Pani inżynier od życia. Rozmowa z Magdaleną Fikus

Pani inżynier od życia. Rozmowa z Magdaleną Fikus

Autorzy: Irena Cieślińska

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 216

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.68 zł

Żeby mieć ciekawe życie, trzeba umieć się nim cieszyć. Profesor Magdalena Fikus opowiada Irenie Cieślińskiej o takim właśnie życiu, w którym było miejsce na wszystko z wyjątkiem nudy. Wspomina dzieciństwo w czasie okupacji, szkolną działalność w strukturach ZMP, studia w Odessie i Moskwie, nieudaną magisterkę, walkę o rozwój nauki w warunkach państwa socjalistycznego i w czasach permanentnych niedoborów, staż w Stanach Zjednoczonych, gdzie najbardziej zdumiały ją nie warunki pracy, ale wolność słowa i wyboru. Opowiada o racjonalizmie, mężczyznach swojego życia, macierzyństwie, odchudzaniu, o życiowych błędach, których się nie żałuje, i o wadze i zaletach doświadczenia. Mówi także o nauce. O poświęceniu, sukcesach i porażkach oraz towarzyszących jej profesji etycznych dylematach. Opowiada o Festiwalu Nauki, który współtworzyła, żeby popularyzować wiedzę.

Przyznaje, że „żeby być naukowcem. trzeba mieć szczególnych charakter”. Mówi także, że chociaż nauka nie wyjaśnia, czym jest szczęście, to jej udało się kilka razy w życiu być szczęśliwą. I zdradza, że ma słabość do książek Janusza L. Wiśniewskiego.

Magdalena Fikus – profesor Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, zapalona popularyzatorka nauki i wiedzy, autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych oraz dwóch książek popularyzujących inżynierię genetyczną i biotechnologię. Z inspiracji swojego promotora doktoratu i opiekuna habilitacji Davida Shugara razem z Maciejem Gellerem i Anną Lesyng stworzyła w 1997 roku pierwszy polski Festiwal Nauki. Zorganizowała i prowadzi z Zuzanną Toeplitz pierwszą w Polsce Kawiarnię Naukową. Przewodnicząca Rady Upowszechniania Nauki PAN. Odznaczona przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Już w księgarniach:

Jacek Kleyff Rozmowa

Dariusz Zaborek Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską

Katarzyna Kubisiowska Rak po polsku. Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem

Paweł Smoleński Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

Marcin Rotkiewicz Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Olga Święcicka Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem

Małgorzata Czyńska Moje królestwo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem

Jakub Banasiak 15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem

IRENA CIEŚLIŃSKA

PANI INŻYNIER OD ŻYCIA

Rozmowa z Magdaleną Fikus

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Beata Wielgosz

Copyright © by Irena Cieślińska i Magdalena Fikus, 2017

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta Edward Rutkowski / d2d.pl, Aleksandra Jastrzębska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-548-7

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Szczęście

Rosja. Co może być? Wszystko

Krówki i krowy. Wojna

Obroniłam doktorat i poszłam nakarmić dziecko

Kto jadł dziś geny na śniadanie?

Ameryka za pięć dolarów

Darek, dusza zaczarowana

Kobiety mojego życia

Festiwal Nauki

Niewola stalowej woli

Przemijanie

Wszystko sprowadza się to tego, jak uczyć

Życie

Przypisy

Szczęście

Czy nauka potrafi wyjaśnić, czym jest szczęście?

Dość dawno temu „zapisałam się” do klubu wielbicielek książki Janusza Wiśniewskiego Samotność w sieci. Wiem, wiem, to nie jest książka dla intelektualistek, ale ja, będąc najwyżej inteligentką, jestem też kobietą i pan Wiśniewski trafił w moje emocje. W dziesiątkę!

Na skrzydełku książki przeczytałam, kto to właściwie jest, i okazało się, że jeżeli nie intelektualista, to przynajmniej ciekawy i wybitny inteligent. I że zna się na chemii, informatyce, fizyce. Z doktoratem, habilitacją. Napisaliśmy do niego z Kawiarni Naukowej i zaprosiliśmy do nas z wykładem. Zaproponował tytuł: „Chemia miłości”.

No proszę. Miłość można też opisać za pomocą terminów chemicznych. Podobnie można opisać odczuwanie szczęścia. I bardzo mi to nie odpowiada…

Dlaczego? Czy nie po to się studiuje biochemię, żeby rozumieć takie rzeczy?

W obu przypadkach nauka odnosi się do różnych hormonów, do neuroprzekaźników i neuromodulatorów. Mają one różne struktury, wytwarzane są w różnych częściach mózgu, ale także w różnych częściach ciała. Ich, jak to my mówimy, spektrum aktywności jest bardzo szerokie. Endorfiny blokują ból i przynoszą satysfakcję z wysiłku czy seksu, serotonina zwiększa urok towarzyski, dopamina daje zdecydowanie w dążeniu do celu, oksytocyna – satysfakcję z kontaktu fizycznego. Wydzielane są w nieznacznych ilościach, a efekt działania może być piorunujący. Działają na tak zwany ośrodek nagrody w mózgu.

Otóż w tym wypadku, miłości i szczęścia, nie mam ochoty na analizę ilościową tego, co mi się wydzielało na nartach, w trakcie wspinaczki, w momentach bliskości z mężczyzną lub po dużym wysiłku umysłowym. Uczucia macierzyńskie? Proszę bardzo: endorfiny i oksytocyna. Miłość – serotonina. Nie umiem się pogodzić z takim opisem.

Przecież genetycy robią podobnie, sprowadzając bujną biologiczną różnorodność do odpowiedniego koktajlu genów.

Nie wiem, czemu przypisywanie różnych cech genom nie budzi mojego sprzeciwu. Zresztą psychologowie też twierdzą, że za odczuwanie szczęścia w pięćdziesięciu procentach odpowiadają geny (ciekawa jestem, jak to zbadali). Osobiście wyłączyłabym naukę z konieczności dociekania na temat tego, czy byłam w życiu szczęśliwa i czy kochałam. Pozostańmy przy porywach niedefiniowalnego nastroju.

Praca naukowa daje Ci szczęście?

Czasami. Opowiem Ci o tym za chwilę. Bo najpierw chcę jednak powiedzieć, że dla mnie poczucie szczęścia wiąże się raczej z czymś bardzo gwałtownym, pierwotnym, porywającym, zwierzęcym niemal. Takim, przy którym inne sprawy tracą znaczenie, bledną i odchodzą – czy ja wiem? Może nie w zapomnienie, ale zdecydowanie na dalszy plan. Jest ono przedsmakiem doskonałości. Triumfem. Wyraźnie odróżniam je od zadowolenia, które może trwać długo. Szczęście to chwila.

U mnie zazwyczaj szczęście łączyło się z jakimś wielkim wysiłkiem fizycznym. Tak. Wielkim wysiłkiem i wielkim pięknem. I niejednokrotnie z mężczyzną – przynajmniej w tle.

Tak jak po urodzeniu dziecka?

Ależ, przepraszam Cię, co może być pięknego w porodzie? Wszystko mnie bolało, wcale nie uważałam tego za cudowne. Dzieci były udane, cieszyłam się, ale żeby mówić o porywach szczęścia? Bynajmniej.

To opowiedz o porywach.

Była wczesna, najpiękniejsza jesień w Tatrach. Ranki chłodne, w południe ciepło, słońce i oślepiający błękit nieba. Miałam dwadzieścia lat, przyjechałam na Halę Gąsienicową i poznani tam dwaj taternicy zabrali mnie na wspinaczkę. Nigdy w życiu się nie wspinałam, ale byłam sprawna, zwinna, no i obaj wydawali mi się godni zaufania, więc czułam się bezpieczna. Wyruszyliśmy wcześnie rano, oni nieśli te wszystkie liny i haki, a ja niosłam tylko siebie. Podeszliśmy pod zadnią, czyli wschodnią ścianę Kościelca, od strony Hali.

Jest wiele wariantów wejścia na ten szczyt, nie wiem, którym szliśmy, potem już nigdy więcej się nie wspinałam. Przed wejściem w ścianę pokazali mi, jak się obchodzić z linami i hakami. Pamiętam tylko, że jednym z elementów tej drogi był komin, który się pokonywało, opierając stopy o jedną ścianę, a plecy o drugą.

Prawdopodobnie Komin Stanisławskiego. Bardzo klasyczna droga. Tatrzańska piątka, ambitna jak na pierwsze wspinanie.

Na szczycie panowie oświadczyli, że po przejściu drogi jest taternicki zwyczaj całowania się. Tam na górze doznałam takiego niesłychanego poczucia, że świat należy do mnie i wszystko jest przede mną.

Stałam na szczycie. Nic piękniejszego w życiu nie mogło mi się zdarzyć.

I nic piękniejszego już się nie zdarzyło?

Zdarzyło się! Również w Tatrach. To był tygodniowy wypad narciarski do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Spaliśmy w trzydziestoosobowej sali. Codziennie rano pastowaliśmy dokładnie nasze namakające skórzane buty narciarskie. A potem wychodziliśmy w teren. Wtedy można było chodzić po okolicy wszędzie, gdzie tylko oczy poniosą, nie było wyznaczonych szlaków, poza które nie należało zbaczać. Wychodziliśmy na jakąś przełęcz lub pod grań i – wiuuu, zjeżdżaliśmy, w nieruszonym przez nikogo śniegu, tak jak każdy z nas umiał. Oczywiście teren trzeba było znać. Prowadzący naszą grupę nie dość, że świetny narciarz i przewodnik, był jeszcze opalony, silny, szczupły i interesujący. Wieczorami, kiedy w grupach graliśmy w brydża lub rozmawialiśmy, pozwalał mi narzucać na ramiona swoją pikowaną, granatową ciepłą kurtkę, żebym nie marzła.

Mężczyzna już jest, teraz pora na wysiłek.

To był już ostatni dzień, załadowaliśmy plecaki i trzeba było zjeżdżać do Zakopanego. I wtedy on zaproponował zjazd górą, przez Kozią Przełęcz. Dziś sama nie mogę się nadziwić, że ja to wyzwanie podjęłam i że dałam sobie radę. Z całej grupy nikt inny się nie odważył. A ja miałam do niego bezgraniczne zaufanie, choć dziś wiem, że chwilami szarżował. Ruszyliśmy do Pustej Dolinki pod Zamarłą Turnią. Weszliśmy na tę przełęcz na nogach, zsunęliśmy się parę metrów, w stromym żlebie, byle wyrobić platforemkę na założenie nart.

Z plecakiem na ramionach jeździ się inaczej, trudniej. Ciągnie do tyłu.

Pamiętam dwa postoje – na kamieniu nad Zmarzłym Stawem, słońce fantastyczne. I potem na Karczmisku, obrót do tyłu, po raz ostatni spojrzenie na Tatry. To szczęście, o którym myślę, to chyba tam na górze, na przełęczy. A może już na Czarnym Stawie Gąsienicowym? Dzień był brylantowy – słońce, śnieg i nikogo tam przed nami nie było.

Nic nie zostało powiedziane, choć ja chciałam doczekać się słowa lub gestu. Takie spojrzenia padały już w schronisku i oboje wiedzieliśmy, że jest między nami takie przyciąganie, że trudno je pokonać.

Odprowadził mnie do autobusu, bo jechałam do rodziców, do Krakowa. Kupił wielki bukiet czerwonych róż i powiedział: „Daj mamie”.

Zaczynam rozumieć wzór na szczęście – góry i taternik.

Kiedy byłam na Uniwersytecie Stanforda, zorganizowaliśmy wyprawę do Wielkiego Kanionu. Dość elitarną, dla niedużej grupy, bo trasa, którą wybraliśmy, była nietypowa i wymagała pewnego górskiego przygotowania. Wielki Kanion to jedno z dwóch miejsc – obok Akropolu – które uważam za najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam.

Był kwiecień, na górze kanionu leżał jeszcze śnieg, lecz w miarę jak schodziliśmy w dół, robiło się coraz cieplej. Tak jakbyśmy wędrowali przez kolejne pory roku – zimę, przedwiośnie, wczesną wiosnę. Na dole było lato pełną gębą, dwadzieścia pięć stopni! Kwitły drzewa, przyroda szalała. Pamiętam zachwycające kolory skał. Za miejscowym przewodnikiem schodziliśmy po ścieżkach, których onegdaj używali ludzie pracujący przy wydobyciu srebra. Od czasu do czasu mijaliśmy stada dzikich osłów – być może potomków tych, które uciekły od pracy przy wyciąganiu srebrnego urobku. Nocowaliśmy trzysta metrów nad poziomem rzeki. Rozpaliliśmy ognisko. Przewodnik odradzał nam tę miejscówkę i przestrzegał, że jeśli przyjdzie ulewa, to zginiemy. Nie przyszła. Ale ochota na sen także już nie przychodziła.

Spaliście w namiotach?

W jaskiniach, wyżłobionych w ścianach tych wąwozów. To była prawdziwie pionierska przygoda. Poznałam wtedy chłopaka z wydziału chemii. Miałam wrażenie, że ja, jako człowiek z dziwnego, dzikiego, komunistycznego kraju, wydaję mu się wyjątkowo ciekawa…

Och, proszę Cię. Ty sama jesteś ciekawa, nie musisz być ciekawa jako obiekt z muzeum komunizmu!

W każdym razie zadawał mi mnóstwo pytań. Pytał niemal o wszystko, a ja mu opowiadałam o naszym życiu tutaj i przeglądałam się w jego pytaniach. To było niesamowite. Równie niezwykłe jak niezwykła i majestatyczna była przyroda dookoła. Wracaliśmy potem z kanionu samochodami i on domagał się, żebym jechała w ich samochodzie, bo – jak powiedział – z Magdą nigdy nie zaśnie i może jechać nawet całą noc.

A szczęście naukowe?

Pierwszy raz przyszło do mnie, kiedy już od kilku lat pracowałam w Zakładzie Biochemii Państwowego Zakładu Higieny, w pracowni profesora Shugara. Zajmowałam się wtedy wpływem ultrafioletu na związki, z których składają się kwasy nukleinowe. Te związki są wrażliwe na ultrafiolet, bo ultrafiolet pochłaniają, a taka dawka przyjętej jednorazowo energii potrafi dobrze w skomplikowanym układzie chemicznym namieszać. Wtedy badałam akurat urydynę, związek wchodzący w skład kwasu rybonukleinowego. Po odpowiednim czasie naświetlania urydyna już nie pochłania ultrafioletu. Mierzyć to można przyrządem zwanym spektrofotometrem. Nie było ich wtedy w Warszawie prawie wcale, jeden z nielicznych był w naszym instytucie. To w ogóle były czasy strasznej nędzy aparaturowej. Na świecie byliśmy chyba uważani za jaskiniowców!

Dam taki przykład: substancję, którą naświetla się promieniami UV, trzeba umieścić w naczyniu wykonanym z kwarcu. Zwykła, szklana probówka nie przepuszcza ultrafioletu, więc i całe naświetlanie straciłoby jakikolwiek sens. A takie naczynko kwarcowe kupić można było tylko za dolary. Taka kuwetka warta była majątek. Kiedyś, przypadkiem, jedna mi się stłukła. To była klęska. Zastanawiałam się, czy nie złożyć natychmiast wymówienia. Odkupienie jej było całkowicie poza moimi finansowymi możliwościami. Cena w dolarach równała się moim dwóm miesięcznym pensjom, bo taki był czarny kurs dolara.

Miałyśmy mówić o szczęściu, a nie o druzgocących niepowodzeniach, przypominam…

Jeśli taką zmasakrowaną ultrafioletem urydynę zalkalizować, czyli podziałać na nią zasadą (pH na przykład 12), to to, co powstało po naświetlaniu, znowu zaczyna pochłaniać ultrafiolet, a całe przejście od ultrafioletowego niebytu do istnienia trwa około dziesięciu minut. W końcu osiemdziesiąt pięć procent urydyny wraca do swojej wyjściowej budowy, takiej, jaką miała, zanim zaczęliśmy eksperyment ze światłem. Co się dzieje z pozostałymi piętnastoma procentami – nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy też, jakie przemiany chemiczne, jakie procesy zachodzą w ciągu tych strategicznych dziesięciu minut. Mały, malutki problem naukowy, mała, malutka zagadka.

Zapewne zachodziły tam jakieś dynamiczne reakcje.

Dziś dostępne są spektrofotometry – automaty, które potrafią mierzyć te zmiany dosłownie co parę sekund. Jest też wiele innych instrumentów do pomiarów szybkich reakcji. Wtedy trzeba było to robić ręcznie. Mierzenie zajmowało mi pewnie ze dwie minuty, a w tym czasie reakcja szła dalej! Nie mogłam w żaden sposób uchwycić szczegółów przejścia. Wtedy zrozumiałam, że skoro nie dam rady tego zmierzyć, muszę to po prostu wymyślić. Znałam jedynie strukturę cząsteczki przed naświetlaniem i po zakończeniu całego cyklu.

Udało się?

Wymyśliłam, chyba logicznie. To było moje pierwsze myślenie naukowe, choć pomiarów na zlecenie Shugara zrobiłam już bardzo dużo. I pamiętam właśnie to myślenie jako wielką drogę szczęścia. Nie pamiętam, co wymyśliłam.

Pierwsza samodzielna publikacja?

Ależ skąd. Publikację napisał Shugar sam, jak zwykle. Przemiany alkaliczne nie zostały w niej nawet skomentowane, co więcej – nie wiem, czy ustosunkował się do mojego pomysłu w rozmowie z kimkolwiek lub w dyskusji w pracy.

Nie czułaś się zawiedziona?

To z pewnością zaważyło na mojej drodze naukowej. Shugar, według mojej dzisiejszej oceny, był dobrym nauczycielem. Ale tylko dla bardzo młodych pracowników, nie dalej niż do stopnia doktora. Potem potrzebowaliśmy i więcej samodzielności – i więcej wyzwań. To naukowe szczęście, jakiego u niego w zakładzie doświadczałam, było jednak trochę ułomne. W porównaniu z niczym niezmąconym szczęściem z Koziej Przełęczy.

A co jest na drugim biegunie, po przeciwnej stronie od ekscytacji z Koziej Przełęczy? Jak odbierasz ciosy, które zadaje Ci los?

Jestem bardzo opanowana. Bardzo rzadko daję się ponieść emocjom, a nawet podejrzewam, że dość rzadko i dość słabe emocje odczuwam. Ale dwukrotnie w życiu zdarzyło mi się, że krzyczałam z bólu, krzyczałam jak zwierzę. Pierwszy raz, kiedy umarł mój ojciec. Wiedziałam, że umiera, byłam przy nim cały czas, ale kiedy lekarz powiedział: „To już koniec” – coś we mnie wstąpiło. W ogóle tego nie rozumiem. Krzyczałam, krzyczałam, krzyczałam.



Drugi raz, pamiętam, zadzwonił kierowca mojego męża, z redakcji. Powiedział, że Darek umarł. Darek nie był już wtedy moim mężem, ale ja tak samo do telefonu zaczęłam krzyczeć. I nie mogłam przestać. Takie dwa razy mi się przytrafiły i myślę, że to jest właśnie drugi biegun względem tego, co czułam na Kozim Wierchu i na Kościelcu. I to jest wszystko, co potrafię powiedzieć o szczęściu. I o nieszczęściu.

Miałam spełnione życie. Jestem z niego zadowolona. Miałam okresy udane, nieudane. Robiłam różne rzeczy, również niemoralne, których nie powinno się robić. Miałam dzieci, miałam męża, mężczyzn, których kochałam, zrobiłam karierę naukową na swoją miarę. Wciąż coś się ciekawego w moim życiu dzieje. Jestem zadowolona.

Te rzeczy niemoralne są najbardziej intrygujące.

Uwodziłam mężczyzn, którzy mieli żony. Dawałam się uwodzić żonatym. A i sama wdawałam się w romanse, mimo że miałam męża. Więcej o tym nie powiem.

Po tych tajemniczych zapowiedziach, które zdradzają pewne doświadczenie w materii, mogę chyba zapytać, jaki powinien być – Twoim zdaniem – mężczyzna.

Po pierwsze, wypraszam sobie sugestie o bogatym doświadczeniu, bo całe moje doświadczenia można na palcach jednej ręki policzyć. Ważnych mężczyzn w moim życiu było pięciu. I pięciu mało ważnych. To nie była miłość – tych następnych pięciu. To było pożądanie, kaprys, wszystko obrzydliwe. Niemoralne. Daj spokój, to okropne.

Ty mnie teraz nie podpuszczaj, żeby potem ten ksiądz, co mnie będzie spowiadał na łożu śmierci, dał mi rozgrzeszenie, a nie wypominał: „Pani to mówiła, że miała kilku żonatych mężczyzn”.

Może nie byłam przesadnie wstrzemięźliwa. Ale i nie rozpustna, no jakże. Pierwszy raz związałam się z kimś w wieku lat dwudziestu, więc całkiem późno. A potem był przecież w moim życiu długi okres całkowitej abstynencji. To wtedy, kiedy chorowało moje dziecko. Byłam wciąż w pełni kobiecego rozkwitu i nie miałam nikogo. Oprócz męża, ale w tym czasie niewiele się już między nami działo. Siedem lat z okładem mogłam wytrzymać bez uczucia.

Ja tylko zapytałam, po czym Twoim zdaniem poznać interesującego mężczyznę.

Ale jeśli idzie o to, jaki mężczyzna ma być, to po pierwsze, musi mi czymś imponować. Nie wyobrażam sobie, żebym się miała czuć pewniej od niego.

Wygląd ma znaczenie?

Blondyn, szczupły, wysoki. Tusk jest w takim typie. Nie wiem, czybym podrywała Tuska, ale to jest ten typ mężczyzny. Takim mężczyznom rzadko podoba się taka kobieta jak ja, ciemna i duża, puszysta. Ale czasem się podoba. Powinien być sprawny fizycznie. Dobrze, żeby jeździł na nartach albo wspinał się w górach czy – bo ja wiem? – żeglował.

Sporty halowe zupełnie Cię nie biorą?

Halowe, czyli takie jak koszykówka? Zupełnie nie. Bokser też by mnie nie interesował. Mężczyzna musi być zdobywcą. Choć oczywiście – z drugiej strony – wolałabym, żeby nie zdobywał ośmiotysięczników w Himalajach. Po jaskiniach też wolałabym, żeby nie chodził. To już jest – jak dla mnie – zbyt niebezpieczne.

Tego blondyna – patrząc na zdjęcie – to masz chyba zakodowanego po ojcu.

Wiesz, patrzę na to zdjęcie i nie potrafię spojrzeć na niego jak na mężczyznę. To tabu musi być bardzo silne, ja po prostu wiem, że to jest mój ojciec. Ale tak, on zdecydowanie był takiego typu, jaki mi się podobał całe życie.

Wygląd jest jednak dla mnie drugorzędny. Ja uwielbiam rozmawiać. Z mężczyznami w szczególności, więc najważniejsze, żeby było z nim o czym rozmawiać. Dwaj ważni mężczyźni w moim życiu – w tym oczywiście mój mąż – byli fantastycznymi rozmówcami. I umieli słuchać. Ja się nigdy z nimi nie nudziłam. Nie nudziłam się nawet wtedy, kiedy milczeliśmy, bo była między nami taka wspólnota, że wiedziałam, iż jesteśmy razem.

Jednak – mimo tej wspólnoty – z Darkiem się rozwiodłaś.

Rozwodziliśmy się za porozumieniem stron. Znajomy załatwił gdzieś, żeby było szybko, i kiedy skończyliśmy zeznawać, pani sędzia powiedziała: „Proszę państwa, ja państwu nie powinnam udzielać rozwodu, bo za nic nie potrafię zrozumieć, czemu się państwo rozwodzą”. A myśmy już ze sobą nie mogli wytrzymać. Ale jednocześnie przecież się lubiliśmy. To jest zresztą bardzo ważne, żeby się naprawdę lubić. Lecz nie każdy to rozumie.

Ja zawsze ogromnie mojego męża lubiłam.

Robisz na mnie wrażenie odważnej, bojowej osoby. Czy Ty się kiedyś czegoś bałaś w życiu?

Teraz się boję. Zaczęłam się bać śmierci. Przez całe życie chyba nigdy o nic się nie martwiłam, z wyjątkiem tego czasu, kiedy chorowało moje dziecko.

Na co chorowało?

Moja córka urodziła się obciążona genetyczną nieuleczalną chorobą. Dość rzadką, w owym czasie w Polsce nierozpoznawaną. W skrócie polega ona na tym, że organizm nie przyswaja w żadnej formie witaminy D, więc choruje się na ciężką krzywicę. Jest to – dziś to już wiemy – mutacja w jednym genie, przekazywana z chromosomem X, dlatego dziewczynki, które mają dwa iksy, chorują lżej. W komórkach aktywny jest zawsze tylko jeden z chromosomów X. Jeśli jeden jest wadliwy, to zawsze można mieć nadzieję, że może zacząć działać ten „zdrowy”. Może, ale nie musi. One działają losowo, nie wiadomo, który z nich to będzie. U kobiety średnio w połowie przypadków uaktywnia się ten chory, a w połowie zdrowy, więc dziewczynka choruje „o połowę lżej” niż chłopiec, który przy zapłodnieniu „wylosował” wadliwy chromosom X i ma go we wszystkich komórkach. Oczywiście chłopiec mógł dostać w tym genetycznych rozdaniu zdrowy chromosom X i wtedy choroba całkiem go omija.

To straszne zmartwienie. Zastanawiałam się, jaka ona będzie, moja córeczka. Co jej życie przyniesie? Czy będzie miała metr dwadzieścia wzrostu, krzywe nogi i nikt nie będzie mógł na nią patrzeć? Choroba dziecka sprawia, że masz jeden cel – robisz wszystko, co można, żeby ją pokonać. I zrobiłam wszystko, co można.

Genetyczna – czyli dziedziczona po którymś z rodziców?

Zazwyczaj tę chorobę się dziedziczy. To mutacja dominująca, więc chore dziecko ma zwykle przynajmniej jednego chorego rodzica. A myśmy oboje byli zdrowi, nie mieliśmy wadliwego genu. To zaś znaczy, że wada mojego dziecka jest wynikiem przypadkowej mutacji, co jest zdarzeniem bardzo rzadkim.

Jak się dowiedzieliście o chorobie?

Mojej zdrowiutkiej córeczce, kiedy tylko stanęła na nogi i zrobiła pierwsze kroki, zaczęły krzywić się nóżki. Lekarz rejonowy powiedział: „To nic, idzie lato, niech jak najwięcej czasu przebywa na słońcu”.

Trochę mnie uspokoił.

Ale mój tata nie dał się zwieść. Przyszedł, popatrzył na nią i się rozpłakał. I powiedział: „Magdusiu – pamiętam, tak słodko powiedział – musicie się dowiedzieć, o co tu chodzi”.

Mieliśmy szczęście. Trafiliśmy na prywatnego pediatrę, który doczytał się w Głównej Bibliotece Lekarskiej, co to jest za choroba.

Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na dziecko biochemików.

Profesor Shugar napisał do znajomych lekarzy w Kanadzie, wysyłając im wyniki biochemiczne. Traf chciał, że kiedy mój cudowny pediatra, doktor Jerzy Kansy – mam nadzieję, że ma w niebie ciepły kąt – postawił diagnozę, z Kanady przyszedł list potwierdzający to samo rozpoznanie. Nie było już wtedy żadnych wątpliwości.

Wiadomo było, jak leczyć?

Dziś, kiedy choroba ta jest lepiej poznana, dzieci leczy się od niemowlaka, zachowawczo, nie dopuszczając do pojawienia się objawów. Wtedy trzeba było operować.

Staliśmy wówczas przed koniecznością podjęcia decyzji, czy operować od razu, czterolatkę, czy odłożyć zabieg. Problem polegał na tym, że podczas operacji mogło zostać uszkodzone coś, co się nazywa stożkiem wzrostu w kościach. Wtedy noga by jej nie rosła. Dlatego część ortopedów sugerowała, żeby czekać do momentu, kiedy dziecko przestanie rosnąć, dajmy na to do osiemnastego roku życia. Tak na wszelki wypadek. Bezpieczniej. Ale ja myślałam sobie: co ona będzie mieć za życie, niska, z takimi krótkimi, krzywymi nogami. Przez całe dzieciństwo i młodość będzie wyśmiewana, będzie krzywonogą kaczką.

Och, zaraz będę płakać.

To najtrudniejsze decyzje. Te, których skutki zaważą na życiu naszych najbliższych.

Postanowiliśmy pojechać na konsultację do profesora Degi, bardzo zasłużonego ortopedy, do Poznania. Pamiętam, jak siedzieliśmy w takiej długiej kolejce, strasznie zdenerwowani. Weszliśmy, pokazaliśmy wszystkie zdjęcia, pokazaliśmy dziecko. Dziecko miało wtedy cztery lata i nogi jak obręcze. I on powiedział, że trzeba operować jak najszybciej. Żebyśmy się nawet nie zastanawiali.

Miałam na oku dwie kliniki w Warszawie i nie wiedziałam, którą wybrać. Dega stwierdził, że chirurdzy i w jednej, i w drugiej są dobrzy, więc żebym zdecydowała się na ten szpital, który mi się bardziej podoba. Bylebym zdecydowała się szybko. A na koniec powiedział: „Zobaczy pani, to będzie dziewczynka z prostymi nóżkami”.

Cudowny ortopeda, doktor Donat Tylman, zrobił prostowanie obu nóg naraz. Pół roku w gipsie, z tego dwa miesiące w szpitalu. Darek był w szpitalu codziennie rano, ja po południu. Nikt nam nie gwarantował, że to będzie jedna operacja, ale się udało. Operacja mojej córki była potem pokazywana studentom jako wzorcowa. Rentgena pooperacyjnego Shugar wysłał chirurgom w Kanadzie, a oni zażądali nazwiska ortopedy, tak im zaimponował!

I potem po operacji, jak już zaczęła chodzić, zrobiłam jej zdjęcie i wysłałam je do profesora.

Znowu mam łzy w oczach.

Wyrosła na piękną kobietę. Z prostymi nogami, choć ktoś, kto wie, czym ta choroba się objawia, może u niej dostrzec większą niż przeciętna głowę.

Kiedy ja wchodzę do sklepu z kapeluszami, sprzedawczyni mówi mi na dzień dobry: „No, chyba pani sobie żartuje”. Z Twoją córką wymieniałyśmy się toczkami do jazdy konnej. A żadnej mutacji nie mam.

Mam jej zdjęcie sprzed operacji i po operacji i kiedy je porównuję, to myślę, że największe szczęście w życiu czułam wtedy, kiedy wstała z łóżka po operacji i zaczęła normalnie chodzić.

Można myśleć o szczęściu jako o wspaniałym uczuciu, które cię spotyka w jakiejś sytuacji – ciekawe odkrycie, nowa znajomość itp. Ale można też, kiedy wygrzebujesz się z jakiejś otchłani nieszczęścia. I taką otchłanią była choroba mojego dziecka, a szczęście, największe w życiu, to ten moment, kiedy wstała po operacji i miała proste nóżki, i zaczęła normalnie chodzić. Tego szczęścia porównać ze słonecznym dniem na nartach przecież nie można, choć oba nazywam po polsku tak samo.

A szczęście dzielone z innymi ludźmi?

„Radość. Najbardziej zapamiętam z tych dni radość. Radość istnienia. Radość życia. Szczęście, że nic złego nie sprawdziło się, a wszystko, co wypełzło z mojego wnętrza i ukazało się, było dobre. Radość oceanu. Nocy i dni, nieba i wody. Brzmi to infantylnie i grafomańsko – wiem, ale takie mam właśnie odczucia. Radość, szczęście i piękno, poczucie miłości, spełnienia, wyzwolenia, które są piękne i banalne jak fototapeta. Nie da się ich przekazać innym bez popadania w śmieszność grafomanii, więc oddycham sam własnym szczęściem, wiedząc, że nie da się nim podzielić z innymi inaczej niż przez po prostu bycie lepszym jako ten nowy ja z przyszłości”.

Tak napisał mi ostatnio mój syn.

Łukasz przepłynął żaglówką Atlantyk, z Ameryki do Portugalii. Przysłał mi dziś piękną refleksję na ten temat. To opowieść o różnych ludzkich szczęściach. Żyje się z mężem, dzieckiem, potem wiemy, że żyliśmy obok siebie. Jakoś nie czujemy wtedy, że trzeba się poznawać, niewykluczone, że to niemożliwe, bo dzieli nas wiek i relacja rodzinna. I to by wymagało pełnej szczerości, a wtedy jest ona niepożądana. Potem my ich nudzimy, oni nas denerwują, są zbyt inni.

A potem umieramy.

Rosja. Co może być? Wszystko

Dlaczego studiowałaś biologię? Dziewczęca fascynacja ptaszkami i kwiatkami?

Skądże znowu! Po prostu uważałam, że jestem za głupia do fizyki i matematyki. A że humanistyka była zakłamana, to już mi za wiele do wyboru nie pozostawało. I jeszcze, co należy uwzględnić, miałam, łagodnie mówiąc, nieciekawą nauczycielkę chemii. Za to bardzo inspirującą biolożkę.

Jednak bardzo wcześnie wiedziałam, że żadne ptaszki czy kwiatki nie wchodzą w rachubę. Nawet na egzaminie wstępnym pisałam o ewolucji, a nie o gatunkach motyli.

Po trzecim roku mieliśmy praktyki w lasach nad rzeką Moskwą. Siedzieliśmy przez kilka tygodni w głuszy i mieliśmy wymyślić sobie coś do zbadania. Cokolwiek, nikt nam tego nie narzucał. Zamiast obserwować gniazda albo robić zielniki, wymyślałam eksperymenty. Potwornie głupie, jak teraz sobie o tym myślę.

I badałaś co takiego?

Zbudowałam z jakiegoś plastiku rynienkę, a z obu jej stron przykładałam elektrody zasilane prądem stałym. Potem do rynienki wpuszczałam małe rybki i patrzyłam, jak one się zachowują, kiedy przyłożyć napięcie, i jak, kiedy zmienić bieguny – czy rybki zmienią kierunek, w jakim się poruszają? Sprawdzałam też, w jaki sposób reakcja na prąd zależy od długości rybek. To mnie interesowało o wiele bardziej niż badanie, co te rybki jadają, gdzie żerują i jakie mają zwyczaje. Te „badania” robiłam z dwiema koleżankami – Wierą i Walą. Nie przypadkiem potem wszystkie spotkałyśmy się na specjalizacji biochemii. Bez ptaszków i kwiatków.

Cały eksperyment jednakże został zrobiony zupełnie źle, bo też nikt nas nie uczył, jak się powinno prowadzić doświadczenia. Nie mam pojęcia, czy w ogóle się tego studentów uczy. Nie miałam więc – dla przykładu – żadnej grupy kontrolnej, rynienki bez prądu.

I nic też z tego eksperymentu nie wyszło, bo żadnej zależności nie udało mi się zauważyć. Być może zresztą rybki nawet się nie zorientowały, że pływają z prądem.

A rybki posłużyły potem nauce, oddając swoje ciała na zupę dla młodych uczonych?

Rybki były nałowione na zupę, a uratowało je nie tyle moje zacięcie badawcze, ile to, że okazały się zbyt drobne. Po ćwiczeniach z pływaniem w rynnie zostały wypuszczone. Inna sprawa, jak sobie poradziły po tych przejściach.

Praktyki studenckie nad rzeką Moskwą. Na studia w Związku Radzieckim namówili Cię rodzice?

W maturalnej klasie do szkoły przyszli ludzie, którzy powiedzieli nam, że jest taka fantastyczna możliwość wyjazdu na studia do kraju wolności i swobody. Kraju budującego komunizm. I mnie się to bardzo spodobało. A rodzice – zupełnie nie rozumiem dlaczego – nie protestowali. Może mojemu ojcu, jako ministrowi, nie wypadało protestować? Ale przynajmniej mógł mi przecież po cichu wytłumaczyć, że to nie jest najszczęśliwszy pomysł.

Nie uczono Cię w domu drugiej, nieoficjalnej prawdy?

Rodzice dopuścili, żeby indoktrynowała mnie szkoła, i nie starali się niczego prostować. W 1949 roku poszłam do liceum w Warszawie. Tam wszystkim nam kazali się zapisać do organizacji młodzieżowej, Związku Młodzieży Polskiej. To była taka organizacja jak Komsomoł, żeby nie porównywać do Hitlerjugend, bo jednak mniej radykalna. Och, jak trudno znajdować dziś właściwe słowa, zrozumiałe i adekwatne do tamtej rzeczywistości! W każdym razie ZMP przygotowywał jakoś do przyszłego socjalistycznego życia i wstąpienia do partii. Fenomen uwiedzenia młodej osoby przez ideologię został wielokrotnie opisany i nie będę się w to wgłębiać. Bez dodatkowej psychoanalizy mogę stwierdzić, że podobała mi się idea równości i sprawiedliwości i byłam karnym, nie za dużo rezonującym członkiem. Lubiłam się podporządkowywać i osiągałam kolejne stopnie w szkolnej hierarchii organizacji młodzieżowej (jedynej i słusznej). Zresztą wszyscy się zapisali do młodzieżówki, z wyjątkiem dwóch koleżanek, które natychmiast ochrzczono przez to czarną reakcją.

Uważaliście je z tej racji za gorsze czy przeciwnie – za bohaterskie?

Bohaterskie zupełnie nie. Inne. Dziwne. Ale nikt ich też nie prześladował.

A w Związku Młodzieży Polskiej byłam odpowiedzialna za propagandę i agitację.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pani inżynier od życia. Rozmowa z Magdaleną Fikus Pomyleni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej