Rafał Jackiewicz. Życie na ostrzu noża

Rafał Jackiewicz. Życie na ostrzu noża

Autorzy: Łukasz Chmielewski Rafał Jackiewicz Artur Łukaszewski

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 328

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Najbardziej hardkorowa biografia w historii polskiego sportu!

Włamania, pobicia, kradzieże. Ściąganie długów, wymuszanie odszkodowań, porwania i bójki, z których jedna skończyła się nożem wbitym w serce. To nie opis gangsterskiego filmu – to życie Rafała Jackiewicza, zanim został zawodowym bokserem.

Każda z historii, które znalazły się w tej książce, jest jak nokaut: bułgarskie prostytutki, wkurzony gangster „Krakowiak” i zakład ze Szpilką, Wawrzykiem i Kołodziejem o 55 tysięcy złotych. A między tym wszystkim kariera w kick-boxingu oraz ponad 430 rund przewalczonych na bokserskich ringach w drodze po tytuły mistrza świata i Europy.

Niewielu ludzi przeszło tyle co on. Nikt nie zdecydował się opowiedzieć o swoim życiu tak szczerze, barwnie i z humorem.

***

Rafał Jackiewicz? Wojownik. Wzloty i upadki to jego codzienność. Trzech rzeczy nie można mu jednak zabrać: dystansu do siebie i świata, duszy prawdziwego sportowca i… miłości do słodyczy. Karierę pięściarską wycisnął jak cytrynę, a z życia cały czas czerpie garściami. Nie mam cienia wątpliwości, że to, o czym przeczytacie w tej książce, któregoś dnia pojawi się na dużym ekranie.

 - Mateusz Borek, Polsat Sport

Szczery aż do bólu, jak na spowiedzi. Rafał Jackiewicz - kolejny z mistrzów, których ocalił, a na pewno zmienił, boks. Droga, którą  przebył, była pełna niebezpiecznych zakrętów i bolesnych upadków. Ale wstawał i walczył dalej. Zaszedł bardzo wysoko, a mógł jeszcze wyżej. Kilka jego ringowych wojen przeszło do historii, ale tę najważniejszą - by być tym, kim jest - wygrał poza ringiem.

 - Janusz Pindera, dziennikarz i komentator

Uwielbiam Rafała zarówno jako człowieka, jak i sportowca – to super gość. Wyjść z takiego bagna, w jakim dorastał, to wielkie osiągnięcie. Historia jego życia to scenariusz na dobry film!

 - Andrzej Kostyra, Super Express

Zamiast wstępu

Granice, których nie było

Nazywam się Rafał Jackiewicz i kiedyś byłem innym człowiekiem. Zmienił mnie boks. Dzięki niemu z wiejskiego rzezimieszka stałem się sportowcem, który zdobywał mistrzowskie tytuły. Zmieniłem się, ale pozostałem sobą. Ta książka to zapis mojego życia, moja historia. Podczas lektury będziecie przekraczać ze mną kolejne granice, jakby ich nie było. Tak jak robiłem i nadal robię w swoim życiu – bo mam serce stworzone do walki. W tej książce nie koloryzuję, nie zmyślam, bo nie muszę. Mówię, jak było, a każda z moich opowieści jest jak nokaut. Tak zapamiętałem to, co przeżyłem. Zmieniłem jednak część imion, niektóre pominąłem, bo nie chcę mieć po latach prokuratora na głowie, nie chcę też rozbijać małżeństw ani niszczyć przyjaźni.

Nie robię tu rachunku sumienia. Choć mam na koncie wiele złych rzeczy, niczego nie żałuję, bo wszystkie one ukształtowały mój charakter. Nie popełniajcie jednak moich błędów. Możecie nie mieć tyle szczęścia, co ja.

Po Pierwszej Komunii Świętej w Mińsku Mazowieckim. Dostałem zajebisty zegarek: 7 melody chrono. Stoją z babcią i prababcią pod domem, w którym mieszkałem, przy ul. Wigury 16

1

Żółta małpka

i sznur od żelazka,

czyli moje dzieciństwo

Biologicznego ojca nie pamiętam. Widziałem go raz w życiu. Miałem wtedy chyba siedem lat. Chodziłem do zerówki w Mińsku Mazowieckim przy ulicy Kopernika, na skrzyżowaniu z ulicą Okrzei. Z bratem Tomkiem, mamą Aliną i babcią Haliną mieszkałem wtedy właśnie przy Kopernika. Ojciec żył przy Okrzei ze swoją matką, a szkoła znajdowała się na rogu. Od jakiegoś czasu chciałem poznać ojca. Widziałem, że po inne dzieci przychodzi dwoje rodziców, a mnie odbierała tylko mama albo babcia. Od babci, matki mojej mamy, dowiedziałem się, gdzie mieszka ojciec. Poszedłem do niego, zapukałem. Otworzyła mi jego matka, czyli moja druga babcia.

– Dzień dobry, babciu, przyszedłem do taty…

Poszła do pokoju, żeby obudzić mojego ojca. Stojąc w drzwiach, słyszałem, jak mówi:

– Janusz, wstawaj, syn przyszedł cię odwiedzić.

Pamiętam, jak wytoczył się przede mnie, pijany, i coś tam wybełkotał. Machnął ręką i wrócił do pokoju. Nie wiem, jak to się stało, ale wyszedłem stamtąd. Od tej pory już ojca nie widziałem. Mama rozwiodła się z nim dużo wcześniej, bo pił i ją bił. Zwykła patologia. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zmarł. Pewnie jakieś 30 lat temu… Kiedy do tego doszło, miałem 10, może 11 lat i mieszkaliśmy jeszcze w Mińsku. Nie byłem na jego pogrzebie, nie wiem, gdzie jest pochowany… I nigdy nie chciałem wiedzieć. Zdechł w rynsztoku. Zawsze mówiłem: „Niech mu ziemia ciężką będzie”, ale dziś sam już nie wiem. Może kiedyś mu wybaczę?

Gdy byłem w pierwszej klasie podstawówki, przeprowadziliśmy się z Kopernika na drugą stronę Mińska, do drewnianego domu przy ulicy Wigury.

W dzieciństwie miałem jedną ulubioną zabawkę – małą żółtą małpkę z brązową mordką. Była brudna i strasznie zmechacona. Przejąłem ją po bracie. Nawet z nią spałem i zazwyczaj miałem ją przy sobie, w kieszeni. Będę o niej pamiętał do końca życia.

Na początku obok domu był na wpół dziki sad, a w nim agrest, jabłonie i czereśnie. Skakaliśmy po drzewach, w koronach budowaliśmy sobie małe domki ze starych koców i gałęzi. Bywało, że ktoś nas stamtąd przeganiał, ale potem już nikt się tym nie interesował. Ostatecznie ktoś wykupił ten teren i postanowił zbudować osiedle domków. Pojawiły się doły i rozkopy. Idealne miejsce do mojej ulubionej zabawy w wojnę. Rzucaliśmy się kamieniami albo kulkami z gliny. Zimą zalane wodą rowy zamarzały i robiła się ślizgawka. Latem wysychały i idealnie nadawały się na okopy. Jak nudziła nam się wojna, bawiliśmy się w policjantów i złodziei. Ja zawsze chciałem być złodziejem.

Z drugiej strony była szklarnia należąca do właściciela domu, w którym mieszkaliśmy. Wybijaliśmy w niej szyby i wyjadaliśmy pomidory. W poprzek stał rząd komórek zamykanych na kłódki. Na ich końcu był drewniany kibel, jak na wsiach. Latem z niego korzystaliśmy, a zimą wiadomo – w domu, do wiadra. Warunki jak w kołchozie. Wodę czerpaliśmy ze studni. Kiedy mieszkaliśmy tylko z mamą, byliśmy biedni. Mama pracowała w magazynie wytwórni butelek plastikowych. Raz ją tam odwiedziłem i zapamiętałem właśnie te butelki i smród plastiku. Mimo biedy zawsze byliśmy najedzeni, czyści i mieliśmy jakieś ubranie. Babcia była krawcową, szyła nam nowe ciuchy lub łatała stare.

Mimo trudnych warunków mama bardzo o nas dbała. Starała się, żebyśmy nigdy nie odczuli, że na wiele rzeczy nas nie stać. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Na święta dostawaliśmy prezenty. W prodiżu piekła sernik, a ciasto rozrabiała w misce, w której normalnie się myliśmy… Pamiętam ten sernik. Dużo rodzynek, skórki z pomarańczy… Palcami wyżerałem ciasto z tej miski, jeszcze nieupieczone.

Zawsze zazdrościłem kolegom resoraków. Ja ich nie miałem, ale bawiłem się nimi z chłopakami. Kiedyś nawet ukradłem jednego, ale mama kazała mi go oddać. Do dziś pamiętam, że był żółty… Zazdrościłem też kolegom rowerków, bo też nigdy swojego nie miałem. Ale z kumplem, Dziubkiem, jeździliśmy wspólnie na jego żółtym rowerku. Dziubek mieszkał cztery domy dalej. Któregoś dnia poszliśmy na pobliski cmentarz pozjeżdżać z górki. Rozkładało się nogi szeroko, rozpędzało, a hamowało się albo na hydrancie, albo na grobie. Ukradłem Dziubkowi ten rowerek. Przyszedł po niego z ojcem, a ja dostałem od mamy pasem.

Kiedyś podprowadziłem też koledze lejce – zwykłe końskie lejce ze skóry. Zimą poszliśmy wyrąbywać przeręble na rzeczce, jakieś trzy kilometry od domu – pomiędzy cmentarzem a wysypiskiem śmieci. Lejce wzięliśmy, żeby się zabezpieczyć: jeden z nas, owinięty nimi, kopał nogą w lód, a drugi go trzymał. Mieliśmy wtedy osiem, może dziewięć lat. Gdy mama się o tym dowiedziała, pocięła te lejce, a wcześniej przylała mi nimi w tyłek. Co w zasadzie mi odpowiadało, bo uderzenie tą skórą bolało mniej niż kablem od prodiża (tego samego, w którym piekła sernik). Dupa bolała mnie czasem tak bardzo, że w trakcie lania przekręcałem się lekko, żeby trafiała w nogę.

Często bywałem niegrzeczny. Kiedyś uciekłem na werandę i żeby nie dostać, skakałem na tyłku, tak że zadra weszła mi w dupę. Babcia ją potem wyciągała… Babcię wspominam dobrze. Dziadka Zdziśka pamiętam mniej. Był alkoholikiem. Babcia się z nim rozwiodła, ale utrzymywałem z nim kontakt. Czasem coś od niego dostawałem – słodycze albo niewielką kaskę. Zapił się na śmierć, gdy miałem jakieś 12 lat.

Do szkoły lubiłem chodzić tylko z jednego powodu – bo można tam było rozrabiać. Mamę wzywano tam naprawdę często. A to, że jestem nieposłuszny, a to, że gadam na lekcji czy biję się z kolegami. Uczyć się nie chciałem, wolałem grać w piłkę – albo na przerwach w szkole, albo na boisku. Dobrze grałem w nogę i ping-ponga. Głupi nie byłem, bo jeśli naprawdę chciałem, to się nauczyłem. Ale mi się nie chciało. Z klasy do klasy jednak zdawałem zawsze.

Często lądowałem w oślej ławce. Głównie za zachowanie. Za bójki. Z siódmo- czy ósmoklasistami radziłem sobie na solówkach za szkołą, na boisku albo pod śmietnikiem. Zasady były proste: jak się ktoś przewróci, to nie kopiemy; albo do pierwszej krwi lub do poddania. Nigdy nie przegrałem żadnej solówki, od pierwszej klasy do dziś. Tylko raz, jeden jedyny raz, poskarżyłem się bratu. Byłem w szóstej klasie, a zaczepiły mnie chłopaki z pobliskiej zawodówki budowlanej. Brat się za mną wstawił, oddał za mnie, a ja miałem od tego czasu spokój.

Kiedyś w podstawówce nie wchodziło się do klasy ot tak sobie, jak każdy chciał. Cała klasa ustawiała się w pary przed drzwiami i szło się grzecznie dwójkami. Ja z kolegą zawsze byłem w ostatniej parze. Pani od chemii o tym wiedziała i stawała w drzwiach. Kiedy przychodziła nasza kolej, zagradzała nam drogę ręką i mówiła:

– Jackiewicz, Szostak, za drzwi!

Byliśmy na to gotowi. Zimą zawsze mieliśmy pod bluzami paletki do ping-ponga i od razu biegliśmy grać. A latem na boisko w piłkę. Dlatego potem tak dobrze grałem, zarówno w nogę, jak i w ping-ponga. Miałem dobrą szkołę, prawda? Oczywiście nauczycielka nie wyrzucała nas za drzwi bez powodu. Strasznie jej przeszkadzaliśmy i kiedy nie pomagało rozsadzanie nas do osobnych ławek w skrajnych rzędach, to przestała nas wpuszczać do klasy. W sumie sam bym tak zrobił…

Oprócz brata, rodzonego, mam też przyrodnią siostrę. Tomek jest ode mnie pięć lat starszy, Kaśka młodsza o dziewięć lat. Jej ojcem jest drugi mąż mamy, którego nazywałem „Ropuchem”. Muszę jednak przyznać, że jak się do nas wprowadził, to się u nas poprawiło. Był inżynierem i nadzorował budowy. Miał pomarańczowego małego fiata. Pracował w instytucie z Kołbieli, a z moją mamą ożenił się, żeby dostać przydział na mieszkanie. Warunkiem było posiadanie rodziny. Z pierwszą żoną się rozwiódł. Poznałem go, jak miałem jakieś 10 lat.

Gdy byłem w połowie szóstej klasy, przeprowadziliśmy się z Mińska do Kołbieli, bo ojczym dostał tam mieszkanie w bloku (trzy pokoje, dwie łazienki, 62 metry kwadratowe; do dziś mieszka tam moja siostra). Zanim jednak tam się wprowadziliśmy, trzeba było je wyremontować. Olewałem to. Niby podjeżdżałem coś porobić, ale zaraz uciekałem na dwór. A że w tym samym czasie do Kołbieli sprowadził się mój do dziś najserdeczniejszy przyjaciel, to łobuzowaliśmy razem.

Zanim jeszcze przeprowadziłem się tam na dobre, już miałem łatkę łobuza i zabijaki. W kołbielskiej podstawówce od razu znalazłem się w centrum uwagi. Jak się coś działo, to nigdy beze mnie. Jak coś opowiadałem, to wszyscy słuchali. Na każdym korytarzu w mojej nowej szkole stały stolik i krzesełko. Siedział tam dyżurny, który pilnował, żeby dzieci nie biegały, nie krzyczały, nie śmieciły. Ja oczywiście zawsze siedziałem na takim stoliku dupą, choć to było zabronione. Na lekcjach rozrabiałem, przeszkadzałem i byłem najbardziej niegrzeczny. Może właśnie dlatego aklimatyzacja przebiegła pomyślnie…

Mój 15-letni syn to moje absolutne przeciwieństwo. Nie sprawia kłopotów i nie rozrabia, choć do drugiego roku życia był niegrzeczny. Za to moja córka jest taka jak ja – pyskuje, oszukuje, robi przekręty… Jestem wtedy na nią zły, ale przypominam sobie, że byłem taki sam. Tłumaczę jej to, co mnie kiedyś tłumaczyli. I nic. Z własnego doświadczenia wiem, że wszelkie tłumaczenia mogą do człowieka nie dotrzeć. Mój drugi syn też jest do mnie niestety podobny. Ma dwa latka i starsze sąsiadki opowiadają, że jest dokładnie taki, jak ja. Gdy byłem mały, życzyły mi, żeby moje dzieci się we mnie wdały. Wykrakały…

A Ropuch? Mój ojczym to była klasyczna kurwa i rura. Zmarł kilka lat temu. Nienawidziłem go tak bardzo, że na pogrzebie chciałem nasikać mu na grób – za to, że zabrał mojej mamie trochę zdrowia, a nawet życia. Pod koniec, kiedy chorowała już na raka macicy, miała przerzuty, za sobą trzy operacje i leżała w domu, powinna mieć spokój. A Ropuch męczył ją psychicznie. Nie kupował jedzenia. Nie dawał pieniędzy na życie. Nie pracował. Siedział nad nią od rana do nocy. Jęczał, narzekał, wykańczał mamę psychicznie. Sam stołował się wtedy na mieście, a lodówka w domu stała pusta.

W czasie choroby mama nie mogła pracować i była na utrzymaniu ojczyma. Ja miałem stypendium z kadry, bo trenowałem i walczyłem, czasem też kogoś skroiłem, ale obaj z bratem nie mieliśmy normalnej roboty. Zdarzało się, że nie mieliśmy co jeść. Był taki tydzień, że na śniadanie, obiad i kolację jadłem tylko frytki. Kiedy dowiedziała się o tym babcia, zaczęła nam przywozić jedzenie. Posiłki przygotowywały też dla nas dwie najbliższe sąsiadki – panie Śliwińska i Milewska.

Gdy mama umierała, a on nie dawał jej spokoju, to zdarzało się, że łapałem go za fraki.

– Wypierdalaj! – krzyczałem, wypychając go z pokoju. Ze dwa razy walnąłem nim o ścianę, o drzwi do szafy. Szafa była obita boazerią. Drzwi się połamały. Ojczym to był taki słoń, ważył ze 120 kilogramów. Kilka razy machałem mu też nogą przed twarzą, żeby go przestraszyć. Bał się nas. Straszyliśmy go, jak już naprawdę nie było wyjścia, kiedy chora mama prosiła go, żeby sobie poszedł i jej nie denerwował.

Siostra miała z nim dobry, normalny kontakt. Traktował ją dobrze, ale czepiał się mnie i brata. W 1997 roku, gdy mama zmarła, ojczym chciał się nas pozbyć z mieszkania. Zgłaszał na policję, że hałasujemy, że kradniemy. Miałem wtedy 20 lat.

Kilka dni po pogrzebie mamy, jakoś na początku tygodnia, ojczym przyszedł do domu, przyniósł flaszkę. Zawołał nas, żebyśmy się napili, bo przecież musimy teraz jakoś razem żyć, jakoś sobie radzić, kiedy mamy już zabrakło.

Miałem już wtedy w kieszeni wezwanie na komisariat, które przyszło dwa dni wcześniej. Nie wiedziałem jednak, o co chodzi. Wzywano nas z bratem na przesłuchanie w niewiadomej sprawie. Właśnie dlatego przezornie powiedziałem, że teraz się z ojczymem nie napiję, bo nie wierzę w jego szczere intencje. Ale jeśli w ciągu kilku następnych tygodni rzeczywiście się coś zmieni, wtedy się napijemy. Nie ma problemu. Tomek jednak od razu z nim wypił. Teoretycznie się pogodziliśmy. A dwa dni później na przesłuchaniu dowiedzieliśmy się, że ojczym złożył na nas donos! Rzekomo ukradliśmy złoto i biżuterię po matce… Wróciłem i znów go przestawiłem za to, co zrobił. Bo to on zabrał łańcuszki, pierścionki i pieniądze. Nie mam pojęcia, ile tego było, ale raczej jakieś drobiazgi, bardziej pamiątki niż coś wartościowego.

Po śmierci matki brat zaczął częściej zaglądać do kieliszka. Tak chyba odreagowywał rodzinną tragedię. Ja po jakimś czasie zacząłem się ogarniać, radzić sobie w wiadomy sposób: pobić, okraść, wziąć dla siebie. W końcu mój brat też zaczął się po swojemu ogarniać.

Po mamie ojczym miał jeszcze trzecią żonę, ale tym razem trafił na kogoś podobnego do siebie. Poznał ją, gdy był jeszcze z moją chorą mamą. Ponoć ta nowa kobieta psychicznie go wykończyła i zabrała mu pieniądze. I dobrze mu tak.

2

Złota strzała,

czyli miałem oczko

Pierwszą piłkę, tak zwaną biedronówę, w czerwono-czarne pięciokąty, komuś ukradłem. I żeby mama się o tym nie dowiedziała, chowałem ją w sieni za zasłoną. Wolałem jej nie pokazywać, bo nie było nas wtedy stać na taką piłkę i mama od razu by zapytała, skąd ją mam. Niestety, i mnie tę piłkę ktoś później ukradł…

W nogę grałem oczywiście od małego. Kiedyś to było kopanie butelek, puszek, większych kamieni i wszystkiego, co się dało kopnąć. Piórnik kolegi, książki, plecaki… W szkole graliśmy pozwijanymi sreberkami po kanapkach. Dwa plecaki robiły za bramkę. Graliśmy raczej na polach, łąkach, na prawdziwych boiskach rzadko, bo po drodze ze szkoły do domu nigdzie nie było żadnego boiska. Nie przeszkadzało nam to jednak i zawsze w drodze powrotnej ze szkoły urządzaliśmy mecze.

Gdy przeprowadziliśmy się do Kołbieli, mieliśmy nawet niezłe boisko. Wycięliśmy drzewa z pobliskiego lasu, zbiliśmy z nich prawdziwe bramki i wbiliśmy je w ziemię. Pełna profeska.

W piłkę grałem od dzieciaka, gdzie popadło, choć zewsząd nas wypędzali. Grało się w kwadraty, w jedno podanie lub na jedną bramkę narysowaną na ścianie bloku. Na porządku dziennym były zadrapania i obtarcia, niejeden zostawił na betonie lub asfalcie skórę albo nawet zęby.

W zimie, gdy nie było gdzie kopać piłki, graliśmy w ping-ponga. Zostałem nawet mistrzem gminy. Sport był dla mnie wszystkim. Niestety, cierpiała na tym szkoła. Co ciekawe, nie miałem ulubionej drużyny, piłkarskiego idola. Nie oglądałem meczów w telewizji ani nie zbierałem żadnych gadżetów związanych z piłką. Nie robię tego zresztą do dziś. Ale grać chciałem zawsze. Od początku byłem środkowym napastnikiem. Zazwyczaj strzelałem trzy czwarte goli dla swojej drużyny. Byłem szybki, dobrze kiwałem, miałem oczko.

Organizowano wtedy turnieje dzikich drużyn. Trudno mi to sobie przypomnieć, ale to musiał być koniec lat 80. XX wieku. Trzeba było wyciąć kupon z gazety, napisać na nim imiona i nazwiska dzieci oraz nazwę drużyny i wysłać do redakcji, która znajdowała się w Siedlcach. Nie pamiętam już nazwy tej gazety, ale to było jakieś lokalne pismo, chyba „Tygodnik Siedlecki”. Losowanie, kto z kim ma grać, odbywało się w dniu turnieju. Nasza drużyna nazywała się Złota Strzała. Wymyśliliśmy tę nazwę z kolegą, Piotrkiem Wójcikiem (mieszka dziś w tym samym bloku co ja), bo byliśmy najlepsi w drużynie. Mieliśmy żółte koszulki. Zrzucaliśmy się na nie, a ja zostałem skarbnikiem. Kupiliśmy też numery, które przyklejało się za pomocą żelazka. Na początku grałem z numerem 9, potem już tylko z jedenastką. Dychy nigdy nie chciałem, bo każdy chciał grać z dziesiątką. Niestety, zanim kupiliśmy koszulki, część kasy wydałem na cukierki. Pieniądze trzymałem w pudełeczku, a że zbieranie trochę trwało, to zdążyłem co nieco podebrać. Ostatecznie, gdy trzeba było koszulki w końcu kupić, to mama dołożyła brakującą kasę… Mecze rozgrywane były systemem pucharowym, czyli przegrywający odpadał. Najlepsza drużyna z danego miasta łapała się do finałów, organizowanych oczywiście w Siedlcach. A turniej miał generalnie zasięg wojewódzki.

Ponieważ każda drużyna musiała mieć opiekuna, poprosiliśmy byłego piłkarza, mieszkającego w bloku, pod którym często graliśmy, żeby nas trenował. Zgodził się i raz na jakiś czas robił nam treningi u siebie na podwórku. Pokazywał kiwki, zwody, zwykle trwało to jakieś pół godziny. Nasza Złota Strzała wygrała w Mińsku i pojechaliśmy do Siedlec na finały. Zdobyliśmy w nich trzecie miejsce. Dostaliśmy dyplomy i to było dla nas coś wielkiego. Mieliśmy po 10–11 lat. A nasz były szkoleniowiec jest teraz radnym w Mińsku.

Po tym turnieju usłyszałem, że Mazovia Mińsk Mazowiecki organizuje nabór dla trampkarzy do sekcji piłkarskiej. W tamtą sobotę do klubu przyszła chyba połowa dzieciaków z Mińska. Graliśmy mecze w różnych składach, a ja na tyle się wyróżniałem, że od razu wzięli mnie na środek ataku do swojej drużyny na niedzielny mecz. Naszym przeciwnikiem był zespół, który nazywał się Mordy Morszków. Wygraliśmy 5:0, strzeliłem trzy gole. Zacząłem zyskiwać opinię dobrego materiału na piłkarza. Zagrałem kilka kolejnych meczów, zdobyłem trochę bramek. Byłem już wtedy w szóstej klasie i niestety przeprowadzałem się z Mińska do Kołbieli. Musiałem zostawić Mazovię, bo mieszkając w Kołbieli, mogłem grać wyłącznie w miejscowej drużynie.

Jakoś w 1989 roku lub na samym początku lat 90. ojczym wysłał mnie i brata na kolonie nad jeziorami w Kluczkowicach. Też graliśmy tam w piłkę. Pamiętam, że nikt nie chciał stać na bramce. No to ja jak zwykle przekornie zgłosiłem się na ochotnika. I też grałem na tej pozycji naprawdę dobrze. Nie stałem jednak na bramce cały czas – trzeba było przecież popisać się przed dziewczynami i strzelić parę goli. Przyglądał mi się Zbigniew Parol, mój późniejszy trener, który wiedział, że właśnie przeprowadzam się do Kołbieli i że grałem w Mazovii. Zaproponował mi przejście do Sokoła Kołbiel, ale mimo ewidentnego bramkarskiego talentu widział mnie jednak na środku ataku.

Zgodziłem się. Musiałem. Kołbiel była wtedy w innym regionie i jeśli chciałem grać w piłkę, musiałem się przenieść do innego klubu. Trener Parol miał pseudonim „Pasówka”, bo cały czas zalecał: „Podaj pasówką! Strzelaj z pasówki!”. Chodziło oczywiście o wewnętrzną część stopy. Treningi mieliśmy trzy razy w tygodniu. Chodziłem na nie naprawdę dość regularnie.

Sokół to był wtedy poukładany klub. Byli prezes, trener, ludzie odpowiedzialni za sprzęt, organizację wyjazdów. Co ciekawe, prezes sam zbierał od nas po meczach stroje. Miał w domu wielką pralkę i prał nam koszulki, spodenki, getry. Z początku każdy miał swoje buty, ale w juniorach kupował nam je już klub. Trzeba było tylko podać numer. Można też było kupić sobie korki samemu, wziąć rachunek, a klub oddawał kasę. W poniedziałki, środy i piątki mieliśmy treningi typowo piłkarskie, a kto chciał, to przychodził w tygodniu na treningi kondycyjne. Chodziłem i na te, i na te. W trampkarzach młodszych strzeliłem około 40 goli w pół sezonu. Mieliśmy 12–14 meczów w ciągu trzech miesięcy. Czasem graliśmy nawet systemem środa–sobota.

W trampkarzach starszych i juniorach też strzelałem mnóstwo goli. Prezes klubu, Zdzisiek Komorek, nadał mi ksywkę „Pele”. Byłem tak szybki z piłką, że niewielu mogło mnie dogonić. Wyrobiłem sobie markę i na meczach, od trampkarzy starszych w górę rozgrywek, zawsze był w drużynie rywala zawodnik, który miał pilnować tylko mnie. Trochę jak w hokeju. Przeciwnik sam niewiele grał. Jego zadaniem było nie dopuścić, żebym ja sobie swobodnie pograł.

Koledzy z seniorów i prezes czekali na moją osiemnastkę z wielką niecierpliwością. Nie mogłem grać w seniorach przed osiągnięciem pełnoletniości. Jako 18-latek grałem w seniorach z 25- czy 30-latkami. I dawałem radę. To już było naprawdę profesjonalne granie, a ja wciąż strzelałem gole. Czasem nie było to łatwe, także z powodów pozasportowych. Już w juniorach zdarzało mi się grać na kacu, po sobotniej balandze. W seniorach rzadko się zdarzało, żebym grał, wcześniej nie imprezując. Nie pamiętam co prawda, żebym kiedyś grał zupełnie po pijaku, na kacu to był jednak standard. Niespecjalnie mnie to bolało – dosłownie i w przenośni… Miałem zdrowie i się nie przejmowałem.

W piłkę grałem do 26.–27. roku życia. Trzy razy zawieszano mnie za wybryki. To już był czas seniorski i liga okręgowa. Raz miałem spięcie z bramkarzem. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wyglądało to tak, jakbym go uderzył, z tym że w rzeczywistości to on jakoś podebrał mi rękę, sam się klepnął i wywrócił… Dostałem czerwoną kartkę i półroczny zakaz gry w piłkę. W tym czasie skupiłem się na kick boxingu, bo równolegle trenowałem i występowałem w turniejach. Potem miałem na boisku spinkę z obrońcą. Nie dawał sobie rady. Tu mnie przepchnął, tam kopnął. Nie wytrzymałem.

– Co ty, kurwa, odpierdalasz?! Kto cię i czym ciosał, drewniaku jebany?! Dawno wpierdolu nie dostałeś?!

Gość wyskoczył do mnie. Był duży, dobrze zbudowany, a ja zwykły chuderlak. Machnąłem mu obrotówką przed nosem, a potem trafiłem go w ten sam sposób, kopiąc z obrotu. Zrobiła się z tego przepychanka i obaj dostaliśmy po czerwonej kartce. Wystraszył się mojej obrotówki, a ja nie odpuszczałem. I jak schodziliśmy z boiska, to ja dalej swoje:

– No dawaj, ruro, na solo! Za boiskiem!

Nie odzywał się. Odpuściłem, ale dostałem kolejne pół roku zawieszenia. Wtedy znów skupiłem się na kick boxingu.

Około 2003 roku byłem w trakcie rozwodu i wyprowadzałem się z domu. W weekend grałem mecz. Tradycyjnie miałem kaca. Zresztą tak to wtedy wyglądało – połowa ludzi w drużynach była najebana, a druga połowa skacowana. Tak się grało w chamskich okręgówkach. No i ja po imprezie. Wkurwiony na tę całą sytuację z już prawie byłą żoną, wyszedłem grać. Podbiegam do rywala z piłką. On pada i łapie się za kolano. Po prostu się zderzyliśmy. A sędzia podbiega i daje mi żółtą kartkę.

– Za co? Przecież się zderzyliśmy!

I dostałem czerwień. Nie wytrzymałem. Podbiegłem do niego, lekko popchnąłem, krzycząc do niego:

– Co ty, kurwa, robisz?! Dlaczego dostałem czerwoną kartkę?!

A on machnął, że kończy mecz. No to wziąłem zamach i przycelowałem go w wątrobę. Zmyliłem go trochę, bo myślał, że uderzę w twarz. Zasłonił się i odsłonił dół. I tam dostał. A stał tak dziwnie odwrócony, że trafiłem go w wątrobę prawą ręką, chociaż normalnie to się robi lewą. Do dziś nie udało mi się tego powtórzyć. Padł jak placek, a ja dostałem z trybun owacje na stojąco. Ten sędzia dokładnie wszystkich wkurwiał swoim sędziowaniem. Ludzie mi gratulowali. Przemaszerowałem całe boisko w burzy braw. I dopiero jak się przebierałem w takiej blaszanej budzie, to koledzy go podnosili z murawy, bo łapał tlen.

Miałem za to mieć sprawę o pobicie, ale uprosili sędziego, żeby jej nie zakładał. Zostałem jednak zawieszony na dwa lata. Po roku prezes naszej drużyny załatwił rozmowę w okręgowym związku piłkarskim w Siedlcach. Pojechaliśmy tam samochodem prezesa, prosić, żeby mnie odwiesili.

– Słuchaj, Jackiewicz, uderzyłeś bramkarza, uderzyłeś obrońcę i uderzyłeś sędziego. Jeśli znów kogoś uderzysz, to w życiu w piłkę nie zagrasz.

Przeprosiłem i zagrałem jeszcze kilka meczów. Ale sam ostatecznie zrezygnowałem. Gmina nie dawała kasy na klub. Dostawaliśmy jakieś diety za wyjazdy, ale potem i tego zabrakło. Prezesowi zabrano pensję. Wszystko się posypało. Wcześniej każdy grający dostawał małe sumy za mecz. Potem, jak sytuacja się pogorszyła, tylko ja dostawałem pieniądze – niby po cichu, była to jednak tajemnica poliszynela: nikt nie protestował, bo wszyscy zdawali sobie sprawę, że beze mnie szanse na wygrane są nikłe. To była, o ile dobrze pamiętam, stówka za mecz. Tyle samo brałem wtedy za stanie na bramce. Żadne kokosy. Po Sokole grałem jeszcze dwa lub trzy sezony w Jutrzence Tęcza Cegłów w B-klasie i po awansie, w Lidzie Okręgowej. Zaliczyłem też występy Tęczy Piaseczno w B-klasie. Trenerem był tam mój kolega, Radek Gielo, który zaproponował mi występy w tym klubie. Ponieważ Sokół się rozpadł, a tam znów były dietki za grę, to się zgodziłem. To była jednak już końcówka mojej kariery piłkarskiej.

Generalnie wyglądało to tak, że na co dzień uprawiałem boks w Warszawie i przyjeżdżałem tylko na mecze. Nikt z zawodników jednak nie protestował, że nie trenuję i gram w wyjściowym składzie, bo strzelałem sporo goli. Początkowo zjawiałem się 15 minut przed meczem, później pół godziny, bo doszło do mnie, że muszę się solidnie rozgrzać. Bez tego złapałbym jakąś kontuzję. W debiucie w Tęczy, w 2005 roku, w meczu z Iskrą Stojadła zmarnowałem dwa rzuty karne i przegraliśmy 0:1. Mocno to przeżyłem…

Radek Gielo przypomniał mi, że podczas pewnego meczu w Ostrówku, kiedy wychodziliśmy z kontrą, to ja prowadziłem piłkę przy nodze, a obok mnie biegł kolega, który też dużo strzelał.

– Rafał, podaj! – krzyczy kolega.

– Nie, nie podam, bo będziesz miał więcej goli ode mnie – odkrzyknąłem i sam zdobyłem bramkę… Wygraliśmy 7:0.

Z kolei innym razem byłem wpisany do składu na mecz w Pilawie. Obiecałem, że przyjadę, i przyjechałem. Rozglądam się, dzwoni telefon. To Radek, trener. Odbieram.

– No, gdzie jesteście? Czekam na boisku, a was nie ma, zresztą tu nikogo nie ma. Co się dzieje? – mówię.

– Ale gdzie czekasz? Zaraz zaczynamy grać – słyszę w słuchawce.

– Jak to gdzie? W Parysowie.

– Ale my gramy w Pilawie, nie w Parysowie…

Po jakimś kwadransie zdyszany dojechałem na właściwe boisko. Zagrałem od pierwszej minuty, strzeliłem trzy bramki, w tym z karnego, i wygraliśmy 3:2! Chłopaki chcieli mnie nosić na rękach…

Jeszcze w Sokole przez dwa sezony byłem królem strzelców ligi okręgowej. Kibice przeciwnych drużyn znali mnie na tyle, że śpiewali: „Jackiewicz, chuju, i tak nam nie strzelisz!”. A jak nie trafiałem, to się cieszyli.

Największym rywalem naszej drużyny był Zryw Sobolew. Byli dobrzy, ale my też. Nie lubiliśmy się my i nie lubili się nasi kibice. Raz doszło do grubej sytuacji. Z Sobolewa przyjechały dwa autokary kibiców – koło setki luda. Nasi też mocno się mobilizowali, trybuny były więc zawalone. Także tam byłem – podczas zawieszenia czasem wpadałem obejrzeć mecz. Tamci podeszli do naszego sektora i wyzywali nas, prowokując do bójki. No to wstałem i wyskoczyłem, bo nasi kibice byli tego dnia jacyś tacy niemrawi.

– Jak tacy, kurwa, jesteście odważni, to dawajcie najmocniejszego na solo.

Moi kumple grali w piłkę na boisku głównym, a ja na bocznym miałem solówkę. Przyszła to oglądać połowa jego kibiców i trochę naszych.

Dostałem łysego typa z wydziaranymi pagonami – czyli miał wysoką rangę w pierdlu. Okazało się, że to stary bokser i że umie się bić. Wyszło jednak, że daję mu radę. Powiedział, że już nie chce się bić, że nie ma siły. Czy to koniec? Ależ nie. Bo w jego miejsce wyskakuje następny, też obdziargany cham po odsiadce. Ja miałem 20 lat, on na oko ze 35, ale był wielki. Tego też zacząłem napierdalać. Cham nie wytrzymał i kopnął mnie w jaja. Padłem. I wtedy ruszyli kibice. Ekipa na ekipę. Ostatecznie wyszło 100 na 100. Mecz został przerwany. Zanim doszło do regularnej bitwy, mój przyjaciel z Kołbieli, o którym wcześniej wspomniałem, grał w tym meczu jako obrońca. Gdy zobaczył, że mam solo, zdjął koszulkę i w trakcie meczu zbiegł z boiska, żeby mi pomóc. Dołączył do bitwy. Generalnie zaczęliśmy tamtych wypierać. Jeden ich autokar się zapakował i ruszył na trasę lubelską. Drugi jechał wolniej, bo ci, co uciekali, wskakiwali do niego w biegu. Dwóch wisiało na lusterku – dosłownie. A my ruszyliśmy w pogoń. Biegliśmy przez łąki, przez strumyk. Kumpel spadł z kładki i złamał piszczel.

Afera miała swój finał w związku piłkarskim, który zagroził, że wykluczy obie nasze drużyny, jeśli się nie pogodzimy i nie skończą się bijatyki. Dlatego też na wyjeździe, w rewanżu, oni przynieśli nam kwiatki (bo oni zaczęli) i ustaliliśmy, że nie będziemy się już tak tarmosić.

Ten mecz odbył się wtedy, kiedy dostałem bilet do wojska, a mój kumpel, z którym obrobiliśmy sklep rowerowy, żeby skombinować kasę na ucieczkę przed wojskiem, trafił później do aresztu w Siedlcach. A tam siedziała właśnie ekipa z Sobolewa, ściągnięta po jakiejś awanturze. Kolega myślał, że nie przeżyje. Ale dogadali się i powspominali bijatykę na meczu.

Ostatecznie doszedłem do wniosku, że z moim charakterem i skłonnością do agresji lepiej będzie, jak całkowicie pójdę w kick boxing.

Życie na ostrzu noża

Copyright © by Rafał Jackiewicz 2017

Copyright © by Łukasz Chmielewski 2017

Copyright © by Artur Łukaszewski 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski, Joanna Mika

Korekta – Maciej Cierniewski

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na okładce – Tomasz Pluta / tomaszpluta.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-823-0

ISBN MOBI: 978-83-7924-822-3

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Eheu, fugaces labuntur anni

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zamiast wstępu. Granice, których nie było

1. Żółta małpka i sznur od żelazka, czyli moje dzieciństwo

2. Złota strzała, czyli miałem oczko

3. Ja, Van Damme, czyli mistrz obrotówki

4. Krew na regale, czyli bijatyka braci

5. Bilet, czyli kamasze nie dla mnie

6. Na słodko, czyli cukiernik, który tylko je

7. Impreza, czyli bawić się trzeba umieć

8. Nóż w sercu, czyli życie po życiu

9. Zawiasy, czyli wpadają nawet najlepsi

10. Przeszczepy i wykupki, czyli interes na czterech kółkach

11. Stadion, czyli pałka i gazowce o smaku sajgonki

12. 3 x S, czyli siatka, szubienica i siekiera

13. Tirest i Fantom, czyli niech żyje bal i praca

14. Pakamera, czyli gniazdo miłości

15. Porwanie, czyli przyjaciół poznaje się w biedzie

16. Komornik i raz, dwa, trzy, czyli obrotny Rafcio

17. Pierwsze kroki, czyli walki 1–5

18. Raz na wozie, raz pod wozem, czyli walki 6–12

19. Krakowiak w Chicago, czyli świat jest mały

20. Łapię Boga za nogi, ale wiatr wieje mi w oczy, czyli walki 13–20

21. Idę po swoje, czyli walki 21–30

22. Mróweczka, miłość mojego życia

23. Walka nr 31 – marzenia się spełniają, czyli jestem mistrzem świata

24. Historia podboju Europy, czyli walki 32–40

25. Walka nr 41, I’am the EBU champion

26. Zakład, czyli 72 kilo za 50 koła

27. Wygrać mniej (EBU), żeby przegrać więcej (IBF), czyli walki numer 42–46

28. Wyboista jest ścieżka kariery pięściarza, czyli walki numer 47–54

29. W klatce, czyli KSW

30. Niby koniec, czyli walki numer 55–59

31. Walka nr 60, czyli o kolano od EBU

32. Zarabiam na życie, czyli walki numer 61–65

33. Walka nr 66, czyli Janusz Polskiego Boksu

Ostatni gong. Niczego nie żałuję

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rafał Jackiewicz. Życie na ostrzu noża 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila