­nie zruj­no­wa­ne­go lasu cią­gną­cy na osi pół­noc­ny za­chód–po­łu­dnio­wy wschód sze­ro­ko­ścią od pięć­dzie­się­ciu do stu me­trów. Naj­wi­docz­niej prze­szło tędy coś w ro­dza­ju lo­kal­ne­go tor­na­da.

W li­sto­pa­dzie, gdy szli do cza­tow­ni we trój­kę, wia­tro­łom wy­glą­dał wręcz ka­ta­stro­fal­nie. Za­rów­no li­czą­ce kil­ka­set lat, jak rów­nież znacz­nie młod­sze drze­wa sta­no­wi­ły pra­wie nie­moż­li­wą do prze­by­cia gę­stwi­nę po­ła­ma­nych jak za­pał­ki, po­wy­ry­wa­nych z ko­rze­nia­mi, rzu­co­nych jak po­pa­dło i prze­mie­sza­nych ze sobą pni, ga­łę­zi i ko­na­rów. Gdzie­nie­gdzie za­cho­wa­ła się ja­kaś ra­chi­tycz­na kępa krze­wów lub po­je­dyn­cze mło­de drze­wo, wy­star­cza­ją­co gięt­kie, by pod­dać się po­dmu­chom wi­chru. Wte­dy Ma­rek po­pro­wa­dził ich na­oko­ło, przez co nad­ło­ży­li kil­ka­set me­trów, ale i tak dro­ga trwa­ła kró­cej; po­nad­to dzię­ki temu unik­nę­li za­gro­że­nia, że któ­ryś z pni osu­nie się nie­spo­dzie­wa­nie, co mo­gło­by skoń­czyć się tra­gicz­nie.

Dziś, gdy Hu­bert po­dą­żał na tor­fo­wi­sko, ta­jem­ni­cze śla­dy wio­dły go do­kład­nie tą samą dro­gą, mimo że wia­tro­łom wy­glą­dał już cał­ko­wi­cie ina­czej. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że eki­py drwa­li zdą­ży­ły tu do­trzeć, za­nim na­tra­fi­ły na przy­gnie­cio­ne drze­wem cia­ło Jasz­czu­ka. Te­raz pnie były oczysz­czo­ne z bocz­nych ga­łę­zi i ko­na­rów, spo­rą część z nich zdą­żo­no po­ciąć na me­tro­we kloc­ki. Po kosz­mar­nym kra­jo­bra­zie, jak z ob­ra­zu­ją­ce­go apo­ka­lip­sę fil­mu, po­zo­sta­ły po­prze­chy­la­ne lub wy­rwa­ne z ko­rze­nia­mi pnia­ki, któ­re po­zo­sta­wi­ły po so­bie zie­ją­ce czer­nią szcze­li­ny w zie­mi i wy­kro­ty – nie­któ­re wiel­kie jak leje po bom­bach.

W tej sy­tu­acji Ko­sma­la uznał, że nie ma sen­su wy­bie­rać okręż­nej dro­gi. Za­czy­na­ło mu się ro­bić chłod­no, do­dat­ko­wo do­skwie­rał mu co­raz więk­szy głód, więc skró­ce­nie tra­sy po­wrot­nej o kil­ka mi­nut było dla nie­go opcją nie do po­gar­dze­nia. Tym bar­dziej że wy­da­wa­ło mu się, iż po dru­giej stro­nie wia­tro­ło­mu roz­po­zna­je miej­sce, od któ­re­go, idąc w prze­ciw­nym kie­run­ku, za­czy­nał nad­kła­da­nie zbęd­nych se­tek me­trów. Ru­szył więc żwa­wym kro­kiem przed sie­bie.

Szedł, la­wi­ru­jąc po­mię­dzy pnia­mi i ko­rze­nia­mi po­zo­sta­ły­mi po wia­tro­wa­łach, sto­si­ka­mi zło­żo­ne­go i przy­go­to­wa­ne­go już do wy­wie­zie­nia drew­na oraz zdra­dli­wy­mi wą­do­ła­mi oraz ster­ta­mi prze­zna­czo­nych do spa­le­nia ga­łę­zi. Suk­ce­syw­nie zbli­żał się do gra­ni­cy lasu, cho­ciaż mo­men­ta­mi prze­szko­dy były na tyle trud­ne, że mu­siał je ob­cho­dzić, od­da­la­jąc się nie­co od celu. Kil­ka razy za­wra­cał, gdy uznał, iż inna dro­ga bę­dzie ła­twiej­sza, aż wresz­cie opu­ścił wia­tro­łom i spoj­rzał przed sie­bie. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że zbo­czył z wy­zna­czo­nej dro­gi o ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów w lewo.

Wciąż jed­nak wi­dział mię­dzy drze­wa­mi zna­jo­me miej­sce, gdzie spo­dzie­wał się zna­leźć na śnie­gu śla­dy swo­ich bu­tów.

* * *

Nie wy­je­chał z Wy­rę­bów o wpół do trze­ciej, jak wcze­śniej za­kła­dał.

W miej­scu, do któ­re­go dą­żył, nie zna­lazł żad­nych śla­dów. Nie chciał jed­nak wra­cać aż do cza­tow­ni, po­nie­waż zda­wa­ło mu się, że wy­star­czy tyl­ko lek­ko kie­ro­wać się w pra­wo, by zna­leźć wła­ści­wą ścież­kę. Słoń­ce na do­bre skry­ło się za chmu­ra­mi, co nie uła­twia­ło orien­ta­cji w te­re­nie, ale Hu­bert był do­brej my­śli i wciąż uważ­nie wpa­try­wał się w przy­pró­szo­ną bia­łym pu­chem ściół­kę, spo­dzie­wa­jąc się, że za­raz do­strze­że coś wię­cej niż tyl­ko tro­py dzi­kich zwie­rząt.

Nie­po­kój do­padł go do­pie­ro wte­dy, gdy do­tarł w miej­sce, gdzie na­tknął się na kil­ka­na­ście prze­wró­co­nych i nie­uprząt­nię­tych drzew. Na do­da­tek słoń­ce, któ­re na chwi­lę przedar­ło się przez chmu­ry, było zu­peł­nie w in­nym miej­scu, niż się tego spo­dzie­wał. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że praw­do­po­dob­nie przez dłuż­szy czas po­dą­żał nie na za­chód, tyl­ko do­kład­nie w kie­run­ku po­łu­dnio­wym.

Przy­po­mniał so­bie po­now­nie pa­mięt­nik Mar­ka i prze­czy­ta­ny w nim opis pierw­sze­go grzy­bo­bra­nia, któ­re za­koń­czy­ło się za­błą­dze­niem. Pod­czas każ­dej ko­lej­nej lek­tu­ry za­pi­sków dzi­wił się, że jego przy­ja­ciel tak sro­mot­nie się po­gu­bił w le­sie. Te­raz Ko­sma­la do­sko­na­le go ro­zu­miał, ale miał też jed­ną prze­wa­gę – war­stew­kę śnie­gu i swo­je śla­dy, po któ­rych w naj­gor­szym wy­pad­ku wró­ci na tor­fo­wi­sko, a po­tem do Wy­rę­bów. Na szczę­ście nie było na tyle cie­pło, by śnieg mógł szyb­ko stop­nieć.

Hu­bert spoj­rzał na ze­ga­rek. Było tuż przed pięt­na­stą, więc do zmro­ku miał ja­kieś dwie i pół go­dzi­ny. Zde­cy­do­wał, że jesz­cze przez trzy­dzie­ści mi­nut bę­dzie szedł na za­chód, w kie­run­ku prze­bi­ja­ją­ce­go spo­mię­dzy chmur słoń­ca i je­śli do tej pory nie na­tra­fi na dro­gę lub na wła­sne śla­dy, to chcąc nie chcąc, za­wró­ci i prze­bę­dzie całą dzi­siej­szą wę­drów­kę w prze­ciw­ną stro­nę.

Po nie­ca­łym kwa­dran­sie słoń­ce znów przy­kry­ły chmu­ry, a Ko­sma­la za­trzy­mał się tuż obok me­ta­lo­we­go krzy­ża i ka­mien­nej, omsza­łej pły­ty na­grob­nej. Dla pew­no­ści omiótł oto­cze­nie wzro­kiem, ale i bez tego do­my­ślał się gdzie jest.

* * *

Po­nie­miec­ki sta­ry cmen­tarz, o któ­rym wspo­mi­nał w no­tat­kach Ma­rek, był fak­tycz­nie po­nu­rym miej­scem. Wy­da­wa­ło się, że wśród za­po­mnia­nych, za­nie­dba­nych mo­gił i krzy­ży jest jesz­cze ciem­niej niż w pro­wa­dzą­cym do nich gę­stym le­sie. Hu­bert przy­po­mniał so­bie, że jego przy­ja­ciel nie sły­szał tu­taj śpie­wu pta­ków. Wy­tę­żył słuch i przez jego ple­cy prze­biegł lek­ki dreszcz. Wio­sen­ne tre­le to­wa­rzy­szy­ły mu przez całą dro­gę, ale na cmen­ta­rzu pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Miał wra­że­nie, że po­wie­trze jest gę­ste jak zupa i czuć w nim słod­ka­wą nutę za­pa­chu pa­dli­ny.

Po­stą­pił ostroż­nie parę kro­ków na­przód.

Na­gle znie­ru­cho­miał.

„Jasz­czuk – po­my­ślał. – Prze­cież to tu­taj go zna­le­zio­no…”.

Spo­tka­nie Hu­ber­ta z ko­men­dan­tem Ko­ściu­kiem przed do­mem Mar­ka mia­ło miej­sce oko­ło dwóch ty­go­dni temu, z ko­lei – co wy­ni­ka­ło z in­for­ma­cji prze­ka­za­nych przez po­li­cjan­ta – na zwło­ki (a w za­sa­dzie na to, co z nich zo­sta­ło) drwa­le na­tknę­li się jesz­cze dwa dni wcze­śniej.

– Cho­le­ra, tak nie­daw­no… – po­wie­dział ci­cho Ko­sma­la i drgnął na dźwięk wła­sne­go gło­su.

Mi­nio­na zima była sto­sun­ko­wo ostra, więc je­śli ro­bot­ni­cy le­śni i po­li­cjan­ci nie zdo­ła­li od­na­leźć wszyst­kich roz­wle­czo­nych przez zwie­rzę­ta frag­men­tów cia­ła Jasz­czu­ka, to… Hu­bert prze­łknął ner­wo­wo śli­nę. To zna­czy, że to, co te­raz czuł, wca­le nie mu­sia­ło być wo­nią tru­chła ja­kiejś pa­dłej sar­ny czy pta­ka.

Do­pie­ro w tym mo­men­cie za­uwa­żył ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów na lewo od miej­sca, gdzie stał, prze­wró­co­ną so­snę, no­szą­cą na so­bie śla­dy pił mo­to­ro­wych. Zro­bił kil­ka kro­ków w tam­tym kie­run­ku i wie­dział już, że to wła­śnie to drze­wo przy­gnio­tło są­sia­da jego przy­ja­cie­la. Le­żą­cą po­mię­dzy dwo­ma na­grob­ka­mi so­snę prze­cię­to w kil­ku miej­scach, a te­ren wo­kół niej był moc­no zdep­ta­ny.

Z jed­nej stro­ny, w ogó­le nie miał ocho­ty tam po­dejść, ale z dru­giej, ku­si­ła go na­dzie­ja, że dzię­ki temu na­tra­fi na czy­tel­ne wska­zów­ki, mo­gą­ce go w pro­sty spo­sób wy­pro­wa­dzić z tego miej­sca; prze­cież lu­dzie pra­cu­ją­cy tu le­d­wie kil­ka­na­ście dni temu mu­sie­li po­zo­sta­wić po so­bie ścież­kę, pro­wa­dzą­cą do dro­gi. Z za­pi­sków Mar­ka wy­ni­ka­ło ja­sno, że stąd do Wy­rę­bów jest le­d­wie oko­ło pię­ciu mi­nut szyb­kie­go mar­szu.

Gdy Hu­bert sta­nął przy po­cię­tym drze­wie, w ułam­ku se­kun­dy przy­po­mniał so­bie jesz­cze kil­ka rze­czy z pa­mięt­ni­ka. Sło­wa Jasz­czu­ka: „Umar­li nie lu­bią, jak im się za­kłó­ca spo­kój”, prze­ko­na­nie Ry­szar­da Bo­go­nia, że jego zmar­ła żona ma na po­nie­miec­kim cmen­ta­rzu swo­je le­go­wi­sko i to, że Ma­rek w tym miej­scu czuł się przez ko­goś śle­dzo­ny.

Ko­sma­la ką­tem oka wy­chwy­cił ja­kiś ruch. Dwie mło­de ol­chy, wy­ra­sta­ją­ce bez­po­śred­nio spod jed­nej z na­grob­nych płyt, na mo­ment utwo­rzy­ły kształt przy­po­mi­na­ją­cy ludz­ką syl­wet­kę. Ich cien­kie, po­zba­wio­ne jesz­cze li­ści ga­łę­zie za­kle­ko­ta­ły su­cho, a grub­sze ko­na­ry otar­ły się o sie­bie z dźwię­kiem przy­wo­dzą­cym na myśl szept. Do­pie­ro wte­dy Hu­bert po­czuł na twa­rzy de­li­kat­ny po­wiew cie­płe­go wia­tru.

Przy­siągł­by, że ktoś go ob­ser­wu­je z ukry­cia.

* * *

Od so­sny, któ­ra nie­mal pół roku wcze­śniej przy­gnio­tła Jasz­czu­ka, w las pro­wa­dzi­ły trzy ścież­ki, ale trud­no było jed­no­znacz­nie oce­nić, któ­ra z nich była ostat­nio naj­bar­dziej uczęsz­cza­na. „Nie­wy­klu­czo­ne też, że da­lej wszyst­kie się ze sobą łą­czą” – po­my­ślał Ko­sma­la i po­sta­no­wił to spraw­dzić; jed­no­cze­śnie zde­cy­do­wał, że je­śli po przej­ściu kil­ku­dzie­się­ciu me­trów na­dal nie bę­dzie miał pew­no­ści co do wy­bo­ru dro­gi, to wró­ci do Wy­rę­bów na­oko­ło. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na ry­zy­ko, że zmrok za­sta­nie go w środ­ku lasu.

Prze­kro­czył pień, omi­nął grób ozna­czo­ny wy­cio­sa­nym z ka­mie­nia krzy­żem i po­wo­li ru­szył przed sie­bie, bacz­nie ob­ser­wu­jąc przy­pró­szo­ną na bia­ło zie­mię. Po prze­by­ciu kil­ku­na­stu kro­ków na­tknął się na zwie­rzę­ce śla­dy, któ­re, ze wzglę­du na pa­nu­ją­cy tu nie­do­bór dzien­ne­go świa­tła, po­cząt­ko­wo wziął za trop sar­ny.

Za­raz po­tem zro­zu­miał, że się po­my­lił.

Tra­sa, któ­rą za­mie­rzał się po­ru­szać, prze­cię­ta była śla­da­mi psich łap. Bio­rąc pod uwa­gę ich wiel­kość i głę­bo­kość uznał, że zwie­rzę mu­sia­ło być im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów.

„Skąd pies na ta­kim od­lu­dziu? – po­my­ślał Hu­bert. – I cie­ka­we, jak daw­no tędy prze­bie­gał…”.

Nie­spo­koj­nie ro­zej­rzał się wo­kół, a po­tem się­gnął po le­żą­cą przy ścież­ce ga­łąź, by po chwi­li za­bie­gów za­mie­nić ją na coś w ro­dza­ju so­lid­ne­go ko­stu­ra. Du­chów się nie bał (choć mu­siał przy­znać, że tęt­no nie­co mu sko­czy­ło na wspo­mnie­nie za­pi­sków Mar­ka), ale bie­ga­ją­cych bez­pań­sko po le­sie wiel­kich psów – i ow­szem.

Za­raz po­tem zna­lazł jesz­cze je­den łań­cu­szek od­ci­sków łap. A na­stęp­nie ko­lej­ny. Wszyst­kie tro­py bie­gły pro­sto jak po sznur­ku i wszyst­kie były tej sa­mej wiel­ko­ści. Miał więc do czy­nie­nia ze śla­da­mi po­zo­sta­wio­ny­mi przez sfo­rę du­żych psów albo przez jed­ne­go, któ­ry prze­bie­gał tędy kil­ka­krot­nie. Z tych dwóch ewen­tu­al­no­ści wo­lał­by tę dru­gą, po­nie­waż za­kła­dał, że za po­mo­cą po­rząd­ne­go kija, ja­kim dys­po­no­wał, ra­czej po­ra­dził­by so­bie z jed­nym osob­ni­kiem.

Se­kun­dę póź­niej Hu­bert przy­po­mniał so­bie, że nie­daw­no oglą­dał w te­le­wi­zji pro­gram przy­rod­ni­czy o zwy­cza­jach wil­ków i od­ru­cho­wo za­ci­snął moc­niej dłoń na ko­stu­rze.

Sam od­cisk wil­czej łapy moż­na ła­two po­my­lić ze śla­dem po­zo­sta­wio­nym cho­ciaż­by przez owczar­ka nie­miec­kie­go czy psa rasy hu­sky, ale spo­sób po­ru­sza­nia dzi­kie­go dra­pież­ni­ka jest bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny. O ile psy po­ru­sza­ją się nie­co cha­otycz­nie, czę­sto lek­ko klu­cząc, o tyle wil­ki prze­waż­nie bie­gną pro­sto, a ich trucht okre­śla­ny jest mia­nem „sznu­ro­wa­nia”, wła­śnie ze wzglę­du na za­cho­wa­nie kon­se­kwen­cji w dą­że­niu do ob­ra­ne­go wcze­śniej celu.

Ko­sma­la był jed­no­cze­śnie prze­stra­szo­ny i za­fa­scy­no­wa­ny swo­im od­kry­ciem. Wie­dział, że wil­ki rzad­ko ata­ku­ją lu­dzi, ale… rzad­ko to nie zna­czy ni­g­dy. Nie wie­dział też, czy ma do czy­nie­nia z sa­mot­nym osob­ni­kiem, któ­ry z ja­kichś wzglę­dów upodo­bał so­bie to miej­sce, czy też może z całą wa­ta­hą do­ro­słych, być może wy­gło­dzo­nych zwie­rząt. Z dru­giej stro­ny, sam fakt, że Hu­ber­to­wi uda­ło się na­tra­fić na tro­py tych ta­jem­ni­czych, pięk­nych i in­try­gu­ją­cych zwie­rząt był nie­zwy­kłą przy­go­dą. To prze­cież zu­peł­nie coś in­ne­go niż wi­zy­ta w zoo.

„Dan­ka mi nie uwie­rzy” – po­my­ślał, a po­tem za­czął się za­sta­na­wiać, czy w ogó­le po­wi­nien mó­wić żo­nie o tym, co go spo­tka­ło. Oba­wiał się wy­rzu­tów o nie­ostroż­ność i tak na­praw­dę nie by­ły­by one nie­uza­sad­nio­ne. Zwłasz­cza że od cza­su do cza­su sły­sza­ło się o wście­kliź­nie i ostrze­ga­no przed nią miesz­kań­ców Lu­belsz­czy­zny. Cho­ry wilk mógł­by się za­cho­wy­wać wbrew swo­jej na­tu­rze i za­ata­ko­wać zu­peł­nie bez po­wo­du, z cze­go Ko­sma­la do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę.

Nie chcąc już dłu­żej zwle­kać, szyb­ko spraw­dził wszyst­kie trzy ścież­ki, jed­nak wy­glą­da­ło na to, że każ­da z nich pro­wa­dzi w inną część lasu i nie mógł okre­ślić, któ­ra była ostat­nio naj­czę­ściej uczęsz­cza­na. Hu­bert wes­tchnął cięż­ko i już miał za­wró­cić w stro­nę cmen­ta­rza, kie­dy na­tknął się na jesz­cze je­den wil­czy trop, pro­wa­dzą­cy do nie­wiel­kiej po­ła­ci nie­za­le­sio­ne­go te­re­nu znaj­du­ją­ce­go się może pięć me­trów od dróż­ki. Za­uwa­żył, że zie­mia w tam­tym miej­scu jest na­ru­szo­na, po­my­ślał więc, że to może po­zo­sta­ło­ści po po­li­cyj­nej ak­cji, pro­wa­dzo­nej tu kil­ka­na­ście dni temu.

Róż­ni­ca po­mię­dzy pię­cio­ma mi­nu­ta­mi mar­szu a wle­cze­niem się przez go­dzi­nę z okła­dem była na tyle duża, by stłu­mić nie­po­kój i spraw­dzić jesz­cze tę jed­ną szan­sę. Gdy tyl­ko Ko­sma­la wy­szedł na po­ro­śnię­ty ściół­ką spła­che­tek lasu, na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. Kil­ka uschnię­tych kęp tra­wy było wy­dar­tych po­tęż­ny­mi pa­zu­ra­mi, a śnieg w ich naj­bliż­szym oto­cze­niu po­pry­ska­ny był in­ten­syw­nie żół­tą cie­czą. Hu­bert zdał so­bie spra­wę, że wła­śnie na­tra­fił na wil­cze te­ry­to­rium. Miał się już wy­co­fać, gdy jego wzrok padł na wy­ta­rza­ny w zie­mi bru­nat­no­czer­wo­ny ka­wa­łek mię­sa i le­żą­cy nie­opo­dal ka­wa­łek ko­ści. Obok za­uwa­żył frag­ment tka­ni­ny, w któ­rym bez tru­du moż­na było roz­po­znać bar­wy woj­sko­we­go ma­te­ria­łu moro.

„Ma­rek pi­sał, że Jasz­czuk no­sił ta­kie spodnie” – po­my­ślał.

Uczu­cie, że jest ob­ser­wo­wa­ny, na­si­li­ło się jesz­cze bar­dziej. Wy­da­wa­ło mu się, że ktoś był za jego ple­ca­mi; co­raz bar­dziej się zbli­żał, aż wresz­cie przy­sta­nął tuż za nim.

Tak bli­sko, że szy­ję Hu­ber­ta owio­nął jego od­dech.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nowy dom na wyrębach Zabij mnie, tato Czarny Wygon. Tom 2 Czarny Wygon. Tom 1 Opowiem ci mroczną historię Dom na wyrębach 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione