Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Autorzy: Krzysztof Kotowski Karol K. Soyka

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 200

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 14.90 zł

Snajperzy GROM-u od momentu sformowania jednostki w 1990 roku są jednymi z najlepszych strzelców na świecie. Specjalne wyszkolenie, niepowtarzalna taktyka walki, niezwykła wytrzymałość fizyczna i psychiczna, a przede wszystkim sprawdzone umiejętności strzeleckie to cechy każdego snajpera z tej jednostki. Jugosławia, Kosowo, Irak, Afganistan , Syria i wiele innych –  od lat w miejscach, gdzie zaczyna się konflikt, pojawiają się strzelcy GROM-u.

Podpułkownik rezerwy Karol Soyka ukazuje działania snajperów podczas nieopisanych dotąd akcji. Opowiada, jak konflikt wygląda z bliska, i oddaje realia pola walki na podstawie doświadczeń własnych i towarzyszy broni. To opowieść nie tylko o ogromnej wytrwałości i sile snajperów, ale również o poświęceniu i kosztach, jakie ponoszą osoby decydujące się na wykonywanie tego niezwykle ryzykownego zawodu.

Seria LINIE FRONTU

Grzegorz Kaliciak Karbala. Raport z obrony City Hall

Michael Golembesky, John R. Bruning Marines. Bohaterowie operacji specjalnych

Grzegorz Kaliciak Afganistan. Odpowiedzieć ogniem

Dan Raviv, Yossi Melman Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski

Krew snajperów

Opowieść żołnierza GROM-u

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Piotr Bukowski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Tom Stoddart Archive / Getty Images

Copyright © by Krzysztof Kotowski i Karol K. Soyka, 2017

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Piotr Nehring

Adiustacja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Sandra Trela / d2d.pl, Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-547-0

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wstęp. Zanim zaczniecie czytać…

1 Historia wstępna, ale – jak się później okazało – dość ważna. Rembertów, październik 1993 roku

2 Kiedy robi się gorąco…

3 Kosowo, Albania, 2001 rok

4 Polowanie na snajpera (sporo wcześniej)

5 Strach (wschodnia granica Polski, dwa lata wcześniej)

6 Z powrotem w Kosowie, Albania, 2001 rok

7 Cztery lata wcześniej (miejsce akcji utajnione)

8 Kosowo, Albania, 2001 rok

9 Irak, 22 marca 2003 roku. Port Umm Kasr

10 Zatoka Perska, Irak, 2003 rok

11 Kuwejt, baza Camp Doha, 2003 rok

12 Udairi, Baza Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych, Kuwejt

13 Baza przejściowa sił specjalnych, cztery mile od Umm Kasr, 22 marca 2003 roku. Kuwejcka pustynia

14 Wojna na żywo

15 Baza GROM-u. Przygotowania do bitwy pod Al-Fau

16 Na granicy iracko-irańskiej, 26 marca 2003 roku

17 Bagdad, listopad 2003 roku. Osiem miesięcy później

18 Nazajutrz, godzina 8.00, Camp Jenny Pozzi, Bagdad

19 Życie na chybił albo trafił. Bagdad, listopad 2003 roku. Baza sił specjalnych

20 Relaks

21 Bagdad, grudzień 2004 roku

22 Zasadzka

23 Noc, godzina 23.00. Pogranicze kurdyjskie

24 Polska. Sierpień 2005 roku

25 Afganistan. Dolina Uzbin, sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Kabulu. Sierpień 2006 roku

Przypisy

Kolofon

Byłem tam… Na Bałkanach, na pustyni Kuwejtu, na wodach Zatoki Perskiej, w budynkach Bagdadu i na wzgórzach Afganistanu. Widziałem to na własne oczy, od samego środka i naprawdę nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że mogę tam po prostu zginąć.

Snajper GROM-u

Wstęp

Zanim zaczniecie czytać…

Wiecie, jak to jest… Czasem nam się wydaje, że przeżyliśmy coś bardzo ważnego, trudnego, niebezpiecznego. Kiedy patrzymy na to z oddali, oglądając filmy, zdjęcia, słuchając opowieści dzielnych ludzi, jawi się nam jako szczególnie wyjątkowe. Gdy jednak znajdziemy się w samym środku, dotkniemy tego ręką, przyjrzymy się z bardzo, bardzo bliska – wyjątkowość blednie. Cała ta niezwykłość nabiera realnych kształtów i staje się oczywista. Niektórych to rozczarowuje, inni oddychają z ulgą. Jeśli dotyczy to podróży, która jest spełnieniem marzeń, bo od lat pragnęliśmy zobaczyć Rzym, Gizę czy Tadź Mahal, to raczej od nas samych zależy, czy będziemy umieli się tym cieszyć. Jeśli mamy wyruszyć na wojnę, podróż odbiera się w sposób znacznie bardziej skomplikowany.

Kiedy powstawała pierwsza książka, Cel za horyzontem, w której sięgnąłem do wspomnień z Mosulu, Dohy czy Port­-au-Prince, wydawało mi się, że czynię słusznie. Że to powinno być opisane, i to z punktu widzenia człowieka, który tam był. Któregoś dnia jednak puknąłem się w czoło i zadałem sobie proste pytanie: czy to może kogokolwiek obchodzić? Większość dzieciaków ma gdzieś wojsko, siły specjalne, komandosów, czy nawet jednostkę GROM. Dzisiaj najważniejsze jest to, kto ma najwięcej lajków na Facebooku, kiedy wychodzi najnowsza wersja Wiedźmina i co włoży na tyłek kolejny telewizyjny celebryta, choć większość ludzi nie ma pojęcia, kim on jest, czego chce od życia i czy ma cokolwiek do powiedzenia na jakikolwiek temat.

My w dzieciństwie bawiliśmy się w wojsko, graliśmy w piłkę, czasem w kapsle, zbieraliśmy znaczki czy naklejki, a internet – choć dla niektórych to niepojęte – po prostu jeszcze nie istniał. Źródłem wiedzy byli przede wszystkim rodzice, otaczający nas ludzie, książki, no i oczywiście szkoła. Średnie nakłady polskich książek w latach siedemdziesiątych sięgały dwustu, trzystu tysięcy egzemplarzy. Obecnie książka sprzedana w dziesięciotysięcznym nakładzie to już bestseller. Dzisiejszego nastolatka trudno oderwać od smartfona nawet na pogrzebie jego własnej babci. Kto ma czas na książki? O książkach o GROM-ie nie wspominając. Odłożyłem więc pomysł na półkę i zająłem się innymi sprawami. Znajomy dziennikarz zwrócił mi jednak kiedyś uwagę na to, że niezależnie od tego, jak Polacy są zabiegani, umęczeni walką o przetrwanie czy zmaganiem się z tym, co wyprawiają politycy, nie można myśleć dychotomicznie. Czyli mówiąc po ludzku – nie wszystko jest tylko czarne lub tylko białe, nie każde zjawisko społeczne jest albo złe, albo dobre, a słów typu „wszystko”, „zawsze”, „nigdy” należy używać bardzo ostrożnie. Nie zanudzając was całością rozmowy ze znajomym, powiem tylko, że jego ostatnie słowa brzmiały mniej więcej tak: „Daj spokój i napisz wreszcie tę książkę, bo po pierwsze, dwadzieścia lat służyłeś w GROM-ie, po drugie, wbrew temu, co myślisz, są w tym kraju ludzie żądni wiedzy i ciekawi świata, wielu też chciałoby się dowiedzieć, co my w tym Iraku czy Afganistanie właściwie robiliśmy. I po trzecie, jeśli ty tego nie zrobisz, to prędzej czy później zabierze się do tego ktoś, kto GROM zna tylko z artykułów publikowanych w kolorowych pismach i w internecie, a wiedząc, że historia tej jednostki dla wielu ludzi jest ważna i nośna, napisze stek bzdur. I będzie po temacie”.

No i powstała książka Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u, a fakt, że sięgnęło po nią tak wielu ludzi, napawa mnie i Krzyśka Kotowskiego ogromną dumą. I za to Wam dziękuję.

Krew snajperów ma nieco inną formę. Zmieniłem nazwiska i pseudonimy (także i mój) oraz pewne niuanse dotyczące poszczególnych akcji i wydarzeń. Dzięki temu mogłem zdradzić więcej, bez narażania się na, hmm… nieprzyjemności. Mówiąc wprost – książka jest mocno oparta na faktach, opisuje prawdziwe wydarzenia, w których uczestniczyłem ja sam lub uczestniczyli moi koledzy z jednostki. Jednak pewne drobiazgi zostały zmienione, co – wierzcie mi – niczego nie ujmuje historii.

1

Historia wstępna, ale – jak się później okazało – dość ważna. Rembertów, październik 1993 roku

– To strzelał wasz, jak wy go tam nazywacie, snajper?

– Tak jest, panie generale.

– Słuchajcie! Co wy mi tu za farmazony opowiadacie, pułkowniku Petelicki? – spytał wizytujący jednostkę GROM generał. – Wiele strzelań w służbie widziałem i takie numery, wicie, rozumicie, to nie ze mną. Tarcze pewnie zostały wcześniej podziurawione czubkiem ołówka. Już widziałem takie chwyty na sprawdzianach strzeleckich w wojsku, no i co na to powiecie, hę? To nie takie proste, ale, ma się rozumieć, staracie się, staracie, inicjatywa jest i chęci…

Petel przez sekundę nie dowierzał własnym uszom. Nienawidził sytuacji, kiedy ktoś wciąż istotny, kto mógł zdecydować o przyszłości takich jednostek jak GROM, po raz kolejny cofał go w czasy przaśnych ignorantów w mundurach rodem z PRL-u, których niekompetencja miała zabezpieczać interesy sąsiedniego mocarstwa. Tym bardziej że przecież on sam doskonale pamiętał czasy „Trepostanu”, o którym tacy jak on chcieli jak najszybciej zapomnieć. Wtedy czas biegł znacznie szybciej niż teraz i wszystko zmieniało się błyskawicznie. To coś, co przez całe lata narastało w ludziach, także w tych, którzy tworzyli później GROM, po roku 1989 wybuchło ze zdwojoną siłą.

Była też jednak druga strona medalu. Dziś jeszcze lepiej niż wtedy widać, jak wielu ludzi nie załapało się na ten „pociąg” i przegapiło swoją szansę. Polska wydaje się przecięta na pół jak jabłko. A politycy bezwzględnie wykorzystują tych, którzy chcą, aby kraj szedł jak najszybciej do przodu, a jeszcze bardziej tych, którzy nie pojmują zawiłości współczesnego świata.

Wolność ma ogromną wartość, ale zdarza się, że w umys­łach ludzi urodzonych w komunizmie wzbudza niepokój i lęk. Związana z nią odpowiedzialność przeraża czasem bardziej niż samotność czy niepewność, w którą stronę iść. Kiedyś władza mówiła ludziom, co mają robić, mówiła, co jest dobre, a co złe, i nikt nie musiał wybierać, decydować i bać się, że nie wie, że nie umie. We wszystkich sklepach były takie same ceny, w Sejmie nie było różnych ugrupowań, poglądów, a dyskusje były pozorne. Kiedyś wódka była tania, żyło się prosto, a praca była oczywistością. Wszystko było wyraziste. A potem nagle ludzie zaczęli błądzić we mgle.

Generał stał na granicy dwóch epok. Za maską pewnego siebie paniska ukrywał lęk, bo jego czasy zgasły jak zdmuchnięta świeczka, nagle i przerażająco. Wciąż bronił się wyświechtanymi frazesami, władczą i arogancką postawą oraz budowaniem własnej legendy człowieka doświadczonego i niezrównanego. Wojsko pozwalało takim jak on żyć złudzeniami. Rzeczywistość poza murami koszar zmiotłaby ich bez litości, natychmiast oraz bez należnego im szacunku. W wojsku mogli jeszcze trwać, choć – czego nie byli raczej świadomi – już niezbyt długo i niezbyt chwalebnie. Petelicki też nie urodził się w Trzeciej Rzeczypospolitej, karierę zaczynał w PRL-u, czego nigdy nie ukrywał, ale był człowiekiem o szerokich horyzontach i doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji zachodzących zmian.

Po chwili, którą wykorzystał na dojście do równowagi i przywrócenie cierpliwości, Petelicki pokiwał głową „ze zrozumieniem” w odpowiedzi na słowa generała, rozejrzał się dookoła, jakby zbierał jeszcze przez moment myśli, i odezwał się tonem lżejszym, niż zamierzał kilka sekund wcześniej:

– To, co przed chwilą pan generał słyszał – zaczął spokojnie – to element pokazu na żywo, w tak zwanym realu. To były strzały z odpowiedniego dystansu oddane przez kilku strzelców w pana obecności. Przed chwilą – zaznaczył powtórnie.

Dowódca GROM-u wychwycił nierozumiejące spojrzenie generała.

– Jak to? To tych snajperów jest tutaj, znaczy się w tej okolicy, więcej?

– Tak jest – odparł pułkownik.

Generałowi wyrwało się pełne szczerego zaskoczenia westchnienie.

– To znaczy… chyba nadinterpro… nadinterpretowujecie chyba jednak…

– Obawiam się, że nie – usłyszał spokojną odpowiedź. Petelicki był chłodny, uprzejmy i rzeczowy.

– Noo… – wizytator nie dawał za wygraną. – Ja słyszałem tylko jeden strzał, pułkowniku, hmm.

– I tak miało być – Petelicki lekko się uśmiechnął. – Strzelało kilku snajperów, tyle że jednocześnie, na komendę.

Pułkownik czekał teraz na odpowiednią reakcję generała.

– To znaczy naraz, w jednym czasie – uściślił na wszelki wypadek Petelicki. – Przy ostatnim strzale trzech.

– Dobra… – Generał z niedowierzaniem uniósł brwi. – Dajcie mi jakiś pisak.

Gdy wykonano rozkaz, chwycił flamaster, podszedł do tarczy fotograficznej z wizerunkiem terrorysty i na klatce piersiowej zaznaczył mały, niewyraźny trójkątny punkcik wielkości może paznokcia. Następnie w charakterystyczny sposób, jakby od niechcenia, unosząc brodę, polecił:

– No, to teraz ci wasi strzelcy pokażą nam wszystkim, co potrafią. Snajperzy. Tak?

– „Szakale”, tu „Jackie”, zgłaszać się do mnie! – dowódca sił szturmowych wywołał przez radiostację snajperów rozlokowanych wokół budynku, w którego oknach za szybami rozmieszczono tarcze szkoleniowe.

– Tu „Szakal Jeden”, odbiór.

– Tu „Szakal Dwa”, zgłaszam się.

– Tu „Szakal Trzy”, jestem.

– Uwaga, pytam krótko! Który z was ma w sektorze okno z naznaczoną tarczą?

„Robak” zerknął przez lunetę celowniczą swojego remingtona 700.

– „Jackie”, tu „Szakal Dwa”, odbiór.

– Tu „Jackie”, widzisz ją, „Robak”?

– Tu „Szakal Dwa”, potwierdzam. To nie mój sektor, ale mogę zdjąć – odparł „Robak”.

– Czekaj na komendę – rozkazał „Jackie”.

– Przyjąłem.

– „Jackie”, „Jackie”, tu „Jedynka”, odbiór!

– Dawaj! – dowódca zwolnił przycisk nadajnika na swoim radiotelefonie.

– Tu „Szakal Jeden”, to mój sektor i jestem gotów do strzału.

– Odebrałem, czekaj, pozostań w gotowości. „Trójka”, jak sytuacja? – zgłosił się spokojnie dowódca.

– Tu „Trójka”, nie widzę tego okna, jestem za daleko na zachód, na trzystu metrach w krzakach. Mam się przegrupować?

– Nie, zostań, gdzie jesteś. Nie strzelasz już, rozładuj się. „Jedynka” i „Dwójka”, „Luck” i „Robak”, pełna gotowość do strzału. Macie ammo[1]? Meldować.

– Tu „Jedynka”. Mam.

– Tu „Dwójka”. Coś się znajdzie.

– Okej. Bez odbioru.

Nadciągała już jesień, czuć to było szczególnie nad ranem, chłód dawał się we znaki, a od gruntu szło przejmujące zimno. Snajper leżący na ziemi czuł to mocno. Do tego deszcz, który niestety przybrał na sile, bo wcześniej tylko mżyło, a teraz krop­le rozbijały się o krawędzie snajperskich kapeluszy ze sporą już siłą. Z zielono-brązowych strojów maskujących unosiła się lekka mgiełka parującego potu z rozgrzanych pleców. Snajperzy wiedzą, że to niedobrze, bo coś takiego może zdradzić ich pozycje. Co się wtedy robi? To bardzo proste: należy szybko i precyzyjnie strzelić i spieprzać. I nie byle gdzie, tylko trzeba zmienić pozycję na mniej widoczną, taką, w której uda się być niezauważonym nieco dłużej.

„Robak” gołym okiem spostrzegł z prawej strony, jakieś sto metrów od niego, stanowisko strzeleckie „Szakali” z teamu numer jeden. Tkwili tam w pożółkłych liściach, w trawie, tuż przed pniem wysokiego, starego klonu. On i jego obserwator z „Dwójki”, snajper o ksywie „Brian”, leżeli na razie w ciszy. „Brian” obserwował budynek w oddali przez bushnella, czyli lunetę na małym trójnogu. Wreszcie zaczął podawać:

– Odległość: dwieście dziesięć metrów. Wiatr: bez znaczenia. Wilgotność: ponad dziewięćdziesiąt procent. Cel: okno na dwie trzecie. Szyba już rozbita. Uważaj na mokre plamy. Deszcz zacina do środka budynku. Narysowany trójkąt ledwo widać, zlewa się z innymi punktami. Ta tarcza to już teraz pieprzone Jezioro Łabędzie!

– Podaj nabój – mruknął skupiony „Robak”, który nie odrywał już teraz wzroku od trójkąta na tarczy.

– Jeden?

– Jeden. No fakt, cholera, ledwo widać coś na tarczy, wszystko się zlewa. Nie chcę pomylić celu.

– Uwaga, snajperzy! – usłyszeli przez radio dowódcę sił szturmowych.

„Robak” nieco odchylił głowę w prawo i oparł policzek o kolbę karabinu. Lewe oko przymknął już wcześniej, wyostrzona źrenica prawego teraz prawie znieruchomiała i poczuł już zjednoczenie z czarnym punktem umieszczonym daleko na przedpolu. Usłyszeli wezwanie do gotowości do strzału, ale snajper nie miał jeszcze załadowanej broni.

– „Brian”, gdzie ten cholerny nabój? – warknął „Robak”, zdjął z kabłąka prawą dłoń pokrytą zielono-brązowym kamuflażem i wyciągnął ją w kierunku ramion leżącego obok kolegi.

– Już, chwila, rzucam – odpowiedział „Brian”. – Trzymaj!

Znowu głos „Jackiego” z radia:

– Uwaga, uwaga, „Szakale”. Gotowość!

Snajperzy mieli już zdrętwiałe z zimna palce i kiedy ich dłonie zetknęły się podczas przekazywania sobie żółtozłotego naboju kaliber 7,62 milimetra, ten, zamiast trafić w ręce „Robaka”, wypadł i wylądował gdzieś w trawie przed nimi.

– Snajperzy… – usłyszeli powtórzoną komendę.

– „Brian”, dawaj ten pieprzony nabój! – ponaglił „Robak”.

– Wpadł w trawę!

– To go olej i weź szybko drugi z paczki!

– Nie ma już innego! Na ten pokaz dowódca wydał mi tylko dwa. Co robimy?

– Snajperzy! Gotów…! – „Robak” przygotował się na to, że strzeli tylko samym powietrzem. Oby tylko „Luck” trafił…

– Czekaj, mam go. – „Brian” się wyprostował.

„Robak” raz jeszcze wyciągnął dłoń do partnera, chwycił, tym razem silnie, czubkami palców za łuskę, jak automat wrzucił go do komory, którą natychmiast zatrzasnął, przesuwając metalową kulkę zamka energicznie do przodu i w dół. Prawą dłonią złapał od spodu za kolbę i położył palec wskazujący na języku spustowym.

– Gotów!!! – Pauza. – Ognia!

Słowa „ognia” właściwie nie było już słychać w słuchawce, reakcja powinna nastąpić już na samo: „Og”. Resztę miał wypełnić, i zresztą wypełnił, zgrany, głośny wystrzał obu snajperów. „Robak” spojrzał jeszcze raz przez lunetę na okno i tarczę, która jednak, cała już rozmiękła od deszczu, po wystrzale wpadła do środka pomieszczenia w budynku.

– Trafiłeś? – zapytał, wyrównując oddech „Brian”.

– Nie wiem. Zdążyłem tylko „położyć krzyż”, reszty nie pamiętam.

– Jak nie trafiłeś, to stary wywali nas z firmy. Mamy to jak w banku.

– Wiem, kurwa, ale co mam teraz powiedzieć? Już pozamiatane. Może chociaż „Luck” trafił.

– „Szakale”, tu „Jackie”. Rozładuj broń! – podał przez radio dowódca.

„Robak” i „Brian” leżeli w ciszy, przyglądając się przez lunety grupie obserwatorów, która w pałatkach podążała powoli za idącymi na czele Petlem i wizytatorem. Szli skupieni z groźnymi minami, sztywni, jakby ktoś powsadzał im w tyłki wyciory do czyszczenia luf. Jeden z sierżantów oderwał się nagle od grupy i wbiegł do środka budynku po tarczę. Cała kilkunastoosobowa ekipa przystanęła w oczekiwaniu. Petelicki zaczął coś objaśniać, pokazując ręką w kierunku snajperów i orientując generała, skąd padły strzały. Po chwili sierżant wyszedł z klatki schodowej na plac przed budynkiem. „Robak” patrzył przez celownik na jego twarz, żołnierz miał minę zaciętą, niezdradzającą niczego, w ręku trzymał wymiętą od deszczu tarczę. Obserwatorzy natychmiast zgromadzili się przy niej, chowając ją przed wzrokiem snajpera. Niektórzy, ci znajdujący się nieco dalej, stawali na czubkach palców, by jakoś, pomiędzy głowami tych, co byli bliżej, zobaczyć efekt strzałów.

– Widzisz minę starego? – spytał „Brian”. – Chyba zadowolony.

– Na to wygląda.

Wyraz twarzy „Robaka” się nie zmienił, ale „Brian” wiedział, że koledze ciężki kamień spadł z serca. Jemu zresztą też. Po pokazie całość sił szturmowych stanęła na zbiórce, snajperzy w swoich maskałatach na końcu szyku. „Robak” z „Brianem”, spokojni, gdzieś z tyłu.

– Panowie! – przemówił uroczystym tonem generał. – Czegoś takiego dawno w Wojsku Polskim nie widziałem! Gratulacje, panowie!

„Robak” wychylił się lekko zza pleców „Briana”, aby dokładniej przyjrzeć się tarczy w dłoni pułkownika Petelickiego. Uśmiechnął się kącikiem ust na widok jednej przestrzeliny na tarczy. Jak w Czterech pancernych. Pamiętacie? Janek Kos. Petel jeszcze przez parę lat, nawet kiedy już był generałem brygady, trzymał tę tarczę za szafą w swoim gabinecie i czasem pokazywał ją różnym szychom, opowiadając anegdotę o historycznej wizycie generała z flamastrem. Tłumaczył, jak namalowany przez generała trójkąt oberwał jednocześnie dwoma pociskami w sam środek. W jednej sekundzie. To była pierwsza tak ważna i – jak się później okazało – przełomowa wizytacja w GROM-ie. Później jeszcze wiele się działo w tej jednostce.

A co by było, gdyby wtedy nie trafili? Szczerze? O tym lepiej nawet nie myśleć.

2

Kiedy robi się gorąco…

Jeśli gdzieś na świecie robi się bardzo „gorąco”, to z pewnością snajper szybko znajdzie się w tym miejscu jako jeden z pierwszych i stanie się „oczami” swojego oddziału, a jeśli zajdzie taka potrzeba, to będzie działał samodzielnie, jak myśliwy.

W ostatnich dziesięcioleciach wiele się zmieniło w kwestii prowadzenia działań zwiadowczych, ale snajperzy nadal są niezastąpieni. Przede wszystkim ze względu na specjalne wyszkolenie, nadzwyczajną taktykę walki, zdolności mentalne, wolicjonalne i oczywiście strzeleckie. We współczesnych konfliktach zbrojnych raczej nie prowadzi się takich działań jak podczas obu wojen światowych, nie toczy się bitew, po których zostaje tylko spalona ziemia, nie ma mowy o wybijaniu wszystkiego, co się na niej porusza, czy o doszczętnym niszczeniu miast i wsi. Pewien wyjątek stanowią tu bezwzględne działania armii prezydenta Władimira Putina w Syrii. Zresztą, jeśli chodzi o sprawy wojskowe, to Rosjanie raczej nigdy nie byli w czołówce, ani jako ci najnowocześniejsi, ani najbystrzejsi, i zawsze niestety mija trochę czasu, zanim się zorientują, że świat się zmienił. I że nie tędy droga.

A prawda jest taka, że wiary i serca do walki u bojowników islamskich (i innych też) nie da się zakopać pod ziemią i wytępić raz na zawsze, co pokazały wojny w Iraku i Afganistanie. Obecnie separatyści rosyjscy walczą z Ukraińcami. Co z tego, że na samym początku użyli tam ciężkiego sprzętu: czołgów, wyrzutni rakiet, moździerzy, haubic i czort wie czego tam jeszcze. Na razie działania stanęły w miejscu. Zostawmy to.

Przykładem współczesnych działań wojennych, gdzie głoś­no było o snajperach, jest wojna w byłej Jugosławii. Choć, powiedzmy to od razu, tamtejszych snajperów można określić raczej mianem terrorystów, czy nawet morderców, niż żołnierzy, ponieważ strzelali do cywilów bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Tlące się potyczki zbrojne, w których szala zwycięstwa długo nie przechyla się na żadną stronę, powodują, że walczący trzymają się na dystans, powiedzmy, „od okopów do okopów”, to znaczy mniej więcej na maksymalną odległość skutecznego zasięgu karabinów snajperskich. Czyli od jednego kilometra do trzech. I to właśnie w takich konfliktach snajperzy są najniebezpieczniejsi, tam zbierają swoje największe „żniwo”. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Walczące strony są zmęczone przedłużającą się niejasną sytuacją na froncie, na którym w pewnym sensie panuje bałagan. Gotowość do walki miesza się z rozluźnieniem, a dzisiaj nikt nie ma ochoty na taką niebezpieczną zabawę, zwłaszcza gdy się ona przedłuża i jedną ze stron jest któreś z mocarstw, na przykład Stany Zjednoczone. I to jest właśnie czas snajperów, którym stwarza się warunki do podpełznięcia na bardzo niewielką odległość do celu. Jak wspominałem, zwykle są oni świetnie wyszkoleni, potrafią ominąć pola minowe, często sprzyja im miejscowa ludność i partyzantka. Są trudni do wykrycia, mogą działać samodzielnie. Umieją odnaleźć się wszędzie – w lesie, w trawie, na wzgórzach, w ruinach budynków, w piwnicach. Dzięki odebranemu wyszkoleniu właściwie wszędzie czują się jak u siebie i są cholernie skuteczni. Snajperzy są w stanie wzbudzić strach u zwykłych żołnierzy, a przynajmniej mocno nadszarpnąć ich morale i wolę walki. Zajmują bardzo ważne miejsce w armiach niemal każdego państwa. „Niemal każdego”, bo nie wszystkich stać na wytrenowanie i utrzymanie tej elitarnej grupy. W Polsce prawdziwych zawodowych snajperów jest niewielu, ja mam to szczęście, że jestem jednym z nich. Podobnie jak kilku­nastu innych moich kolegów służyłem w pierwszym zawodowym oddziale snajperów Wojska Polskiego. Opowiem wam parę historii, w które nie zawsze łatwo uwierzyć, ale jak wiemy, zdarza się, że najbardziej nawet pokręcona fikcja nie potrafi być tak niewiarygodna jak najczystsza prawda. W tej książce fikcji jest niewiele.

No to zaczynamy. Jak się nazywali? Jasne. „Nie pamiętam”, jak się właściwie nazywali. Jeden z nich miał ksywę „Robak”. A drugi? To był ten Drugi…

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Ammo (z ang.) – amunicja.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u Cel za horyzontem Z prawa na lewo Czas czarnych luster Święto swiateł 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI